Mur po raz kolejny, czyli początek nowych czasów

Ewa Maria Slaska

W listopadzie 2019 roku minęło trzydzieści lat od upadku berlińskiego muru. Joanna Trümner i Elżbieta Kargol, dwie autorki od wielu lat związane z tym blogiem, postanowiły wspólnie napisać kilka(naście) wpisów pod wspólnym tytułem „30 lat temu upadł Mur Berliński”. Z czasem ich plany uległy pewnej zmianie, Joasia i Ela wybrały kilka fragmentów trasy i opowiedziały historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i filmów dokumentalnych, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nie lokalizacji są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych, zaczynając projekt, nie wiedziały nic.

Z góry było wiadomo, że teksty zostaną opublikowane tu na blogu. Gdy w listopadzie 2020 roku, po śmierci Joanny, postanowiliśmy je również wydać jako książkę, okazało się, że dla potrzeb książki, która zapewne powędruje poza Berlin, musimy dodać to tego, co obie napisały, kilka innych miejsc i opowieści bardziej znanych. O dopowiedzenie historii o murze poprosiłam Krysię Koziewicz.

Książka ukaże się w najbliższych tygodniach, właśnie przygotowujemy ją do druku.
Jeśli ktoś zechce nas wesprzeć finansowo w tym przedsięwzięciu, bardzo proszę
– oto link
Każde 5 euro bardzo się przyda!


Krystyna Koziewicz

A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat…

Słowa piosenki Lluisa Lllacha w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego zaczęły żyć własnym życiem w Polsce podczas Sierpnia 80, dziesięć lat później, w roku 1990 w sąsiadującym z Polską kraju – NRD, gdy 30 lat temu nadszedł czas przełomu: upadek Muru! Tak się złożyło, że od tego momentu datuje się mój pobyt w Berlinie, ba, to właśnie upadek Muru mój przyjazd tu sprowokował. Mur runął w listopadzie 1989 roku, połączenie Niemiec oznaczało dla mnie, jak i dla wielu Polaków koniec bezwizowej jazdy do Berlina. Geograficznie, politycznie i mentalnie Berlin roku 1990 nadal był podzielony na WEST i OST, choć formalnie należał do RFN czyli kraju, gdzie obowiązywać ruch wizowy. Wzięliśmy ślub, po to bym ja swobodnie mogła wjeżdżać do Berlina, a my oboje mogli równie swobodnie podróżować do Polski. I tak oficjalne Zjednoczenie Niemiec nastąpiło 3 października 1990 roku, ja z moim narzeczonym Bartkiem wzięliśmy ślub miesiąc później czyli 3 listopada 1990 roku.

Mój świeżo poślubiony małżonek zaraz po Zjednoczeniu oszalał na punkcie odnajdywania śladów przeszłości, w tym wypadku poznawania historii podzielonego Berlina, ekscytowała go nowa sytuacja po upadku muru. I ja połknęłam tego samego bakcyla, od tej pory dokumentowałam wszystko, co spotykałam na swej drodze. Ślady minionego czasu widoczne były na każdym kroku, warto było oczywiście zobaczyć życie mieszkańców zza muru. Teraz myślę nawet, że te wędrówki po byłych terenach NRD, zwłaszcza wzdłuż Muru zastąpiły nam podróż poślubną.

Pierwszą wycieczkę odbyliśmy do Wandlitz – leśnej rezydencji rządu Ericha Honeckera, strzeżonego osiedla dla kierownictwa NRD.

Osiedle składało się z 23 jedno- i dwupiętrowych domów jednorodzinnych z 7 i 15 pokojami, klubu z gabinetem lekarskim, basenu, sauny, kina i restauracji, strzelnicy, boiska sportowego, kortu tenisowego, kąpieliska nad pobliskim jeziorem Liepnitzsee, przychodni zdrowia, budynków mieszkalnych i socjalnych dla personelu obsługi (około 650 pracowników) i ochrony (140 żołnierzy), którą zabezpieczał Główny Zarząd Ochrony Osób. Pewien odcinek drogi do Wandlitz (F 273) prowadzącej w bok od autostrady Berlin – Szczecin był przystosowany do lądowań i startów samolotów. Byłam nieco zaskoczona wyposażeniem willi, nie było tam widać wielkich luksusów, jedyne co mnie zaszokowało to wykładziny dywanowe w garażach, a tak poza tym żadna rewelacja. Żałuję, ale z tego okresu nie posiadam żadnych zdjęć, ale, cóż, robienie tam zdjęć było zabronione! Taka pozostałość po minionych czasach.

Schyłek socjalizmu w Berlinie Wschodnim był pełen zaskakujących obrazów, z jakimi przyszło nam się konfrontować. Zazwyczaj był to świat niezwykle smutny, szary, ponury, pustki w sklepach, zwłaszcza ulice, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Dominowały na nich śmierdzące i wydające terkoczące dźwięki „trabiki” oraz Wartburgi – szczyt marzeń, luksusu i elegancji. Z jednej takiej wycieczki udało nam się zrobić fotkę parkujących aut na głównej ulicy Berlina – Unter den Linden.

Trabiki w miarę szybko popadły niełaskę, krótko po Zjednoczeniu porzucano je bezpańsko na ulicach, w lasach i na wolnych placach. Kto by pomyślał, że kiedyś wyśmiewany trabant, ma dzisiaj grono oddanych fanów.

Ciekawym śladem po komunie był wielki pomnik Marksa i Engelsa, usytuowany pomiędzy wieżą telewizyjną a Pałacem Republiki. Nowe władze Berlina chciały pomnik usunąć, gdyż ich zdaniem nie można było „honorować despoty i mordercy“. Dochodziły jednak również głosy samych mieszkańców wschodniej części miasta, którzy wiązali z tym miejscem konkretne wspomnienia. Ludzie uważali, że pomnik jest integralną częścią historii miasta, a jego usunięcie spowoduje zmianę charakteru tego fragmentu przestrzeni miejskiej i będzie pogwałceniem prawa mieszkańców do jej określania. Pomnik pozostawiono i dzisiaj stanowi ważną atrakcję turystyczną.

W samym centrum Berlina uwagę przykuwał Pałac Republiki – duma mieszkańców wschodniej części Berlina. Podczas jednej z wędrówek mieliśmy okazję wejść do środka. Mieszkańcy cenili ten prestiżowy obiekt głównie dlatego, że znajdowały się tam restauracje, odbywały się imprezy kulturalne i można było nawet bez problemu pograć w kręgle. Nam też się udało „bez żadnego trybu” znaleźć się w tym miejscu. W Pałacu Republiki występowali tacy artyści jak Harry Belafonte, Katja Ebstein i Udo Lindenberg. Myślałam, że to Bóg wie, jakie cudo, tymczasem „sklep z lampami Ericha Honeckera”, jak berlińczycy nazywali ten obiekt, wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, ani lampy, ani sala koncertowa. Do budowy Pałacu Republiki wykorzystano biały marmur, pod sufitem zawieszono ponad 10 tysięcy kulistych lamp. Ten kolos z betonu i szkła o długości 180 metrów i szerokości 86 metrów wybudowano w ciągu zaledwie 32 miesięcy. Do ochrony przeciwpożarowej zastosowano 5 tysięcy ton azbestu. Tuż po obaleniu muru właśnie z powodu azbestu Pałac Republiki zamknięto. Potem rozgorzała gwałtowna dyskusja na temat jego przyszłości.

W 2006 Bundestag zadecydował o rozbiórce Pałacu. Dla wielu Niemców wschodnich równała się to likwidacji części historii NRD. Skruszony w zgniatarce beton wykorzystano do budowy dróg. Z tego okresu zachowało się zdjęcie, gdzie widać na parkingu trabiki na tle Pałacu Republiki w pełnej jeszcze krasie. (Trabant jako dzieło sztuki to okres późniejszy – zdjęcie Ela Kargol)

 

Mieszkaliśmy na Kreuzbergu, około 100 metrów od muru, na Koethenerstrasse. Z balkonu rozpościerał się widok na Potsdamer Plac. Tak właśnie oglądaliśmy legendarny koncert „The Wall” 21 lipca 1990 roku ze sztandarową piosenką Pink Floyd „The Wall” (“Mur”) Rogera Watersa. W widowisku udział wzięły orkiestra dęta Armii Czerwonej i muzyczne znakomitości, takie jak Bryan Adams, Cyndi Lauper czy zespół Scorpions. I choć ten symboliczny mur składał się nie tylko z ran i pamięci, oferując szeroki wachlarz możliwych interpretacji, w Berlinie w 1990 roku dominowała ta jedna – mur jako symbol bolesnych wspomnień, rozdartych biografii i realiów życia, a także ideologicznej samoizolacji tej części Niemiec. Pod tym względem zakończenie koncertu może być również rozumiane jako historyczna terapia zbiorowa dla jednoczących się Niemiec. W tym gigantycznym rockowym spektaklu w obecności 350 tysięcy fanów na widowni i setek milionów widzów przed telewizorami, Berlin doświadczył wspólnie nowej formy porozumienia ponad wszelkimi podziałami.

W pobliżu naszego mieszkania znajdowała się słynna ulica Niederkirchnerstrasse, gdzie znajduje się dziś parlament Berlina – Abgeordnetenhaus. To ciekawy budynek o ciekawej, zmiennej historii, pamiętający pięć epok w dziejach miasta. Zbudowany został za czasów cesarstwa, w roku 1899 jako gmach drugiej izby parlamentu pruskiego. Gdy w roku 1918 w dniu zakończenia I wojny światowej cesarz abdykował, Niemcy przestały być monarchią, a gmach stał się siedzibą Parlamentu Republiki. Drugą fazę “życia” parlamentu zakończyło dojście Hitlera do władzy w 1933 roku. W maju tego roku odbywa się ostatnie posiedzenie domokratycznego parlamentu. Do roku 1941 w budynku mieściło się kasyno oficerskie, a przez ostatnie trzy lata wojny gmach został przemianowany na “Haus der Flieger” (Dom Lotników). Podczas walk o Berlin budynek został uszkodzony. Po koniecznej odbudowie przeprowadzonej przez Sowietów, od roku 1953, w gmachu zainstalował się I rząd NRD. Gdy rząd przeniósł się do innej siedziby, w gmachu działała Komisja Planowania i mieściły się biura osławionej enerdowskiej StaSi (Staatssicherheit, czyli mówiąc prosto: bezpieka). W piątej epoce swych dziejów, po Zjednoczeniu, budynek został ponownie odremontowany i od roku 1993 mieści się tu parlament Berlina.

Mur


     

Dawniej wokół parlamentu berlińskiego przebiegał MUR, gdzie turyści niczym dzięcioły stukali młotkami, zabierając kawałki muru na pamiątkę.

Niemal codziennie mijałam Niederkirchenstrasse idąc na zakupy do Aldika, który był bardzo popularny wśród Polaków w czasach transformacji ustrojowej. Na parkingi zjeżdżały dziesiątki autokarów z firankami w oknach, ale przyjeżdżali też drobni handlarze papierosów, którzy gromadzili się wokół metra Gleisdreieck na polskim targowisku (Polnischer Flohmarkt). Obciach był nieprzecięty, gdy się widziało handlarzy, którzy zza pazuchy pokazywali sztangi Marlboro. Niemcy pogardliwie spoglądali na Polaków (choć papierosy kupowali), rzeczywiście trzeba było kryć się z mową polską, choć ja osobiście nie miałam z tym problemu.

Dworzec kolejowy – Lichtenberg

To właśnie z tego dworca we Wschodnim Berlinie, w dzielnicy Lichtenberg jeździłam pociągami tam i z powrotem z Opola do Berlina. W początkowym okresie po upadku muru, w pobliżu dworca spotkać można było stacjonujące samochody wojskowe i żołnierzy rosyjskich, tak samo na całej długości Stresemannstrasse. Granicznicy pojawiali się dla postrachu, ale już nie mieli żadnych sił sprawczych. Armia Czerwona opuściła Niemcy 31 sierpnia 1994 roku.

Checkpoint Charlie i Muzeum Muru

Checkpoint Charlie – było to legendarne i najpopularniejsze przejście graniczne między Wschodem i Zachodem Berlina. Na zdjęciach widać ślady amerykańskiej strefy wojskowej, budkę celników, oraz symboliczny znak polskiej Solidarności. Tutaj turyści z całego świata z uśmiechem pozują do zdjęć, wiele elementów ówczesnej scenerii jeszcze istnieje, choć polski napis niestety zniknął. Mur od 13 sierpnia 1961 roku do 9 listopada 1989 roku odgradzał hermetycznie wschodnią część miasta od zachodniej. Tylko czerwono-brązowe kostki bruku przypominają o przebiegu muru w tym miejscu. Także charakterystyczna budka amerykańskich strażników została zlikwidowana krótko po obaleniu muru. Dziś na jej miejscu, na dawnym Checkpoint Charlie stoi kopia postawiona 13 sierpnia 2000 – biała budka z megafonem, reflektorami i tablicą z napisem “US Army Checkpoint” na dachu oraz barykadą worków z piaskiem przed drzwiami. Worki wypełnione są jednak tak naprawdę betonem, ponieważ prawie żaden turysta nie omieszka nie oprzeć się o nie pozując do zdjęcia. 

Jedno ze zdjęć wykonane zostało w Muzeum Muru gdzie oglądam auto, które posłużyło do ucieczki do lepszego świata.

Reichstag!

Zdjęcie zostało zrobione podczas naszego pierwszego spotkania z Bartkiem, czyli moim przyszłym mężem. Poszliśmy na spacer w pobliżu jego domu i zwiedziliśmy jedną z najsłynniejszych budowli Berlina, czyli Reichstag z ogromnym placem zieleni, na którym mieszkańcy grali w piłkę nożną. Zdziwił mnie ten widok, bo przecież w Polsce trawniki były miejscem świętym – z zakazem deptania, a tu proszę bardzo – teren do rekreacji. Ciekawiło mnie, że gmach został wzniesiony na miejscu, gdzie przedtem znajdował się pałac polskiego arystokraty, dyplomaty pruskiego i historyka sztuki – Atanazego Raczyńskiego.

Ludzie przed Reichstagem gromadzili się tłumnie, kiedy Christo i Jeanne Claude w 1995 roku opakowali budynek srebrną ognioodporną folią związaną mocnym sznurem. Niezapomniane przeżycia towarzyszyły tej niezwykłej atrakcji, a wielu berlińczyków było zdania, że tak właśnie, zapakowany, Reichstag wygląda najlepiej i spokojnie może zostać w opakowaniu jeszcze długi czas.

PS. Jednak nie został. Został najpierw odpakowany, potem odrestaurowany, a wreszcie w roku 1999 stał się siedzibą rządu Niemieckiej Republiki Federalnej, a jednocześnie jednym z najczęściej zwiedzanych przez turystów miejsc w Berlinie.


W lustrach kolumny wspierającej kopułę Reichstagu odbija się nowe, beztroskie życie nowego demokratycznego Berlina, który na szczęście ma za sobą wszystkie epoki przemocy i tyranii.
I oby tak było dalej…

Jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie!

Krystyna Koziewicz

Na całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami. Czasem to on przynosi też prezenty „pod choinkę”, czasem Aniołek, Dzieciątko Jezus, Gwiazdor czy Dziadek Mróz.

Wielką radością jest też czas odświętnego dekorowania całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz wypiek ciast i gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale to ważne, nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania. Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi się zastanawiać, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu, albo czy Mikołaj i jemu przyniesie prezenty.

Ale bywa i inaczej. Nie każdemu spełnią się marzenia. Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, zamiast prezentu, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka w Opolu. Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC, uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji niejako wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE. W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli ze wzruszeniem oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

Każdy dzień zbliża nas do Świąt Bożego Narodzenia. Magiczna moc świąt, wyjątkowy czas rodzinnych spotkań powodują, że dzięki tradycji odrabiamy stracony czas. Nasze myśli skierowane są ku najbliższym i kiedy łamiemy się opłatkiem pozwólmy wszystkim żalom i smutkom odpłynąć w siną dal. Podarujmy sobie wzajemną życzliwość i radość z pojednania. To właśnie dzięki zwyczajom świątecznym zbliżamy się do siebie otwierając serca z tej najlepszej strony. Niechaj wigilijny stół połączy nas rodzinnymi opowieściami, wspomnieniami i pamięcią o tych, którzy od nas odeszli. Radujmy się, świętujmy, niech wspólny czas pozostanie niezapomniany w naszej pamięci!

Przytoczony powyższy tekst napisany został w 2005 roku, kiedy na świecie życie toczyło się w miarę normalnie. Grudzień 2020 to zupełnie inna rzeczywistość, z którą każdy z osobna musi na swój sposób zmierzyć się, zaaranżować święta mając na uwadze obowiązujący reżim sanitarny. Magiczne iluminacje świąteczne, które wprowadzały nas w nastrój świętowania w tym roku wieczorową porą czarują jedynie puste, bezludne place i ulice. Jarmarki Bożonarodzeniowe, cieszące się zawsze ogromną popularnością wśród mieszkańców Niemiec, przeniosły się do Internetu, gdzie można zakupić dekoracje, prezenty, smakołyki. Tylko w gdzie niegdzie ostał się jakiś świąteczny targ, ale już bez możliwości wypicia wina korzennego. W domach towarowych gołym okiem widać ograniczoną ilość kupujących, większość przerzuciła się na zakupy online, czyli kupowanie „kota w worku”. Tak samo koncerty adwentowe, spotkania wigilijne w zakładach pracy czy spotkania Mikołajowe, wszystkie rozrywki przedświąteczne ostały się w tym roku jedynie w formie cyfrowej. Człowiek człowieka musi unikać, jak diabeł święconej wody, bo nuż złapie koronowirusa, którego nie obchodzą święta. Media coraz głośniej donoszą o prawdopodobnym wprowadzeniu całkowitego lockdownu jeszcze przed świętami. Czeka nas zatem perspektywa pozostania w domu czyli celebrowania okresu świąteczno-sylwestrowego w okrojonym składzie, często bez najbliższych, często samotnie. Nasze zwyczaje świąteczne musimy zweryfikować w zgodzie z „pakietem regulacyjnym”. Zabraknie nam ducha świąt, nie traćmy jednak nadziei, jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie!

Wesołych Świąt!

ExpoMetro – uwaga, tylko do 19 października!

Dziś, jutro i pojutrze trzy propozycje, co robić, gdy znowu wisi nad nami Covid-19

Krystyna Koziewicz

Niezwykła galeria w berlińskim metrze – ExpoMetro

Życie kulturalne w czasach pandemii wymaga poszukiwań nowych form aktywności, które ostatnimi czasy przeniosły się do sieci lub w miejsca w przestrzeni publicznej. Coraz częściej proponuje się nam również obcowanie ze sztuką w metrze, co pozwala nam, podróżnym choć na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości i krzątaniny dnia codziennego. Stacja metra na Kreuzbegu – Mehringdamm już nieraz zaskoczyła podróżujących tą trasą znakomitą galerię zdjęć do filmu Minionki czy serialu Wiedźmin, nakręconego przez Netflix wg kultowej powieści polskiego autora SF, Andrzeja Sapkowskiego.

W tym roku team BVG przekształcił stacje metra Mehringdamm i Zoologischer Garten w galerię wystawiającą prace wielu wspaniałych, znanych i nieznanych artystów: Expo Metro. Wystawa została otwarta 9 października i potrwa jeszcze do poniedziałku, 19 października, jest zatem jeszcze czas, żeby pojechać do centrum lub na Kreuzberg i obejrzeć świetną, darmową ekspozycję.

To świetna okazja do spotkania ze sztuką, jej kontemplacji, dająca okazję do wyciszenia, refleksji, a może inspiracji. Artysta zawsze tworzy dla ludzi, po to, by dostarczyć nam nowych przeżyć, wzbogacić nasze życie duchowe. Ludzie czekający na kolejkę na tej właśnie stacji mają okazję, by zamiast nerwowego czekania i patrzenia ze złością na zegarek, bo metro właśnie znowu spóźniło się o 30 sekund, oddać się uspokojającemu i inspirującemu zajęciu podziwiania sztuki i bogactwa jej artystycznych form wyrazu.

W wystawie biorą udział profesjonalni artyści europejscy i amatorzy. We wrześniu wystawę obejrzeli paryżanie, w grudniu zostanie pokazana w Londynie.

Stacja metra: Mehrindamm U-6, U-7

Zoologischer Garten U-9

Więcej info https://expometro.co/de/exhibition/2020-berlin

Joanna

Krystyna Koziewicz, Ewa Maria Slaska
Joanna Trümner, Najlepsza z Najlepszych
Na blogu Polonia Krystyna Koziewicz napisała:
Polonijny Koncert Noworoczny, zorganizowany 19 stycznia 2020 roku, był okazją do przyznania nagrody „Najlepsi z Najlepszych” dla zasłużonych działaczy na rzecz środowiska polonijnego. Statuetkę otrzymali: Barbara Rejak z PTS “Oświata”, Joanna Trümner z Biura Polonii, i Jacek Tyblewski z radia COSMO – Chcemy docenić tych, którzy dla całej polskiej grupy narodowościowej w Berlinie oddali wiele zasług, pracy, godzin, wiele wysiłku – mówił przy okazji nadania wyróżnień Ferdynand Domaradzki, przewodniczący Polskiej Rady Związku Krajowego w Berlinie.

Statuetkę nagrody wręczał Wojciech Ziemniak, senator X kadencji z ramienia Koalicji Obywatelskiej, w imieniu chorej już mamy odbierała córka Kornelia.

Ewa Maria Slaska

Historia pewnej przyjaźni – laudacja Ewy Marii Slaska dla Joanny Trümner

Tekst został napisany w styczniu 2020 roku. 9 października 2020 roku Joanna umarła. Tekst o przyjaźni, stał się wspomnieniem pośmiertnym. Gdzie niegdzie zmieniłam w nim czasy (te gramatyczne), gdzie niegdzie coś dopisałam, co zaznaczam na zielono.

To było bardzo niezwykłe w moim życiu, bo normalnie się to nie zdarza, ale zwróciłam na nią uwagę podczas różnych spotkań polonijnych. Na przykład w Ambasadzie. Wtedy jeszcze „człowiek bywał w Ambasadzie”. Na tych spotkaniach zawsze był tłum i ledwie starczało czasu, żeby pogadać ze znajomymi, czy poznać jakieś VIPa. Niemal nie zdarzało się, by człowiek nawiązał kontakt z kimś nieznanym, nigdy nie wysuwającym się na pierwszy plan.
A Joanna nigdy nie wysuwała się na pierwszy plan.
Ale zawsze migała mi gdzieś jej miła, spokojna, dyskretnie uśmiechnięta twarz. Ba, miałam wrażenie, że uśmiecha się do mnie. Odwzajemniałam ten uśmiech i na tym kończył się ten przelotny kontakt. Pamiętam, że zawsze wtedy myślałam, o, jaka miła kobieta. Kiedyś się dowiedziałam, jak się nazywa, zaczęłam kojarzyć twarz z osobą. Potem się wreszcie poznałyśmy osobiście – podczas takiego roku, gdy bliżej współpracowałam z Polską Radą i z Ferdynandem Domaradzkim. Ale i tak był to taki przelotny kontakt. Cześć Joanna, cześć Ewa, co słychać, wszystko dobrze?

Gdy piszę te słowa, muszę podjąć wysiłek, żeby uświadomić sobie, jak to się stało, kiedy ta przelotna znajomość przerodziła się w przyjaźń i współpracę, i to tak ważne i tak ze sobą splątane, że nawet nie ma jak tych wątków porozdzielać?

Dopiero po latach, ściślej rzecz biorąc, gdy trzy lata temu tu w tym samym miejscu, gdy to ja dostawałam tę nagrodę  – Najlepszy z najlepszych – i Joanna wygłaszała laudację dla mnie, dowiedziałam się, że się jednak znałyśmy od dawna. Od  prawie trzydziestu lat. I ona mnie zapamiętała, a ja jej nie. I bardzo mi wstyd.

Dlatego ona uśmiechała się do mnie jak do osoby, którą zna, a ja do niej jak do miłej nieznajomej.
No więc jak to się stało, że zbliżyłyśmy się do siebie? Niektóre kroki umiem odtworzyć, ale nie wszystkie.

W roku 2011 powstało biuro Polonii i Polska Rada skierowała Joannę do pracy w Biurze na stanowisku sekretarki. Oprócz szefa, Aleksandra Zająca, Joanna była jedyną osobą, która pracowała w Biurze „naprawdę“ czyli na etacie. Ba, tylko ona jedna, jest w tym Biurze na stałe. Bo szef jak to szef – reprezentuje. A to często oznacza, że jest gdzie indziej, czasem daleko, czasem blisko, ale gdzie indziej. My dwie, Krysia Koziewicz i ja, jesteśmy wolontariuszkami, Agata Lewandowski, redaktorka naczelna Magazynu Polonia, dostaje honorarium za dzieło, czyli kolejne numery magazynu. Rzadko ją widujemy, bo ta to dopiero „lata”. Tak naprawdę to Joanna stworzyła Biuro Polonii. To ona zebrała adresy i stworzyła listy mailingowe. To ona rozsyłała informacje o zdarzeniach i wydarzeniach. To ona sprawdzała pocztę i prowadziła terminarz, odbierała telefony i rozwiązywała sprawy, pisała sprawozdania.

A w międzyczasie tłumaczyła teksty. Teksty wszystkie. Co oznacza zarówno mowy i przemowy, sprawozdania i listy, jak i teksty na strony internetowe czy portale, a wreszcie artykuły do Magazynu Polonia.
Zimą 2019 roku Joanna zaczęła również tłumaczyć moją książkę Lublinerowie. Jesienią 2020 roku, skończyła tłumaczenie i powiedziała mi, że musi je teraz wielokrotnie przeczytać i wygładzić. Oczywiście, powiedziałam, przecież wiem, jak pracuje tłumacz.
Joanna oczywiście świetnie znała oba języki, to w ogóle nie podlega dyskusji, ale znajomość języka jeszcze nie czyni z człowieka tłumaczki czy tłumacza. Gdyby tak było, w Niemczech mieszkałyby dwa miliony tłumaczy, w samym Berlinie ponad sto tysięcy.
Joanna była świetną tłumaczką, bo miała charakter tłumaczki. Była taka, jak powinna być każda tłumaczka i oczywiście również – każdy tłumacz. Charakteryzowało ją to samo, co wyróżniało ją też w życiu – nie pchała się przed autora, nie ustawiała w pierwszym rzędzie, podążała za autorem tekstu, słuchała go, szanowała jego styl i to, co ma do powiedzenia, ale… i to „ale“ jest tu bardzo ważne. Ale jeśli widziała błąd, to, w zależności od sytuacji, poprawiała go, bądź mówiła autorowi, że dobrze by to było poprawić.

I naprawdę bywało tak, że teksty w języku polskim bywały… no, nie zawsze perfekcyjne. Autorzy nie kontrolowali przypadków czy czasów, gubili koncept, liczbę, sens wypowiedzi i puentę, ale po niemiecku każde zdanie Joanny było perfekcyjne od początku do końca, od dużej litery na początku do kropki na końcu zdania.

To zwracanie uwagi na czystość języka oczywiście zbliżało nas do siebie, ale wciąż jeszcze byłyśmy od siebie daleko.

I wtedy zdarzyło się coś nadzwyczajnie wręcz dziwnego. W roku 2014 Polonia w Australii ogłosiła ogólnoświatowy konkurs na opowiadanie dla autorów polonijnych. Ponieważ miewam czasem kontakty z Lechem Milewskim, a czasem z Kasią z Krainy Kangurów, zostałam zaproszona osobiście do udziału w konkursie. Odmówiłam, bo w życiu każdego pisarza (i pisarki) jest taki moment, w którym już wie, że jest pisarzem (pisarką), już mu się to potwierdziło wielokrotnie, nie musi więc zatem, a nawet – nie powinien już brać udziału w konkursach, bo konkursy to szanse dla pisarek i pisarzy nieznanych szerszej publiczności. Ale oczywiście wspierałam konkurs, opublikowałam jego zapowiedź u mnie na blogu i umówiłam się z organizatorkami, że opublikuję też listę nagrodzonych.
Pewnego dnia otrzymałam więc ową listę i przestudiowałam ją dokładnie, żeby stwierdzić, że z kilkuset opowiadań nadesłanych na konkurs ze wszystkich stron świata, jedno z wyróżnionych opowiadań napisała Joanna Trümner!

Patrzyłam na tę listę właściwie nie wierząc temu, co widzę, a z drugiej strony w głębokim przekonaniu, że tak, to na pewno jest ONA.
Poszłam do Biura Polonii i zapytałam.

Tak, oczywiście, opowiadanie Dzień pod Stocznią napisała Joanna. W ciągu jednej sekundy powstały następne powiązania między nami. Ja też kiedyś pisałam na konkursy i dostawałam nagrody. Tak się zaczyna bycie pisarką. Byłyśmy koleżankami po piórze i klawiaturze.
Ale to nie wszystko, bo jest jeszcze ten temat, ten tytuł, to jednoznaczne skojarzenie – dzień pod stocznią Gdańską imienia Lenina podczas strajku w sierpniu 1980 roku. Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy (przypominam, że wciąż jeszcze nie wiedziałam, że się z Joanną znamy i to przez wspólnych przyjaciół z Gdańska, malarza Jacka Mydlarskiego i jego żonę Anię), a tymczasem byłyśmy nie tylko z tego samego miasta – Trójmiasta – ale też z tego samego kręgu. Jestem starsza od Joanny, byłam podczas tych dni pod stocznią trochę gdzie indziej, można by powiedzieć wyżej, głębiej, intensywniej, mój mąż był delegatem na strajk, moi przyjaciele siedzieli w Komitecie Strajkowym przy głównym stole w słynnej Sali BHP, ja pisałam do ukazującego się codziennie na Stoczni Biuletynu Solidarności, ale przecież po południu obie stałyśmy pod Stocznią z siatkami z jedzeniem dla strajkujących. Ona z ciastem upieczonym przez Mamę, ja z kiełbasą wystaną w wielogodzinnej kolejce. Ona młoda studentka, ja młoda mężatka z dzieckiem, już kilkuletnim, ale w wielkim tłumie wciąż jeszcze dla bezpieczeństwa trzymanym na ręku.

Pamiętacie Państwo zakończenie filmu „Casablanca”?
Humphrey Bogart czyli Rick mówi do Louisa: Myślę, że to jest początek pięknej przyjaźni.

I tak było.

10 czerwca 2014 roku opublikowałam konkursowe opowiadanie Joanny u mnie na blogu i tak to się zaczęło. Joanna zaczęła pisać „dla mnie”, a ja publikowałam wszystko, co napisała. Oczywiście robiłam to również dlatego że jestem „urodzoną redaktorką” i lubię wyszukiwać, wspierać, popularyzować nowych autorów, ale przede wszystkim robiłam to dlatego że Joanna jest niewątpliwym talentem. Od tego dnia w czerwcu pięć i pół roku temu Joanna opublikowała u mnie na blogu 80 tekstów w tym kilka długich cykli. Opowiada w nich o podróżach, do Peru, do Australii, o Murze Berlińskim, ale prawdziwą jej siłą są teksty o ludziach, o ich zwykłym ludzkim życiu, miłości, śmierci, rozstaniu. Gdy co dwa tygodnie publikowała na blogu kolejny rozdział o Stuarcie, angielskim muzyku i matematyku, który wylądował w Australii, żartowałam, że Joanna wymyśliła dla mojego bloga nową formułę literacką – historię, która nigdy nie będzie miała końca, jak radiowi Matysiakowie w Polsce czy Lindenstrasse w berlińskiej telewizji. Niestety, pomyliłam się, Joanna nagle poczuła, że ma dość tego pechowego nieudacznika i Stuart skończył się po 51 odcinkach. Ale ja, wierna redaktorka, czekałam, aż wróci…

I jeszcze jedno. Przez 18 lat prowadziłam gazetę, która tak naprawdę była serią książek. Gdy tylko zakończyłam tę działalność, zaczęłam prowadzić bloga, ale nie dla siebie, tylko bloga – gazetę, z którym na przestrzeni lat współpracowało kilkaset osób. Niektóre przemknęły ja efemerydy, inne zostały na zawsze. Kilka z nich zaczęło pisać, bo ja, redaktorka bloga, je do tego przekonałam, co niekiedy oznaczało, że zmusiłam. Kilka z nich wydało w międzyczasie książki. Nazywam je „książkami z bloga”.
Joanna będzie następną autorką książki z mojego bloga. Już to zaplanowałam, już czekam i już się cieszę.

Już w dniu jej śmierci rozmawiałam z przyjaciółką o tym, że chcemy wydać książkę ich obu o Murze Berlińskim.

I na zakończenie kilka informacji:

Joanna była zamężna, ma troje dzieci i jedną wnusię. Urodziła się w roku 1958 w Gdańsku, studiowała germanistykę w Poznaniu, po studiach wyjechała na krótko do Anglii i tam ją zastał stan wojenny. Jak sama mówi, Margaret Thatcher miała wtedy usta pełne frazesów na temat bohaterskich Polaków, ale Polakom, którzy mieszkali w Anglii, mimo stanu wojennego nie przedłużano wiz. Już w styczniu 1982 roku wyjechała do Berlina Zachodniego, gdzie niemal natychmiast zaczęła pracować w Poglądzie. Do sierpnia 1982 roku przygotowywała tu prasówkę – w końcu znała perfekcyjnie angielski i niemiecki.

Joanna od początku czynnie współuczestniczyła we wszystkich najważniejszych działaniach podejmowanych przez tzw. Polonię Solidarnościową.

W roku 1983 była jedną ze współzałożycieli i współzałożycielek Polskiej Rady Społecznej, ale wciąż była członkinią Rady.
Podobnie było z Polskim Towarzystwem Szkolnym Oświata, gdzie od momentu założenia w 1988 roku przez 10 lat działała w zarządzie. Ustąpiła, ale i w tej instytucji wciąż była członkinią.
Od 1995 roku była też członkinią zarządu Klubu Inteligencji Katolickiej. I w tej instytucji formalnie wciąż jeszcze była, choć bardzo ubolewała, że od śmierci niezapomnianej Heleny Bohle-Szackiej w Klubie nic się niemal nie działo.
Kolejnym etapem była działalność w Polskiej Radzie Związku Krajowym w Berlinie. I tu była od początku i udziela się aż do tego momentu rok temu, gdy nagle zachorowała.

I wreszcie od 2011 roku pracowała w Biurze Polonii.

We wszystkich tych instytucjach mogłam i powinnam ją byłam spotkać, bo też się w nich udzielałam lub, przynajmniej, bywałam. Spotkałyśmy się jednak tak naprawdę dopiero w Biurze Polonii. No cóż, jak głosi mądrość ludowa – lepiej późno niż wcale.
A ja dodam jeszcze mądrość „slaską“ – lepiej późno, ale szczerze, intensywnie i z wielką radością.

Bo tak właśnie jest – zawsze z wielką radością spotykałam się z Joanną. I bardzo się cieszyłam z tej nagrody, którą jej 19 stycznia wręczono.

Gratuluję, Joanno!

***

Joasiu, bardzo mi Cię będzie brakowało!

Z Berlina

Słowa & muzyka / Lyrics & music: Beata Kozidrak
Aranżacja / Arrangement: Adam Sztaba
Reżyseria & montaż video / Director & video mix: Jacek Kościuszko
Miks dźwięku / Audio mix: Leszek Kamiński
Produkcja / Producers: Film Image, SztabMusic – Agnieszka Dranikowska-Sztaba
Wokaliści / Vocals: Natalia Kukulska, Ewa Farna, Ania Karwan, Natalia Nykiel, Kasia Wilk, Kasia Moś, Olga Szomańska, Dorota Miśkiewicz, Cleo, Patrycja Markowska, Kuba Badach, Igor Herbut, Piotr Cugowski, Andrzej Piaseczny, Sebastian Karpiel, Damian Ukeje
732 muzyków / 732 musicians
Angielskie tłumaczenie / English translation: Ewa Bielecka
Niemieckie tłumaczenie / German translation: Jacek Łaszczyk

Beata Kozidrak

Co mi Panie dasz?

Karuzela gna, w głośnikach wciąż muzyka gra.
Czuję jak, w jej takt, kołyszę się cała.
I raz, i dwa, i trzy, i w górę serca – wielki czis!
Czujność śpi, trochę mdli – jak szarlotka z rana.

Co mi Panie dasz, w ten niepewny czas?
Jakie słowa ukołyszą moją duszę, moją przyszłość, na tę resztę lat?
Kilka starych szmat, bym na tyłku siadł.
I czy warto, czy nie warto, mocną wódę leję w gardło, by ukoić żal.

Co tam nagi brzuch i w górę połatany ciuch!
Czuję ten, wiatru pęd, że głowa odpada.
I raz, i dwa, i trzy, i wcale nie jest zimno mi!
Z góry pluć, gumę żuć – tu wszystko wypada!


Krystyna Koziewicz

Co mi Panie dasz w ten niepewny czas?
Jakie słowa ukołyszą, moją duszę, moją przyszłość
Na tę resztę lat?…

Jaka piękna jest ta nowa aranżacja utworu Beaty Kozidrak Co mi Panie dasz, przygotowana przez Adama Sztabę na czas pandemii. W nagraniu wzięły udział 732 osoby. Byli to ludzie zewsząd – młodsi, starsi, profesjonaliści i amatorzy, muzykujący codziennie i raz na kilka lat.

To nagranie dodało nam siły, stało się pozytywnym przesłaniem na czas pandemii, przypominając, że musimy odnaleźć proste wartości, że relacje z najbliższymi, relacje międzyludzkie i prostota potrzeb to wartości trwalsze niż to, co dotychczas stanowiło o naszej codzienności. Bo sami popatrzmy, jak bardzo to wszystko, co “nas kręciło” okazało się nieważne i ulotne w czasach koronawirusa.
Co moi Panie dasz? – któż z nas w czasach niepewności nie kierował swoich myśli ku boskiej Opatrzności? Znane przysłowie mówi, że każdy jest kowalem swojego losu. Mądrość ludowa każe wierzyć w możliwość kreowania własnego życia, nadawania mu kształtu zbliżonego do naszych marzeń i pragnień. To przede wszystkim kształtowanie siebie, własnej osobowości, co nie zawsze jednak daje się przełożyć na życiowy sukces. Człowiek dąży do realizacji postawionych sobie celów, ufając, że może jest tak, że nasz los zależy tylko od nas samych i naszego wysiłku, akceptując i to, że często efekt końcowy przyniesie rozczarowanie. Czasami jednak trzeba się poddać losowi i tak się właśnie dzieje w czasie koronowirusa. Nic tu nie pomoże narzekanie, a przecież tak często je słyszymy w rozmowach z bliskimi, przede wszystkim z dziećmi i członkami rodziny, którzy wyładowują na nas frustracje. Zawsze przekazuję im życzliwe rady, mówię też jednak, że jeśli mój rozmówca nie podejmie żadnych kroków, to nie chcę po stokroć tego słuchać. Zdecydowana reakcja działa z pozytywnym skutkiem, po latach słyszę podziękowania za moje podejście, w przeszłości sama osobiście dostałam podobną lekcję od byłej sąsiadki, kiedy jej suszyłam głowę moimi problemami.

Wiadomo, człowiekiem rządzą przypadki, z którymi musi się także pogodzić, jak choćby z wyznaczonym jej przez wspólnotę miejscem w hierarchii społecznej. Zazwyczaj jest tak, że z jednej strony człowiek ma ograniczone możliwości decydowania o własnym losie, ale z drugiej strony potrzebuje poczucia przynależności do grupy. Z tym to bywa różnie, żeby człowiek nie wiadomo, jak mocno się angażował w życie społeczne, to ci na szczycie nie zawsze potrafią zdobyć się na uznanie. No cóż, nie udzielamy się dla pochwał, nie musimy czerpać profitów, ważny jest osobisty rozwój, satysfakcja, zaspokojenie potrzeby działania na rzecz innych. Czego nie lubię, to pomagać mocniejszym, karierowiczom, bogatym, przemądrzałym i tym, którzy cichcem wykorzystują efekty działań społecznie zaangażowanych, czerpiąc moralne i finansowe korzyści z mojej pracy.

Czy człowiek jest „kowalem swojego losu”? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi i nie kuśmy się o nadmierny optymizm. A w ogóle, czy być kowalem własnego losu, znaczy tylko osiągnąć sukces i zrealizować wszystkie swoje marzenia? Czy przegrana walka z przeciwnościami życia zawsze jest równoznaczna z klęską? Czy o losie człowieka bardziej decydują okoliczności i kaprysy fortuny, czy raczej system wartości, które chce realizować?

Albert Camus w Dżumie przedstawia rzeczywistość wrogą ludziom, pełną tragicznych i niewytłumaczalnych zdarzeń, ujawniającą absurd egzystencji. W świecie tym jednak działają jednostki, które czynem potwierdzają swe człowieczeństwo, opowiadają się po stronie ofiar, nie zgadzają się na śmierć, przeciwstawiają się Zarazie – czyli temu, na co nie mogą wpłynąć i co jest niezależne od ich woli. Dżuma jest „niekończącą się klęską”, walki z nią nie można wygrać, a żadna ofiara nie pomaga w walce z losem. Poglądy Alberta Camusa są bliskie egzystencjalizmowi, którego etyka opiera się na przeświadczeniu, że istnienie człowieka będzie miało taki sens, jaki on sam mu nada, dlatego jego zadaniem jest zawsze „wychodzić poza samego siebie” i dokonywać wyborów w imię wolności.

Można też przyjąć za wierszem Szymborskiej, że nasza egzystencja to improwizacja i jesteśmy „kiepsko przygotowani do zaszczytu życia”. Poetka jednak nie twierdzi, że skazani zostaliśmy na dolę marionetek, bo – „choć ciągle zaskakuje nas los” – to jednak my decydujemy o jego kształcie i nawet jeśli nie znamy granej przez nas roli, pozostaje ona nasza.

Wisława Szymborska

Życie na poczekaniu

Życie na poczekaniu.
Przedstawienie bez próby.
Ciało bez przymiarki.
Głowa bez namysłu.

Nie znam roli, którą gram.
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna.

O czym jest sztuka,
zgadywać muszę wprost na scenie.

Kiepsko przygotowana do zaszczytu życia,
narzucone mi tempo akcji znoszę z trudem.
Improwizuję, choć brzydzę się improwizacją.
Potykam się co krok o nieznajomość rzeczy.
Mój sposób bycia zatrąca zaściankiem.
Moje instynkty to amatorszczyzna.
Trema, tłumacząc mnie, tym bardziej upokarza.
Okoliczności łagodzące odczuwam jako okrutne.

Nie do cofnięcia słowa i odruchy,
nie doliczone gwiazdy,
charakter jak płaszcz w biegu dopinany –
oto żałosne skutki tej nagłości.

Gdyby choć jedną środę przećwiczyć zawczasu,
albo choć jeden czwartek raz jeszcze powtórzyć!
A tu już piątek nadchodzi z nie znanym mi scenariuszem.
Czy to w porządku – pytam
(z chrypką w głosie,
bo nawet mi nie dano odchrząknąć za kulisami).
Złudna jest myśl, że to tylko pobieżny egzamin
składany w prowizorycznym pomieszczeniu. Nie.
Stoję wśród dekoracji i widzę, jak są solidne.
Uderza mnie precyzja wszelkich rekwizytów.
Aparatura obrotowa działa od długiej już chwili.
Pozapalane zostały najdalsze nawet mgławice.
Och, nie mam wątpliwości, że to premiera.
I cokolwiek uczynię,
zamieni się na zawsze w to, co uczyniłam.

W czasie pandemii wielu z nas doświadcza braku wielu rzeczy i sytuacji, tęsknimy za świętowaniem naszego życia, za radością istnienia, za uczuciami i spotkaniami, za byciem razem, choćby po to, by pocieszać się nawzajem. To, co przeżywamy, ukazuje naszą bezradność oraz fałszywe pewniki, jakie stworzyliśmy sobie w budowaniu przyszłości. Pandemia odsłoniła stan uśpienia współczesnych ludzi, zanik wrażliwości, zaniedbanie tego, co karmi, podtrzymuje i daje siłę. Zapomnieliśmy o korzeniach, z których wyrastamy, zabrakło twórczego dialogu z dziedzictwem przekazanym przez starszych, co nas pozbawiło odporności potrzebnej do stawienia czoła przeciwnościom. Opadła maska stereotypów, niepodważalnych autorytetów, nieomylnych ekspertów, za którymi ukrywaliśmy nasze prawdziwe „ja”.

W naszym zglobalizowanym świecie szliśmy naprzód silni i na pełnych obrotach, aby stać się panami tego świata. Chciwi zysku, daliśmy się pochłonąć rzeczom i oszołomić pośpiechem. Nie zatrzymaliśmy się, by reagować na zło, które było na tyle banalne, że można go było nie dostrzegać, nie myśleć o nim, a ono mnożyło się w nieskończoność. Przymykaliśmy oczy na niesprawiedliwości, na biedę ludzi starych, na głupotę i arogancję elit politycznych, szerzącą nienawiść do wszystkiego co inne, obce, nie słuchaliśmy wołania o rozsądek, pomoc, ratunek naszej chorej planety.

Teraz, gdy to wszystko w jednej chwili runęło, przyszedł czas na refleksję, jak żyć? W natłoku informacji poczuliśmy się zagubieni, poczuliśmy, jak byliśmy ślepi, myśląc, że zawsze będziemy zdrowi w chorym świecie.
Próbujemy wykorzystać ten czas próby jako czas wyboru, myślimy o tym, jak zbudować nowe relacje ze światem, jak zachować równowagę pomiędzy tym, co się liczy, a tym, co przemija, jak oddzielić to, co konieczne od tego, co nim nie jest. To czas przestawienia kursu życia, odkrywania nowego stylu, wysyłania pozytywnych myśli innym.

Szczególnie dla Polaków na emigracji, gdzie w zdecydowanej większości żyjemy bez najbliższej rodziny, niezwykle ważne są dobre kontakty społeczne, ważna jest owa czułość, o której mówiła tak niedawno inna polska noblistka – Olga Tokarczuk. Ci, którzy się izolują, kórzy boją się siebie nawzajem, wybierają cztery ściany swoich domów, samotność zamiast spotkań z rodziną czy przyjaciółmi. Ich jedynymi towarzyszami życia stał się telewizor, komputer i wszechobecny internet. Kontakty interpersonalne zamieniły się na maile i smsy. W praktyce okazuje się, że nie potrafimy zrozumieć drugiego człowieka, uszanować go czy mu pomóc. Zatracamy zdolność empatii, nie potrafimy już spontanicznie obdarzać innych miłością. Niech każdy z osobna zrobi rachunek sumienia ze swojego człowieczeństwa zadając sobie pytanie, ile razy w czasie pandemii skontaktowałem się z osobą samotną, z kimś obarczonym problemami zdrowotnymi czy osobistymi? Trzeba na nowo pokochać swoje życie, poszukać alternatywy, by czas istnienia tu i teraz nie był stracony, a czegoś nas nauczył.

Czasy pandemii zmieniły też formy działania organizacji polonijnych, niektóre po prostu zamilkły, inne dostosowały się do nowych okoliczności, a ich liderzy wyszli do ludzi jak człowiek do człowieka, dając tym samym dowód przynależności do wspólnoty polonijnej.

I na zakończenie jeszcze jedna myśl. Szanujmy to co małe, tak jak to głosi stare porzekadło, że mała rzecz a cieszy, bo nie zmienimy i nie uratujemy wszystkiego i wszystkich. Róbmy swoje, róbmy małe, ratujmy świat małymi krokami. To daje radość, a właśnie taka radość jest nam potrzebna. Rzeczy wielkie zdarzają się rzadko. Cieszmy się tym, co osiągnęliśmy, naszą własną pokorną mądrością życiową. I nie czekajmy bezczynnie na „co mi Panie dasz…”!
Mamy jeszcze dużo do zrobienia, stawiając codziennie nasze małe, nieważne kroki.

Moje przemyślenia zakończę kolejną piosenką

Bułat Okudżawa

Modlitwa

Dopóki ziemia kręci się,
Dopóki jest tak, czy siak,
Panie, ofiaruj każdemu z nas,
Czego mu w życiu brak:
Mędrcowi darować głowę racz,
Tchórzowi dać konia chciej
Sypnij grosza szczęściarzom
I mnie w opiece swej miej

Dopóki ziemia kręci się,
O Panie, daj nam znak,
Władzy spragnionym uczyń,
By władza im poszła w smak
Hojnych puść między żebraków,
Niech się poczują lżej!
Daj Kainowi skruchę,
I mnie w opiece swej miej

Ja wiem, że ty wszystko możesz,
Wierzę w twą moc i gest,
Jak wierzy żołnierz zabity,
Że w siódmym niebie jest
Jak zmysł każdy chłonie z wiarą
Twój ledwie słyszalny głos,
Jak wszyscy wierzymy w ciebie,
Nie wiedząc, co niesie los…

Barataria Britz 2020

Ela Kargol, Ewa Maria Slaska, Krystyna Koziewicz

Seit es in Berlin die Quarantäne gibt, gehen wir am Wochenende meistens zu dritt, seltener zu zweit, spazieren, jedes Mal woanders hin. Das Wetter spielt mit, April und Mai 2020 sind schön, auch wenn manchmal windig. Der Himmel über Berlin war seit Jahrzehnten nicht so sauber und klar gewesen, so strahlend blau.

Am Sankt Andreas Tag (16. Mai) gingen wir in den Stadtteil Britz, bekannte Gräber (Gräber der Bekannten) zu besuchen und fanden… Barataria.

Auf dem Friedhof hinter der U-Bahn-Station Grenzallee liegt Witold Kamiński, paar Kilometer weiter südlich, im Parkfriedhof Neukölln – Prof. Stanislaw K. Kubicki.

Beide Verstorbene waren Freunde, beide – wichtige, bescheidene Menschen, so eine heutzutage seltene Eigenschaftzusammensetzung. Beide, um die Wörter von Ernst Wiechert zu benutzen, legten ihre Hände auf der Oberfläche der Wirklichkeit, beide haben tiefen Spuren hinterlassen. Professor Kubicki war Gründer der Freien Universität Berlin, Witold Kamiński – des Polnischen Sozialrats, einer der wichtigsten Selbsthilfeorganisationen der Polen in Berlin. Beide waren gute, offene, tolerante, helle Menschen gewesen. Um die Beiden haben wir geweint und sie fehlen uns, werden immer fehlen. (20191027_tsp_Todesanzeigen für KundK).


Der Parkfriedhof Neukölln liegt neben einer schönen Windmühle. Bei der Mühle steigen wir aus dem Bus aus.
Ja, sagt Ela, Barataria. Ich stimme zu. Barataria ist in unseren Gesprächen und auch auf diesem Blog seit langem keine Insel-Stadt mehr, wo Sancho Pansa zehn Tage als Gubernator wirkte, sondern ein Platz egal wo für Don Quijote.
Ja, es ist eine wunderbare Barataria. Ruheinsel mitten in der Stadt. Ungemähte Gras. Schafe auf der Wiese. Blühende Büsche. Eine alte hölzerne Windmühle, wo man immer noch (oder wieder?) das Mehl herstellt und den Beruf Müller erlernen kann; die nächsten Kurse beginnen Ende August; es gibt noch Plätze frei.

Wir gehen in den Parkfriedhof, eine Friedhofsanlage, die sich in der Gestaltung am Konzept des englischen Landschaftsgartens orientiert und die man seit Beginn des 20. Jahrhunderts überall in Europa errichten ließ. Der Parkfriedhof Neukölln ist groß und sehr unterschiedlich gestaltet, er fasst 202.180 m² um. Er ist ziemlich jung, wurde erst 1949 angelegt. Bemerkenswert, schreibt Wikipedia, sind die auf dem Friedhof weitläufige parkähnliche Gesamtanlage, die Skulptur der Persephone von Max Kruse, ein Zierbrunnen und fünf bildhauerisch aufeinander abgestimmte Schöpfstellen mit Skulpturen.

Wir wissen noch nicht, dass sich in der Friedhofsanlage die große Barataria vom Außen in kleiner Skala wiederholen wird. Kleiner und bunter als die große.

Wir sollten es aber schon geahant haben, als wir bei dem Eingang eine Leserin trafen. So ist es jetzt in Berlin. Es gibt in der Stadt 270 Friedhöfe, alte und neue, historische und moderne, aber allesamt schön und an schönen Tagen zum Relaxen, Lesen, Träumen einladend.

Liest die holzerne Leserin den Don Quijote? Möglich ist es. Zum Britzer Mühle ist es doch von ihr nur einen Hasensprung. Und siehe, ihr gegenüber gibt es auch ein Grab, an dem der Grabstein sichtlich aus dem Mühlstein gefertigt wurde. Dass es nicht das Grab von Don Quijote ist…

Erst gehen wir aber zu der Wiese, wo Herr Professor beerdigt wurde. Quartal 27.

Liegt er hier, wo die Kerze steht? Das wissen wir nicht, ist es aber doch ganz unwichtig. Wir sind zu ihm gekommen und das weißt er, dessen sind wir uns sicher. Seien Sie gegrüßt, Herr Professor.

Nicht weit von der Wiese, wo Herr Professor begraben liegt, hat jemand eine Stelle für Kindergräber entworfen. Ein Ort der Farben und, ja, Fröhlichkeit. Solche Kinder-Grabfelder sind in Berliner Friedhöfen allerorts zu finden. Offensichtlich hat es irgendwann Jemand (ein Psychologe vielleicht) entdeckt, dass (vielleicht) eine Trauerarbeit um das Kind besser gelingt, wenn die Trauernden nicht in ein tiefes schwarzes Loch gestürzt sind, wenn um sie herum etwas optimistischer vorgeht. flyer_sternenkinder

Hier wiederholt sich alles: Es gibt ein kleines Palais (das von der Fürstin und den Fürsten, die Sancho Pansa zu Gubernator auf der Insel Barataria machten?)
Kleine gewundene Steinwege, hie und da mit bunten Kachelsteine inkrustiert, ganz im spanischen Stil, führen zu den Thronsesseln für die Fürstin und ihren Herr Gemahl. Mitten in einer Steinspirale steht ein Windrad, um ihn herum sind kleine Gräber voller bunter Windräder platziert, dahinten auf der Wiese stehen farbige Schafe. Heute sind sie pastellfarben, aber auf einem Foto aus dem Flyer sieht man, dass sie Mal starke, kräftige Farben hatten.

Nebenan fotografieren wir auf einer hölzernen Bank zwei alte Kuscheltiere. Ich schaue sie an und denke, dass der Dünne, der links liegt, vielleicht im depressiven Zustand, Don Quijote ist und der dicke, zufriedene – Sancho Pansa. Im Buch ist Barataria ein einziger Zeit-und-Raum, wo die Beiden getrennt sind. Hier sind sie wieder zusammen, einer leidet für die Welt und der Andere (eine Katze ist es) passt wachsam auf, dass dem Traurigen nicht passiert. Pass auf uns auch, Sancho Pansa.

I jeszcze raz o Murze

Krystyna Koziewicz

Mur Berliński i Wielka Dziura

9 listopada 2019 roku minęła 30 rocznica pokojowej rewolucji w Niemczech i upadku Muru berlińskiego. Tak się złożyło, że akurat w tym przełomowym okresie, czyli w latach 1988-89, dość często w weekendy jeździłam do Berlina Zachodniego na spotkanie z mom ówczesnym narzeczonym. Zazwyczaj podróżowałam pociągiem, nie lubiłam jednak tej jazdy, bo miałam powody, żeby panicznie się bać kontroli przy wjeździe do Berlina Zachodniego. Granicznicy z DDRu groźnym wzrokiem łypali podejrzliwie na pasażerów, jakby w oczach mieli lufy karabinów gotowych do strzelania. Bezlitośnie trzepali zawartość bagaży, demonstrując swoją wyższość, czepiając się towarów pochodzenia zagranicznego, jak perfumy czy kosmetyki, które natychmiast wędrowały do depozytu. Chyba ze dwa, a może trzy razy wezwana zostałam do osobistej kontroli, a któregoś razu kazano mi nawet wysiąść z pociągu  we Frankfurcie nad Odrą, bo kontrolerzy znaleźli zdjęcia z pobytu na wyspie Sylt. Nie znałam niemieckiego na tyle, żeby dowiedzieć się, o co im naprawdę chodziło, gdy pozostawili mnie na zimnym dworcu na całą dobę. Chciałam skontaktować się z konsulatem i z narzeczonym, lecz straż kategorycznie odmawiała. Widocznie bawiło ich moje cierpienie, bezradność, niezasłużona szykana, jaka mnie spotkała. Od tamtej pory z ogromnym napięciem przekraczałam granicę, ale na szczęście okres ten nie trwał zbyt długo, wkrótce osiedliłam się na stałe po zachodniej stronie Berlina. A było to  dokładnie 30 lat temu.

Przyznaję, że niezbyt zauważyłam tę, jakże ważną dla Niemców po obu stronach muru, „pokojową rewolucję” roku 1989, ponieważ wszystkie weekendy mój osobisty narzeczony i ja spędzaliśmy na „weście”, jak to się potocznie mówiło. Byłam do tego stopnia oczarowana bezstresowym życiem w wielokulturowej społeczności, że zdecydowałam się ostatecznie opuścić Polskę. Postawiłam na miłość, otworzyłam nowy rozdział życia, życia w obcym kraju, kulturze, bez znajomości języka i szans na pracę w wyuczonym zawodzie, jako nauczycielka. A przecież nigdy nie pożałowałam tej decyzji, od 30 lat jestem obywatelką Polski żyjącą w Niemczech.

W czasie, kiedy padł mur, mój (wówczas już) małżonek często zabierał mnie na zwiedzanie miasta wzdłuż muru. Przyznaję, że wcale za tym nie przepadałam. Niezbyt cieszyło mnie oglądanie widoków podobnych do tego, jak wyglądały polskie miasta. Dzisiaj jestem mu wdzięczna za to, że posiadam z tego okresu sporo dokumentalnych zdjęć, które mają wartość historyczną. Jedno, co zapamiętałam, to fakt, że jeśli chodzi o poziom życia Niemcy ze wschodniej części mieli dużo gorzej od Polaków, dotyczyło to też możliwości samorozwoju, wolności słowa i praw obywatelskich. Ludzie mieszkali w strasznych warunkach, bez łazienek, wind i wszelkich wygód. Jedynie budynki stojące blisko muru, czy Alexanderplatz, miały względnie nowoczesny wygląd, większość znajdowała się w katastrofalnym stanie.

Mieszkaliśmy blisko muru, na Köthenerstrasse. Z balkonu rozpościerał się się widok na Potsdamer Platz: kolejkę magnetyczną, której już nie ma, akademiki, które zostały zlikwidowane, podobnie jak słynny polski flohmarkt w pobliżu metra Gleisdreieck. W dość krótkim czasie wszystkie obiekty znajdujące się na Potsdamer Plac zostały wyburzone i rozpoczęła się największa w Europie  rozbudowa nowoczesnego centrum miasta. Ciekawe, że zaczęła się od wykopania wielkiej dziury, która natychmiast wypełniła się wodą gruntową. Dziura była tak wielka, że trzeba ją koniecznie pisać z dużej litery: Wielka Dziura. Obserwatorzy komentowali, iż budowa jedności i zjednoczenia zaczyna się od … głębokiego rowu dzielącego obie strony.

Widziałam przeogromne kolejki tych, którzy pobierali powitalne sto marek lub wymieniali markę wschodnią na  zachodnią. W sklepach panowały totalne pustki, na ulicach Berlina zachodniego pojawiały się terkoczące Trabiki. Przechodnie ostentacyjnie zatykali nosy, faktycznie strasznie smrodziły. Co niektórzy berlińczycy z Ostu, nie chcąc, by ich na pierwszy rzut oka rozpoznawano, czym prędzej kupowali auta produkcji zachodniej.

Ale i tak wkrótce okazało się, że Ossi, bo tak nazywano ludzi ze wschodniego Berlina, rozpoznawalni byli nie tylko po ubiorze i marce auta, ale rejestracje samochodowe też były odmienne i zaczynały się od liter KPNH.

Wiem, jak bardzo bolała ich urzędowa dyskryminacja, dawni obywatele DDR  długo nie mogli pogodzić się z epitetem Ossi.  W rzeczywistości muru  nie było, pozostał jednak podział społecznyna Wessi – Ossi. Musiało sporo upłynąć lat zanim zaprzestano używać pogardliwych określeń.

A jak jest dzisiaj? O dziwo, co niektórzy, w 30 lat od upadku Muru,  sami siebie określają się, jako Ostler.

Czy jednak na pewno nie ma muru dzielącego społeczeństwo niemieckie? Tego nie wiem?

Sąsiad sąsiadowi Niemcem

Krystyna Koziewicz

Sąsiedztwo po niemiecku

Dawno temu mieszkaliśmy w Polsce w dwupiętrowej kamienicy i muszę przyznać, że  wzajemne kontakty były wtedy raczej chłodne. Niewątpliwie przyczyniały się do tego moje hałasujące dzieci, które, co tu dużo gadać, przeszkadzały. Ale były to w końcu dzieci, a bezustanne narzekania były nie do zniesienia. Dzieci też często słyszały obraźliwe komentarze. Jednak przyznaję, na klatce schodowej i na podwórku stale był gwar, a czasem wręcz hałas. Gdy teraz jadę do rodzinnego miasta i odwiedzam moje dorosłe dzieci, mieszkające nadal w tym samym domu, nie mogę się nadziwić, bo panuje tu grobowa cisza, tylko czasem słychać, jak gdzieś w oddali pies poszczekuje na nieznane mu odgłosy.

Sąsiedzi w PRL to nie tylko byli ludzie mieszkający drzwi w drzwi, to było całe życie z jego jasnymi i ciemnymi stronami. Nigdy nie zapomnę sąsiadki, która miała znajomości w sklepie mięsnym i na naszych oczach ostentacyjnie znosiła do domu pełne torby mięsiwa. Mając „trzech budrysów” do wykarmienia (mąż i dwóch chłopców), próbowałam czasami doprosić się, by odsprzedała kawałek ochłapa na zupę. Nie pomogła…
Ale oczywiście bywa też przyjemnie, a doświadczam tego ilekroć jestem u brata, mieszkającego w niedużym miasteczku w dzielnicy willowej. Nie ma tygodnia, by sąsiedzi nie spotykali się w ogródkach na kawie ze znakomitymi wypiekami. Wzajemne zapraszanie się, odwiedzanie czy dzielenie owocami, warzywami, grzybami, jajkami, ale też drobnymi usługami podczas malowania płotu czy przycinki drzew, to prawdziwa radość. Harmonia życia w dobrym sąsiedztwie to wielki skarb.

Najczęściej jednak polskie sąsiedztwo ogranicza się do wzajemnego pożyczania sobie w doraźnej potrzebie, a to garstki soli, a to szklanki mleka, mąki czy jajka. Wygodne, miłe, ale chyba niezbyt głębokie.

Od kiedy zamieszkałam w Niemczech niejednokrotnie mogłam się być może obawiać wielokulturowego sąsiedztwa, ale czas pokazał, że nie warto się było martwić. Był to jednak całkiem inny rodzaj sąsiedztwa, jakże różniący się od polskiego.

W Berlinie moimi sąsiadami byli Niemcy, Turcy, Kurdowie, Polka i Włoch. Polka, jak każda rodaczka, częstowała wypiekami, wzajemnie zapraszałyśmy się na pogaduszki przy kawie. Normalka. Dobrze było mieć kogoć, kto pomógł podczas nieobecności w domu, podlał kwiaty, przewietrzył mieszkanie, odebrał przesyłkę od listonosza.

Szczególną serdeczność sąsiedzką okazywali Niemcy, co mnie mile zaskoczyło. Strasznie się bałam sąsiedztwa z nimi, właściwie bez uzasadnionego powodu. Pewnie tak na zapas, oni jednak w żaden sposób nie dawali odczuć, że jestem obca. Bycie sąsiadem mieszkającym tuż obok, znaczy dla Niemców, że to nasz bliski człowiek, członek wspólnoty.
Było na przykład takie bezdzietne niemieckie małżeństwo, które obsypywało mnie rozmaitymi dobrociami, najczęściej wtedy, kiedy sąsiad wracał z zakupów. Bez pytania wręczał torebkę z pachnącymi bułkami, życząc smacznego. W klamce u drzwi zostawiał przeczytane dzienniki i gazety ilustrowane, co w Niemczech jest normalnym zwyczajem, podobnie jak wystawianie na parapecie lub skrzynce pocztowej drobnych użytecznych przedmiotów, które można sobie zabrać, bo my ich już nie potrzebujemy, a może komuś jeszcze się przydadzą. W czasach “zero waste” takie wpojone od dzieciństwa zachowanie – to skarb, jak tego nie umiesz, to się musisz żmudnie uczyć, że nigdy niczego od razu nie należy wyrzucać, że zawsze jeszcze trzeba spytać, kto tego może potrzebować. Nawet popsute rzeczy, których sami nie umiemy naprawić, mogą się innym przydać.

Największą hojność okazywano mi, kiedy gościły u mnie wnuczki, wtedy otrzymywałyśmy pełne torby słodyczy, lodów, jogurtów. Oczywiście dziękowałam, nie bardzo wiedząc czym się zrewanżować? Zapraszałam czasem na kawę, lampkę wina, co było przyjmowane z zadowoleniem. Często, wzbraniając się przed ilością podarków, wyciągałam portfel, chcąc zapłacić, ale reakcja zawsze była ta sama: ależ skąd, nie jesteśmy przecież handlarzami!
Inna sąsiadka zapraszała dziewczynki do kawiarni na lody, ciastka, a któregoś razu zafundowała im nawet rejs statkiem po Szprewie. Czasem przy przeprowadzce do nowego mieszkania dostaje się od niemieckich sąsiadów meble i to w bardzo dobrym stanie, czasem nawet z własnym transportem. Niekiedy hojność sąsiedzka sięga jeszcze dalej i może objąć nawet wakacje za granicą. Kiedyś dostałam takie zaproszenie na Sycylię. Dlaczego akurat ja?, zapytałam nieco skonsternowana. Odpowiedź brzmiała: bo potrzebuję towarzystwa!
Jakaż wewnętrzna kultura wypływa z tej odpowiedzi. Nie jest też tak, jak to mi początkowo przychodziło do głowy, że być może Niemcy mają w stosunku do Polaków poczucie moralnego długu i dlatego okazują wielkoduszność. Teraz już wiem, że są tacy sami w stosunku do innych nacji. Ba, kilka lat temu, podczas kryzysu uchodźców, naocznie wszyscy się przekonaliśmy jak to działa – przypomnijmy sobie te filmy i zdjęcia Niemców z kocami, termosami i torebkami kanapek, którzy stali na dworcu i czekali na przyjazd pociągu z granicy. Po prostu tak funkcjonują relacje dobrosąsiedzkie i międzyludzkie w Berlinie.

Osobiście miałam poczucie, że moim sąsiadom sprawia przyjemność dawanie.

Oczywiście takie sytuacje wymagają taktu z obu stron, trzeba umieć uniknąć poczucia, że ktoś inny traktuje nas jak biedaka a może nawet żebraka. Czasem wręcz jest tak, że dawanie jest łatwiejsze niż branie. Bo ofiarodawcą kieruje miła myśl: mam, a zatem mogę dać, a jeśli jest się tą stroną biorącą, to zawsze nasuwa się pytanie – a może widać po mnie, że mi gorzej idzie? A może mam w zachowaniu bądź sposobie ubierania się wpisany „kod biedaka”? Ale tak nie jest. Bywało, że świetnie radziłam sobie w życiu, myślę, że nadal świetnie sobie radzę, a jeśli nawet bywało inaczej, to surowo pilnowałam, by na zewnątrz nie było tego widać. Jestem wdzięczna moim niemieckim sąsiadom, za lekcję, jakiej mnie nauczyli: nie demonstruje się bogactwa, okazywanie pomocy dobrosąsiedzkiej to objaw życzliwości, a dzielenie się jest środkiem, ułatwiającym tworzenie przyjaznej wspólnoty.

Dotyczy to zresztą nie tylko Niemców. Turecki sąsiad mieszkający na parterze, właściciel piekarni, obdarowywał moje wnuczki słodkimi wypiekami, a były to ilości nie do przejedzenia. Niekiedy, jeśli nie miał w domu ciastek, sięgał do kieszeni i wkładał dziewczynkom do torebek po pięć euro na lody.

Inna moja sąsiadka, turecka alewitka, obdziela nas hojnie przysmakami kuchni tureckiej, a przecież jest samotną matką, wychowującą córkę. Dlaczego to robi? Bo jej wychowanie i religia nauczają, że okazywanie człowieczeństwa przejawia się w konkretnym działaniu, na przykład dzieleniu się dobrem. Często rozmawiamy przy herbacie o tym, jak wygląda dobroć w życiu codziennym alewitów. Dowiedziałam się, że w każdej rodzinie stan posiadania wszystkich ma być równy i nie może być tak, że jeden żyje skromnie, a drugi w przepychu. Komu wiedzie się lepiej, jest zobowiązany pomagać słabszym. Masz się, człowieku, wzajemnie wspierać, dbać o rodziców, o biednych, słabych, chorych.

Początkowo i ja, i moje wnuczki byłyśmy tymi gestami skrępowane, dziękowałyśmy, ale źle się z tym czułyśmy. Dziwczynki były tu tylko podczas wakacji, ja jednak musiałam sobie z tym radzić na stałe. Po jakimś czasie przyzwyczaiłam się wreszcie do tych drobnych podarunków. Gesty życzliwości moich sąsiadów zaczęły sprawiać radość, zakłopotanie i skrępowanie ustąpiły. Zauważyłam bowiem, że wszystko odbywa sią bardzo taktownie, rzadko się zdarza, by owe gesty były zbyt nachalne. Teraz już wiem, że trzeba się raczej nauczyć i samemu też coś dawać, a nie wzbraniać się przed przyjmowaniem. Dawanie to element jednoczący społeczność sąsiedzką, bo skoro tworzymy małą wspólnotę mieszkaniową, to drobne gesty dobrosąsiedzkie są czymś zwyczajnym. DOBRO jest we wszystkich drobnych zwyczajnych momentach naszego życia, ważne jest by umieć je dostrzec i samemu być dobrym sąsiadem.

Ewa Maria Slaska

Ciekawe, że ten wpis Krystyny dotarł do mnie tego dnia, kiedy właśnie skończyłam czytać książkę o małym idyllicznym świecie małej idyllicznej uliczki w moim małym idyllicznym światku, jakim jest Gartenstadt Tempelhof.

Książeczkę napisał i wydał własnym sumptem jeden z mieszkańców domu przy małej uliczce nieopodal mojego domu. Opisał swój dom, drzwi, podłogi i ściany, swój ogród, ulicę, placyk, którym się kończy, ogródki, drzewa, kwiaty, koty, psy, lisy, ptaki, sąsiadów… Kto jest miły, a kto nieznośny, z kim się człowiek zaprzyjaźnił, a z kim tylko wymienia ukłony. Wszystko przesiąknięte uprzejmością, życzliwością, serdecznym zainteresowaniem. I, co może najważniejsze, bez sporów politycznych, wzajemnych ataków, kłótni i oskarżeń… Znam takie uliczki i w Polsce, podobne maleńkie idylliczne światy, osłonięte drzewami przed zgiełkiem życia i polityki.

Rozmyślam o tym, jak aktualna sytuacja polityczna przeorała stosunki międzyludzkie w Polsce, ale i w ogóle, w Europie, w świecie i zastanawiam się, jak długo jeszcze uda nam się utrzymać te idylliczne sąsiedzkie oazy spokoju i bezpieczeństwa, skupione wzdłuż uliczki, wokół placyku, stawu lub fontanny? I błagam małe bóstwa, tych wszystkich bożków ciepła rodzinnego, by nam pozwoliły nadal tak żyć.

Eva

Krystyna Koziewicz

Piękne chwile

Tytuł nawiązuje do tekstu piosenki zespołu Dżem w wykonaniu Ryszarda Riedera „W życiu piękne są tylko chwile”. Nie ma człowieka, który by nigdy nie przeżył jakiejś szczęśliwej chwili. Zdarza się, że trafiają się fajne momenty, które zostają zapamiętane na długo w pamięci, jak w przypadku, który tu opiszę.

Otóż, jadąc berlińskim metrem, często można zaobserwować ciekawe widoki, ale dużo jest też ludzi w milczeniu siedzących obok siebie, jakby byli nieobecni, czytają prasę, książkę czy buszują w smarfonie, są niby obok, ale naprawdę gdzie indziej. Z reguły nikt na nikogo specjalnie nie zwraca uwagi, chyba że trafi się jakaś nadzwyczajna grupka, która ożywi jadących podróżnych kolebiących się wśród stukotu kół wagonu. Właśnie Ewie i mnie wydarzyło się coś naprawdę wyjątkowego, wręcz magicznego.

Była wiosenna niedziela, wieczór. Wracałyśmy metrem do domu, po prawdzie – dość zmęczone. Na jednej ze stacji wsiadła gwarna grupka młodych ludzi. Po wyglądzie sądzić można było, że nie byli to Europejczycy, co też wkrótce się potwierdziło. Zauważyłam u jednego z chłopców żołnierską czapkę z gwiazdą sowiecką i powiedziałam to Ewie, a Ewa odpowiedziała, aaa, jak Che Guevara. Rozmawiałyśmy półgłosem i po polsku, ale chłopak usłyszał słowo Che Guevara, ucieszył się i natychmiast do nas zagadał po angielsku.


Zgromadziło się koło nas trzech chłopaków – czarnoskóry, śniady (ten w berecie Che Guevary) i różowoskóry blondyn. Powiedzieli, że są z Brazylii. Ewa powiedziała, że są we trzech piękną trzykolorową Brazylią, a oni się roześmieli i odparli, że jest ich tu więcej. Rozejrzałyśmy się i rzeczywiście – zobaczyłyśmy dużą wesołą i rozhasaną gromadkę dziewczyn i chłopców. Powiedzieli nam, że są aktorami i muzykami. Przyjechali na wakacje do Europy. Entuzjastycznie opowiadali o kolejnych miastach – byli już w Madrycie, Lizbonie i Paryżu, a teraz przyjechali do Berlina, wszędzie im się podobało, wszystko zasługiwało na pełne zachwytu „ochy i achy”. Z Berlina będą już wracali do domu, bo nie mają więcej pieniędzy. Ewa zapytała, czy nie pojadą do Polski, a oni zgodnym chórem wykrzyknęli dwa słowa: Varsowia i Walesa. Ciekawe, co by młodym Brazylijczykom odpowiedzieli ci Polacy, którzy dzisiaj opluwają Wałęsę?


Przez chwilę Ewa i ja, dwie starsze panie, stałyśmy się częścią grupy. Radość, śmiech i wzajemne przekrzykiwanie trwało wprawdzie krótko, ale intensywnie. Chłopcy zapytali Ewę, jak ma na imię, a gdy odpowiedziała, z zachwytem zaśpiewali chóralnie jakąś brazylijską piosenkę o Ewie. Okazało się, że to jedna z najbardziej popularnych posenek w Brazylii. Ewa, zachwycona, zapytała, czy nie znają jakiejś piosenki o Krystynie, a grupa zaimprowizowała coś na moją cześć. „Che Guevara” zaczął pytać innych pasażerów, jak mają na imię, po czym Brazylijczycy zupełnie składnym chórem śpiewali im jakieś wariacje piosenki o Ewie.

Ależ to byli bystrzy, weseli i inteligentni młodzi ludzie! Dawno nie doznałam czegoś tak niebywałego.

Wszyscy świetnie się bawili, atmosfera w wagonie zrobiła się wyjątkowa. Wysiadających głośno żegnano. Przyznaję, że był to moment pełnego szczęścia – poczucia prawdziwej ludzkiej wspólnoty bez względu na wiek, płeć, narodowość czy kolor skóry. Było to szczęście, którym długo się delektowałam.
Tak sobie myślę, że trzeba czerpać z życia krótkie pozytywne przeżycia, wchodząc w ciekawe interakcje z ludźmi, okazując im przyjazne gesty sympatii, dające człowiekowi radość z najmniej oczekiwanej strony.

Hasta pronto Brasil!

Udało mi się ukradkiem zrobić dwa zdjęcia, ale nie nagrałam ich piosenek. Szkoda, ale Ewa znalazła Evę na youtubie w wykonaniu Ivete Sangalo, największej współczesnej piosenkarki brazylijskiej.