Ze świata podręcznych 3

Dalszy ciąg piątkowych wpisów o przemocy wobec kobiet w naszych normalnych cywilizowanych europejskich państwach (a nie w Ruandzie czy Iraku). W ubiegły piątek wpis się nie ukazał, a wierni Czytelnicy wiedzą dlaczego – bo “pierwsze piątki miesiąca” to termin wpisów Romka Brodowskiego. Dziś wracam do tematu.

Ewa Maria Slaska

Równouprawnienie kobiet w policji i milicji

Berlin, czerwiec 2009 (Gdańsk, grudzień 1982)

Gdy wezwałam policję, zaskoczyło mnie, że przyszło w sumie aż sześć osób, w tym jedna kobieta. Uświadomiłam sobie, że zapewne jest jakiś przepis, aby w kontaktach policji z obywatelem uczestniczyły również kobiety, bo zgodnie z zamysłem prawo- i pracodawcy ma to zapewnić równość w traktowaniu. Pochodzę z Polski komunistycznej i równość w traktowaniu przez policję (oczywiście: milicję) przerobiłam na własnej skórze. Zostałam zatrzymana w ramach wielkiej akcji zatrzymań i aresztowań, jaką władze zorganizowały w Gdańsku na pożegnanie stanu wojennego czyli w grudniu 1982 roku. Od stycznia stan wojenny, taki jaki znaliśmy przez cały rok 1982, pozostawał wprawdzie nadal w mocy, ale wiele przepisów zostało zawieszonych. Zanim to jednak nastąpiło, zrobiono nam pokazówkę. W ciągu jednej wieczornej akcji w dzień przed Wigilią 1982 zgarnięto 250 osób. Był to przemiły gest, pozwalający zabrać podejrzanych z samego środka życia rodzinnego – ja akurat mieliłam mak na kutię. Przyszło czterech uzbrojonych “panów”. Najpierw zrobili rewizję czyli przewrócili wszystko do góry nogami (zrobili to nieudolnie i nic nie znaleźli, a zapewniam, że było co znaleźć), a potem zabrali mnie i moją maszynę do pisania, bo przecież coś musieli zabrać wraz ze mną. Gdy już miałam za sobą czekanie na twardym krześle w poczekalni pełnej propagandowych plakatów, wstępne przesłuchanie i inne aresztanckie rozrywki, zostałam wysłana na rewizję osobistą, którą przeprowadziły dwie kobiety – milicjantka i lekarka. Nie były specjalnie brutalne, ale nie można też powiedzieć, że były to osoby delikatne w obejściu. Lekarka mnie obsłuchała, zajrzała mi do gardła  i gdzie indziej, i zadała pytanie, czy jestem zdrowa. “Jestem po serii antybiotyków po ostrym zapaleniu oskrzeli”, odpowiedziałam zgodnie z prawdą. “Nadaje się do zatrzymania w areszcie”, podyktowała kobieta-doktor kobiecie-milicjant.
Wszystko było najzupełniej zgodne z prawem i wytycznymi na rzecz równouprawnienia kobiet, a i dbałości o zdrowie obywatela.

Tym razem niemiecka policjantka jeszcze mniej miała ze mną kontaktu niż obie kobiety z aresztu śledczego na Kurkowej w Gdańsku. Nie zadała mi ani jednego pytania, nawet o to, czy jestem zdrowa. A było o co pytać, w końcu włamał się do mnie facet, który powiedział, że przyszedł mnie zabić, spędziłam z nim cztery godziny i sama się go pozbyłam, żeby zadzwonić po policję. “Mogło mi było coś być”, że się tak wyrażę eufeministycznie-gramatycznie. Nikogo to nie interesowało. Faceci mnie przesłuchiwali, a jak nie umiałam od razu zebrać myśli, żeby im (o 6 rano po nieprzespanej nocy!) sprawnie, poprawnie i logicznie odpowiedzieć na pytania (na przykład, skoro włamywacz powiedział, że chce mnie zabić, to dlaczego mnie nie zabił?), poganiali mnie, a jednocześnie wyciągali sobie wnioski, którymi się jednak ze mną nie dzielili. Zanim się dowiem, jakie to były wnioski minie jeszcze sporo czasu i sporo się w tym międzyczasie zdarzy, powiem więc może już teraz, że uznali, iż wszystko co opowiadam, to jedno wielkie łgarstwo, a tak naprawdę pokłóciłam się z młodszym ode mnie kochankiem i teraz na niego z zemsty donoszę…

To może tłumaczy, dlaczego nikt się mną nie przejmował i nikt nie traktował poważnie swoich obowiązków… No ale ja tego nie wiedziałam i bardzo się dziwiłam… Złożyłam więc skargę i po miesiącu dostałam odpowiedź, że instancje kontrolne nie dopatrzyły się żadnych uchybień w sposobie, w jaki policja potraktowała moją sprawę (a wciąż jeszcze nie wiedziałam, co sobie tak naprawdę myśleli policjanci i co zapisali w protokołach).

***

Mrągowo, lipiec 2017

Nie wiemy, co sobie myśleli policjanci, którzy przyjechali do Zosi, dość, że i nią nikt się nie przejmował i nikt nie traktował poważnie swoich obowiązków. Tak dalece, że Zosia złożyła na nich skargę i założyła stronę na facebooku: Mrągowo bez przemocy.

Na tej specjalnie stworzonej – dodam przez mojego młodszego syna – stronie możecie znaleźć szereg porad wynikających z moich osobistych doświadczeń gdy postanowiłam przestać być ofiarą i powiedziałam dość przemocy domowej. (…) Chcemy żyć w mieście ludzi aktywnych, które może być przyjazne dla swoich mieszańców. Wierzę, że razem skutecznie możemy przeciwdziałać nadaktywności sprawców przemocy i z całego serca dziękuję, że jesteście z nami tej samej myśli. Mrągowo to dobre miejsce do życia

Tak ma być, a na razie jest jednak inaczej.

Znane są mi już personalia i stopnie służbowe policjantów, którzy swoim zachowaniem uniemożliwili mi otrzymanie pomocy zagwarantowanej ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – w dniu gdy zostałam ofiarą przemocy w moim mieszkaniu uczestniczący w interwencji patrol policji m.in. nie przyjął naszych zeznań, moich i mojej matki, asystował sprawcy przemocy w poszturchiwaniu mnie i penetracji mieszkania, a na koniec razem ze sprawcą zamknął mnie i moją matkę na klucz w domu.

I tylko skąd wziąć pomysł na to aby obronić się przed agresją i przemocą. A jeśli ja mam z tym problem, to pomyślcie, jaką szansę na to ma moja mama, 88-letnia kobieta, niepełnosprawna i nie wychodząca z domu?? Jaką szansę mają kobiety z mniejszych miast niż nasze Mrągowo, a to jest miasto powiatowe. Co mają robić kobiety na wsiach…?
Warto o tym pisać trzeba o tym mówić. Powiedziałam i powiem tyle razy, aż zadziała ustawa, której nie respektują służby do tego powołane.
Bratanek dokonuje stale przemocy w moim domu, a po 17 latach uznaję, że wszyscy tak naprawdę pomagają sprawcy przemocy, uskrzydlając agresora czynią z niego przestępcę a nas – moją rodzinę – zmuszają do przyjęcia nieustannych tłumaczeń, że przecież musimy zrozumieć, że jest mu ciężko, bo on ma dużo problemów – zatem ja się pytam – czy Państwo sądzą, że my nie mamy problemów? Ustawiczne tłumaczenie sprawców pogłębia patologię i nie rozwiązuje problemu – dlaczego tak jest ? Chcemy żyć w mieście ludzi aktywnych i twórczych, mieście wolnym od przemocy…

(…) Złożyłam zawiadomienie do WKP oraz Prokuratury Rejonowej, składałam już zeznania i na moją prośbę otrzymałam protokół z rozmowy z Panią Prokurator, skorzystałam z prawa złożenia formalnej skargi. Myślę, że warto byśmy wszyscy się uczyli, jak egzekwować swoje prawa, po to powstają ustawy, mamy Konstytucję i to od nas zależy, co się będzie działo z naszą wolnością. Nie widzisz – to nie wiesz, nie słyszysz – to nie musisz nic mówić – bo przecież gdy nie ma sprawy nie trzeba nic robić – im właśnie o to chodzi – aby pozostać bezkarnym. Smutne gdy tę postawę reprezentuje policja. I to oni nas mają chronić, proszą o współdziałanie, by przeciwdziałać patologii i znieczulicy.

Nasz rok leśmianowski

Plakat wystawy o Bolesławie Leśmianie w Zamościu

„Poeta i Notariusz Bolesław Leśmian w Zamościu”.
Muzeum Zamojskie we współpracy z Archiwum Państwowym w Zamościu
Wernisaż – piątek, 4 sierpnia o godz. 17.00
w Galerii Rzeźby prof. Mariana Koniecznego w Zamościu, przy ul. Łukasińskiego 2b

Bolesław Leśmian

Sen wiejski

Z tomu Dziejba leśna

Śni mi się czasem wieś, którą, wbrew losom,
Wysiłkiem marzeń przymuszam do trwania,
Czując, jak przymus co chwila jej wzbrania
Zniknąć, gdy właśnie zmyślonym niebiosom
Oczyma ledwo naznaczyłem w próżni
Miejsce spotkania snu mego z błękitem.
Drzewa mię nęcą naocznym rozkwitem –
Czasem się tylko jakiś liść opóźni
Lub gałąź, nic tak zjawiona, przez szpary
Snu w mrok wybiegnie ponad snu zamiary…
A zresztą – wieczór żmudny, nieustanny,
Z pola znużone wracają dziewczęta,
Wadząc spódnicą o złote dziewanny,
O których sen mój, że śnią się, pamięta.
A kroki dziewcząt – uparte, bezgłośne
I jednoczesne, i dziwnie nieznośne,
Jakby szły po to, by mi tylko dowieść,
Że idą, dbałe o pył, co się zrywa
Spod stóp ku zorzy. I jak we śnie bywa,
Gdy życie wkracza we własną opowieść,
Wiem o nich wszystko… A one mą wiedzę
Zgadują na wskroś, że nic ta i pusta,
I dalej idą, wypełniając miedzę
I umiejętnie rozchylając usta
jakby do śpiewu. Choć śpiewu nie słyszę,
Wiem, że śpiewają – i wsłuchany w ciszę
Ich warg, niemotą drętwych beznadziejną,
Te słowa chwytam na pozór kolejno:
“Czy kto nas wyśnił? I skąd nasza dola?
I czy to prawda, że wracamy z pola?
I czy to prawda, że my w sobie – żywe?
Śnijmy się nadal – zgodne i cierpliwe!”
Choć słów tych nic ma, lecz słyszę je w chwili,
Kiedy pomyślę, że tak być powinno.
Zorza ku głębiom strumieni się chyli,
Ściekając złotem i purpurą płynną,
Bieleją brzozy, krwawią się czereśnie –
Wszystko to we śnie.

Włodzimierz Przerwa Tetmajer, “Żniwa”, 1902

Wszystko to we śnie. Gdy chylę w sen głowę,
Dziewczęta chylą tak samo swe skronie…
Przechodzą teraz przez nagłą dąbrowę,
Której nic było, a która ustronie
Wprzód upatrzywszy, w sieć snu siebie chwyta
I na spotkanie idącym rozkwita,
Szumiąc zieleni zaklętą pierwszyzną,
Nieprzewidzianą, a bujną i żyzną,
Wśród której życic, przemieszane z zorzą,
Przeświecające wraz z niebem przez liście,
Purpurowieje mętnie i cieniście.
Na widnokręgu obłoki się mnożą.
Od dziewcząt cienie padają ukośne
I jednoczesne, i dziwnie nieznośne,
Jak gdyby po to wysnuły się drogą,
Aby mi dowieść, że mają od kogo
I na co upaść… I błędne motyle
Na pokaz, z trudem swój kształt w zorzy trwałą.
Teraz chcę zliczyć tłum dziewcząt, co falą
Płynie po kwiatach – jest tyle a tyle,
To wszystko – liczby określić nie umiem,
Ale ją na wskroś i żywcem rozumiem,
Jak gdyby była nic liczbą, lecz spadem
Ciał w głąb na oścież rozwartego ducha.
Już czerwiec, skrząc się, biegnie moim sadem,
A w chacie mojej – noc lipcowa, głucha,
A w polu wieczór dogasa sierpniowy.
jakiż to miesiąc zmącił sny mej głowy?
Mijają Lipce i Sierpnie, i Wrześnie…
Wszystko to we śnie.

Kazimierz Sichulski, Pasterz (Hucuł z owcami), 1906

Wszystko to we śnie! I wszystko przemija,
Nie przemijając. I trwa wieś niczyja
I wieczór, złotą znakowany smugą.
O, jakże znikąd i jakże już długo
Idą te z pola znużone dziewczęta!
I ja wraz z nimi! Bo i mnie też peta
Żądza przebycia nad strumieni wodą
Nagłego lasu, co złudnie sie spiętrza,
Ale nie mogę wejść cały do wnętrza
Mego snu: jestem sam sobie przegrodą.
Choć w nim się błąkam, choć dłońmi obiema
Dotykam kwiatów, wiem, że mnie tam nie ma.
Dziewczęta wzajem poprzez mgieł błękitność
Wskazują sobie moją tam niebytność
I sad, gdzie mogłem w cieniu grusz i śliwek
Czekać na przyjście ich wśród drzew bezładu,
I popod płotem tego właśnie sadu
Siadają rzędem na wspólny przyśniwek
O tym, co serce niewoli do bicia –
Czy pozyskanie, czyli strata życia?
I o tym jeszcze, co słodsze dla ciała –
Sen, który gaśnic, czy jawa, co pała?
I o tym jeszcze, skąd przyszła ich dola?
I czy to prawda, że wracają z pola?
I czy to prawda, że zjawiona w ciszy,
Pierś ich tym żyje, że swój oddech słyszy?
I tak śnią chórem chciwie, pracowicie,
Dłonią w swych piersiach przytrzymując życie,
A która dośni do końca – ta gaśnie.
Gasną kolejno, bez żalu. Już właśnie
W ostatniej tli się snu reszta ostatnia,
Która się w zorzy jeszcze wyszkarłatnia,
A i ta z wolna do śmierci nawyka
l w mgle samochcąc bez śladu zanika,
W tej mgle, co w dal się rozwiewa bezkreśnie…
Wszystko to we śnie.

Alfred Wierusz-Kowalski, Dożynki, 1880-1890

Macron i inni

Ewa Maria Slaska

Isabelle Huppert i Kevin Azaïs

Jakiś  czas temu Krystyna Koziewicz, poruszona zalewem nienawistnych komentarzy na temat młodego prezydenta Francji i jego o ponad 20 lat starszej żony, opublikowała TU wpis o tym, jak zakochał się w niej młody chłopak, kolega jej syna. Ukuliśmy wtedy, wspólnie z Czytelnikami i komentatorami na Facebooku, termin makronizmy. Makronizmy czyli historie o miłości chłopców czy młodych mężczyzn do starszej od siebie kobiety.

Sugerowałam wówczas, że być może wszyscy (albo przynajmniej wielu z nas) znamy podobne sytuacje z własnego życia, tylko najzwyczajniej w świecie nie chcemy się do tego przyznać.

No i proszę, w kilka tygodni później na ekrany kin w Niemczech wchodzi kolejna historia z cyklu “makronizmy wiecznie żywe” z Isabelle Huppert w roli głównej.

Film składa się z dwóch wątków, miłości i powrotu gwiazdy piosenki na scenę po 30 latach. Mam nadzieję, że nie popsuję Wam przyjemności obejrzenia tego filmu w kinach, jeśli zdradzę, że o ile wątek “powrotu gwiazdy” jest nader nieprzekonujący, to wątek miłosny jest jak najbardziej przekonujący. Każdy, młody i stary, mężczyzna, kobieta i dziecko, jest w stanie zakochać się kobiecie po sześćdziesiątce jeżeli wygląda ona tak jak Isabelle Huppert w tym filmie…

Ach!

Film, jak to francuskie filmy “na wakacje”, jest bajką i nie można go brać zbyt poważnie, ale latem, nawet jeśli pada, bardzo jest dobrze przez dwie godziny zapomnieć o sobie, o świecie, o Polsce…

Reżyseria Bavo Defurne
Producent Yves Verbraeken
Scenariusz Bavo Defurne
Yves Verbraeken
Jacques Boon
Występują Isabelle Huppert
Kévin Azaïs
Johan Leysen
Muzyka Pink Martini
Premiera
  • 24 sierpnia 2016 (Angoulême)
  • 21 grudnia 2016 (France)
Produkcja Francja, Belgia, Luksemburg
Język Francuski

Ze świata podręcznych 2

Przeczytajcie proszę najpierw wpis sprzed tygodnia

Ewa Maria Slaska

“Skarga na czynności policji”

Do mnie wszedł w nocy włamywacz.

Danusię okradziono w autobusie.

Zosię zaatakował bratanek w mieszkaniu, w którym sprawca mieszka wraz ze swoją babcią, a matką Zosi. Mieszkanie jest własnością Zosi.

Oczywiście każda z nas trzech zgłosiła swój problem na policji. Danusia poszła na posterunek, gdzie przyjęto ją miło i grzecznie, ale nie podjęto żadnej czynności, bo nikt nie ściga kieszonkowców.

Tak właśnie jest. W Niemczech też nikt nie ściga kieszonkowców, którzy mogą grasować bezkarnie. Sklepy dla ochrony swojego towaru, a nie nas – klientów, zatrudniają straż lub detektywów, na ulicy, w środkach komunikacji miejskiej i w ogóle w miejscach publicznych nie chroni nas nikt oprócz, być może, czujnego oka innych użytkowników wspólnej przestrzeni. Gdzie niegdzie wiszą ostrzeżenia, żebyśmy uważali, bo tu czy tam grasują kieszonkowcy. I to by było na tyle…

Nikt więc w sprawie Danusi niczego nie zrobił, na razie zatem pominę jej sprawę, ale jeszcze do niej wrócę, zapewne jednak dopiero w następnym odcinku. Dziś zajmę się Zosią i mną.

Z góry uprzedzam, nie myślcie sobie, że skoro u mnie był włamywacz, a Zosia została zaatakowana przez pijanego członka rodziny, co oznacza, że były to przestępstwa poważniejsze niż kradzież kieszonkowa, to, powtarzam, nie myślcie sobie, że ktokolwiek nam w czymkolwiek pomógł. Przeciwnie, zachowanie policji udowodniło nam obu, że ściganie przestępstwa nikogo nie obchodzi, a nasze bezpieczeństwo to nasza własna sprawa. Nie wiem jak Zosia, ale ja to usłyszałam w takiej właśnie formie.

Ale, jak (podobno) mawiali autorzy groszowych powieści, nie uprzedzajmy wypadków…

Patrząc przez okno na stojącego na ulicy włamywacza (stał i palił papierosa, mojego zresztą, bo ukradł mi pieniądze, klucze i komórkę, ale wychodząc zabrał mi też papierosy), wezwałam policję. Powiedziałam, że facet stoi pod oknem, więc niech może podejdzie dwóch cywili… Dowiedziałam się, że nie moją sprawą jest pouczanie policji, co ma robić.  Patrol na sygnale pojawił się w miarę szybko, włamywacz zdeptał papierosa i odszedł sobie spokojnym krokiem.

Przyszło pięciu rosłych facetów i jedna całkiem rosła kobieta.

Próbowałam ich przekonać, żeby udali się spiesznie za włamywaczem, to może go jeszcze złapią, na co usłyszałam, że oni nie są od tego, żeby ścigać przestępcę, a poza tym przecież jeszcze nie wiadomo, czy jakieś przestępstwo miało miejsce i najpierw to oni muszą przesłuchać mnie.

Przesłuchali i widać było, że nie wierzą ani jednemu mojemu słowu. Byłam zdrowa, cała i… podejrzana. Przestępcy nie było. Zachodziło podejrzenie, że albo w ogóle zmyślam, albo kogoś w złej wierze oskarżam. Pokazałam kubek, z którego pił włamywacz (ślina, badania DNA, odciski palców), ale policjanci wzruszyli tylko ramionami… To też nie jest ich sprawa, tym się zajmą koledzy. Ci spisali, co chcieli spisać i poszli, zapowiadając, że nie mam wychodzić z domu, bo najpierw przyjdą fachowcy z ekipy zabezpieczania śladów, a potem pan komisarz.

Jak to, zapytałam, zostawicie mnie samą w mieszkaniu, do którego w nocy bez trudu wszedł włamywacz, a więc teraz też może wejść?

Odpowiedź brzmiała: Tak…

Ciąg dalszy mojej sprawy nastąpi. Teraz Zosia.

Zosia napisała skargę:

Do Prokuratury Rejonowej w M.
Do wiadomości Komendy Powiatowej Policji w M.

Skarga na czynności służbowe patrolu Komendy Powiatowej Policji w M. w dniu 11 lipca 2017 r wezwanego do przemocy domowej pod adres… w M.

W dniu 11 lipca 2017 r. ja niżej podpisana będąc ofiarą przemocy dokonanej przez ML (szarpanie za ręce, wielokrotne uderzanie drzwiami, przemoc słowna, grożenie niebezpiecznym narzędziem) wezwałam patrol policji.  Patrol odmówił wylegitymowania się legitymacjami służbowymi i nie podjął żadnych czynności służbowych. Mimo stwierdzenia, że ML znajduje się pod wpływem alkoholu, policjanci nie użyli alkomatu i odjechali, zostawiając napastnika wraz ze mną i moją matką w miejscu dokonania przemocy. Policja nie podjęła żadnych czynności przewidzianych przez przepisy Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Z tego względu … zgłaszam skargę… i załączam dowody (nagranie, opinia sądowo–lekarska i zaświadczenie lekarskie).

Na zdjęciu Zosia uśmiecha się mimo wszystko. Pochwaliłam ją za to, bo jest dzielna, bo się uśmiecha, bo szuka pociechy w kwiatach i w tym, co piękne. Uśmiecha się, bo tak nas nauczono – mamy za wszelką cenę się nie dać i trzymać fason. Jesteśmy dzielne, mamy być dzielne. Nie dać się, stawić czoła… Ale tak naprawdę mamy być dzielne, bo nikogo nie obchodzą uczucia podręcznych…

***
Gdyby, któryś z czytelników nic nie wiedział o podręcznych, to proszę bardzo tu jest wszystko wyjaśnione

Barataria 28 San Escobar

Oczywiście! No oczywiście! San Escobar to też Barataria! Baratarianie na San Escobar nie mają wolnych sądów ani trójpodziału władzy, bo nie potrzebują, ustrój jak klimat, jest tam po prostu idealny, w ogrodach San Escobar nie kwitną białe róże (a może, jak w ogrodzie Królowej Śniegu, w ogóle nie ma róż), ale życie tam nie jest ograniczone żadnymi barierami, są, co najwyżej, barierki…  

Ostatnio podczas jednej z demonstracji ktoś zaproponował, żeby wysłać naszą władzę na jakąś wyspę. Okazało się, że, jako specjalistka do spraw wyspiarskich, to ja mam ją wybrać. No ale co tu wybierać, skoro oni już sobie stworzyli swoje magiczne wyspiarskie państwo tropikalne. Niech sobie tam wszyscy jadą, niech tam będą bogaci i szczęśliwi, ale – bardzo prosimy – niech już nigdy nie wracają…

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące, wyspy na lądzie

Gdy minister spraw zagranicznych Najjaśniejszej, Witold Waszczykowski stworzył nieistniejący kraj, cała Polska zmieniła się w platońską republikę gorliwych baratarystów, wymyślaczy światów nieistniejących. San Escobar otrzymał profile w mediach społecznościowych, ma stolicę, flagę, herb, hymn, walutę, historię, literaturę, festiwale muzyczne. Do San Escobar można polecieć na wakacje, wypić mojito i zjeść ośmiorniczki.

Stolicą San Escobar jest Santo Subito. To największe miasto w kraju. Położone jest malowniczo nad ciepłymi wodami Morza Karaibskiego. Przy jednym z głównych placów miejskich powstaje właśnie pomnik ministra Waszczykowskiego. Polska jest JEDYNYM krajem na świecie, które uznaje San Escobar za niezależne i suwerenne państwo.

W styczniu 2017 Polityka doniosła, że powstała szczegółowa mapa tego nie istniejącego kraju.

Kartograf: Jarek Kubicki

Mapa San Escobar jest jedną z tych, twierdzi pewien bloger, które można oglądać z prawdziwą przyjemnością, swoimi szczegółami i precyzją po prostu zachwyca. Specjalne słowa uznania należą się również za pomoc w realizacji tej mapy zawodowej kartografce, pani Majce, oraz panu Pawłowi Afeltowi, który przeanalizował tysiące komentarzy internautów i zbudował na ich podstawie model topograficzny i geodezyjny San Escobar oraz obliczył, że powierzchnia kraju wynosi 92000 km kwadratowych.

A ponieważ San Escobar naprawdę nie istnieje, jest, również na tej mapie, sklepieniem platońskiej jaskini, ekranem, na którym odbija się wszystko, i to, co się nam podoba, i to, z czego się śmiejemy. Jest poważną krytyką i dziecięcą zabawą w podróże na niby. Udaje pracę naukową i jest szelmowską grą skojarzeń. Autor zebrał w niej wszystko, co pół roku temu już było wiadomo o tym kraju, a jego mapa jest miksem wszystkich możliwości rozprawiania o światach, których nie ma. San Escobar już dawno przestał być tylko satyrą polityczną, wyśmiewaniem się z niedouczonego ministra, a stał się wspólną własnością społeczeństwa, które się bawi. A im jest ciężej, tym ważniejsze jest, by nie zatracić umiejętności zabawy.

Do San Escobar leci się liniami lotniczymi El Nino, jest miasto Al Pacino i miasto Ciudad Polaca, miasta Gargamel i San Corleone, jest uzdrowisko i rezerwat przyrody Vina Tusca, ale  jest też miasto Las Dudas i Zatoka Esperal.

Jest to oczywiście, skoro to Barataria, kraj hiszpańskojęzyczny (ale podobno Sanescobarczycy używają też języka esperanto, który, jak wiadomo, podobnie jak sam kraj, jest dziełem Polaka) i leży, oczywiście, skoro to Barataria, gdzieś w rejonach tropikalnych… Zacznijmy od sąsiedztwa. Barataria, pardon – San Escobar, graniczy z Meksykiem i jest to jedyny prawdziwy sąsiad, reszta to już świat ubi leones – tam gdzie lwy. Inni sąsiedzi to Westeros (dla tych, którzy nie oglądają Gry o Tron, a wiem, że są tacy, drobne wyjaśnienie – to o tron tego właśnie kraju toczy się gra), Sans Serriffe czyli czcionka bez szeryfa (w przeciwieństwie do czcionki z szeryfem), San Pequeño  czyli święty Mały (czy nie tak nazywano świętego Franciszka?), Legoland (wiadomo) i San Theodoros. I choć z mapy wynika, że San Escobar leży na lądzie, naprawdę jest to oczywiście kraj wyspiarski, zresztą minister W. tworząc to państwo miał na myśli państewko-wyspę San Cristobal y Nieves.

Dzięki uczynnemu blogerowi mogę dokładnie przestudiować mapę. Szukam Baratarii, ale po drodze wyłapuję zachwycające klimaty. Na przykład góra La Broche der Premiera. 1463 metry nad poziom morza (góra Waszczykowski jest jednak o dobre pół kilometra wyższa) czy mała miejscowość nazwana Pais en Ruinas. Zresztą każda nazwa to maleńki klejnocik, Sombrero de Almodovar, Costa de Cebolla, La Tryna. Jest też Aquapark Arianagrande, nazwany tak zanim ktokolwiek z dorosłych w ogóle wiedział, że taka młoda kobieta w ogóle istnieje, co robi i że jest słynna. W miejscowości Mateitos znajduje się Museo de Juan de Mateitos.

Jest wymyślona wyspa (oczywiście na lądzie) – Bergamutas. Pewnie też się nią kiedyś zajmiemy, pamiętacie? Na wyspach Bergamutach podobno jest Kot w Butach, widziano także dorsza… i tak dalej. Bergamutas leży w krainie La Mancha Blanca. Prawdziwą wyspą należącą do San Escobar jest La Isla Segundo Sortos, a jej głównym portem jest Marina Huana. Wyspa leży u wybrzeża Terra Cota, gdzie jedno z głównych miast nosi imię naszego bohatera, gubernatora Baratarii – Sancho Pansa. Jednak Baratarii nie ma.

No cóż, było do przewidzenia… Mapa została przecież opracowana na podstawie wpisów na stronie www.facebook.com/sanescobarcountry oraz tysięcy komentarzy napisanych przez jej użytkowników w dniach 10 – 16 stycznia 2017 roku. Czyli można było podsunąć swoją własną propozycję. Ale wtedy to ja dopiero zaczynałam myśleć o Baratarii.
9 stycznia ukazał się pierwszy wpis o tej wyspie.

Dzień przedtem…

Summer day in Berlin

Ewa Maria Slaska

Poetry on flea market Boxhagener Platz

We have about half a hundred flea markets in Berlin and every week it is some more of them. After a party in one of more or less thousand clubs and nearby to breakfast (till 5 pm!) and making photos together in photo booth, maybe even better  than going to the beach cafe in a big noisy city, is shopping tour in a flea market a new must have been done while visiting German Metropole. For us people living here it is a reason for not doing it at all. It is so touristic… But sometimes while not having better idea for spending some hours alone but among many we go there anyway…

I am coming to the flea market Boxhagener Platz. It is a big square surrounded by maybe hundred of booths. In the middle of it there are two playgrounds for children and a big lawn for laying or picnicking.

Flea market is not only looking, buying, selling. It is a lot of life around. Street food of course, coffee in paper cups, meeting friends, finding things lost or left, street art of any kind.

I see him seating on the street with his small yellow typewriter already by coming to the square.

He offers to write a poem for you after giving him some key words. My words are Anton, grandson, cat, Berlin, love, summer. And it is what comes:

Berlin is a purring cat
free to roam,
but whenever she comes by
watching me with ever-changing faces,

I caress it behind the
ears with curious questions
Berlin is a purring cat
capricious, but always there
when you need a nudge

Always new, Berlin
follows me through the years
its fur as colorful as
decades ago;
Berlin is a purring cat,
and my grandson will learn
to take care of her too

Vinski Valos
– the sidewalk scribe
Berlin July 16. – 17

 

 

He is from Finland, 24 years, living in Friedrichshain als let say it like that: poetry worker. His fanpage on Facebook is full of surprises from the very begin: bespoke poetry and wordy workshops. OK, OK, bespoke poetry, typewriter poet,  sidewalk scribe (all him). He organises workshops and teach you to learn one unknown or forgotten English word per day called Vinski’s WotD. The WotD 13 is WHIRLIGIG. And when you are sure, he just invented it, he informs you:

whirligig, noun

  1. Anything (often a toy) that spins or whirls around, as a top, pinwheel or windmill
  2. One of the winged seed pods of certain trees, such as the maple, which hover down in a whirly manner. (Also called samaras)
  3. A process or an event characterized by restlessness and constant change…And so on and so on…

He also has his own Homepage, with blog, prose and poems.

The first example of his writing, without looking for anything special:

“Kalervo’s fingers traced unswervingly the contours of the body, stroking the skin, not straying before the wounds.”

Scroll down or die

You see, what I mean.

***
I buy some yummy cookies by children flea market. It is a very nice summer Berlin custom, the children selling their old toys and books at the beginning of vacation. The things are chip and you know, even if they are already growed off, they had times of being loved. You simply see it. The cookies were backed by a Mom.

***
Strolling soon I find another piece of poetry, in a both of old photos. The woman on the pic looks pleased, she smiles a bit and her gaze comes directly to us. But somebody gave her picture a poem cutted off from a daily. Maybe she herself, who knows…

Alone

I go alone
through the streets
in the sea of houses
without hearts
Alone and lost
I hunt down
memories.
I seemed happy
I seemed pleased
on a play of my time.
A circle which closed
itself,
only vacuum ist bigger.
A tear which is here
still
runs into infinity.
I feel like being a tree
around which everything
breaks.
It is like a nightmare
which promises itself
something good.
So I am living
just living further
like a beaten child.
I ask who am I?
With no future
and with no sense,
I keep to my dreams
and look for something
what I never find
never find…

***

Of course at home I try to find an author of that poem in internet, but no, no way… I find the verses, o yeah, once or twice, somebody knew them and used them to express their own feelings, but no, he or she didn’t notice who had wrote them…

I know, there is the name just beneath a poem, directly under the frame. Making photos I did not see it, but now I know, it is there. Tomorrow is sunday again, I go to the flea market to see, if I still find the photo…

Have a nice weekend if you are from happy new world of UE :-), have a lot of power if you are in Poland or Turkey, we send it to you…

W świecie podręcznych

Ewa Maria Slaska

Dałam temu wpisowi nadtytuł z numeracją, bo na jednym wpisie się nie skończy.

Przemoc i utrata zaufania

W dzisiejszym wpisie opieram się na doświadczeniach Zosi, Danusi i moich własnych. Jesteśmy w różnym wieku, mieszkamy w różnych miastach i krajach, spotkały nas różne przejawy agresji, to co nas połączyło, oprócz ewidentnego wspólnego mianownika, jakim jest bycie kobietą, to niezgoda na obowiązujący w naszym europejskim społeczeństwie przymus milczenia ofiar. Każda z nas opublikowała swoje doświadczenia na mediach społecznościowych, na Facebooku i na blogu, każda też spróbowała zainteresować swoją sprawą instancje i instytucje społeczne i polityczne. I to jest być może najważniejszy punkt na liście tego, co nas łączy. Bo dopiero to, co zachodzi na granicy prywatności i instytucji uświadomiło mi, jak bardzo świat, w którym żyjemy, jest wciąż jeszcze (a może znowu) strukturą stworzoną przez mężczyzn i dla mężczyzn. A my jesteśmy podręcznymi.

Opowiem o nas w kolejności chronologicznej. Pierwsza byłam ja, a to co się zdarzyło, zdarzyło sie dawno, bo w roku 2009. W Berlinie. W nocy wszedł przez okno do mojego mieszkania facet koło czterdziestki, Niemiec, żeby moi czytelnicy nie pomyśleli przypadkiem, że islamista i terrorysta. Wszedł do mnie do sypialni, zapalił światło i powiedział, że przyszedł mnie zabić, bo właściciel kamienicy, w której mieszkam chce się nas wszystkich pozbyć. Brzmiało to bardzo prawdopodobnie, bo rzeczywiście właściciel kamienicy, w której mieszkałam, zamierzał nas zgentryfikować i chciał się nas wszystkich pozbyć. A my się nie chcieliśmy wyprowadzić. Dodam, uprzedzając wypadki, że dzięki temu włamaniu udało mu się szybko i bez problemów uzyskać to, czego chciał. Wszyscy wzięliśmy odstępne i wynieśliśmy się z naszej wspaniałej posthippisowskiej kamienicy, którą zamieniono na pałac (nie żartuję, dom nazywa się teraz Palast am Riemershofgarten) i sprzedano bogatym, a w każdym razie bogatszym od nas.

Był Berlin, rok 2009.

Teraz Polska. Bo jest rok 2017.

Danusia mieszka w Warszawie. Miesiąc temu napisała na Facebooku:

Wczoraj zostałam okradziona. Wracałam wieczorem autobusem z pracy. Jak zwykle zajęłam miejsce stojące przy ostatnich drzwiach, bo jak zwykle nie było wolnych miejsc siedzących. Tuż za mną w ostatniej chwili wsiadł mężczyzna w wieku około 40-60 lat, postawny, ubrany na ciemno. Stanął za mną, tym samym uniemożliwiając mi stanie w autobusie plecami do szklanej ścianki z torbą za plecami. Autobus ruszył. Mężczyzna zatoczył się na mnie, ale przecież takie rzeczy w komunikacji miejskiej nie są niczym szczególnym, zwłaszcza w piątek wieczorem. Gdy autobus się zatrzymał, wysiadł. Ja wysiadłam na następnym przystanku. Chciałam zadzwonić do córki, by zapytać się kiedy wraca do domu. Nie mogłam. Z torby zniknął telefon. Był w wewnętrznej kieszonce zapinanej na rzep. Sam nie mógł wypaść. Gdy teraz o tym myślę, jestem przekonana, że rzeczony mężczyzna, czyli złodziej musiał widzieć jak go wkładam do torby, bo tuż przed przyjazdem autobusu dostałam zupełnie nieznaczącego sms-a.

Dlaczego o tym piszę. Bo mam poczucie straty, choć pewnie niektórzy powiedzą, że to tylko telefon, to tylko przedmiot. Tak, zgadzam się z nimi. Poczucie straty dotyczy raczej świadomości bezpowrotnej straty niektórych numerów telefonów zapisanych tylko na karcie i zdjęć, których nie zdążyłam zrzucić na komputer.

Bardziej bolesne jest uczucie utraty poczucia bezpieczeństwa w miejscach publicznych, a przecież będę musiała nadal wychodzić z domu, poruszać się komunikacją miejską oraz strata zaufania do innych ludzi, bo przecież każdy może być potencjalnym złodziejem, choć pewnie takie osoby – zawsze byłam o tym przekonana i nadal chcę w to wierzyć – stanowią mniejszość wśród uczciwego ogółu.

Najbardziej bolesna jest utrata poczucia prywatności, naruszenie sfery intymnej. Może zabrzmi to drastycznie, ale czuję się zbrukana jakby ktoś w autobusie wsadził mi rękę do majtek. Przecież ten ktoś, nim zablokowaliśmy kartę i wyczyściliśmy zdalnie pamięć, mógł obejrzeć moje zdjęcia, zobaczyć czyje numery mam w telefonie, sprawdzić z kim ostatnio rozmawiałam, przeczytać sms-y od mojej córki, przyjaciółki, siostry, sms-y informujące o umówionej wizycie u lekarza, o kupionej przez internet książce czekającej odbiór, nie wspominając o sms-ach służbowych. Złodziej mógł też wejść na moje konto na FB, a nawet umieścić tam jakiś wpis bez mojej zgody.

Zosia, Mazury, 11 lipca.

Przemoc jest groźna, ale to czego się szczególnie obawiam, i co jest niebezpieczne, to postawa władz.

Stałam się ofiarą przemocy fizycznej i instytucjonalnej.

Jak myślicie Państwo, jak w moim mieście reaguje się na przemoc? Wiem z doświadczenia, że bierność organów ścigania dotyczy wielu ludzi.

Nie bójmy się o tym mówić, bo w ten sposób takie zachowania policji prowadzą do tego, że ofiara staje się ofiarą jeszcze raz. A ja doświadczyłam tego na sobie i dlatego postanawiam przerwać milczenie.

Od urazów fizycznych bardziej bolą właśnie te wynikające z biernej, wręcz aprobującej zachowania przemocowe postawy organów ścigania.

Kocham moje miasto i nie rozumiem dlaczego nie można w nim normalnie żyć.

Bo jestem przekonana i wiem, że ta nienormalność dotyczy bardzo wielu osób.

Policja nie robi nic, aby pomóc ofiarom przemocy, a tym samym chroni agresorów. A przecież obowiązuje ustawa, dająca wszelkie możliwości ochrony i przeciwdziałania.

Tak się dzieje!

W związku z tym uruchamiam akcję „Moje miasto przeciw przemocy”. Jeżeli nie przyjmiemy zdecydowanej postawy i nie zaczniemy konsekwentnie stosować obowiązujące przepisy utoniemy w agresji, chamstwie i znieczulicy. Drodzy Państwo czekam na informacje od was od waszych problemach.

Strasznie się obawiam, mam siniaki na górnej części ramienia i od wewnętrznej strony. I nie chodzi tu tylko o przemoc fizyczną, gdy napastnik tak mnie złapał za ręce i przedramię, że widać ślady po jego palcach na moim ramieniu i wczepił się paznokciami, a ja mam również krwiaki, które są od uderzenia drzwiami.

Odbiłam się od muru instytucjonalnej znieczulicy, mam nadzieje, że Niebieska Linia mi pomoże! Policja widziała i nie reaguje… Niech to wystarczy za komentarz.

SPRAWCA PRZEMOCY GROZIŁ MI NOŻYCZKAMI. ZOSTAŁAM POBITA I MI GROŻONO, A PATROL POLICJI NIE PODJĄŁ DZIAŁANIA. NIE MA ZGODY NA PRZEMOC, NIE MA ZGODY NA PRZEMOC INSTYTUCJONALNĄ. ZAWIADOMIŁAM WKP I PROKURATURĘ, ZOBACZYMY CO BĘDZIE DALEJ – MOJA SPRAWA JEST PROSTA, JEST OBDUKCJA, A JA WYSTĘPUJĘ W SWOIM IMIENIU – BO TO MNIE NIE UDZIELONO POMOCY

Wszystkie trzy historie zostaną skomentowane, będą miały dalszy ciąg, i wyjaśnię też, dlaczego kojarzą mi się z historią podręcznych, pojedynczo, ale i wszystkie razem, bo każda z nich oświetla pozostałe i nadaje im innych wymiarów.

Mężczyzna z cmentarza w Łobzie

Ewa Maria Slaska

W Łobzie

W Łobzie byłam już prawie miesiąc temu i od tego czasu wiem, że muszę koniecznie napisać o tym grobie, którego już nie ma i o tym kamieniu, który stoi od kilku lat, ale wcale nie tam, gdzie był grób, o człowieku, którego tam pochowano i o człowieku, który pokazał mi ten nie istniejący grób i istniejący kamień, a który, co więcej, postanowił ten kamień ustawić i dopiął swego…

Ale może zacznijmy od samego Łobza, miasteczka, z którego pochodzi jedna z autorek tego bloga, poetka, pisarka i pedagożka, Agnieszka Wesołowska.

Łobez leży na trasie kolejowej między Szczecinem a Koszalinem. Mijam to miasto, gdy jadę do Gdańska, i przypominam sobie, że w okolicy mieszkała Sidonia von Borcke (Sydonia von Borck), pomorska czarownica, którą 28 września 1620 roku, jak to wówczas robiono z czarownicami, spalono w Szczecinie na stosie, uprzednio jednak, w drodze łaski (?), ścięto mieczem. W każdym razie zdołała przeżyć 72 lata,  w chwili śmierci była już starą kobietą, ale w młodości miała być nadzwyczajnie piękna…

Oczywiście ci, którzy uważnie czytali Terry Pratchetta, wiedzą, że jeżeli Sidonię stracono jako czarownicę, to znaczy, że czarownicą nie była. Bo czarownicy nikt nie podda torturom i nie zabije, a śmierć, jeśli przyjdzie, to za jej zgodą. Kobiety pomówione  o czarownictwo ginęły za inne sprawy, za urodę lub jej brak, za mądrość lub głupotę, za kłótliwość lub posłuszeństwo, albo wreszcie za posiadanie majątku, na który ktoś inny miał chrapkę…

Ale ten wpis wcale nie miał być o czarownicy, lecz o żyjącym dwa stulecia później archeologu. Otto Puchstein (1856–1911), był niemieckim archeologiem klasycznym i bodaj czy nie najważniejszym “synem miasta” jak to określa niemiecka Wikipedia. Polska jest niestety bardziej prozaiczna i zamiast opkreślenia “synowie i córki” pisze po prostu o “urodzonych w danym mieście”. Umarł bardzo młodo, zwłaszcza jak na archeologa, bo podobno jesteśmy profesją (w końcu ja też jestem archeolożką), która jest nader długowieczna. Miał 55 lat. Przyczyną śmierci był wylew.

Puchstein był niewątpliwie synem Łobza. Zmarł w Berlinie, ale na jego życzenie pochowano go rodzinnym mieście. Na jego pogrzeb przyjechali uczeni z całych Niemiec, mowę pożegnalną wygłosił rektor Uniwersytetu Fryburskiego profesor Fabrycius.

Był to naprawdę pogrzeb wysokiej rangi, ale też Puchstein był rzeczywiście naukowcem najwyższego kalibru. Prowadził badania w południowych Włoszech a potem w Azji Mniejszej, w  Baalbek, Palmyrze, w Nemrut Dagi i – przede wszystkiej – w tajemniczej, owianej legendami stolicy Hetytów – Hattusa. A jeszcze na dodatek był współzałożycielem Muzeum Pergamońskiego w Berlinie.

Głowy ogromnych posągów Antiocha i bogów na Górze Nemroda (Nemrut Dag, Anatolia, Turcja, kultura hellenistyczna, I w.p.n.e.)

Hattusa, Brama Lwów, 2000 p.n.e.

***
Cmentarz w Łobzie, jak wiele cmentarzy niemieckich, został zniszczony po wojnie. Dopiero po roku 1989 było możliwe podjęcie w miastach poniemieckich inicjatyw zmierzających do odtworzenia dawnej substancji historycznej. Obywało się to zazwyczaj z inicjatywy lokalnych miłośników historii. Tak było też w Łobzie, gdzie od roku 1990 zaczęto zbierać poniewierające się po cmentarzu i mieście nagrobki niemieckie, które ustawiono w lapidarium, urządzonym na miejscu dawnego muru cmentarnego. Niemieckim zwyczajem w mur otaczający nekropolię wbudowano pradne grobowce zamożnych rodzin łobeskich, między innymi  wielki grobowiec rodziny Puchsteinów, z napisem informującym, że ta zacna familia mieszczańska (ojciec Puchsteina był radcą miejskim i mistrzem piekarskim) żyła i pracowała w Labes czyli Łobzie od XII wieku.

Po grobowcu nie został nawet ślad. Kamień pamiątkowy ustawiony został w alei wiodącej do cmentarza.

Inicjatorem utworzenia lapidarium i uczczenia pamięci Puchsteina jest Czesław Szawiel, nauczyciel gimnazjalny, historyk, animator łobeskiego życia kulturalnego. Pan Czesław malowniczo opowiada o tym, jak ściągał z pól, pastwisk i ogrodów porzucone nagrobki, jak wybierał i sprowadzał kamień pamiątkowy Puchsteina i jak organizował uroczystość odsłonięcia tego kamienia w obecności miejscowych notabli, którzy właściwie wcale się nie kwapili do czczenia jakiegoś urodzonego tu Niemca… Ale on się uparł, a jak pan Czesław się uprze…

Barataria 26 Varga

Ewa Maria Slaska

…to tak jakby dać się zesłać samotnie na bezludną wyspę…

Pisałam już kilkakrotnie o tym, jak przed wyjściem z domu sięgam na półkę i wybieram na chybił trafił jakąś książkę, którą będzie można bez zbytniego dźwigania zabrać do miasta, by mieć co czytać w poczekalniach i środkach komunikacji miejskiej. Półka znajduje się na poziomie oczu. Tuż obok są drzwi, korytarz i drzwi na klatkę schodową, a potem już dom, miasto, świat i wszechświat. Półka z czarnymi książkami.

Tym razem był to Varga wydany przez Czarne w roku 1998, czyli prawie 20 lat temu. Młodzieńczy a zatem bardzo stary, ale już, podobnie jak w ostatniej produkcji – Masakrze – pijący. 20 lat temu młoda inteligentna twarz młodego inteligentnego człowieka spokojnie mogła się znaleźć jako jedyny motyw na okładce książki. W Masakrze już to nie było (by) możliwe…

Zwraca uwagę strzelista i mocna struktura szyi i piękne, równe, białe zęby. Usta wyrażają czarną rozpacz, ale rozpaczający pijak jest solidną, wysmukłą, estetyczną konstrukcją. Wygląda jak śpiewający soul czarny muzyk jazzowy.

45 pomysłów na powieść to dobre surrealistyczne teksty, w których prosta przaśna teraźniejszość niezauważalnie przenika w znane fikcje filmowe. Niestety, powoli, przez fakt, że powtarzają same siebie, opowiadania stają się nużące. Cały czas, czytając tę książkę, myślałam ze smutkiem, że niestety surrealizm musi istnieć jednostkowo, bo gdy się powiela, przestaje zeskakiwać, a jak nie zaskakuje, to jednak nie jest już surrealistczny. Dlatego Dali, Chartowski czy Yerka nie powinni mieć wystaw i szkodzi im współczesna powszechność obrazów. Zawsze widać wtedy, że naśladują sami siebie.

Jacek Yerka, obrazy pojawiające się w google po wpisaniu hasła “yerka truskawki”

Gdy kiedyś Hans Holbein umieścił na obrazie Ambasadorowie dziwny dysk, który tylko widziany pod kątem 27·z lewa na prawo był czaszką ludzką, czyli przypomnieniem memento mori, umrzesz, nie uciekniesz, nawet jak jesteś ambasadorem i nosisz kosztowne futra… wtedy oczywiście tajemnica mogła ci zapaść w serce na zawsze i mogłeś strawić życie, żeby znowu dostać się do pałacu, w którym ów obraz wisiał i popatrzeć na ten dziwny dysk, z trudem szukając miejsca, w którym niezrozumiałe zmieni się w okrutne wprawdzie, ale zrozumiałe…

Hans Holbein the Younger: The Ambassadors, 1533. The life-sized panel portrays Jean de Dinteville and Georges de Selve, the ambassadors of Francis I of France; 1533, National Gallery in London (public domain)

A dziś… No cóż, czaszka wygląda tak, nie musicie już jechać do Londynu i przekrzywiać głowy.

Ale poleciało po dygresjach, a my przecież chcieliśmy o 45 pomysłach… Vargi. Jako całość zatem książka nuży, tym niemniej pojedynczo potraktowane opowieści są zachwycające… I choć nie pada tu nigdzie słowo Barataria (sądzę, że w latach 90 mało kto czytał Don Kichota, a jeśli nawet, to zapewne niezbyt wnikliwie), autor jest zadeklarowanym baratarystą, poszukiwaczem wysp magicznych, zaprawionym w surrealistycznych bojach ze światem, który dla utopionego w oparach alkoholu nocnego wędrowca nagle staje się utopią…

Trzy wyspy Krzysztofa Vargi

NIECHCIANA PODRÓŻ

Czwarta rano, fioletowość poranka, choroba jak kornik z filmu rysunkowego pożera wszystko, co napotka na swej drodze. Wąskie, nierówne uliczki, legendarne kawiarnie i kolorowe graffiti w przejściu podziemnym. Zniewalający zapach średniowiecznych piwnic. Niezliczone kościoły z relikwiami świętych, krużgankami świątyni przechodzą zakapturzeni wyznawcy śmierci z powodującym dreszcz śpiewem. Ich tajemnicze obrzędy i klątwa, która sprawdza się od pięciuset lat, nie dając nikomu nawet najmniejszej szansy. Kilka przecznic dalej nastoletni anarchiści niosą czerwono-czarne flagi. Nadchodzi czas rozstrzygnięć, mówią konserwatyści. Liberałowie prorokują koniunkturę. Wydaje się jednak, że nadrzędną ideą staje się obsesyjna asceza mająca przygotować wszystkich na nadejście nowych czasów. A kiedyś, to mogły być na przykład lata trzydzieste, bawili się jak na metropolię przystało, bez ograniczeń. Wystawiali na widok swój pokazowy hedonizm, choć dręczyło ich podskórne przeczucie, że to już Schyłek, nie pierwszy i nie ostateczny, ale jednak przecież koniec tego świata. Wszystko się skończy, tak jak kończyło się dwadzieścia lat wcześniej, jak skończy się jeszcze niejeden raz. Ale zapewne byli przekonani, że są ostatnimi. Neony świeciły histerycznie, jakby domyślając się, że wkrótce nadejdzie czas zaciemnienia.

Więc upijali się, póki była sposobność, na przyjęciach, rautach, przy dźwiękach big-bandów i modnych kwartetów jazzowych, później rozbijali się automobilami na drzewach, samolotami nad pustynią, mówili: ktoś musi iść po pomoc; albo zjadali się, przedzierając się przez dżungle i tundry, zamarzali, idąc przez nieskończenie śnieżne przestrzenie, lub szli na dno zimnego oceanu.

Ponure górnicze miasto, piąta rano. Koszmarna noc w hotelu, palą się wszystkie wnętrzności, za ścianą cienką jak deszcz ktoś wymiotuje, torsje wykręcają go na drugą stronę i rozsadzają głowę na tysiące kawałków. Powietrze śmierdzi zardzewiałym metalem, pleśnią gnijących kamienic, poprzednim wieczorem i przegranym meczem eliminacyjnym. Łatwo uwierzyć, że stąd nie można wyjechać, to tak jakby dać się zesłać samotnie na bezludną wyspę, zabierając ze sobą tylko zawalający się dom z pourywanymi balkonami, zdezelowany tramwaj, maleńką budkę z biletami i tytoniem.(…)

Zabytkowy most, zabytkowy zamek, zabytkowy tramwaj, zabytkowy pistolet, który przykłada sobie do skroni neurasteniczny student, wysłuchując piosenki ,,Ta ostatnia niedziela”. Stary antykwariusz przechowa kulę w irchowym woreczku. Patefon jest najdoskonalszym wynalazkiem ludzkości, czasami bardziej skutecznym niż powieści i wiersze, nie wspominając już o malarskich aktach, nawet tych najbardziej wyuzdanych. Nawet lepszym od opium, choć przecież zna się to raczej z opowieści kolegów niż z autopsji, tak jak słony smak waginy, którego poznaniem niektórzy szczycą się przy ledwo skrywanej zazdrości pozostałych. I jeżeli nawet ktoś przytomnie teraz zauważy, że przecież czas tak wyraźnie rozdziela dni przed upadkiem Monarchii i symbolicznym końcem wieku z popularnością „Ostatniej niedzieli”, to przecież wnet powinien pojąć, że kamera ślizga się tylko po przedmiotach, na dłużej nie zatrzymując na nich swej uwagi, swobodnie przeskakuje też po kalendarzu i zanim się obejrzymy, ten smukły oficer o wąskich biodrach będzie stetryczałym, zgorzkniałym starcem żyjącym wspomnieniami, o ile nie pożre ich demencja, a ta zarumieniona służąca z długimi puszystymi włosami zamieni się w starą, bezzębną kobietę obierającą w kuchni kartofle i złorzeczącą przy tym na cały świat.

(…)

A co się stało z owym archiwistą cudzych śmierci, antykwariuszem sprzedającym swoim klientom tanie wzruszenia i nie do końca wiarygodne materiały na moralizujące anegdoty? Czy sczeźnie w zaciszu swego zakurzonego kantorku, czy pleśń pokryje jego zmumifikowaną sucha twarz, czy odejdzie bezimiennie w zapomnieniu i żadna rodzina nie upomni się o godny pochówek jego truchła? Ależ to właśnie jego sekretny pamiętnik staje się kanwą tej dziwnej na pozór opowieści i przez żądnego sukcesu, a przede wszystkim mamony młodego artystę po latach zostaje przerobiony na scenariusz. Tak oto się kręci globus na bożym biurku.

FILM Z CYKLU ,,SŁYNNE KOCHANKI”

I teraz, kiedy siedzimy w śmierdzącej żółto-czarnej łodzi rybackiej, na dodatek wyciągniętej na brzeg i zabezpieczonej linami, hakami i klockami drewna, i siląc się na coś oryginalnego, tępo gapimy się na wschód słońca, jakby to była kiczowata widokówka, pozdrowienia z… i tak dalej, w głowie łupie nie przespana noc, a kac zaczyna narastać, nagle pojawia się, pośród absurdalno-sztampowych dyskusji, którymi usiłujemy zatkać dziurę w burcie, by nie wlewała się mózgowa woda, taki oto problem: czy legenda Marilyn Monroe przetrwa przynajmniej tyle, ile wciąż żywy zachwyt nad urodą Nefretete albo Kleopatry. I pojawia się senność jak po trzecim piwie albo obfitym posiłku, a wraz z nią świadomość, że to wszystko zaczyna być żenujące. To, że na przemian kłamię i gadam od rzeczy, że wszystko skończy się złośliwymi komentarzami przyjaciół, którzy pomiędzy „jeszcze raz to samo pani Beatko” a ,,daj papierosa” po raz kolejny będą się znęcać nad coraz mniej oficjalną wersją wypadków, jest mniej straszne niż spowodowane zmęczeniem i alkoholem wynurzenia dwudziestotrzyletniego poety, który głośno zastanawia się, co to z nami będzie, tą młodą inteligencją, czy we współczesnym świecie warto być intelektualistą, choć ja w tym momencie myślę o zbliżającym się sezonie ligowym w piłce nożnej. Albo gdy przysypiam w pociągu i słyszę, jak mój przyjaciel uwodzi osiemnastolatkę opowiadając jej o tym, że miałem być księdzem, a teraz piszę książki i występuję w telewizji. Drzwi od przedziału zamykają się i oddziela mnie od nich nagle szyba i brudna firanka. Przez chwilę zastanawiam się, o czym mówią, a właściwie co on jej mówi. Oddalam godziny jak niepotrzebną już tego dnia służbę izmów próbuję przez trzy dni skutecznie odcinać się od świata, chronić przed telefonami automatyczną sekretarką, a później nagle rzucać się do klawiatury i wybijać na niej wszystkie znane numery, oczywiście nie mogąc się nigdzie dodzwonić. Wychodzę z domu, szczytowego osiągnięcia budownictwa wielkopłytowego, idę na przystanek i rozpoczynam kolejną wyprawę autobusem. Na biegun północny, do jeziora Wiktorii, źródeł Amazonki, do tych wszystkich światów zaginionych, do miejsc znanych z albumów, atlasów, filmów przyrodniczych i geograficznych, ostoi dawnych cywilizacji, które jak nagle się pojawiły, tak nagle i tajemniczo zaginęły, zostawiając za sobą wielkie kamienne budowle, ołtarze ofiarne, mroczne świątynie, wraki wspaniałych galeonów na dnie ciepłych mórz, a nie wyciągnięte na brzeg dziurawe, śmierdzące łodzie rybackie.

DŁUGO SIĘ WAHAM, AŻ WRESZCIE SIĘGAM PO „SUBSTANCE” JOY DIVISION

Jesień i niedziela. Ciemno i zimno. Cóż można powiedzieć więcej? I któż może tego dokonać? No chyba, że tylko On-Telewizor. Mówi do mnie wykrzywionymi ustami Miłosza Biedrzyckiego: poezja to społeczne zwierzę języka. Jakie społeczeństwo, jakie zwierzę, jaki język, pytam się. Społeczeństwo jest zamknięte, zwierzę oszalałe ze strachu, a język rozdwojony. Czyje mają być te języki zwierząt, bełkotliwe języki społeczeństw? Moje prywatne zwierzę wywala wielki mięsisty jęzor. Moje zwierzę z zaciekawieniem czyta w kolorowych magazynach pochlebne recenzje z najnowszych narkotyków. Tutaj już nie cierpi się na piękną melancholię, ale ciężką nerwicę, a młodzi bożkowie rock’n’rolla mówią uwielbiam seks i narkotyki. Za oknami strzelają petardy, jak w każde święto. Moje zwierzę wpada w panikę, więc głaszczę je po głowie, a ono mruży oczy i ociera się o mnie przymilnie swoim wielkim łbem. Na stole zamiast tradycyjnych świątecznych potraw leży nadgryziony, wystygły Borges. „Historia de la noche. Los conjurados” ma napisane na panierce. Nie, nie znam hiszpańskiego. Tylko kilka pojedynczych słów nie łączących się w żadną logiczną wypowiedź: cerveza, salvation, Gaudi. W tym kraju, w którym, będąc przejazdem, nierozsądnie zasiedziałem się ponad miarę, wciąż trwa jarmarczne święto – uliczni sprzedawcy bezgłośnie oferują balonki, watę cukrową i znicze. Wspaniałe miejsce, mówię wam, tu zawsze jest ciemno i zimno, samo miasto wygląda jak z filmów science fiction, nie w tych cudownie tekturowo-utopijnych w technikolorze, gdzie wszyscy poruszają się dziwnymi pojazdami idealnie pod kątem prostym skręcającymi w powietrznych korytarzach, albo w wysoko zawieszonych kolejkach na poduszkach magnetycznych i uprawiają seks na odległość, ale raczej z tych antyutopii, gdzie po pustych ulicach wiatr goni śmiecie, z nieba leje się kwaśny deszcz, coś gwiżdże, świszcze, w bramie błyśnie śmierć, na środku rzeki wynurzy się nagle atomowa łódź podwodna, która miała być zupełnie gdzie indziej, słychać wrzask kota i z mgły wyskakuje samochód-widmo. l być może teraz właśnie jesteśmy ostatnimi na tej planecie, może zżera nas popromienna choroba, a w ruinach miasta kryje się Zabójca. Waśnie w tym miejscu, w tej chwili, tak nieprawdopodobna jest okładka pisma „Q”, które przedstawia listę stu płyt, filmów i książek, które zmieniły nasze życie. Nie, nie, skończyło się, nic już nie zmienia życia prócz miażdżycy naczyń wieńcowych, zakrzepów w tętnicach, złośliwych narośli rakowych komórek. Żadne płyty, książki, filmy.

(…)

Tymczasem, jak donoszą agencje, w Chinach pojawił się mityczny potwór Sibuxiang, którego nazwę tłumaczy się jako ni ryba, ni ptak. Sieje zamieszanie w południowych prowincjach kraju. Niektórzy uważają to za zapowiedź Apokalipsy, jako że jego imię składa się z dziewięciu liter, a dziewiątka to odwrócona szóstka, w dodatku dzieli się przez trzy, a trzy szóstki to imię Bestii. Tak więc Sibuxiang jest Lewiatanem, który przybywa pod nową postacią, już nie tylko jako stwór morski (ni ryba), ale też latający (choć ni ptak). Inni utrzymują, że Chrystus był tylko wizją narkotyczną, efektem przedawkowania przez wizjonerów grzybów-psylocybów. To pocieszające, że można wszystko zwalić na Mechagodzille, Krakeny, Lewiatany, na sfermentowane drożdże, psylocybinę, amfetaminę. Od razu robi się lżej.

Wyłączam telewizor. Znikają szkielety, zwierzęta i języki, znika Sibuxiang. Robię sobie następną herbatę, choć po jej wypiciu nie jest mi ani bardziej ciepło, ani mniej sennie, za to niepokój zaczyna nabierać cech metafizycznych. Więc może to wszystko tutaj to tylko wynik przedawkowania teiny? Niewykluczone, że tego miasta nie ma, a więc nie ma ulicy, domu, niedzieli, ciemności i zimna. A jeśli jest coś, to wykonano to z pewnością zgodnie z zaleceniami – cisza, spokój, zrównoważenie. Na złość kosmitom życie tutaj wciąż trwa.

Chwalmy Pana

Ewa Maria Slaska

Hashem Meleh

Y Studs a capella

Prosta żydowska piosenka religijna, jest od kilku lat przebojem, również na youtube. W mojej ulubionej wersji wykonuje ją zespół Y czyli studenci z Uniwersytetu Jeshiwa (Yeshiva University), ale śpiewali ją już Gad i Beni Elbaz (pięć i pół miliona odtworzeń na you tubie), którzy z kolei przerobili oryginalny utwór Khaleda, C’est la vie.

Śpiewa się ją wszędzie. Tu flash mob w Chicago – Elliot Dvorak i Key Tov Orchester

Hashem Melech to religijne wezwanie, Chwalmy Pana. Chwalmy Pana. Zawsze mnie zaskakuje, jak wesoło chwalą Pana wyznawcy religii mojżeszowej. Jak można się bawić jak dzieci, podskakując jak król Dawid, jak można było być starymi brodatymi Żydami i wstawać od stołu i ksiąg, by w szubach i lisich czapach tańczyć ad maiorem Dei Gloria (pamiętacie taką wspaniałą scenę z Austerii Kawalerowicza?)

I wtedy przypomina mi się, że w początkach chrześcijaństwa też się tańczyło w kościele chwaląc Pana, aż przyszło surowe Średniowiecze, pańskie psy – Dominikanie, fanatyczna Inkwizycja, i wygnano z kościołów tańczące korowody wiernych.  

ה’ מלך

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה

י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד
י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה

י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד
י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

Gad i Beni Elbaz

The lord is king

The Lord is King, the Lord was King,
the Lord will be King forever and ever.
The Lord will be King

Praise and thank G-d
Praise and thank G-d

Jehova, our Lord and G-d is one
Jehova our Lord and G-d is one.

The Lord is King, the Lord was King,
the Lord will be King forever and ever.
The Lord will be King

Praise and thank G-d
Praise and thank G-d

Jehova, our Lord and G-d is one
Jehova our Lord and G-d is one

Khaled

Gad Elbez i Nissim

W angielskiej wersji językowej brak zachęty do tańca, a z komentarzy w internecie wynika, że w oryginale jest wezwanie, by tańczyć na chwałę Pana. Zresztą wystarczy obejrzeć filmiki na youtubie. Ach jak oni tańczą, chwaląc Pana. Zaprawdę, gdy Boży duch ogarnie mnie, jak Dawid tańczyć chcę, jak Dawid, jak Dawid, jak Dawid tańczyć chcę… To piosenka, jak stworzona dla raperów i do break dance.

Hashem meleh jest w sieci w różnych językach, nawet po wietnamsku. Szukałam po polsku, nie znalazłam, ale może ktoś coś wie, zna, słyszał…

No i chwalmy Pana. Wszak niedziela, Dzień Pański, a teraz to i tak już tylko On może nam pomóc, bo nawet gdyby Pan PAD NIE podpisał ustawy (a przecież wiemy, że podpisze), to i tak… ech, przegwizdaliśmy…