Lucy Wielka Mistrzyni 1

Tibor Jagielski

lucy – przepis na zupę z kaczki

pewnego pięknego, słonecznego poranka stanęła lucy na progu swojego domostwa,
spojrzała na baraszkujące w sadzawce kaczki i poczuła ogromną ochotę na kaczą zupę;
ponieważ żadna z kaczek, mimo wielkiego szacunku jakim darzyły  mistrzynię, nie dała się
namówić na to, aby skończyć życie w wiszącym nad paleniskiem kociołku,
postanowiła lucy zrobić kaczą zupę bez kaczki:
do gotującej się wody wrzuciła pokrojone warzywa i zioła, następnie skrzydelka,
udka i nóżki nieistniejącej kaczki, a na koniec sporo nieistniejącego smalcu
z nieistniejacej kaczki, ciągle i dokładnie mieszając
i po niedługim czasie zupa była gotowa;
lucy spróbowała ostrożnie i powiedziała
– ho, ho, tak dobrej zupy już dawno nie jadłam
i nalała ją także swoim kaczkom do korytka;
na ptactwo nie trzeba było długo czekać
i wkrótce wszyscy zajadali się ze smakiem,
podczas gdy słońce wzosiło się powoli na niebo.

lucy i  koty

raz jeden z okolicznych kotów wbiegł do chatki mistrzyni i położył się spać akurat na poduszce,
na której zwykła siadywać lucy.
– czy mam go wyrzucić? – zapytał jeden z uczniów.
– jak wpadłeś na ten pomysł? – rzekła lucy – czyżbyś nie znał moich nauk?
– ale jaki z tego pożytek, że traktujesz tego kota po królewsku? – odparł uczeń.
a lucy na to
– co to byłby za pożytek, gdybym dzieliła się z innymi
tylko tym co bezwartościowe, albo bez znaczenia?
nie słyszysz jak mruczy? to ta muzyka jest mi zapłatą.

lucy na polowaniu

pracującej w ogrodzie lucy przeleciał raz przed samym nosem bażant
i zatrzymał się nieopodal
ach, wspaniale – pomyślała – dawno nie wylądował w moim garnku – i
mimo że była w trakcie w pielenia grządek, narzuciła sukienkę,
chwyciła procę i ruszyła za ptakiem…
jednakże bażant okazał się niełatwym kąskiem i ledwo lucy zbliżała się na odleglość rzutu,
on jakby tknięty przeczuciem odfruwał…
nie spostrzegła się lucy, a czas mijał, jak wylądowała w sadzie kasztanowców pobliskiego pgr-u
i tam też wreszcie znalazła właściwą do miotu pozycję, lecz zamiast rzucić kamieniem,
rzuciła najpierw okiem i spostrzegła w cieniu liścia cykadę,
a na samym liściu dokładnie obserwującą ją modliszkę,
a znowu modliszce przypatrywal się intensywnie bażant,
którego miała dotychczas w oku lucy
i zdumiona takim obrazem znieruchomiała na moment…
wtem rozległ się hałas i z pobliskich krzaków wybiegli chlopi z kijami,
myśląc, że mają do czynienia ze złodziejem i nieźle by się lucy oberwało,
gdyby im szybko nie wytłumaczyła, dlaczego zabłądziła do ich ogrodu…
wracając do domu była bardzo markotna;
– co się stało? – zapytała jedna z uczennic
– ach, wskoczyłam do brudnego potoku i zapomniałam o moim czystym jeziorze –
westchnęła lucy i wróciła do pielenia.

lucy umiera

gdy lucy umierała, zebrały się w jej domku uczennice i uczniowie
i radzili jaki jej urządzić pochówek i jakie drogocenności włożyć do grobu…
stara mistrzyni przerwała im:
– nie troszczcie się o to; moją trumną i zarazem grobem jest niebo i ziemia,
a słońce, księżyc i gwiazdy to moje klejnoty, a pożegna mnie cała natura.
– ale co będzie gdy przylecą sępy i wrony? – zatrwożyli się uczniowie.
– nad ziemią zjedzą mnie sępy, a pod ziemią mrówki,
wolicie mrówki?

Odcinek 7

Mieczysław Bonisławski

ZNOWU NIEMAL MIESIĄC PRZERWY. PRZEŁOM LISTOPADA I GRUDNIA
Poniedziałek dla jednych tuż przed, dla drugich tuż po Andrzejkach.
Chwila po godz. 10:30 rano.

Uff, poniedziałek, początek tygodnia, tak zaraz po niedzieli. Do tego ten ostatni listopada. U was już po Andrzejkach, czy impreza będzie dopiero wieczorem…? Ja wiem, w taki dzień trudno się skupić. Ale mus, to mus. Opowieść toczy się dalej, ekipa kobiet zbliża się do ostatecznych ustaleń. One pracują, świątek, piątek…
No, dobrze, stańcie sobie tak, o tutaj, w rogu pokoju. Na boku nie będziecie się rzucać w oczy, nikt was nawet nie zauważy. I na początek posłuchajcie pewnej rozmowy. Zobaczycie później, że było warto!
One, są już wszystkie trzy. Prokurator wpada, nieco speszona, na ostatnią chwilę. Właściwie, to dwie pozostałe siedzą na swoich miejscach już od dobrych paru minut i czekają tylko na nią. Jakieś palto i służbowa kurtka na wieszaku zdążyły nawet obeschnąć z porannej mżawki, przemieszanej z mokrym śniegiem.
Psycholog jest w spodniach z gładkiego bistoru i w takiej niewyraźnej, mleczno – cytrynowej bluzce polo. Na nią ma zarzuconą dżinsową bluzę z długim rękawem.
Porucznik, tak jak zawsze, siedzi w tym swoim milicyjnym mundurze. Lubi go, nawet w pewien sposób szczyci się nim. Będąc w mundurze czuje się jakaś taka bardziej wszystkim potrzebna. Wie, że odnalazła swoje ważne miejsce w społeczeństwie. Pamięta przy tym, ile wyrzeczeń kosztowało ją zdobycie prawa do jego noszenia. Na jakie wybory musiała się decydować, z czego rezygnować, aby dojść do miejsca, w którym się teraz znajduje. Tylko poranny ziąb potrafi, nadal, jak przed laty, zakłócić jej ten porządek rzeczy. Dlatego na nogach, pod spódnicą, ma grube, nieprzezroczyste rajtuzy, a pod bluzką ciepłą podkoszulkę. Czuje jakby profanowała tym swój mundur, swój oficerski honor, ale przynajmniej nie marznie…
Na to, aby przyjrzeć się garderobie Prokurator, nie starczy już wam czasu. Bo ta wpada niczym burza, pospiesznie zrzuca z siebie płaszcz i niezwykle dynamicznie zaczyna, nadrabiając stracony czas:
O: – Dzień dobry. Spóźniłam się trochę. Służba nie uwalnia nas od bycia kobietą i matką, niestety.
Ś: [z nie udawanym zdziwieniem]
– Urząd prokuratorski i ogonki w sklepie?
O: – Ponosimy konsekwencje wychowywania syna poprzez poszerzanie mu horyzontów. Nasz początkujący modelarz zaczyna właśnie budować makietę kolejki elektrycznej. A dzisiaj do „Składnicy harcerskiej”, tej na Jedności, miały przyjść wagoniki, semafory…
B: [nie odrywając wzroku od rozłożonych przed nią papierów; bez głębszego zainteresowania, znudzonym tonem, tylko dla podtrzymania tematu]
– Na Mikołaja, czy już pod choinkę?
O: [wyrównawszy w końcu oddech i łapiąc aluzję Psycholog]
– Dobrze, dość o tym! Przepraszam Was. Nie wracajmy do tego. Pracujmy.
Ś: [energicznie, z zapałem]
– Właśnie, dotychczasowe metody nic nie dały! Chciałabym…
O: [przerywa bezceremonialnie; rzuca rutynowo znudzonym tonem]
– Nasza psychologia? Coś mamy na ten zarzut?
B: [zapalczywie, podnosząc wzrok na Porucznik i patrząc jej zapamiętale w oczy]
– Nie zgadzam się. Moje sesje doprowadziły mnie już prawie do przełamania oporów. Jestem bliska pełnego wejścia do wnętrza osoby i bardzo proszę, bez takich…
O: – Powiedzmy, że kontynuujemy tę metodę. Ile nam to jeszcze zajmie?
Ś: [ironicznie]
– Właśnie, tygodnie, czy miesiące?!
B: [oschle]
– Może, jednak, nie tym tonem? Nie jestem przyzwyczajona do takiego traktowania! Zatem, póki co, nie siedzę jeszcze po drugiej stronie waszego stołu przesłuchań poruczniku, abym tu musiała… Prawda?
O: [znudzona; rutynowo]
– Rzeczywiście. Wnioski dochodzeniówki? Tylko dajemy konkrety. I przytaczamy argumenty, nie przytyki.
Ś: – Jestem za przesłuchaniami pod aplikacją środków psychoaktywnych.
B: [spokojnie, cedzi słowa]
– To jest po prostu oburzające, proszę…
Ś: [szyderczo]
– Jakie opory! A jakbym zaproponowała hipnozę czy innego czorta, to było etycznie?
O: [interweniuje w końcu, przywołując do porządku je obie]
– Poruczniku…! Psycholog, jak rokuje taka hipnoza?
B: – Programowanie neurolingwistyczne służy leczeniu, a nie ograbianiu człowieka z jego tajemnic, czy wspomnień. Jednak każda osoba ma prawo…
Ś: – Bez przesady. Hipnoza w kryminalistyce postawiła przed sądem tysiące przestępców.
B: [lekceważąco]
– Ale, proszę, w naszym przypadku nie ma potrzeby sięgania po takie dwuznaczne etycznie metody. Może ja jednak nawiązałam wystarczający kontakt… Zatem dajcie mi może tylko kontynuować to, co zaczęłam.
O: – Dochodzeniówka! Podajemy uargumentowane wnioski.
Ś: [pojednawczo; widząc swoją słabnącą pozycję, próbuje szukać kompromisu to patrząc w oczy Prokurator, to Psycholog, starając się przy tym udobruchać tę ostatnią]
– To chociaż na próbę. Sprawdzimy różnice. I ocenimy to co uzyskamy. Czy jest warte balansu na skraju etyki? Tego, co tak szokuje naszą „psychologię”.
B: [wzburzona]
– Spróbować? Proszę, i co jeszcze…?! Nie, nie mamy ani powodu, ani prawa do takiego eksperymentowania na człowieku.
O: [ucina dyskusję, tonem nie znoszącym sprzeciwu, paternalistyczne]
– Moja decyzja: jeden raz. Psycholog przerywa, gdy tylko uzna, że idziemy za daleko.
B: – …?
O: – Dochodzeniówka…
Ś: [służalczo, ale ze skrywanym zadowoleniem]
– Tak, słucham?
O: – Kiedy będziecie gotowi?
Ś: [zmobilizowana]
– Potrzebuję niewiele czasu…
O: [apodyktycznie; ze zniecierpliwieniem połączonym z nie udawanym zaciekawieniem]
– Wobec tego, zaczynajmy.

Poniedziałek, 29 listopada, nadal
Godz. 11:30
I sesja hipnotyczna z podejrzanym

– Zatem, znowu mieliśmy przerwę…
Kobieta zachęca intonacją głosu do głębszej reakcji, może nawet do zwierzeń. Takich bardziej ludzkich, życiowych, nie związanych z tematem, ze sprawą, która jest powodem ich rozmów, tego, że się w ogóle spotykają w tym mieście i w tym czasie. Mężczyzna nie podejmuje jednak tej konwencji, nie chce wchodzić w sferę prywatną. Dalej traktuje kobietę tylko służbowo, a dzisiaj polega to na braku odpowiedzi, na zachowaniu milczenia. Podnosi wzrok, spogląda na nią dając do zrozumienia, że słyszy, ale nie odwzajemnia jej potrzeby poszerzenia łączącej ich relacji.
Ona śmieje się i próbując kolejnej techniki zaczyna grzebać w torebce. Takiej typowej, kobiecej torebce, z której wyjmuje jakieś nic nie znaczące, osobiste przedmioty i przez chwilę nimi manewruje przed sobą i przed mężczyzną, na jego oczach.
– Dzisiaj znowu sami, tylko we dwoje. Wracamy do początku…
Nic. Żadnej reakcji, ani słowa komentarza, zrozumienia, sprzeciwu.
Kobieta wzdycha.
– No proszę, nie interesuje cię, co się stało z naszymi dwoma towarzyszkami? Dlaczego wycofały się…?
Milczenie tamtego zaczyna ją irytować, choć zdaje sobie sprawę z tego, jakie to jest nieprofesjonalne.
– Zatem, dobrze…
W tych dwóch słowach, w sposobie w jakim je wypowiada, w tonie głosu, zawiera całą gorycz swojej porażki, ostateczne pogodzenie się z tym, że to nie ona jednak ma rację, ale ta, tak nic czasami nierozumiejąca Śledcza, wielki porucznik milicji!
– Nasze ostanie, w ogóle, wszystkie nasze sesje, nie idą w dobrym kierunku. Prokuratura i prowadzący śledztwo z ramienia milicji, wyrażają głębokie zaniepokojenie. Może ja zresztą też… Odnoszę wrażenie, szczególnie teraz, przy końcu, że jednak przestajemy się rozumieć…
– A czy my mamy się rozumieć? Czy takie było polecenie?
– …może to zabrzmi mało profesjonalnie i nie powinnam tego mówić, ale…
– Czy spotykamy się po to, aby się rozumieć? Ja i obywatelka psycholog? I czy takie jest zadanie postawione przez obywatelkę prokurator…
– …ja sama zaczynam tracić rozeznanie w tym, co mówisz. To przestaje trzymać się kupy, gubi sens. Do tego nie da się stosować żadnej, opisanej techniki interpretacji.
– …czy tego chce władza: abyśmy się nawzajem rozumieli?
– Zatem, sam widzisz. Gadasz coś od rzeczy. Ja swoje, ty swoje…
Popatrują na siebie. Ich spojrzenia nawet spotykają się wprost, oko w oko. Ale zaraz po tym oboje zaciskają jeszcze bardziej usta i szybko uciekają wzrokiem od siebie.
Nie, nie tak ma wyglądać przełom, o którym myślą Prokurator i Śledcza. Nie tak to ma zakończyć Psycholog, która z kolei rozumuje zupełnie po swojemu. Jeszcze całkiem inaczej od swoich współpracowniczek.
– Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że nie ułatwiasz. Nie będziesz już teraz ze mną szczery? Szczery, tak jak dotąd?
Milczenie w odpowiedzi. Uporczywe, irytujące milczenie.
– Zatem dobrze, sam tego chcesz. Mam polecenie, ale inne niż myślisz. Polecono mi zmienić metodę. Mam cię teraz poddać transowi hipnotycznemu.
Kobieta mówi to bardzo prowokacyjnym tonem, ale i tym razem nie potrafi zmusić mężczyzny do jakiejkolwiek reakcji. Powtarza więc, mocno akcentując wagę wypowiadanych słów:
– Słyszysz? Mam cię poddać hipnozie!
Nic.
– Możesz się nie zgodzić. Masz prawo…
– Zgadzam się, drogi człowieku.
Mężczyzna uśmiecha się od ucha do ucha. Może to być zarówno szczery uśmiech, taki od serca, wywołany pozytywnym przeżyciem, jakby spadł mu jakiś kamień z serca. Może to być jednakże równie dobrze uśmiech nic nie rozumiejącego z tego co się wokół dzieje idioty.
– Wyrażasz zgodę?! No, proszę…
Psycholog waha się. Jeszcze chwilę czeka…
Bez skutku.
– Zatem, zatem musisz mi podpisać zgodę.
– Gdzie, drogi człowieku?
– O, tu – podtyka mu papiery i coś do pisania.
– O, pióro – cieszy się.
– Tak, pamiętam, żeby nie długopis…
Mężczyzna najpierw bardzo wnikliwie czyta całą wydrukowaną treść. Potem wpisuje słowa w puste, wykropkowane miejsca. I przez chwilę skrobie swój podpis. W końcu odsuwa papiery od siebie. Prostuje się, spogląda wyczekująco na kobietę.
Ta rzuca okiem na dokument i starannie, nieco sztucznie przedłużając te czynność, składa go i chowa do teczki z kartonu.
– Chodź, usiądziesz na tym fotelu… Wygodnie ci?
Sama wysuwa krzesło zza biurka i stawia je z boku, na wprost mężczyzny.
– Teraz będę liczyć. Od jednego do pięciu. Poczujesz… Jeden, dwa, trzy…
Oddycha głęboko. Wyjmuje notatki.
– Teraz czujesz… Zapytam cię o coś…
Włącza magnetofon. Jednocześnie, na boku, zaczyna sobie na bieżąco notować:
„Pytania związane z wykonywanym przez podejrzanego zawodem. Potem o satysfakcję z pracy, o jego osobistą sytuację w zakładzie.
P. opowiada o sobie, o tym, że czuje się samotny. Uosobieniem ludzkiego zła, które skazuje go na tę samotność, są dla niego łobuzujący na torach kolejowych chłopcy. Ściga ich i aresztuje, jako strażnik kolejowy.
Traci tę pracę. Jako ratunek przed światem, który tak go traktuje, czyni sobie ucieczkę na odludne torowisko.
UWAGA – wchodzi w sferę fobii – szczęście kojarzy zapachowo, z wonią podkładów kolejowych.
KOLEJNA FOBIA (można luźno kojarzyć z autodepresyjnymi przebłyskami uświadamiania sobie własnej pedofilii) – swoją samotność utożsamia z oblepieniem błotem, pod którym nikt go nie rozpoznaje.
Jego fobia przybiera obraz tłumu ludzi, rozmazanego w ciemnościach, rozpraszanego jedynie daleką poświatą ulicy (CZYŻBY BLASK POSZUKIWANEJ PRZEZ P. NADZIEI?)
DALEJ – NIE WIEM O CO CHODZI / TRZEBA TO ROZWINĄĆ JESZCZE. ZATEM, JEDNAK W KOLEJNEJ HIPNOZIE?!!
Z głębi podświadomości wyciągam teraz od P. motyw zbrodni. On, jako odrzucony przez ludzi – uczestników zdarzeń obserwator jest / był świadkiem morderstwa lub musi mieć skądś informacje o morderstwie jakiejś nauczycielki. Chyba domyśla się motywu? Ten motyw to intymny stosunek nauczycielki i sekretarza. I na to pojawia się jeszcze mały chłopiec, który broni sekretarza.
CO TO JEST DO CHOLERY!!! Czyżbyśmy przeskoczyli etap uświadamiania (tej pieprzonej pedofilii) i przeszli już do procesu wyparcia? Połączonego z nieświadomym przerzuceniem winy na symboliczną osobę, uosabiającą samą winę? Ale tak szybko?! To niemożliwe!
KOŃCZĘ TO, BO NIE WIEM CO SIĘ DZIEJE!”
– Pięć, cztery, trzy…
Wzdycha ciężko. Jest spięta i zdenerwowana.
Mężczyzna, w przeciwieństwie do kobiety czuje się rozluźniony, sprawia wrażenie zrelaksowanego.
– I co, jak wyszło? Dobrze wypadłem?
– Proszę cię, jutro odpowiem – syczy Psycholog i w mig się reflektuje – No, jednak, może muszę to dopiero opracować…

Wtorek, 30 listopada
Godz. 13:30
II sesja hipnotyczna z podejrzanym

Dzisiaj mężczyzna jest mocno pobudzony, co przekłada się na wzmożoną aktywność.
Kobieta zachowuje się zdecydowanie bardziej wstrzemięźliwie. Wypowiada się jakby pod przymusem, długo się namyśla, nie jest do końca pewna swoich opinii. Możliwe, że to tylko jej gra wobec mężczyzny. Swoiście rozumiany rewanż za to, że wczoraj nie podjął on proponowanej przez kobietę konwencji, że zbywał jej wysiłki po prostu milczeniem?
– Czy udała się ta hipnoza…?
– Ciężko o jednoznaczny wynik tak po jednym razie.
– Czy to co wczoraj powiedziałem, wypadło lepiej? Czy zbuduje pani coś na tym…?
– Ledwo rozpoczęliśmy, nie zakończyliśmy nawet jednego wątku…
– Czy nic obywatelka psycholog nie będzie mogła konkretnie powiedzieć władzy i milicji?
– Ach, no proszę. To o nie ci chodzi…?
– Czy to nie władza i milicja była niezadowolona? Czy nie tak mówiła wczoraj obywatelka psycholog?
– Tak. Dokładnie tak powiedziałam.
– A zatem…
– Zatem muszę się zastanowić… Tak, metoda hipnozy, może i daje nam pewne efekty, posuwamy się trochę… Tak mi się przynajmniej wydaje…
– Czy będziemy wchodzić dzisiaj w następny sen?
– O nie, nie ma tak dobrze. To Prokurator zmusiła mnie do tego eksperymentu… To miał być tylko ten jeden raz… Jednak najpierw muszę im przekazać wnioski… Potem to omówimy… Ja jednak jestem generalnie przeciwna…
– Dlaczego? Ja z kolei mam wrażenie, że teraz bardziej się otwieram i że to mi będzie pasować lepiej, od tego co robiliśmy poprzednio.
– Ty, tobie, ja cię proszę… A od kiedy to pacjent ocenia takie rzeczy?
– Bo zdanie pacjenta się nie liczy…? Czy nie będzie pani w ogóle o tym ze mną rozmawiać?
– Przy doborze metody? No, niby można pacjentowi przedstawiać różne warianty pracy, brać pod uwagę jego odczucia, sugestie… Zatem, rozumiem, że ty chciałbyś może ciągnąć to dalej? Czyli, że jesteś gotów może już dzisiaj, tak…?
– Całkowicie, drogi człowieku!
– Dobrze, zatem, jeszcze raz… Ale tylko ten jeden raz… I to jednak tylko dlatego, że nurtuje mnie pewien wątek, którego wczoraj… Tak, nie ukrywam, chciałabym go dzisiaj… Liczę na to, że… Ale nie łudź się – decyzja była tylko na wczoraj. Zgodę na kolejne seanse musi wydać Prokurator, po konsultacji ze mną i ze Śledczą. A ja będę przeciwna, zarekomenduję przerwanie hipnozy, ograniczenie jej tylko do tego pierwszego razu. Nie licz zatem na wiele…
Siadaj tam gdzie wczoraj. Czekaj, przysunę się…
Jeden…
Czujesz…
Uruchamia szpulę z taśmą, naciskając palcem klawisz. Po czym rozkłada notatnik i zaczyna równoległe notować pojawiające na gorąco uwagi i spostrzeżenia:
„Pytania o nauczycielkę i sekretarza, powiązane właśnie z nimi. Czy ta para, to są rzeczywiste osoby? Czy ich coś naprawdę łączy ze sobą? Skąd się wzięli? Co to za chłopiec? I jak się znalazł między tą nauczycielką a sekretarzem?
BARDZO ZNAMIENNY POCZĄTEK – zaczyna jako ten chłopiec. Zupełna zamiana ról. Według teorii to oczywisty dowód na… Nie, może nie taki oczywisty, ale jednak…
BARDZO DZIWNE – chłopiec broni sekretarza.
P. wraca do czasów dzieciństwa. Opowiada o Matce i Ojcu (SWOIM? WYIDEALIZOWANYM czy PODDANYM TRANSFORMACJI? / CO MU TAK, AŻ TAK PRZESZKADZA W PRAWDZIWYM OJCU?)
Podsuwa (MNIE czy SOBIE) jako uosobienie zła tajemniczego „Ducha”.
NIE ROZUMIEM – „Duch” ma przejąć winę na siebie, ale za kogo? Sekretarza? Ojca?Samego chłopca?
Zmiana kontekstu. Wina jest nie wobec nauczycielki, ale wobec Ojca.
CHOLERA, CORAZ TO NOWE WĄTKI, WCHODZIMY W NOWE OBSZARY.
Tego się nie da tak łatwo zinterpretować, wyjaśnić.”
– Pięć… trzy…
„Jeden. Niestety, na ciebie już pora.”
– Tak? Jakoś dzisiaj nic nie pamiętam…
– Weszliśmy trochę głębiej. To normalne, nie masz się czym przejmować. Powinieneś czuć się dobrze, tak?
– Tak. Nic mi nie jest. Tylko czuję taką pustkę, jakby dziurę w czasie…
– Szkoda, że dzisiaj tak krótko…. Zaczyna być ciekawie, ale ten czas, proszę… Wiesz, jeżeli Prokurator jednak nakaże kolejne sesje, to musimy spotykać się wcześniej, zupełnie rano i te seanse muszą być dłuższe.
„Znacznie dłuższe.”

Środa, 01 grudnia
Godz. 8:30

Znowu macie przed sobą trzy nasze bohaterki. No, tym razem mniejsza z tym, jak są ubrane. Dość już tej rewii mody, w końcu nie o modzie jest ta historia. Przed trzema kobietami staje zasadniczy dylemat. Jak dalej postąpić z przesłuchiwanym mężczyzną?
Pewnie już zauważyliście, że każda z nich ma tu do odegrania całkowicie inną rolę? I to zarówno oficjalnie, niejako formalnie, ale też tak Psycholog, Porucznik jak i Prokurator kierują się również własnymi instynktami. Nie są wolne od słabości. Ba, wręcz im ulegają.
Wszystkie trzy chcą sprawiać wrażenie odpornych na ludzkie emocje i towarzyszące im odruchy. I żadnej się to nie udaje. Odgrywają te swoje role i przynależne im służbowo przymioty charakteru przed przesłuchiwanym i przed samymi sobą, chociaż… Chociaż, szczególnie to drugie, jak się w końcu przekonacie, jest osobliwie niepotrzebne, śmieszne i pokraczne…
Powoli, powoli, z każdym kolejnym dniem postępowania te kobiety, zaplątane w naszą opowieść, odkrywają się przed wami i odsłaniają cele, które stają się dla nich coraz ważniejsze. Ważniejsze od pełnionych ról społecznych i poleceń przełożonych. Z każdym dniem, który przynosi kolejne emocje, rozczarowania i sukcesy są w coraz mniejszym stopniu maszynką do mielenia człowieczego losu w tej polityczno-urzędniczej ludzkiej pralni…
Zobaczcie sami, jak to i owo wymyka się im spod kontroli, jak zrzucają maski, ulegając samym sobie. Temu co jest w nich a co godzi się i buntuje na przemian.

B: [nie czeka na to, aż pozostałe ulokują się, gotowe do podjęcia rozmowy, chce jakby wziąć je z zaskoczenia]
– Chciałabym jak najszybciej zdać relację…
O: [spokojnie; prześlizguje się spojrzeniem wyzbytym wszelkiego podniecenia po obu pozostałych]
– Z naszej strony jesteśmy gotowi. Dochodzeniówka, wnioskujcie, co tam od was?
Ś: [zadowolona z siebie; kończy z wyczuwalną zadziornością, chce zaniepokoić Psycholog]
– Pion śledczy gotów. Pytania będę miała. Po zapoznaniu się z materiałami…
O: [energicznie]
– To niech nasza psychologia nie czeka. Zaczynajmy!
B: [tracąc spokój i dystans; skupiona wyłącznie na reakcji na sugestię Śledczej]
– …proszę, materiałów na razie to żadnych jeszcze nie ma. Teraz przekażę tylko konkluzje z eksperymentalnego seansu. I sugestie…
Ś: [z wyraźnie kontrolowanym (udawanym?) wzburzeniem]
– Miałybyśmy wnioskować bez zapoznania się z materiałem dowodowym?!
B: [daje się wciągnąć w grę Śledczej; tłumaczy się]
– Chodzi mi tylko o kwestie organizacyjne. Wybór dalszej metody, o zamknięcie eksperymentu… Zatem, może nie co do samych wyników śledztwa, tak?
O: [znużona]
– Prokuratura też tak to rozumie. Dochodzeniówka, nie komplikujcie, wszyscy widzimy, że to jest oczywiste. Psycholog, zaczynajmy w końcu!
B: [pewna siebie; rozkręca się]
– Zatem, zrobiłam dłuższy seans, z przerwą na wybudzenie. Pacjent wszedł na kilka poziomów, w tym również bardzo głęboki… Musiałam tak postąpić…
O: [tonem pełnym rutyny]
– Nie wchodzimy w takie szczegóły, nie macie przed sobą grona specjalistów psychiatrów, a to nie jest jakieś sympozjum!
B: [podekscytowana; pozytywnie zmobilizowana]
– Tak, zatem, podejrzany zapytany o kwestie…
…..
…co należy uznać za bardzo standardowe zachowanie w takiej sytuacji, w jakiej znajduje się podejrzany. Według literatury jest to w pełni symptomatyczne i wskazuje…
…..
…to jest wręcz objawowe…
…..
…jednak wobec moich poprzednich wyników, uważam, że coś tu jest nie w porządku!
Ś: [tym razem nie udaje wzburzenia]
– Co takiego? Teraz, kiedy wreszcie jest wynik…!
O: [z poczuciem pełnej kontroli i odpowiedzialności za przebieg całości; wpierw do jednej kobiety, potem do drugiej]
– Poruczniku, więcej powagi. Więcej powagi w obecności urzędu prokuratorskiego! Czego dotyczą te wasze wątpliwości?
B: [zapalczywie; z entuzjazmem odkrywcy]
– Zatem. Wyniki są zbyt wyraziste. Proszę, nie po pierwszym seansie! Mogą być takie, jednak po dłuższym procesie… Zatem, albo ta metoda okazała się zbyt inwazyjna, po prostu za agresywna, albo…
Ś: [ironicznie]
– Albo co…?
B: [kontynuuje; nie zwraca uwagi na szyderstwa Śledczej]
– …albo podejrzany przejrzał prowadzącego i manipuluje całym procesem.
O: [zaskoczona]
– Żartujecie…?
Ś: [zdziwiona; bardzo autentycznie]
– To naprawdę jest możliwe? Takie cuda…?
B: [zupełnie spokojnie]
– Niestety. Jest możliwe. I pewne zachowania podejrzanego, przed, a szczególnie po seansie, nie wykluczają takiej alternatywy.
Ś: [znowu się nakręca]
– Nie wykluczają, to bardzo łagodne określenie… Jak znam naszego Psychologa, to należało by powiedzieć – jednoznacznie na to wskazują! Prawda?
O: [z pozycji osoby kierującej pozostałymi]
– Poruczniku! Co ten pedofil konkretnie powiedział albo zrobił po seansie?
B: [gwałtownie oponuje; całą sobą]
– To jeszcze nie jest pedofil! Na razie, to podejrzany.
Ś: [lekceważąco; dla wzmocnienia dodaje gest pogardliwie machnąwszy ręką]
– Jak zwał, tak zwał…
O: [zniecierpliwiona]
– Dajmy spokój. Dochodzeniówka! Psychologia! A konkretnie, ale – konkretnie to on, co…
B: [z powrotem opanowana; w pełni profesjonalnie, niczym na wykładzie; bez zająknięć; bez tych swoich naleciałości językowych]
– A zatem…
…..
…widzicie, i tak to jest.
Przy zastosowaniu mojej metody, kontrolowałam jego możliwości i ewentualne zapędy w tym zakresie. Przy hipnozie nie jest to już możliwe. Wynik może być zupełnie wypaczony.
Ś: [narasta w niej bunt; wyraźnie wybija się brak zgody na to, co przeczuwa, że za chwilę nastąpi]
– Sugerujesz, aby to przerwać? Chcesz wracać do twojego cackania się!
B: [spokojnie; z poczuciem obiektywnej przewagi profesjonalisty]
– Chcę tylko powiedzieć, że podejrzany jest w stanie nami manipulować. Nasze osądy przestaną być niezależne i nie będą odzwierciedlać obiektywnej prawdy.
O: [daje wyraz swojemu niepocieszeniu]
– Powiedzmy, że wracamy do punktu wyjścia! I według naszej psychologii nie ma innej drogi.
B: [nie zmienia tonu, ale już powoli wchodzi w emocje; słychać w jej głosie, że za chwilę będzie mówić o czymś, na czym jej osobiście może zależeć ]
– Hipnoza może być tą drogą, ale nie rozwiązuje naszego problemu z brakiem czasu, z tym pośpiechem.
O: [z wyraźnym niezadowoleniem]
– Czy w końcu zaczniemy się dogadywać z naszą psychologią w sposób prosty i zrozumiały?!
B: [wraca (zdziwiona) do mentorskiego tonu; bez niepokoju: ugodowo]
– Hipnoza byłaby dla nas wartościowa, gdybym miała czas na przygotowanie pacjenta, gdybym zdążyła go normalnie wprowadzić w proces, a potem ten proces w normalnym tempie zrealizowała…
O: [nadal zniechęcona]
– Dobrze, wystarczy. Wnioski. Dochodzeniówka.
Ś: [pełne energii; pobudzona koniecznością pozostawania w opozycji, podjęcia i kontynuowania walki o swoje (słuszne / zagrożone) racje]
– Nie muszę czekać na szczegółowe materiały. Ten pierwszy sen podejrzanego naprowadził nas od razu na to co on zrobił i na jego strach przed odpowiedzialnością. Kolejny sen da nam odpowiedzi co do motywów, a w jeszcze następnym – pacjent się przyzna.
O: [pobudzona]
– To prawda, Psycholog?
B: [tonem mentorskim; pozostaje w odpowiadającej jej najbardziej roli specjalisty, przeprowadzającego jakiś naukowy wywód (dowód założonej tezy)]
– Niezupełnie. Przyznać się nie musi, ale prawdopodobnie uzyskamy więcej możliwości do sprofilowania. Dotrzemy do szerszego materiału, na podstawie którego będę mogła powiedzieć dużo więcej o systemie motywacyjnym podejrzanego. Połączyć jego aktualnie dominujące cechy osobowości z ewentualnymi ich źródłami, tkwiącymi w przeszłości oraz – to już zupełnie hipotetycznie – z jego patologiczną seksualnością, czyli pedofilią i homoseksualizmem, o ile tylko mamy z nimi faktycznie do czynienia.
Ś: [pozytywnie zaskoczona; z nieukrywanym triumfem]
– To są argumenty za kontynuacją tej metody!
B: [powściągliwie; racjonalizuje sytuację; uspakaja emocje takim roztropnym tonem]
– Przyjęliśmy ją tylko na zasadzie jednorazowego eksperymentu.
Ś: [nie ulega tej roztropności; nie ma zamiaru schładzać gorączki działania]
– Przecież możemy teraz, tutaj, ustalić, że nie przerywamy go, ale kontynuujemy…
O: [utrzymuje (odświeża?) to swoje przywództwo; tonem głosu nakazuje powściągnięcie emocjonalnego rozgorączkowania i powrót do chłodnego rozsądku]
– Jeszcze raz. Psycholog, czy są na tę chwilę jakieś prerogatywy za takim rozwiązaniem?
B: [akcentując swoje niezdecydowanie; tonem głosu daje do zrozumienia, że nie warto tego robić; niewerbalnie przeczy rozumianej wprost wymowie przekazywanego komunikatu słownego]
– Muszę szczerze przyznać, że są, ale obarczone głębokimi obostrzeniami…
Ś: [pełna buntu i sprzeciwu]
– Uzyskaniem zgody badanego…?
B: [wyraźnie zmartwiona, ale szczerze]
– Nie, podejrzany podchodzi do hipnozy entuzjastycznie. Przecież mówiłam.
Ś: [triumfuje]
– Właśnie! Nad czym my się zastanawiamy?!
B: [wyjaśniająco; oczekuje poparcia]
– …mówiłam, jakie mam z tym związane podejrzenia…
O: [zamyślona]
– Tak. Wiemy. Jakie są warunki kontynuacji od strony psychologicznej?
B: [plącze się; kluczy; konkretna odpowiedź, uruchamiająca przedmiotowe działanie wyraźnie nie jest jej na rękę – ale nie powie tego wprost]
– Jeżeli już, ale to tak zupełnie w ostateczności, miała bym się poddać i kontynuować…
Ś: [z politowaniem]
– Przestań…
O: [chyba jednak nieco rozbawiona, a nie zagniewana]
– Zespół się uspokoi! Pamiętamy o należnym urzędowi prokuratorskiemu szacunku…
B: [wylicza; jest bardzo niepocieszona, że musi to zrobić, ale lojalna]
– To, po pierwsze – dłuższe sesje. Co najmniej muszę go mieć do dyspozycji na cztery – pięć godzin dziennie. Bez przerw.
O: [nonszalancko]
– Załatwimy, aby go dowozili z aresztu zaraz po dziewiątej i nie zabierali go z powrotem wcześniej niż po czternastej. Co jeszcze?
B: [pogodzona już z koniecznością negocjacji warunków, na których spełnienie nie ma żadnej ochoty; do końca zachowując profesjonalny sznyt i drobiazgowość]
– I po drugie, sesje nie mogą być częściej niż co 72 godziny, najlepiej jedna w tygodniu… Tak, rozumiem, mogę zgodzić się na dwie w tygodniu. I to jest ostateczne, dopuszczalne maksimum.
O: [rzeczowo]
– Dużo tych seansów jeszcze potrzebujecie?
B: [poddaje się temu rzeczowemu stylowi]
– Co najmniej z dziesięć…
Ś: [emocjonalnie; nastawiona negatywnie; z tajonym sprzeciwem]
– To zajmie ponad miesiąc! Mamy przerwę na święta…
O: [racjonalnie; rzeczowo; ale na koniec już nieco rozbawiona]
– Nie, Psycholog, dochodzeniówka ma rację. Nie możemy tego przedłużać do końca stycznia! Trzy spotkania w tygodniu i kończymy na tydzień przed Wigilią. Nie, nie, nasza psychologia nie protestuje. Tak, oczywiście, to prokuraturze i dochodzeniówce zależy na tych seansach. Tak, hipnoza to nie postulat biegłego, wy jesteście przeciw. Tak, wy w ogóle możecie jej nie prowadzić i tak by było najlepiej. I właśnie dlatego takie jest moje postanowienie, a decyzja prokuratury – to dla was rzecz święta. Wykonać! Odmaszerować…

Nasza książka / Unser Buch

Ewa Maria Slaska

W listopadzie 2019 roku minęło trzydzieści lat od upadku Berlińskiego Muru.
Joanna Trümner i Elżbieta Kargol, dwie autorki od lat związane z tym blogiem, postanowiły wspólnie napisać kilka(naście) wpisów pod wspólnym tytułem »30 lat temu upadł Mur Berliński«. Z czasem ich plany uległy pewnej zmianie, autorki wybrały kilka, ich zdaniem, najciekawszych fragmentów trasy i opowiedziały historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i flmów dokumentalnych, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nie lokalizacji są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych, zaczynając projekt, nie wiedziały nic.
Z góry było wiadomo, że teksty zostaną umieszczone na tym blogu. Gdy w listopadzie 2020 roku, po śmierci Joanny, postanowiliśmy je również opublikować, okazało się, że dla potrzeb książki, która zapewne powędruje poza Berlin, musimy dodać to tego, co obie napisały, kilka innych miejsc i opowieści bardziej znanych. Zadania dopowiedzenia historii o murze podjęła się Krystyna Koziewicz.
Całość zredagowałam ja i poprosiłam jednego z przyjaciół Joanny, żeby złożył książkę.
Jej wydanie zostało sfnansowane dzięki wpłatom przyjaciół Joanny w ramach tzw. fundraising zorganizowanego na portalu GoFundMe w styczniu 2021 roku.

Taka zbiórka pieniędzy ma swoje wymagania, na pewno trzeba osoby, które już wpłaciły, ale też potencjalnych następnych donatorów ciągle informować, coś im nowego oferować, coś dodawać, wyjaśniać…

Tu przykład takiej korespondencji z darczyńcami z wczoraj, czyli 13 stycznia.

Kochani! Dziękuję! Danke, meine Lieben! Für das Buch von Joanna Trümner & Freundinen haben wir schon mehr als 3000 Euro angesammelt! Na książkę Joasi Trümner & Przyjaciółek zebraliśmy już ponad 3000 euro! Jesteście fantastyczni! Ihr seid fantastisch! Das Buch kommt also auch auf Deutsch! Wydamy więc książkę również po niemiecku!
Tu link do platformy fundraisingowej. Hier der Link zu Fundraising-Seite.
Może ktoś jeszcze zechce się dołożyć! Vielleicht wird noch Jemand etwas dazu geben.

Ich spende / Wpłacam

Dobro wraca! Das Gute kommt zurück!

Wir haben schon, wie gesagt, mehr als 3000 euro! Mamy już, jako się rzekło, ponad 3 tysiące euro! “Niestety” grafik wybrał TAAAKI papier, że na dwie książki, po polsku i po niemiecku, potrzebujemy cztery tysiące!“Leider” hat der Graphiker SOLCH Papier ausgesucht, dass wir, um beide Bücher herauszugeben, vier Tausend Euro brauchen.
No, a jak się rozpędzimy i zbierzemy jeszcze więcej, to wydamy książkę również po angielsku! A potem to już pójdzie, mandaryński, suahili… Nun ja, es geht so gut, dass wenn es weiter so gut gehen wird, werden wir noch ein Buch auf Englisch herausgeben. Und danach werden wir problemlos Weiteres herausbringen können, auf Mandarin etwa, oder Suahili… Każdy, kto nas wesprze, dostanie książkę. Das Buch wird jeder bekommen, der eingezahlt hatte, egal wieviel. Wszyscy, co dali ponad 50 euro mogą /jeśli chcą/ znaleźć się na liście sponsorów, za 100+ można umieścić swoje logo. W obu wydaniach… Alle die 50 Euro eingezahlt haben, werden (falls sie so was wünschen) auf der Sponsorenliste erwähnt. Mit 100+ Euro ist man auch mit Logo dabei. In beiden Sprachversionen 🙂

Eure Ewa Maria / Uściski – Ewa Maria

Apel-Ksiazka-Mur        Aufruf-Mauerbuch-Deutsch

 

Audycja po polsku o książce

W Kurierze Szczecińskim o naszej inicjatywie: KurierAsiaElaKrysia

Z wolnej stopy 29

Zbigniew Milewicz

Dudek, czyli sposób na życie

Dzisiaj mija 56 lat od pierwszego, premierowego spektaklu kabaretu „Dudek“ w stołecznej kawiarni „Nowy Świat“, o którym mawiano, że był najlepszym przedwojennym kabaretem w powojennej Polsce. Miał on charakter literacko-aktorsko-satyryczny. W ciągu 10 lat działalności dał około 1000 przedstawień, na które złożyło się blisko 200 skeczy, monologów i piosenek kilkudziesięciu kompozytorów i autorów. W pamięci jego sympatyków, w tym także i mojej, żyje nadal, w słowach ze skeczy i piosenek, głosach wykonawców i obrazach, na szczęście uwiecznionych w zapisach fonograficznych oraz filmowych. Pewnie najsłynniejszy jest Sęk, ale wybór jest ogromny. Dudek kształtował gusta intelektualne całkiem sporej rzeszy rodaków w PRL-u i pochodził w prostej linii od Edwarda Dziewońskiego, który „był klasycznym przykładem artysty – przedwojennego warszawskiego inteligenta. I dlatego nie wyobrażał sobie życia bez towarzyskich spotkań, bez wymiany myśli, dowcipów, bon motów. Jego sposobem na życie towarzyskie stał się kabaret Dudek, gdzie umiał otoczyć się najwspanialszymi aktorkami i aktorami, (…) niekiedy bardzo zajętymi. Poza tym, że był doskonałym aktorem i reżyserem, (…) był niezrównanym animatorem kabaretowego życia. Przez te dziesięć lat, trzy razy w tygodniu, dobrze po godzinie 22, spotykali się ludzie w „Nowym Świecie”, żeby oklaskiwać swoich ulubieńców. Mimo że za szybami tej kawiarni panował socjalizm, było szaro, ponuro i nudno, Dziewoński przeciwstawiał się temu, kreując świat barwny i interesujący. Umiał doskonale ‘obchodzić’ cenzurę, wykłócał się z cenzorami, żeby przepuszczali co odważniejsze teksty. Pod koniec życia był już oczywiście panem leciwym i niedołężnym, ale zapamiętam go jako człowieka niesłychanie aktywnego, pełnego dynamiki – takiego, jakim był w Dudku.”

Tak wspominał go Wojciech Młynarski, który jako autor tekstów współpracował Dudkiem-Dziewońskim od początku istnienia kabaretu. Dudek to był pseudonim artysty, nad sceną kawiarni widniała łacińska nazwa tego pstro upierzonego ptaka: upupa epops. Poza Młynarskim stałym tekściarzem kabaretu był Stanisław Tym, pisywali dla Dudka Agnieszka Osiecka, Andrzej Jarecki, Jerzy Jurandot, Jonasz Kofta, Sławomir Mrożek, Jaremi Przybora i wielu innych, znanych twórców. Na scenie Dudka występowali regularnie Irena Kwiatkowska, Wiesław Gołas, Jan Kobuszewski, Wiesław Michnikowski i oczywiście sam jego założyciel.

Życiorys artystyczny Edwarda Dziewońskiego jest barwny, jak upierzenie dudka. Urodził się 16 grudnia 1916 roku w Moskwie, w rodzinie ze scenicznymi tradycjami. Ojciec, Janusz Dziewoński był znanym i dobrym aktorem, dziadek Romuald Wasilewski – basem, a także dyrektorem Opery Moskiewskiej. Potomek poszedł ich śladem. Po maturze zdanej w Berlinie i rozpoczęciu studiów aktorskich, postanowił kontynuować je w Warszawie. Tuż przed II wojną światową ukończył Wydział Aktorski w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej, ale dyplom odebrał dopiero w 1945 roku. W tymże roku zadebiutował na deskach łódzkiego teatru Syrena, a dwa lata później na wielkim ekranie – w roli gestapowca w Zakazanych piosenkach, którą mu zapewniła biegła znajomość niemieckiego. Potem był Ostatni etap Wandy Jakubowskiej, po czym przyszły role w innych filmach, m.in. w Ulicy Granicznej i Przygodzie na Mariensztacie. Prawdziwym sukcesem aktorskim okazał się jednak jego Dzidziuś Górkiewicz w Eroice Andrzeja Munka z 1957 roku.


Jako Dzidziuś Górkiewicz w Eroice

W audycji radiowej Anny Napiórkowskiej * poświęconej historii Dudka i jego twórcy, Stanisław Tym tak mówi o tej roli: zagrał w tym filmie wymyślonego antybohatera Powstania Warszawskiego, który robił wszystko co możliwe, aby uniknąć narażania życia i uciec z ogarniętej rewoltą Warszawy, paradoksalnie przyczyniając się do zwiększenia szans walczących powstańców. Ten niezwykle przewrotny film był polemiką z bogoojczyźnianą wizją historii najnowszej, a postać Dzidziusia, między innymi dzięki znakomitej kreacji Dziewońskiego, stała się tej polemiki symbolem.

Po czterech latach spędzonych w Łodzi, Dziewoński przeniósł się do Warszawy, do Teatru Narodowego. Później było Ateneum, Kabaret Wagabunda, Teatr Współczesny, Ludowy i Komedia. Z jego aktorskim i reżyserskim udziałem powstało około 74 spektakli. Jak głosi plotka, zaangażowano go w teatrze, bo miał … tupet. Dziewoński stanął przed dyrektorem teatru i oznajmił, że słyszał, iż ten poszukuje zdolnego aktora.
– Ma go pan przed sobą – dodał.
Dyrektor nie miał innego wyjścia, jak zatrudnić pewnego siebie młodzieńca.

Anegdot o nim opowiadało się wiele. Przytoczę jeszcze jedną, którą wspominałem już we wpisie Moja Kalina, ale to było tak dawno temu, że ją odświeżę. Wtedy zdarzenie wspominał Andrzej Łapicki, dziś mówi Gustaw Holoubek, a więc trochę się będą różnić te wersje od siebie:

W jednym z teatrów na próbie Kalina Jędrusik zapaliła papierosa. Na scenie nie wolno palić papierosów. Zbliżył się strażak i powiedział: “Proszę zgasić papierosa, bo tu nie wolno palić”. A Kalina jak Kalina – z wdziękiem odparła: “Odpie… się, strażaku”. I on strasznie się zamyślił, poszedł za kulisy i tam trwał jakiś czas. Potem nabrał powietrza, wrócił na scenę, ale tam już nie było Kaliny, tylko Basia Rylska. On jednak tego nie zauważył, bo oczy zaszły mu bielmem z wściekłości, i krzyknął do Rylskiej: “Ja też potrafię przeklinać, ty ku… stara!”. Kompletnie zdumiona Basia pobiegła do Edwarda Dziewońskiego, który był reżyserem spektaklu, i powiedziała mu, że strażak zwariował, bo ją zwyzywał bez żadnego powodu. Dziewoński strasznie się zezłościł, poszedł do strażaka i powiedział: “A pan jest ch….!” Przy czym strażak był inny.

– Jesteśmy na Ziemi, żeby się pośmiać. Nie będziemy mogli ani w czyśćcu, ani w piekle. A w niebie nie będzie wypadało – wygłosił Dziewoński w pierwszym programie swojego kabaretu na Nowym Świecie i od tamtej pory nieustannie bawił Polaków, żartując sobie ze wszystkiego i wszystkich.

Tak go zapamiętałem, razem pewnie z większością fanów – jako wybornego komedianta, choć sam całe życie bronił się przed szufladkowaniem. Wielomilionowej widowni telewizyjnej znany był przede wszystkim z Kabaretu Starszych Panów, z postaci Dosmucacza, operatywnego Kuszelasa czy frywolnego sędziego Kocia. Erwin Axer, współtwórca Teatru Współczesnego w Warszawie, wybitny reżyser teatralny tak wspominał Edwarda Dziewońskiego: był aktorem sceny i kabaretu, reżyserem, konferansjerem, recytatorem; bywał szefem teatrów i pamiętnikarzem. Wyróżniał się i zabłysnął we wszystkich tych dziedzinach. To zdarza się nieczęsto, ale się zdarza. Stworzył jednak coś jeszcze, co zdarza się znacznie rzadziej. Wykreował sam siebie: niepowtarzalną postać znaną wszystkim, co się z nim w życiu prywatnym i publicznym zetknęli. Postaci tej zapomnieć niepodobna, opisać ją bardzo trudno.

“Dudek” kochał kobiety i trzykrotnie stawał na ślubnym kobiercu. Pierwsza z jego wybranek była o 14 lat starsza od niego a ostatnia – młodsza o 20. W rozmowach z przyjaciółmi żartował, że teściowa jest od niego starsza tylko o cztery lata. Z drugiego małżeństwa z tancerką baletową, Janiną Smoszewską miał syna Romana.

Na zdjęciu z Ireną Małcużyńską

– Rodzice rozstali się trzy lata po ślubie i ojca jako takiego w domu nie pamiętam – wspominał w rozmowie z Tele Tygodniem Roman Dziewoński. – Mama nigdy nie powiedziała o nim złego słowa. Powtarzała, że jest genialnym aktorem i powinien mieć swój teatr.

W późniejszych latach kontakty ojca z synem przybrały charakter głównie zawodowy. Ich wspólną fascynacją był teatr. – Odwiedzałem ojca w kabarecie Dudek – opowiadał Dziewoński. Ostatecznie wybrał reżyserię, kończąc wcześniej architekturę. – Potem tak się potoczyło moje życie, że zostałem sam z pięcioletnim synem Piotrem i to był najwspanialszy okres mojego życia – dodał.

Swoje zaległości rodzinne dziadek nadrabiał z wnukiem. – Uwielbiali się. To taka przewrotka życiowa, z której bardzo się cieszę – zdradził Roman Dziewoński. Piotrek odziedziczył po mieczu talenty i zainteresowania. Skończył teatrologię i zajmuje się m.in. reklamą, pisaniem książek, scenariuszy oraz muzyką. Swoje relacje z dziadkiem opisał w ostatnim rozdziale książki Dożylnie o Dudku.

Choć Dudek nie wyobrażał sobie życia bez spotkań i wymiany myśli – mawiał wszak z upodobaniem, że jedyne życie, które ma sens to życie towarzyskie – nigdy nie przeszkadzała mu samotność. W dzieciństwie nie miał zbyt wielu kolegów, a w dorosłym życiu otaczał się tzw. przyzwoitymi ludźmi. Zaledwie do kilku osób miał zaufanie absolutne. W jego najbliższym kręgu do końca pozostały aktorki: Gabriela Kownacka, Ewa Wiśniewska, Magdalena Zawadzka, Agnieszka Kotulanka i Grażyna Barszczewska. – Dudek miał też inną twarz, smutną – wspominała Magda Zawadzka.** – Często ludzie, którzy proponują nam komedię, radość, wcale nie są w życiu tak zabawni. On był znakomitym przyjacielem, ale bardzo często miał smutną twarz, podejrzewam, że będąc sam ze sobą, wieloma rzeczami się martwił i przejmował – mówiła.

Wycofanie się Dudka z życia zawodowego było związane z usunięciem go w 1982 roku z Teatru Kwadrat, który założył po zamknięciu kabaretu na Nowym Świecie. Był jego głównym animatorem i kierownikiem artystycznym, bardzo więc przeżył swoją dymisję, co się odbiło na zdrowiu. Pod koniec życia największą radość sprawiały mu wizyty wnuka. Z zapartym tchem słuchał jego opowieści o tym, jak zmienił się świat i ludzie. Ostatni film, w którym zagrał, to Straszny sen Dzidziusia Górkiewicza, w reżyserii Kazimierza Kutza, z roku 1993. Przedstawiał on dalsze dzieje głównego bohatera noweli Scherzo alla polacca z filmu Eroica. Górkiewicza ponownie zagrał Edward Dziewoński. Oba filmy powstały na podstawie scenariuszy Jerzego Stefana Stawińskiego. Artysta zmarł 17 sierpnia 2002 roku, w wieku 86 lat, w Warszawie.


Autor wyszukał dla Państwa materiał radiowy, który pozwoliłam sobie nazwać po prostu:

Dudek

* Historia kabaretu w rozmowie Anny Napiórkowskiej z Edwardem Dziewońskim w audycji z cyklu Sekrety, konkrety

* Rozmowa z Romanem Dziewońskim

*Edward “Dudek” Dziewoński we wspomnieniach. Audycja Natalii Grzeszczyk z cyklu Powtórki z rozrywki

No, a tu najsłynniejszy skecz Dudka, czyli Sęk (kolejne znajdą się same, jak się wejdzie na youtube’a):

Reblog. Barataria. Josef Menčík.

Do publikacji podał Tabor Regresywny

Monia Dębowska

“Dziś prawdziwych rycerzy już nie ma… Ostatni zmarł w 1945 roku.

Nazywał się Josef Menčík. Zasłynął z brawurowej akcji, kiedy w 1938 roku samotnie wyjechał konno w pełnej zbroi rycerskiej i z halabardą przeciwko… nazistowskim czołgom. Niemcy nawet nie wystrzelili w jego kierunku, tylko popukali się w głowy, uznając, że to miejscowy głupek. Po chwili wahania ominęli go i przekroczyli granicę na szumawskiej Bučinie, rozpoczynając tym samym aneksję Czechosłowacji.

W 1911 roku spłonęła część twierdzy Dobrš. Josef Menčík odkupił zniszczony zamek od rodu Schwarzenbergów i rozpoczął jego odbudowę. Kolekcjonował średniowieczne pamiątki związane z rycerstwem, często nabywając je na czarnym rynku czy przemycając z Francji. Umieścił nawet w fosie drewnianego krokodyla dla przypomnienia żyjącego tam kiedyś prawdziwego, przywiezionego przez Kryštofa Koce z jednej z wypraw. Josef jeździł konno po okolicznych ziemiach ubrany w zbroję i próbował zainteresować młodzież historią i ideałami stanu rycerskiego. Do swojego zamku zapraszał wycieczki szkolne.

Czeski Don Kichot był wielkim pasjonatem historii średniowiecznej. Nazywanie go wariatem to raczej nadinterpretacja, bardziej pasuje tutaj określenie pierwszorzędny rekonstruktor i propagator cnót rycerskich. Odrzucał nowoczesne udogodnienia, takie jak choćby elektryczność, a jako oświetlenia w zamku używał świec i pochodni. Lokalna społeczność nazywała go “Fousatý táta” (“Brodaty Tata”) lub “Poslední rytíř” (“Ostatni rycerz”). Wśród miejscowych był znany ze szlachetności, honoru, odwagi, gościnności i uczynności. Słynął także z niekonwencjonalnych rytuałów przy spożywaniu posiłków. Przed wyjściem z karczmy zawsze połknął całego śledzia, popił szklanką rumu i głośno ryknął.
Josef Menčík mieszkał w swojej twierdzy do 1945 roku, kiedy to została znacjonalizowana. Zmarł kilka dni później, 19 listopada 1945 roku w wieku 75 lat, prawdopodobnie z powodu przysłowiowego złamanego serca.”

Oryginalny post na facebookowej grupie Historia bez spiny
Tabor Regresywny znalazł go już jako reblog na stronie facebookowej Regnum Barbaricum

Tam też znalazło się prawie 150 komentarzy, często gęsto nieważnych, ale nie zawsze. Bo np. Krzysztof Pochwicki napisał: “Konno z halabardą? Jako rekonstruktor nie popełniłby raczej takiego błędu. To nie jest broń do walki z końskiego grzbietu natomiast piechota używała jej skutecznie do ściągania rycerzy.”

Pod długiej dyskusji komentatorzy, biorąc w obronę czeskiego Don Kichota, domyślają się raczej błędu tłumacza, ale znawca nie popuszcza. To jednak, jego zdaniem, błąd samozwańczego rycerza, który zapewne nie miał pojęcia i był rycerzem nie znającym się na subtelnych odmianach rycerstwa. Doszukuje się “Nie pasuje mi też hełm tego pana. Nie widzę z boku, lecz wygląda mi to na morion, którego rycerstwo nie stosowało (chyba, że to kapalin, “ojciec” moriona). Zbroja, pas i miecz to też raczej swobodne traktowanie tematu. Podobnie krój kolczugi. Zresztą zakładanie płyt na kolczugę jest bez sensu. Chyba, że mamy tu do czynienia z połączeniem półpancerza z kolczugą, zabieg częsty w średniowieczu (później też, stosowany jeszcze u naszej husarii).” A jeszcze “u pasa ma rapier a nie miecz.”

Nie wiem. Na koniu wyglądał tak:

A autorka pisze, że na pewno w oryginale czeskim było użyte słowo halabarda.

Das verflixte Jahr 2020

Die Fortsetzung dessen, was wir schon vor einer Woche versucht haben, zu rekapitulieren.
Ciąg dalszy tego, co już tydzień temu próbowaliśmy podsumować.

Katarzyna Bogdanowicz

Monika Wrzosek-Müller

Das ungewöhnliche Jahr 2020 hatte in sich; es hat alle überrascht und vor ganz neue Dimensionen gestellt. Für mich persönlich war das ein interessantes Jahr, da wir fünf Monate lang in Prag waren und dort die erste Phase des Lockdowns erlebt haben. Darüber habe ich hier öfters geschrieben.

Wenn ich jetzt länger über das Jahr 2020 nachdenke, bedeutete es für mich erst einmal eine Reduktion; wir/ich haben vieles auf das Wesentliche reduziert: auf die wesentlichen Gefühle, auf die wichtigen Beziehungen… Plötzlich wurde Liebe und Nähe so wichtig. Ich wollte meinen Sohn sehen, nicht nur am Handy hören, dass es ihm gut geht; ich wollte meine Mutter in Polen sehen, obwohl der Zugang zu den Pflegeheimen versperrt war. Ich hörte auf meine Gedanken, bemerkte, mit wieviel Zerstreuung wir leben. Das hat mir die Einsicht gebracht, dass wir viel weniger brauchen, als wir um uns haben. Oder doch anders, wir benötigen andere Dinge, die uns Geld und all der Konsum nicht geben können. Oft habe ich schon gedacht: diese Pandemie besitzt auch eine Kraft, die uns auf uns selbst zurückwirft und verlangt, dass wir mit uns ins Reine kommen, dass wir uns definieren, uns zu etwas eindeutig bekennen. Auf jeden Fall hatten wir genug Zeit, um über vieles nachzudenken, nachzugrübeln und über manches nachzulesen. Ja, das Lesen, gute Lektüre, gute Bücher waren der Gewinn für mich in diesem Jahr. Ich las fast immer parallel zwei, drei Bücher, manchmal kamen auch Zeitungen dazwischen und dann wusste ich nicht mehr, was, wo und wann ich dieses und jenes gelesen hatte. Es fehlte der direkte Austausch darüber, doch es wurde auch genauso tüchtig gemailt und Nachrichten wurden rege ausgetauscht.

Draußen lief natürlich der ganze Horror in den Krankenhäusern, in den Pflegeheimen und manchmal, ganz selten, spürte ich auch die Bedrohung, wenn z.B. in einem Laden („dm“) sich um mich herum zu viele Menschen tummelten und kein Fluchtweg sichtbar war (ich musste noch bezahlen).

Ich konnte die Demonstrationen der Querdenker gegen die Coronamaßnahmen nicht verstehen. All die Verschwörungstheorien waren für mich so unverständlich und abgehoben, dass ich manchmal dachte, die soll Corona treffen, dann würden sie im Nu ganz anders denken, wo bleibt der gesunde Menschenverstand. Wie kann man blind und taub durch die Welt gehen, ohne Rücksicht und Achtsamkeit darauf, was rundherum passiert, mit einer Arroganz gegenüber den Schwächeren. Überhaupt, das Fehlen von gesundem Menschenverstand empfand ich, überraschend, essenziell negativ an der Situation; jeder müsste doch einsehen, dass man während der Pandemie eine Schutzmaske tragen und Abstand halten sollte.

Bewusst wurde mir auch die steigende Macht der Medien, aller Medien. Jeder hörte Radio, sah Nachrichten im Fernsehen oder auf dem Handy und Laptop; manche Medien brachten auch viel Manipulatives und Unwahres, was trotz allem schnell verbreitetet wurde. Manches wurde tausendfach verbreitet, ohne richtige Nachforschungen, ohne Faktenbasis.

Wir versuchen über das Jahr 2020 so zu schreiben, als ob die Sache mit der Pandemie schon zu Ende gegangen sei, ist sie aber nicht. Sie dauert weiterhin und betrifft uns immer stärker und tiefer, mindestens solange wir nicht alle (oder viele) geimpft sind. Ich würde die Rückkehr in die Normalität begrüßen, in eine bewusste, vielleicht etwas umgestaltete, gesündere, aufmerksamere Wirklichkeit. Ich hoffe, dass wir alle von dieser Zeit gelernt haben und mit der Achtsamkeit, die uns dieses Jahr der Stille und des Rückzugs gebracht hat, besser weiterleben werden.

Zima

Konrad

 

 

Śnieg

pośród kierzy
mróz się szerzy
leży pierze
rześkie, jeży
się na trawie
ją wykłuwa
jej pęcherze
mierzy ku nam

piana surczy
pierze spływa
czuję strach
i zimny wymaz
na paluchu
w lewym bucie
chcę się poddać
tej pokucie

skaczę w morze
haust już chełstem
tonę w chłodzie
mierzę się z tym
i to kocham
czemu? jestem
w tej wymianie
ciepło daję


Ela Kargol

Berlin, styczeń 2021

Na Moabicie zakwitła róża,
Z obietnicą na jeszcze,
ale czy zdąży?
Szansę ma dużą.

Bo choć Berlin i styczeń,
ocieplenie globalne,
jest bardzo nieprzewidywalne
i spełnia wiele bzdurnych życzeń.

Jakoś tak inaczej

Teresa Rudolf

Brak mi…

Brak takich słów,
by się nimi dzielić,
niech zostaną już
we mnie milczące.

Ubiorę je ciepło,
zimowo, przytulnie,
niech się wyśpią,
chrapiące niedźwiadki.

Zaśpiewam kołysankę,
z tych starych bajek,
o dobrych wróżkach,
i o kotach w butach.

A gdy się obudzą,
nie będą głosem,
ani literą, nauczone
we śnie mowy….
…głuchoniemych.

Wdzięczność 

No cóż,
jakoś tak wszystko,
inaczej?

No cóż,
chciałoby się jak
kiedyś normalnie?

A jak było?
A jak inaczej?
A jak normalnie?

Zostało to co jest,
dla niektórych jeszcze…
dla innych już nie.

Jestem
i Ty
i Ty
i To!
Dziękuję.

Odcinek 6

Mieczysław Bonisławski

– Ja nie rozumiem, mówię dokładnie to, co wtedy słyszałem. Czy nie takie było dla mnie polecenie? Czy nie właśnie to, będziecie chciały towarzyszki uzyskać ode mnie?
Przestańmy sobie wmawiać, że dziesięciolatek mamrotał grzebiąc w piaskownicy, używając takich złożonych wypowiedzi. Takich długich fraz myślowych!
Mężczyzna powoli dochodzi do siebie. Popatrując na nią spode łba, zaczyna coś sobie układać w głowie. Z jego zmieniającej się miny, widać, że dochodzi w końcu do czegoś, co według niego pozwoli mu osiągnąć założony cel.
– Czy ja dobrze rozumiem towarzyszkę, towarzyszka mi nie…
– Skończmy z tym, zanim na dobre zaczniecie. – Pozwala sobie tylko na takie żachnięcie się. Przesłuchiwany nie może być dla niej towarzyszem, to nie ten sort człowieka. To ją obraża. Towarzyszem jest tylko ktoś równy jej pozycji, z którym ma jakieś wspólne cele. A jeżeli nie wspólne, to chociaż jej własne. Drobne żachnięcie się i szybki powrót do przyjętej postawy – Przytaczajcie tylko to, co rzeczywiście usłyszeliście. Dokładnie, bez waszej interpretacji. A jeżeli nie pamiętacie, to przestańmy marnować nasz czas. Takie mamienie funkcjonariuszy, nic nie pomoże w waszej sytuacji.
– A przecież ja… Drodzy ludzie…
Tak to wszystko oceniacie? W taki prosty sposób? – decyduje się wtrącić ze swojego odosobnienia Psycholog.
– …Bo przecież… – próbuje w końcu coś przekazać od siebie mężczyzna, ale tym razem przerywa mu Śledcza. Odpowiada niejako obojgu. A nie proszona – również reprezentując to, co ma na myśli Prokurator:
– To psychologicznie niemożliwe. Dzieciak powtarzałby to, co zapamiętał z rozmów dorosłych, ale nie tak głową, rozumowo, ale emocjami. To co w nim utkwiło, ale przecież w dużych nerwach. Bo chłopiec był zdenerwowany. To wynika z zeznań, z całości relacji… Dlatego to mogłyby być tylko hasła, symbole. W postaci krótkich, znaczących tylko dla niego samego komunikatów.
– A my tu mamy samodzielną, złożoną kreację myśli, poglądów, konstruowanie złożonych relacji słownych, no proszę…
– ironizuje Psycholog – Chłopiec, zatem, to nie mały człowieczek, tylko jakaś małpka i musi jak małpka…. Ja jednak mam tego po dziurki w nosie.
– …no i ja… Czy niby co? Bo to ja sobie wymyśliłem?! A może to chłopiec ma bujną wyobraźnię? – mężczyzna już wraca do pełnej kontroli swoich wypowiedzi i rozpoczyna regularny spór ze Śledczą. Ta podejmuje rzucona jej rękawicę:
– Musiałby być małym geniuszem.
– Albo dzieckiem po przejściach…
Szybko ucina to jednak Prokurator:
– Racja! To nie mogą być tyrady, one są zupełnie niewiarygodne. Przestajemy konfabulować! Mówimy dokładnie to co usłyszeliśmy i zapamiętaliśmy. A jak nie, to wracajcie do celi!
– Robicie błąd, obie panie. To tkwi w tym chłopcu. To czego nie szukacie, nie dostrzegacie nawet… – nie poddaje się mężczyzna. – I jak wy, drodzy ludzie, tak dojdziecie do czegoś…?

Cała trójka powoli, krok za krokiem odchodzi w trakcie tej rozmowy od piaszczystej wsypy demiurga w stronę jasnej plamy wyjścia spod betonowego sklepienia. W stronę Psycholog, ale ta nadal ich unika. Im oni krok bliżej niej, tym ona krok od nich.
Nikt już nie patrzy na patyki, na samochodziki. Leżą porozrzucane na piasku, nikomu niepotrzebne, zapomniane.
Stalowoszary mundur Porucznik niemal dotyka teraz popielatego żakietu Prokurator. Kobiety idą, przystają, znowu przemieszczają się o krok, czy dwa, prawie twarzą w twarz. Oddziela je tylko odległość obficie napiętych pod materią obu strojów czterech piersi. Sterczącego spiczasto biustu jednej i nieco bardziej okrągłego, trochę już opadającego – drugiej.
Anemicznie gestykulują rękoma. Można chwilami odnieść wrażenie, że jedna powstrzymuje ręce drugiej, że dłońmi odpychają się od siebie, ale to tylko wrażenie.
Ale rzeczywiście są zaabsorbowane tylko sobą. Przestały dostrzegać mężczyznę, który wlecze się za nimi. Pozostaje jednak niejako na uboczu toczącej się rozmowy. Wygląda to tak, jakby on nachalnie następował krok w krok za nimi, ignorowany i niedostrzegany. Jakby kobiety chciały się pozbyć natręta.
– On nic nie pamięta, albo nawet nic nie słyszał, bo po prostu nic takiego nie było. On nas zwodzi. Czy naprawdę warto to ciągnąć dalej? – piekli się Śledcza.
– Czy chcecie usłyszeć prawdę, czy tylko to, co pasuje towarzyszce porucznik? Proszę bardzo, już opowiadam tak jak się należy. Nie, nie przerywajcie tego! Dajcie mi szansę, drodzy ludzie! – zawodzi z boku mężczyzna.
– Nie czas jeszcze na analizy! Teraz róbmy to, po co się tu znaleźliśmy. Trzeba wykorzystywać każdą możliwość, nawet taką… – odgania się przed napastliwością Śledczej Prokurator, a po chwili całkowicie zmienia ton: – No nie powiemy przecież że przyjeżdżałam tutaj na darmo… Słuchajcie no, to już nie jest etap wstępny!. Ja chyba nie rozumiem naszej dochodzeniówki… Przyznajcie się, cała dokumentacja zebrana dotąd, to stek bzdur! Nie potrafiliście wyciągnąć żadnych wniosków z sensem! – zawahała się, ale zakończyła nieskrywaną wcale groźbą – Odpowiadajcie, po co mnie tu dzisiaj ściągnięto i niech to będzie uzasadniony powód!
– Bardzo, bardzo pani dziękuję… Ta towarzyszka, to…
Prokurator odruchowo spogląda w stronę tego głosu. I bez przekonania rzuca w kierunku mężczyzny:
– Tylko nie błaznujemy. Konkretnie, zwięźle, tak jak było.
– Wyjął z tornistra mały czerwony samochodzik. Postawił na drodze. To był duży Fiat, 125 p.
Śledcza staje między nim a Prokurator. Wyraźnie chce przerwać, wchodzi mężczyźnie w słowo, zagłusza go:
– W tej sytuacji, to ja poproszę prokuraturę o przerwę. Potrzebuję coś sprawdzić. Parę szczegółów.
– Też taki plastikowy modelik z kiosku „Ruchu” – przebija się mężczyzna.
Prokurator nie reaguje. Spogląda teraz w twarz Śledczej.
– Gdzie, tutaj?
– Nie, muszę wrócić na komendę. I chciałabym też zabrać jego
– wskazuje na przesłuchiwanego – coś mu pokazać. Jeszcze raz przepytać na pewne okoliczności.
– Wolałbym… – próbuje zaoponować mężczyzna, ale nikt go nie słucha. Obie kobiety stoją już na zewnątrz budowli, Śledcza gotowa do wyjazdu. On, stojący z tyłu, za ich plecami, jakby przestał dla nich istnieć. Na chwilę, kiedy kończą ten wątek rozmowy.
– Dobrze. Godzina musi wystarczyć.
– Wolałabym trochę więcej czasu. Czy mogę prosić, może tak do wpół do pierwszej…?

Wtorek, w dalszym ciągu. Po przerwie.
Godz. 13:30

Co może zmienić taka przerwa? Dużo.
Jakie zmiany wprowadzą do życia czterech osób dwie i pół godziny? Zaledwie dwie i pół godziny.
Znaczące.
Śledcza jest mocno niepocieszona. I wcale tego nie kryje. Powrót z komendy okazuje się jej porażką. Prokurator po wysłuchaniu relacji z czynności, jakie wykonali razem z przesłuchiwanym przez te – ostatecznie – prawie sto pięćdziesiąt minut, ma teraz twarz jeszcze bardziej zamarłą niż podczas tej burzliwej wymiany zdań przed przerwą.
To co tężeje w wyrazie jej oczu, w zaciśnięciu ust, w podkuleniu do siebie warg, znów ktoś kto jej nie zna, mógłby mylnie przyjąć za nowy grymas zawodu, całkowitej dezaprobaty, poczucia porażki i poddania się jej.
Czy dałby się zwieść? Ta kobieta całe życie pracuje nad tym, aby jej twarz niczego wobec nikogo nie wyrażała. Nawet wbrew mimowolnym, niekontrolowanym dąsom…
I właśnie tę, pozornie nic nie wyrażającą twarz odwraca teraz od Śledczej. Porucznik już wie, że ją rozczarowała i że najgorsze co ją obecnie czeka, to lekceważący stosunek Prokurator do jej tez i wniosków. A przecież jest tak pewna swoich przemyśleń. Czuje, że toczy się tu jakaś gra. I jest niemal przekonana, że te niebezpieczne dla całego postępowania machinacje są sprawką właśnie tego mężczyzny. Nikt inny jej do tego nie pasuje. I dlatego potrzebuje wsparcia Prokurator dla uratowania tego śledztwa! Tak bardzo potrzebuje…
Prokurator odwraca jednak głowę od Porucznik i widzi przed sobą Psycholog. Też w zupełnie innym nastroju niż przed przerwą.

Kobieta w brązowej sukience, z równie zamarłą twarzą, asystuje szykującemu się do dalszej rekonstrukcji mężczyźnie. Pod maską obojętności kryje się zadowolenie. Psycholog, gdy jest w dobrym nastroju, potrafi go ukrywać po to, aby wykorzystać nieświadomość swoich oponentów. Przed przerwą, w tym odosobnieniu na granicy hali, na pewno jej twarz nie była taka spokojna… Tym odejściem na parę kroków od pozostałych maskowała wszystko, co wtedy można by było wyczytać z jej niezwykle ekspresywnej mimiki osoby, która zupełnie się emocjonalnie posypała. Teraz sytuacja się zmieniła. Zadowolona, w pełni panuje nad sobą.

W oku Prokurator przez krótki, nieuchwytny moment iskrzy diabelski błysk. Wie, że Śledcza, do której odwróciła się przecież plecami, nie może tego widzieć. Czy to szalbierstwo jest skierowane przeciwko niej? Czyżby porażka Porucznik i sprowadzenie śledztwa na manowce, były na rękę Prokurator?
Wszyscy czekają na jej decyzję o dalszym przebiegu tej wizji lokalnej. Każde z nich ze swoim własnym niepokojem.
Kobieta w garsonce wygląda teraz, jakby nie szukała już nowych rozwiązań. Podda się obowiązującej procedurze, aby jak najsprawniej zakończyć to, co zostało rozpoczęte. Najsprawniej, niekoniecznie modelowo czy nienagannie. Za to do samego końca. Na analizy przyjdzie czas. Później. Teraz niech mężczyzna mówi, mówi i przede wszystkim – kończy. Niech mówi, tak jak uważa i to, co uważa. One są na tyle doświadczone, aby sobie poradzić z tym, co od niego otrzymają. Poradzą sobie, tak jak wymagają od nich tego ich przełożeni i ogólna sytuacja. Tak, ważne aby dopowiedział i pokazał wszystko, wreszcie, do końca i potwierdził, że to rzeczywiście jest już całość, że to jest faktycznie ów koniec. A one z tym sobie poradzą, niezależnie od tego, co usłyszą. Ważny jest jego podpis na zakończenie, dowód, że już nic więcej nie może się pojawić nowego, niespodziewanego, a to co on powie… Ma małe znaczenie. W zasadzie nie ma znaczenia.

Zatem czeka na nie jego świat. Wykreowany podobno przez małego chłopca, a który on podejrzał. Nowe sceny, nowe dialogi
Mężczyzna znowu staje wyprostowany nad piaskownicą tego jakiegoś demiurga (co to za stwór? Czyj to wymysł?) Rozsstawia nogi, pochyla się nad rozłożonymi zabawkami. Klęka na piasku i mówi:

– Wyjął z tornistra dwa, czy trzy małe samochodziki i porozstawiał w piaskownicy na ulicy. To były takie plastikowe modele z kiosku „Ruchu”. Duży czerwony Fiat 125p i niebieski pick-up Syrena z białą plandeką, i czerwony Żuk, też z plandeką.
Głosy wokół Fiata:
– „Dobry zryw. Musieliście go robić, panie magister… /Jedźmy już, panowie, późno się zrobiło. /O, i o takich właśnie sprawach powinieneś pisać, Demianiuk. A wy robicie z siebie wielkiego redaktorka… /A macie jakiś cynk, panie Pułkownik? A może dostanę coś z odcinka sportu dzieci i młodzieży, moi drodzy panowie? /A żeby pan wiedział, redaktorze. Usłyszałem ostatnio parę ciekawych rzeczy, od moich chłopaków. Więźniowie zaczynają pracę na budowie osiedla rano i o dziesiątej mają drugie śniadanie. I potem, już po piętnastej, chłopcy z osiedla, na takiej pustej budowie, zbierają po nich butelki i sprzedają w skupie… Jakie to ma znaczenie w którym? Ale dobrze, w skupie, przy SAM-ie na Zubrzyckiego…”
Autko zatrzymuje się, przepuszcza jadącego główną ulicą Żuka. Potem z piskiem opon przyspiesza i wyprzedza furgon.
Głosy z Fiata:
– „Całe osiedle areszt zbudowawszy, he, he…. To nie są tematy dla mnie. Przekażę Ryndakowi, jak go znowu spotkam. /A dlaczego miały by nie być? Chłopcy znajdują różne rzeczy. /Tak w ich kieszeniach? Czyli co, grzebawszy w porciętach i gatkach, aż wygrzebawszy…. Ciekawość, cóż ta takie może być z tych gatek, he, he, he… /Chłopcy penetrują popołudniami nie pilnowane i nie domknięte baraki. Te, gdzie więźniowie się przebierają, jedzą. /I co tam znajdują, trenerze? /Najczęściej martwe myszy w butelkach po mleku. Robotnicy robią sobie w nich pułapki na te dokuczliwe gryzonie. Zdarzają się zakrwawione pakuły, obtłuczone szyjki po piwie. /Ty, magisterek, „tulipany” to dla kryminalnego. Jak znalazł dla redaktora. A właśnie, ty, redaktorek, gdzie uciekasz…? Do pióra… /Stare szpargały po Niemcach… /No, no! Przeglądał to trener, było coś faktycznie istotnego? Zaraz, zaraz… A czemu to my nic o tym nie wiemy? Ukrywasz takie informacje, ty magisterek? Chodźże no tu… /Skądże, szefie! Nie ukrywam – to tylko stare szpargały. Takie tam, sprzed trzydziestu lat…”
Fiat zwalnia, człapie za pick-upem.
– Moja siostra! Stanę tu na chwilę. Pozwolicie panowie…? – wykrzykuje mężczyzna imitując głos Trenera-Magistra.
Autko zamiera, przytrzymane jego dłonią.
Wstaje z klęczek. Otrzepuje spodnie z piachu. Zaczyna zbierać porozrzucane patyki. Odchodzi kawałek w stronę filaru. Zatrzymuje się tak, że dotyka go wyciągniętą przez siebie ręką.
Chwilę stoi sztywno, w milczeniu. Buduje napięcie.
I z nagła strzela całymi seriami słów, które mkną z szybkością i intensywnością pocisków uwolnionych przez erkaemistę z lufy szybkostrzelnego karabinu. Czyni to po mistrzowsku, sprawnie łącząc zmiany modulacji głosu z animacjami patyczków. Tak jak przed przerwą.
Tym razem kobiety jednak nie szukają w tym błędnych intencji i sprzecznych okoliczności. Dają się ponieść fascynacji tym osobliwym wyrazem artystycznym i mistrzostwem animatora.

Patyk numer 2: „Teresa!”
Patyk numer 5: „Cześć. A… Dzień dobry, redaktorze.”
Patyk numer 1: „Pozwólcie mi, panie Pułkownik. A oto i ona, pani Teresa Barczyńska. Ona uczywszy w tej nowej szkole, przy Gwardii Ludowej. Prywatnie, siostra magistra.”
Patyk numer 3: „A, miło poznać przedstawicielkę takiego odpowiedzialnego zawodu… A siostrę znakomitego trenera – tym bardziej…”
P5: „Pułkownik? To pan wojskowy?”
P1: „Uważajcie, panie Pułkownik. Siostra Sosińskiego wyjątkowo nie znosiwszy komuny.”
P3: „Dlaczego?”
P5: „Tylko ubecji. Za życie.”
P3: „Nauczycielka? Pani, zapewne, po studiach?”
P5: „A pan też, że jak po studiach, to z władzą było tylko po drodze?”
P3: „Uproszczenie?”
P5: „Zdecydowanie”
P3: „Mówi pani, zdecydowanie?”
P5: „A żeby pan wiedział, pułkowniku. Tak właśnie! Głupi, bardzo głupi stereotyp. Docent, profesor, prokurator – tacy na pewno na coś poszli, ale zwykła nauczycielka… Co wy wszyscy chcecie od nas, nauczycieli? Po swoich się porozglądajcie. Po urzędach, katedrach. Sądach. Kancelariach. A od szkoły, to proszę – wara! Wara wam wszystkim…”

Za filarem Śledcza otwiera teczkę i pokazuje Psycholog wyjęte z niej papiery. Pochylają się teraz nam nimi obie, zgodnie niczym duet łyżwiarek czy tancerek. O Barczyńskiej jest w nich tylko tyle, że uczy fizyki oraz informacja o tym, gdzie ukończyła uczelnię, gdzie należała. Trochę materiałów operacyjnych, o córeczce, o separacji z mężem przemocowcem i alkoholikiem.
Skąd u niej bierze się ta zadziorność? Tego próbuje dociekać Śledcza. Psycholog coś jej tłumaczy… Może działa w związku nauczycielstwa? Może w komisji socjalnej? Nie, to nie to…
Rozpatrują możliwości wynikające z jej osobowości, przeszłości… Podobnie jak kukiełki – gałązki, ożywiane przez mężczyznę:

P3: „No, to jak tam u was, wśród nauczycieli po studiach na komunistycznej uczelni jest z tą komuną?”
P5: „Naprawdę niewiele było trzeba, aby ubecja mi brata zabiła.”
P2: „Teresa, daj spokój!”
P5: „A dlaczego mam milczeć? To twoi znajomi przecież. Jak wojskowy, to niech wojsko też wie. Może na coś się przyda… Całe lata zmarnowałeś, gdy cię zesłali na tę wieś… A co zrobili z twoim najlepszym przyjacielem…?”
P2: „Teresa była narzeczoną Ostrowskiego. Gdy go wtedy skazali… Tak, tego samego, od sprawy wiaduktu na kolei szprotawskiej. Wiaduktu, dobre sobie…! Ruiny przy Krakusa, które sami niedawno zburzyliście, przy budowie tej nowej trasy, Wojska Polskiego…! Teresa długo była potem sama…”

Śledcza kiwa ręką na Prokurator. Ta niechętnie odrywa wzrok od animacji, podchodzi do porucznik. Chwilę szepczą. Prokurator przecząco kręci głową. Nie, nie zgadza się. Sprawa tego jakiegoś Ostrowskiego to już dawno zamknięty rozdział. Jakieś lata pięćdziesiąte, stalinowskie wypaczenia. Nie ma znaczenia to, do czego nawiązuje ta Barczyńska i jej brat, Trener-Magister. Sprawa nie będzie rozszerzana o te wątki. Prokuratura się nie zgadza. Koniec, kropka. Po temacie.
A matka chłopca? Córka tego wojskowego prokuratora… To jest przecież jakaś nić. Prokurator patrzy na Śledczą wzrokiem bazyliszka. Jakby chciała ją tu, na miejscu położyć trupem…
Jak to się skończy? Nijak. Nie skończy się. W ich konflikt wchodzi Psycholog i obie je ucisza, zwracając jednocześnie ich uwagę na kolejną sekwencję scenek. Kluczowych dla sprawy, jak podkreśla, po czym całkiem zgrabnie, a przede wszystkim skutecznie skupia całą ich uwagę na tej rozmowie Redaktora z Nauczycielką:

P1: „Poproszę na słówko, moja pani profesor… Odejdźmy. Tu, na bok… A oni wyjaśnią sobie, co mają wyjaśnić…”
P5: „Nawet dobrze się składa… Redaktorze… Ten chłopiec, który ma być z mojej klasy… Czy to Januszek? Oni sprowadzili się ostatnio na Waszkiewicza?”
P1: „Tak, to ten.”
P5: „To na pewno wnuk tego stalinowskiego prokuratora? On i sprawa… mojego…”
P1: „Ostrowskiego. Tak, to jest pewna informacja. Przecież pokazywałem tę starą gazetę, pani profesor… Tę z pięćdziesiątego…”
P5: „Ten artykuł…”
P1: „Spóźnione skrupuły, pani porfesorko?”
P5: „Żadnych! Jeśli to ubeckie szczenię, to wyrośnie z niego taki sam bandyta. To trzeba plenić do któregoś pokolenia… Dostanie to co mu się należy.”
P1: „Są i inni nauczyciele. Pomogą? Przeszkodzą? To są jednak ostateczne nauczyciele?”
P5: „Ja też jestem nauczycielką… Coś panu w tym nie pasuje, Redaktorze? Ja przecież też nią jestem.”
P1: „Nawet wychowawczynią tego Januszka. Zapamiętałem i trafiłem w sedno.”
P5: „Co proszę…? Ach tak… Wszyscy jesteśmy nauczycielami, wychowawcami, mamy swoją misję. Mamy własne posłannictwo wobec historii, wobec rodziny… To są moi koledzy, którzy tu żyją i widzą.”
P1: „Opowiadacie sobie takie rzeczy? Co takiego opowiedziała im pani, pani profesor? To były zwierzenia o sobie, o bracie, o tamtej historii? A o mnie, o mnie cokolwiek im pani powiedziała, moja droga Tereso?”
P5: „Skądże! Jak nauczyciel, to od razu musi być głupi? Iść na postronku, ześwinić się władzy…? Moi koledzy z pracy mają własne oczy. Nie ulegają propagandzie jak inne grupy… A co do szczeniaka, jest w mojej klasie. Komu uwierzą jak nie wychowawczyni klasy ”
P1: „Komu pomogą, pani, pani wychowawczyni klasy?”
P5: „Nie potrzeba. Klasa go zeżre.”
P1: „Czyli, o ile dobrze rozumiem, zaplanowała pani samosąd? A dobrze pani sobie wszystko rozważyła, moja droga Tereso? Tak? No, dobrze, ostatecznie to twoi wychowankowie, ty ich uczysz różnych rzeczy… Niech go pobiją. Masz odpowiednich łobuzów w swojej klasie, pani profesorko?”
P5: „Słucham?”
P1: „Stawiam jeden warunek. Chcę przy tym być!”
P5: „Nie rozumiem, redaktorze…!”
P1: „To jest oczywiste, ale wyjaśniam. To ja powiem kiedy i gdzie dojdzie do pobicia. To będzie temat dla mnie! Przemoc w szkole, pani profesor.”
P5: „Nie myślałam, że to tak. Chciałam sama… za swoje krzywdy… Ale skoro tak musi być – to niech i będzie!”

Wtorek, tuż przed końcem. Pierwszy zmierzch.

Zmęczenie…
Zapadał mglisty, listopadowy wieczór. Taki co to może przenosić między ludzi wszystkie ich wyobraźnie.
Zniechęcenie…
W gęstej mgle zawarczał silnik i z tej mgły ruszył Fiat.
– Brryy, brryy… Wziuuuu…!
To był na pewno tamten Fiat.
Wziął ostro zakręt. O mało nie wypadł z drogi. Ni stąd, ni zowąd niebieski Jelcz podniósł się z torów pod wiaduktem i wyskoczył na ulicę, którą właśnie szarżował plastikowy fiacik. Na skrzyżowaniu, z boku wyjechał pick-up. Nie wyhamował i uderzył w autobus. Jelczem obróciło, pękatym nosem zaczepił o Żuka.
W to wszystko wyrżnął z impetem czerwony Fiat. Aż go uniosło. Dachował.

Przed stojącymi obok kobietami nie było już mężczyzny w więziennym drelichu. Poniosła je ta ekspresja i osnowa jego wizji. Przed ich oczami był dziesięcioletni uczeń klasy 4c szkoły podstawowej przy Gwardii Ludowej. Widziały, że chłopcu nie wystarczyło to, co zrobił (stało się?) przed chwilą. Widziały jak znowu podniósł mały model i Fiat ponownie spadł z wysoka. Gruchnął głośno. I jeszcze raz, pośród krzyków miażdżonych pasażerów zarył głęboko w piasku, wyżłobił krater. Huk, zgrzyt, wycie syreny pogotowia ratunkowego, tumany piachu – szarpane małymi dłońmi – podnosiły się i opadały niczym podczas pustynnej burzy. Leciały na autko, zasypywały go.

I naraz znowu cisza.
Cisza.
Teraz chłopiec szybko, nerwowymi ruchami spakował wszystko do tornistra i wybiegł na budowę, pomiędzy sterty płyt stropowych a cielsko dźwigu „Marian”. Przebiegł przez szeroko rozstawione szyny, w kierunku bloku stojącego po drugiej stronie rozgrzebanej osiedlowej ulicy. Ulicy Generała Waszkiewicza.
Biegł z powrotem do domu.
Po szkole.
Na obiad?
Do piwnicy?

Mgła opadła na miasto. I pogrążyła je w letargu zapomnienia…

Jagielski na rok 2021

Tibor Jagielski

Kraj
Gdzie nawet umierający są szczęśliwi

Na krótko przed śmiercią
Idzie się do fryzjera
Lub na piwo

Ein Land
Wo sogar die sterbenden glücklich sind

Kurz vor dem tode
Wird noch frisiert
Oder man geht ein Bier trinken

11.10.2016

***

ród Zamyslidów
wyginął w zagadkowy sposób;
Zamysł, zwany Ostatnim,
wyszedł z siebie i nie wrócił.

Erdbeere

Pablo Neruda
Oda do pomidora

Tłumaczył Tibor Jagielski

ulica
pęczniała od pomidorów,
południe,
lato,
na dwie połówki pomidora
dzieli się
światło,
płynie
sok
przez ulice.

W grudniu
pomidor
spada
i ląduje w kuchniach
pojawia się przy śniadaniu
siada
spokojnie
wśród słoików
maselniczek
lazurowych solniczek
promienieje
własnym światłem,
łagodną wyniosłością.

Co za nieszczęście, musimy
go zabić:
nóż tnie
żywy miąższ,
krwistoczerwone
wnętrze,
świeże,
głębokie
niewyczerpane
słońce,
on to czyni
sałatę doskonałą,
święci wesele
z jasną cebulą,
aby to uczcić,
bierze się
oliwę
z oliwek
najczystszą esencję,
kropić
na w pół otwarte półkule
dodać pikantny
aromat pieprzu,
i magnetyzm soli:
To jest wesele
dnia,
pietruszka
potrząsa
zieloną buławą
a pyry
gotują się z całej mocy,
pieczeń
puka do drzwi zapachem
nadszedł czas!
zaczynajmy!
A na stole,
na ciele lata,
pomidor,
konstelacja ziemi
częsta
i płodna gwiazda,
objawia nam,
swoje krągłości
i kanały,
pyszną doskonałość
i pełnię,
bez kości,
bez pancerza
bez łusek i kolców,
przynosi nam dary,
ognistej farby
i świeżości.

Pablo Neruda (1904 -1973)

tales from black forest2

Rose Ausländer
Piernik

Tłumaczył Tibor Jagielski

przyjaciółka
piecze piernik

pachnie matką
smakuje dzieciństwem
które jeszcze we mnie kwitnie

pszczoły piją sok kwiatów
umarła matka
kołysze moje łóżko
i śpiewa strare dziecięce piosenki

plaster piernika
przeistacza świat

Rose Ausländer (1901- 1988)