Barataria (30) Leśmian (9) Sindbad (2)

Ewa Maria Slaska

Przygody Sindbada żeglarza na wyspie ptaka Roka

Bo to jednak wyspa jest, co jednakże autor raz jeden tylko zechciał zauważyć. No ale to starczy, wyspa to wyspa, i należy mi się jak każdemu wiernemu giermkowi podążającemu za Sprawą. Podążam i w zamian oczekuję gubernatorstwa wyspy jakiej, choć wciąż ani takowej nie spotkałam, która by mnie przykuła na dłużej, ale też, przyznaję, nikt mi jak dotąd żadnej insuli nie zaoferował, ani na wodzie ani nawet na lądzie.

Ptaka Roka i całą historię o nim dobrze pamiętałam z dzieciństwa. Był wielki, mieszkał w dziupli ogromnego dębu, gdzie miał gniazdo, a w nim małe, a w głębi dziupli znajdowało się zejście do czarodziejskiej różowej komnaty, gdzie mieszkała czarodziejska księżniczka. Na swoją chwałę muszę dodać, że bycie księżniczką nie nazbyt mnie w dzieciństwie interesowało i, jeżeli w ogóle, to chciałam być księżniczką indiańską, która konno przeskakuje przez wysokie palisady. No jeszcze ewentualnie wchodziło w rachubę bycie samotną księżniczką w ogromnym pałacu otoczonym ogromnym ogrodem, którą odwiedza książę, przynosząc w podarunku poczwarkę motyla. Obie historie zaczerpnęłam oczywiście z książek, tę indiańską z powieści Błękitny ptak, którą przemieszałam chyba z Ziemią Słonych Skał, tę o księżniczce w pałacu – z Tajemnic motyli, uzupełnionych Tajemniczym ogrodem.

Jajo Roka, z którego wykluwa się pisklę (Sindbad znalazł takie jajo na piaszczystym brzegu wyspy, na którą po trzech dniach zmagań z falami wyrzucił go sztorm; jajo musiało zostać dopiero co złożone; przez otwór w skorupie nasz bohater miesiącami najpierw wypijał białko, a potem żółtko, aby wreszcie w pustej skorupie sporządzić sobie mieszkanie)

Rok w Baśniach z 1001 nocy niszczy statek Sindbada. W wersji leśmianowskiej statek zostaje zniszczony przez burzę, a Rok zabiera z pustej plaży jajo z mieszkającym w nim Sindbadem i zanosi je do gniazda w wielkim dębie. Pod drodze odsłania swemu pasażerowi na gapę tajemnicę Diamentowej Kotliny. Naukowcy podejrzewają, że ptaszysko, rodem z orientalnych baśni, podobnie jak smoki, jest jakimś nie dającym się wyjaśnić ludzkim wspomnieniem o dinozaurach (nie dającym się wyjaśnić, bo między wyginięciem dinozaurów a pojawieniem się naszego najstarszego praprzodka australopiteka upłynęło 55 milionów lat)

Za: http://audio-bajki.pl/bajki-z-calego-swiata/item/121-przygody-sindbada-zeglarza-przyg-druga-cz-2

***
Lektura Sindbada po latach tylko uzupełniła zapamiętaną opowieść, a te zapomniane szczegóły, jak na przykład ogromne jajo na plaży czy kotlina pełna diamentów, skrywały się gdzieś bardzo płytko pod warstwą niepamięci i gdy raz się pojawiły, już pierwszym słowem wyciągały na powierzchnię całe zdania zapamiętane w dokładnym brzmieniu. Przypomniały też wszystkie moje własne wyobrażenia, które wtedy przydałam historii pana Leśmianowej. Księżniczka miała więc na sobie złoto-różowe przejrzyste szarawary i spowijały ją różowe szale. Gdy trzydzieści lat potem byłam w Indiach, spotkałam takie księżniczki…

Sięgam do sterty zapisanych zeszytów, większość ma czerwone okładki, ciekawe dlaczego, przecież wcale nie lubię tego koloru. Niemal natychmiast znajduję trzeci zeszyt z podróży do Nepalu i Indii, a pierwszy indyjski. To właśnie ten zeszyt! Księżniczki są prawie na początku; przyjechaliśmy do miasta Bikaner.

Poniedziałek, 18 lipca 1994

Wyjeżdżamy z Delhi. Noc w pociągu sypialnym. Budzi mnie o 7 rano pustynia Thar. Jest dziwnie bogata w ludzi, zwierzęta i rośliny. Jakieś zielone trawy podobne do rdestu i róży jerychońskiej, krzewy, jedyny znany mi to tamaryszek, drzewa.
Stada kóz, krów i garbatych zebu. Wielbłądy ciągną sochy lub małe wózki. Mają szlachetnie uniesione głowy i nie chodzą lecz stąpają, wyglądają bardzo godnie.
Mężczyźni przypominają Arabów z filmów przygodowych. Ciemne płonące oczy, gęste czarne brwi i wąsy, olśniewająco białe zęby. Noszą luźne jasne szaty i zawoje z szali. Kobiety – nawet te, które zbierają wyschnięty nawóz na pustyni – są zawsze w kolorowych sari, tu nawet bardziej kolorowych niż w Delhi.
Na szczycie góry piasku siedzą sępy.

Dojeżdżamy do Bikaner – pięknego miasta barwy pustyni na pustynnym szlaku karawan. Ulice szersze i czystsze niż w Starym Delhi, ale może to tylko suchość powietrza sprawia wrażenie czytości, bo nic nie gnije. Miasto jest piaskowo-biało-różowe, a forty i pałace są jak z bajki, pełne ażurowych wieżyczek, kopulastych dachów na cienkich słupkach i misternie rzeźbionych w arabeski wypełnień okiennych.

Po forcie chodzi z nami grupa Hindusów, w tym trzy kobiety, które natychmiast nazywam w duchu księżniczkami pustyni. Mają ciemnoróżowe szaty z wielkimi przejrzystymi szalami, którymi zakrywają twarz przed obcymi. Szale, spódnice i bluzki są bogato wyszywane srebrem, biust i sutki specjalnie nawet podkreślone haftem. Ale wszystko, rękawy, paski, obrzeża szali, kapie od srebra. Do tego złota biżuteria – bransolety na rękach i nogach, kolczyki, kwiatki w nozdrzach. Najstarsza nosi pod szalem małe dziecko o ogromnych czarnych, podkreślonych henną oczach.
Gdy tak zwiedzają piękne pałace, przechodzą wzdłuż białych basenów, przystają pod mozaikowymi sklepieniami i w niszach okiennych ozdobionych błękitnymi kwiatami – nie mogę się nadziwić, że one, tak jak i my, po prostu zwiedzają te pałace, a nie są ich mieszkankami.

W ogóle całe miasto ma upalną różową atmosferę baśni. Gdyby nie ryksze motorowe, samochody i rowery, można by pomyśleć, że jesteśmy w bajce z tysiąca i jednej nocy. To wrażenie potęguje się jeszcze, gdy na skraju ulicy widzę trzy kobiety w sari o głębokich, czystych barwach – zieloną, pomarańczową i czerwoną. Jak w jednej z opowieści o Sindbadzie żeglarzu w pięknej wersji Leśmiana – cztery księżniczki-rybki; czerwona, żółta, zielona i niebieska.

I trzeba zdmuchnąć ogień, by je odczarować, a nie jest to łatwe, bo czar każe cały czas tańczyć w szaleńczym tempie… Ale to już zupełnie inna historia, jak mawiał kot, który chadzał własnymi drogami. I uwierzcie mi, nie pamiętałam, że wspominałam w zapiskach z Bikaneru prozę pana Leśmiana.

Nie przychodzą mi do głowy cztery pouczenia, jakich nam w tej opowieści udzielił Leśmian, ale jedno, moje własne, wynika z tego wpisu na pewno. Spotkałam w Indiach prawdziwe księżniczki, niewidzialne, spętane pięknymi strojami, otoczone szpalerem krewnych czy służących, pilnujących każdego ich kroku. Ja nie miałam jedwabnych szat haftowanych srebrem, ale byłam wolna i nikt mnie nie pilnował.

Reblog: Louis Lewandowski (Mężczyzna z cmentarza Weissensee w Berlinie)

Napis na nagrobku: Miłość czyni pieśń nieśmiertelną!

Ania i ja już wiele lat temu znalazłyśmy jego nagrobek na cmentarzu żydowskim w Berlinie i dawno już powinnam byłam sprawdzić, czy Louis Lewandowski ma coś wspólnego z Polską czy nie. Ale zrobiłam to dopiero w sierpniu 2017 roku, w dzień przed koncertem jego muzyki w synagodze berlińskiej na Rykestrasse. W pewnym sensie Lewandowski ma z Polską coś wspólnego, ma bowiem polskie nazwisko i urodził się we Wrześni, jednak wszystkie źródła, czy to polskie, czy niemieckie, czy angielskie, określają go jednomyślnie jako słynnego kompozytora “żydowsko-niemieckiego”. Tak więc i jest, zresztą nawet jeśli miał w rodzinie polskich przodków, to spędził całe swe twórcze życie w Berlinie i stworzył muzykę, grywaną w synagogach na całym świecie.

Nota bene, ten wpis mógłby się ukazać na tym blogu również w ramach innego nader nieregularnego cyklu, a mianowicie Reformacja. Koncert w synagodze berlińskiej odbył się jako realizacja idei ekumenizmu po-reformacyjnego: modlimy się wszyscy do tego samego Boga, a wystąpili wspólnie orkiestra radiowa (bezwyznaniowa) z Kolonii, chór z katolickiego klasztoru benedyktyńskiego Maria Laach i zespół śpiewaków synagogalnych z Berlina. 

Louis Lewandowski – żydowski kompozytor z Wrześni
Istnieje stereotyp, zgodnie z którym XIX-wieczna Wielkopolska stanowiła „pustynię kulturową”. Okazuje się jednak, że w regionie pojawiały się osoby o wybitnych talentach artystycznych. Jedną z takich postaci, ze wszech miar wartych przypomnienia, był Louis Lewandowski z Wrześni. Tym bardziej, że twórczość kompozytorska Lewandowskiego zupełnie nie funkcjonuje w świadomości polskiego środowiska muzycznego.

Lewandowski urodził się 23 kwietnia 1821 roku we Wrześni, w rodzinie żydowskiej. Dzieciństwo przyszłego kompozytora było bardzo trudne z uwagi na skrajną nędzę, jaka panowała w jego uzdolnionej muzycznie rodzinie. Mimo wszelkich trudności talent muzyczny Lewandowskiego zaczął objawiać się bardzo wcześnie. Mały Louis towarzyszył ojcu i czterem braciom w wykonaniach muzyki we wrzesińskiej Synagodze..

W wieku 12 lat, po śmierci matki, Louis przeprowadził się do Berlina, gdzie spędził resztę życia. W stolicy Prus utalentowanym Louisem zainteresował się bankier Alexander Mendelssohn (1798-1871), kuzyn wielkiego Felixa Mendelssohna-Bartholdiego (1809-1847). W Berlinie Lewandowski podjął studia muzyczne. Początkowo w klasie fortepianu i wokalistyki. Jako singerel śpiewał też solowe partie sopranowe w chórze kantora Aschera Liona. Następnie przez trzy lata studiował pod kierunkiem A. B. Marxa (1795-1866), pochodzącego również z żydowskiej rodziny. W Berlińskiej Akademii Sztuki, jako pierwszy żydowski student, zgłębiał zagadnienia kompozycji muzycznej pod kierunkiem Karla Rungenhagena (1778-1851) i Eduarda Grella (1800-1886). Choroba neurologiczna spowodowała, że Lewandowski na cztery lata zmuszony był przerwać naukę. Podczas choroby zetknął się z twórczością kantora Hirsha Weintrauba. Wywarła ona na Louisie tak silne wrażenie, że postanowił zająć się komponowaniem muzyki synagogalnej.  Studia ukończył z wyróżnieniem, otrzymując od Berlińskiej Akademii Śpiewu nagrodę za kompozycję

W 1840 roku został zatrudniony na stanowisku dyrygenta chóru Synagogi Starej w Berlinie.  Wykonywał tam muzykę liturgiczną Salomona Sulzera (1804-1890). W tym czasie kantor Abraham J. Lichtenstein zachęcał Lewandowskiego do napisania muzyki do żydowskich modlitw, czego skutkiem była praca nad własnymi kompozycjami. Okres ten zaowocował znaczącym rozwojem formy muzycznej, stosowanej w liturgii synagogalnej. Powstają wówczas liczne kompozycje.

W 1864 roku powstała w Berlinie Synagoga Nowa, wyposażona w organy, co wpłynęło w istotny sposób na rozwój formy muzycznej, w utworach Louisa Lewandowskiego.

Performed by the Zamir Chorale of Boston at Sanders Theatre, June 3, 2007

Rok 1866 przyniósł Lewandowskiemu tytuł Królewskiego Dyrektora Muzyki, nadany mu przez władze pruskie. Krótko później został dyrygentem chóru Synagogi Nowej w Berlinie. Dla celów liturgii w tej synagodze, Lewandowski napisał kolejne ważne kompozycje. Najważniejsze z nich, to: „Kol Rinnah u-Tefillah” (1871) na chór oraz „Todah ve-Zimrah”(1876-82) na głosy solowe, chór i organy oraz opracował 40 Psalmów na głosy solo, chór i organy.

Szczególne znaczenie dla tego okresu jego twórczości miało opracowanie starożytnych „Melodii Hebrajskich”, na głos kantora, chór i organy. Są one uważane za wybitny przejaw geniuszu muzycznego Lewandowskiego. Pisząc je, kompozytor zmagać się musiał z pewnym problemem technicznym. Część członków chóru, nie miała przygotowania muzycznego i nie była w stanie wykonać zbyt trudnych partii, dlatego struktura muzyczna utworu musiała być stosunkowo prosta. Mimo, iż „Melodie Hebrajskie” charakteryzują się pewną prostotą muzyczną, pełne są przejmującego religijnego żaru.

kreuznacher-diakonie-kantorei Live Konzert 27. September 2008 in Volxheim
Kontrabass: Helmut Kickton

Kulminacją w twórczości kompozytora był rok 1882, gdy powstało jego największe dzieło „Todah W’Simrah” na głos kantora, chór i organy – zbiór utworów obejmujący cały roczny cykl liturgiczny.

Kompozytor nie zamknął się wyłącznie w muzyce synagogalnej. W jego dorobku znajdują się też kantaty. Przejawem muzyki świeckiej są uwertury, symfonie, i pieśni.

Louis Lewandowski był nie tylko wybitnym kompozytorem, lecz również pedagogiem. Nauczał w Wolnej Szkole Żydowskiej i Żydowskim Seminarium Nauczycielskim. Wykształcił licznych, wyróżniających się kantorów synagogalnych. Założył i zarządzał Instytutem dla Starych i Niepełnosprawnych Muzyków.

Kompozytor umarł 4 lutego 1894 roku w Berlinie. Grób Louisa i jego żony Heleny przetrwał wszystkie potworne kataklizmy XX wieku i do dnia dzisiejszego znajduje się na Cmentarzu Żydowskim Weissensee w Berlinie. Na kamieniu nagrobnym  kompozytora znajduje się inskrypcja: „Liebe macht das Lied unsterblich!”  (Miłość czyni pieśń nieśmiertelną!)

Na trwałe do liturgii synagogalnej weszły takie dzieła, jak np. „Uvencho Yomar”, „Zacharti Lach”, wykonywane w Święto Rosh Hashana, oraz  „Ve’al. Chata’im” na Yom Kipur.

Z punktu widzenia muzykologicznego, twórczość Lewandowskiego jest w pełni porównywalna z utworami pisanymi przez innych, powszechnie znanych kompozytorów XIX wieku. W porównaniu z innymi kompozytorami epoki, Lewandowski działał w szczególnych uwarunkowaniach judaizmu reformowanego. Jego geniusz potrafił wspaniale łączyć różne tradycje muzyczne – tradycję liturgiczną Żydów askenazyjskich z niemieckim romantyzmem muzycznym. Posługiwał się zasadami harmonii, typowymi dla ówczesnej muzyki europejskiej, wykorzystując często akompaniament orkiestrowy. Partie solowe kantora pozostają jeszcze w sferze tradycji żydowskiej, podczas, gdy partie chóralne wykazują wpływ Felixa Mendelssohna-Bartholdiego (1809-1847). Muzyka Lewandowskiego jest w stylu mniej romantyczna, od twórczości wielkiego poprzednika Salomona Sulzera (1804-1890). Dla twórczości Lewandowskiego niewątpliwą inspiracją artystyczną była literatura kantatowo-oratoryjna kompozytorów chrześcijańskich. Kompozycje religijne Lewandowskiego charakteryzują się wielogłosowością. Są dowodem głębi religijnych przeżyć kompozytora.

Wydaje się, że nadszedł w końcu czas, by muzyka Louisa Lewandowskiego zajęła należne jej miejsce w polskim życiu muzycznym i w salach koncertowych.

Opracowanie: dr Wojciech Meixner  

Ze świata podręcznych 4

Ewa Maria Slaska

Ewa i Zosia się bronią

Berlin, rok 2009

W dzień po włamaniu spotykam się z mieszkańcami domu w obecności adwokata z instytucji broniącej praw mieszkańców. Musiałam się zapisać do tej instytucji, składka będzie wynosiła około 10 euro miesięcznie. Adwokat nawet nie reaguje na moją opowieść, podczas gdy mówię, ukradkiem pod stołem sprawdza pocztę w telefonie. Nie robi notatek, nie wygłosi komentarza. Gdy skończę, wyjdzie z kawiarni mówiąc, że jak będzie coś miał dla mnie, to się zgłosi. Nigdy się nie zgłosi, a jego obecność przy stole kosztowała mnie w miesięcznych ratach 120 euro. Próbowałam się wypisać, ale niech prawo zawsze prawo znaczy, jak się zapisałam, to muszę być przez rok i nie mogę wypisać się od razu czyli z rocznym wyprzedzeniem. Muszę pamiętać, by to zrobić w czwartym miesiącu przed upływem terminu. Jeśli zapomnę, członkostwo przedłuży się automatycznie.

Korzyść ze spotkania nie jest związana z jakąkolwiek instytucją. Sąsiedzi pomagają mi ustalić tożsamość sprawcy. Tak jak sądziłam, jest narkomanem i mieszka u nas w oficynie, w tym naszym popadającym w ruinę domu, z którego nowy właściciel chce nas wszystkich wyrzucić. Czyli włamywacz mówił prawdę, gdy twierdził, że przysłał go właściciel.

Zgłaszamy na policji imię, nazwisko i adres włamywacza. Jeden z sąsiadów dzwoni na policję, gdy widzi światło w jego oknie. Policja przyjeżdża, zabiera go na przesłuchanie i wieczorem wypuszcza. Nie ma podstaw do zatrzymania. Następnego dnia przywiozą go do mnie, żeby mnie… przeprosił.

Mieszkamy więc sobie w jednym domu, włamywacz na górze a ja na dole. Wynoszę się i odtąd przez trzy miesiące, póki nie wyprowadzę się z tego domu na dobre, będę wieczorami wędrowała z koszulą nocną i kosmetyczką od znajomych do znajomych. On mieszka tam, dopóki na podwórko nie wjadą maszyny budowlane. Czyli on na mnie napadł, ale to ja się tułam.

Próbuję dodzwonić się do instytucji opiekującej się ofiarami przemocy. Zawsze włącza się sekretarka i zawsze słyszę to samo: proszę zostawić wiadomość, niezwłocznie oddzwonimy. Nigdy nie oddzwonili.

Nie chce mi się wierzyć, że nic nikogo nie obchodzi. Idę do adwokatki, polecanej jako osoba specjalizująca się w prowadzeniu spraw, w których stroną pokrzywdzoną jest kobieta. Zapłacę jej za pierwszą wizytę 80 euro, za drugą – nic. Więcej wizyt nie będzie. Podczas pierwszego spotkania mówię, że nie widzę powodu, żeby skarżyć włamywacza – chcę skarżyć właściciela domu i policję. Podczas drugiego spotkania adwokatka powie mi, że nie podejmie się tej sprawy i jak chcę, to przecież jestem dziennikarką, mogę napisać o tym, co się stało.

Ale i z tego bezsensownego wydatku jest pewna korzyść – adwokatka daje mi protokoły policyjne. Stąd wiem, że policja mi nie wierzyła i że zarejestrowali sprawę jako włamanie dopiero wtedy, kiedy – o tak! – “ujęli sprawcę”, o tym, że to my, mieszkańcy naszej kamienicy, go zidentyfikowaliśmy i że policja tylko przyjechała na gotowe, ani słowa.

Nikt nie opublikował mojego artykułu. Napisałam o tym na blogu, bardziej po to, żebym  nie musiała już o tym opowiadać, niż żeby coś uzyskać, bo co zresztą miałabym uzyskać? To właściciel kamienicy uzyskał, co chciał, bo trzech miesiącach wszyscy lokatorzy opuścili dom.

***
M., rok 2017

Dziś w w budynku mieszkalnym, który jest jeszcze sprzed wojny, a w którym znajduje się  mieszkanie mojej matki (i to jest mój rodzinny dom) pozawieszałam kartki z informacją, o tym co się stało. Tu mieszkają starzy ludzie i jeśli czegoś nie wiedzą to powstają plotki. Zatem swoją sytuację opisałam wprost. Mama oburzona, uważa że my kobiety powinnyśmy się wstydzić mówić o tym, zwłaszcza, że to przecież rodzina, mój bratanek a jej wnuk.

Z protokołów przesłuchań wynika również, że Mama Zosi nigdzie nie przyznała, że wnuk ją napastował, jeśli w ogóle, to skarżyła się, że był pijany, używał wulgarnego  słownictwa i zachowywał się agresywnie.

Niestety, nurtuje mnie myśl, że moja sprawa, tak jak Twoja, może mieć drugie dno. Dlatego idzie nam tak trudno. Wydaje mi się czasem, że nasz oprawca ma układ z policją. Co jest powodem tego ” wyjątkowego” traktowania naszych zawiadomień. W sądzie toczy się sprawa o eksmisje i tu są dalsze kuriozalne wydarzenia. (…)

Służby twierdzą, że nie mają narzędzi aby nam pomóc. Istnieje zatem szereg możliwości, aby chronić sprawcę przemocy a ofiarę przemocy domowej podawać w świetle prawa i przed sądem wtórnej przemocy, wiktymizacja. Oswajamy to słowo.

Przesłuchanie. To, co się Zosi udaje, to uzyskanie pomocy ze strony Stowarzyszenia na Rzecz Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie Niebieska Linia i tak też czyli z Niebieską Kartą będzie prowadzona jej sprawa. Zosia żąda odszkodowania 2000 złotych na rzecz Stowarzyszenia. Ale z przesłuchania wynika też zdziwienie, bo dowiaduje się, że jeśli ofiara zdołała nagrać akt przemocy, to te dowody będą powodem komplikacji w ocenie wiarygodności. Nagrania stwarzają pole do prowokacji. Porządnym dowodem, nazwijmy to tak, są ślady pobicia, ale jeśli sprawca wiedział, jak bić, żeby nie zostawiać śladów, to co wtedy? A inne rodzaje znęcania, również takie, z którymi zetknęłam się i ja w areszcie, i Zosia w mieszkaniu matki – na przykład nie dopuszczanie do toalety?

Przesłuchań będzie zresztą kilka. Maglowanie tego wszystkiego na nowo, napisze mi Zosia, jest bardzo deprymujące, odbywa się to w atmosferze ciągłego udowadniania, że to ja mówię prawdę. Bo przecież mogłam sprowokować sprawcę przemocy do przemocy… Podczas jednego z przesłuchań zostanie zapytana, dlaczego jej matka nie schowała nożyczek, którymi groził jej sprawca? Zosia odwraca to pytanie: A dlaczegóż w swoim domu mam chować nożyczki?

To ciągłe wracanie do tamtego wydarzenia buduje we mnie emocje bardzo negatywnie wpływające na mój organizm. Przez sen plącze się wciąż tamta napaść i nawet nie mam świadomości, że to się dzieje. Budzę się rano z napięciem mięśni, budzi mnie strach odczuwany przez sen.

Jej matka nadal mieszka ze sprawcą w jednym mieszkaniu, boi się więc wszystkiego co robi i mówi Zosia, bo to może sprowokować sprawcę. Zosia też się boi. Chodzę do matki gdy nie ma bratanka. Myślę sobie, że to nie jest wyjście, unikanie bratanka bandyty. To mój rodzinny dom i mieszka tam moja matka. Bratanek kryminalista nic nie płaci za używanie a ja mam mu schodzić z drogi, aby był spokój? Dlaczego się nad tym zastanawiam? bo słyszę o wspólnej przestrzeni tego mieszkania i wielu prawach tego człowieka w moim własnym domu. Słyszę w prokuraturze rejonowej składając zeznania i w komendzie policji o tzw. prowokacji do przemocy.

Zastanawiam się, jak można w takiej sytuacji nie prowokować sprawcy, skoro już samą moją obecnością czuje się on dostatecznie sprowokowany do przemocy. Co mam zrobić, gdy matka mi mów, że on jest taki biedny i w zasadzie teraz jej nie zaczepia, bo gdy ona czuje, że “wnuczek” (41 lat mający) przyjdzie pijany, to ona schodzi mu z drogi i kładzie się do łóżka, bo z łóżka jej nie wyciągnie i nie wyrzuci przez okno. Ale boi się tego, że on ją popchnie na podłogę i wtedy ona się połamie. Zatem czy to jest przemoc czy nie? Czy matka odpowiednio się zachowuje, schodząc z linii strzału i nie prowokuje sprawcy ???? bo przecież to jest jej normalne życie. A on był wielokrotnie karany i od 10 lat jest pod opieką kuratora.

Możnaby powiedzieć, wyprowadzić sprawcę z mieszkania, które jest “przestrzenią przemocy”, ale idzie to powoli i, jak to gdzieś określiła Zosia, “okazuje się, że meldunek ma większą siłę niż przemoc”. Możnaby powiedzieć resocjalizacja czyli co na to kurator? Na wniosek kolejnych kuratorów sprawca kilkakrotnie odbywał karę więzienia, po czym wracał do tego samego miejsca, społecznego i fizycznego, z którego szedł za kratki. Czyli od lat wiadomo, co się dzieje i nic się nie zmienia. Możnaby powiedzieć – rodzina, ale kto, skoro ojciec prowadzi biznes w Niemczech, matka (prawniczka!) mieszka w odległym mieście, a oboje nie poczuwają się do odpowiedzialności za syna? Zapewne nie muszą…

Co gorsza, istnieje w społeczeństwie jakieś ukryte przyzwolenie dla przemocy, jakieś nie zauważanie, gdy dzieje się na naszych oczach lub, gdy możemy się jej domyślać. Przypominam sobie własne dzieciństwo. Sąsiad na dole, ubek, o którym wszyscy wiedzieli, że ubek, pił i bił swoją żonę i dzieci. Bił je strasznie, krzyczały, uciekały… Nie przypominam, sobie ani jednej interwencji milicji w naszym domu, nie pamiętam też, by ktokolwiek od nas zszedł na dół i spróbował zatrzymać przemoc lub przynajmniej udzielił schronienia sąsiadce i jej dzieciom.

Bo, napisze Zosia, nie dość, że umiemy zawsze wytłumaczyć sprawcę, a robią to zarówno instytucje, jak sąsiedzi i same ofiary, ale jeszcze za tłumaczeniem sprawcy przemocy idzie szereg uprawnień przemocowych, które, paradoksalnie, wzmacniają go w przekonaniu, że jest bezkarny.

Tylko, pyta Zosia, skąd wziąć pomysł na to, jak obronić się przed agresją i przemocą? A jeśli ja mam z tym problem to jaką szansę na to ma moja mama 88 letnia staruszka nie wychodząca z domu ?? Jaką szansę mają kobiety z mniejszych miast, M. to miasto powiatowe. Co mają robić kobiety na wsiach…? Warto o tym pisać, trzeba o tym mówić. Wczoraj powiedziałam o tym w lokalnym radio. Powiedziałam i powiem tyle razy, aż to zadziała. Nie mam obiekcji przed naruszeniem tzw.wizerunku sprawcy przemocy domowej. Nie obchodzą mnie jego problemy, resocjalizacja w moim domu po 17 latach dobiegła końca i sprawa przemocy w tej rodzinie musi się zakończyć.

Demokracja to cenna rzecz, która wymaga nieustannej troski. A sprawy w M. gdzieś tam z boku świata. My w M. żyjemy wolniej,  wszędzie trwa wariactwo. Jesteśmy jak po zamachu stanu.  A przecież sądy trzeba zmuszać do przestrzegania praw. Mnie się zdarzyło zetknąć z absurdem w sądzie obecnym. A kolejne będą jeszcze gorsze. To, co będzie dalej, pokazuje jak mamy ciągle dużo do zdobienia.  I nie wiem czy uda się nam naprawić to wszystko. Mamy taki piękny kraj …

Zosia ma moc, nie wiem, skąd ją ma, ale ma. Zofia podejmuje działania, nagłaśnia sprawę, chodzi i pisze, zadaje pytania. A potem pisze do mnie:

Ewo, podjęłam decyzję, wezmę udział w wyborach do samorządu. Zgodnie z zasadą “nasze bezpieczeństwo to nasza sprawa”.
💚
Ucałowania trzymaj kciuki za mnie

O tak, trzymajmy kciuki za Zosię. Ratujmy kobiety. Ratujmy nas same, bo nikt nam w tym nie pomoże. Nasze bezpieczeństwo to (niestety) tylko nasza sprawa.

Barataria (29) pana Leśmianowa

Wstęp czyli rokowania doroczne. Wyspiarski cykl Barataria zajął już nam ponad pół roku, a i Leśmian, którego rok się w tym roku jubileuszowo zauroczył, kilkakrotnie już w tym roku wkroczył tu krokiem raczym, przyszło więc, co przyjść musiało, by się tematy oba nadobnie w złoty warkocz sezamowy splotły, Sindbada wędrówkę w poszukiwaniu wysp, skarbów i księżniczek przypominając…

I tak dalej…

Cykl baśni o Sindbadzie żerglarzu składa się z siedmiu opowieści i opowieści wstępnej, a jego motywem są, jak pamiętamy (ale czy aby pamiętamy?), intrygi Diabła Morskiego, który zaczarowanymi listami wywodzi Sindbada z domu, prowadzi na statek i każe mu się włóczyć po morzach, gdzie czekają go niezwykłe przygody. Z każdej Sindbad uchodzi cało, mimo iż list Diabła Morskiego przynosi pecha i jemu, i jego towarzyszom, wraca do domu, gdzie czeka na niego stęskniony wuj Tarabuk, poeta płodny acz mało natchniony czyli po prostu grafoman. Dodajmy jeszcze, że pojęcie “dom” ma w baśni Leśmiana znaczenie umowne i oznacza “sto pałaców i sto ogrodów”, które młodzieniec odziedziczył wraz z tysiącem worów złota i tysiącem beczek srebra oraz sczerniałym zębem pradziadka w hebanowej szkatułce.

Niewykluczone, że postać wuja Tarabuka jest prześmiewczą auto-ironią auto-ra. Wuj Tarabuk miał stolik składany, srebrny kałamarz i złote pióro. Z tymi przyborami chodził na brzeg morza, siadał nad brzegiem i, wsłuchany w szumy morskie, pisał swe wiersze.

Pierwsze zaproszenie do przygody brzmiało tak:

Czeka cię bajka senna w zaklętej krainie,
I królewna stęskniona, co z urody słynie,
I skarby i przepychy i dziwy i czary!
Pędź na lotnym okręcie przez morza obszary,
Zwiedzaj wyspy, półwyspy, lądy i przylądki,
I najdalsze zatoki, najskrytsze zakątki,
Zwalczaj wszelkie przeszkody i wszelkie zawady!
Pędź, leć, płyń bez ustanku! Posłuchaj mej rady!
Tego ci życzy, ukłon przesyłając dworski,
Kochający cię szczerze — twój druh

Diabeł Morski

List został napisany na odwrocie jednego z rękopisów wuja Tarabuka, a przyniosła go Latająca Ryba.

Warszawa: Inst. Wyd. “Bibljoteka Polska”, 1936

Bolesław Leśmian, Przygody Sindbada żeglarza wśród wysp dalekich

Przygoda pierwsza czyli o tym jak okręt, którym płynął Sindbad spotkała złowroga Cisza Morska.

Cisza Morska wzrastała, olbrzymiała, napełniając powietrze coraz większa martwotą. Okręt płynął jeszcze, ale coraz zwalniał biegu. Nagle usłyszałem gromadny i radosny krzyk marynarzy:

— Wyspa! Wyspa! spojrzałem przed siebie i rzeczywiście zobaczyłem w pobliżu zieleniejącą na powierzchni morza małą wysepkę. Okręt, ostatnim wysiłkiem żagli pchnięty, zbliżył się do wysepki i zatrzymał się nagle bez ruchu. Nie było nadziei na to, aby popłynął dalej. Cisza Morska znieruchomiła go zupełnie. Musieliśmy więc stać w miejscu i czekać, aż wiatr jakikolwiek nadejdzie. Część załogi, znudzona bezczynnym wyczekiwaniem wiatru na pokładzie, postanowiła przedostać się na wyspę, aby tam spędzić czas wyczekiwania. Kilkunastu marynarzy wysiadło natychmiast i zaroiło się na wyspie. Wysiadłem i ja za ich przykładem, aby zwiedzić wyspę. Po raz pierwszy bowiem w życiu widziałem wyspę na morzu.

Gdy dotknąłem stopą gruntu wyspy, zdziwiony byłem jego miękkością i sprężystością. Miałem wrażenie, że grunt ten jest żywy i że życie w nim nieustannie pulsuje. Przyłożyłem ucho do ziemi i posłyszałem równomierne odgłosy czy też pukania, podobne do bicia serca. Ponieważ marynarze trzymali się z dala ode mnie, więc samotny błądziłem po wyspie. Zaszedłem na sam jej koniec i stanąłem na brzegu. Wyspa była pokryta dziwacznymi wodorostami i krzewami. Niektóre krzewy były tak gęste i wysokie, że z łatwością mogłem się w nich ukryć. Marynarze zaopatrzyli się w chrust, w pale, a nawet belki, których pod dostatkiem było na okręcie. Rozłożyli ognisko, ażeby upiec kartofle. Wkrótce ognisko wybuchło wesołym, błękitnawo-złotym płomieniem, w którym się kędzierzawiły ruchliwe kłęby burego dymu. Ponieważ nie miałem drzewa i nie mogłem ogniska rozłożyć, wyjąłem z kieszeni nóż podróżny i z lekka zanurzyłem go w ziemi, ażeby zbadać dziwny grunt wyspy. Ledwo dotknąłem gruntu ostrzem swego noża, a natychmiast trysnęła mi w twarz krew zimna, lecz purpurowa. Zdziwiło mnie to zjawisko! Przyszedłem do wniosku, iż zapewne niektóre wyspy posiadają grunt krwisty. Tymczasem dym z ogniska buchał coraz gwałtowniej. Chrust i drzewo rozżarzyły się tak, że upał i żar od głowni napełnił Ciszą Morską przejęte i stężałe powietrze. Spojrzałem w stronę ogniska i zauważyłem, że grunt wyspy, jego żarem i płomieniem dotknięty, zaczyna skwierczeć i syczeć boleśnie, jakby go żywcem smażono lub pieczono. I rzeczywiście, zapach smażonej czy też pieczonej ryby napełnił naraz powietrze. Po chwili zauważyłem, że pod wpływem żarów ogniska, cała wyspa zaczyna kurczyć się, poruszać i chwiać się w swoich posadach. Przyłożyłem znów ucho do ziemi i dosłyszałem szybsze i gwałtowniejsze uderzenia zagadkowego serca, podobne tym razem do niespokojnych uderzeń młota o kielnię. Grunt zakołysał się pode mną i usłyszałem nagle głos kapitana, stojącego na przodzie okrętu:
— Co tchu opuścić wyspę! To nie wyspa, lecz grzbiet wieloryba! Cielsko jego pogrąża się w morzu! Utoniecie wszyscy!
Na ten okrzyk kapitana, marynarze w okamgnieniu przedostali się z domniemanej wyspy na okręt. Nagły i niespodziany wicher powiał od północy. Żagle się wzdęły i okręt począł szybko odpływać. Ponieważ byłem na samym końcu olbrzymiego cielska, pokrytego wodorostami, więc nie zdążyłem wraz z tłumem marynarzy dobiec do okrętu. Kilka razy krzyknąłem, wołając o pomoc, ale nikt mnie nie słyszał. Może wicher zagłuszył dźwięki mego głosu, a może marynarze chcieli się mnie pozbyć i udawali, że wołań moich nie słyszą. Kapitana zaś nie było już na pokładzie. Zszedł zapewne do kajuty. Okręt odpływał tak szybko, że po chwili widniał moim oczom jako łódź drobna, mnóstwem żagli białych nadmiernie oskrzydlona. Zostałem sam na rozedrganym i kołyszącym się cielsku wieloryba.

 

Wieloryb-wyspa to znany motyw baśniowy, bodaj czy nie zapoczątkowany przez wielebnego baśniowego średniowiecznego świętego Brendana, a na wyspie-wielorybie byli też pan Maluśkiewicz i Koziołek Matołek. Jest to oczywiście przygoda odwrotna do tego, co zdarzyło się innemu pechowcowi literackiemu, Jonaszowi, który został połknięty przez wieloryba. I nie myślmy, że to bajka. Każdego z nas może kiedyś połknąć wieloryb, każda wyspa skarbów i rozkoszy może się okazać wielorybem i nas utopić.

Wieloryb pogrążył się w morzu, ale Sindbad zdołał uchwycić porzuconą przez marynarzy belkę (Marynarze zaopatrzyli się w chrust, w pale, a nawet belki, których pod dostatkiem było na okręcie. Aczkolwiek, nasuwa się tu niespokojne pytanie, po co znudzeni ciszą morską marynarze zabrali ze sobą belkę, udając się na zwiedzanie wyspy? Ba? Nie ma odpowiedzi.)

Po upiornej nocy sztormowej, którą Sinbad spędził na belce, pojawi się następna wyspa – nieznana, pokryta zielenią drzew olbrzymich. (…) Zaledwo pół godziny ubiegło od czasu, gdy wyspę zobaczyłem, a już dosięgnąłem jej brzegów. Po chwili belka jednym końcem uderzyła o brzeg wyspy. Chwyciłem dłonią za krzew, który ponad brzegiem zwisał, i wypełzłem z morza na wyspę.

Przepiękne konie z rozwianymi grzywami pasły się na morskim brzegu.

O dziwo, nie była to wyspa bezludna.

Uszedłszy sporo kroków, spostrzegłem grotę. We wnętrzu tej groty siedziało kilkunastu ludzi, bogato ubranych. Zauważyli mnie od razu i wybiegli z groty, aby mnie zatrzymać.
— Stój! — zawołał jeden z tych ludzi — skąd idziesz i dokąd?
— Idę wprost z morza — odrzekłem — zaś dokąd idę — nie wiem.

Ludzie ci zaprosili Sindbada do jaskini i ugościli go.

— Jesteśmy masztalerzami króla Miraża, który jest królem tej wyspy oraz wielu wysp okolicznych. Co rok dzień jeden spędzamy na tej wyspie wraz z tysiącem koni królewskich. Gdybyś o dzień jeden się spóźnił, już byś nas nie zastał, gdyż jutro, skoro świt, wracamy do stolicy. Drogi tej wyspy są tak błędne i tajemnicze, że bez naszej pomocy zabłąkałbyś się niechybnie i zginąłbyś z głodu. (…). O trzeciej minut pięć wynurza się z morza na brzeg wyspy Koń Morski i wyprawia na brzegu swe chełpliwe harce, pląsy i skoki. Konie królewskie przyglądają się tym harcom, pląsom i skokom i mimo woli zaczynają je naśladować, nabierając cudownych ruchów. Tym sposobem kształcimy konie królewskie. Lecz Koń Morski, po ukończeniu swych pląsów, harców i skoków, rzuca się na nasze konie, aby je pożreć. Wówczas odstraszamy go krzykiem, przed którym uchodzi z powrotem do morza. Jeśli chcesz przyjrzeć się temu zjawisku, chodź z nami na brzeg wyspy, gdyż natychmiast wszyscy tam idziemy. (…) Był to niezwykły i prawie czarodziejski koń maści zielonej jak fala morska. Miał zielone ślepie, zieloną grzywę, zielony ogon i zielone kopyta. Poruszył chrapami, zgiął szyję w łuk i zaczął harcować, pląsać i podskakiwać tak cudownie, że nie mogłem oczu od niego oderwać. Falowała mu grzywa i falował grzbiet. Zdawało się chwilami, że to fala morska pląsa na brzegu.

Niebezpieczeństwo groziło zresztą nie tylko koniom, ale i samemu Sindbadowi. Masztalerze królewscy powinni go byli zabić, by nigdy nie zdradził tajemnicy cudownego tańca królewskich wierzchowców. Jak to w bajkach bywa – nie uczynili tego. Odprowadzili go do miasta i tam się z nim rozstali. Widok tego miasta napełnił mnie podziwem! opowie potem Sindbad. Bruki, cegły domów, dachy, okna — wszystko było zielone, koloru fali morskiej. Zdawało mi się, że przez szkło zielone na świat spoglądam.

Sindbad dotarł do wielkiego placu, gdzie poddani króla Miraża jak co roku świętowali urodziny księżniczki Piruzy. To już zdarzenie całkowicie w stylu Baratarii, a Sindbad wpisuje się w długą listę mędrków-cwaniaków, którzy stają do zawodów rozwiązywania zagadek, by zdobyć rękę księżniczki, koronę i pół królestwa. Zagadki to starożytna gra o szczęście i, jak na pewno pamiętamy, zawsze źle się kończy. Edyp żeni się z własną matką i wiadomo, co z tego wynika, Hobbit wygrywa pierścień, który i tak już znalazł, i który potem z najwyższym wysiłkiem trzeba będzie zniszczyć w otchłaniach Mordoru, żeby on z kolei nie zniszczył świata. Nie inaczej będzie z Sindbadem, choć wydaje się, że zagadki zostały ułożone tak, by tylko on jeden mógł je rozwiązać.

Pierwsze pytanie:
jaka pogoda pomimo pogody zwiastuje klęski, nieszczęścia i szkody
?
Drugie pytanie:
co to za tancerz, który pląsa po to, by pożreć innych, gdy tańczą z ochotą?
Trzecie pytanie:
kto listy pisze wpośród fal powodzi, i, będąc diabłem, z piekła nie pochodzi?

Podobnie jak Sindbad my już znamy odpowiedzi: cisza morska, koń morski i diabeł morski. Sindbad zdobywa rękę księżniczki, a ta opowiada mu o kolejnej czarodziejskiej wyspie, gdzie mieszka potwór Degial. Księżniczka Piruza okazuje się kobietą rezolutną i emancypowaną. Gdy tylko wyjdzie za mąż i stanie się samodzielna, zamierza skorzystać z czarodziejskiego amuletu i odwiedzić wyspę Degiala, który ukrywa się…

…przed okiem ludzkim i, sam niewidzialny, widzi wszystkich i wszystko dokoła. Nienawidzi ludzi, roślin i zwierząt — kocha tylko muzykę i napełnia powietrze wyspy nieustannym brzmieniem gongów, podobnym do mosiężnego brzmienia wielkich i potężnych dzwonów. Brzmienie to oszałamia ludzi, zwierzęta, a nawet rośliny, i odbiera im przytomność. Jeden z marynarzy, który tę wyspę zwiedził, opowiadał mi, że zastał tam ostatnią nieprzytomną różę i ostatniego zemdlonego ptaka. Zresztą żadne żywe stworzenie istnieć na tej wyspie nie może. Jest pusta, smutna, pokryta skałami i zasłuchana w nieustanne brzmienia gongów.

Sindbad natychmiast, a więc jeszcze przed ślubem, udaje się na wyspę (to już trzecia wyspa podczas tej podróży), która jest dokładnie taka, jak mu to opowiedziała jego piękna narzeczona (czy powiedziałam już, że była piękna?). Wyspa jest nie tylko bezludna ale pozbawiona wszelkiego życia, a z dziwnego ukrycia nie wiadomo gdzie spogląda na przybysza wszystkowidzący potwór. Sindbad go znieważa, potwór z zemsty produkuje identycznego jak on sobowtóra i… oczywiście, wiemy już, to on wróci do stolicy i zostanie mężem księżniczki. Będzie miał też dla niej niezwykły podarunek ślubny – złotą księgę:

— Nie jest to księga zwykła. Przeciwnie — jest to księga niezwykła. Dziwna, najdziwniejsza ze wszystkich ksiąg na świecie. Zapewne ci wiadomo, piękna Piruzo, że z powodu nieustannego brzmienia gongów żadna roślina, żaden zwierz, żaden człowiek nie mógł istnieć na wyspie Degiala. Wszystko tam powoli zamarło. Lecz potężny Degial zamienił w malowidła — oszołomione dźwiękami gongów rośliny, zwierzęta i mieszkańców tej wyspy. Z tych malowideł duch niewidzialny ułożył księgę i przechowywał ją w szczelinie skalnej, jako pamiątkę kwitnącego niegdyś życia i wesela. A wszystko tu żyje i śpiewa i porusza się w tej książce — tylko w zmniejszeniu. Zobaczysz tu zmniejszone drzewa, zmniejszonych ludzi i zmniejszone zwierzęta. Pomimo zmniejszenia życie w tej księdze płynie tak, jak niegdyś płynęło na wyspie. Za zimą idzie wiosna, za wiosną — lato, za latem jesień. Mieszkańcy tej księgi sieją i orzą, i budują nowe pałace, i wyprawiają huczne wesela, i śmieją się, i płaczą, i grzebią swych umarłych, i witają swych nowo narodzonych. Musiałem walczyć z Degialem, aby mu tę księgę odebrać. Walka była straszna i niebezpieczna. Chętnie jednak naraziłem swe życie, byleby tylko przynieść ci w podarku ślubnym tę księgę. Zajrzyj do niej, a zobaczysz, że jest cudowna.

Sobowtór wygrywa. Sroga to kara.

Podobno każda opowieść o Sindbadzie uczy nas czterech mądrości, a ja na razie nauczyłam się tylko jednej: uważaj, bo każda wyspa może się okazać wielorybem. Gdy się głębiej zastanowię, odkrywam jeszcze jedną myśl, choć może jest to myśl ta sama, tylko inaczej wyrażona: W ciągu jednej chwili straciłem wszystko, co zdobyłem też w ciągu chwili jednej. Straciłem Piruzę, straciłem pół królestwa, straciłem koronę, która za kilka godzin miała ozdobić moje czoło!, mówi Sindbad. A więc: uważaj, bo zawsze możesz stracić wszystko, co właśnie zdobyłeś.

A dwie pozostałe mądrości?

Ze świata podręcznych 3

Dalszy ciąg piątkowych wpisów o przemocy wobec kobiet w naszych normalnych cywilizowanych europejskich państwach (a nie w Ruandzie czy Iraku). W ubiegły piątek wpis się nie ukazał, a wierni Czytelnicy wiedzą dlaczego – bo “pierwsze piątki miesiąca” to termin wpisów Romka Brodowskiego. Dziś wracam do tematu.

Ewa Maria Slaska

Równouprawnienie kobiet w policji i milicji

Berlin, czerwiec 2009 (Gdańsk, grudzień 1982)

Gdy wezwałam policję, zaskoczyło mnie, że przyszło w sumie aż sześć osób, w tym jedna kobieta. Uświadomiłam sobie, że zapewne jest jakiś przepis, aby w kontaktach policji z obywatelem uczestniczyły również kobiety, bo zgodnie z zamysłem prawo- i pracodawcy ma to zapewnić równość w traktowaniu. Pochodzę z Polski komunistycznej i równość w traktowaniu przez policję (oczywiście: milicję) przerobiłam na własnej skórze. Zostałam zatrzymana w ramach wielkiej akcji zatrzymań i aresztowań, jaką władze zorganizowały w Gdańsku na pożegnanie stanu wojennego czyli w grudniu 1982 roku. Od stycznia stan wojenny, taki jaki znaliśmy przez cały rok 1982, pozostawał wprawdzie nadal w mocy, ale wiele przepisów zostało zawieszonych. Zanim to jednak nastąpiło, zrobiono nam pokazówkę. W ciągu jednej wieczornej akcji w dzień przed Wigilią 1982 zgarnięto 250 osób. Był to przemiły gest, pozwalający zabrać podejrzanych z samego środka życia rodzinnego – ja akurat mieliłam mak na kutię. Przyszło czterech uzbrojonych “panów”. Najpierw zrobili rewizję czyli przewrócili wszystko do góry nogami (zrobili to nieudolnie i nic nie znaleźli, a zapewniam, że było co znaleźć), a potem zabrali mnie i moją maszynę do pisania, bo przecież coś musieli zabrać wraz ze mną. Gdy już miałam za sobą czekanie na twardym krześle w poczekalni pełnej propagandowych plakatów, wstępne przesłuchanie i inne aresztanckie rozrywki, zostałam wysłana na rewizję osobistą, którą przeprowadziły dwie kobiety – milicjantka i lekarka. Nie były specjalnie brutalne, ale nie można też powiedzieć, że były to osoby delikatne w obejściu. Lekarka mnie obsłuchała, zajrzała mi do gardła  i gdzie indziej, i zadała pytanie, czy jestem zdrowa. “Jestem po serii antybiotyków po ostrym zapaleniu oskrzeli”, odpowiedziałam zgodnie z prawdą. “Nadaje się do zatrzymania w areszcie”, podyktowała kobieta-doktor kobiecie-milicjant.
Wszystko było najzupełniej zgodne z prawem i wytycznymi na rzecz równouprawnienia kobiet, a i dbałości o zdrowie obywatela.

Tym razem niemiecka policjantka jeszcze mniej miała ze mną kontaktu niż obie kobiety z aresztu śledczego na Kurkowej w Gdańsku. Nie zadała mi ani jednego pytania, nawet o to, czy jestem zdrowa. A było o co pytać, w końcu włamał się do mnie facet, który powiedział, że przyszedł mnie zabić, spędziłam z nim cztery godziny i sama się go pozbyłam, żeby zadzwonić po policję. “Mogło mi było coś być”, że się tak wyrażę eufeministycznie-gramatycznie. Nikogo to nie interesowało. Faceci mnie przesłuchiwali, a jak nie umiałam od razu zebrać myśli, żeby im (o 6 rano po nieprzespanej nocy!) sprawnie, poprawnie i logicznie odpowiedzieć na pytania (na przykład, skoro włamywacz powiedział, że chce mnie zabić, to dlaczego mnie nie zabił?), poganiali mnie, a jednocześnie wyciągali sobie wnioski, którymi się jednak ze mną nie dzielili. Zanim się dowiem, jakie to były wnioski minie jeszcze sporo czasu i sporo się w tym międzyczasie zdarzy, powiem więc może już teraz, że uznali, iż wszystko co opowiadam, to jedno wielkie łgarstwo, a tak naprawdę pokłóciłam się z młodszym ode mnie kochankiem i teraz na niego z zemsty donoszę…

To może tłumaczy, dlaczego nikt się mną nie przejmował i nikt nie traktował poważnie swoich obowiązków… No ale ja tego nie wiedziałam i bardzo się dziwiłam… Złożyłam więc skargę i po miesiącu dostałam odpowiedź, że instancje kontrolne nie dopatrzyły się żadnych uchybień w sposobie, w jaki policja potraktowała moją sprawę (a wciąż jeszcze nie wiedziałam, co sobie tak naprawdę myśleli policjanci i co zapisali w protokołach).

***

Mrągowo, lipiec 2017

Nie wiemy, co sobie myśleli policjanci, którzy przyjechali do Zosi, dość, że i nią nikt się nie przejmował i nikt nie traktował poważnie swoich obowiązków. Tak dalece, że Zosia złożyła na nich skargę i założyła stronę na facebooku: Mrągowo bez przemocy.

Na tej specjalnie stworzonej – dodam przez mojego młodszego syna – stronie możecie znaleźć szereg porad wynikających z moich osobistych doświadczeń gdy postanowiłam przestać być ofiarą i powiedziałam dość przemocy domowej. (…) Chcemy żyć w mieście ludzi aktywnych, które może być przyjazne dla swoich mieszańców. Wierzę, że razem skutecznie możemy przeciwdziałać nadaktywności sprawców przemocy i z całego serca dziękuję, że jesteście z nami tej samej myśli. Mrągowo to dobre miejsce do życia

Tak ma być, a na razie jest jednak inaczej.

Znane są mi już personalia i stopnie służbowe policjantów, którzy swoim zachowaniem uniemożliwili mi otrzymanie pomocy zagwarantowanej ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – w dniu gdy zostałam ofiarą przemocy w moim mieszkaniu uczestniczący w interwencji patrol policji m.in. nie przyjął naszych zeznań, moich i mojej matki, asystował sprawcy przemocy w poszturchiwaniu mnie i penetracji mieszkania, a na koniec razem ze sprawcą zamknął mnie i moją matkę na klucz w domu.

I tylko skąd wziąć pomysł na to aby obronić się przed agresją i przemocą. A jeśli ja mam z tym problem, to pomyślcie, jaką szansę na to ma moja mama, 88-letnia kobieta, niepełnosprawna i nie wychodząca z domu?? Jaką szansę mają kobiety z mniejszych miast niż nasze Mrągowo, a to jest miasto powiatowe. Co mają robić kobiety na wsiach…?
Warto o tym pisać trzeba o tym mówić. Powiedziałam i powiem tyle razy, aż zadziała ustawa, której nie respektują służby do tego powołane.
Bratanek dokonuje stale przemocy w moim domu, a po 17 latach uznaję, że wszyscy tak naprawdę pomagają sprawcy przemocy, uskrzydlając agresora czynią z niego przestępcę a nas – moją rodzinę – zmuszają do przyjęcia nieustannych tłumaczeń, że przecież musimy zrozumieć, że jest mu ciężko, bo on ma dużo problemów – zatem ja się pytam – czy Państwo sądzą, że my nie mamy problemów? Ustawiczne tłumaczenie sprawców pogłębia patologię i nie rozwiązuje problemu – dlaczego tak jest ? Chcemy żyć w mieście ludzi aktywnych i twórczych, mieście wolnym od przemocy…

(…) Złożyłam zawiadomienie do WKP oraz Prokuratury Rejonowej, składałam już zeznania i na moją prośbę otrzymałam protokół z rozmowy z Panią Prokurator, skorzystałam z prawa złożenia formalnej skargi. Myślę, że warto byśmy wszyscy się uczyli, jak egzekwować swoje prawa, po to powstają ustawy, mamy Konstytucję i to od nas zależy, co się będzie działo z naszą wolnością. Nie widzisz – to nie wiesz, nie słyszysz – to nie musisz nic mówić – bo przecież gdy nie ma sprawy nie trzeba nic robić – im właśnie o to chodzi – aby pozostać bezkarnym. Smutne gdy tę postawę reprezentuje policja. I to oni nas mają chronić, proszą o współdziałanie, by przeciwdziałać patologii i znieczulicy.

Nasz rok leśmianowski

Plakat wystawy o Bolesławie Leśmianie w Zamościu

„Poeta i Notariusz Bolesław Leśmian w Zamościu”.
Muzeum Zamojskie we współpracy z Archiwum Państwowym w Zamościu
Wernisaż – piątek, 4 sierpnia o godz. 17.00
w Galerii Rzeźby prof. Mariana Koniecznego w Zamościu, przy ul. Łukasińskiego 2b

Bolesław Leśmian

Sen wiejski

Z tomu Dziejba leśna

Śni mi się czasem wieś, którą, wbrew losom,
Wysiłkiem marzeń przymuszam do trwania,
Czując, jak przymus co chwila jej wzbrania
Zniknąć, gdy właśnie zmyślonym niebiosom
Oczyma ledwo naznaczyłem w próżni
Miejsce spotkania snu mego z błękitem.
Drzewa mię nęcą naocznym rozkwitem –
Czasem się tylko jakiś liść opóźni
Lub gałąź, nic tak zjawiona, przez szpary
Snu w mrok wybiegnie ponad snu zamiary…
A zresztą – wieczór żmudny, nieustanny,
Z pola znużone wracają dziewczęta,
Wadząc spódnicą o złote dziewanny,
O których sen mój, że śnią się, pamięta.
A kroki dziewcząt – uparte, bezgłośne
I jednoczesne, i dziwnie nieznośne,
Jakby szły po to, by mi tylko dowieść,
Że idą, dbałe o pył, co się zrywa
Spod stóp ku zorzy. I jak we śnie bywa,
Gdy życie wkracza we własną opowieść,
Wiem o nich wszystko… A one mą wiedzę
Zgadują na wskroś, że nic ta i pusta,
I dalej idą, wypełniając miedzę
I umiejętnie rozchylając usta
jakby do śpiewu. Choć śpiewu nie słyszę,
Wiem, że śpiewają – i wsłuchany w ciszę
Ich warg, niemotą drętwych beznadziejną,
Te słowa chwytam na pozór kolejno:
“Czy kto nas wyśnił? I skąd nasza dola?
I czy to prawda, że wracamy z pola?
I czy to prawda, że my w sobie – żywe?
Śnijmy się nadal – zgodne i cierpliwe!”
Choć słów tych nic ma, lecz słyszę je w chwili,
Kiedy pomyślę, że tak być powinno.
Zorza ku głębiom strumieni się chyli,
Ściekając złotem i purpurą płynną,
Bieleją brzozy, krwawią się czereśnie –
Wszystko to we śnie.

Włodzimierz Przerwa Tetmajer, “Żniwa”, 1902

Wszystko to we śnie. Gdy chylę w sen głowę,
Dziewczęta chylą tak samo swe skronie…
Przechodzą teraz przez nagłą dąbrowę,
Której nic było, a która ustronie
Wprzód upatrzywszy, w sieć snu siebie chwyta
I na spotkanie idącym rozkwita,
Szumiąc zieleni zaklętą pierwszyzną,
Nieprzewidzianą, a bujną i żyzną,
Wśród której życic, przemieszane z zorzą,
Przeświecające wraz z niebem przez liście,
Purpurowieje mętnie i cieniście.
Na widnokręgu obłoki się mnożą.
Od dziewcząt cienie padają ukośne
I jednoczesne, i dziwnie nieznośne,
Jak gdyby po to wysnuły się drogą,
Aby mi dowieść, że mają od kogo
I na co upaść… I błędne motyle
Na pokaz, z trudem swój kształt w zorzy trwałą.
Teraz chcę zliczyć tłum dziewcząt, co falą
Płynie po kwiatach – jest tyle a tyle,
To wszystko – liczby określić nie umiem,
Ale ją na wskroś i żywcem rozumiem,
Jak gdyby była nic liczbą, lecz spadem
Ciał w głąb na oścież rozwartego ducha.
Już czerwiec, skrząc się, biegnie moim sadem,
A w chacie mojej – noc lipcowa, głucha,
A w polu wieczór dogasa sierpniowy.
jakiż to miesiąc zmącił sny mej głowy?
Mijają Lipce i Sierpnie, i Wrześnie…
Wszystko to we śnie.

Kazimierz Sichulski, Pasterz (Hucuł z owcami), 1906

Wszystko to we śnie! I wszystko przemija,
Nie przemijając. I trwa wieś niczyja
I wieczór, złotą znakowany smugą.
O, jakże znikąd i jakże już długo
Idą te z pola znużone dziewczęta!
I ja wraz z nimi! Bo i mnie też peta
Żądza przebycia nad strumieni wodą
Nagłego lasu, co złudnie sie spiętrza,
Ale nie mogę wejść cały do wnętrza
Mego snu: jestem sam sobie przegrodą.
Choć w nim się błąkam, choć dłońmi obiema
Dotykam kwiatów, wiem, że mnie tam nie ma.
Dziewczęta wzajem poprzez mgieł błękitność
Wskazują sobie moją tam niebytność
I sad, gdzie mogłem w cieniu grusz i śliwek
Czekać na przyjście ich wśród drzew bezładu,
I popod płotem tego właśnie sadu
Siadają rzędem na wspólny przyśniwek
O tym, co serce niewoli do bicia –
Czy pozyskanie, czyli strata życia?
I o tym jeszcze, co słodsze dla ciała –
Sen, który gaśnic, czy jawa, co pała?
I o tym jeszcze, skąd przyszła ich dola?
I czy to prawda, że wracają z pola?
I czy to prawda, że zjawiona w ciszy,
Pierś ich tym żyje, że swój oddech słyszy?
I tak śnią chórem chciwie, pracowicie,
Dłonią w swych piersiach przytrzymując życie,
A która dośni do końca – ta gaśnie.
Gasną kolejno, bez żalu. Już właśnie
W ostatniej tli się snu reszta ostatnia,
Która się w zorzy jeszcze wyszkarłatnia,
A i ta z wolna do śmierci nawyka
l w mgle samochcąc bez śladu zanika,
W tej mgle, co w dal się rozwiewa bezkreśnie…
Wszystko to we śnie.

Alfred Wierusz-Kowalski, Dożynki, 1880-1890

Macron i inni

Ewa Maria Slaska

Isabelle Huppert i Kevin Azaïs

Jakiś  czas temu Krystyna Koziewicz, poruszona zalewem nienawistnych komentarzy na temat młodego prezydenta Francji i jego o ponad 20 lat starszej żony, opublikowała TU wpis o tym, jak zakochał się w niej młody chłopak, kolega jej syna. Ukuliśmy wtedy, wspólnie z Czytelnikami i komentatorami na Facebooku, termin makronizmy. Makronizmy czyli historie o miłości chłopców czy młodych mężczyzn do starszej od siebie kobiety.

Sugerowałam wówczas, że być może wszyscy (albo przynajmniej wielu z nas) znamy podobne sytuacje z własnego życia, tylko najzwyczajniej w świecie nie chcemy się do tego przyznać.

No i proszę, w kilka tygodni później na ekrany kin w Niemczech wchodzi kolejna historia z cyklu “makronizmy wiecznie żywe” z Isabelle Huppert w roli głównej.

Film składa się z dwóch wątków, miłości i powrotu gwiazdy piosenki na scenę po 30 latach. Mam nadzieję, że nie popsuję Wam przyjemności obejrzenia tego filmu w kinach, jeśli zdradzę, że o ile wątek “powrotu gwiazdy” jest nader nieprzekonujący, to wątek miłosny jest jak najbardziej przekonujący. Każdy, młody i stary, mężczyzna, kobieta i dziecko, jest w stanie zakochać się kobiecie po sześćdziesiątce jeżeli wygląda ona tak jak Isabelle Huppert w tym filmie…

Ach!

Film, jak to francuskie filmy “na wakacje”, jest bajką i nie można go brać zbyt poważnie, ale latem, nawet jeśli pada, bardzo jest dobrze przez dwie godziny zapomnieć o sobie, o świecie, o Polsce…

Reżyseria Bavo Defurne
Producent Yves Verbraeken
Scenariusz Bavo Defurne
Yves Verbraeken
Jacques Boon
Występują Isabelle Huppert
Kévin Azaïs
Johan Leysen
Muzyka Pink Martini
Premiera
  • 24 sierpnia 2016 (Angoulême)
  • 21 grudnia 2016 (France)
Produkcja Francja, Belgia, Luksemburg
Język Francuski

Ze świata podręcznych 2

Przeczytajcie proszę najpierw wpis sprzed tygodnia

Ewa Maria Slaska

“Skarga na czynności policji”

Do mnie wszedł w nocy włamywacz.

Danusię okradziono w autobusie.

Zosię zaatakował bratanek w mieszkaniu, w którym sprawca mieszka wraz ze swoją babcią, a matką Zosi. Mieszkanie jest własnością Zosi.

Oczywiście każda z nas trzech zgłosiła swój problem na policji. Danusia poszła na posterunek, gdzie przyjęto ją miło i grzecznie, ale nie podjęto żadnej czynności, bo nikt nie ściga kieszonkowców.

Tak właśnie jest. W Niemczech też nikt nie ściga kieszonkowców, którzy mogą grasować bezkarnie. Sklepy dla ochrony swojego towaru, a nie nas – klientów, zatrudniają straż lub detektywów, na ulicy, w środkach komunikacji miejskiej i w ogóle w miejscach publicznych nie chroni nas nikt oprócz, być może, czujnego oka innych użytkowników wspólnej przestrzeni. Gdzie niegdzie wiszą ostrzeżenia, żebyśmy uważali, bo tu czy tam grasują kieszonkowcy. I to by było na tyle…

Nikt więc w sprawie Danusi niczego nie zrobił, na razie zatem pominę jej sprawę, ale jeszcze do niej wrócę, zapewne jednak dopiero w następnym odcinku. Dziś zajmę się Zosią i mną.

Z góry uprzedzam, nie myślcie sobie, że skoro u mnie był włamywacz, a Zosia została zaatakowana przez pijanego członka rodziny, co oznacza, że były to przestępstwa poważniejsze niż kradzież kieszonkowa, to, powtarzam, nie myślcie sobie, że ktokolwiek nam w czymkolwiek pomógł. Przeciwnie, zachowanie policji udowodniło nam obu, że ściganie przestępstwa nikogo nie obchodzi, a nasze bezpieczeństwo to nasza własna sprawa. Nie wiem jak Zosia, ale ja to usłyszałam w takiej właśnie formie.

Ale, jak (podobno) mawiali autorzy groszowych powieści, nie uprzedzajmy wypadków…

Patrząc przez okno na stojącego na ulicy włamywacza (stał i palił papierosa, mojego zresztą, bo ukradł mi pieniądze, klucze i komórkę, ale wychodząc zabrał mi też papierosy), wezwałam policję. Powiedziałam, że facet stoi pod oknem, więc niech może podejdzie dwóch cywili… Dowiedziałam się, że nie moją sprawą jest pouczanie policji, co ma robić.  Patrol na sygnale pojawił się w miarę szybko, włamywacz zdeptał papierosa i odszedł sobie spokojnym krokiem.

Przyszło pięciu rosłych facetów i jedna całkiem rosła kobieta.

Próbowałam ich przekonać, żeby udali się spiesznie za włamywaczem, to może go jeszcze złapią, na co usłyszałam, że oni nie są od tego, żeby ścigać przestępcę, a poza tym przecież jeszcze nie wiadomo, czy jakieś przestępstwo miało miejsce i najpierw to oni muszą przesłuchać mnie.

Przesłuchali i widać było, że nie wierzą ani jednemu mojemu słowu. Byłam zdrowa, cała i… podejrzana. Przestępcy nie było. Zachodziło podejrzenie, że albo w ogóle zmyślam, albo kogoś w złej wierze oskarżam. Pokazałam kubek, z którego pił włamywacz (ślina, badania DNA, odciski palców), ale policjanci wzruszyli tylko ramionami… To też nie jest ich sprawa, tym się zajmą koledzy. Ci spisali, co chcieli spisać i poszli, zapowiadając, że nie mam wychodzić z domu, bo najpierw przyjdą fachowcy z ekipy zabezpieczania śladów, a potem pan komisarz.

Jak to, zapytałam, zostawicie mnie samą w mieszkaniu, do którego w nocy bez trudu wszedł włamywacz, a więc teraz też może wejść?

Odpowiedź brzmiała: Tak…

Ciąg dalszy mojej sprawy nastąpi. Teraz Zosia.

Zosia napisała skargę:

Do Prokuratury Rejonowej w M.
Do wiadomości Komendy Powiatowej Policji w M.

Skarga na czynności służbowe patrolu Komendy Powiatowej Policji w M. w dniu 11 lipca 2017 r wezwanego do przemocy domowej pod adres… w M.

W dniu 11 lipca 2017 r. ja niżej podpisana będąc ofiarą przemocy dokonanej przez ML (szarpanie za ręce, wielokrotne uderzanie drzwiami, przemoc słowna, grożenie niebezpiecznym narzędziem) wezwałam patrol policji.  Patrol odmówił wylegitymowania się legitymacjami służbowymi i nie podjął żadnych czynności służbowych. Mimo stwierdzenia, że ML znajduje się pod wpływem alkoholu, policjanci nie użyli alkomatu i odjechali, zostawiając napastnika wraz ze mną i moją matką w miejscu dokonania przemocy. Policja nie podjęła żadnych czynności przewidzianych przez przepisy Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Z tego względu … zgłaszam skargę… i załączam dowody (nagranie, opinia sądowo–lekarska i zaświadczenie lekarskie).

Na zdjęciu Zosia uśmiecha się mimo wszystko. Pochwaliłam ją za to, bo jest dzielna, bo się uśmiecha, bo szuka pociechy w kwiatach i w tym, co piękne. Uśmiecha się, bo tak nas nauczono – mamy za wszelką cenę się nie dać i trzymać fason. Jesteśmy dzielne, mamy być dzielne. Nie dać się, stawić czoła… Ale tak naprawdę mamy być dzielne, bo nikogo nie obchodzą uczucia podręcznych…

***
Gdyby, któryś z czytelników nic nie wiedział o podręcznych, to proszę bardzo tu jest wszystko wyjaśnione

Barataria 28 San Escobar

Oczywiście! No oczywiście! San Escobar to też Barataria! Baratarianie na San Escobar nie mają wolnych sądów ani trójpodziału władzy, bo nie potrzebują, ustrój jak klimat, jest tam po prostu idealny, w ogrodach San Escobar nie kwitną białe róże (a może, jak w ogrodzie Królowej Śniegu, w ogóle nie ma róż), ale życie tam nie jest ograniczone żadnymi barierami, są, co najwyżej, barierki…  

Ostatnio podczas jednej z demonstracji ktoś zaproponował, żeby wysłać naszą władzę na jakąś wyspę. Okazało się, że, jako specjalistka do spraw wyspiarskich, to ja mam ją wybrać. No ale co tu wybierać, skoro oni już sobie stworzyli swoje magiczne wyspiarskie państwo tropikalne. Niech sobie tam wszyscy jadą, niech tam będą bogaci i szczęśliwi, ale – bardzo prosimy – niech już nigdy nie wracają…

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące, wyspy na lądzie

Gdy minister spraw zagranicznych Najjaśniejszej, Witold Waszczykowski stworzył nieistniejący kraj, cała Polska zmieniła się w platońską republikę gorliwych baratarystów, wymyślaczy światów nieistniejących. San Escobar otrzymał profile w mediach społecznościowych, ma stolicę, flagę, herb, hymn, walutę, historię, literaturę, festiwale muzyczne. Do San Escobar można polecieć na wakacje, wypić mojito i zjeść ośmiorniczki.

Stolicą San Escobar jest Santo Subito. To największe miasto w kraju. Położone jest malowniczo nad ciepłymi wodami Morza Karaibskiego. Przy jednym z głównych placów miejskich powstaje właśnie pomnik ministra Waszczykowskiego. Polska jest JEDYNYM krajem na świecie, które uznaje San Escobar za niezależne i suwerenne państwo.

W styczniu 2017 Polityka doniosła, że powstała szczegółowa mapa tego nie istniejącego kraju.

Kartograf: Jarek Kubicki

Mapa San Escobar jest jedną z tych, twierdzi pewien bloger, które można oglądać z prawdziwą przyjemnością, swoimi szczegółami i precyzją po prostu zachwyca. Specjalne słowa uznania należą się również za pomoc w realizacji tej mapy zawodowej kartografce, pani Majce, oraz panu Pawłowi Afeltowi, który przeanalizował tysiące komentarzy internautów i zbudował na ich podstawie model topograficzny i geodezyjny San Escobar oraz obliczył, że powierzchnia kraju wynosi 92000 km kwadratowych.

A ponieważ San Escobar naprawdę nie istnieje, jest, również na tej mapie, sklepieniem platońskiej jaskini, ekranem, na którym odbija się wszystko, i to, co się nam podoba, i to, z czego się śmiejemy. Jest poważną krytyką i dziecięcą zabawą w podróże na niby. Udaje pracę naukową i jest szelmowską grą skojarzeń. Autor zebrał w niej wszystko, co pół roku temu już było wiadomo o tym kraju, a jego mapa jest miksem wszystkich możliwości rozprawiania o światach, których nie ma. San Escobar już dawno przestał być tylko satyrą polityczną, wyśmiewaniem się z niedouczonego ministra, a stał się wspólną własnością społeczeństwa, które się bawi. A im jest ciężej, tym ważniejsze jest, by nie zatracić umiejętności zabawy.

Do San Escobar leci się liniami lotniczymi El Nino, jest miasto Al Pacino i miasto Ciudad Polaca, miasta Gargamel i San Corleone, jest uzdrowisko i rezerwat przyrody Vina Tusca, ale  jest też miasto Las Dudas i Zatoka Esperal.

Jest to oczywiście, skoro to Barataria, kraj hiszpańskojęzyczny (ale podobno Sanescobarczycy używają też języka esperanto, który, jak wiadomo, podobnie jak sam kraj, jest dziełem Polaka) i leży, oczywiście, skoro to Barataria, gdzieś w rejonach tropikalnych… Zacznijmy od sąsiedztwa. Barataria, pardon – San Escobar, graniczy z Meksykiem i jest to jedyny prawdziwy sąsiad, reszta to już świat ubi leones – tam gdzie lwy. Inni sąsiedzi to Westeros (dla tych, którzy nie oglądają Gry o Tron, a wiem, że są tacy, drobne wyjaśnienie – to o tron tego właśnie kraju toczy się gra), Sans Serriffe czyli czcionka bez szeryfa (w przeciwieństwie do czcionki z szeryfem), San Pequeño  czyli święty Mały (czy nie tak nazywano świętego Franciszka?), Legoland (wiadomo) i San Theodoros. I choć z mapy wynika, że San Escobar leży na lądzie, naprawdę jest to oczywiście kraj wyspiarski, zresztą minister W. tworząc to państwo miał na myśli państewko-wyspę San Cristobal y Nieves.

Dzięki uczynnemu blogerowi mogę dokładnie przestudiować mapę. Szukam Baratarii, ale po drodze wyłapuję zachwycające klimaty. Na przykład góra La Broche der Premiera. 1463 metry nad poziom morza (góra Waszczykowski jest jednak o dobre pół kilometra wyższa) czy mała miejscowość nazwana Pais en Ruinas. Zresztą każda nazwa to maleńki klejnocik, Sombrero de Almodovar, Costa de Cebolla, La Tryna. Jest też Aquapark Arianagrande, nazwany tak zanim ktokolwiek z dorosłych w ogóle wiedział, że taka młoda kobieta w ogóle istnieje, co robi i że jest słynna. W miejscowości Mateitos znajduje się Museo de Juan de Mateitos.

Jest wymyślona wyspa (oczywiście na lądzie) – Bergamutas. Pewnie też się nią kiedyś zajmiemy, pamiętacie? Na wyspach Bergamutach podobno jest Kot w Butach, widziano także dorsza… i tak dalej. Bergamutas leży w krainie La Mancha Blanca. Prawdziwą wyspą należącą do San Escobar jest La Isla Segundo Sortos, a jej głównym portem jest Marina Huana. Wyspa leży u wybrzeża Terra Cota, gdzie jedno z głównych miast nosi imię naszego bohatera, gubernatora Baratarii – Sancho Pansa. Jednak Baratarii nie ma.

No cóż, było do przewidzenia… Mapa została przecież opracowana na podstawie wpisów na stronie www.facebook.com/sanescobarcountry oraz tysięcy komentarzy napisanych przez jej użytkowników w dniach 10 – 16 stycznia 2017 roku. Czyli można było podsunąć swoją własną propozycję. Ale wtedy to ja dopiero zaczynałam myśleć o Baratarii.
9 stycznia ukazał się pierwszy wpis o tej wyspie.

Dzień przedtem…

Summer day in Berlin

Ewa Maria Slaska

Poetry on flea market Boxhagener Platz

We have about half a hundred flea markets in Berlin and every week it is some more of them. After a party in one of more or less thousand clubs and nearby to breakfast (till 5 pm!) and making photos together in photo booth, maybe even better  than going to the beach cafe in a big noisy city, is shopping tour in a flea market a new must have been done while visiting German Metropole. For us people living here it is a reason for not doing it at all. It is so touristic… But sometimes while not having better idea for spending some hours alone but among many we go there anyway…

I am coming to the flea market Boxhagener Platz. It is a big square surrounded by maybe hundred of booths. In the middle of it there are two playgrounds for children and a big lawn for laying or picnicking.

Flea market is not only looking, buying, selling. It is a lot of life around. Street food of course, coffee in paper cups, meeting friends, finding things lost or left, street art of any kind.

I see him seating on the street with his small yellow typewriter already by coming to the square.

He offers to write a poem for you after giving him some key words. My words are Anton, grandson, cat, Berlin, love, summer. And it is what comes:

Berlin is a purring cat
free to roam,
but whenever she comes by
watching me with ever-changing faces,

I caress it behind the
ears with curious questions
Berlin is a purring cat
capricious, but always there
when you need a nudge

Always new, Berlin
follows me through the years
its fur as colorful as
decades ago;
Berlin is a purring cat,
and my grandson will learn
to take care of her too

Vinski Valos
– the sidewalk scribe
Berlin July 16. – 17

 

 

He is from Finland, 24 years, living in Friedrichshain als let say it like that: poetry worker. His fanpage on Facebook is full of surprises from the very begin: bespoke poetry and wordy workshops. OK, OK, bespoke poetry, typewriter poet,  sidewalk scribe (all him). He organises workshops and teach you to learn one unknown or forgotten English word per day called Vinski’s WotD. The WotD 13 is WHIRLIGIG. And when you are sure, he just invented it, he informs you:

whirligig, noun

  1. Anything (often a toy) that spins or whirls around, as a top, pinwheel or windmill
  2. One of the winged seed pods of certain trees, such as the maple, which hover down in a whirly manner. (Also called samaras)
  3. A process or an event characterized by restlessness and constant change…And so on and so on…

He also has his own Homepage, with blog, prose and poems.

The first example of his writing, without looking for anything special:

“Kalervo’s fingers traced unswervingly the contours of the body, stroking the skin, not straying before the wounds.”

Scroll down or die

You see, what I mean.

***
I buy some yummy cookies by children flea market. It is a very nice summer Berlin custom, the children selling their old toys and books at the beginning of vacation. The things are chip and you know, even if they are already growed off, they had times of being loved. You simply see it. The cookies were backed by a Mom.

***
Strolling soon I find another piece of poetry, in a both of old photos. The woman on the pic looks pleased, she smiles a bit and her gaze comes directly to us. But somebody gave her picture a poem cutted off from a daily. Maybe she herself, who knows…

Alone

I go alone
through the streets
in the sea of houses
without hearts
Alone and lost
I hunt down
memories.
I seemed happy
I seemed pleased
on a play of my time.
A circle which closed
itself,
only vacuum ist bigger.
A tear which is here
still
runs into infinity.
I feel like being a tree
around which everything
breaks.
It is like a nightmare
which promises itself
something good.
So I am living
just living further
like a beaten child.
I ask who am I?
With no future
and with no sense,
I keep to my dreams
and look for something
what I never find
never find…

***

Of course at home I try to find an author of that poem in internet, but no, no way… I find the verses, o yeah, once or twice, somebody knew them and used them to express their own feelings, but no, he or she didn’t notice who had wrote them…

I know, there is the name just beneath a poem, directly under the frame. Making photos I did not see it, but now I know, it is there. Tomorrow is sunday again, I go to the flea market to see, if I still find the photo…

Have a nice weekend if you are from happy new world of UE :-), have a lot of power if you are in Poland or Turkey, we send it to you…