Z wolnej stopy 28

Zbigniew Milewicz

W matni

Rozkaz Eisenhowera, wstrzymujący 3 Armię generała Pattona przed wejściem do Pragi, aby mogli to zrobić czerwonoarmiści, miał jeden zasadniczy plus. Pozwolił całkowicie niechcący na uratowanie polskich żołnierzy z antykomunistycznej Brygady Świętokrzyskiej, wycofujących się z kraju, aby połączyć się z naszymi siłami zbrojnymi na Zachodzie. Było ich około tysiąca, w pełnym uzbrojeniu, gotowych stawić czoła wrogom, którymi byli zarówno Niemcy, jak i Rosjanie. Z tymi drugimi nie mieliby jednak szansy wygrać – z powodu liczebnej przewagi. Gdyby nie osłona 3 Armii Amerykańskiej, doszłoby do konfrontacji z siłami rosyjskimi i w najlepszym razie czekałaby ich wywózka do łagrów. Gdy dotarli do zachodniego frontu pod Pilznem, nawiązali kontakt z gen. Pattonem i ten pozwolił im dołączyć do swojego wojska. Sowieci domagali się wydania Polaków, ale Patton odmówił. Polacy oddali mu swój „dług“ niebawem w boju, we wspólnej walce z 11 dywizją niemiecką. To był 6 maja 1945 roku.

Dwa dni później, na konferencji prasowej, zwołanej z okazji zakończenia II wojny światowej, George Patton otwarcie powiedział, co myśli o sowieckich sojusznikach:

„Ta wojna zakończyła się dokładnie tam, gdzie się zaczęła. Na podwórku Hunów. (…) Ale na tym nie koniec. (…) To, co zrobili dzisiaj politycy w Waszyngtonie i Paryżu, podobni do ołowianych żołnierzyków, to historia, o której będziecie pisać przez jakiś czas. (…) Pozwolili nam wykopać w cholerę jednego gnoja, a jednocześnie zmusili, żebyśmy pomogli usadowić się następnemu, równie złemu albo jeszcze gorszemu niż tamten. (…) Wygraliśmy tylko szereg bitew, nie wojnę o pokój. (…) Będziemy potrzebowali nieustającej pomocy Wszechmogącego, jeśli mamy żyć na jednym świecie ze Stalinem i jego morderczymi zbirami. (…) Niestety, niektórzy z naszych przywódców są po prostu cholernymi durniami i nie mają pojęcia o historii Rosji. Cholera, mam wątpliwości, czy wiedzieli chociaż tyle, że Rosja jeszcze niecałe sto lat temu zajmowała Finlandię, wyssała krew z Polski i zrobiła z Syberii więzienie dla własnego narodu. Wyobrażam sobie, jak szydził Stalin, kiedy uzyskał od nich wszystko podczas tych niby-konferencji”.

Generał Patton (po prawej) z generałem Andersem

Patton nie miał w sobie niczego z dyplomaty, był żołnierzem i formułował swoje poglądy wprost, bez owijania ich w bawełnę, a że rozmijały się one całkowicie z oficjalną, prosowiecką polityką prezydenta Roosvelta i godziły osobiście w Stalina, naraził się obydwóm. Miał natomiast słabość do Polaków, z generałem Władysławem Andersem znał się osobiście, chętnie wizytował 2 Korpus Polski i stawiał naszych żołnierzy za wzór swoim. W jego ustach była to nobilitacja.

Wróćmy jednak do głównego wątku. Teza o zamachu na życie generała Pattona nie jest nowa, historycy amerykańscy zgłębiali ją wielokrotnie i choć nie znaleziono nigdy wystarczających argumentów dowodowych, warta jest poznania.

Robert K. Wilcox, autor książki „Cel Patton“, przetłumaczonej w 2010 roku na język polski, za punkt wyjścia wybrał relację m.in. byłego agenta amerykańskiego Biura Służb Strategicznych (OSS – Office of Strategic Services), Douglasa Bazaty. Kiedy Pattonowi odebrano stanowisko wojskowego gubernatora Bawarii i równocześnie dowództwo jego ukochanej 3 Armii, odebrano mu też osobistą ochronę, która informowała go o różnych niebezpiecznych sytuacjach. Nadal natomiast pozostawał pod obserwacją agentów OSS oraz służb sowieckich, które posiadały w tej instytucji liczne wtyczki. Jego telefon był na podsłuchu, korespondencję otwierano i cenzurowano, o czym wiedział. W liście do żony z 15 października zapowiadał swoją rezygnację ze służby w armii w końcu grudnia. Był człowiekiem zamożnym, nie zależało mu na wojskowej emeryturze, ale nie ukrywał goryczy, że administracja Białego Domu go skreśla. Starzy przyjaciele informowali Pattona o nastrojach w Waszyngtonie. Generał Charles Summerall ostrzegał go w liście, w listopadzie 1945 roku: „Twój sukces wzbudził zazdrość i spowodował, ze masz wrogów w tych, którzy czerpali korzyści z Twoich zwycięstw. Nie potrzebują już Ciebie, więc teraz chcą Cię zniszczyć.”

Wcześniej Patton przeżył dwa tajemnicze wypadki. Do pierwszego doszło 20 kwietnia, gdy jego mały samolot, którym leciał na inspekcję swych oddziałów, został zaatakowany przez myśliwiec, podobny do spitfire’a. Natomiast 3 maja, gdy jechał odkrytym jeepem, prawie ucięła mu głowę kosa wystająca z chłopskiego wozu.

Douglas Bazata (na fotografii po lewej) był jednym z najlepszych agentów OSS, ówczesnej tajnej służby Stanów Zjednoczonych. Służył jako człowiek od mokrej roboty. Kiedy po żmudnych poszukiwaniach Wilcoxowi udało się go odnaleźć i nakłonić do rozmowy, ujawnił, że „zlecenie” na Pattona otrzymał osobiście od szefa OSS, Williama Donovana. Kazano mu upozorować wypadek. To on zaaranżował zderzenie samochodów, wynajmując kierowcę ciężarówki, kaprala Roberta Thompsona. W feralną niedzielę 9 grudnia 1945 roku Patton wyruszył na zaplanowane polowanie, nazajutrz miał opuścić Niemcy. Towarzyszył mu gen. Hobart Gay, jechali cadillakiem generała serii 75 z 1938 roku, dużą limuzyną, którą kierował starszy szeregowy Horace Woodring. Obaj pasażerowie siedzieli z tyłu, Patton po prawej stronie. W pogodny, niedzielny poranek na dwupasmowej szosie prawie nie było samochodów; kierujący limuzyną miał doskonałą widoczność, gdyż droga biegła prosto. W pewnym momencie ujrzał on wielką wojskową ciężarówkę o ładowności 2,5 tony, wolno nadjeżdżającą z przeciwka po drugim pasie. Patton wyglądał przez okno samochodu, na poboczu widać było stosy zniszczonego sprzętu wojskowego. Rzekł do Gay’a: „Jaka straszna jest wojna. Spójrz na te zdezelowane pojazdy, Hap”. Mimo zewnętrznej szorstkości był człowiekiem wrażliwym.


Samochód Pattona po wypadku

W tej samej chwili bez ostrzeżenia i sygnalizacji kierowca dużej ciężarówki skręcił gwałtownie i wjechał na przeciwny pas ruchu. Wielki pojazd znalazł się tuż przed nadjeżdżającym samochodem Pattona. Woodring wcisnął pedał hamulca, próbując jednocześnie zjechać na lewo. Nie udało mu się jednak ominąć przeszkody i doszło do czołowego zderzenia. Bazata leżał ukryty za stertą głazów na poboczu, wyposażony w specjalny karabin, wyrzucający z lufy zamiast kul kawałki żelaza i twardej gumy. Kiedy limuzynę, zgodnie z jego przewidywaniami, zarzuciło prawą stroną z otwartym oknem naprzeciw zajętej pozycji, nacisnął spust. Był jednym z najlepszych strzelców w całej USA Army i bez problemów trafił tam, gdzie celował. Pocisk zmasakrował Pattonowi twarz i odrzucił do tyłu głowę, łamiąc mu kark. Gdy potem oglądano wrak, pocisk nie zwrócił niczyjej uwagi, uznano go za fragment rozbitego samochodu.

Ważnym momentem tej aranżacji było otwarcie szyby samochodu, przez którą ofiara przed tym niby wypadkiem wyglądała na zewnątrz. Zrobił to sprawca, wykorzystując fascynację generała historią. Jadąc na polowanie, mijali po drodze jakieś starożytne ruiny, wtedy Patton polecił kierowcy się zatrzymać, bo chciał obejrzeć je z bliska i Bazacie, który skrycie podążał za nimi, wystarczyła chwila, że przy samochodzie nikogo nie było. Otwarł szybę i tak unieruchomił, że nie dała się już zamknąć. Tym sposobem strzelając do generała nie uszkodził jej i później, kiedy na miejsce zdarzenia przyjechała amerykańska żandarmeria, wszystko rzeczywiście wskazywało na wypadek.

Tylko jedno można było Bazacie zarzucić, że nie wykonał swojego zadania do końca, bo generał nie zginął od tamtego strzału. Był sparaliżowany, ale żył i kiedy przewieziono go do szpitala w Heidelbergu, po jakimś czasie stan jego zdrowia zaczął się poprawiać. Akcja serca i ciśnienie krwi nie budziły zastrzeżeń, więc najbliżsi generała wspólnie z lekarzami zdecydowali o przetransportowaniu go, pod koniec grudnia, samolotem do szpitala w stanie Massachusetts, niedaleko od jego domu. Robert K. Wilcox przypuszcza, że wtedy na „pomoc” amerykańskim kolegom z OSS pospieszyli specjaliści z NKWD. Ktoś dostał się do pokoju, w którym leżał Patton i przez wenflon wstrzyknął mu substancję, która spowodowała ostrą niewydolność płucną o charakterze zakrzepowym. 21 grudnia 1945 roku generał zmarł.

Oczywiście trudno oczekiwać, aby ktokolwiek z mocodawców tego dwuetapowego zamachu przyznał się do winy. Niemieccy specjaliści medycyny kryminalnej byli przygotowani do przeprowadzenia sekcji zwłok zmarłego, ale władze amerykańskie zakazały jej. Przekonano wdowę po generale, że sekcja tylko skomplikuje przekazanie bliskim jego szczątków i uzyskano cenny podpis pani Patton na dokumencie, zrzekającym się obdukcji. Zniknęły wszystkie znane raporty i protokoły sporządzone 9 grudnia na miejscu wypadku oraz zapisy późniejszych dochodzeń. Brakowało też wyjaśnień, skąd wzięła się głęboka rana na twarzy generała. W tajemniczych okolicznościach zniknął samochód Pattona, w jego muzeum znajduje się jedynie kopia generalskiego cadillaca. Thompsonowi, który kierował ciężarówką i spowodował zderzenie, nie przedstawiono jakichkolwiek zarzutów. Znaków zapytania w tej sprawie jest wiele.

W Historii Wojskowej, portalu historyczno-wojskowym, pod datą 21 sierpnia 2011 roku opublikowano materiał p.t. „Zagadkowa śmierć generała Pattona”, w którym czytam między innymi:

(…) Wielu Ukraińców – w tym Stefan Bandera oraz generał Pawło Szandruk, informowało na jesieni 1945 roku amerykańskiego oficera kontrwywiadu wojskowego (CIC) Stephena Skubika o sowieckich planach zamordowania Pattona. Gdy ten spotkał się z szefem OSS, Donovanem, ten nie tylko zlekceważył raport, ale oskarżył go o to, że jest ukraińskim agentem, a po śmierci Pattona zakazał prowadzenia dochodzenia w sprawie wypadku generała. Jego informatorzy twierdzili, że Robert Thompson, kierowca ciężarówki, z którą zderzył się samochód Pattona, był agentem NKWD.

Gdy Skubik przebywał w 1976 roku Europie, ktoś włamał się do jego domu w Waszyngtonie i ukradł dokumentację historyczną, w tym jego raporty dotyczące niebezpieczeństwa grożącego Pattonowi.

Odnalezione ostatnio dzienniki Douglasa Bazaty – zabójcy działającego na zlecenie OSS, wskazują, że szefowie wywiadu amerykańskiego postanowili zabić Pattona, ponieważ chciał wojny z Sowietami oraz groził wyjawieniem licznych wojennych tajemnic, które mogły zaszkodzić w karierach wielu wpływowym  politykom i dowódcom (…).


Generał Dwight Eisenhower i generał George Patton, lata 40

Mógł zaszkodzić między innymi przyszłemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych – Dwightowi Eisenhowerowi, swojemu przyjacielowi z czasów I wojny światowej, z którym w następnej wojnie miał często na pieńku. Czy dlatego musiał zginąć? „Zabójstwa w wypadku samochodowym albo w szpitalu były znanymi metodami stosowanymi przez morderców NKWD. W taki sposób zamordowano m.in. wieloletniego komisarza spraw zagranicznych, potem ambasadora ZSRS w USA – Maksyma Litwinowa, którego samochód uderzył w ciężarówkę stojącą w poprzek drogi. Wiele osób w Moskwie i Waszyngtonie zainteresowanych było w uciszeniu generała. Jego śmierć to jedna z niewyjaśnionych dotąd tajemnic czasów powojennych”. Tyle Historia Wojskowa, dodam tylko, że osobiście nie spodziewam się jej wyjaśnienia w bliższej, lub dalszej przyszłości. Zamachów politycznych dokonują dbali o precyzję profesjonaliści, a ich prominentni mocodawcy wiedzą, jak umiejętnie zamieść dowody pod dywan w salonie. Szybciej pałac pójdzie z dymem, niż się stamtąd wydostaną.

Grudzień w ogrodzie

dziennik niecodzienny czyli krótko o...

Miesiące zimowe to w ogrodzie czas odpoczynku. Kiedy jednak zacznie się w niego wgłębiać można dostrzec kilka ciekawych rzeczy. Bardzo podoba mi się ten spokój. W sumie to trochę zazdroszczę roślinom, które mogą przespać tych kilka mało przyjemnych miesięcy, zwłaszcza kiedy za oknem taka szarówa z deszczem jak dziś.

View original post

Mity nasze powszednie 3

Ewa Maria Slaska

Matrona

Tym razem młody człowiek, na którego prośbę mam czasem pisać o mitach greckich, wybrał temat wpisu nie posiłkując się Encyklopedią Kultury Antycznej: Matrona. Pomyślałam, że młodzian się naigrywa, ale nie, bo po chwili dodał, że feministki wprowadzają właśnie słowo matronat zamiast patronatu, a to przeniosło szacowną kobietę ze starożytnego Rzymu w zupełnie aktualne rejony.

Zdjęcie matrony i młodziana na tronie w sklepie Karstadt w Berlinie w grudniu 2020 roku, wieczorem ostatniego dnia przed lockdownem. Kupiliśmy marmoladę i herbatę, i tak to nas zmęczyło, że musieliśmy odpocząć. A że akurat stał tron…

Zacznijmy od tego, że matrona jest oczywiście pojęciem z historii kultury antycznej, ale w kulturze grecko-rzymskiej nie ma znaczenia mitologicznego. Znamy natomiast Deę Matronę, Boginię Matronę z mitologii celtyckiej. Była boginią rzeki Marne (Marny), boginią płodności i matką bogów. Również Normanowie czcili żeńskie boginie Matres i Matronae, czyli Matki i Panie. Występują jako boginki, boginie niższego rzędu, często potrójne, ale często jest ich znacznie więcej. W mitologii germańskiej, gdzie jest ich szczególnie dużo, nazywają się walkirie, norny i disy. Są spokrewnione z hinduskimi asparami i grecko-rzymskimi eryniami i furiami. Niektóre z nich są kochankami zmarłych wojowników (walkirie, hurysy, apsary), niektóre prowadzą ich w zaświaty, niektóre są matkami i im poświęcone było święto Przesilenia Zimowego, zwane Mōdraniht (Noc Matek), którego pamiątką jest również chrześcijańska opowieść wigilijna.

W kulturze rzymskiej matrona to była kobieta zamężna, żona, matka, córka, siostra sławnych i dzielnych mężczyzn, których wspiera i którym towarzyszy. Szacowna i szlachetna. Uosobienie rzymskich cnót. I tu, halo!, zaczynają się pierwsze schody. Jeśli kobietę określano jako matronę, to znaczy, że była to przedstawicielka jednego z wielkich i zamożnych rzymskich rodów. Praczka czy żona piekarza nie była matroną. Do bycia matroną potrzebne były bogactwo, obecność mężczyzny i silna struktura arystokratycznej rodziny. Dopiero wtedy można było być pustogłową kokietką albo szlachetną matką wojowników, nieważne, bo to ród był “właścicielem” matrony, a nie ona sama.Rzymska matrona jest zawsze kobietą z mężczyzną, dzięki któremu może zasłużyć na docenienie i stać się wzorem do naśladowania”, pisze Agnieszka Dziuba w książce o Klodii Metelli*. Przymioty matrony określają jednocześnie jej sytuację życiową: Matrona to istota zamknięta w czterech ścianach domostwa, czyli pałacu. Cechowały ją pietas, posłuszeństwo, pudicitia, skromność, castitas, czystość, parsimonia, oszczędność. Matrona rzymska była ponadto domiseda, “udomowiona” oraz lanifca – ta, która przędzie wełnę. Przeciwieństwem tej osaczonej przez codzienność nieszczęśnicy jest inny model arystokratycznej rzymianki: rozpustnica, intrygantka, ba, trucicielka. Często w źródłach literackich jest to jedna i ta sama osoba (tak właśnie było w przypadku Klodii Metelli), a wybór image’u zależy od stosunku pisarza do… mężczyzny stojącego za opisywaną kobietą.

Matrona ubierała się na biało, nosiła długą białą stolę i narzuconą na nią palię, a na gładko zaczesanych włosach zawiązywała białą wełnianą opaskę. Tak prezentowała się szacowna mater familias.

Starożytna Matrona była (bywała) obiektem podziwu, rzadko (a może nigdy) była jednak obiektem miłości, bo, jak twierdził Owidiusz, miłość i godność nie mieszkają pod jednym dachem. No i oczywiście, w czasach rzymskich, matrona nigdy nie była wojowniczką, mogła tylko zagrzewać mężczyzn do walki. Tak rola rzymskiej matrony stała się wzorem Matki Polki, rodzącej i wychowywującej synów w duchu patriotycznym, po to by stanęli do walki o wolność i niepodległość Ojczyzny. Patriotyzm Matki Polki był silniejszy niż jej miłość do dzieci, co sprawiało, że głosiła chwałę śmierci synów.

W starożytnym Rzymie co roku 1 marca odbywały się święta Matronalia. Obchodzono je w gaju Junony Lucyny (Niosącej Światło) na Eskwilinie. Kobiety modliły się do żony Jowisza o szczęście małżeńskie i składały bogini kwiaty w ofierze. Tego dnia mężowie ofirowywali im podarunki, one same zaś wyprawiały ucztę dla niewolników. Wydaje się jednak, że ten obyczaj nie ma naprawdę związku z matronami, lecz jest pozostałością starego święta noworocznego (1 marca był dniem Nowego Roku, dopóki rzymscy biurokraci nie przenieśli go na 1 stycznia). Było jeszcze święto Matralia (Święto Matki) obchodzone 11 czerwca w świątyni Mater Matuta, bogini poranku i urodzin, identyfikowaną z grecką Białą Boginią – Leukoteą, Ino.


Ino, opiekunka tonących. Grafika Ireny Kuran-Boguckiej (mojej mamy) z cyklu Odyseja. Ino rzuciła przepaskę i uratowała Odyseusza od niechybnej zguby**

W średniowieczu Matrona stała się imieniem i Kościół odnotowuje kilka świętych Matron, z których jedna, Matrona z Perge, zaliczana jest do tzw. świętych LGBT, a wspomina się ją w Kościele Prawosławnym 9 listopada. Była to kobieta z V wieku, pochodziła z zamożnej rodziny; w odpowiednim czasie wydano ją za mąż. Matrona urodziła córkę i prowadziła normalne życie małżeńskie, aż pewnego dnia poczuła, że chce poświęcić się służbie bożej. Opuściła męża i wstąpiła do klasztoru, żeby mąż jej jednak nie znalazł, przebrała się za mnicha i początkowo zamieszkała w klasztorze męskim. To właśnie życie w przebraniu sprawiło, że została zaliczona do świętych nie heteronormatywnych. Po  pewnym czasie opuściła jednak klasztor męski, przez jakiś czas żyła jako pustelnica, a potem zgromadziła wokół siebie inne kobiety, z którymi założyła klasztor najpierw w Bejrucie, a potem w Konstantynopolu. Przeżyła sto lat, z tego 25 lat jako kobieta świecka, a 75 lat w służbie bożej.

Matrona z Moskwy, Matrona z Perge, Matrona z Konstantynopola;
były jeszcze Matrona z Chios, Matrona z Barcelony i Matrona z Salonik.

Współcześnie matrona zmienia się nie do poznania. Pozostało oczywiście znaczenie matrony jako szanowanej kobiety, ale pojawiły się znaczenia całkiem nowe, typowe dla popkultury. W japońskiej grze z cyklu Anima: Siedem Grzechów Głównych, opowiadającej historię plemienia gigantów, Matrona jest Główną Wojowniczką i macochą-matką rodu wojowników***.

Inną Matronę – kobietę przechodzącą klimakterium – znaleźć można w filipińskim komiksie Pugad Baboy****, co w języku tagalog oznacza “stado świńskich grubasów”. Grubasy to manilska klasa średnia. Komiks istnieje od roku 1988, Matrona pojawiła się na okres 23 stripes (odcinków), które (wraz z innymi stripami) zostały zebrane w książce Pugad Baboy X w roku 1998. Matrona nosi przezwisko Girlie, bo mimo zaawansowanego wieku wciąż ubiera się jak dziewczynka i chodzi do klubów “na podryw”. Tym razem słowo matrona nie oznacza kobiety godnej szacunku – wręcz przeciwnie, jest to (nieudolny) wamp, flirciara i awanturnica, której moralność pozostawia z punktu widzenia norm klasy średniej – wiele do życzenia, ale i wśród przedstawicieli młodszego pokolenia nie cieszy się zainteresowaniem. W tych 23 komiksach Matrona przejdzie metamorfozę, zacznie się ubierać i zachowywać stosownie do wieku, spoważnieje, zrezygnuje z szalonych nocy w dyskotekach i nagannych miłostek, a żeby nocami nie było jej samej smutno, od jednego z bohaterów dostanie na pociechę tamagotchi. Czyli kolejna niezależna kobieta, którą społeczeństwo skutecznie przywołało do porządku.

Jest jeszcze ważka matrona, jedna z 17 odmian.

I jest matronat, najnowsze słowo polskie, tak nowe, że jeszcze niedopuszczalne w grach słownych, typu scrabble: patronat związany z działaniami prokobiecymi. W maju 2020 na portalu Do dzieła czytaliśmy:

Bardzo się cieszę, że 13 maja ukaże się kolejna książka z serii Wydawnictwa Wyszukanego, które udostępnia polskim czytelnikom tytuły wyróżnione Nagrodą Literacką UE. Podoba mi się koncept oficyny, żeby przybliżać te książki, ponieważ sądzę, że ich lektura może stanowić ciekawy klucz do odczytania współczesnej Europy. Więcej o unijnym konkursie przeczytacie tutaj. Do dzieła będzie dumnie matronować DENDRYTOM.

dendryty

Do dzieła, Kochane i Kochani, matronujmy, patronujmy i w ogóle coś zróbmy!

* Agnieszka Dziuba, Klodia Metelli. Literacki portret patrycjuszki, Wydawnictwo KUL, Lublin 2016, ss. 320
** Homer, Odyseja, pieśń V, linijka 333 nn (Wolne lektury), tłum. Lucjan Siemeński:

Widząc to, Leukotea nad nim się użali;
Jest nią Ino, Kadmosa pięknostopna dziewa,
Wpierw ludzką znała mowę, a teraz przebywa
W morskich toniach, gdzie cześć ją jak bóstwo otacza.
Otóż się użaliwszy biednego tułacza
W postaci wodnej kurki z topieli pomknęła,
Siadła na tratwie, ludzką mową mówić jęła:
„Biedny! Pewnieś obraził boga, Ziemiowstrzęscę
Opieka Posejdona, że klęskę zsyła ci po klęsce;
Jednak on cię nie zgubi, choć w zemście okropny.
Rób tylko, co ci powiem, jeśliś człek roztropny:
Ciśń te suknie, a tratwę zdaj na wolę burzy;
Potem skocz w wodę i płyń jak możesz najdłużej
Ku lądowi Feaków; tam pomoc ci dadzą.
Ot przepaska! Nią opasz piersi – pod jej władzą
Świętą możesz się nie bać śmierci, choć jak bliskiej;
A tak, kiedy rękoma namacasz brzeg niski,
Odwiąż ją i od brzegu podal rzuć tą szmatą
W toń morską, a twarz odwróć, byś nie patrzał na to”.
Rzekłszy, boginka dała mu przepaskę świętą.
Sama zaś odleciała znów na falę wzdętą
Podobna kurce wodnej i znikła pod wodą.

*** The Giant Clan & All Known Giants Explained! (Seven Deadly Sins /Nanatsu no Taizai Diane Matrona 2) https://youtu.be/Qrg9r-QdF0o
**** https://en.wikipedia.org/wiki/Pugad_Baboy

Pożegnanie z rokiem 2020

Teresa Rudolf
Co znaczy dla mnie ten trudny, ostatni rok?

Ważne było ciagle świadome  spostrzeganie każdego dnia, gdyż nikt nie wie, co jest mu dane, a co mu zabrane będzie… i kiedy.
Podam tutaj przemądry cytat:
 “Żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro. Naucz się, jakbyś miał żyć wiecznie.”
Mahatma Gandhi
 
Ważne też było dla mnie potwiedzenie wartości przeróżnych form stosunków międzyludzkich, np. tak ważnej dla mnie przyjaźni.
I tu znów przepiękny tekst:
“Nie idź za mną, bo nie umiem prowadzić. Nie idź przede mną, bo mogę za Tobą nie nadążyć. Idź po prostu obok mnie i bądź moim przyjacielem.”
Albert Camus

 
Janina Kowalska
Tak bym chciała przespać ten odchodzący rok.
 
 
 
 
 

Tabor Regresywny
W rok 2020 weszliśmy z widmem katastrofy klimatycznej i ekologicznej na horyzoncie i niemocą kolejnych szczytów klimatycznych. I wtedy pojawiła się pandemia. Gospodarka zaczęła się zatrzymywać, a przyroda odżywać. A wtedy pojawiło się widmo recesji. Rok się kończy mamy szczepionkę, Unia Europejska uchwaliła budżet odnowy gospodarczej. Ruszy budowa zbiorników retencyjnych, powstaną fermy wiatrowe, u mnie na wsi już pojawiło się ogłoszenie – wynajmę pole pod fotowoltaikę. Samochody wymienimy na elektryczne, zainstalujemy klimatyzację, powstaną nowe drogi, nowe lotniska i znów ruszymy na wakacje do egzotycznych krajów.
 
Tylko czy nie można by inaczej?
***
Ta pandemia może nie odpuścić, bo jak tylko trochę odpuszcza to premier od razu ogłasza, że wygraliśmy z pandemią i ona wtedy wraca. Owszem, premier może zmądrzeć, ale na to się nie zanosi. Jeśli pandemia nie odpuści, to czeka nas taka recesja gospodarcza, że nawet Fundusz Odbudowy nie pomoże. Co w tej sytuacji robić? Jeśli chodzi o mnie to idę do Ewy Marii zagrać w scrabble.
 

Tibor Jagielski

 

19/20
taka konstelacja
jowisz saturn
15
śmierć i śmiech
celtyckie pancerze
snute przez druidow
gazeta w rynsztoku
pozostaje
trans
form
akcja
fly!


Christine Ziegler

Hoffen wir drauf, dass uns dieses verflixte jahr 2020 genug an lehren um die ohren gehauen hat und wir gelassener ins neue jahr aufbrechen können.

Nehmen wir die ruhigen tage und schöpfen etwas kraft und füttern unsere geduld und unsere empathie, dann wird es uns schon gut ergehen, so hoffe ich.

Sham, my “very own news curator” hat mir was zu denken gegeben, was ich dir für den blog geben will: “today, I wanted us both to leave 2020 with the reminder that 2020 wasn’t special and that we need to think further ahead.” https://www.whathappenedlastweek.com/


Margaret (Małgorzata) Kowalska
25 grudnia 2020, Ottawa, Kanada

Ten dziwny rok dobiega już końca, czas na retrospekcje i podsumowanie. W sumie nie było tak źle, chociaż inaczej. Szybko przystosowaliśmy się do „social distancing”, maseczek i kolejek przed sklepami. Co prawda jak pierwszy raz włożyłam maseczkę, idąc do sklepu, pomyślałam, że wyglądam idiotycznie, ale w sklepie wszyscy mieli maseczki, więc przestałam się przejmować. Nauczyłam się również oceniać te przepisowe dwa metry odległości i czuję fizyczny niepokój, jak ktoś stoi za blisko.

Tuż przed wybuchem pandemii zdołaliśmy z rodziną mojej córki zaliczyć dziesięć dni na Florydzie. Wróciliśmy na tydzień przed zamknięciem granic. W mojej pracy zawodowej nic się nie zmieniło, ponieważ i tak pracowałam z domu i do biura jeździłam raz w tygodniu, żeby się pokazać. No to przestałam jeździć.

Z wnuczką najpierw widywałam się na odległość – ona na ganku, ja koło samochodu. Stopniowo, w miarę ocieplania się, zaczęłyśmy spotykać się u córki w ogródku. A pewnego dnia moja córka pozwoliła mi wejść do ich domu, ale tylko do jednego pokoju. No a potem stałam się częścią ich bąbla (buble) i już wszystko było w porządku. Zainicjowałam również czytanie książek na dobranoc przez video. Moja wnuczka to uwielbia.

W czerwcu miałam trochę nerwówki, bo dostałam gorączki i bolały mnie kości. Typowe objawy grypy, ale w tych czasach… Pognałam oczywiście zrobić wymaz (trzy godziny stania w kolejce na zewnątrz – miałam ze sobą składany stołeczek), potem dwa dni czekania na wynik i radość, że negatywny.

Zrobiłam się niestety nietolerancyjna – w stosunku do ludzi, którzy narzekają na niewygodę i obostrzenia, którzy twierdzą, że się nie zaszczepią. Wojuję z takimi wypowiedziami i na FB, i osobiście, tłumacząc, że w czasie wojny ludziom było znacznie gorzej i jakoś nikt nie protestował. Bo to jest przecież nasza mała wojna, która kiedyś się skończy i naprawdę nic się nikomu nie stanie, jak w tym roku nie pójdzie do knajpy czy na mecz. A te szczepionki nie zmienią nas w długłowe potwory czy roboty.

Patrzę z nadzieją na rok 2021, chociaż wiem, że daleka jeszcze droga przed nami.
A od córki dostałam pod choinkę taką oto zawieszkę, którą 1 stycznia powieszę na drzwiach mieszkania!


Maria Marucelli (Włoszczyzna)

Zdjęcie Ponte Vecchio we Florencji to najsmutniejsze, dla mnie, zdjęcie tego roku; wygląda jakby to była makieta, nie ma ludzi, a tak jak już pisałam – miasto musi żyć!

Zdjęcie Warszawy, to skrzyżowanie Alei Jerozolimskich z Marszałkowską podczas pierwszej manifestacji Strajku Kobiet! Zdjęcie które wypełnia serce nadzieją!

Krystyna Koziewicz
Goodbye Stary Roku

Rok 2020 sporo namieszał w naszym życiu codziennym, dopadła nas śmiercionośna pandemia, która wszystkim bez wyjątku zmieniła styl życia, także nasze nawyki, przyzwyczajenia. Pomimo problemów, jakie przysporzył wirus jestem wdzięczna losowi, że dane mi było przeżyć kolejny rok bez wielkich wstrząsów. Miałam cudowny czas z rodziną podczas świąt wielkanocnych, także urlopu w Małopolsce i Karkonoszach. Było wiele innych okazji do celebrowania życia doceniając każdą chwilę korzystając z dobrodziejstw kulturalnych Berlina. Tegoroczne święta Bożego Narodzenia wprawdzie bez fizycznej obecności najbliższych, pomimo tego nie brakowało mi bliskości za pomocą spotkań na Messengerze. No cóż, takie mamy czasy!

Rok 2020 obfitował w smutne wydarzenia, odeszła do wieczności wspaniała duchowa koleżanka Joanna, która służyła życzliwą radą, potrafiła szczerze pocieszyć i doradzić w trudnych sytuacjach. Co było bezcenne u Joanny – to skromność, takt i dyskrecja. Brakuje mi Jej ciepła, spokojnego dystansu, rozmów telefonicznych, smsów, postów na WhatsAppie.

Żegnaj Joanno!

Trudno mi było uwierzyć, że zmarła w zupełnym zaciszu Wiktoria Korb, która ze swoim talentem i dorobkiem publicystyczno-literackim należała niewątpliwie do grona berlińskiej bohemy. Wszędzie, gdzie pojawiała się, przyciągała wzrok, robiło się barwniej i weselej, świetnie się spędzało wspólny czas podczas rozmaitych spotkań polonijnych.

Cześć Jej pamięci!

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, 22 grudnia 2020 odszedł w Warszawie Wojtek Borowik – prezes ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa, działacz opozycji antykomunistycznej, który wielokrotnie brał udział w polonijnych projektach w Berlinie. Wojtek łączył ludzi, nie dzielił, posiadał dobre umiejętności komunikacyjne.

Żegnaj Wojtku!

Koronowirus wywrócił do góry nogami nasze życie, całkowicie zdominował naszą codzienność. W internecie mamy zalew sprzecznych informacji, chaos zapanował wszędzie i w dużym natężeniu, nasza codzienność to plątanina spraw i emocji. To, co mnie wewnętrznie definiuje, to prawo życia w zgodzie z sobą i swoimi wartościami, a nie kogoś innego. Mam pełne zaufanie do profesjonalnych zaleceń medycznych, ufam wiedzy i ekspertyzom naukowców, tylko ich zalecenia mogą nas wszystkich uchronić przed nieszczęściem! Powszechnie dostępną szczepionkę przeciw Covid-19 traktuję jako dobro publiczne, z którego zamierzam naturalnie skorzystać.

Nie ubolewam specjalnie z powodu narzuconych ograniczeń w kontaktach społecznych, także braku bliskości z rodziną. Na szczęście media społecznościowe Facebook, WhatsApp czy Skype, czyli tzw. cyfrowa rzeczywistość umożliwia nam kontakt ze sobą. Sądzę, że ta sytuacja wzmocniła jeszcze bardziej nasze relacje interpersonalne, chociaż najważniejszą wartość stanowią jednak spotkania twarzą w twarz.

Prawdą jest, że na świecie nagromadziło się sporo zła, choć zawsze wydawało mi się, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów i dalej tak uważam. Świat potrzebuje od nas dobra, które tkwi w naszym sercu, musimy kierować się zasadami miłości, wiary i nadziei w stosunku do drugiego człowieka.

Nie skarżę się na los, wierzę mocno w to, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie. Cieszę się z faktu, że jestem zdrowa, że święta spędziłam w domowym ciepełku, a nie w szpitalu, pod respiratorem, w trumnie czy na cmentarzu. W sytuacji pandemicznej nic mi więcej nie potrzeba, żyję według własnego scenariusza w przyjaznym otoczeniu, uwielbiam to, co mnie otacza.

Często słucham refleksyjnej piosenki Johna Lennona „Wyobraź sobie”, którą Państwu dedykuję z okazji Nowego Roku 2021

WYOBRAŹ SOBIE (IMAGINE)

Pomyśl, że nie ma nieba
To przecież proste tak
Pod nami nie ma piekła
Nad głową – tysiące gwiazd.
Wyobraź sobie ludzi
Gdy pokój ogarnia świat
Pomyśl, że nie ma granic
To takie proste…wiesz
Nikt nie zabija za nic
Religii nie ma też.
Wyobraź sobie, że ludzie
Żyją dzisiejszym dniem
Powiesz że to marzenia
Lecz przecież nie jestem sam.
Któregoś dnia staniesz ze mną
Bo to jest nasz wspólny świat
Pomyśl, że nie ma głodu
To łatwe, przecież wiesz
Już nie ma żadnej biedy
Chciwości ani łez.
Wyobraź sobie ludzi
Dbających o cały świat
Powiesz, że to marzenia
Lecz przecież nie jesteś sam
Któregoś dnia staniesz ze mną
Jeden jest nasz wspólny świat.

tłum. Michał Worgacz


Ela Kargol
Ten rok był wyjątkowy, zaczął się dobrze, kończy mniej dobrze. W tym całym “mniej dobrze” jest dużo dobrego. Na wiele rzeczy pozwala inaczej spojrzeć, inne rzeczy docenić. W moim przypadku nie tylko pandemia namieszała.
Gdy zachodziło słońce na czerwono, moja babcia zawsze mówiła, że będzie wojna, albo coś gorszego. Nie zawsze spełniały się przepowiednie babci.
Ta czerwień powstaje z rozproszenia światła na zawieszonych pyłach. Nawet nie wiem, czy to o te smogowe pyły chodzi. Jakby tak było, to im gorzej tym piękniej?


Zbigniew Milewicz
Nie będzie to specjalnie odkrywcze, co napiszę, ale na przekór trendom starałem się nie myśleć za dużo o wirusie, tylko robiłem swoje, czyli żyłem. Jak corona człowiekowi spadnie z głowy, to żyje mu się lżej. Poza tym układałem nowe rymy, ale nawet totalnie niemuzyczne ucho do słowa Biontec dobrałoby “majątek”, a więc faktycznie nie był to dla mnie zbyt odkrywczy rok. Mam nadzieję, że pod tym względem Nowy będzie lepszy, czego i Państwu życzę.

 


Brigitte von Ungarn-Sternberg
Einen Gruß zur Jahreswende!
Das Video hat mich sehr fasziniert, wie man nämlich per Videokonferenz einen ‚Götterfunken‘ erzeugen kann, bzw. Freude.
Wie die das wohl gemacht haben!?!

Ein gesundes, frohes 2021 wünsche ich allen!
Brigitte

Da diese Melodie zur Europahymne geworden ist, kann mit ihrer Aufführung möglichst eine ‚Europabegeisterung‘ neu angefacht werden. Das hat unser Kontinent auch wirklich immer wieder nötig, nämlich dass wir unseren Zusammenhalt stärken.

Die Völker und Nationen in Europa werden immer sie selbst bleiben mit ihrer Sprache, Geschichte und Kultur. Man braucht keine Angst zu haben ein Schmelztiegel oder schlimmer noch ein Einheitsbrei zu werden. Außerdem gab es in allen Jahrhunderten der Geschichte ständig europaweite Entwicklungen zusammen oder auch gegeneinander. Wenn man mit offenen Augen durch europäische Städte geht, kann man das ablesen z.B. in Stadtplanung und Architektur.

Der Dirigent Christian Thielemann hat einmal gesagt, dass er an Beethoven besonders bewundert, dass er niemals aufgegeben hat trotz Taubheit und abnehmender Gesundheit.

Ich glaube, dass das als Energie zu uns über die Musik kommt:

Niemals aufgeben!


Ewa Maria Slaska
I na końcu życzenia i podziękowania ode mnie, Adminki i Redaktorki tego bloga. Dziękuję Wam wszystkim za Wasze teksty, ale jeszcze bardziej za przyjaźń, jaką od Was otrzymuję. Niech ten Nowy Rok 2021 pozwoli nam zachować to, co udało się nam ocalić w minionym roku, czyli właśnie Przyjaźń, Miłość i Solidarność.

Nie damy się!

Als Redakteurin und Administratorin dieses Blogs möchte ich mich bei Euch allen für Eure Texte bedanken, aber vielmehr sogar für die Freundschaft, die ich mit den Texten von Euch bekomme. Ich hoffe, dass das Neujahr 2021 uns erlaubt, dies zu bewahren, das wir vom vergangenen Jahr rübergerettet haben: Freundschaft, Liebe, Solidarität.

Niemals aufgeben!


Ciąg dalszy – Fortsetzung

Mur po raz kolejny, czyli początek nowych czasów

Ewa Maria Slaska

W listopadzie 2019 roku minęło trzydzieści lat od upadku berlińskiego muru. Joanna Trümner i Elżbieta Kargol, dwie autorki od wielu lat związane z tym blogiem, postanowiły wspólnie napisać kilka(naście) wpisów pod wspólnym tytułem „30 lat temu upadł Mur Berliński”. Z czasem ich plany uległy pewnej zmianie, Joasia i Ela wybrały kilka fragmentów trasy i opowiedziały historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i filmów dokumentalnych, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nie lokalizacji są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych, zaczynając projekt, nie wiedziały nic.

Z góry było wiadomo, że teksty zostaną opublikowane tu na blogu. Gdy w listopadzie 2020 roku, po śmierci Joanny, postanowiliśmy je również wydać jako książkę, okazało się, że dla potrzeb książki, która zapewne powędruje poza Berlin, musimy dodać to tego, co obie napisały, kilka innych miejsc i opowieści bardziej znanych. O dopowiedzenie historii o murze poprosiłam Krysię Koziewicz.

Książka ukaże się w najbliższych tygodniach, właśnie przygotowujemy ją do druku.
Jeśli ktoś zechce nas wesprzeć finansowo w tym przedsięwzięciu, bardzo proszę
– oto link
Każde 5 euro bardzo się przyda!


Krystyna Koziewicz

A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat…

Słowa piosenki Lluisa Lllacha w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego zaczęły żyć własnym życiem w Polsce podczas Sierpnia 80, dziesięć lat później, w roku 1990 w sąsiadującym z Polską kraju – NRD, gdy 30 lat temu nadszedł czas przełomu: upadek Muru! Tak się złożyło, że od tego momentu datuje się mój pobyt w Berlinie, ba, to właśnie upadek Muru mój przyjazd tu sprowokował. Mur runął w listopadzie 1989 roku, połączenie Niemiec oznaczało dla mnie, jak i dla wielu Polaków koniec bezwizowej jazdy do Berlina. Geograficznie, politycznie i mentalnie Berlin roku 1990 nadal był podzielony na WEST i OST, choć formalnie należał do RFN czyli kraju, gdzie obowiązywać ruch wizowy. Wzięliśmy ślub, po to bym ja swobodnie mogła wjeżdżać do Berlina, a my oboje mogli równie swobodnie podróżować do Polski. I tak oficjalne Zjednoczenie Niemiec nastąpiło 3 października 1990 roku, ja z moim narzeczonym Bartkiem wzięliśmy ślub miesiąc później czyli 3 listopada 1990 roku.

Mój świeżo poślubiony małżonek zaraz po Zjednoczeniu oszalał na punkcie odnajdywania śladów przeszłości, w tym wypadku poznawania historii podzielonego Berlina, ekscytowała go nowa sytuacja po upadku muru. I ja połknęłam tego samego bakcyla, od tej pory dokumentowałam wszystko, co spotykałam na swej drodze. Ślady minionego czasu widoczne były na każdym kroku, warto było oczywiście zobaczyć życie mieszkańców zza muru. Teraz myślę nawet, że te wędrówki po byłych terenach NRD, zwłaszcza wzdłuż Muru zastąpiły nam podróż poślubną.

Pierwszą wycieczkę odbyliśmy do Wandlitz – leśnej rezydencji rządu Ericha Honeckera, strzeżonego osiedla dla kierownictwa NRD.

Osiedle składało się z 23 jedno- i dwupiętrowych domów jednorodzinnych z 7 i 15 pokojami, klubu z gabinetem lekarskim, basenu, sauny, kina i restauracji, strzelnicy, boiska sportowego, kortu tenisowego, kąpieliska nad pobliskim jeziorem Liepnitzsee, przychodni zdrowia, budynków mieszkalnych i socjalnych dla personelu obsługi (około 650 pracowników) i ochrony (140 żołnierzy), którą zabezpieczał Główny Zarząd Ochrony Osób. Pewien odcinek drogi do Wandlitz (F 273) prowadzącej w bok od autostrady Berlin – Szczecin był przystosowany do lądowań i startów samolotów. Byłam nieco zaskoczona wyposażeniem willi, nie było tam widać wielkich luksusów, jedyne co mnie zaszokowało to wykładziny dywanowe w garażach, a tak poza tym żadna rewelacja. Żałuję, ale z tego okresu nie posiadam żadnych zdjęć, ale, cóż, robienie tam zdjęć było zabronione! Taka pozostałość po minionych czasach.

Schyłek socjalizmu w Berlinie Wschodnim był pełen zaskakujących obrazów, z jakimi przyszło nam się konfrontować. Zazwyczaj był to świat niezwykle smutny, szary, ponury, pustki w sklepach, zwłaszcza ulice, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Dominowały na nich śmierdzące i wydające terkoczące dźwięki „trabiki” oraz Wartburgi – szczyt marzeń, luksusu i elegancji. Z jednej takiej wycieczki udało nam się zrobić fotkę parkujących aut na głównej ulicy Berlina – Unter den Linden.

Trabiki w miarę szybko popadły niełaskę, krótko po Zjednoczeniu porzucano je bezpańsko na ulicach, w lasach i na wolnych placach. Kto by pomyślał, że kiedyś wyśmiewany trabant, ma dzisiaj grono oddanych fanów.

Ciekawym śladem po komunie był wielki pomnik Marksa i Engelsa, usytuowany pomiędzy wieżą telewizyjną a Pałacem Republiki. Nowe władze Berlina chciały pomnik usunąć, gdyż ich zdaniem nie można było „honorować despoty i mordercy“. Dochodziły jednak również głosy samych mieszkańców wschodniej części miasta, którzy wiązali z tym miejscem konkretne wspomnienia. Ludzie uważali, że pomnik jest integralną częścią historii miasta, a jego usunięcie spowoduje zmianę charakteru tego fragmentu przestrzeni miejskiej i będzie pogwałceniem prawa mieszkańców do jej określania. Pomnik pozostawiono i dzisiaj stanowi ważną atrakcję turystyczną.

W samym centrum Berlina uwagę przykuwał Pałac Republiki – duma mieszkańców wschodniej części Berlina. Podczas jednej z wędrówek mieliśmy okazję wejść do środka. Mieszkańcy cenili ten prestiżowy obiekt głównie dlatego, że znajdowały się tam restauracje, odbywały się imprezy kulturalne i można było nawet bez problemu pograć w kręgle. Nam też się udało „bez żadnego trybu” znaleźć się w tym miejscu. W Pałacu Republiki występowali tacy artyści jak Harry Belafonte, Katja Ebstein i Udo Lindenberg. Myślałam, że to Bóg wie, jakie cudo, tymczasem „sklep z lampami Ericha Honeckera”, jak berlińczycy nazywali ten obiekt, wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, ani lampy, ani sala koncertowa. Do budowy Pałacu Republiki wykorzystano biały marmur, pod sufitem zawieszono ponad 10 tysięcy kulistych lamp. Ten kolos z betonu i szkła o długości 180 metrów i szerokości 86 metrów wybudowano w ciągu zaledwie 32 miesięcy. Do ochrony przeciwpożarowej zastosowano 5 tysięcy ton azbestu. Tuż po obaleniu muru właśnie z powodu azbestu Pałac Republiki zamknięto. Potem rozgorzała gwałtowna dyskusja na temat jego przyszłości.

W 2006 Bundestag zadecydował o rozbiórce Pałacu. Dla wielu Niemców wschodnich równała się to likwidacji części historii NRD. Skruszony w zgniatarce beton wykorzystano do budowy dróg. Z tego okresu zachowało się zdjęcie, gdzie widać na parkingu trabiki na tle Pałacu Republiki w pełnej jeszcze krasie. (Trabant jako dzieło sztuki to okres późniejszy – zdjęcie Ela Kargol)

 

Mieszkaliśmy na Kreuzbergu, około 100 metrów od muru, na Koethenerstrasse. Z balkonu rozpościerał się widok na Potsdamer Plac. Tak właśnie oglądaliśmy legendarny koncert „The Wall” 21 lipca 1990 roku ze sztandarową piosenką Pink Floyd „The Wall” (“Mur”) Rogera Watersa. W widowisku udział wzięły orkiestra dęta Armii Czerwonej i muzyczne znakomitości, takie jak Bryan Adams, Cyndi Lauper czy zespół Scorpions. I choć ten symboliczny mur składał się nie tylko z ran i pamięci, oferując szeroki wachlarz możliwych interpretacji, w Berlinie w 1990 roku dominowała ta jedna – mur jako symbol bolesnych wspomnień, rozdartych biografii i realiów życia, a także ideologicznej samoizolacji tej części Niemiec. Pod tym względem zakończenie koncertu może być również rozumiane jako historyczna terapia zbiorowa dla jednoczących się Niemiec. W tym gigantycznym rockowym spektaklu w obecności 350 tysięcy fanów na widowni i setek milionów widzów przed telewizorami, Berlin doświadczył wspólnie nowej formy porozumienia ponad wszelkimi podziałami.

W pobliżu naszego mieszkania znajdowała się słynna ulica Niederkirchnerstrasse, gdzie znajduje się dziś parlament Berlina – Abgeordnetenhaus. To ciekawy budynek o ciekawej, zmiennej historii, pamiętający pięć epok w dziejach miasta. Zbudowany został za czasów cesarstwa, w roku 1899 jako gmach drugiej izby parlamentu pruskiego. Gdy w roku 1918 w dniu zakończenia I wojny światowej cesarz abdykował, Niemcy przestały być monarchią, a gmach stał się siedzibą Parlamentu Republiki. Drugą fazę “życia” parlamentu zakończyło dojście Hitlera do władzy w 1933 roku. W maju tego roku odbywa się ostatnie posiedzenie domokratycznego parlamentu. Do roku 1941 w budynku mieściło się kasyno oficerskie, a przez ostatnie trzy lata wojny gmach został przemianowany na “Haus der Flieger” (Dom Lotników). Podczas walk o Berlin budynek został uszkodzony. Po koniecznej odbudowie przeprowadzonej przez Sowietów, od roku 1953, w gmachu zainstalował się I rząd NRD. Gdy rząd przeniósł się do innej siedziby, w gmachu działała Komisja Planowania i mieściły się biura osławionej enerdowskiej StaSi (Staatssicherheit, czyli mówiąc prosto: bezpieka). W piątej epoce swych dziejów, po Zjednoczeniu, budynek został ponownie odremontowany i od roku 1993 mieści się tu parlament Berlina.

Mur


     

Dawniej wokół parlamentu berlińskiego przebiegał MUR, gdzie turyści niczym dzięcioły stukali młotkami, zabierając kawałki muru na pamiątkę.

Niemal codziennie mijałam Niederkirchenstrasse idąc na zakupy do Aldika, który był bardzo popularny wśród Polaków w czasach transformacji ustrojowej. Na parkingi zjeżdżały dziesiątki autokarów z firankami w oknach, ale przyjeżdżali też drobni handlarze papierosów, którzy gromadzili się wokół metra Gleisdreieck na polskim targowisku (Polnischer Flohmarkt). Obciach był nieprzecięty, gdy się widziało handlarzy, którzy zza pazuchy pokazywali sztangi Marlboro. Niemcy pogardliwie spoglądali na Polaków (choć papierosy kupowali), rzeczywiście trzeba było kryć się z mową polską, choć ja osobiście nie miałam z tym problemu.

Dworzec kolejowy – Lichtenberg

To właśnie z tego dworca we Wschodnim Berlinie, w dzielnicy Lichtenberg jeździłam pociągami tam i z powrotem z Opola do Berlina. W początkowym okresie po upadku muru, w pobliżu dworca spotkać można było stacjonujące samochody wojskowe i żołnierzy rosyjskich, tak samo na całej długości Stresemannstrasse. Granicznicy pojawiali się dla postrachu, ale już nie mieli żadnych sił sprawczych. Armia Czerwona opuściła Niemcy 31 sierpnia 1994 roku.

Checkpoint Charlie i Muzeum Muru

Checkpoint Charlie – było to legendarne i najpopularniejsze przejście graniczne między Wschodem i Zachodem Berlina. Na zdjęciach widać ślady amerykańskiej strefy wojskowej, budkę celników, oraz symboliczny znak polskiej Solidarności. Tutaj turyści z całego świata z uśmiechem pozują do zdjęć, wiele elementów ówczesnej scenerii jeszcze istnieje, choć polski napis niestety zniknął. Mur od 13 sierpnia 1961 roku do 9 listopada 1989 roku odgradzał hermetycznie wschodnią część miasta od zachodniej. Tylko czerwono-brązowe kostki bruku przypominają o przebiegu muru w tym miejscu. Także charakterystyczna budka amerykańskich strażników została zlikwidowana krótko po obaleniu muru. Dziś na jej miejscu, na dawnym Checkpoint Charlie stoi kopia postawiona 13 sierpnia 2000 – biała budka z megafonem, reflektorami i tablicą z napisem “US Army Checkpoint” na dachu oraz barykadą worków z piaskiem przed drzwiami. Worki wypełnione są jednak tak naprawdę betonem, ponieważ prawie żaden turysta nie omieszka nie oprzeć się o nie pozując do zdjęcia. 

Jedno ze zdjęć wykonane zostało w Muzeum Muru gdzie oglądam auto, które posłużyło do ucieczki do lepszego świata.

Reichstag!

Zdjęcie zostało zrobione podczas naszego pierwszego spotkania z Bartkiem, czyli moim przyszłym mężem. Poszliśmy na spacer w pobliżu jego domu i zwiedziliśmy jedną z najsłynniejszych budowli Berlina, czyli Reichstag z ogromnym placem zieleni, na którym mieszkańcy grali w piłkę nożną. Zdziwił mnie ten widok, bo przecież w Polsce trawniki były miejscem świętym – z zakazem deptania, a tu proszę bardzo – teren do rekreacji. Ciekawiło mnie, że gmach został wzniesiony na miejscu, gdzie przedtem znajdował się pałac polskiego arystokraty, dyplomaty pruskiego i historyka sztuki – Atanazego Raczyńskiego.

Ludzie przed Reichstagem gromadzili się tłumnie, kiedy Christo i Jeanne Claude w 1995 roku opakowali budynek srebrną ognioodporną folią związaną mocnym sznurem. Niezapomniane przeżycia towarzyszyły tej niezwykłej atrakcji, a wielu berlińczyków było zdania, że tak właśnie, zapakowany, Reichstag wygląda najlepiej i spokojnie może zostać w opakowaniu jeszcze długi czas.

PS. Jednak nie został. Został najpierw odpakowany, potem odrestaurowany, a wreszcie w roku 1999 stał się siedzibą rządu Niemieckiej Republiki Federalnej, a jednocześnie jednym z najczęściej zwiedzanych przez turystów miejsc w Berlinie.


W lustrach kolumny wspierającej kopułę Reichstagu odbija się nowe, beztroskie życie nowego demokratycznego Berlina, który na szczęście ma za sobą wszystkie epoki przemocy i tyranii.
I oby tak było dalej…

Odcinek 5

Mieczysław Bonisławski

Czwartek, dłuższa chwila po przerwie na obiad

– …Posłuchaj mnie teraz, proszę, uważnie. Przeczytałam to podczas obiadu i potem jeszcze raz, i nic mi się tu nie zgadza.
– Czy nie podoba się…?
Nie, to nie to… – kobieta z zastanowieniem w głosie urywa wypowiadane zdanie. By niemal w tej samej chwili niespodziewanie zacząć, jakiś zupełnie inny, nowy wątek – A, wiesz ty jednak co? Ale to już tak zupełnie na marginesieOd jakiegoś czasu rozmawiasz ze mną wreszcie normalnie. Bez tego napięcia. Też to widzisz?
– Czy co widzę? – mężczyzna po raz drugi w krótkim czasie daje się jej zaskoczyć.
To, że nie jesteś już spięty podczas naszej rozmowy. Staranniej niż jeszcze przed miesiącem budujesz zdania, ograniczasz te swoje natręctwa.
– Pani też teraz mówi do mnie inaczej. – zdezorientowany szuka sposobu sparowania tego, domniemanego przez niego, ciosu od kobiety.
Jak to inaczej?
– Inaczej niż na początku. Może to stąd? Czy nie sądzi pani? – z nieukrywaną satysfakcją znajduje ripostę.
Ja… zatem… Wiesz co myślę? Tak nie planuje dnia dziesięciolatek. To jednak musi być ktoś dorosły. Kto tak naprawdę budzi się rano w tej opowieści?
– Januszek.
Nie, proszę….
– Tak!
Ja jednak znam profesora Pasternaka. To jest stateczny, wręcz majestatyczny mężczyzna.
– Jaki?
Majestatyczny…?
– Ha, ha, ha…
Zatem, dobrze, nie musi być majestatyczny. Ale znam go osobiście, faktycznie mieszka w takim punktowcu, ale on nie naprawiałby samochodu przed blokiem i nie popijałby wódki w piwnicy… I nie prowadziłby takiej filozoficznej dyskusji na ławce, z przypadkowymi ludźmi.
– Akurat wtedy, w tej piwnicy, to było wino, a nie wódka.
Nie, po prostu wymyślasz to wszystko sobie i oszukujesz mnie.
– Nie. Jednak nie.
Tak. Pomyśl czemu to robisz, czemu musisz to robić i zrób z tym coś tak, abym ci uwierzyła. Musisz być wiarygodny dla mnie i dla siebie samego. Musisz zrozumieć do czego potrzebne ci są te kłamstwa? Masz czas do jutra. Inaczej… – kobieta zawiesza głos. Nie chce powiedzieć czegoś oczywistego w tej sytuacji. Czegoś, co pragnie, aby zostało niewypowiedziane. To coś, jeżeli nie przejdzie jej przez usta, może właśnie dzięki temu się nie stanie? Nie ziści?
– Czy co inaczej…?
Musisz być wiarygodny – powtarza się, jakby w tym jednym właśnie tkwiło coś ważnego, coś najważniejszego. – I nie chodzi już nawet o mnie. Mów prawdę, wtedy one tu nie przyjdą i nie dokończą sprawy po swojemu…
Składa w zamyśleniu papiery, chowa je do torby, wstaje i podchodzi do drzwi. Wskazuje je mężczyźnie jednoznacznym skinieniem głowy.
– Kończymy? Nie wiem, czy tego chcę…? – on próbuje oponować. Ale tak zupełnie bez przekonania. Jakby nie wierzył jeszcze w to, co się dzieje. W to, co ona mu robi.
Tym razem ja tego chcę! – rzuca mu sucho, beznamiętnie. Nie wiedzieć czy dla samej siebie, tak aby utwierdzić się w już podjętej decyzji, czy bardziej jeszcze dla niego, aby go otrzeźwić. – Potrzebuję prawdy. Jeżeli zechcesz, możesz przyjść, ale dopiero jutro rano… Z prawdą.
– To wszystko prawda…! – mężczyzna w końcu zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Zdeterminowany próbuje jakiejś ostatniej deski ratunku.
Do jutra. Oddziel kłamstwa.
– Kiedy to jest prawda… Co mam zrobić? – z jego głosu bije bezsilność, poczucie klęski, a co najgorsze, poczucie braku wpływu na bieg zdarzeń. Jakby rzeczywiście wszystko całkowicie wymykało mu się spod kontroli.

Piątek, godz. 8:30 rano

Przemyślałeś?
– Tak, drogi człowieku.
Nie jestem wcale drogim człowiekiem. Ani dobrym. Chcesz opowiedzieć dalej?
– Tak, bo wszystko to prawda. I jak pani da sobie z nią radę? Bo pani nie wierzy?
Nie wierzę. A ty znowu zaczynasz te swoje natręctwa.
– Czy co ja zaczynam? I jak uda się pani uwierzyć? Bo zacznie pani w końcu wierzyć!
Mów normalnie! Potrafisz rozwijać piękne zdania, gdy wyłazi z ciebie czaruś. Bo spotkamy się w pełnym gronie. Wiesz co to znaczy… – w powietrzu czuć ukrytą, niewypowiedzianą do końca groźbę. Groźbę czegoś, czego tak naprawdę żadne z nich nie chce, aby się ziściło.

Wtorek w następnym tygodniu
Godz. 9:00 rano

On jest jak zwykle w swoim beżowym, więziennym drelichu. Nadal, konsekwentnie nie chce korzystać z prawa osadzonego do prywatnego ubrania. Nawet sam Naczelnik tego nie rozumie. Dlaczego odmawia tego, o co dla niego, tak zapalczywie, walczyli ci profesorowie, zajmujący się etyką i wolnością? O co sami więźniowie jeszcze niedawno wznosili bunty?

Ona ma dzisiaj o wiele bardziej niż ostatnio stonowaną kreację: prostą ciemnobrązową rozkloszowaną sukienkę maxi, z rękawami niemal na całe ręce. Na nogach – ciemne kozaczki.
Prokurator zjawia się na tym pierwszym spotkaniu w popielatej garsonce. Żakiet prosty, lekko rozszerzający się u dołu, tylko poły fantazyjne, półokrągłe. Spódnica do połowy łydki. Nylonowe, popielate rajstopy.
Śledcza jakby nie pamięta o tym, że ma to być spotkanie kobiet, zaangażowanych do sprawy: ma na sobie po prostu swój mundur porucznika MO.

Mamy być pewni, że tak właśnie jest dobrze! Popatrzmy tutaj…!
– Czy jestem…? O, doskonale pewny. Do – sko – na – le, drogi człowieku. – mężczyzna nie widzi kobiet schowanych w cieniu surowej, XX-wiecznej „arkady” z betonu, epoki „wielkiej płyty”. Ale kieruje swoje wypowiedzi w kierunku, gdzie je zapamiętał. Zakłada, niemal z niepodważalną pewnością, że jego słowa docierają tam gdzie trzeba i tak jak trzeba.
Tylko bez eufemizmów. Stajecie, tam gdzie wtedy. – Prokurator wychodzi z cienia. Botki, mimo, że na niskim obcasie, nieco grzęzną, gdy podchodzi do łachy żółtego piachu i próbuje stanąć tak by mieć ją całą w zasięgu… ręki.
– Tu. Stałem tu, za tym filarem. – teraz on przechodzi dokładnie w odwrotnym kierunku i niknie nieco w cieniu – On bawił się w piasku. Na ułożonych torach, tak jak mówiłem poprzednio… A czy tak pani będzie to sobie wyobrażać?
Były ułożone tak jak teraz? – Śledcza próbuje przyśpieszyć akcję, nie bardzo zresztą wiedząc, o co dokładnie chodzi Prokurator. Czuje tylko, że musi coś zrobić, zaznaczyć swoją obecność.
– To był naprawdę bardzo pomysłowy chłopiec… – mężczyznę chyba bawi cała sytuacja. Odwraca wzrok od mundurowej, jakby jej tu w ogóle nie było i o nic go nie pytała.
Czy tak to wyglądało, człowieku!?! – porucznik daje się wyprowadzić z równowagi.
– Bo wiecie… – a on przerywa w końcu ten swój słowotok i udając troskę, pośpiesznie kończy – A tak, wiem, drogi człowieku… I będziesz chcieć usłyszeć, że dobrze wam to ułożyli.
Może jednak wszyscy podejdźmy. I proszę, wszystko odtwarzamy bardzo dokładnie. Po kolei, zdanie po zdaniu, już dobrze? A wy skończcie z tymi swoimi natręctwami!

Mężczyzna spogląda z tłumionym politowaniem na Psycholog. Ale powstrzymuje się przed kolejnym zagraniem przeciwko nim. Bierze w ręce porozrzucane po piasku patyczki. Zaczyna nimi manewrować ponad żółtą łachą, jednocześnie opowiadając:

– No więc bawił się takim małym modelem autobusu… – rozgląda się i nie znajdując na razie wokół siebie tej zabawki, próbuje ją opisywać – Niebieski „jelcz”, taki jaki można kupić w kiosku „Ruchu”…
Zanim go wyjął z tornistra i postawił na drodze nieopodal wiaduktu… – kopie lekko butem w niewielki pagórek z piasku, wznoszący się nad „torami” – Była rozmowa. Nie wiem gdzie, może w mieszkaniu, przed wyjściem z domu? A może już na przystanku autobusowym?
Ta większa postać mówiła głośno… – potrząsa patykiem – Ale takim wysokim, dźwięcznym głosem. To musiała być kobieta. A ten mniejszy patyczek mniejsza osoba… – druga ręka – To było jakieś dziecko, drodzy ludzie.
I patyczki zaczynają mówić do siebie. Jego głosem:
– „Pokaż jak wyglądasz? No i jak się ubrałeś! Przecież idziemy do pani psycholog…” – gderliwie pokrzykiwała kobieta.
Dziecko: „Nie chcę tam chodzić, nie chcę!”
Kobieta: „Nie mamy o czym rozmawiać. W nowej szkole miało być inaczej, i co? Sam tego chciałeś…”
Dziecko: „Nie chciałem!”
Kobieta: „Pamiętasz, jak pani psycholog się nazywa? Pani doktor Ber, powtórz… Gdzie ta przychodnia jest? Pamiętasz przy jakiej szkole?”
Dziecko: „Nic nie pamiętam!”
Kobieta: „To jest szkoła sportowa, numer dziesięć. Wysiądziemy na przystanku przy szpitalu, tam zaraz za parkiem. Pamiętasz co jest przed szkołą? Taki betonowy ptak w fontannie…”
Teraz do patyczków dobiera jeszcze małe, plastikowe zabawki a opowiadanie nabiera przez to nie tylko większej ekspresyjności, ale staje się też niezwykle dynamiczne. Mężczyzna dodaje też różne dźwięki, odgłosy, zwielokrotnione dialogi.
Autobus – zabawka, którą właśnie znalazł, postawiony jest już na ulicy, czyli na rozgarniętym bokiem buta śladzie na piasku. Popchnięty dłonią „podjeżdża” na przystanek. Długo „prycha” jego silnikiem, że niby, na wolnych obrotach, bo ludzi chcących jechać jest bardzo dużo i tłoczą się przy wsiadaniu.
– Pyr, pyr, pyr. Psik. Wry, wry, wrrrrrrrrryyy!
Imituje trzask zamykanych drzwi automatycznych. Wziuuu… Trach! I znowu, te głosy niby z autobusu:
– „Aua! Jezu, aaa…! /Boże, coś się stało! /Ludzie, spokojnie… /Panie kierowco! Zabiło człowieka. /Nie, przytrzasnęło w drzwiach. Ma złamaną rękę. /Panie kierowco, drzwi! Otworzyć drzwi. /Kierowco! Człowiek ranny, proszę otworzyć drzwi.”
– Pyr, pyr, i – iiiich!
Autobus – zabawka stoi teraz już na wiadukcie, nad torami dawnej kolejki szprotawskiej.
Kierowca a potem inne głosy z wnętrza:
– „Co tam? /Drzwi przytrzasły rękę. /Otwieram! /I co? /Żyje, ale cała łapa we krwi. Mdleje, trza mu na pogotowie. /Mam kurs. Przed dworcem skręcę na pogotowie. Wytrzymasz pan?”
Plastikowy, niebieski jelcz znowu jest w ruchu.
– Pry, pyr, wryyyyyy. I – iiiich…. Wry, wry, wrrrrrryyy!
Hamuje na zakręcie, skręca w inną ulicę, potem na skrzyżowaniu znowu. Staje na przystanku, rusza. Hamuje, skręca w jeszcze innym kierunku. Raz, drugi, przyspiesza. Z wewnątrz dochodzą rozmowy:
– „Była już pani w nowym domu towarowym? Jeszcze nie… Ja byłam. /A, dzień dobry. Warto tam zajrzeć? Sklepów dużo, towary takie lepsze, ale drogo. /Może w Poznaniu to „Centrum” ma ludzi, ale nie u nas… /Poukładane tak, że wszystko widać. Przestronnie jest, oświetlone. Wybór, luksusy. Gdzie nam do nich… /I co, pójdzie pani? Może na święta. Mam wesele w rodzinie. Prezent kupię. /Ja pójdę, popatrzę. Wezmę coś małego, na pamiątkę. /Słyszałam, że telewizory kolorowe mają. Bez zapisów. Córka dostała mieszkanie. Kupiłabym jej…”
Autobusik znowu skręca, przystaje. Głos w środku:
– „No, idź pan na to pogotowie. Co on taki miękki, nie zemdlej mi tu pan! Może ktoś z nim pójdzie? Weźmie go pan? Ja nie mogę czekać, mam kurs. Dobrze, ale pięć minut i jadę.”
Zabawka kierowana pewną ręką jedzie dalej. Niedaleko, ledwie do parku, za którym, za zakrętem – według informacji matki chłopca – jest ten, jakiś tam, szpital. I nagle, w jakimś nieokiełznanym zrywie, autobus skręca w dokładnie przeciwnym kierunku, wjeżdża na wiadukt wznoszący się naprzeciwko parku, przerywa barierki, a prowadząca go dotąd tak pewnie po ulicach ręka, rzuca nim w dół. Tak że spada ze środka wiaduktu na jadący pod nim pociąg. Wybuchy, wrzaski ludzi, zgrzyt deformowanych blach, zawodzenie rannych. Samochodzik podrzucany trzy, cztery razy przez mężczyznę wylatuje w górę i opada bokiem na piasek.

Cisza.

Nadal wtorek
Kilka minut po godz. 10:00, bez przerwy

– Niezła bomba. O, przepraszam… Naprawdę, ja tak niechcący. – miarkuje się poniewczasie Śledcza, ale Prokurator nie zwraca na nią uwagi.
– No widzicie… I taka szokująca historia… – próbuje wzbudzić w nich przychylne politowanie Psycholog. Z równie miernym skutkiem.
– Rozumiem, że to wszystko nagrywamy! To teraz to, co było dalej! Opowiadamy po kolei.

Mężczyzna przełyka ślinę, aż mu chodzi grdyka. Prokurator sprawia jednak na nim silne wrażenie. Traci nawet chęć na te swoje gierki, których tak chętnie próbuje na Śledczej i Psycholog. Posłusznie wykonuje polecenie:

– Odszedł. I zostawił zabawkę na tym pobojowisku i odszedł tam w kąt, o tam. – przechodzi, pokazuje – I stanął tutaj przy filarze, a z czasem uklęknął w piasku. Bo przez ten czas rozmawiali ze sobą trzej mężczyźni. A przy tym pod koniec, doszedł tutaj jeszcze i czwarty.
Jacy znowu oni? Co znaczy to tutaj! Czyli gdzie konkretnie? – piekli się mundurowa, podejrzewając kolejny podstęp z jego strony – Co to za mężczyźni, skąd się wzięli? Jakieś nazwiska. Po co i do kogo przyszli?
Spokojnie, spokojnie… Jednak może posłuchajmy tego… – uspakaja ją Psycholog, dając do zrozumienia, iż wie znacznie więcej od nich, że ma już tę historię przepracowaną z pacjentem podczas ich spotkań. I że na pewno wniesie ona dużo do postępowania, które razem prowadzą.

Uzyskuje przynajmniej tyle, że Prokurator w milczeniu kiwa potakująco głową. I znaczącym spojrzeniem ponagla mężczyznę.

I on znowu łapie za porozrzucane na piasku patyki. A te, tak jak kobiety widziały to już poprzednio, przed godziną dziesiątą, ponownie nabierają życia. I gadają jego głosem:
Patyk numer 1: „Jak tam idą treningi, panie magister?”
Patyk numer 2: „Nie gorzej niż panu zbieranie nowin, redaktorze.”
P1: „Ale tak robiwszy w piłce ręcznej…? To ja by rozumiał, gdyby w footballu, w żużelu, no, w podrzucaniu gały do kosza, ostatecznie…”
P2: „Zobaczy pan po Olimpiadzie. Niechby tylko nasi zdobyli jakiś medal, to całkowicie zmieni się postrzeganie dyscypliny…”
P1: „No bo i co to za wyczynowce? Gałą rzuciwszy przed siebie… Bez pożytku. Ta, gdybyż to jeszcze była granata…”
P2: „O piłce ręcznej pisze się, że rozwija człowieka. Na świecie…”
Patyk numer 3: „A, tak swoją drogą, to sukcesy magistra wydają się zrozumiałe. Chodzi po tych wszystkich szkołach. Namawia na te pierwsze treningi całe klasy. To i ma pod sobą wszystkich chłopców. Niczym jakiś Sztamm czy Łasak. No, i widać co osiągnął. Matki chłopców szyją i farbują mu potem te koszulki, numerki naszywają… No, no, masz, Sosiński, potem z czego wybierać. A ty, redaktorek, jak wyglądasz na tle trenera? Tobie został chyba tylko układ z samym diabłem? I co wykorzystujesz siły pozamaterialne, Demianiuk? Bo z tego co melduje nam komendant miejski, to tylko tak można cię tłumaczyć, redaktorku.
P1: „Dlaczego, tam gdzie nie potrzeba, doszukujecie się sił nieczystych, mój drogi panie Pułkownik?”
P3: „Zawsze jak ktoś kogoś ma pobić albo się gdzieś włamać, ty, Demianiuk, jesteś z magnetofonem i fotoaparatem przed milicją. Komendant miejski raportuje nam do Wydziału, że odnosi czasem wrażenie, że nawet przed sprawcami. Jak ma być jakiś wypadek na drodze, czy w zakładzie, to ty Demianiuk, jesteś ustawiony już jakby wcześniej – jak, nie przymierzając, takie Wajdy, czy inne Petelskie do nagrania. I jak to wytłumaczysz? Ty, redaktorek, albo z diabłem, albo z przestępcami trzymasz. Co i tak na jedno wychodzi…”

Mężczyzna wydaje się być w swej szczytowej formie. Odchodzi, podchodzi, pochyla się cały ku powierzchni piasku, prostuje. Operuje to jedną ręką, to drugą, to oboma naraz. Gestykuluje szeroko, to znowu dyskretnie, ale znacząco. Jakby każde drgnienie mięśnia, pojedynczego palca, delikatna zmiana ułożenia dłoni przekazywały inną, nową treść. Pełną ukrytych znaczeń, symboli i istoty jakiejś konkretnej sprawy, czy zdarzenia, które widz ma właśnie odczytać.
Moduluje głos. Animuje kukiełki – patyczki, niczym mistrz lalkarstwa. I chociaż lalkarz w więziennym drelichu wygląda trochę nierealnie, wręcz sarkastycznie, Psycholog przychodzi do głowy, aby porównać go do jakiegoś aktora ze Sceny Lalkowej, jaka prężnie działa w Zielonej Górze przy Teatrze Lubuskim lub do pełnego elegancji ruchu mima. Ale Prokurator samym swoim spojrzeniem, w reakcji na tę, niewypowiedzianą nawet przecież na głos, uwagę wybija jej to z głowy.

Śledcza zastanawia się nad tym, kim mogą być, ten tajemniczy Trener, ten dziwny Redaktor? Gdy pada nazwisko tego ostatniego, kręci tylko z niedowierzaniem głową. To miałby być akurat TEN dziennikarz? Tworząca się właśnie legenda miejscowej gazety wojewódzkiej i może nawet przyszła gwiazda krajowego reportażu? A Trener? Mamy takiego w Zielonej Górze, którego można porównywać ze Stammem, Łasakiem?
A Pułkownik? Czy to może jakiś wojskowy? Kto to może być? Znacząca postać w miejscowym środowisku, to rzecz oczywista. Ale kto? Z WuKaeR-u? Ze sztabu wojewódzkiego? Z prokuratury wojskowej? I dlaczego w momencie pojawienia się tej postaci Prokurator zareagowała tak, jakby ją rozbolał ząb…?
Czy ona wie? Przeraża ją jego pojawienie się w tej scenerii, wśród TYCH ludzi, w takiej sytuacji…?

Psycholog gestem, półsłówkiem nie wypowiedzianym głośno, a tylko takim, które można zaledwie spijać z jej warg, uspakaja ją. Bez słów, w jakimś telepatycznym kontakcie. Niech okaże jeszcze trochę cierpliwości. Jeszcze chwila i wszystko się wyjaśni. Również i ta wątpliwość.

W taki oto właśnie sposób:
P2: „Ja tak myślę, panie Pułkowniku, że jak już bezpieka takich rzeczy nie wie, to ten kraj musi upaść.”
P3: „A ty co Sosiński, redaktorka bronisz? Za mało wam jeszcze dosrał?”
P1: „A skąd takie słowo wziął pan Pułkownik? Skąd to de…? Jaki diabeł? Co za przestępcy? Mam szczęście, że jestem zawsze na czas…”
P3: „A co, Demianiuk nie dosrał wam wtedy w Broniszowie? Nie ciekawe, skąd wiedział, ty magisterek?”
P2: „Na dobre mi to wyszło. Ta afera była jak trampolina, dzięki redaktorowi wyrwałem się z tej zapadłej wsi i wróciłem do Zielonej Góry. Przecież pan Pułkownik wie…”
P3: „A wiemy, wiemy… My wszystko wiemy. I to jakimi to było nićmi szyte, też. Komu ty mydlisz oczy, Sosiński? Chcesz powiedzieć, że samym talentem, pracą doszedłeś do czegoś? Zaraz tu z ambicją wyjedziesz, tak? Ech, ty, magisterek, gdybyś nie był przydatny dla nas, to byś dalej macał kury, albo bujał jajca bykom, gdzieś w jakimś PeGeeRze. To nie przypadek, taki awans z wiejskiego gryzipiórka na pana profesorka od wuefu w liceum!”
P2: „Ja nikogo, tam w Broniszowie, nie miałem wystawiać ani redaktorowi, ani milicji… To nie było tak ułożone…”
P1: „A oto i mistrz Ryndak, panie Pułkownik. Witam, Zbyszek. Jego proszę pytać o drobnomiasteczkowe źródła. O to jak pozyskiwać sygnały po wsi?”

Kobiety powoli zaczynają okazywać pierwsze oznaki znużenia. Śledcza z zazdrością spogląda na mały, zgrabny magnetofonik Psycholog. Sama musiała zostawić swojego MAK-a na komendzie. Raz, że nie sposób jest tachać się tutaj z takim gratem, dwa – jak go podłączyć na tej budowie do prądu…? Niby na tranzystorach, a jednak…
Prokurator skubie nerwowo poły żakietu. Gdy Śledcza zaciekawiona chętnie podpytała by dokładniej o istotę relacji Trenera z Pułkownikiem, ona odciąga Psycholog gdzieś na bok. Coś jej szepcze, peroruje, pochylona ku niej. Denerwuje się. Dwa, trzy gesty, które o tym świadczą, zmiana pozycji i ustawienia się obu kobiet względem siebie, pełne napięcia i aż buchające jakimś narastającym konfliktem, nagle nikną, tracą na znaczeniu.
Prokurator ze zdziwieniem konstatuje nazwisko znanego pisarza, które jak grom z jasnego nieba pada nagle w potoku wypowiadanych niesfornie i niedbale zdań. ON w tym gronie? Z niedowierzaniem kręci głową. Tak, teraz już nic nie pasuje do siebie, staje się niewiarygodne. Jak długo jeszcze to wytrzyma, kiedy przerwie to przedstawienie?
Mężczyzna nie obserwuje ich, do końca zaabsorbowany swoim występem. Nie śledzi zmian, jakie zachodzą w kobietach. Ich rozterki, emocje, nastawienia żyją bowiem swoim własnym życiem, wyłącznie w ich myślach, gestach, grymasach. To tylko gra ciała i do tego trudna do zauważenia, bo hamowana i skrywana, słabo dostrzegalna pod tym starannym kamuflażem.
Ani jednym słowem żadna z nich nie wychodzi ze swojej roli, poza służbową obojętność wobec treści przekazywanych w tak ekspresyjny sposób przez mężczyznę. Tak naprawdę przecież cały czas milczą, słuchają z raz mniej, raz bardziej udawanym skupieniem i zainteresowaniem, notują coś w swoich kajetach, nie mogą okazywać i nie okazują żadnego własnego nastawienia. To jest rekonstrukcja w miejscu zdarzenia, a nie spotkanie w kawiarni „Niger”, przy kremie sułtańskim kolorowo wypełniającym pucharki, ustawione na blacie wysokiego baru. A one nie siedzą na strzelistych taboretach i nie machają gołymi nogami, wyłaniającymi się miękkością ud z kusych spódnic, ze stopami nie sięgającymi podłogi. I nikt ich nie podgląda zza wielkiej szyby, z perspektywy szachownicy czarnych i białych płyt zielonogórskiego deptaka. Stoją w półmroku parteru rozpoczętej budowy, pomiędzy filarami dużej hali, pod sklepieniem, niosącym na sobie masywne piętro. Stoją na kupie żółtego, budowlanego piachu. I dlatego żaden gest, grymas nie może wyjść poza pewne granice nieczytelności…

Tylko mężczyzna może sobie folgować i wznosić się na coraz to wyższe poziomy ekspresji. I robi to.
P3: „To już mistrzami przychodzi ci strzelać, redaktorku… No, no… Dzień dobry, panie Ryndak.”
Patyk numer 4: „A w jakiż to spór wchodzę?”
P3: „A tak zastanawiamy się kto informuje naszego redaktora od nowinek, o tym, kto za chwilę włamie się, po pijaku da drugiemu obywatelowi po twarzy albo zajedzie drogę i zrobi czołówkę? Komendant MO żali się, że gdzie by nie zajechali na interwencję, to pierwsze kogo widzą, to naszego speca, który właśnie… odjeżdża z miejsca z gotowym nagraniem i aparatem pełnym zdjęć.”
P4: „Może to nie dziennikarz jest za szybki, ale milicjanci zbyt powolni?”
P3: „Doprawdy pan tak sądzi, panie Ryndak?”
P4: „Nie znam prawdy. Może mój kolega ma po prostu szczęście. Wszakże nie tylko ma nos do sensacji, ale i aspiruje w konkursach na najlepsze reportaże. Może jeszcze bez sukcesu, ale już blisko, blisko… Ja zbierałem materiały u siebie, tam gdzie mieszkałem, w Sulęcinie. Też sensacyjki, ale takie bardziej obyczajowe. A jedyne co osiągnąłem, to to, że potem, jak ludzie przeczytali moją książkę, nie mogłem się pokazać w miasteczku. Chociaż ostatecznie do postaci literackich wykorzystałem tylko obserwacje z życia różnych ludzi, każdy z bohaterów miał przemieszane cechy wielu pierwowzorów, to konkretni mieszkańcy Sulęcina zaczęli brać to zbyt osobiście… A to aptekarzowa obraziła się, że opisałem jej wielki biust. A to sędzia Jarosz i dyrektor szpitala Łukoszek – za sugestie o sutych, zakrapianych kolacyjkach i lewych sprawkach, na przykład skrobankach. A to Paprzycki… I tak dalej, nie miałem już tam życia.”
P3: „Ale nagródka wpadła, panie Ryndak.”
P1: „Jakie wpadła? Nie wpadła, ale należała się. W Zielonej Górze jesteśmy dobrzy w swoim fachu. Stąd sukcesy. Żadnych diabelskich sztuczek, panie Pułkownik.”

Psycholog zwiesza ze smutkiem głowę. Widzi jak Prokurator już się cała gotuje. Poły żakietu ma porządnie pomięte. Dłonie co rusz bądź to zaciskają się na ich brzegu, bądź suną,
jakby bezwiednie, wzdłuż ich krawędzi.
Nie ma potrzeby, aby wywoływany przez kukiełkę Pułkownika diabeł musiał się tu pojawić osobiście. Słoneczny blask piasku z wyspy demiurga pobladł. Mrok wokół jest jeszcze bardziej mroczny. A piekielna awantura wisi w gęstniejącym powietrzu, wypełniającym tę i tak duszną niszę.
Psycholog wie, że nic na to nie poradzi. Na pytanie o to, jak długo jeszcze wytrzyma Prokurator, ma w końcu jasną odpowiedź – niedługo! Zaraz, zaraz przerwie przedstawienie… Kobieta odsuwa się od reszty. Podchodzi do najbliższego filaru. Chowa się za nim. Stoi tu chwilę, ale to nie wystarcza. Wycofuje się jeszcze dalej, sunąc niczym zjawa w powłóczystej szacie ku wyjściu na zewnątrz, szukając bladego słonecznego światła. I rześkiego, listopadowego powietrza, które by ją orzeźwiło. Pozwoliło znowu myśleć w zdecydowany sposób. Jej długa i wąska, ciemnobrązowa suknia, oglądana teraz ze środka hali, pod to blade, późnojesienne słońce, zasłania niemal połowę jasnego tła – widoku na zewnątrz i zaczyna błyszczeć. Staje się jasna, nie jest już brązowa, ale złocista, przechodzi w żółcienie…
Prokurator odruchowo odwraca głowę i spogląda za odchodzącą kobietą. Patrzy przez chwilę, poddaje się temu optycznemu złudzeniu. I nagle nerwowo, bardzo nerwowo przeciera sobie dłonią oczy. Jej twarz wykrzywia coś, co ktoś nie znający jej, mógłby fałszywie wziąć za zapowiedź grymasu irytacji. Mieniąca się nierzeczywistą feerią barw postać Psycholog doprowadza ją do furii. Prokurator nie cierpi złudzeń, wszelkiej fatamorgany, szczególnie gdy sama staje się ich ofiarą. Rzeczowość i konkret! To jest jej domena. Z nimi czuje się najlepiej. Wyłącznie z nimi nie czuje się źle, nie odczuwa żadnego dyskomfortu.
Zachowując pełną kontrolę nad sobą, jednym susem doskakuje do mężczyzny. Nie musi się hamować, zawsze największą satysfakcję sprawia jej zachowanie powściągliwości. To przestępcy mają ulegać emocjom i robić głupie błędy. I w takim stanie odkrywać przed nią swoje słabości.
Nie wyrywa patyków z rąk rozgadanego mężczyzny, choć z jego reakcji można wnioskować iż przez moment przeraża go taka perspektywa. Cofa się przed nią odruchowo, jakby chcąc uniknąć fizycznej agresji z jej strony. Również Psycholog i Śledcza jakby na chwilę zamierają. Ale chyba bardziej ze zdziwienia, niż ze strachu, bo przecież znają Prokurator zbyt dobrze, aby podejrzewać ją o to, przed czym uchyla się mężczyzna.
Prokurator nie wyrywa patyków mężczyźnie, ale z marsową miną podnosi te, porozrzucane na piasku. Schyla się, bierze je w palce, prostuje plecy i wyciąga dłonie z patykami w jego stronę.

Skończmy już z tym teatrem, który tu odgrywacie! – rzuca oskarżycielskim tonem. – Dosyć tych jakichś wydumanych historii...

Na ten Nowy Rok

Ewa Karbowska

Czego życzę nam wszystkim

gdzieś od Zakopca do Gdańska
fantazja?
głupota ułańska
*
więc takiej żeby nie było
przekupność
zamienić na miłość
*
z Lublina aż po Zgorzelec
pazerność odrzucić
zbyt wiele?
*
obłudę odepchnąć na milę
gdy modły
to nie z pedofilem
*
bo Kraj nasz to nie jest arena
dla zdrajców
kpów z GANGU OLSENA
*
doprawdy
to nie kwestia gustu
się poddać tej zgrai oszustów
*
już pora
dać łomot lub łupnia
sługusom mściwego kurdupla
*
kolejny raz zgłupieć nie wolno
by kiedyś
mieć Polskę wolną
*
Wam – nam podziękuje za to
Ojczyzna
i CZUŁY NARRATOR
*
na draństwo co nie pozwoli
zbyt dobrze pojmuje
gdy boli
*
nie nazwie – pod troski pozorem – kobiety inkubatorem
(EK – 8.12.2020)

Z wolnej stopy 27

Zbigniew Milewicz

Generał Patton

Był kontrowersyjną postacią. Żołnierze kochali go jak ojca, przełożeni głęboko cenili, albo nienawidzili. Wśród przeciwników na polu bitwy budził postrach, bo operacje, którymi dowodził, prawie zawsze kończyły się sukcesem.

Urodził się na ranczu Lake Vineyard, niedaleko miasta San Gabriel w Kalifornii, w rodzinie o silnych tradycjach wojskowych. Jego przodkowie walczyli m.in. w rewolucji amerykańskiej, z Anglikami o niepodległość kraju i w wojnie secesyjnej, po stronie konfederatów. W dzieciństwie marzył, by zostać bohaterem wojennym i generałem, czytał książki i opracowania z dziedziny historii oraz wojskowości, ale cierpiał na dyslekcję i najpierw z nią przyszło mu się zmierzyć. Zamiast czterech lat, minęło pięć zanim ukończył akademię wojskową w West Point, później ożenił się z wielką miłością swojego życia – Beą Aeyer, której wielu mu zazdrościło. Była córką bogatego przemysłowca z branży włókienniczej, urodziwa i utalentowana, ale to już nie należy do tej historii.

Na Igrzyskach Olimpijskich w Sztokholmie w 1912 roku George Patton reprezentował USA w pięcioboju nowoczesnym, zajął w nim piąte miejsce, choć klasyfikacja ta budziła spory, bo w tarczy, do której strzelał nie znaleziono śladu po jednej z kul, więc nie trafił, albo przeszła innym, wcześniej zrobionym otworem. Później jego nazwisko pojawiło się na łamach gazet w związku z kawaleryjską szablą, wzór 1913, którą zaprojektował dla armii amerykańskiej, a kiedy USA postanowiło zdławić rewolucję meksykańską, mającą na celu obalenie reżimów Porfiria Diaza i Victoriana Huerty, zajął miejsce w szeregu, jako adiutant generała Johna Pershinga. Celem wyprawy było pojmanie przywódcy chłopskiej partyzantki, Francisco „Pancho“ Villi. Patton wsławił się zabiciem dowódcy gwardii przybocznej komendanta. Po przystąpieniu USA do I wojny światowej, w jej końcowej fazie, pojechał na front francuski, nadal jako adiutant gen. Pershinga, już w stopniu kapitana. Dostał rozkaz utworzenia pierwszego, amerykańskiego korpusu czołgów i okazało się, że ma duże zdolności organizacyjne, co doceniono kolejnymi awansami. W połowie września 1918 r., w szturmie na St. Mihiel, który był równocześnie chrztem bojowym Amerykanów w tej wojnie, poszedł jako dowódca korpusu na pierwszą linię frontu, gdzie otrzymał z niemieckiego karabinu maszynowego ciężki postrzał w udo, co sprawiło, że zawieszenie broni powitał w szpitalu.

Za zasługi wojenne odznaczono go dwoma ważnymi medalami i po powrocie do kraju znowu pisały o nim gazety. Zaprzyjaźnił się z Dwightem Eisenhowerem, co miało później ogromny wpływ na kariery ich obu, a zawodowo zajął badaniami nad udoskonaleniem możliwości broni pancernej oraz nad taktyką jej używania. Temat był nowatorski, a więc i wyzwanie niemałe, wymagające zmiany starej doktryny wojennej , bazującej na kawalerii i piechocie, a także funduszy, których Kongres nie chciał dać. Kiedy zaczął pisać na ten temat krytyczne artykuły w Infantry Journal i okazało się, że ma również zacięcie dziennikarskie, zagrożono mu sądem wojskowym. Zniechęcony niepowodzeniami wrócił do kawalerii i skupił się na dalszej edukacji; ukończył wyższą szkołę swojej formacji, później z wyróżnieniem kursy dowodzenia oraz sztabowe i tak wyszkolonego oficera wysłano na Hawaje, gdzie poznał gen. Omara N. Bradleya. Tam ponownie zajął się koncepcją rozwoju broni pancernej, Waszyngton po staremu jej nie akceptował i to go coraz bardziej frustrowało. W trakcie swojej służby napisał do Departamentu Stanu o zagrożeniu, jakie może stanowić Japonia, ostrzegając, że Pearl Harbor jest narażone na nagły atak bez wypowiedzenia wojny, który może być przeprowadzony przez samoloty startujące z lotniskowców. Niestety ostrzeżenie to również zignorowano, co później zemściło się na Ameryce.

W 1934 roku, po dziewięciu latach służby na Hawajach, z inicjatywy nowego szefa sztabu amerykańskiej armii, George’a Marshalla, Pattona awansowano na podpułkownika i ponownie znalazł się w kawalerii. Latem 1938 roku awansował do stopnia pułkownika i został przeniesiony najpierw do Fortu Clark w Teksasie, a później do Fortu Myer, gdzie powierzono mu dowództwo pułku. Karta się odwróciła. Kiedy we wrześniu 1939 roku Niemcy napadły na Polskę, Patton przekonał Kongres o potrzebie stworzenia nowoczesnych oddziałów pancernych. Otrzymał promocję na generała i został dowódcą brygady zmechanizowanej, która wkrótce powiększyła się do rozmiarów dywizji; na jej czele uczestniczył wraz z Brytyjczykami w operacji „Torch“, mającej na celu wykurzenie Niemców, Włochów i ich francuskich kolaborantów z Afryki Północnej (był jednym z głównych planistów tego przedsięwzięcia ). W Afryce powierzono mu dowództwo II Korpusu, rozpuszczonego jak dziadowski bicz; był dobrym przełożonym – surowym, wymagającym, ale sprawiedliwym i tak wytrenował tych żołnierzy, że po krótkim czasie zmienili się nie do poznania.

Po zakończeniu zmagań w Afryce Północnej przyszedł czas na rozpoczęcie kampanii w Europie. Pierwszym celem ataku aliantów była Sycylia, a następnie Półwysep Apeniński. 10 lipca 1943 roku rozpoczęła się operacja “Husky” – lądowanie wojsk amerykańskich i brytyjskich na plażach koło Palermo. Pattonowi powierzono dowodzenie 7 Armią Amerykańską. Z jednostką tą poprowadził natarcie w kierunku Messyny, gdzie miał zamiar znaleźć się wcześniej, niż konkurujący z nim dowódca 8 Armii Brytyjskiej, gen. Bernard Law Montgomery. Patton wygrał swoisty wyścig, docierając do Cieśniny Messyńskiej przed zarozumiałym Brytyjczykiem. To było w jego zwyczaju – pokazać konkurentowi, że jest się lepszym. Podobnie traktował wroga, nieodmiennie z zaskoczenia, zawsze w innym czasie, albo miejscu, niż tamten się tego spodziewał. Dlatego Niemcy najbardziej z przeciwników cenili i obawiali się właśnie jego. Wojaczka była dla Pattona nie tylko obowiązkiem i rzemiosłem, które starał się wykonywać najlepiej, jak umiał, ale była też jego pasją i życiowym celem, pewnie więc dlatego miał w niej tak dobre osiągnięcia. Jak każdy człowiekowi miał również wady, bywał między innymi apodyktyczny i porywczy, zarówno w czynach, jak i słowach, w których nie przebierał. W swoich emocjonalnych i obrazowych przemówieniach do żołnierzy obiecywał im np. regularnie, że w boju będą po szyję unurzani we krwi i flakach, swoich i wroga i tylko od nich będzie zależało, czego wypłynie więcej. Stąd miał wśród podkomendnych pseudonim old blood and guts.

Kiedy więc pewnego dnia w Acate na Sycylii grupa amerykańskich żołnierzy zabiła około 70 niemieckich i włoskich jeńców, jeden ze sprawców powiedział, że zrobił to pod wpływem prania mózgu ze strony dowódcy. Krótko później na lotnisku w Comiso doszło do podobnego zdarzenia i wtedy generał wydał zakaz zabijania jeńców. Z politycznego punktu widzenia gorszy był incydent ze spoliczkowaniem, który zdarzył się później. Generał wizytował jeden z sycylijskich szpitali, w którym leżeli ranni amerykańscy żołnierze; kiedy zauważył pacjenta bez jakichkolwiek zewnętrznych obrażeń i zapytał go, co tutaj robi, tamten odparł, że cierpi na nerwicę okopową. Wtedy Patton się wściekł, wyzwał żołnierza od symulantów i wymierzył mu soczysty policzek. Parę dni później podobna sytuacja powtórzyła się w innym szpitalu, oburzeni lekarze poinformowali o tym prasę i zaczęła się publiczna nagonka na generała. Pod jej wpływem naczelnemu dowódcy alianckich ekspedycyjnych sił zbrojnych, którym był Eisenhower, prywatnie zaprzyjaźniony z Pattonem, nie pozostawało nic innego, jak odebrać mu dowództwo 7 Armii. Był jednak zbyt cennym dowódcą, aby odstawić go na boczny tor, zwłaszcza w przededniu planowanej inwazji na Normandię.

Bezpośrednio przed samą inwazją Pattona mianowano dowódcą fikcyjnej Pierwszej Grupy Armii stacjonującej w południowej części Wysp Brytyjskich. Była to część operacji “Fortitude”, mającej zmylić Niemców, co do rzekomego celu alianckiego ataku na Francję – regionu Pas de Calais. W tamtym czasie o generale ponownie rozpisały się gazety. Miał nieoficjalne wystąpienie w Knutsford, niewielkim mieście w hrabstwie Cheshire, w którym zapytano go, jak wyobraża sobie mapę polityczną świata po zakończeniu wojny. Odparł, że zapewne będzie on rządzony przez Amerykę, Anglię i Rosję. Z niezrozumiałych powodów relacje prasowe z tego wystąpienia pominęły Rosję, Stalin się ciężko obraził i wybuchła afera na skalę międzynarodową. Gdy alianci zaczęli lądowanie w Normandii, Pattona mianowano dowódcą 3 Armii Amerykańskiej, z którą ruszył w szybkim marszu, wyzwalając znaczną część północnej Francji. Z powodzeniem użył zmodyfikowanej przez siebie taktyki blitzkriegu, pokonując ponad 900 km w ciągu zaledwie dwóch tygodni, jednak tuż przed wejściem do Paryża został zatrzymany przez Eisenhowera, aby pozwolić na zajęcie miasta przez francuską 2 Dywizję Pancerną pod dowództwem generała Philippe’a Marie Leclerca. We wrześniu 1944 roku jego 3 Armia dotarła do Metzu w Lotaryngii i tu uwikłała się w ciężkie walki pozycyjne z Niemcami, straty po obydwu stronach były duże.

Pod koniec 1944 roku niemiecka armia przeprowadziła ostatnią wielką ofensywę na froncie zachodnim – operację Wacht am Rhein (Straż nad Renem), w której wzięło udział 29 niemieckich dywizji (łącznie ok. 250 tys. żołnierzy); jej celem było rozdzielenie wojsk aliantów oraz dotarcie do portów Holandii, aby odciąć zaopatrzenie dla przeciwnika w żywność, amunicję i paliwo. Patton jako jedyny z wyższych dowódców alianckich przewidział możliwość takiej ofensywy i dzięki temu jego armia była na to dobrze przygotowana. Niemcy wcześniej dwukrotnie przeprowadzali podobne operacje w tym rejonie: w czasie wojny prusko-francuskiej i I wojny światowej, zawsze udane. Tym razem ponieśli fiasko. W przeciągu zaledwie dwóch dni Patton zmienił oś ataku dwóch korpusów 3 Armii o 90 stopni i uderzył w lewe skrzydło armii niemieckiej, docierając do okrążonych w Bastogne oddziałów 101 Dywizji Powietrznodesantowej.

Pod koniec lutego 1945 roku wojska niemieckie przeszły do obrony i Patton przełamując „Linię Zygfryda”, wkroczył do Zagłębia Saary. W szybkim marszu opanował południowe Niemcy i oswobodził dużą część Czechosłowacji. Planował wyzwolenie Pragi i dotarł prawie na jej przedmieścia, jednak otrzymał od Eisenhowera kategoryczny zakaz dalszego pościgu za wojskami niemieckimi i polecenie cofnięcia się na wysokość Pilzna, gdyż do Pragi wchodziła już Armia Czerwona.

Tak w dużym skrócie wyglądała kariera wojskowa człowieka, który kilka miesięcy później, 21 grudnia 1945 roku zmarł w dziwnych okolicznościach. Minęło 75 lat od tamtego czasu, więc jest okazja, żeby wrócić do sprawy. Po kapitulacji Niemiec Patton miał nadzieję, że otrzyma znowu skierowanie na Hawaje, pozostawiono go jednak w Europie, gdzie został gubernatorem wojskowym Bawarii. Jego zadaniem było odbudowanie tego regionu, jednak szybko popadł w konflikt politycznym z przełożonymi. Zdaniem Pattona oficjalna polityka denazyfikacji była błędem, uważał, że nie powinno się automatycznie wykluczać z życia publicznego wszystkich osób, które należały do partii nazistowskiej. Skoro gość był jakimś zwykłym pionkiem w NSDAP i znał się przede wszystkim dobrze na wodociągach, to powinien dalej w nich pracować, a nie iść w odstawkę – mawiał, dodając, że w Stanach Zjednoczonych obywatele czasami zostają członkami partii demokratycznej czy republikańskiej tylko po to, aby ułatwić sobie dalszą karierę zawodową, a nie ze względów ideologicznych. Media podchwyciły jego słowa i doniosły, że Patton porównuje demokratów i republikanów do nazistów. Kiedy oburzona opinia publiczna zażądała ukarania oszczercy, Eisenhower przeniósł Pattona do grupy wojskowych, zajmujących się pisaniem oficjalnej historii II wojny światowej, ale ten już do niej nie dotarł.

9 grudnia 1945 roku jego cadillac, którym jechał w Niemczech na pożegnalne polowanie, zderzył się z amerykańską ciężarówką wojskową i w wypadku ucierpiał mocno tylko on. Zmarł w szpitalu w Heidelbergu. O bliższych okolicznościach śmierci generała, jego innych poglądach politycznych i rozmaitych spekulacjach, łączących jedno z drugim, napiszę za tydzień, jeżeli oczywiście dożyję.

Pomagamy

Ewa Maria Slaska: Pomoc była w tym roku jednym z częściej używanych słów. Nie tak często oczywiście jak ***** *** i derywaty, nie tak często jak wypierdalać, Trump, maseczka, szczepienie i social distancing, ale jednak bardzo często. A im było go więcej, tym bardziej mnie niepokoiło. Czy naprawdę pomagamy, gdy wychodzimy na balkon i śpiewamy albo wołamy dziękuję. To miłe zjawiska społeczne, na pewno, ale czy niosą pomoc? Służba zdrowia wiosną dostawała od nas wieczorne brawa, Lufthansie państwo niemieckie zapłaciło 7 milionów euro. Oba działania podciągnięte zostały pod ogólne pojęcie “pomoc”. Poprosiłam kilka osób o opinię. Odpowiedział psycholog.

Przemysław Masalski

Pomaganie

Czasami ludzie nie udzielają pomocy, gdyż mają poczucie, że nie posiadają zasobów potrzebnych do skutecznego poradzenia sobie w danej sytuacji. A to rodzi lęki natury społecznej: np. przed znalezieniem się w centrum uwagi, przed wstydem, wynikającym z potencjalnego, niewłaściwego oszacowania sytuacji.

W bardziej konkretnych sytuacjach, gdy chodzi o pomoc osobie będącej w sytuacji zagrożenia fizycznego, np. gdy czarnoskóry człowiek został zaatakowany przez grupę młodych rosłych nazistów, dochodzi oczywiście bardzo konkretna i całkiem uzasadniona obawa o własne życie i zdrowie.

W sytuacjach gdy pomoc nie dotyczy ratowania czyjegoś zdrowia czy życia, zaczynają się prawdziwe komplikacje i na scenę mogą wejść mechanizmy kompensacyjne, które napędzają zachowania altruistyczne, czy też lęki które odwodzą ludzi od pomagania. Może to być jeden z lęków zależnościowych, np. lęk przed nadmiernym zaangażowaniem emocjonalnym. Pomocodawca obawia się, że udzielona przez niego pomoc nie będzie miała charakteru jednorazowego, tylko wymusi na nim  zaangażowanie o bardziej długotrwałym charakterze.

Jak w Małym Księciu – pomagający może stać się “odpowiedzialny za to co oswoił”, tak samo udzielenie pomocy wytworzy sytuację emocjonalnej zależności odbiorcy pomocy od pomagającego. Pomagający może nie czuć się gotowy na przyjęcie takiej roli, może też nie chcieć angażować się emocjonalnie z obawy przed trudnymi emocjami, jakie ta sytuacja może wyzwolić, a które mogą okazać się zbyt przytłaczające i obciążające. Przytoczyć mogę tu przykład z życia mojej dawnej przyjaciółki, Eli, która uczestniczyła w liceum w projekcie charytatywnym. Licealiści spotykali się z niepełnosprawnymi rówieśnikami, którzy ze względu na stopień niepełnosprawności nie mogli uczęszczać do szkół i uczyli się zdalnie, przez co byli dość odizolowani społecznie. Ela chodziła do Ali, niepełnosprawnej dziewczyny w jej wieku, poczagała jej w lekcjach, dotrzymywała jej towarzystwa itp. itd. Bardzo szybko jednak Ela zaczęła się z tym czuć niekomfortowo, gdyż jej Ala, która dotąd doznała w życiu sporo samotności, zainwestowała w znajomość bardzo wiele emocji i zaczęła się domagać pogłębienia relacji, na co Ela zareagowała lękowym odrzuceniem. Miała poczucie że nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom Ali i nie była gotowa na taką odpowiedzialność za drugiego człowieka. Ela zerwała tę znajomość, ale czuła się w następstwie jak bardzo zły człowiek, gdyż rozbudziła a następnie zawiodła nadzieje rozpaczliwie samotnej niepełnosprawnej nastolatki. Tamta natomiast z pewnością poczuła się wykorzystana i porzucona. Pomaganie w pewnych sytuacjach oznacza więc wzięcie na siebie odpowiedzialności za kondycję emocjonalną, życiową i psychiczną drugiego człowieka.
Miarą gotowości do pomagania, może być więc stopień, w jakim dany człowiek jest gotowy wziąć na siebie odpowiedzialność za drugiego człowieka i czy jest w stanie skutecznie pomieścić w sobie trudne emocje, wzbudzone przez tę nową, cechującą się nierównowagą sytuację.

Wielu ludzi napędza do pomagania specyficzna struktura osobowości, ktora wiąże się ze zjawiskiem, jakże charakterystycznym dla naszej współczesnej narcystycznej rzeczywistości społecznej, a mianowicie z tzw. narcyzmem komunalnym. Jest on obecnie bardzo modny i stosuje go przez wielu samozwańczych dobroczyńców, np. Grażyna Kulczyk. Pomaganie jest modne i dobrze widziane społecznie, co może przynieść pomocodawcom tak potrzebny dla stabilizacji ich poczucia własnej wartości, podziw i popularność. Pomaganie jest elementem budowania wizerunku, fasady, za którą nie kryje się autentyczna empatia i troska o ludzi, lecz chęć osiągnięcia pewnych egotystycznych, a czasem również finansowych celów, gdyż pomaganie przekute w adekwatny biznes może przynieść pomagającemu wiele konkretnych korzyści (dobry przykład to Matka Teresa).

Ważne jest również rozróżnienie między pomaganiem a nadopiekuńczym kontrolowaniem, często będącym wyręczaniam, które z kolei może prowadzić do upośledzenia i uzależniania od siebie osób znajdujących się pod naszą opieką. Widoczne jest to zwłaszcza w kontekście wychowania dzieci i opieki nad osobami starszymi. Rodzice pomagający swojemu dziecku w ten sposób, iż nie pozwalają mu na podejmowanie niezależnych, autonomicznych i służących budowaniu odrębności i separowaniu się od nich działań, często są przekonani, iż pomagają swemu dziecku. Tymczczasem nie pozwalają mu na ukształtowanie poczucia skuteczności i sprawczości, które jest niezwykle ważne dla budowania pozytywnego obrazu samego siebie i pozytywnej samooceny. Tym samym zmniejszają jego szansę na sprostanie wyzwaniom psychospołecznym, które stopniowo pojawią się w adolescencji.

Wyręczanie starszych ludzi w wykonywaniu czynności autopielęgnacyjnych czy samozaopatrzeniowych w imię źle pojętej pomocy, tak naprawdę sprawia, iż stają się niesamodzielni, zależni od pomocy innych, co prowadzi do utraty poczucia autonomii i sprawności, przyspieszając procesy prowadzące do zniedołężnienia. Nawet gdy wydaje się, że osoby starsze niechętnie podejmują samodzielne działania, wyręczanie ich zamiast empatycznego wspierania, prowadzi w dalszej perspektywie do pogorszenia ich kondycji psychofizycznej, a tym samym jakości życia. Krótko mówiąc, nie zawsze należy pomagać, nawet wtedy, gdy ktoś aktywnie domaga się tej pomocy. Należy oszacować, czy odmówienie pomocy i wspieranie w podejmowaniu wysiłku w wykonywaniu samodzielnych czynności, nie prowadzi w perspektywie długoterminowej do lepszych rezultatów i tym samym nie stanowi prawdziwej pomocy. Pytanie więc, czy dać wędkę i zachęcać do jej używania, co może kosztować wiecej energii i czasu, czy też lepiej dać rybę, co często jest prostsze dla osoby udzielającej pomocy, ale niekoniecznie korzystne dla odbiorcy pomocy.

Wreszcie istnieje coś takiego jak teoria wymiany społecznej, która w odniesieniu do zachowań pomocowych głosi, iż ewolucja promowała te jednostki, które były bardziej skłonne do udzielania pomocy innym. Jednostki pomagające nieświadomie kierują się w swoim postępowaniu tzw. regułą wzajemności. Niepisane prawo wymiany społecznej głosi, iż ci, którzy pomogli pewnej ilości osób, mogą w przyszłości w większym stopniu liczyć na odwzajemnienie pomocy, gdy sami będą jej potrzebować, gdyż choć część tych, którym pomogli, postąpi w zgodzie z regułą wzajemności. Faktycznie jest tak, że człowiek, któremu udziela się pomocy, czuje dyskomfort psychiczny, jeżeli nie jest w stanie jej odwzajemnić, chociażby w postaci okazania wdzięczności.


Ewa Maria Slaska: Jestem wdzięczna Przemysławowi Masalskiemu za napisanie dla nas tego pasjonującego tekstu 🙂

Hallo Welt!

Po polsku & in English

Michał Talma-Sutt

Hallo Welt, in welche Richtung soll es gehen?

Wir leben in einer sehr interessanten Zeit, nicht wahr? Auf der einen Seite haben wir eine größte Periode in der Weltgeschichte, ohne einen richtig großen Kriegskonflikt zu haben, auf der anderen Seite war die Welt noch nie so unberechenbar, wie sie heute ist. Nicht nur, weil wir die Pandemiezeit haben, das ist nur ein zusätzlicher Faktor, schwerwiegend sogar, aber es ist nur ein “Plus” in der ganzen Situation. Es scheint, dass unsere Welt echt komplex geworden ist, zu komplex für viele. Sollte uns dann überraschen, dass der Populismus so stark geworden ist, oder dass wir so viele Verschwörungstheorien haben? Der Grund dafür ist aber einfach, weil eben die Welt für viele zu komplex zu sein scheint, suchen sie nach einfachen Antworten. Ich sage bewusst “scheint”, denn der größte Teil dieser gefühlten Komplexität besteht in Wirklichkeit aus einer massenhaften Informationsflut, die auch noch jeden Tag für jeden so massiv zugänglich ist. Informationen oder Desinformationen, die häufig als Teil einer bestimmten Politik und Propaganda eingesetzt werden, etwa von Russland und China, was das Gefühl, dass wir in sehr chaotischen Zeiten leben, zusätzlich verstärkt.

Vielleicht ist es auch die menschliche Natur, ein Teil in uns will immer Ordnung und Ruhe. Der legendäre Satz “früher war es besser”, obwohl meist unwahr, tut auch etwas. Der größte Erfolg des Populismus beruht darauf, wir machen es so, wie es früher war, wir machen Amerika (… – schreiben Sie hier anderes Land oder was immer Sie wollen) wieder großartig, zurück in die Zukunft, aber in dem Wunsch in die Vergangenheit.

Hier die schlechte Nachricht: Die Vergangenheit ist vorbei, wie sie immer war. Es mag sein, dass Marx sagte: “Geschichte wiederholt sich”, fügte aber gleich hinzu “als Farce”. So weit so gut, Putin ist nicht Stalin, Erdogan ist nicht Sultan, Trump ist Vergangenheit. Auch die Vergangenheit ist Vergangenheit, wird nicht wiederkommen, auf keinen Fall, egal welche Zaubersprüche wir verwenden wollen. Was bleibt, ist das Hier und Jetzt; übrigens war es immer das Hier und Jetzt, aber es beeinflusst natürlich das, was kommen wird.

Und was das sein wird, weiß niemand… Einschließlich der besten Analysten für die mögliche Weltentwicklung.

Also, welchen Weg soll man gehen, Planet Erde? Aus der Sicht des Planeten selbst ist die Antwort auch einfach: Geh weg, Mensch, ich werde ohne dich besser zurechtkommen. Bei unserem Tempo, die Natur zu zerstören, Ressourcen zu verbrauchen, müssen wir uns über unsere eigene Zukunft nicht allzu viele Gedanken machen, wir haben einfach keine. Laut dem Portal nature.com: “Wir stellen fest, dass sich die Erde genau am Übergangspunkt befindet; im Jahr 2020 (± 6) wird die anthropogene (vom Menschen gemachte) Masse, die sich in letzter Zeit etwa alle 20 Jahre verdoppelt hat, die gesamte globale lebende Biomasse übertreffen”. Dies geschieht nicht nur, weil wir so viele Dinge produzieren, sondern auch, weil wir der Erde ständig etwas wegnehmen, die Wälder, Grünflächen, Wasser usw.

Das ist der wichtigste Punkt, unsere Umgangsweise mit der Natur, den wir ändern müssen, wenn wir weiter von der Zukunft der menschlichen Zivilisation träumen wollen. Daran führt kein Weg vorbei. Nachdem das erledigt ist, könnten wir darüber nachdenken, wie es weitergeht…

Tolle Nachrichten wiederum für alle, die eine gewisse Bi-Polarität vermissen, wie es sie in der guten alten Zeit gab. West – Ost, also die Guten gegen die Bösen, Demokratie (oh, wie stolz wir darauf sind) gegen Kommunismus, Yin und Yang. Die Welt arbeitet an der Wiederherstellung. Dazu sind nur zwei Faktoren notwendig (es lebe der Dualismus!!!) Erstens muss China noch seine Position stärken und behaupten (sehr gut möglich), zweitens müssen sich die USA als Weltmacht behaupten (ungewiss). Dadurch könnte das Weltbild wieder so einfach werden.

Aber es gibt immer ein “aber”. Heute können wir leider überhaupt nicht sicher sein, dass die Demokratie (oh ja, wir sind so stolz auf sie!!) weiter bestehen wird. “Die Demokratie ist die schlechteste Regierungsform, abgesehen von allen anderen”, sagte Churchill einmal. Ich stimme zu, vielleicht ist es nicht die beste Form, die wir haben, aber ich sehe keine bessere. Das Hauptproblem ist jedoch, dass die Demokratie, wie alles andere auf der Welt, ein Prozess ist. Die Prozesse haben das an sich, dass sie eine gewisse Reife hervorbringen, mit der Zeit, die sie verbrauchen. Nennen wir das einen Erfahrungsfaktor. Daraus lässt sich zum Beispiel leicht ableiten, dass manche Länder und deren Bürger absolut keine Erfahrung in Sachen Demokratie haben, wie zum Beispiel China. In der Tat, Russland auch, das was sie haben, ist eine Demokratie-Täuschung. Über die meisten Länder in der islamischen Kultur brauche ich gar nicht zu sprechen.

Insofern wäre es vielleicht besser, nicht so arrogant zu sein (Yeah!! Die Demokratie ist die beste, wir sind so stolz darauf!!) und ständig zu versuchen unseren Lebensstil anderen aufzudrängen, sondern sich auf das zu konzentrieren, was wir bereits erreicht haben, und nach den neuesten Erfahrungen aus Europa (in Ungarn und Polen), oder, was besonders schockierend ist, in den USA, müssen wir die Demokratie erstmal auf eigenem Terrain verteidigen können.

Übrigens, die letzte Wahl in den USA hat uns gezeigt, wie ernst die Lage ist. 74 Millionen haben für Trump gestimmt, und er hat Recht, wenn er sagt, dass kein ansässiger Präsident jemals so viele Stimmen erhalten hat. Aber Biden hat 81 Millionen Stimmen bekommen, und das gibt etwas Hoffnung, trotze ich nicht ganz überzeugend. Also ist das vielleicht gar nicht so schlecht, wenn es um die Demokratie geht. In den USA.

Hier muss ich jedoch eine Bemerkung machen, die viel mit dem ernannten Erfahrungsfaktor (der Demokratie) zu tun hat. Mit dem polnischen Verfassungsgericht (ein Äquivalent zum Supreme Court in den USA), und sehr wahrscheinlich mit einigen Gerichten in Polen, wäre Trump mit seinen Klagen erfolgreich gewesen, und längst für die zweite Amtszeit bestätigt. Wären die USA doch nur Polen, was für ein Pech für den Mann. Oder Ungarn, oder Russland, oder China (hm, dann hätte er gar keine Wahlen gebraucht, was für ein Traum…), oder, oder, oder….

Es mag sein, dass es nicht wirklich der Triumph der Demokratie selbst war, sondern des Rechtssystems, wie einer meiner Freunde bemerkte. Aber es zeigte die Reife Amerikas, OK, 232 Jahre für den Reifeprozess, das ist eine ganze Menge. Es war sehr sichtbar, wie wichtig diese Dreiteilung der Macht ist, als Grundpfeiler des demokratischen Systems. Die Unabhängigkeit der Legislative, der Exekutive und der Judikative, das ist zwar nicht die Demokratie selbst, aber ohne das kennen wir sie vergessen. Deshalb war der letzte ausgearbeitete Kompromiss der EU mit Polen und Ungarn (Haushalt der EU), über den Herr Soros so wütend war, sehr umstritten, weil Herr Kaczyński und Herr Orbán sehr stark gerade an einem Abbau dieser Unabhängigkeit arbeiten.

In welche Richtung sollte es also gehen? Welche Richtung könnte es in ein paar Jahren werden? Es ist in der Tat sehr schwierig geworden, letzteres zu beantworten, aber lassen Sie es uns versuchen…

Lassen wir mal das Offensichtliche weg, wie den Klimawandel und unseren Umgang mit der Natur. Diesen Punkt, wie gesagt, müssen wir ohnehin überwinden, wenn wir eine Zukunft haben wollen.

Reden wir über die wichtigsten Dinge, die unsere Welt beeinflussen, Politik und Finanzen, sorry, falsche Reihenfolge, Finanzen und Politik, sorry, sind Politiker noch wichtig? Könnten wir nicht schon von einer post-politischen Welt sprechen? Ist es schon so weit? Finanzwelt also…

Im Grunde sind sich alle Ökonomen in einem Punkt einig, es gibt keine unsichtbare Hand des Marktes, aber die Politiker scheinen anderer Meinung zu sein. Sie geben alle Instrumente aus der Hand, im vollen Vertrauen darauf, dass der Markt das schon regeln wird. Der Staat zieht sich aus allen Posten zurück, eine Tendenz, die in unserer kapitalistischen Welt schon sehr lange vorherrscht. Gesundheitssysteme, Kommunikationssysteme, die Post, die Eisenbahn, die Autobahn, die Banken, alles wird privatisiert. Das Bildungssystem bleibt teilweise noch in staatlicher Hand, aber wer wählen kann, weil er genug Geld hat, schickt seine Kinder lieber auf Privatschulen. Kein Wunder, denn die Qualität der öffentlichen Schulen lässt leider sehr zu wünschen übrig.

Wenn alle Ihre Instrumente weg sind, welche Rolle spielt dann noch die Politik? Deshalb frage ich, ob wir nicht schon in einer post-politischen Welt leben? Ist es nicht so, dass in Wirklichkeit ein sehr großer Teil der “politischen” Entscheidungen von der Finanz- und Wirtschaftswelt getroffen wird, dank des Lobby-Systems? Sind die Politiker nicht längst zu Marionetten der Konzernwelt mutiert, die nur noch ständig ein Mantra “wir müssen wachsen” von sich geben können? Übrigens gibt es in der Natur nichts, was unendlich wächst… Oder doch? Ich weiß, mit der Natur hat das nichts zu tun, aber zum Beispiel wie wäre es mit Geld?

Ich habe irgendwo gehört, dass ein Ökonom ironisch sagte, er verstehe das Gejammer der Politiker über die Staatsverschuldung nicht, druckt einfach mehr Geld, riet er, wem schadet schon…

Das trifft die Sache auf den Punkt. Das Geld ist längst abgekoppelt vom Gold, von jeglichen natürlichen Ressourcen, schlimmer noch, heutzutage auch von den Produkten der Unternehmen. Das Geld selbst ist zu einem Produkt geworden, und gleichzeitig zu einem Mittel, um noch mehr Geld zu machen. Wir müssen doch wachsen, dass wir im Grunde nur eine riesige Blase produzieren, und die Staatsverschuldung der Welt nach und nach einem gigantischen schwarzen Loch ähnelt, fällt uns irgendwie nicht auf. Ein gefährliches Spiel, die Blasen können recht laut platzen, und aus dem schwarzen Loch kann nichts entkommen, nicht einmal Licht. Ohne Licht keine Hoffnung, sagt man…

Dieses Spiel ist möglich geworden, weil die Politiker nichts dagegen unternommen haben.

Also in welche Richtung? Es wird Zeit, dass die Komödie ein Ende hat. Wenn wir eigentlich keine Politiker mehr brauchen, weil in Wirklichkeit die meisten Entscheidungen von der Finanzwelt abhängen, sollten vielleicht die Konzerne und Korporationen offiziell die Weltführung übernehmen. Das ist eine Möglichkeit (die im Grunde bereits stattgefunden hat), und wir können uns in die Richtung bewegen, die Isaac Asimov schon vor langer Zeit in einigen seiner Bücher beschrieben hat.

Ob das eine gute Idee wäre, daran habe ich meine Zweifel. So müssten die Konzerne auch Verantwortung für die Bürger übernehmen. Wären die dazu bereit? Meine Zweifel sind berechtigt; außerdem ist es ja so bequem, in einer Art “Muppet-Show” zu sein, dank der Politiker als Marionetten, bei denen man alle Fäden ziehen kann. Wenn etwas schief geht, ist es nur die Puppe, die kaputt geht, wir können sie immer einfach austauschen.

Die Zukunft, ungewiss wie nie zuvor…. Ja, die gute alte Zeiten, Yin und Yang, Kapitalismus vs. Kommunismus. Einen Moment, stopp, war es nicht Demokratie und Kommunismus? Nochmal stopp, ist China nicht ein kommunistisches Land? Was geht hier vor? Ist China nicht eine Diktatur, mit Konzentrationslagern, was für jede Diktatur ganz normal ist, man muss die störenden Elemente irgendwie beseitigen. Es ist auch von wirtschaftlichem Interesse, die Gefangenen können die Waren produzieren, die man gut verkaufen kann, ohne dass die Arbeiter bezahlt werden müssen. Was für ein Geschäftsmodell, sollten wir nicht etwas von China lernen? Ja, China hat eine Zukunft, zumal die Worte Demokratie und Kapitalismus, die einst als untrennbar galten, nicht mehr zusammengehören.

Wahrscheinlich braucht die Demokratie immer noch den Kapitalismus, aber der heutige Kapitalismus braucht nicht unbedingt die Demokratie. Der Kapitalismus ist sogar viel besser dran ohne sie, er hat sich befreit, das Geld kann ja wachsen. Wir bauen eine neue Autofabrik (Volkswagen) in China, mitten in all diesen Konzentrationslagern, wo die Chinesen die Uiguren “überarbeiten”, kein Problem.

Derselbe Autokonzern, dem die Politik auch so gerne hilft (wir sind so stolz auf unseren Volkswagen!!). Dieselben Politiker, die so gerne von Menschenrechten und Menschenwürde reden. Vielleicht sollte sich die Politik einmal überlegen, ob es nicht genau diese Dysfunktion zwischen dem Gesagten und den Taten war, die den Populisten aller Couleur (leider auch den Dunkelbraunen) in der Welt der Politik gerade weit die Türen geöffnet hat? Einer der Gründe dafür war es sicherlich.

Dass die Populisten die Probleme dieser Welt nicht lösen werden oder gar nicht lösen wollen, sondern sehr wohl die Demokratie untergraben können, ist ganz offensichtlich. Es reicht, wenn man sich Trumps Amerika ansieht. Aber wir sollten nicht Ursache mit Wirkung verwechseln. Nicht Trump ist die Ursache. Die Ursache liegt gerade im befreiten Kapitalismus, in Verbindung mit der Doppelmoral der Politiker, die auch ganz gerne die Rolle einer Marionette der Wirtschaft spielen. Eine der Ursachen mindestens.

Ich weiß nicht, ob sich Herr Schröder, der Ex-Kanzler der Bundesrepublik Deutschland, des Schadens bewusst ist, den er dem Image der Politik in der Bevölkerung zugefügt hat, als er Mitglied des Aufsichtsrates von Gazprom wurde, einer seltsamen russischen Mischform aus einem Staats- und Privatunternehmen. Auch dem Image seiner eigenen sozialdemokratischen Partei (SPD) hat es sicher nicht geholfen. Er könnte genauso gut zu sagen, dass er froh ist, eine neue AfD (populistische Partei Alternative für Deutschland) am Firmament der deutschen Politik zu begrüßen. Vielleicht noch hinzufügen, dass er sie als eine Bereicherung der Politik ansieht, mit den besten Wünschen und so weiter, sein Freund Putin wird sich um den Rest kümmern (was auch Putin seinerseits, vielleicht nur etwas versteckt, getan hat). Ist Russland nicht doch so “lumpenreine” Demokratie (in der Tat hat Schröder so etwas über Putin selber gesagt)? Der lumpenreine Demokrat Putin, unterstützt andere lumpenreine Demokraten, wie z.B. die nationalistische und leicht faschistische Marie Le Pen in Frankreich.

Ex-Kanzler Schröder als Liftboy in dem Aufzug des Populismus in die Politik. Ein guter Witz.

Aber vielleicht sollten wir uns nicht so sehr um den möglichen Untergang der Demokratie sorgen, es gibt immer Alternativen, zum Beispiel das chinesische Modell. Dort herrscht Frieden und Ruhe (nachdem alle störenden Elemente entfernt wurden). Gewisse wirtschaftliche Vorteile sind offensichtlich, die störenden Elemente werden auch effektiv für die allgemeine Gesellschaft genutzt, zum Nutzen aller. Wir könnten auch das großartige Sozialpunktesystem einführen, zum Nutzen aller. Wenn Sie sich um Ihre Großeltern kümmern, 100+ Punkte, Blut spenden 100+ Punkte, den Armen helfen 100+ Punkte, die Regierung kritisieren 1000- Punkte, die Tatsache erwähnen, dass es Konzentrationslager gibt 100000- Punkte extra, gefolgt von einem Jobangebot im Lager selbst (auf 0 EURO Basis, dafür aber unbefristet).

Das ist auch ein möglicher Weg, der Kapitalismus hätte nichts dagegen, wir haben die freie Wahl (noch, wie lange?) Niemand muss George Orwell lesen, außerdem wäre es nicht mehr möglich, das Buch kommt sowieso auf die schwarze Liste. Sollen wir?

POST SCRIPTUM

Für alle, die von meinem Problem wussten, mit dem kaputten Computer, ist das Hauptproblem gelöst. Dank der Spenden konnte ich einen gebrauchten Mac Pro in gutem Zustand kaufen. Nochmals vielen Dank für alle, die mir geholfen haben, meine Musik zu retten.

Ich werde immer noch etwa 2000 Euro brauchen, um meinen Computer weiter zu verbessern, damit ich schneller an der Musik selbst arbeiten kann. Aber mein Hauptwerkzeug habe ich wieder.

Ich habe eine Menge neuer künstlerischer Ideen, ich werde aber auch gerne von Zeit zu Zeit einen neuen Artikel schreiben. Was Sie heute gelesen haben, das waren zwei Tage intensiver Arbeit, ich könnte sagen, es waren sehr arbeitsreiche Weihnachten.

Sie können hier gerne meine Musik hören, außerdem möchte ich Sie einladen, mein Konzept des Kontextualismus in der Kunst zu lesen, ein Weg, den ich als Künstler gerade eingeschlagen habe und gerne weiter entwickeln möchte.

Wenn Ihnen mein Artikel gefallen hat, oder wenn Sie denken, dass meine Musik es wert ist, sie zu unterstützen (oder beides), können Sie dies jederzeit über meinen PayPalMe-Link tun. Das Teilen dieses Artikels hilft mir auch sehr, so kann ich immer neue Zuhörer für meine Musik, aber auch neue Leser finden.

Mit besten Wünschen für das neue Jahr 2021, das hoffentlich besser wird als das letzte.

LinkedIn (nur für die, die linkedIn-Konto haben)