Taaaak. To Søren Kierkegaard, ten nasz ulubieniec, młody, piękny, mądry człowiek. Utalentowany. Młodo umarł (1813–55). Każdy z nas w swoim najlepszym życiu chciałby być Kierkegaardem. Patrzę na ten fragment Albo – Albo i rozmyślania szarpią mną od “tak” do “nie” i z powrotem. I znowu. Zaprawdę, albo – albo. Wszystko mi się jak w soczewce skupia w tej nieszczęsnej musze, złapanej przez znudzonego chłopca w szkole.
To fragment rozdziału „Gospodarka przemienna”, czyli „Płodozmian” (tekst tłumaczył Jarosław Iwaszkiewicz i możliwe, że nie miał pojęcia, co to jest płodozmian, co to jest gospodarka przemienna, czyli jedno-, dwu- i trójpolówka).
Płodozmian jest w filozofii Kierkegaarda remedium na nudę życia. Nie staraj się żyć intensywnie, mówi młody filozof oświeceniowy, nie próbuj pokryć uprawami dorzecza Amazonki, uprawiaj swoją własną doniczkę, ale uprawiaj ją intensywnie, dziś ziemniaki, jutro orchidee. Interesuj się coraz to nowymi dziedzinami życia, intensyfikuj doznania.
Jeśli wciąż jeszcze pamiętamy to, czego nas uczono w szkole, to na pewno przypomnimy sobie, że takie właśnie remedium na nudę i znużenie życiem proponowali już dwa pokolenia wcześniej filozofowie społeczni, Charles Fourier (1772 – 1837) i Robert Owen (1771-1858), czyli tzw socjaliści utopijni.
Nie wiem jak Wy, ale ja ich pamiętam do dziś.
Nuda, nuda. Gdy myślimy o nudzie, najczęściej jednak myślimy o Charlesie Baudelaire (1821– 67), który jest prawie rówieśnikiem Kierkegaarda, urodził się kilka lat później, żył kilka lat dłużej. Jak na dzisiejsze czasy, obaj umarli młodo. Kierkegaard miał lat 32, Baudelaire – 46.
Nic w długości nie zrówna kulawego biegu, Mych dni, gdy pod ciężkimi całunami śniegu, Nuda…
Ch B, Kwiaty Zła
Na zajęciach filozofii młodzi adepci mieli w czasach współczesnych na podstawie owego wyżej przytoczonego fragmentu zapoznać się z koncepcją Kierkegaarda o tym, co to znaczy żyć intensywnie. Przykładem są tu więzień, który oswoił pająka, i chłopiec, który złapał muchę i znęca się nad nią. Kierkegaard nie ocenia tego chłopca, rozwodzi się raczej nad tym, że to, co chłopiec robi z muchą, pomaga mu rozproszyć nudę nieciekawej, nużącej lekcji. To jest, dla mnie, podstawowe przesłanie tego tekstu. Rób co chcesz, tylko się nie nudź.
Dworzec Główny (Hauptbahnhof) w Berlinie, 13 stycznia 2022 roku: reklama rbb, rozgłośni radiowo-telewizyjnej dla Berlina i Brandenburgii: Bloss nicht langweilen, czyli: Byle nie nudzić!
Problem w tym, że chłopiec, oczywiście, nie musi mieć żadnych oporów etycznych (choć może). Ale Kierkegaard, no, hallo! I nawet jeśli pisze o chłopcu, który tych oporów nie ma, bo nie zna, to jednak filozof musi je mieć i znać. On tymczasem nie pisze o tym ani słowa. Filozof doda jednak, że to nie takie proste, bo rozdział “Płodozmian” znajduje się w pierwszym tomie książki Albo – albo, a jej konstrukcja zasadza się na tym, że w tomie pierwszym Kierkegaard przedstawia styl życia estety i go odrzuca, a w tomie drugim przedstawia zasady życia etyka i jest to poniekąd bezpośrednia odpowiedź na wady życia estety.
Może tak jest, ale mnie ta mucha i tak prześladuje.
Mam wrażenie, że udręczona mucha w dziurze na zawsze pozostanie w swojej udręce i nie ujmie się za nią ani Kierkegaard, ani filozof współczesny, który ten tekst wybrał i dał studentom do analizy, ani wreszcie oni sami. Na całą wieczność już ten chłopiec będzie się znęcał nad tą nieszczęsną muchą.
No, ale może zostanie naukowcem.
I wtedy eksperymenty z muchą będą uprawnione i opłacone.
Czy jest on przy tym przeciwieństwem więźnia, który oswaja pająka? Czy przeciwnie – udomowienie świata i dręczenie go są sobie równoznaczne?
No, bo jeśli zostanie naukowcem.
Czy oznacza to, że nieważne, czy to co robimy jest etyczne, ważne, żeby spełniało swój cel, czyli intensyfikowało nasze doznania? Nawet jeśli mają to być najwznioślejsze doznania i myśli o Bogu? Czy możemy zaakceptować tę zasadę w ogóle? A wtedy, gdy wiemy, że intensyfikacja doznań ma rozproszyć nudę?
Czy ta mucha jest kwintesencją kapitalizmu? Czy niepohamowany rozwój zarabiania poprzez czynienie ziemi sobie poddaną (jak o tym pisze Marek Włodarczak) rozprasza nudę?
Siedzimy w tej dziurze, a chłopiec na nas patrzy i patrzy bez końca. I znikąd ratunku.
Za czasów Mao Tse Tunga Chiny dotknęła plaga much. Każdy Chińczyk musiał codziennie zabić co najmniej jedną muchę. Gdy zniknęły muchy, Chiny nawiedziła plaga wygłodniałych wróbli. Każdy Chińczyk musiał zabić codziennie jednego wróbla. Pewien podróżnik zapytany po podróży do Chin, jak tam jest, odpowiedział: W Chinach jest strasznie być muchą. Jest też strasznie być wróblem. I strasznie jest być Chińczykiem.
Damien Hirst, Barbecue z muchami
Willem Claesz Heda (1594-1680), Martwa natura z muchą
Ach, te muchy…
Będzie dalej… Może nawet dużo. Bo to jest ważne pytanie: jak mamy się ustosunkowywać do tego, co napisano lub stworzono kiedyś? Krytykować, jak ja tutaj, zmieniać na dzisiejszą modłę (netfliksyzacja), objaśniać i uprzedzać (o tym będzie za tydzień, ale tego też właściwie chciałabym i ja, przynajmniej tu w tym wpisie), usuwać całkowicie, a może po prostu zostawić w spokoju Kierkegaarda i jego muchę? Podpowiem, że zreblogowany wpis sprzed dwóch dni też jest na ten temat: TU
Poezja w czasach automatycznej korekty i inne wiersze
mija nowy rok mam napisać wiersz i choć wiem mimo to zapominam że mową naszą powszednią rządzi Wielki Korektor który mi wszystko poprawi monday na madonnę monady mondaminy macondo na mannę lub mcdonalda ale mantykorę zna i nie poprawia jej na manię a marihuany nie zamienia w mszę ma władzę wszystko wie lepiej.
Przyszedł tomik wierszy od poetki. Znam poetkę od dziecka. Pierwszy raz przyjechała do Berlina, gdy miała 14 lat. Miała brać udział w warsztatach translatorskich wraz gromadą studentów z Polski i Berlina. Do Berlina przyjechała z mamą, a jej wiersze były tak dojrzałe, że niektórzy młodzi zawistni poeci myśleli, że to mama jej te wiersze napisała. Potem już wiedzieli lepiej.
Czytam te wiersze w styczniową noc. Trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem.
Człowiek z papierosem na balkonie widział światło w moim uchylonym oknie w styczniu o trzeciej nad ranem
To, co sprawia, że czytam ten akurat wiersz trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem nie może być ani intuicją ani telepatią. Nic nie wiem. Nic nie mogę wiedzieć lepiej. Ona też nie. Choć wszystko sprawdza i przymierza. Może być Hekate albo siostrą Tanatosa. Zna wszystkie wiodące w zaświaty istoty Może wybierać jak chce.
Wybiera Niefrasobliwą.
W tej przydrożnej kapliczce będzie Ci jak w domu, uszyję Ci sukienkę, wykarmię dzieciątko, a kiedyś może jeszcze zacznę od początku gdy Syn Twój już wyrośnie z mojego pokłonu.
Sprzątnęłam Wasz ogródek w którym krzyże zwiędły, a w czasie odpoczynku tłumaczyłam sobie – on nie chce być strażakiem, tylko Panem Bogiem, przecież każdy w dzieciństwie chciał być niepojęty.
Madonno, możesz tańczyć, wszak już zbawiony świat i chyba przyznasz sama, że wyszedł na ludzi Twój Syn, co o miłości tak wiecznie marudził.
Wam wszystkim świętym zawsze pomyślny wieje wiatr w oczy, co im głód nieba na sucho uchodzi. A mnie wciąż zbyt grzesznie i ciągle nie tak.
Dziwię się tym słowom, poukładanym tak, żeby się sobie dziwiły. Które sprawiają, że można zjeżdżać na sankach z Golgoty.
*** Nasza łódź jest z bambusa będziemy dobrze brzmieć pośród wód przynoszonych we wiadrach
jesień okadza nasz dom zapachem jabłek świętość na półeczce obok utartej bazylii
twarda pięta zna tajemnicę
ze zmarzliny glina nasze drzewa bujają w doniczce
Mały świat, w którym świętość stoi na półeczce obok utartej bazylii.
To odważne tak pisać wiersze żeby się nie bać że Wielki Korektor poprawi nam pietę na piętę lub piętę na pietę
Wiecie o co chodzi bo w każdym bądź razie plany napięte czy róża w życie upięta nie jest na żarty?
Mały świat, w którym ktoś chce dokapać się własnej kałuży szczęścia.
Wielki Korektor nie chce dokapać się możemy okapać dokazać okazać dokopać i pokopać mały świat
Pieta
Tyle lat pięknych i przegadanych jak przegadane i piękne są niektóre frazy
Zamiast zbierać kwiaty pisałam o kwiatach
To odważne tak pisać wiersze żeby się nie bać że on poprawi nam pietę na piętę lub piętę na pietę a młodą poetkę na starą kobietę
***
Agnieszka Wesołowska, Niefrasobliwa
Wydawnictwo: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Warszawa
Opinie tych, którzy wiedzą lepiej niż ja:
Piotr Müldner-Nieckowski: Takich wierszy nie da się zaplanować. Kiedy autorce się zdarzały, były zapewne odkładane i czekały, aż zdecyduje się na nie jakaś szczególna książka. Okazały się traktatem o pewnym stanie psychiki, o niefrasobliwości. Ale nie beztrosce. Są czymś w rodzaju studium wolności
Krzysztof Bielecki: Ani to konstrukcja, ani dekonstrukcja świata. Agnieszkę Wesołowską pociąga świat rozproszony. Człowiek rozproszony. Ulegający baśni. Złudzeniu. Czemukolwiek, co mogłoby istnieć. W poetyckim rozmarzeniu nawet istnieć powinno, ale… nie istnieje.
Agnieszka Wesołowska urodziła się w 1984 roku. Związana była z pismem literackim Łabuź, wydawanym w Łobzie na Pomorzu Zachodnim. Tam też mieszkała od urodzenia, potem przez jakiś czas w Szczecinie, Krakowie i Poznaniu. Ukończyła Uniwersytet Pedagogiczny im. KEN w Krakowie, Wydział Pedagogiczny. Od kilku lat znowu mieszka w Łobzie. Autorka arkuszy i książek poetyckich, m.in. Ars vitae. Listy do nieszczęśliwych (Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2008); Dwuznaczny (Książnica Pomorska, Szczecin 2000; wyróżnienie im. K. Iłłakowiczówny za książkowy poetycki debiut roku); Zgubić pytania (Żebracza Inicjatywa Wydawnicza Klubu Literackiego Łabuź, Łobez 1999). Współpracowała z Polsko-Niemieckim Towarzystwem Literackim (Verein zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur) WIR. Publikowała w różnych czasopismach (m.in. w „Pograniczach”, „Zeszytach Literackich”, „Dekadzie Literackiej”). Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Pisała też czasem u mnie na blogu. Ale nie tu. Dawno. Nieprawda. Na mitycznym blogu, zwanym Kura…
Uwaga – niebieskie fragmenty wpisu to wiersze i cytaty z tomiku Niefrasobliwa Agnieszki Wesołowskiej
Sen Trzech króli, 1120-30, fragment kapitelu z Katedry Saint-Lazare, Autun, Francja
Uwaga – wpis obrazoburczy. Czytacie na własną odpowiedzialność.
Ewa Maria Slaska
Mędrcy świata, monarchowie, gdzie śpiesznie dążycie? Powiedzcież nam Trzej Królowie, chcecie widzieć Dziecię? Ono w żłobie nie ma tronu, i berła nie dzierży, a proroctwo jego zgonu, już się w świecie szerzy.
Mędrcy świata, złość okrutna, Dziecię prześladuje, wieść okropna, wieść to smutna, Herod spiski knuje. Nic monarchów nie odstrasza, do Betlejem spieszą, gwiazda zbawcę im ogłasza, nadzieją się cieszą.
Przed Maryją stoją społem, Niosą Panu dary. Przed Jezusem biją czołem, składają ofiary. Trzykroć szczęśliwi królowie, Któż wam nie zazdrości? Cóż my damy, kto nam powie, pałając z miłości.
Oczywiście wszyscy wiemy, że Trzej Królowie to pozostałość po starożytnych triadach bogiń i bogów. W trójcy bogiń były zawsze Dziewica, Nimfa, czyli Matka i Starucha, Pani Piekieł. Trójca męskich bogów naśladowała triady kobiece i składała się z Boga Początku, Boga Życia i Boga Śmierci. Byli to trzej osobni bogowie. Dopiero chrześcijańska Trójca Święta, ta, którą dobrze znamy, a która składa się z Ojca, Syna i Ducha Świętego, uważa te trzy elementy triady za emanacje tej samej Istoty. W gruncie rzeczy ta stosunkowo niedawna interpretacja starożytnego prototypu, tylko nieznacznie przesuwa akcenty – najważniejszy staje się Bóg Ojciec, który i daje życie, i go pilnuje i może je odebrać. Syn i Duch są tylko pobocznym uzupełnieniem, ale teologowie nic na to nie mogą poradzić, że my, ludzie z jaskiń, wciąż jeszcze potrzebujemy trzech pradawnych bogów – Boga Piorunów, Boga Polowań i Boga Śmierci. I że, jak głębiej pogrzebiemy w naszych lękach i magicznych zabiegach, to okaże się, że są to starsze od Trzech Bogów Trzy Boginie – Kora, Potnia i Hekate.
Trzy księżniczki baktryjskie
Jedyną (chyba) religią, która konsekwentnie zlikwidowała starożytne triady był ustanowiony przez faraona rebelianta – Echnatona kult Jedynego Atona, przejęty przez Mojżesza i “wyprowadzony” z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Echnaton rządził zbyt krótko, by jego koncepcja Boga Jedynego zdążyła się ugruntować i przetrwać. Ale Żydzi mieli dość czasu i to tam właśnie, w Ziemi Obiecanej, utrwaliła się religia oparta na KONCEPCJI boga, który był jedyny i którego Prawo zostało zapisane w Księdze.
Izraelici czcili więc wymyślonego jednego Boga, jednoosobowego i jedynego, o którym mówili Jahwe, który był Obcy, Daleki, Bezimienny. Był on surowy i chyba nie mógł inaczej, musiał karać za odstępstwo, bo odstępstwo było łatwe, znajome, naturalne. Trzy Boginie lub Trzej Bogowie byli zawsze, Ten Jeden Bóg był Nieznany i Obcy, co gorsza jego pierwszą wersję ich przodkowie poznali w Egipcie, Kraju Niewoli. Ten Obcy Bóg groził karami za czczenie bogów okolicznych narodów.
Ja jestem Jahwe, Twój Bóg, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.
Nie będziesz miał innych bogów obok mnie.
Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!
Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Jahwe, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.
Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań.
Nie będziesz wzywał imienia Boga twego, Jahwe, do czczych rzeczy, gdyż Jahwe nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy.
My to znamy na pamięć w wersji uproszczonej do nierozpoznania: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Ci cudzy bogowie często pojawiali się jako triady, trójce bogów.
Rzym: Trójca Kapitolińska Jowisz, Junona i Minerwa
Hinduizm: Brahma (Kriszna), Wisznu, Sziwa
Chiny: Fu Lu Shou (trójca bóstw gwiezdnych) Fuxing bóg szczęścia, Shouxing bóg długowieczności i Luxing bóg kariery
Niektóre triady zrastały się w jedną trójosobową postać, jak potrójna Hekate albo trójca prasłowiańska tzw. „Trzygłów” (Triglav)
Hekate Potrójna i Trzygław, rzeźba współczesna z Parku Słowiańskiego na Wolinie.
Chrześcijaństwo przywróciło więc tylko starożytną trójcę, tracąc tym samym cechę podstawową religii monoteistycznej – Jedynego Boga. I choćbyśmy się nie wiem jak zaklinali i bożyli, że jak “bonie dydy”, wierzymy w Jednego Boga, to przypomnijmy sobie Wyznanie Wiary, czyli Credo:
Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę który mówił przez Proroków. Wierzę w jeden, Święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. I oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen.
C.b.d.o.
***
We Włoszech z kolei… ale to niech już opisze znawca Włoch, czyli cytowany już tu wielokrotnie Jacek Pałasiński:
Jesteście, P.T. Czytelnicy gotowi? Nie? No to hajże po skarpetę! Dzisiejszej nocy odwiedzi Was pewna brzydka starucha. Upewni się, czy śpicie i wedrze się do waszego domu, a jak się okaże, że głosowaliście na szajkę (tak autor określa tych, co u władzy – przyp. EMS), to do skarpety nawrzuca wam węgla. Rosyjskiego, oczywiście, z Donbasu, oczywiście, bo szajka zasiarczony węgiel z Ludowych Republik Ługańskiej i Donieckiej przedkłada ponad inne. A jeśli byliście grzeczni, chodziliście na manifestacje, dezawuowaliście przestępstwa, machlojki i oszustwa szajki, to może starucha wrzuci wam do zawieszonej na kominku skarpety cukierka. Starucha ma na imię Befana. A „Befana”, to takie włoskie, ludowe przekoślawienie oryginału, czyli ἐπιφάνια, epifania, a epifania to objawienie. W tym wypadku objawienie boskiej natury dzieciątka Jeszua trzem mędrcom ze Wschodu, który, śledząc „gwiazdę” (Mt 2,1-12.16), przynieśli boskiemu Dziecięciu dary: złoto, kadzidło i mirrę, a kto nie wie do dziś, co zacz mirra, niech podłubie w źródłach. W suku w Damaszku straganiarze oferowali mirrę i D.O. oczywiście kupił, ale gdzieś mu się w licznych przeprowadzkach zadziała. Giotto przedstawił „gwiazdę” jako kometę, prowadzącą Trzech Mędrców (zupełnie niepoprawnie zwanych „królami”) do stajenki w Bet Lehem, co po hebrajsku oznacza dosłownie „Dom Chleba”, czyli po prostu piekarnię. No bo Giotto był w 1301 r. świadkiem „przebiegu” po nieboskłonie komety Haleya i tak mu się skojarzyło. Ale od tego czasu nikt inaczej owej „gwiazdy” betlejemskiej inaczej nie przedstawiał, jak tylko kometę, co jest bez sensu, bo gwiazda i kometa to są dwa zupełnie odmienne ciała niebieskie. Do dziś mędrcy (choć nie tamci trzej, ze Wschodu) zachodzą w głowę, cóż to mogło być za światło, które Trzech Mędrców prowadziło, bo, jakby tu powiedzieć, „gwiazda” na pewno nie. Może jakieś małe UFO? „Epifania” to termin, używany przez Kościoły zachodnie, te wschodnie, nieco mniej od zachodnich heretyckie, na objawienie boskiej natury Jeszuy, używają bardziej precyzyjnego terminu „Teofania”. Z kolei muzułmanie używają terminu „epifania” na pojawienie się na końcu czasów ludzi wezwanych przez Allaha, którzy położą kres niesprawiedliwościom i niedoskonałościom gatunku ludzkiego. Drodzy muzułmanie, co, wy gazet nie czytacie? Tacy ludzie już się objawili, nazywają się „szajka”, a jak nie wierzycie, to obejrzyjcie wiadomości w kurwizji (https://tvn24.pl/…/afera-mailowa-nowa-odslona-mail-z…). W każdym razie we Włoszech z „epifanii” najpierw zrobili „bifanię”, a potem „befanię”, skąd już tylko krok do Befany. Befana ma źródła mało chrześcijańskie, dlatego w Kościele łatwego życia nie miała. Wywodzi się z hellenistycznej odmiany mitraizmu, dla którego 12 dni po równonocy zimowej, w Saturnaliach jako Diem Natalis Solis Invicti, obchodzono w Cesarstwie Rzymskim równocześnie, jako święto śmierci oraz święto odrodzenia Matki Natury. Rzymianie wierzyli, że przez te 12 dni (a raczej nocy) kobiety latają nad polami, by dodać im siły rozrodczej. 12 dnia umierały dla Rzymian zeszłoroczne plony, a te, przygotowane pod wiosenny zasiew, nabierały ducha, który sprawi, że w ziemi się odrodzą i rozmnożą. I właśnie Befana była jedną z tych kobiet, latających nad polami, by dać im płodność. Bogiem a prawdą to zastąpiła Dianę, która wcześniej dokonywała tych nalotów. Befana odpoczywała w ludzkich domach i osądzała ich mieszkańców: dobrych nagradzała, złych karała. Aha: ten 6 stycznia, w którym mędrcy mieli dotrzeć do betlejemskiej stajenki, to nie jest wynalazek wczesnochrześcijański; datę tę zaproponował pod koniec IV w. święty Epifaniusz z Salaminy, przez Kościoły wschodnie uważany za ojca Kościoła. Dzisiaj by sprawiał mnóstwo kłopotów, bo energicznie przeciwstawiał się kultowi Maryi i równie energicznie zwalczał kult obrazów. (D.O. nieodmiennie namawia do przeczytania w Wikipedii hasła „Dekalog” i odbycia refleksji, jak też to się stało, że Kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza zachodni, spokojnie wyeliminowały sobie Drugie Przykazanie Boże i, żeby się liczba zgadzała, podzieliły na dwa Przykazanie Dziewiąte, każąc wiernym wierzyć, że Pan Bóg zstąpił na Ziemię, by dać rodzajowi ludzkiemu Przykazanie o treści „ani żadnej rzeczy, która jego jest”). Ufff… No, dobrze, możesz, Czytelniku, zapomnieć o skarpecie dla Befany, ale nie zapominaj, żeby się przyzwoicie zachowywać i nie sprzedawać ojczyzny za 500 srebrników.
***
O!, poważnie się zrobiło. Oczywiście nie sprzedamy. Obyśmy jednak nie zapomnieli, że święto to jednak święto, przypomnę tu dwa królewskie wypieki pieczone z okazji święta Trzech Króli – Ciasto Królewskie i Szczodraki:
Ten wypiek nieco przypomina rogale marcińskie – jest to ciasto francuskie nadziewane masą migdałową. Z kolei szczodraki to drożdżowe ciastka nadziewane kapustą, czyli coś w rodzaju kulebiaczków, albo czymś na słodko, np. dżemem albo masą sernikową. Czyli też jakaś odmiana rogali marcińskich.
I w szczodrakach i w cieście królewskim coś się zapieka – figurkę, migdał, ziarnko fasoli. Osoba, która znajdzie zapieczonego fanta, zostaje królem, fasolowym, migdałowym, karnawałowym. Królem. A ten król to wzór postaci Sancho Pansy i jego nadziei na gubernatorstwo wyspy. Pisałam już o tym kilkakrotnie (np. TU), ale nigdy nie zawadzi przypomnieć.
Jakob Jordaens, Fasolowy Król (1640 – 1645)
Pewien młody człowiek poinformował swoją mamę, a ona mnie, że obecnie w Berlinie pojawił się od dawna znany w Niemczech północnych nowy sposób wybierania króla karnawału: kupuje się pączki w cukierni i je się tak długo, aż się trafi na pączek nadziany musztardą. Tak się zostaje Musztardowym Królem.
***
Dodatki od Czytelniczek i Czytelników nadesłane w ciągu dnia:
Ela Kargol o naszej dzisiejszej wyprawie do malarza, Wiesława Fiszbacha – ma nas trzy sportretować, a my się postanowiłyśmy pokazać w naszej prawdziwej postaci:
Powiedzcież nam trzy królowe, gdzie spiesznie dążycie? do artysty, het na Neukölln umilić mu życie!!!
(Dodatek od Adminki: poszłyśmy do Wiesława Fiszbacha, a o nim będzie na samym dole)
ElaEwaKrysia
Mietek Węglewicz
Trzech Króli (kolęda)
Idą mędrcy wschodu, przez calutki świat dookoła globu dwa tysiące lat Czy pustynia, czy oaza mróz, czy żar się leje Kacper, Melchior i Baltazar idą do Betlejem Baltazara boli kostka Kacper łapie dech Melchior mówi ,,łaska boska że nie sam, we trzech” Idą trzej królowie, dwa tysiące lat i dziękują Bogu za ten piękny świat
Ewa Maria Slaska upiekła szczodraki, a Ela Kargol przypomniała poprzednie świętowania Trzech Króli
To jeszcze ja, Adminka: W szczodrakach zapiekłam słodkie nadzienie z makiem, orzechami i migdałami, po to by nam się dobrze wiodło. Był też jeden cały orzech. Królową Orzechową została Krysia!
*** Trzej Królowie to nie tylko koniec okresu świątecznego w chrześcijaństwie, ale praktycznie rzecz biorąc w każdej religii na świecie, która raczyła zauważyć zjawiska na niebie i ziemi, takie jak przesilenie zimowe, czy przybywanie dnia “na barani skok”. W tradycji słowiańskiej okres ten nazywał się Szczodre Gody. Stąd szczodraki. Niech się nam wszystkim szczodrze wiedzie! ***
A to nasz wczorajszy Karnawałowy Król, Wielki Gubernator Baratarii w Berlinie, artysta Wiesław Fiszbach:
According to a story widely held in Waltham Abbey, and repeated on many websites, the ‘wild bells’ in poem were the bells of the Abbey Church. Tennyson was staying at High Beach in the vicinity and heard the bells being rung on New Year’s Eve.
It is an accepted English custom to ring English Full circle bells to ring out the old year and ring in the new year over midnight on New Year’s Eve. Sometimes the bells are rung half-muffled for the death of the old year, then the muffles are removed to ring without muffling to mark the birth of the new year. In some versions of the story it was a particularly stormy night and the bells were being swung by the wind rather than by ringers, but this is highly unlikely given the method of ringing English full circle bells, which requires a considerable swinging arc before the clappers will strike the bell.
Ring out, wild bells, to the wild sky, The flying cloud, the frosty light: The year is dying in the night; Ring out, wild bells, and let him die.
Ring out the old, ring in the new, Ring, happy bells, across the snow: The year is going, let him go; Ring out the false, ring in the true.
Ring out the grief that saps the mind For those that here we see no more; Ring out the feud of rich and poor, Ring in redress to all mankind.
Ring out a slowly dying cause, And ancient forms of party strife; Ring in the nobler modes of life, With sweeter manners, purer laws
Ring out the want, the care, the sin, The faithless coldness of the times; Ring out, ring out my mournful rhymes But ring the fuller minstrel in.
Ring out false pride in place and blood, The civic slander and the spite; Ring in the love of truth and right, Ring in the common love of good.
Ring out old shapes of foul disease; Ring out the narrowing lust of gold; Ring out the thousand wars of old, Ring in the thousand years of peace.
Ring in the valiant man and free, The larger heart, the kindlier hand; Ring out the darkness of the land, Ring in the Christ that is to be.
A translation into Swedish by Edvard Fredin called ‘Nyårsklockan’ – ‘The New Year’s Bell’ – is recited just before the stroke of midnight at the annual New Year’s Eve festivities at Skansen in Stockholm. This tradition began in 1897 when the young Swedish actor Anders de Wahl was asked to recite the poem. De Wahl then performed the poem annually until his death in 1956. Since 1977 the Swedish national public TV broadcaster, SVT, has aired the event live, and the first to read the poem on television was the actor Georg Rydeberg. The show turned out to be a major success, and watching it on New Year’s Eve quickly became a nationwide tradition. Rydeberg recited the poem until his death in 1983. After that many famous Swedish actors and/or singers have recited the poem.
Georg Rydeberg 1977 – 1982
Jarl Kulle 1983 – 1996
Margaretha Krook 1997 – 2000
Jan Malmsjö 2001 – 2013
Loa Falkman – 2014
Malena Ernman – 2015
Pernilla August – 2016
Krister Henriksson – 2017
It should be noted that the Swedish translation differs significantly from the English original. Inspired by the Swedish tradition, auto manufacturer Volvo used the poem in a 2016 New Year’s Eve advertisement (TU).
***
Jaka piękna historia. Bardzo mnie kiedyś poruszyła i dlatego od kilku lat co roku publikuję na blogu wpis, w którym musi się znaleźć noworoczny poemat Alfreda Tennysona. Gdy zaczęłam tę “nową, świecką tradycję”, chciałam znaleźć polskie tłumaczenie wiersza, ale mi się nie udało. Przetłumaczyłam go więc sama i poprosiłam kilku przyjaciół o tłumaczenie. Oto nasze tłumaczenia
Dzikie dzwony
Lech Milewski
Dzwońcie dzikie dzwony, do dzikiego nieba, Do płynącej chmury, do mroźnego światła: Rok umiera tej nocy; Oddzwońcie to i dajcie mu umrzeć.
Oddzwońcie precz stare, zadzwońcie na nowe, Dzwońcie radośnie poprzez śnieg; Rok odchodzi, dajcie mu odejść; Oddzwońcie precz fałsz, zadzwońcie dla prawdy.
Oddzwońcie precz smutki, co zatruwają myśl o tych, których już nie zobaczymy. Oddzwońcie precz waśnie bogatych i biednych, Zadzwońcie na naprawę całej ludzkości.
Oddzwońcie precz zbyt wolno umierające przyczyny i stare formy plemiennych walk; Zadzwońcie oznajmiając szlachetny styl życia łagodniejsze obyczaje, czystsze prawa.
Oddzwońcie precz biedę, troskę, grzech, bezbożne zimno naszych czasów; Oddzwońcie precz me żałobne rymy Zadzwońcie na poetę wyższej próby.
Oddzwońcie precz fałszywą dumę i krew, Ludzkie oszczerstwa i złośliwości; Zadzwońcie na miłość prawdy i sprawiedliwości, na powszechną miłość dobra.
Oddzwońcie precz złośliwe choroby, Oddzwońcie precz żądzę złota, Oddzwońcie precz tysiąc lat wojen. Zadzwońcie na tysiąc lat pokoju.
Zadzwońcie na dzielnego, wolnego człowieka, Na wielkie serce i łagodną dłoń; Oddzwońcie precz ciemność świata, Zadzwońcie na nadejście Chrystusa.
Tibor Jagielski
Bijcie dzikie dzwony, w dzikie niebo, Mroźnego światła chmura mknie; Tej nocy rok kończy swój ostani dzień; Bijcie dzikie dzwony, na śmierc dzwońcie jego.
Bijcie w to stare, na nowe dzwońcie, Bijcie, szczęśliwe, poprzez śnieg Pozwólcie mu odejść, rok kończy bieg; Bijcie w fałsz a prawdę głoście.
Bijcie w zgryzoty siły niszczące Tak aby nigdy nie powróciły, Bijcie w walki bogatych z biednymi, Na pomoc całej ludzkości dzwońcie.
Bijcie w umierające wolno spory i walki partii starodawnych; Głoście szlachetne formy życia, Miłych idei, czystych praw.
Bijcie precz grzech, strapienie, nędzę, Niewierny i zdradziecki naszych czasów los I w moje smutne rymy uderzajcie, bijcie, Obudźcie lepszą w nich poezję.
Bijcie w fałszywą dumę z pochodzenia, Bijcie i w zawiść i w nikczemność; Dzwońcie miłości prawa z prawdą Dzwońcie powszechnej wierze w dobro.
Bijcie w te kształty starych plag i znoju, Bijcie w sknerstwo i w złota chuć; Bijcie w tysiące zakończonych wojen, Dzwońcie na tysiąc lat pokoju.
Dzwońcie odważnym, wolnym, prawym, O większym sercu, czulszej dłoni. Uderzcie w ciemność w kraju naszym, A Chrystusowi dzwońcie, aby zstąpił.
Ewa Maria Slaska
Dzwońcie dzwońcie dzikie dzwony Pędzą chmury mroźne światło Rok umiera rok miniony Dzwońcie, pozwólcie mu umrzeć
Dzwońcie rok stary dzwońcie nowy Dzwońcie radośnie w śnieżną dal Rok odszedł a my mu odejść zwolimy Dzwońcie prawdę dzwońcie precz fałsz
Dzwońcie precz smutek co ducha zżera I dla tych których nie ujrzeć nam Dzwońcie bogatym i dzwońcie biednym Dzwońcie bo nowy świat kładzie strój
Dzwońcie niech znikną więzy stare By starych kajdan gorset szczezł Dzwońcie na nowe szlachetne życie Obyczaj czysty i prawości wiek
Dzwońcie precz troski pragnienia żądze Bieg czasu bez wiary zimny jak lód Dzwońcie na zgubę mych smutnych rymów Dzwońcie by nowy narodził się bard
Dzwońcie na odwrót fałszywej dumy Przeciwko kłamstwu mściwych szuj Dzwońcie dla prawdy dzwońcie dla dobra Dzwońcie w imię powszechnej miłości
Dzwońcie aż zgniła zemrze zaraza Dzwońcie na przekór tym co złota chcą Dzwońcie na wieczny wojny pohybel Dzwońcie na pokój i spokój u wrót
Dzwońcie na wolność dzwońcie Hart ducha co serca otwiera i dłonie Dzwońcie by zginął na świecie mrok Dzwońcie by nadszedł Chrystus król
Dwukrotnie przed świętami spotkałam się z Don Kichotem w Berlinie – raz w operze i raz w teatrze, przypomniałam też słuchowisko i grafiki Czesława Tumielewicza. Jeśli myślicie, że to koniec, to zapewniam Was, że nie, to nie koniec.
W zakupach przedświątecznych znalazła się butelka białego hiszpańskiego wina La Mancha i wierzcie mi, nie szukałam specjalnie. Była w zwykłym sklepie.
Podczas świątecznej wizyty w muzeum zobaczyliśmy wiatrak van Gogha z roku 1886 (to ten słynny Wiatrak La Galette na Montmartrze, malowany również przez innych malarzy, w tym najsłynniejszy – Renoira) i obraz Honore Daumiera Don Kichot z Sancho Pansą z 1866 roku.
W świątecznej lekturze znalazła się natomiast taka oto informacja z Wikipedii:
Дон Кихот (Don Kichot) 4-aktowa sztuka teatralna wg Cervantesa autorstwa sowieckiego pisarza Michaiła Bułhakowa, autora kultowej powieści Mistrz i Małgorzata. Bułhakow ukończył pisanie Don Kichota 18 grudnia 1938 roku. Bułhakow znał hiszpański, czytał Cervantesa w oryginale i kochał Don Kichota. Jednak nie doczekał wystawienia swojej sztuki. Umarł 10 marca 1940 roku, a premiera odbyła się 15 marca 1941 roku w Teatrze Alexandrinskim w Leningradzie.
Jak każda współczesna wersja Don Kichota, również wersja Bułhakowa jest znacznie skrócona, zostaje oczywiście walka z wiatrakami, jeden lub dwa napady na podróżnych, które nieodmiennie kończą się wybatożeniem lub pobiciem błędnego rycerza i jego giermka oraz wizyta u księcia i księżnej, którzy mianują Sancho Pansę gubernatorem wyspy (остров Баратария). Podobnie jak u Cervantesa, giermek okazuje się sprawnym i sprawiedliwym sędzią i wyznającym ideały demokracji prawodawcą, rezygnuje jednak z funkcji i wraca do swojego pana. Natomiast oryginalnym pomysłem Bułhakowa jest wprowadzenie do akcji siostrzenicy rycerza, Antonii, która przebiera się za księżniczkę i udaje się na poszukiwanie wujaszka. Towarzyszy jej w tym przedsięwzięciu Szymon Carasko, bakałarz, który podaje się za rycerza i wyzywa Don Kichota na pojedynek. Don Kichot natychmiast się zgadza, Carasko głosi bowiem, że najpiękniejszą damą jest jego wybranka, księżniczka Antonia, podczas, gdy oczywiście tytuł ten należy się Dulcynei z Toboso. Carasko umawia się, że ten kto zwycięży, ma prawo zadecydować o dalszych losach pokonanego przeciwnika. Carasko zwycięża, Antonia zajmuje się wujem, zdradza mu, kim jest i zabiera go do domu. Po drodze Don Kichot przyznaje Antonii, że jest jednak ładniejsza niż Dulcynea.
***
No i ostatnia wiadomość przedświąteczna z Baratarii (tu):
Wyspa Piel (Poel) w Anglii (nieopodal wyspy Man) na morzu pomiędzy Anglią a Irlandią poszukuje nowego zarządcy, który musi również prowadzić pub i otrzyma tytuł… króla! Podczas intronizacji na głowę króla wylana zostanie beczka… piwa.
Wyspa ma 20 hektarów powierzchni i nikt na niej nie mieszka oprócz króla i turystów.
Znalazłam gdzieś na półce książkę, którą mam, choć w ogóle nie wiedziałam, że tak jest, ba, mam ją pewnie od jakiegoś czasu, ale nigdy nie przeczytałam. Nawet nie wiem, skąd ją mam. Kupiłam? Dostałam? Pożyczyłam i nigdy nie oddałam, bo nie wiedziałam komu?
Książka została wydana dziesięć lat temu. Mam ją już tak długo? Ciekawe, dlaczego jej nigdy nie przeczytałam? Ciekawe skąd się wzięła?
No cóż, nie odpowiem sobie na te pytania, w zamian więc postanowiłam zacytować jej maleńki fragment i podywagować o różnych sprawach.
Boeing należący do Alitalii pędzi pasem lotniska w Sydney. Potem kolej na bezkresną panoramę miasta. Myślę o tym, co widziałem w podróży. Australia. Kontynent większy od Europy, a tylko osiemnaście milionów mieszkańców. Kraj, który robi ścisłe kontrole na granicy, a który jest jednak gotów przyjąć wietnamskich uciekinierów – boat-people. Kraj nastawiony pokojowo, wielokulturowy, o solidnej demokracji, a który wcześniej unicestwił Aborygenów. Kraj bez bomby atomowej, gdzie służba wojskowa nie jest obowiązkowa i gdzie uczniów szkół podstawowych, chłopców i dziewczęta, uczy się, oprócz innych przedmiotów, czterech rzeczy: przyszyć guzik, uprać i uprasować koszulę, posłać łóżko i przyrządzić normalny posiłek dla dwóch osób. Zdaje się z tego później egzamin. Bye, bye, Australio.
Czytelnik, Warszawa, 2012, s. 132; tłum. Joanna Ugniewska.
Chyba wszyscy potrafią lub będą potrafili, gdy podrosną, przyszyć guzik, posłać łóżko i uprać koszulę. Inaczej jednak ma się sprawa z zadaniem, jakim jest przyrządzenie posiłku, bo przyrządzić to nie znaczy ugotować. Czy to znaczy upolować jelenia? Czy obsiać pole, zżąć i zmielić ziarno? Wyhodować kurę i zebrać jarzyny posadzone we własnym ogrodzie? A może, tak jak my to robimy, już tylko kupić produkty? A może kupić kotlety rozbite i otoczone w panierce przez rzeźnika? Czy po prostu nabyć gotowe dania i je podgrzać? Co rozumiemy, gdy odpowiadamy na takie pytanie “tak” lub “nie”. To sprawy generacyjne.
A z generacjami jest tak:
Patrzę i patrzę na tę tabelkę i początkowo wcale nie jestem pewna, że tak jest, jak na tej tabelce, i myślę, że może tak jest tylko wtedy, gdy się patrzy na świat z wyżyn świata anglosaskiego. Ale im więcej myślę o tych generacjach, tym bardziej wydaje mi się, że ta tabelka ma sens, choć może nie wszystkie nazwy pokoleniowe go mają.
Lost Generation to moja babka i jej rodzeństw, pokolenie, które urodzone podczas rozbiorów, doczekało Wolnej Polski. Na pewno by się oburzyli, gdyby się dowiedzieli, że są Straconym Pokoleniem. Greatest Generation chyba w mojej rodzinie przepadła, pod sam jej koniec rodzą się moi rodzice, choć tak naprawdę to w całości reprezentują oni Silent Generation, łącznie z tym, że żyli milcząc o przeszłości. Ja to Baby Boomers (w Polsce nazywano nas Wyżem Powojennym) Generation X to mój syn. Millenialsów w rodzinie nie ma. Mówi się, że się dorabiają i nie angażują. Generację Z reprezentuje przyszywany wnuk, a prawdziwy wnuk i jego kuzyni i kuzynki to generacja Alfa.
Te dziury pokoleniowe biorą się stąd, że w naszej rodzinie raczej długo trwa, zanim urodzi się następna generacja. Moja babka miała 32 lata, gdy urodziła się moja mama. Moja mama ma 27 lat, gdy rodzę się ja, i podobnie – ja mam 27 lat, gdy rodzi się mój syn, a on ma lat 34, gdy rodzi się jego syn. Na przestrzeni pięciu pokoleń zgubiliśmy 32 lata – półtora pokolenia.
Lost Generation to pojęcie znane. Hemingway twierdzi, że wymyśliła je Gertruda Stein i miała na myśli ludzi, którzy za dużo pili i nie okazywali szacunku starszym. Hemingway sportretował ich w powieści Słońce też wschodzi. Byli to Amerykanie w Paryżu, ci wszyscy pisarze, którzy mieszkali tu w latach 20 i 30: Henry James, Ezra Pound, T. S. Eliot, Ernst Hemingway, F. Scott Fitzgerald. Byli częścią “wielkiej ucieczki z Ameryki”, uciekali przed miałkością kultury amerykańskiej i banalnością amerykańskich aspiracji społecznych. Uważa się, że Lost Generation to pokoleniowo ci, którzy dorastali w czasie I wojny, ale tragizmu ich losom przydała druga wojna, a nie pierwsza. Pokolenie zwane Lost Generation już nie żyje.
Dlaczego jednak pojawiły się nazwy Silent Generation albo Greatest Generation? Ci cisi to pokolenie moich rodziców. W Polsce po wojnie na wszelki wypadek nikt o niczym nie mówił, rodziny żydowskie bały się powrotu dawnych prześladowań, rodziny akowskie – nowych prześladowań, ci, co zagrabili mienie pożydowskie – rozliczenia, rodziny niemieckie – tego, że im się przypomni ich niemieckość. Myślę, że tak samo milczało się w całym Bloku Wschodnim. Na pewno milczało się też w Niemczech Zachodnich o przeszłości nazistowskiej. Pół Europy milczało, ale czy Amerykanie to wiedzieli?
Oczywiście nie wiedzieli. Określenie narodziło się w kapitalistycznych korporacjach i oznacza, że było to pokolenie tradycjonalistów, przyzwyczajone do ciężkiej pracy i lojalności, a zatem… nie pyskujące. Również Greatest Generation jest pojęciem amerykańskim – to ci, którzy przeżyli Wielką Depresję i walczyli z Niemcami podczas II wojny światowej.
Pokolenie B (Baby Boomers) chciało się dorabiać. Pokolenie X, odcięło się od rodziców i nastawiło na osiągnięcie statusu. Pokolenie Millenialsów zwane jest również pokoleniem “me” i jest przez świat traktowane jako egoistyczne, choć ja osobiście znam masę ludzi z tego pokolenia, którzy są głęboko zaangażowani w sprawę praw człowieka i praw kobiet. Pokolenie Z to pierwsi prawdziwi ludzie cyfrowi. I pierwsi, którzy dopominają się o globalny dobrostan całej Ziemi.
Jak więc przygotowują posiłek osoby z poszczególnych pokoleń?
Lost Generation – bogaci i zamożni mieli kucharkę, mogli w ogóle nie umieć gotować. Ubodzy gotowali proste potrawy i każdy umiał je ugotować. To oznacza, że zadania wymyślone dla uczniów australijskiej podstawówki miały sens nie tylko genderowy, ale również klasowy. Klasyfikacja: +/- Greatest Generation – przed wojną było tak samo jak przedtem, po wojnie – każdy musiał się nauczyć coś ugotować; sztuką było ugotowanie smacznie i różnorodnie z coraz mniejszej ilości dostępnych produktów. Klasyfikacja: + Silent Generation – jw. Klasyfikacja: + Baby Boomers – jw. Klasyfikacja: + Generacja X – pomiędzy stołówką a sprawną matką, lub babcią, nie trzeba się uczyć gotować, choć potem w życiu umiejętność okazuje się niezbędna. Klasyfikacja: – –>+ Millenialsi – jak nie muszą, to nie umieją (to być może dla nich szkoła australijska wymyśliła takie zajęcia w programie szkolnym) Klasyfikacja: – Generacja Z – nie muszą, bo w sklepach można kupić dziesiątki fajnych potraw Klasyfikacja: – a mimo to + Generacja Alfa – nie muszą, bo wciąż jeszcze jedzą to, co przygotują dorośli; w razie potrzeby umieją wyżywić się bananami, mlekiem i krakersami Klasyfikacja: –
Wniosek – do końca lat 80 wszyscy musieli umieć gotować; dziś nie musi już nikt.
Na zdjęciu poniżej tradycyjne potrawy wigilijne. Być może pokolenie X jest ostatnią generacją, która jeszcze je przyrządza.
A TU jeszcze lektura dla osób polskojęzycznych, nie całkiem na temat, ale trochę. O moich tatarskich korzeniach i znaczeniu liczby 40.
Inspiration für diesen Beitrag kam von Christine Ziegler. Danke!
Mein Vater stammte aus einer tatarischen Familie, die Krynicki, die aber schon längst polonisiert wurde. Seine Vorfahren kamen nach Polen in 17. Jahrhundert und dienten der neuen Heimat als Soldaten. Einer von ihnen war mutig und 1648 kämpfte heldenhaft mit den Kosaken in den (verlorenen!) Schlachten an den Żółte Wody und Korsuń. Dafür wurde er vor dem König Władysław IV veradelt (ein berühmter polnischer Dichter Wacław Potocki schrieb sogar einen Pean zu seiner Ehre). Wie es damals gang und gäbe war, hat man für ihn keinen neuen Wappen gefertigt, sondern er wurde von einer polnischen Familie “zum Wappen eingenommen”. Im Falle meiner familie war es Einnahme in den Wappen Korab, dh. Kogge, eine alte Schiffart.
Projekt von Tadeusz Gajl, veröffentlicht in: Herbarz polski: od średniowiecza do XX wieku, Gdańsk 2007
Die Familie siedelte sich in Südpolen an, in Krynica, daher war der Wappen mit einem Schiff jahrhundertelang ein bißchen bizzar, bis mein Vater gleich nach dem Krieg nach Danzig einzog, um Schiffsbau zu studieren. Dann wurde er nicht nur Ingenieur des Schiffsbaus, sondern auch ein Polarsegler und der Familienwappen hat sich endlich bewahrheitet.
Dariusz BoguckiDariusz Bogucki
Das ist mein Vater und nach ihm bin ich wie eine Tatarin zäh, stehe früh auf, mag ich wandern, was ich als Ersatz des Pferdreitens betrachte, und habe einen mongolischen Fleck.
Das wußte ich nicht bis ich nicht angefangen habe, Archäologie zu studieren. Während des Studiums haben wir auch Seminar in Anthropologie, dh. Wissenschaft vom Menschen (ich erkläre es, weil wir heute mit dem Wort Anthropologie vor allem die Kulturwissenschaft verstehen und als ich studiert habe, war es in Polen nicht so.) Eines Tages sollten wir zur Unterricht mit dem Badeanzug unter den Klamotten erscheinen. Wir wurden alle genau gemessen und noch genauer betrachtet. Dabei entdeckte der Dozent, dass ich eben am rechten Hüften einen hellen mongolischen Fleck habe.
Foto Krystyna Koziewicz 18.12.2021
Er war begeistert! – Woher?! schrie er fast. – Wir sind halt eine tatarische Familie, antwortete ich ohne großer Aufregung. Ich sah es nicht als eine Besonderheit. Der Dozent aber schon. Mein Fleck wurde abgezeichnet, fotografiert und beschrieben und soweit ich weiß, ging er auch in die wissenschaftliche Annalen. Also insgesamt besser als ich selber.
Seitdem wußte ich, was es ist – ein milchkaffee-farbiger blasser Fleck an Hüften oder Pobacken der Nachkommen der Tataren. Schluß, ich habe es nie weiter befragt. Bis…
Bis eines Tages, 40 Jahre später wollte ich jemandem in Deutschland erklären, dass wir alle es haben, die Ur-urenkel von Tschingis-Khan. Ich schaute in die Wikipedia, was wir doch immer alle machen, wenn wir etwas finden und zeigen wollen, und fand etwas abscheuliches: Der Mongolenfleck (auch kongenitale dermale Melanozytose, Asiatenfleck, Sakralfleck, Steißfleck, Hunnenfleck) bezeichnet ein oder mehrere unregelmäßige bläuliche Muttermale meist am Rücken, Gesäß oder Kreuzbein eines Kindes. BILD
“Mein” mongolischer Fleck, helle, beige schönaussehender Fleck, überhaupt nicht krankhaft, ist im Internet entweder nie gewesen oder inzwischen gänzlich verschwunden. Was blieb, ist etwas Unangenehmes.
So verschwinden schöne Legenden unserer Kindheit und Jugendzeit. Nur… ich habe den Fleck immer noch. Es bleibt dann die Frage, was ist es? Und was hat meinen Anthropologiedozenten so begeistert?
Basia już prawie rok wcześniej wystąpiła o pozwolenie na wyjazd na Zachód. Boże Narodzenie 1982 to były jej ostatnie święta w Polsce. Przygotowała je wspaniale, tak jak co roku przygotowywało się Boże Narodzenie w kresowo-kaszubskiej rodzinie Grubów. Był więc barszcz, uszka, kapusta z grzybami, piernik i kutia, zwana po prostu makiem. Zapakowała wszystko w słoiki i pojechała do Jaworza.
13 stycznia 1983 roku miała wyjechać do Berlina Zachodniego, a stamtąd dalej. Jurkowi Basia powiedziała dopiero wtedy, gdy już wszystko załatwiła. Nie powiedziała mu jednak wszystkiego, ale może sam się domyślił, że jej prawo wyjazdu opierało się właśnie na tym, że Jurek już od ponad roku był internowany.
– Chyba zwariowałaś, powiedział Jurek, gdy w Wigilię Basia przyjechała do obozu w Jaworzu i powiedziała mu, że za dwa tygodnie wyjedzie, zabierze dzieci, i prosi, żeby podpisał zgodę. A jak go kiedyś wypuszczą z tego pierdla, to będzie miał dokąd jechać. – Chyba zwariowałaś, powtórzył Jurek. Po moim trupie pojedziemy do Ameryki. Ale zgodę na wyjazd dzieci podpisał. Co miał zrobić? – Chcę żyć jak człowiek, powiedziała Basia. – W Ameryce? – A żebyś wiedział. W Ameryce! Jurek wiedział, że Basia zawsze postawi na swoim, mimo to z uporem godnym lepszej sprawy powtórzył: – Po moim trupie. I w gruncie rzeczy tak się stało, choć nie od razu. O dziwo, nie napisał o tym wiersza. Jurek wiedział, że w jego życiu czasy poezji definitywnie się skończyły, nawet nie pamiętał dobrze, kiedy. Czasem wydawało mu się, że chyba rok temu, w areszcie śledczym na Kurkowej napisał ostatnie wiersze. Ani tu, w internacie, ani potem, na wolności, w Gdańsku, Berlinie i Nowym Jorku, już nigdy nic nie napisał. Ale myślał. To się nie zmieniło. I miało się nie zmienić aż do śmierci. To, co myślał, nie było poprawne polityczne. To, co myślał o Niemcach, sprawiłoby, że każdy współczesny Niemiec ukamieniowałby go na miejscu. Ale przecież myślał tylko sam dla siebie. Nazizm był taki, jaki był, myślał Jurek, bo Niemcy byli tacy, jacy byli. To nieprawda, co mówili po wojnie, wypierając się świadomego udziału w zbrodni, to nieprawda, że władze hitlerowskie zmusiły ich do udziału w zbrodni. Było na odwrót. Nazizm był zbrodniczy, bo Niemcy umieli być posłuszni i posłusznie wykonywać rozkazy, nawet te zbrodnicze. Umieli też uwierzyć w to, że ci, których prześladowali i zabijali nie byli ludźmi. Wtedy jeszcze Jurek myślał, że Niemcy byli jakimiś specjalnymi ludźmi. Umarł zbyt wcześnie, żeby się dowiedzieć, że wszyscy ludzie są, a w każdym razie mogą być tacy i że nawet jego rodacy okażą się tacy i to z własnej i nieprzymuszonej woli. Gdyby to ktoś Jurkowi powiedział i przepowiedział, nie uwierzyłby, że odgrodzą się drutem kolczastym i pozwolą biednym, głodnym, zmarzniętym ludziom ludziom, kobietom, dzieciom, chorym i starym umierać za płotem.
Beginnen wir damit: Es ist ein fantastischer Don Quijote, der Mitte Dezember für ein paar Tage aus Potsdam kam. Heute noch kann man ihn um 18 Uhr in Berlin sehen, im Theaterforum Kreuzberg, sonst in Potsdam, wo er auch zum Jahresende aufgeführt wird, am 29., 30. und 31. Dezember. GastspielNeues Globe Theater.
Es ist eine moderne Version von Don Quijote, für das Deutsche Theater Berlin nach Cervantes von Jakob Nolte verfasst. Kurz, bündig, an moderne Zeiten angepasst.
Ewa erzählt Don Quijote, was Barataria ist?!
Also, was ist Barataria? Der Schauspieler wußte es nicht, woher sofort klar wurde, dass man im Stück von der Insel erzählen wird (dies lässt sich nicht vermeiden), der treue Knappe bekommt sie aber nicht.
Im Theaterflugblatt schrieb man von Don Quijote: Er unterliegt einem letzten Kampf gegen sein eigenes Spiegelbield und sich selbst in Unsinnigkeit seiner Handlungen eingestehen muss.
Es kling düster, tragisch, traurig. Man denkt, na ja, klar, armer Don Quijote, er war doch der Ritter von Traurigen Gestallt, erzwungenermasse wird also ein Stück, das von ihm handelt, unendlich düster. Und dann kommt man ins Theater, entsprechend in trauriger Gedanken versunken und trifft an fulminante Komödie, mit zwei fantastischer Schauspieler und einem unglaublichen Gitarristen un Komponisten, Rüdiger Krause, der mit eigenen und eigens dafür komponierten Werke bravourös das Geschehen auf der Bühne begleitet und ergänzt. Anachronistisch, ironisch, zielsicher und vortrefflich treffend treffen wir auf der Bühne zwei, die uns und unsere Zeiten durchs Kakao ziehen: Laurenz Wiegand als Don Quijote und Andreas Erfurth als Sancho Panza.
Gitarrist, Sancho Panza und Don Quijote. Nicht der Ritter, sondern der Knappe, so wird im Stück gemunkelt, wäre der geheime Hauptheld diese Geschichte. Der wahre Held. Hinter Don Quijote sieht man seine Ritterschuhe, ausgefertigt aus karierten Hauslatschen und getragen auf zwei verschieden farbenen Socken.
Passend zu Don Quijotes karierten Hausschuhen fungiert ebenfalls karierter Geschirrtuch in den Händen von Sancho Pansa. Man hätte nie vermutet, was so ein Geschirrtuch, weiß-rot kariert und gar etwas schmutzig, was solch ein Tuch also alles machen kann. Er ist Wappe und Waffe, Hut und Matratze (Luftmatratze!), Schild und Wand, manchmal Waschlappen und manchmal Handtuch.
So behaupten sich die beiden, eigentlich ohne Requisiten und ohne Szenenbild. Es kommen keine Prinzessinnen und keine Zauberer, keine Schafe und keine Dulcinea, und trotzdem sehen wir all das gespielt und erzählt von den beiden Protagonisten und musikalisch untermalt und betont von der Gitarre. Nur kampfen tun sie ganz sichtbar. Die Liebe müssen wir uns vorstellen und die Freiheit. Den Ritt auf der mageren Stutte und die Windmühlen. Es gibt nicht, nur das Wort, Bewegung und Musik.
Und mittendurch – ein Striptease. Das sehr wohl bis zur nackten Gipfel zu bewundern ist.
Liebe Leser:innen, fährt nach Potsdam! Undbedingt!
Na blogu tak się ostatnio dobrze dzieje, że prawie nic nie muszę robić – oczywiście wstawiam Wasze wpisy, oczywiście czasem je redaguję, a zawsze layoutuję, oczywiście usuwam trolle (tego to się jakiś czas temu namnożyło, ale ostatnio jakby trochę lepiej), ale dawniej często było tak, że musiałam błagać i żebrać, żeby ktoś mi przygotował wpis, a jak i tak nic nie dostałam, pisałam własny tekst, choćby na kolanie. A teraz jest Was dużo i wypełniacie mi cały mój blogowy świat, a czasem wręcz musicie się naczekać na “swoją kolejkę”.
W takich sytuacjach, jeśli nie ma jakiegoś specjalnego powodu, że koniecznie trzeba akurat właśnie opublikować wpis mój własny, kiedy przysyłacie mi wpisy, a ja już zapełniłam bloga, wszystko musi się poprzesuwać. A wtedy pierwsze wpisy, jakie przesuwam na kiedy indziej, to właśnie te moje własne, pomyślane, zaplanowane, zapisane w kalendarzu, a potem, ot, przesunięte. Przy czym ogólnie wiadomo, że jeśli coś się w tym przesuwaniu ma ostać, to będą to przede wszystkim rocznice, cmentarze i Barataria. Tak więc wpis o okrągłym kościółku św. św. Feliksa i Adaukta w Krakowie czekał od maja. Uprzedzam jednak. To nie jest zwykły wpis, to wpis-problem, próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, co się dzieje z moją pamięcią?
Bo zasadniczo pamięć mam dobrą, a nawet niekiedy przypuszczam, że znakomitą. Jeszcze dziś obudzona w środku nocy mogę Wam opowiedzieć o układzie pokarmowym królika, a uczyłam się tego 60 lat temu i nigdy nie powtarzałam.
Ale tu tymczasem moja pamięć przypomina mi coś, czego teoretycznie i formalnie nie ma, a zatem zapewne nie było. Możliwe, że nigdy. A przecież było, dam za to głowę. Mało tego, kiedyś o tym napisałam w wypracowaniu szkolnym. I gdy zaczęłam drążyć temat, zeszyt z tymżeż wypracowaniem wychynął na powierzchnię z czeluści szafy, w której trzymam różne rzeczy, ale, przysięgam, nie własne zeszyty szkolne. Po prawdzie, to głowę bym dała, że nie mam żadnych swoich zeszytów szkolnych. Dowiedziałam się jednak, że lepiej nie dawać głowy, bo posiadam zeszyt, który ewidentnie przeniosłam ze sobą, gdy przemieszczałam się z tamtego świata, do tego, który wprawdzie jest równoległy i niemal identyczny, ale jednak inny.
Przypomnę, jak się kliknie, to obrazki się powiększą i będzie można przeczytać, co ja tam napisałam w roku 1964, a opisałam tam kapliczkę z tyłu za Kościołem Mariackim / za Rynkiem. Pamiętam to jak dziś. Najstarszy zabytek romański w Polsce.
W tym tekście piszę więc o kaplicy świętych Feliksa i Adaukta i lokuję ją tam, gdzie ją do dziś lokuje moja wyobraźnia. Piszę o niej również dlatego, że do poprzedniego roku w czasie wakacji zawsze ją odwiedzałam. Widziałam ją więc wielokrotnie – nieduży okrąglutki kościół romański z absydami, posadowiony w lewo skos za Kościołem Mariackim w Krakowie.
Makieta kaplicy św. Feliksa i Adaukta, wykonana w latach 20 przez Stanisława Kolowca (1904-1968); fotografia ze zbiorów Muzeum Miasta Krakowa (ale w muzeum makiety nie ma).
Tymczasem tego kościoła na pewno nie ma! Chciałam go w tym roku pokazać Konradowi – nie ma i, jak się zdaje – nigdy nie było! Ale jak to? Przecież widziałam go na własne oczy wielokrotnie!
Bywałam w Krakowie z Karusią, moją ukochaną cioteczną babką, Karoliną Lubliner-Mianowską, która w roku 1963 umarła. Karusia przez kilka cudownych lat zabierała mnie na wakacje w góry. Poznałam wtedy jej przyjaciół, Marię Kann, Zofię Radwańską-Paryską i jej męża, pana Paryskiego, autorów Encyklopedii Tatrzańskiej. Mieszkałyśmy u górali w drewnianych chatach – na obrzeżach Zakopanego, w Bukowinie czy Murzasichlu, chodziłyśmy na spacery lub niezbyt wyczerpujące wyprawy – do Jaworzyny, na Nosal, na Gubałówkę, do Doliny Kościeliskiej, Wąwozu Kraków, do Morskiego Oka i Doliny Pięciu Stawów, na Miętusią, obejrzeć Wantule, las na kamieniach. Tknięta przeczuciem sprawdzam, czy ten las istnieje. Pamiętam go znakomicie, pamiętam też książkę Marii Kann, która się tam rozgrywa. Zaglądam więc do Wikipedii i czytam: Teren Wantuli zarastał górnoreglowy las świerkowy. W 1968 roku wyłamała go potężna wichura, obecnie odtwarza się on na nowo.
A więc lasu na kamieniach też nie ma. Ale przynajmniej odtwarza się na nowo. A kaplica nie.
Ta historia to tajemnica. Wspomnienie nałożone na przypomnienie, a może zapomnienie. A może by tak użyć tu zagubionego słowa: odpomnienie?
Każdy, komu, odkrywszy nieistnienie kaplicy, opowiedziałam o tym, był pewien, że musiał to być kościół na Wawelu, kościół, który nie istnieje od kilku setek lat, a którego domniemany plan i wygląd przedstawiają zdjęcia na stronie 22 książki o nieistniejących kościołach w Krakowie. Zarysy kościoła odsłoniły dopiero wykopaliska archeologiczne i jak się teraz pójdzie na Wawel, to widać w odległym kącie wrastające w mur zamkowy kawałki romańskich ścian w głębi wykopu.
Grzegorz Bednarczyk, Nieistniejące kościoły Krakowa, pdf 2017
Wykopaliska wyglądają tak jak na górnych zdjęciach, a ja pamiętam tę rotundę tak, jak została zrekonstruowana. Pytanie tylko, dlaczego, skoro tego od średniowiecza nie ma i było ukryte w murach Wawelu, dlaczego więc ja to widziałam, i to w pełnej krasie – z murami, dachem, drzwiami i niezrujnowanymi absydami, w kolorze? No i dlaczego widziałam to koło Rynku a nie na Wawelu?
Próbuję odtworzyć pewien hipotetyczny bieg zdarzeń. Przez kilka lat, powiedzmy, że było to w latach 1958-1962, jeżdżę z Karusią na wakacje w góry. Za każdym razem robimy postój w Krakowie, oglądamy i Rynek, i Wawel. Dzieje się tak przez długi czas. Kiedyś pokazuje się mi może jakąś planszę albo książkę z obrazkiem zrekonstruowanej Rotundy z Wawelu. A może nawet samą makietę. Pokazuje mi ją na przykład pan Paryski. Być może oglądam to podczas spaceru po Rynku, mówi mi się, że to kościół Feliksa i Adaukta z Wawelu, ja tego słowa Wawel nie słyszę, a obrazek zmienia mi się w kościół i przykleja się tam, gdzie akurat go widziałam, czyli z tyłu za Kościołem Mariackim, na obrzeżach Rynku. Wszystko pięknie. Możemy założyć, że tak było.
Tylko…
Tylko, że gdy przekonałam się naocznie, że tej kaplicy nie ma, zapytałam moją siostrę, Kasię, czy ją pamięta, a ona natychmiast odpowiedziała: tak, z tyłu za rynkiem, na skos.
Czy mogłam mojej siostrze przekazać moje wyobrażenia i to z tak dokładną lokalizacją?
Czy jednak istnieje rzeczywistość równoległa i myśmy obie, moja siostra i ja, tam były i widziały tę rotundę z tyłu w skos po lewej za Kościołem Mariackim?
PS. Inną pamięcią ze świata równoległego jest moje przekonanie, że w roku 1966, w rocznicę Chrztu Polski, Czesław Niemen wjechał do morza na białym koniu, śpiewając pieśń wojów Bolesława Krzywoustego. I otóż w TYM świecie Niemen nadal śpiewa tę pieśń, ale na żadnym koniu nie wjechał do żadnego morza. Nie wjechał, bo nikt w internecie o tym nie pamięta, a przecież wiemy, że jak czegoś nie ma w internecie, to tego nie ma i nie było.