Pola Elizejskie i Asfodelowe Łąki

Ewa Maria Slaska

Czyli kolejne łąki w zaświatach (i nie)

Kilkakrotnie pisałam tu już o tym, że jakoś się nam ludziom wydaje, że gdy umrzemy, pójdziemy się przechadzać po łąkach, albo będziemy na nich siedzieć i słuchać tego, co nam wyszumią wierzby, albo opowiedzą mędrcy.
Pola Elizejskie i Asfodelowe Łąki to obrazy zaświatów w mitologii greckiej. Z asfodelami będzie trudniej i poświęcimy im za chwilę więcej czasu, natomiast Pola Elizejskie są tak znane, że właściwie wcale nie pamiętamy, że to jest nie tylko luksusowa ulica w Paryżu, ale pewne wyobrażenie starożytnych Greków o tym, co nas czeka po śmierci.

Zacznijmy może jednak od ulicy, Avenue des Champs-Élysées, alei ciągnącej się od Placu Zgody do Placu (ongiś) Gwiazdy, który dziś nazywa się placem Charlesa De Gaulle’a, gdzie stoi słynny Łuk Tryumfalny. Jest to, jak twierdzą niektórzy, najpiękniejsza ulica na świecie, a stanie się niedługo po prostu niesamowita, gdyż burmistrzyni Paryża, Anne Hidalgo ogłosiła kilka dni temu, że ulica do roku 2030 zmieni się w „niezwykły ogród”. Inwestycja będzie kosztowała ok. 250 milionów euro, a zrealizuje ją architekt Philippe Chiambaretta.

To już zresztą zdarzyło się 12 lat temu, podczas festynu zorganizowanego na Polach Elizejskich z okazji Zielonych Świątek, choć trwało to wtedy tylko dwa dni. Na Polach Elizejskich posadzono 150 000 krzewów i 650 drzew, wśród których pasły się krowy, owce i kozy. Festyn został zorganizowany przez francuski Związek Młodych Rolników (Jeunes Agriculteurs), którzy chcieli w ten sposób zwrócić uwagę rodaków na głęboki kryzys, jaki przeżywa gospodarka rolna. (Ciekawe: gdy taki sam cel przyświeca rolnikom niemieckim, w Berlinie pojawiają się setki dudniących traktorów, a niekiedy przywożą one do miasta tony gnoju.)

Pola Elizejskie zostały założone w roku 1616 przez królową Marię Medycejską, która kazała tu poprowadzić wiodącą do Luwru drogę wysadzaną drzewami. W roku 1640 drogę przedłużono do Ogrodu Tuileries, a w roku 1724 do Placu Gwiazdy.

W XVIII wieku aleja stała się modnym deptakiem spacerowym i miejscem spotkań arystokracji. Maria Antonina chodziła tu na przechadzki z przyjaciółmi i brała lekcje muzyki w Hotelu Crillon. Pola Elizejskie zostały wchłonięte przez aglomerację Paryską dopiero w roku 1828. Aleja pozyskała wówczas chodniki, latarnie gazowe i fontanny.

Po tej miejskiej wycieczce wróćmy jednak na nasze łąki w zaświatach.

Starożytni Grecy wyobrażali sobie życie po śmierci jako mniej ciekawe niż na Ziemi. Dusza zmarłego po przepłynięciu rzeki Styks w łodzi starca Charona, stawała przed trzema sędziami. Kierowali oni zmarłych do jednego z trzech miejsc – Tartaru (piekła), Erebu (czyśćca czyli zwyczajnych zaświatów dla zwyczajnych ludzi) lub Elizjum (raju).

W Tartarze odbywali wieczną karę Syzyf, Tantal, Iksjon, Danaidy, Uranos.

Na Pola Elizejskie szli tylko Sprawiedliwi. Przekraczali rzekę zapomnienia – Lete i gdy napili się z niej wody, zapominali o ziemskim życiu. Czekał na nich kraj wiecznego spokoju i pośmiertnej szczęśliwości, a ich dusze, wyzbyte wszelkich cierpień i pragnień, przechadzały się po bladych łąkach, przysłuchując się muzyce niewidzialnych lir.

Na tych “bladych łąkach” rosnąć miały topole i asfodele.

O ile topola nie budzi w nas specjalnego zaciekawienia, o tyle asfodele owszem. Są to piękne białe kwiaty, zwane złotogłowiem lub, po francusku, berłem królewskim (le bâton royal).

Złotogłów wprawdzie symbolizuje śmierć, świat zmarłych, żal, smutek, melancholię, sentymentalizm, pokorę, wieczność, ale na grządkach prezentuje się bardzo pięknie i wspaniale pachnie. Na wyspach greckich wciąż są miejsca, gdzie rosną te kwiaty, czyli Asfodelowe Łąki (ἀσφόδελος λειμών asphódelos leimṓn). W starożytnej Grecji asfodele sadzono na cmentarzach jako pokarm dla dusz zmarłych.

Dodam tu, że uczeni indoeuropeiści widzą związek etymologiczny pomiędzy greckimi (W)ēlýsion pedíon, staronordyckim val-höll (Walhalla), ze słowiańskim Welesem, tocharskim(A)walu – „śmierć” i hetyckim wēllu – oznaczającym łąki w zaświatach.

Leon Bakst (1866-1924), Elizjum. zielone łąki w cieniu ciemnych drzew.

Dodatek literacki (za Magazynem Podkowiańskim):

Osip Mandelsztam

Meganom

Jeszcze nie kwitną asfodele,
Wiosna jest szaroprzezroczysta.
Na razie jeszcze wrą tu fale,
Wiatr w chroboczącym piasku śwista.
Lecz już wstępuje moja dusza
W taneczny krąg, jak Persefona,
A kto w królestwie zmarłych widział
Ręce po łokcie opalone?

A czemu łódce powierzamy
Urnę, gdzie ciężki proch wsypano
I święto czarnych róż święcimy
Nad ametystów ciekłych pianą?
Tam dusza moja lecieć chce,
Za Meganomu mgliste skały,
A w dniu pogrzebu wróci stamtąd
Żagiel żałobnie poczerniały.

Jak szybko chmur łańcuchy płyną
Przez ciemniejące nieboskłony
I czarne róże lecą w strzępach
Pod księżyc wiatrem opleciony.
A ponad rufą cyprysową,
Jak gołąb szlochu, ptak nagrobny,
Ostatnich wspomnień wielka flaga
Wstęgą rozwłóczy się żałobną.

I otwierają się szeleszcząc
Smutne minionych lat wachlarze,
Tam, gdzie amulet dygoczący
Niegdyś się zarył w piasek plaży.
Tam dusza moja lecieć chce,
Za Meganomu mgliste skały,
A w dniu pogrzebu wróci stamtąd
Żagiel żałobnie poczerniały.

1917

Przełożył Jarosław Marek Rymkiewicz

Wiersz ten Mandelsztam napisał w sierpniu 1917 roku podczas pobytu w Ałuszcie. Miał wtedy dwadzieścia sześć lat i rozmyślał (jak świadczy Meganom) o śmierci. Żeby dobrze zrozumieć ten wiersz, trzeba wiedzieć, co następuje. Meganom to przylądek czy raczej górzysty cypel przylądka na południowym wybrzeżu Krymu, między Sudakiem i Koktebelem. Jak świadczą opowieści, wspomnienia i wiersze dziewiętnastowiecznych turystów (wśród nich – Adama Mickiewicza), wybrzeże to jest – lub raczej było – jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Słodkie krajobrazy południowego wybrzeża porównywano wielokrotnie do krajobrazów raju (lub raj – wyobrażano sobie na podobieństwo tego skrawka Półwyspu Krymskiego). Asfodele, wedle mitologii Greków, były kwiatami, które rosły w podziemnej krainie umarłych, na tamtejszych łąkach nad Styksem. Są to kwitnące biało byliny, o wąskich liściach i gęstych kwiatostanach, rzadkie w głębi kontynentu europejskiego, często zaś spotykane na wybrzeżach Morza Śródziemnego. Również cyprysowa rufa (cyprys to w kulturze śródziemnomorskiej drzewo śmierci) wskazuje, że okręt, o którym mowa w wierszu, płynie do krainy zmarłych – albo z tej krainy. Czarny żagiel pochodzi prawdopodobnie z mitologii greckiej – pod takim właśnie żaglem płynął statek, na którym, po zabiciu na Krecie potwornego Minotaura i porzuceniu kreteńskiej księżniczki Ariadny na wybrzeżu wyspy Naxos, powracał do Aten książę Tezeusz. Miał on po zamordowaniu Minotaura, ale tylko w tym wypadku (tak się umówił ze swoim ojcem, królem Ajgeusem), wciągnąć na maszty swego statku biały żagiel, ale zapomniał o tym i Ajgeus, zobaczywszy zbliżający się do brzegu statek pod czarnym żaglem, popełnił samobójstwo – rzucił się ze skały w fale Morza Egejskiego. Warto tu może jeszcze wspomnieć, w związku z Tezeuszem i Ariadną, że Mandelsztam był miłośnikiem muzyki Richarda Straussa, autora modernistycznej (a może nawet już postmodernistycznej – choć ukończonej w latach pierwszej wojny światowej) opery Ariadna na Naxos. Jak się zdaje, Mandelsztamowi bardziej niż wyrafinowana Ariadna na Naxos podobała się jednak wcześniejsza opera Straussa – napisana w roku 1905 posępna Salome. Jakieś fragmenty z Salome (na pewno był wśród nich słynny Tanz der sieben Schleier) poeta usłyszał po raz pierwszy w czasie swojego pobytu w Paryżu w roku 1908 – w wykonaniu orkiestry pod dyrekcją samego Richarda Straussa.

Einsteigen bitte

Ewa Maria Slaska; pomysł opowiadania we wpisie – Konrad

Bardzo lubię znajdować na ulicy kartki książek i z kilku stron, albo zdań odgadywać, co to jest za publikacja. Najchętniej korzystając z własnych domysłów, ale, jak się nie da inaczej, wpisując jakieś słowa do wyszukiwarki.

Wielokrotnie bawiłam się tak sama ze sobą i z czytelnikami, wielokrotnie w konsekwencji takiej zabawy wypożyczałam zidentyfikowaną książkę z biblioteki lub ją kupowałam.

Zainteresowani mogą poszukać sobie na blogu takich moich zabaw. Jedna z nich jest TU. Tym razem jednak nie udało mi się odtworzyć, kto jest autorem tych kilku stroniczek. Znalazłam je na stacji metra. W przeciwieństwie do kartek znajdowanych na ulicy, te były czyściutkie, wręcz wyglądały tak, jakby nikt ich nigdy nie czytał, a tylko położył tu kilka kartek z książki. Podrzucił. A może nie podrzucił, lecz zrobił wizualizację bądź inscenizację. Może miała w ten sposób powstać fotografia na okładkę książki, która dopiero zostanie wydana. To by tłumaczyło, dlaczego nie ma jej jeszcze w sieci.

Albert Einstein na berlińskiej stacji metra – ilustracja wykonana przez sztuczną inteligencję, zachęconą do podjęcia takiego tematu przez Konrada


To krótkie opowiadanie, dzieje się w Berlinie w roku 2022. Nie wiadomo zatem, ani kim jest autor, ani kim jest narrator i dlaczego może zrobić to, co może.


Wylądowałem na szczycie Kolumny Zwycięstwa. Zostałem uprzedzony, że tak właśnie będzie, bo moi poprzednicy też tu zaczynali. Stałem na górze i patrzyłem na szary park, rozciągający się wokół skrzyżowania. Gdyby była pogoda, mógłbym zobaczyć wielbłądy i małpy w berlińskim Zoo, ale było mgliście i niewiele było widać.

Na szczęście nie marznę. W ogóle nie jestem typem pogodowca. Nie przeszkadza mi upał, ani mróz. Jednak czasem mam na sobie ciężki zimowy płaszcza, a czasem lekką marynarkę płócienną. Nie dlatego, żeby płaszcz był mi do czegokolwiek potrzebny, ale nie mam się rzucać w oczy. Poza tym moi poprzednicy też mieli na sobie takie płaszcze. Oczywiście wiecie, o co chodzi, o ten film Wima Wendersa, zatytułowany Niebo nad Berlinem. Kiedyś kultowy obraz, ale teraz to określenie się raczej zdewaluowało.


W zeszłym roku do ONZ nadszedł list, w którym zapowiedziano moje przybycie na ziemię. W zwięzłych słowach Ziemianie zostali poinformowani, że postanowiono przywrócić do życia jedną osobę, taką, co do której cała ludzkość nie będzie miała wątpliwości, że tak, to właśnie jego albo ją należy ożywić. W liście podano tryb składania propozycji oraz sposób ich weryfikacji.

Propozycje musiały być złożone do 31 grudnia 2021 roku.

Ogłoszenie werdyktu nastąpi 22.02.2022.

Okazało się, że wybór daty nie był szczególnie fortunny, bo ludzie widząc ten ciekawy palindrom, stawali się nieufni i zaczynali węszyć oszustwo. Ale nikogo to nie obchodziło. Nieufni nie musieli składać propozycji, nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Była tylko wyraźna prośba, żeby nie proponować osób prywatnych, ukochanej babci albo słynnego pradziadka. Oczywiście liczyliśmy się z tym, że mnóstwo ludzi tego nie posłucha. Był to nieunikniony koszt.

Propozycje lokalne wrzucało się do lokalnych skrzynek na listy lub oddawało bezpośrednio listonoszowi czy w urzędzie pocztowym. Listy musiały mieć wyraźny napis na kopercie: 1 osoba, 1 person, 1 Mensch, 1人, 1 човек, 1 člověk, 1 persoon, 1 inimene, 1 henkilö, 1 personne, 1 άτομο, 1 személy, 1名, 1 asmuo, 1 pessoa, 1 persoană, 1 человек i tak dalej.

Administracje lokalne wyznaczały miejsce gromadzenia tych listów i kierowały pracowników do ich sortowania. To na nich spoczywał ciężar usunięcia listów żartobliwych, anonimów, listów z pogróżkami i wymysłami, próśb o dofinansowanie, oraz propozycji prywatnych. Prace przy sortowaniu były najtrudniejszą częścią projektu, ale tak, jak się spodziewaliśmy, okazało się, że w każdym kraju znalazły się setki i tysiące wolontariuszy, którzy z przyjemnością poświęcili czas na to zadanie.

W punktach zbiorczych szybko okazywało się, jakie są lokalne, a potem na kolejnych szczeblach regionalne i krajowe preferencje. Niekiedy z góry wiedzieliśmy, że w takiej na przykład Polsce obywatele będą masowo wybierali Jana Pawła II, a we Francji Charlesa de Gaulle’a. Ale niekiedy spotykało nas zaskoczenie. Otóż Szwedzi typowali wprawdzie Olofa Palme, ale większość opowiedziała się za… Gretą Garbo i Królową Krystyną. Oczywiście chodziło o jedną i tą samą osobę, wiedzieliśmy zatem, że gdy dojdzie do podejmowania ostatecznych decyzji, to statystyki zadecydują, która z tych kobiet miałaby zdaniem Szwedów zostać tą jedną przywróconą do życia osobą.

Ponieważ sortowanie listów przypominało procedury głosowania listownego, w krajach, które umożliwiały taką formę wyborów, znacznie szybciej doszło do wytypowania jednego kandydata krajowego.

Następny krok był jednak znacznie trudniejszy, bo przestały nas interesować liczby osób głosujących. Każdy kraj musiał w jakiś specjalny sposób zaznaczyć, jak ważne jest, by wybór światowy padł na lokalnego kandydata. Nigdzie nie wolno też było podać nazwiska ani sposobu reklamy swojego kandydata. Ja jako Wielki Juror musiałem się domyślić, o kogo chodzi i jak się go reklamuje.

W USA, gdzie wybrano Michela Jacksona, w drugiej turze wyborów wszędzie od świtu do nocy puszczano piosenkę I am bad.

W Polsce na każdym domu wisiały portrety papieża i biało-żółte flagi.

W Szwecji wyświetlano Królową Krystynę na wystawach sklepowych, nad Rosją unosiły się flotylle latawców, jak komety ciągnące za sobą napisy Ленин все еще жив.

Włosi wybrali w końcu Zofię Loren i we wszystkich restauracjach podawano fettucine, zeppole, frittata i inne smakołyki z jej słynnej książki kucharskiej, W kuchni z miłością.

W Hiszpanii gołębie na miejskich placach przypominać miały Krzysztofa Kolumba, w Chinach – bardzo nowocześnie – wyhodowano nowy rodzaj herbaty, niebieskiej, którą nazwano herbatą Mao Tse Tunga i którą rozdawano za darmo w całym kraju, zwłaszcza tam, dokąd przybywali turyści, zakładając, że ja też przybędę tą drogą.

I tu właśnie kryła się tajemnica tego, jak dokonany zostanie ostateczny wybór. Nikt nie wiedział, kto jest osobą oceniającą i decydującą, nikt nie wiedział skąd przybędzie główny Juror i na czym oprze swój werdykt.

Sposób zachęcania do wyboru musiał mu się spodobać, musiał być oryginalny i musiał udowadniać, że nawet zwykłych ludzi interesuje to, by ich kandydat został wybrany. W ten sposób 5000 mieszkańców wyspy Kiribati miało takie same szanse na wytypowanie “tej jednej osoby”, co miliard Chińczyków i miliard dwieście tysięcy Hindusów, którzy wybrali oczywiście Buddę.

Bardzo mi się podobała myśl, żeby rzeczywiście wybrać propozycję mieszkańców wyspy Kiribati. Wyspa jest pierwszym miejscem na świecie, które obchodzi nowy dzień i Nowy Rok i leży też na równiku – jest więc ulokowana na skrzyżowaniu dwóch najważniejszych nieistniejących linii na kuli ziemskiej. Jest to też największy atol i największa wyspa koralowa na świecie. Na wyspie nie ma żadnych miast, są tylko cztery wsie, główna z nich nazywa się Poland, ku czci Polaka, inżyniera Stanisława Pełczyńskiego, który okazał się zbawicielem wyspiarzy. Rozwiązał bowiem problem nawodnienia plantacji drzew palmowych w czasie suszy i ugruntował tym samym dostatek całego kraju. Karibatyjczycy wybrali go jako “tego jednego człowieka”, co zaświadczyli przyczepiając do każdego drzewa palmowego na wyspie historię o tym, jak Pełczyński uratował ich od głodu i nędzy. Była właśnie pora sucha, palmy nawodniano metodą Pełczyńskiego, a wieczorami przy ogniskach tańczyli Karibatyjczycy, śpiewając piosenkę o santapeczynskim.

I być może rzeczywiście zdecydowałbym się na Pełczyńskiego, gdyby nie Berlin, a właściwie jedno dziecko, pewna mała podobna do elfa dziewczynka w zielonej czapeczce i zielonym płaszczyku.

Gdy zszedłem na dół z Kolumny Zwycięstwa, poszedłem na piechotę przed siebie. Nigdzie nie widziałem żadnej reklamy. Po kilku godzinach wciąż jeszcze nie wiedziałem, na kogo Niemcy się w końcu zdecydowali. Wiedziałem tylko, że rozważali kandydaturę Marcina Lutra, Alberta Einsteina i Angeli Merkel, choć ta wciąż jeszcze żyła; ale rozumieliśmy intencje tych, którzy ją typowali. Gdyby umarła, to mielibyśmy ją ożywić. Po długim spacerze wsiadłem wreszcie do metra i usłyszałem z głośnika na stacji cichy głos, który mówił “Einstein, bitte”. Uznałem, że to bardzo ciekawa metoda zachwalania kandydata. Rzeczywiście, ilekroć wsiadało się do metra, zawsze i wszędzie jakiś głos mówił “Einstein, bitte”.

Bardzo przekonujące. Jeździłem metrem przez wiele godzin, przesiadałem się z jednej linii na drugą i wszędzie słyszałem ten głos, zachęcający mnie: “Einstein, bitte”. Było to ciekawe, ale wciąż jeszcze sercem byłem w Karibati. Pod wieczór, niemal już zatem zdecydowany, by jednak wybrać Pełczyńskiego, zobaczyłem nagle tę dziewczynkę w zielonej czapeczce i zielonym płaszczyku. Wsiadła z rodzicami i biegała pomiędzy nimi, wołając z przejęciem: “Einstein, bitte, Einstein, bitte, bitte, bitte” – proszę, proszę, wybierzcie Einsteina.

I tak to, proszę Państwa, dzięki tej małej tak przejętej dziewczynce, 22.02.2022 roku przywrócimy do życia Alberta Einsteina, autora Teorii Względności.

Czekając na wiosnę (kicz)

Wpis z inspiracji Danuty Starzyńskiej-Rosieckiej

Wszyscy już zapewne wiedzą, że irysy to moje ulubione kwiaty, ale chyba nikt intensywniej o tym nie pamięta niż Danusia, pomysłodawczyni tego wpisu.


Ale fakt, że coś jest piękne, powoduje, że będzie naśladowane w nieskończoność, deprecjonując swoje piękno. Irysy też to spotkało. Bo czy obraz po lewej jest piękny, czy tylko z fotograficzną dokładnością naśladuje prawdziwe kwiaty? A szklane irysy poniżej – jeszcze są piękne, czy już są jarmarcznym kiczem?

A zatem jest to jeszcze sztuka, czy już kicz?

Wikipedia tak określa kicz:

Jako pierwsi słowem „kicz” zaczęli posługiwać się krytycy sztuki z Monachium w latach 70. XIX wieku w odniesieniu do tandetnych pejzaży nieznanego autorstwa, sprzedawanych w wielkich złoconych ramach albo jako kolorowe obrazki, kupowane przez szybko bogacących się niemieckich fabrykantów, chcących zamanifestować swoją zamożność. Ta ówczesna burżuazja (ale także wszystkie następne nowobogackie klasy społeczne, np. amerykańska klasa średnia lat 50. XX w.), nie znając się na sztuce, wybierała zawsze sztukę „bezpieczną”, czyli taką, która nie urazi i nie będzie szokować gości; eksponowała w swoich salonach zwłaszcza przedmioty drogie i bezużyteczne.

To pojęcie na pewno nie określa tego zalewu kotków, sówek i irysów, które funkcjonują na portalach społecznościowych. Ale współczesna definicja określa to całkowicie odmienny:

Zjawisko kiczu to jednak coś więcej, niż tylko sztuka zdegradowana do roli towaru w społeczeństwie kapitalistycznym. Według Abrahama Moles’a kicz to społeczne przyzwolenie na przyjemność płynącą z cichego porozumienia i uczestnictwa w umiarkowanym i uspokajającym „złym guście”, ale przede wszystkim jest to „sztuka szczęścia” (jak ją nazywa autor), czyli „raj dla mało wymagających”. To obraz zagubienia, rozpadu wartości, braku czegoś, za czym się tęskni, i akceptacji namiastki.

Jest zimna, mokra, szara zima. Pokazałam Wam tu zatem kilkanaście kwiatów, które na pewno, czy tego chcemy czy nie, gdzieś w głębi ducha uważamy za piękne, i nawet jeśli jako świadomi nowocześni ludzie wolimy Francisa Bacona, to czekając na wiosnę możemy się na chwilę zanurzyć w „sztuce szczęścia”. Wy tym bardziej bezpiecznie, bo to ja, pokazuję Wam tu ten kicz.

Ale wiecie, że irys i iris – źrenica, to to samo słowo, a pochodzi stąd, że i kwiat, i tęczówka oka irydują, czyli mienią się jak skrzydła greckiej bogini Iris, Irydy – uosobienia tęczy i boskiej posłanki. Na zakończenie tych wywodów pokażę Wam tu jeszcze – oho, dzieło Francisa Giacobettiego (Francuz, urodzony w r. 1939) – Iris Francis Bacon (fotografia) – źrenica oka Francisa Bacona.

Ponieważ bardzo lubię myśl o tym, że możemy sobie kupić sztukę, o której tu rozprawiamy, powiem, że to zdjęcie, czyli “Bacon’s iris” ze zdjęciem samego Bacona obok, uzyskało na aukcji cenę 23 tysięcy dolarów.

Mucha Kierkegaarda 1

Ewa Maria Slaska

Taaaak. To Søren Kierkegaard, ten nasz ulubieniec, młody, piękny, mądry człowiek. Utalentowany. Młodo umarł (1813–55). Każdy z nas w swoim najlepszym życiu chciałby być Kierkegaardem.
Patrzę na ten fragment Albo – Albo i rozmyślania szarpią mną od “tak” do “nie” i z powrotem. I znowu. Zaprawdę, albo – albo. Wszystko mi się jak w soczewce skupia w tej nieszczęsnej musze, złapanej przez znudzonego chłopca w szkole.

To fragment rozdziału „Gospodarka przemienna”, czyli „Płodozmian” (tekst tłumaczył Jarosław Iwaszkiewicz i możliwe, że nie miał pojęcia, co to jest płodozmian, co to jest gospodarka przemienna, czyli jedno-, dwu- i trójpolówka).

Płodozmian jest w filozofii Kierkegaarda remedium na nudę życia. Nie staraj się żyć intensywnie, mówi młody filozof oświeceniowy, nie próbuj pokryć uprawami dorzecza Amazonki, uprawiaj swoją własną doniczkę, ale uprawiaj ją intensywnie, dziś ziemniaki, jutro orchidee. Interesuj się coraz to nowymi dziedzinami życia, intensyfikuj doznania.

Jeśli wciąż jeszcze pamiętamy to, czego nas uczono w szkole, to na pewno przypomnimy sobie, że takie właśnie remedium na nudę i znużenie życiem proponowali już dwa pokolenia wcześniej filozofowie społeczni, Charles Fourier (1772 – 1837) i Robert Owen (1771-1858), czyli tzw socjaliści utopijni.

Nie wiem jak Wy, ale ja ich pamiętam do dziś.

Nuda, nuda. Gdy myślimy o nudzie, najczęściej jednak myślimy o Charlesie Baudelaire (1821– 67), który jest prawie rówieśnikiem Kierkegaarda, urodził się kilka lat później, żył kilka lat dłużej. Jak na dzisiejsze czasy, obaj umarli młodo. Kierkegaard miał lat 32, Baudelaire – 46.

Nic w długości nie zrówna kulawego biegu,
Mych dni, gdy pod ciężkimi całunami śniegu,
Nuda…

Ch B, Kwiaty Zła

Na zajęciach filozofii młodzi adepci mieli w czasach współczesnych na podstawie owego wyżej przytoczonego fragmentu zapoznać się z koncepcją Kierkegaarda o tym, co to znaczy żyć intensywnie. Przykładem są tu więzień, który oswoił pająka, i chłopiec, który złapał muchę i znęca się nad nią. Kierkegaard nie ocenia tego chłopca, rozwodzi się raczej nad tym, że to, co chłopiec robi z muchą, pomaga mu rozproszyć nudę nieciekawej, nużącej lekcji. To jest, dla mnie, podstawowe przesłanie tego tekstu. Rób co chcesz, tylko się nie nudź.

Dworzec Główny (Hauptbahnhof) w Berlinie, 13 stycznia 2022 roku: reklama rbb, rozgłośni radiowo-telewizyjnej dla Berlina i Brandenburgii: Bloss nicht langweilen, czyli: Byle nie nudzić!

Problem w tym, że chłopiec, oczywiście, nie musi mieć żadnych oporów etycznych (choć może). Ale Kierkegaard, no, hallo! I nawet jeśli pisze o chłopcu, który tych oporów nie ma, bo nie zna, to jednak filozof musi je mieć i znać. On tymczasem nie pisze o tym ani słowa. Filozof doda jednak, że to nie takie proste, bo rozdział “Płodozmian” znajduje się w pierwszym tomie książki Albo – albo, a jej konstrukcja zasadza się na tym, że w tomie pierwszym Kierkegaard przedstawia styl życia estety i go odrzuca, a w tomie drugim przedstawia zasady życia etyka i jest to poniekąd bezpośrednia odpowiedź na wady życia estety.

Może tak jest, ale mnie ta mucha i tak prześladuje.

Mam wrażenie, że udręczona mucha w dziurze na zawsze pozostanie w swojej udręce i nie ujmie się za nią ani Kierkegaard, ani filozof współczesny, który ten tekst wybrał i dał studentom do analizy, ani wreszcie oni sami. Na całą wieczność już ten chłopiec będzie się znęcał nad tą nieszczęsną muchą.

No, ale może zostanie naukowcem.

I wtedy eksperymenty z muchą będą uprawnione i opłacone.

Czy jest on przy tym przeciwieństwem więźnia, który oswaja pająka? Czy przeciwnie – udomowienie świata i dręczenie go są sobie równoznaczne?

No, bo jeśli zostanie naukowcem.

Czy oznacza to, że nieważne, czy to co robimy jest etyczne, ważne, żeby spełniało swój cel, czyli intensyfikowało nasze doznania? Nawet jeśli mają to być najwznioślejsze doznania i myśli o Bogu?
Czy możemy zaakceptować tę zasadę w ogóle? A wtedy, gdy wiemy, że intensyfikacja doznań ma rozproszyć nudę?

Czy ta mucha jest kwintesencją kapitalizmu? Czy niepohamowany rozwój zarabiania poprzez czynienie ziemi sobie poddaną (jak o tym pisze Marek Włodarczak) rozprasza nudę?

Siedzimy w tej dziurze, a chłopiec na nas patrzy i patrzy bez końca. I znikąd ratunku.

Za czasów Mao Tse Tunga Chiny dotknęła plaga much. Każdy Chińczyk musiał codziennie zabić co najmniej jedną muchę. Gdy zniknęły muchy, Chiny nawiedziła plaga wygłodniałych wróbli. Każdy Chińczyk musiał zabić codziennie jednego wróbla.
Pewien podróżnik zapytany po podróży do Chin, jak tam jest, odpowiedział: W Chinach jest strasznie być muchą. Jest też strasznie być wróblem. I strasznie jest być Chińczykiem.

Damien Hirst, Barbecue z muchami
Willem Claesz Heda (1594-1680), Martwa natura z muchą

Ach, te muchy…

Będzie dalej… Może nawet dużo. Bo to jest ważne pytanie: jak mamy się ustosunkowywać do tego, co napisano lub stworzono kiedyś? Krytykować, jak ja tutaj, zmieniać na dzisiejszą modłę (netfliksyzacja), objaśniać i uprzedzać (o tym będzie za tydzień, ale tego też właściwie chciałabym i ja, przynajmniej tu w tym wpisie), usuwać całkowicie, a może po prostu zostawić w spokoju Kierkegaarda i jego muchę? Podpowiem, że zreblogowany wpis sprzed dwóch dni też jest na ten temat: TU

Wierszom wierszem

Ewa Maria Slaska

Poezja w czasach automatycznej korekty i inne wiersze

mija nowy rok
mam napisać wiersz i choć wiem
mimo to zapominam że
mową naszą powszednią
rządzi Wielki Korektor który
mi wszystko poprawi
monday na madonnę monady mondaminy
macondo na mannę lub mcdonalda ale
mantykorę zna i nie poprawia jej na manię a
marihuany nie zamienia w mszę
ma władzę wszystko wie lepiej.

Przyszedł tomik wierszy od poetki. Znam poetkę od dziecka. Pierwszy raz przyjechała do Berlina, gdy miała 14 lat. Miała brać udział w warsztatach translatorskich wraz gromadą studentów z Polski i Berlina. Do Berlina przyjechała z mamą, a jej wiersze były tak dojrzałe, że niektórzy młodzi zawistni poeci myśleli, że to mama jej te wiersze napisała.
Potem już wiedzieli lepiej.

Czytam te wiersze w styczniową noc. Trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem.

Człowiek z papierosem na balkonie
widział światło w moim uchylonym oknie
w styczniu o trzeciej nad ranem


To, co sprawia, że czytam ten akurat wiersz
trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem
nie może być ani intuicją ani telepatią.
Nic nie wiem.
Nic nie mogę wiedzieć lepiej.
Ona też nie.
Choć wszystko sprawdza i przymierza.
Może być Hekate albo siostrą Tanatosa.
Zna wszystkie wiodące w zaświaty istoty
Może wybierać jak chce.

Wybiera Niefrasobliwą.

W tej przydrożnej kapliczce będzie Ci jak w domu,
uszyję Ci sukienkę, wykarmię dzieciątko,
a kiedyś może jeszcze zacznę od początku
gdy Syn Twój już wyrośnie z mojego pokłonu.

Sprzątnęłam Wasz ogródek w którym krzyże zwiędły,
a w czasie odpoczynku tłumaczyłam sobie –
on nie chce być strażakiem, tylko Panem Bogiem,
przecież każdy w dzieciństwie chciał być niepojęty.

Madonno, możesz tańczyć, wszak już zbawiony świat
i chyba przyznasz sama, że wyszedł na ludzi
Twój Syn, co o miłości tak wiecznie marudził.

Wam wszystkim świętym zawsze pomyślny wieje wiatr
w oczy, co im głód nieba na sucho uchodzi.
A mnie wciąż zbyt grzesznie i ciągle nie tak.

Dziwię się tym słowom, poukładanym tak, żeby się sobie dziwiły.
Które sprawiają, że można zjeżdżać na sankach z Golgoty.

***
Nasza łódź jest z bambusa
będziemy dobrze brzmieć
pośród wód przynoszonych
we wiadrach

jesień okadza nasz dom
zapachem jabłek
świętość na półeczce
obok utartej bazylii

twarda pięta
zna tajemnicę

ze zmarzliny glina
nasze drzewa bujają w doniczce

Mały świat, w którym świętość stoi na półeczce obok utartej bazylii.

To odważne tak pisać wiersze
żeby się nie bać
że Wielki Korektor
poprawi nam pietę na piętę
lub piętę na pietę

Wiecie o co chodzi bo
w każdym bądź razie
plany napięte
czy róża w życie upięta
nie jest na żarty?

Mały świat, w którym ktoś
chce dokapać się
własnej kałuży
szczęścia.

Wielki Korektor nie chce
dokapać się
możemy
okapać dokazać okazać dokopać i pokopać
mały świat

Pieta

Tyle lat pięknych i przegadanych
jak przegadane i piękne
są niektóre frazy

Zamiast zbierać kwiaty
pisałam o kwiatach

To odważne tak pisać wiersze
żeby się nie bać
że on
poprawi nam pietę na piętę
lub piętę na pietę
a młodą poetkę
na starą kobietę

***

Agnieszka Wesołowska, Niefrasobliwa

Wydawnictwo: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Warszawa

Opinie tych, którzy wiedzą lepiej niż ja:

Piotr Müldner-Nieckowski: Takich wierszy nie da się zaplanować. Kiedy autorce się zdarzały, były zapewne odkładane i czekały, aż zdecyduje się na nie jakaś szczególna książka. Okazały się traktatem o pewnym stanie psychiki, o niefrasobliwości. Ale nie beztrosce. Są czymś w rodzaju studium wolności

Krzysztof Bielecki: Ani to konstrukcja, ani dekonstrukcja świata. Agnieszkę Wesołowską pociąga świat rozproszony. Człowiek rozproszony. Ulegający baśni. Złudzeniu. Czemukolwiek, co mogłoby istnieć. W poetyckim rozmarzeniu nawet istnieć powinno, ale… nie istnieje.

Agnieszka Wesołowska urodziła się w 1984 roku. Związana była z pismem literackim Łabuź, wydawanym w Łobzie na Pomorzu Zachodnim. Tam też mieszkała od urodzenia, potem przez jakiś czas w Szczecinie, Krakowie i Poznaniu. Ukończyła Uniwersytet Pedagogiczny im. KEN w Krakowie, Wydział Pedagogiczny. Od kilku lat znowu mieszka w Łobzie. Autorka arkuszy i książek poetyckich, m.in. Ars vitae. Listy do nieszczęśliwych (Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2008); Dwuznaczny (Książnica Pomorska, Szczecin 2000; wyróżnienie im. K. Iłłakowiczówny za książkowy poetycki debiut roku); Zgubić pytania (Żebracza Inicjatywa Wydawnicza Klubu Literackiego Łabuź, Łobez 1999). Współpracowała z Polsko-Niemieckim Towarzystwem Literackim (Verein zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur) WIR. Publikowała w różnych czasopismach (m.in. w „Pograniczach”, „Zeszytach Literackich”, „Dekadzie Literackiej”). Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Pisała też czasem u mnie na blogu. Ale nie tu. Dawno. Nieprawda. Na mitycznym blogu, zwanym Kura…

Uwaga – niebieskie fragmenty wpisu to wiersze i cytaty z tomiku Niefrasobliwa Agnieszki Wesołowskiej


Trzej królowie monarchowie

… gdzie spiesznie dążycie?

Sen Trzech króli, 1120-30, fragment kapitelu z Katedry Saint-Lazare, Autun, Francja

Uwaga – wpis obrazoburczy. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Ewa Maria Slaska

Mędrcy świata, monarchowie,
gdzie śpiesznie dążycie?
Powiedzcież nam Trzej Królowie,
chcecie widzieć Dziecię?
Ono w żłobie nie ma tronu,
i berła nie dzierży,
a proroctwo jego zgonu,
już się w świecie szerzy.

Mędrcy świata, złość okrutna,
Dziecię prześladuje,
wieść okropna, wieść to smutna,
Herod spiski knuje.
Nic monarchów nie odstrasza,
do Betlejem spieszą,
gwiazda zbawcę im ogłasza,
nadzieją się cieszą.

Przed Maryją stoją społem,
Niosą Panu dary.
Przed Jezusem biją czołem,
składają ofiary.
Trzykroć szczęśliwi królowie,
Któż wam nie zazdrości?
Cóż my damy, kto nam powie,
pałając z miłości.

Oczywiście wszyscy wiemy, że Trzej Królowie to pozostałość po starożytnych triadach bogiń i bogów.
W trójcy bogiń były zawsze Dziewica, Nimfa, czyli Matka i Starucha, Pani Piekieł. Trójca męskich bogów naśladowała triady kobiece i składała się z Boga Początku, Boga Życia i Boga Śmierci. Byli to trzej osobni bogowie. Dopiero chrześcijańska Trójca Święta, ta, którą dobrze znamy, a która składa się z Ojca, Syna i Ducha Świętego, uważa te trzy elementy triady za emanacje tej samej Istoty. W gruncie rzeczy ta stosunkowo niedawna interpretacja starożytnego prototypu, tylko nieznacznie przesuwa akcenty – najważniejszy staje się Bóg Ojciec, który i daje życie, i go pilnuje i może je odebrać. Syn i Duch są tylko pobocznym uzupełnieniem, ale teologowie nic na to nie mogą poradzić, że my, ludzie z jaskiń, wciąż jeszcze potrzebujemy trzech pradawnych bogów – Boga Piorunów, Boga Polowań i Boga Śmierci. I że, jak głębiej pogrzebiemy w naszych lękach i magicznych zabiegach, to okaże się, że są to starsze od Trzech Bogów Trzy Boginie – Kora, Potnia i Hekate.

Trzy księżniczki baktryjskie

Jedyną (chyba) religią, która konsekwentnie zlikwidowała starożytne triady był ustanowiony przez faraona rebelianta – Echnatona kult Jedynego Atona, przejęty przez Mojżesza i “wyprowadzony” z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Echnaton rządził zbyt krótko, by jego koncepcja Boga Jedynego zdążyła się ugruntować i przetrwać. Ale Żydzi mieli dość czasu i to tam właśnie, w Ziemi Obiecanej, utrwaliła się religia oparta na KONCEPCJI boga, który był jedyny i którego Prawo zostało zapisane w Księdze.

Izraelici czcili więc wymyślonego jednego Boga, jednoosobowego i jedynego, o którym mówili Jahwe, który był Obcy, Daleki, Bezimienny. Był on surowy i chyba nie mógł inaczej, musiał karać za odstępstwo, bo odstępstwo było łatwe, znajome, naturalne. Trzy Boginie lub Trzej Bogowie byli zawsze, Ten Jeden Bóg był Nieznany i Obcy, co gorsza jego pierwszą wersję ich przodkowie poznali w Egipcie, Kraju Niewoli.
Ten Obcy Bóg groził karami za czczenie bogów okolicznych narodów.

Ja jestem Jahwe, Twój Bóg, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.

  1. Nie będziesz miał innych bogów obok mnie.
  2. Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!
  3. Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Jahwe, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.
  4. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań.
  5. Nie będziesz wzywał imienia Boga twego, Jahwe, do czczych rzeczy, gdyż Jahwe nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy.

My to znamy na pamięć w wersji uproszczonej do nierozpoznania: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Ci cudzy bogowie często pojawiali się jako triady, trójce bogów.

  • Fenicja: trójca mieszana Baal, Asztarte i Eszmun
  • Babilon: trójca męska Ea, Marduk i Gibil
  • Grecja: trójca kobieca Artemida, Demeter, Hekate & trójca męska Zeus, Posejdon, Hades
  • Mezopotamia: Elil, An i Enki,
  • Egipt: “triada rodzinna” (ojciec, matka, syn) Ozyrys, Izyda, Horus
  • Rzym: Trójca Kapitolińska Jowisz, Junona i Minerwa
  • Hinduizm: Brahma (Kriszna), Wisznu, Sziwa
  • Chiny: Fu Lu Shou (trójca bóstw gwiezdnych) Fuxing bóg szczęścia, Shouxing bóg długowieczności i Luxing bóg kariery

Niektóre triady zrastały się w jedną trójosobową postać, jak potrójna Hekate albo trójca prasłowiańska tzw. „Trzygłów” (Triglav)

Chrześcijaństwo przywróciło więc tylko starożytną trójcę, tracąc tym samym cechę podstawową religii monoteistycznej – Jedynego Boga. I choćbyśmy się nie wiem jak zaklinali i bożyli, że jak “bonie dydy”, wierzymy w Jednego Boga, to przypomnijmy sobie Wyznanie Wiary, czyli Credo:

Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę który mówił przez Proroków. Wierzę w jeden, Święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. I oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen.

C.b.d.o.

***

We Włoszech z kolei… ale to niech już opisze znawca Włoch, czyli cytowany już tu wielokrotnie Jacek Pałasiński:

Jesteście, P.T. Czytelnicy gotowi? Nie? No to hajże po skarpetę! Dzisiejszej nocy odwiedzi Was pewna brzydka starucha. Upewni się, czy śpicie i wedrze się do waszego domu, a jak się okaże, że głosowaliście na szajkę (tak autor określa tych, co u władzy – przyp. EMS), to do skarpety nawrzuca wam węgla. Rosyjskiego, oczywiście, z Donbasu, oczywiście, bo szajka zasiarczony węgiel z Ludowych Republik Ługańskiej i Donieckiej przedkłada ponad inne. A jeśli byliście grzeczni, chodziliście na manifestacje, dezawuowaliście przestępstwa, machlojki i oszustwa szajki, to może starucha wrzuci wam do zawieszonej na kominku skarpety cukierka.
Starucha ma na imię Befana. A „Befana”, to takie włoskie, ludowe przekoślawienie oryginału, czyli ἐπιφάνια, epifania, a epifania to objawienie. W tym wypadku objawienie boskiej natury dzieciątka Jeszua trzem mędrcom ze Wschodu, który, śledząc „gwiazdę” (Mt 2,1-12.16), przynieśli boskiemu Dziecięciu dary: złoto, kadzidło i mirrę, a kto nie wie do dziś, co zacz mirra, niech podłubie w źródłach. W suku w Damaszku straganiarze oferowali mirrę i D.O. oczywiście kupił, ale gdzieś mu się w licznych przeprowadzkach zadziała. Giotto przedstawił „gwiazdę” jako kometę, prowadzącą Trzech Mędrców (zupełnie niepoprawnie zwanych „królami”) do stajenki w Bet Lehem, co po hebrajsku oznacza dosłownie „Dom Chleba”, czyli po prostu piekarnię. No bo Giotto był w 1301 r. świadkiem „przebiegu” po nieboskłonie komety Haleya i tak mu się skojarzyło. Ale od tego czasu nikt inaczej owej „gwiazdy” betlejemskiej inaczej nie przedstawiał, jak tylko kometę, co jest bez sensu, bo gwiazda i kometa to są dwa zupełnie odmienne ciała niebieskie. Do dziś mędrcy (choć nie tamci trzej, ze Wschodu) zachodzą w głowę, cóż to mogło być za światło, które Trzech Mędrców prowadziło, bo, jakby tu powiedzieć, „gwiazda” na pewno nie. Może jakieś małe UFO?
„Epifania” to termin, używany przez Kościoły zachodnie, te wschodnie, nieco mniej od zachodnich heretyckie, na objawienie boskiej natury Jeszuy, używają bardziej precyzyjnego terminu „Teofania”. Z kolei muzułmanie używają terminu „epifania” na pojawienie się na końcu czasów ludzi wezwanych przez Allaha, którzy położą kres niesprawiedliwościom i niedoskonałościom gatunku ludzkiego. Drodzy muzułmanie, co, wy gazet nie czytacie? Tacy ludzie już się objawili, nazywają się „szajka”, a jak nie wierzycie, to obejrzyjcie wiadomości w kurwizji (https://tvn24.pl/…/afera-mailowa-nowa-odslona-mail-z…). W każdym razie we Włoszech z „epifanii” najpierw zrobili „bifanię”, a potem „befanię”, skąd już tylko krok do Befany. Befana ma źródła mało chrześcijańskie, dlatego w Kościele łatwego życia nie miała. Wywodzi się z hellenistycznej odmiany mitraizmu, dla którego 12 dni po równonocy zimowej, w Saturnaliach jako Diem Natalis Solis Invicti, obchodzono w Cesarstwie Rzymskim równocześnie, jako święto śmierci oraz święto odrodzenia Matki Natury. Rzymianie wierzyli, że przez te 12 dni (a raczej nocy) kobiety latają nad polami, by dodać im siły rozrodczej. 12 dnia umierały dla Rzymian zeszłoroczne plony, a te, przygotowane pod wiosenny zasiew, nabierały ducha, który sprawi, że w ziemi się odrodzą i rozmnożą.
I właśnie Befana była jedną z tych kobiet, latających nad polami, by dać im płodność. Bogiem a prawdą to zastąpiła Dianę, która wcześniej dokonywała tych nalotów. Befana odpoczywała w ludzkich domach i osądzała ich mieszkańców: dobrych nagradzała, złych karała. Aha: ten 6 stycznia, w którym mędrcy mieli dotrzeć do betlejemskiej stajenki, to nie jest wynalazek wczesnochrześcijański; datę tę zaproponował pod koniec IV w. święty Epifaniusz z Salaminy, przez Kościoły wschodnie uważany za ojca Kościoła. Dzisiaj by sprawiał mnóstwo kłopotów, bo energicznie przeciwstawiał się kultowi Maryi i równie energicznie zwalczał kult obrazów. (D.O. nieodmiennie namawia do przeczytania w Wikipedii hasła „Dekalog” i odbycia refleksji, jak też to się stało, że Kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza zachodni, spokojnie wyeliminowały sobie Drugie Przykazanie Boże i, żeby się liczba zgadzała, podzieliły na dwa Przykazanie Dziewiąte, każąc wiernym wierzyć, że Pan Bóg zstąpił na Ziemię, by dać rodzajowi ludzkiemu Przykazanie o treści „ani żadnej rzeczy, która jego jest”).
Ufff…
No, dobrze, możesz, Czytelniku, zapomnieć o skarpecie dla Befany, ale nie zapominaj, żeby się przyzwoicie zachowywać i nie sprzedawać ojczyzny za 500 srebrników.

***

O!, poważnie się zrobiło. Oczywiście nie sprzedamy. Obyśmy jednak nie zapomnieli, że święto to jednak święto, przypomnę tu dwa królewskie wypieki pieczone z okazji święta Trzech Króli – Ciasto Królewskie i Szczodraki:

Ten wypiek nieco przypomina rogale marcińskie – jest to ciasto francuskie nadziewane masą migdałową. Z kolei szczodraki to drożdżowe ciastka nadziewane kapustą, czyli coś w rodzaju kulebiaczków, albo czymś na słodko, np. dżemem albo masą sernikową. Czyli też jakaś odmiana rogali marcińskich.

I w szczodrakach i w cieście królewskim coś się zapieka – figurkę, migdał, ziarnko fasoli. Osoba, która znajdzie zapieczonego fanta, zostaje królem, fasolowym, migdałowym, karnawałowym. Królem. A ten król to wzór postaci Sancho Pansy i jego nadziei na gubernatorstwo wyspy. Pisałam już o tym kilkakrotnie (np. TU), ale nigdy nie zawadzi przypomnieć.

Jakob Jordaens, Fasolowy Król (1640 – 1645)

Pewien młody człowiek poinformował swoją mamę, a ona mnie, że obecnie w Berlinie pojawił się od dawna znany w Niemczech północnych nowy sposób wybierania króla karnawału: kupuje się pączki w cukierni i je się tak długo, aż się trafi na pączek nadziany musztardą. Tak się zostaje Musztardowym Królem.

***

Dodatki od Czytelniczek i Czytelników nadesłane w ciągu dnia:

Ela Kargol o naszej dzisiejszej wyprawie do malarza, Wiesława Fiszbacha – ma nas trzy sportretować, a my się postanowiłyśmy pokazać w naszej prawdziwej postaci:

Powiedzcież nam trzy królowe,
gdzie spiesznie dążycie?
do artysty, het na Neukölln
umilić mu życie!!!

(Dodatek od Adminki: poszłyśmy do Wiesława Fiszbacha, a o nim będzie na samym dole)

Mietek Węglewicz

Trzech Króli
(kolęda)

Idą mędrcy wschodu,
przez calutki świat
dookoła globu
dwa tysiące lat
Czy pustynia, czy oaza
mróz, czy żar się leje
Kacper, Melchior i Baltazar
idą do Betlejem
Baltazara boli kostka
Kacper łapie dech
Melchior mówi ,,łaska boska
że nie sam,
we trzech”
Idą trzej królowie,
dwa tysiące lat
i dziękują Bogu
za ten piękny świat

Ewa Maria Slaska upiekła szczodraki, a Ela Kargol przypomniała poprzednie świętowania Trzech Króli

To jeszcze ja, Adminka: W szczodrakach zapiekłam słodkie nadzienie z makiem, orzechami i migdałami, po to by nam się dobrze wiodło. Był też jeden cały orzech. Królową Orzechową została Krysia!

***
Trzej Królowie to nie tylko koniec okresu świątecznego w chrześcijaństwie, ale praktycznie rzecz biorąc w każdej religii na świecie, która raczyła zauważyć zjawiska na niebie i ziemi, takie jak przesilenie zimowe, czy przybywanie dnia “na barani skok”. W tradycji słowiańskiej okres ten nazywał się Szczodre Gody. Stąd szczodraki.
Niech się nam wszystkim szczodrze wiedzie!
***

A to nasz wczorajszy Karnawałowy Król, Wielki Gubernator Baratarii w Berlinie, artysta Wiesław Fiszbach:

Wiesław Fiszbach, foto: Ela Kargol

Jak co roku, “Dzikie dzwony”

W Szwecji od wielu już lat znany aktor tradycyjnie wita Nowy Rok w muzeum Skansen w Sztokholmie wierszem Alfreda Tennysona Dzikie dzwony.

Ring Out, Wild Bells is a poem by Alfred, Lord Tennyson. Published in 1850, the year he was appointed Poet Laureate, it forms part of In Memoriam, Tennyson’s elegy to Arthur Henry Hallam, his sister’s fiancé, who died at the age of twenty-two.

According to a story widely held in Waltham Abbey, and repeated on many websites, the ‘wild bells’ in poem were the bells of the Abbey Church. Tennyson was staying at High Beach in the vicinity and heard the bells being rung on New Year’s Eve.

It is an accepted English custom to ring English Full circle bells to ring out the old year and ring in the new year over midnight on New Year’s Eve. Sometimes the bells are rung half-muffled for the death of the old year, then the muffles are removed to ring without muffling to mark the birth of the new year. In some versions of the story it was a particularly stormy night and the bells were being swung by the wind rather than by ringers, but this is highly unlikely given the method of ringing English full circle bells, which requires a considerable swinging arc before the clappers will strike the bell.

Ring out, wild bells, to the wild sky,
The flying cloud, the frosty light:
The year is dying in the night;
Ring out, wild bells, and let him die.

Ring out the old, ring in the new,
Ring, happy bells, across the snow:
The year is going, let him go;
Ring out the false, ring in the true.

Ring out the grief that saps the mind
For those that here we see no more;
Ring out the feud of rich and poor,
Ring in redress to all mankind.

Ring out a slowly dying cause,
And ancient forms of party strife;
Ring in the nobler modes of life,
With sweeter manners, purer laws

Ring out the want, the care, the sin,
The faithless coldness of the times;
Ring out, ring out my mournful rhymes
But ring the fuller minstrel in.

Ring out false pride in place and blood,
The civic slander and the spite;
Ring in the love of truth and right,
Ring in the common love of good.

Ring out old shapes of foul disease;
Ring out the narrowing lust of gold;
Ring out the thousand wars of old,
Ring in the thousand years of peace.

Ring in the valiant man and free,
The larger heart, the kindlier hand;
Ring out the darkness of the land,
Ring in the Christ that is to be.

A translation into Swedish by Edvard Fredin called ‘Nyårsklockan’ – ‘The New Year’s Bell’ – is recited just before the stroke of midnight at the annual New Year’s Eve festivities at Skansen in Stockholm. This tradition began in 1897 when the young Swedish actor Anders de Wahl was asked to recite the poem. De Wahl then performed the poem annually until his death in 1956. Since 1977 the Swedish national public TV broadcaster, SVT, has aired the event live, and the first to read the poem on television was the actor Georg Rydeberg. The show turned out to be a major success, and watching it on New Year’s Eve quickly became a nationwide tradition. Rydeberg recited the poem until his death in 1983. After that many famous Swedish actors and/or singers have recited the poem.

  • Georg Rydeberg 1977 – 1982
  • Jarl Kulle 1983 – 1996
  • Margaretha Krook 1997 – 2000
  • Jan Malmsjö 2001 – 2013
  • Loa Falkman –  2014
  • Malena Ernman – 2015
  • Pernilla August – 2016
  • Krister Henriksson – 2017

It should be noted that the Swedish translation differs significantly from the English original. Inspired by the Swedish tradition, auto manufacturer Volvo used the poem in a 2016 New Year’s Eve advertisement (TU).

***

Jaka piękna historia. Bardzo mnie kiedyś poruszyła i dlatego od kilku lat co roku publikuję na blogu wpis, w którym musi się znaleźć noworoczny poemat Alfreda Tennysona. Gdy zaczęłam tę “nową, świecką tradycję”, chciałam znaleźć polskie tłumaczenie wiersza, ale mi się nie udało. Przetłumaczyłam go więc sama i poprosiłam kilku przyjaciół o tłumaczenie. Oto nasze tłumaczenia

Dzikie dzwony

Lech Milewski

Dzwońcie dzikie dzwony, do dzikiego nieba,
Do płynącej chmury, do mroźnego światła:
Rok umiera tej nocy;
Oddzwońcie to i dajcie mu umrzeć.

Oddzwońcie precz stare, zadzwońcie na nowe,
Dzwońcie radośnie poprzez śnieg;
Rok odchodzi, dajcie mu odejść;
Oddzwońcie precz fałsz, zadzwońcie dla prawdy.

Oddzwońcie precz smutki, co zatruwają myśl
o tych, których już nie zobaczymy.
Oddzwońcie precz waśnie bogatych i biednych,
Zadzwońcie na naprawę całej ludzkości.

Oddzwońcie precz zbyt wolno umierające przyczyny
i stare formy plemiennych walk;
Zadzwońcie oznajmiając szlachetny styl życia
łagodniejsze obyczaje, czystsze prawa.

Oddzwońcie precz biedę, troskę, grzech,
bezbożne zimno naszych czasów;
Oddzwońcie precz me żałobne rymy
Zadzwońcie na poetę wyższej próby.

Oddzwońcie precz fałszywą dumę i krew,
Ludzkie oszczerstwa i złośliwości;
Zadzwońcie na miłość prawdy i sprawiedliwości,
na powszechną miłość dobra.

Oddzwońcie precz złośliwe choroby,
Oddzwońcie precz żądzę złota,
Oddzwońcie precz tysiąc lat wojen.
Zadzwońcie na tysiąc lat pokoju.

Zadzwońcie na dzielnego, wolnego człowieka,
Na wielkie serce i łagodną dłoń;
Oddzwońcie precz ciemność świata,
Zadzwońcie na nadejście Chrystusa.

Tibor Jagielski

Bijcie dzikie dzwony, w dzikie niebo,
Mroźnego światła chmura mknie;
Tej nocy rok kończy swój ostani dzień;
Bijcie dzikie dzwony, na śmierc dzwońcie jego.

Bijcie w to stare,  na nowe dzwońcie,
Bijcie, szczęśliwe, poprzez śnieg
Pozwólcie mu odejść, rok kończy bieg;
Bijcie w fałsz a prawdę głoście.

Bijcie w zgryzoty siły niszczące
Tak aby nigdy nie powróciły,
Bijcie w walki bogatych z biednymi,
Na pomoc całej ludzkości dzwońcie.

Bijcie w umierające wolno spory
i walki partii starodawnych;
Głoście szlachetne formy życia,
Miłych idei, czystych praw.

Bijcie precz grzech, strapienie, nędzę,
Niewierny i zdradziecki naszych czasów los
I w moje smutne rymy uderzajcie, bijcie,
Obudźcie lepszą w nich poezję.

Bijcie w fałszywą dumę z pochodzenia,
Bijcie i w zawiść i w nikczemność;
Dzwońcie miłości prawa  z prawdą
Dzwońcie powszechnej wierze w dobro.

Bijcie w te kształty starych plag i znoju,
Bijcie w sknerstwo i w złota chuć;
Bijcie w tysiące zakończonych wojen,
Dzwońcie na tysiąc lat pokoju.

Dzwońcie odważnym, wolnym, prawym,
O większym sercu, czulszej dłoni.
Uderzcie w ciemność w kraju naszym,
A Chrystusowi dzwońcie, aby zstąpił.

Ewa Maria Slaska

Dzwońcie dzwońcie dzikie dzwony
Pędzą chmury mroźne światło
Rok umiera rok miniony
Dzwońcie, pozwólcie mu umrzeć

Dzwońcie rok stary dzwońcie nowy
Dzwońcie radośnie w śnieżną dal
Rok odszedł a my mu odejść zwolimy
Dzwońcie prawdę dzwońcie precz fałsz

Dzwońcie precz smutek co ducha zżera
I dla tych których nie ujrzeć nam
Dzwońcie bogatym i dzwońcie biednym
Dzwońcie bo nowy świat kładzie strój

Dzwońcie niech znikną więzy stare
By starych kajdan gorset szczezł
Dzwońcie na nowe szlachetne życie
Obyczaj czysty i prawości wiek

Dzwońcie precz troski pragnienia żądze
Bieg czasu bez wiary zimny jak lód
Dzwońcie na zgubę mych smutnych rymów
Dzwońcie by nowy narodził się bard

Dzwońcie na odwrót fałszywej dumy
Przeciwko kłamstwu mściwych szuj
Dzwońcie dla prawdy dzwońcie dla dobra
Dzwońcie w imię powszechnej miłości

Dzwońcie aż zgniła zemrze zaraza
Dzwońcie na przekór tym co złota chcą
Dzwońcie na wieczny wojny pohybel
Dzwońcie na pokój i spokój u wrót

Dzwońcie na wolność dzwońcie
Hart ducha co serca otwiera i dłonie
Dzwońcie by zginął na świecie mrok
Dzwońcie by nadszedł Chrystus król

Don Kichot podczas świąt

Ewa Maria Slaska

Dwukrotnie przed świętami spotkałam się z Don Kichotem w Berlinie – raz w operze i raz w teatrze, przypomniałam też słuchowisko i grafiki Czesława Tumielewicza. Jeśli myślicie, że to koniec, to zapewniam Was, że nie, to nie koniec.

W zakupach przedświątecznych znalazła się butelka białego hiszpańskiego wina La Mancha i wierzcie mi, nie szukałam specjalnie. Była w zwykłym sklepie.

Podczas świątecznej wizyty w muzeum zobaczyliśmy wiatrak van Gogha z roku 1886 (to ten słynny Wiatrak La Galette na Montmartrze, malowany również przez innych malarzy, w tym najsłynniejszy – Renoira) i obraz Honore Daumiera Don Kichot z Sancho Pansą z 1866 roku.

W świątecznej lekturze znalazła się natomiast taka oto informacja z Wikipedii:

Дон Кихот (Don Kichot) 4-aktowa sztuka teatralna wg Cervantesa autorstwa sowieckiego pisarza Michaiła Bułhakowa, autora kultowej powieści Mistrz i Małgorzata. Bułhakow ukończył pisanie Don Kichota 18 grudnia 1938 roku. Bułhakow znał hiszpański, czytał Cervantesa w oryginale i kochał Don Kichota. Jednak nie doczekał wystawienia swojej sztuki. Umarł 10 marca 1940 roku, a premiera odbyła się 15 marca 1941 roku w Teatrze Alexandrinskim w Leningradzie.

Jak każda współczesna wersja Don Kichota, również wersja Bułhakowa jest znacznie skrócona, zostaje oczywiście walka z wiatrakami, jeden lub dwa napady na podróżnych, które nieodmiennie kończą się wybatożeniem lub pobiciem błędnego rycerza i jego giermka oraz wizyta u księcia i księżnej, którzy mianują Sancho Pansę gubernatorem wyspy (остров Баратария). Podobnie jak u Cervantesa, giermek okazuje się sprawnym i sprawiedliwym sędzią i wyznającym ideały demokracji prawodawcą, rezygnuje jednak z funkcji i wraca do swojego pana. Natomiast oryginalnym pomysłem Bułhakowa jest wprowadzenie do akcji siostrzenicy rycerza, Antonii, która przebiera się za księżniczkę i udaje się na poszukiwanie wujaszka. Towarzyszy jej w tym przedsięwzięciu Szymon Carasko, bakałarz, który podaje się za rycerza i wyzywa Don Kichota na pojedynek. Don Kichot natychmiast się zgadza, Carasko głosi bowiem, że najpiękniejszą damą jest jego wybranka, księżniczka Antonia, podczas, gdy oczywiście tytuł ten należy się Dulcynei z Toboso. Carasko umawia się, że ten kto zwycięży, ma prawo zadecydować o dalszych losach pokonanego przeciwnika. Carasko zwycięża, Antonia zajmuje się wujem, zdradza mu, kim jest i zabiera go do domu. Po drodze Don Kichot przyznaje Antonii, że jest jednak ładniejsza niż Dulcynea.

***

No i ostatnia wiadomość przedświąteczna z Baratarii (tu):

Wyspa Piel (Poel) w Anglii (nieopodal wyspy Man) na morzu pomiędzy Anglią a Irlandią poszukuje nowego zarządcy, który musi również prowadzić pub i otrzyma tytuł… króla! Podczas intronizacji na głowę króla wylana zostanie beczka… piwa.

Wyspa ma 20 hektarów powierzchni i nikt na niej nie mieszka oprócz króla i turystów.

Stanowisko obejmuje się na dziesięć lat.

Niestety – tylko dla Brytyjczyków!

piel island

Cztery rzeczy, osiem pokoleń

Ewa Maria Slaska

Znalazłam gdzieś na półce książkę, którą mam, choć w ogóle nie wiedziałam, że tak jest, ba, mam ją pewnie od jakiegoś czasu, ale nigdy nie przeczytałam. Nawet nie wiem, skąd ją mam. Kupiłam? Dostałam? Pożyczyłam i nigdy nie oddałam, bo nie wiedziałam komu?

Książka została wydana dziesięć lat temu. Mam ją już tak długo? Ciekawe, dlaczego jej nigdy nie przeczytałam? Ciekawe skąd się wzięła?

No cóż, nie odpowiem sobie na te pytania, w zamian więc postanowiłam zacytować jej maleńki fragment i podywagować o różnych sprawach.

Boeing należący do Alitalii pędzi pasem lotniska w Sydney. Potem kolej na bezkresną panoramę miasta. Myślę o tym, co widziałem w podróży. Australia. Kontynent większy od Europy, a tylko osiemnaście milionów mieszkańców. Kraj, który robi ścisłe kontrole na granicy, a który jest jednak gotów przyjąć wietnamskich uciekinierów – boat-people. Kraj nastawiony pokojowo, wielokulturowy, o solidnej demokracji, a który wcześniej unicestwił Aborygenów. Kraj bez bomby atomowej, gdzie służba wojskowa nie jest obowiązkowa i gdzie uczniów szkół podstawowych, chłopców i dziewczęta, uczy się, oprócz innych przedmiotów, czterech rzeczy: przyszyć guzik, uprać i uprasować koszulę, posłać łóżko i przyrządzić normalny posiłek dla dwóch osób. Zdaje się z tego później egzamin.
Bye, bye, Australio.

Czytelnik, Warszawa, 2012, s. 132; tłum. Joanna Ugniewska.

Chyba wszyscy potrafią lub będą potrafili, gdy podrosną, przyszyć guzik, posłać łóżko i uprać koszulę. Inaczej jednak ma się sprawa z zadaniem, jakim jest przyrządzenie posiłku, bo przyrządzić to nie znaczy ugotować. Czy to znaczy upolować jelenia? Czy obsiać pole, zżąć i zmielić ziarno? Wyhodować kurę i zebrać jarzyny posadzone we własnym ogrodzie? A może, tak jak my to robimy, już tylko kupić produkty? A może kupić kotlety rozbite i otoczone w panierce przez rzeźnika? Czy po prostu nabyć gotowe dania i je podgrzać? Co rozumiemy, gdy odpowiadamy na takie pytanie “tak” lub “nie”. To sprawy generacyjne.

A z generacjami jest tak:


Patrzę i patrzę na tę tabelkę i początkowo wcale nie jestem pewna, że tak jest, jak na tej tabelce, i myślę, że może tak jest tylko wtedy, gdy się patrzy na świat z wyżyn świata anglosaskiego. Ale im więcej myślę o tych generacjach, tym bardziej wydaje mi się, że ta tabelka ma sens, choć może nie wszystkie nazwy pokoleniowe go mają.

Lost Generation to moja babka i jej rodzeństw, pokolenie, które urodzone podczas rozbiorów, doczekało Wolnej Polski. Na pewno by się oburzyli, gdyby się dowiedzieli, że są Straconym Pokoleniem.
Greatest Generation chyba w mojej rodzinie przepadła, pod sam jej koniec rodzą się moi rodzice, choć tak naprawdę to w całości reprezentują oni Silent Generation, łącznie z tym, że żyli milcząc o przeszłości.
Ja to Baby Boomers (w Polsce nazywano nas Wyżem Powojennym)
Generation X to mój syn.
Millenialsów w rodzinie nie ma. Mówi się, że się dorabiają i nie angażują.
Generację Z reprezentuje przyszywany wnuk, a prawdziwy wnuk i jego kuzyni i kuzynki to generacja Alfa.

Te dziury pokoleniowe biorą się stąd, że w naszej rodzinie raczej długo trwa, zanim urodzi się następna generacja. Moja babka miała 32 lata, gdy urodziła się moja mama. Moja mama ma 27 lat, gdy rodzę się ja, i podobnie – ja mam 27 lat, gdy rodzi się mój syn, a on ma lat 34, gdy rodzi się jego syn. Na przestrzeni pięciu pokoleń zgubiliśmy 32 lata – półtora pokolenia.

Lost Generation to pojęcie znane. Hemingway twierdzi, że wymyśliła je Gertruda Stein i miała na myśli ludzi, którzy za dużo pili i nie okazywali szacunku starszym. Hemingway sportretował ich w powieści Słońce też wschodzi. Byli to Amerykanie w Paryżu, ci wszyscy pisarze, którzy mieszkali tu w latach 20 i 30: Henry James, Ezra Pound, T. S. Eliot, Ernst Hemingway, F. Scott Fitzgerald. Byli częścią “wielkiej ucieczki z Ameryki”, uciekali przed miałkością kultury amerykańskiej i banalnością amerykańskich aspiracji społecznych. Uważa się, że Lost Generation to pokoleniowo ci, którzy dorastali w czasie I wojny, ale tragizmu ich losom przydała druga wojna, a nie pierwsza.
Pokolenie zwane Lost Generation już nie żyje.

Dlaczego jednak pojawiły się nazwy Silent Generation albo Greatest Generation? Ci cisi to pokolenie moich rodziców. W Polsce po wojnie na wszelki wypadek nikt o niczym nie mówił, rodziny żydowskie bały się powrotu dawnych prześladowań, rodziny akowskie – nowych prześladowań, ci, co zagrabili mienie pożydowskie – rozliczenia, rodziny niemieckie – tego, że im się przypomni ich niemieckość. Myślę, że tak samo milczało się w całym Bloku Wschodnim. Na pewno milczało się też w Niemczech Zachodnich o przeszłości nazistowskiej. Pół Europy milczało, ale czy Amerykanie to wiedzieli?

Oczywiście nie wiedzieli. Określenie narodziło się w kapitalistycznych korporacjach i oznacza, że było to pokolenie tradycjonalistów, przyzwyczajone do ciężkiej pracy i lojalności, a zatem… nie pyskujące.
Również Greatest Generation jest pojęciem amerykańskim – to ci, którzy przeżyli Wielką Depresję i walczyli z Niemcami podczas II wojny światowej.

Pokolenie B (Baby Boomers) chciało się dorabiać.
Pokolenie X, odcięło się od rodziców i nastawiło na osiągnięcie statusu.
Pokolenie Millenialsów zwane jest również pokoleniem “me” i jest przez świat traktowane jako egoistyczne, choć ja osobiście znam masę ludzi z tego pokolenia, którzy są głęboko zaangażowani w sprawę praw człowieka i praw kobiet.
Pokolenie Z to pierwsi prawdziwi ludzie cyfrowi. I pierwsi, którzy dopominają się o globalny dobrostan całej Ziemi.

Jak więc przygotowują posiłek osoby z poszczególnych pokoleń?

Lost Generation – bogaci i zamożni mieli kucharkę, mogli w ogóle nie umieć gotować. Ubodzy gotowali proste potrawy i każdy umiał je ugotować. To oznacza, że zadania wymyślone dla uczniów australijskiej podstawówki miały sens nie tylko genderowy, ale również klasowy.
Klasyfikacja: +/-
Greatest Generation – przed wojną było tak samo jak przedtem, po wojnie – każdy musiał się nauczyć coś ugotować; sztuką było ugotowanie smacznie i różnorodnie z coraz mniejszej ilości dostępnych produktów.
Klasyfikacja: +
Silent Generation – jw.
Klasyfikacja: +
Baby Boomers – jw.
Klasyfikacja: +
Generacja X – pomiędzy stołówką a sprawną matką, lub babcią, nie trzeba się uczyć gotować, choć potem w życiu umiejętność okazuje się niezbędna.
Klasyfikacja: – –>+
Millenialsi – jak nie muszą, to nie umieją (to być może dla nich szkoła australijska wymyśliła takie zajęcia w programie szkolnym)
Klasyfikacja: –
Generacja Z – nie muszą, bo w sklepach można kupić dziesiątki fajnych potraw
Klasyfikacja: – a mimo to +
Generacja Alfa – nie muszą, bo wciąż jeszcze jedzą to, co przygotują dorośli; w razie potrzeby umieją wyżywić się bananami, mlekiem i krakersami
Klasyfikacja: –

Wniosek – do końca lat 80 wszyscy musieli umieć gotować; dziś nie musi już nikt.

Na zdjęciu poniżej tradycyjne potrawy wigilijne. Być może pokolenie X jest ostatnią generacją, która jeszcze je przyrządza.


Mongolischer Fleck

Ewa Maria Slaska

A TU jeszcze lektura dla osób polskojęzycznych, nie całkiem na temat, ale trochę. O moich tatarskich korzeniach i znaczeniu liczby 40.

Inspiration für diesen Beitrag kam von Christine Ziegler. Danke!

Mein Vater stammte aus einer tatarischen Familie, die Krynicki, die aber schon längst polonisiert wurde. Seine Vorfahren kamen nach Polen in 17. Jahrhundert und dienten der neuen Heimat als Soldaten. Einer von ihnen war mutig und 1648 kämpfte heldenhaft mit den Kosaken in den (verlorenen!) Schlachten an den Żółte Wody und Korsuń. Dafür wurde er vor dem König Władysław IV veradelt (ein berühmter polnischer Dichter Wacław Potocki schrieb sogar einen Pean zu seiner Ehre). Wie es damals gang und gäbe war, hat man für ihn keinen neuen Wappen gefertigt, sondern er wurde von einer polnischen Familie “zum Wappen eingenommen”. Im Falle meiner familie war es Einnahme in den Wappen Korab, dh. Kogge, eine alte Schiffart.

Projekt von Tadeusz Gajl, veröffentlicht in: Herbarz polski: od średniowiecza do XX wieku, Gdańsk 2007

Die Familie siedelte sich in Südpolen an, in Krynica, daher war der Wappen mit einem Schiff jahrhundertelang ein bißchen bizzar, bis mein Vater gleich nach dem Krieg nach Danzig einzog, um Schiffsbau zu studieren. Dann wurde er nicht nur Ingenieur des Schiffsbaus, sondern auch ein Polarsegler und der Familienwappen hat sich endlich bewahrheitet.

Das ist mein Vater und nach ihm bin ich wie eine Tatarin zäh, stehe früh auf, mag ich wandern, was ich als Ersatz des Pferdreitens betrachte, und habe einen mongolischen Fleck.

Das wußte ich nicht bis ich nicht angefangen habe, Archäologie zu studieren. Während des Studiums haben wir auch Seminar in Anthropologie, dh. Wissenschaft vom Menschen (ich erkläre es, weil wir heute mit dem Wort Anthropologie vor allem die Kulturwissenschaft verstehen und als ich studiert habe, war es in Polen nicht so.) Eines Tages sollten wir zur Unterricht mit dem Badeanzug unter den Klamotten erscheinen. Wir wurden alle genau gemessen und noch genauer betrachtet. Dabei entdeckte der Dozent, dass ich eben am rechten Hüften einen hellen mongolischen Fleck habe.

Foto Krystyna Koziewicz 18.12.2021


Er war begeistert!
– Woher?! schrie er fast.
– Wir sind halt eine tatarische Familie, antwortete ich ohne großer Aufregung. Ich sah es nicht als eine Besonderheit.
Der Dozent aber schon. Mein Fleck wurde abgezeichnet, fotografiert und beschrieben und soweit ich weiß, ging er auch in die wissenschaftliche Annalen. Also insgesamt besser als ich selber.

Seitdem wußte ich, was es ist – ein milchkaffee-farbiger blasser Fleck an Hüften oder Pobacken der Nachkommen der Tataren. Schluß, ich habe es nie weiter befragt. Bis…

Bis eines Tages, 40 Jahre später wollte ich jemandem in Deutschland erklären, dass wir alle es haben, die Ur-urenkel von Tschingis-Khan. Ich schaute in die Wikipedia, was wir doch immer alle machen, wenn wir etwas finden und zeigen wollen, und fand etwas abscheuliches: Der Mongolenfleck (auch kongenitale dermale Melanozytose, Asiatenfleck, Sakralfleck, Steißfleck, Hunnenfleck) bezeichnet ein oder mehrere unregelmäßige bläuliche Muttermale meist am Rücken, Gesäß oder Kreuzbein eines Kindes. BILD

“Mein” mongolischer Fleck, helle, beige schönaussehender Fleck, überhaupt nicht krankhaft, ist im Internet entweder nie gewesen oder inzwischen gänzlich verschwunden. Was blieb, ist etwas Unangenehmes.

Und dazu noch… rassistisch! Wrrrr!

So verschwinden schöne Legenden unserer Kindheit und Jugendzeit. Nur… ich habe den Fleck immer noch. Es bleibt dann die Frage, was ist es? Und was hat meinen Anthropologiedozenten so begeistert?