Stuart 3

Joanna Trümner

“He deals the cards as a meditation. And those he plays never suspect” („Rozdanie kart to dla niego medytacja, a ci, z którymi gra, niczego nie podejrzewają” – Sting: Shape of my heart).

Los, czy też On, w którego istnienie Stuart nie wierzył, rozdawał mu przez następne cztery lata same asy i króle. Ten szczęśliwy okres w życiu zaczął się pierwszego wieczoru w nowym mieszkaniu, wynajmowanym przez rodzeństwo z Cardiff – Iana, studiującego ekonomię na tej samej uczelni, co Stuart i jego siostrę, Ann, studiującą literaturę angielską na innej z londyńskich uczelni.

Ten pierwszy wieczór spędzili na słuchaniu muzyki i rozmowach, popijając piwo kupione dzięki uprzejmości nie pytającego o wiek klientów Rasheeda. Mały sklepik Rasheeda, znajdujący się na parterze ich domu, który oferował klientom alkohole, papierosy, kilka podstawowych artykułów spożywczych i ostre przekąski kuchni indyjskiej, nieraz ich uratował przed pustą lodówką i przymusowym głodowaniem. Byli jedynymi brytyjskimi klientami, co sprawiło, że do końca pobytu na Greenwich korzystali z przywileju zakupów na kredyt.

W miarę upływu godzin w maleńkiej kuchni, gdzie rolę krzeseł spełniały wypożyczone od Rasheeeda skrzynki po piwie, znajdowali coraz więcej wspólnych zainteresowań, a pod koniec wieczoru ustalili, że będą wspierać muzyczną karierę Stuarta – Ann, pomagając mu przy pisaniu tekstów piosenek, a Ian szukając kontaktów czy sal na koncerty i prowadząc rozmowy o honorariach awansował do roli menadżera.

Już podczas tego pierwszego spotkania Stuart zapatrzył się w oczy Ann, ciemnoniebieskie, przypominające wzburzone morze. Była tak inna od kobiet, które znał do tej pory – od matki, sióstr, rozchichotanych koleżanek ze szkoły w Walton, jej opowiadania o przeczytanych książkach i recytowane półgłosem wiersze Emily Dickinson brzmiały jak muzyka, z każdą spędzoną wspólnie godziną tonął coraz głębiej w tych ciemnoniebieskich oczach.

Wkrótce Stuart, Ann i Ian stali się nierozłączni. Po zajęciach na uczelni spotykali się na mieście, w mieszkaniu na Greenwich, żeby wspólnie gotować dosyć nieporadne obiady, albo przed studiem na Abbey Road, gdzie wraz z tłumem innych młodych ludzi z różnych zakątków świata czekali na okazję do zobaczenia chociażby przez chwilę swoich idoli. I po kilku miesiącach wyczekiwania, pewnego deszczowego kwietniowego wieczoru, kiedy przemoknięci do suchej nitki i bliscy odejścia stali na chodniku przed Abbey Road Studios, los w końcu się do nich uśmiechnął. Otworzyła się brama studia i wyszedł z niej Paul McCartney. Wyglądał tak inaczej niż w telewizji i na zdjęciach w gazetach, tak młodo, że nie bardzo od razu mogli uwierzyć, że to właśnie on podawał im rękę na przywitanie, uśmiechając się i witając skromnym „Hi, I am Paul” – tak jakby jeden z najbardziej znanych na świecie muzyków, którego twarz znana była milionom ludzi na całym świecie, musiał się komukolwiek przedstawiać.

Paul zaprosił ich do studia, i pokazując miejsce, w którym powstawały znane wszystkim młodym ludziom piosenki, wypytywał, kim są i czym się zajmują. Stuart odważył się przyznać do tego, że też jest muzykiem i usłyszał radę: „W Europie i Stanach będzie potwornie ciężko się przebić, to walka na noże, bez pardonu, pomyśl o jakimś innym kraju”. Spędzili na Abbey Road niecałych dziesięć minut, które w późniejszych wspomnieniach wydawały im się wiecznością.

Wracając do mieszkania na Greenwich odtwarzali w pamięci każdy szczegół tego spotkania, nie bardzo wciąż wierząc w swoje szczęście. Ian, który musiał tego wieczoru pracować w jednym z klubów na Soho, opuścił ich około ósmej, a Ann i Stuart kupili u Rasheeda pierwszą w życiu butelkę francuskiego szampana, aby godnie uczcić ten szczególny dzień. Była to też ich pierwsza, wspólnie spędzona noc – początek bliskości, jakiej nie przeżyli do tej pory z innym człowiekiem. Dziecinne zafascynowanie Stuarta zaczęło przeobrażać się w pierwszą, odwzajemnioną, dojrzałą i bardzo szczęśliwą miłość, a każdy dzień w kolejną wspólną przygodę.

Wolne od nauki wieczory spędzali na pisaniu i komponowaniu piosenek lub na rozmowach o książkach, teatrze, życiu, i zmianach, które zachodziły wokół nich. Szczególnie lubili długie, deszczowe dni, które otuleni jednym kocem spędzali w łóżku, słuchając muzyki – nawet milczenie z Ann było piękne. Po latach wracał myślami do tych wieczorów, zastanawiając się, czy wszyscy ludzie na świecie chociaż raz przeżyli podobną miłość w życiu – nie tylko fascynację, seks, kilkumiesięczne zapatrzenie, ale bliskość, uczucie, że od tej pory nigdy już nie będziesz sam, bo ktoś stał się nieodłączną częścią życia. Myślał o ludziach, którzy nigdy nie kochali, o Rasheedzie, żyjącym w zaaranżowanym przez rodzinę małżeństwie z kuzynką – on prawdopodobnie nie wiedziałby, co zrobić z taką miłością.

Ian przyglądał się temu, co zachodziło między nimi, z pewnym niedowierzaniem i ciekawością, czasami denerwował go ten nadmiar szczęścia i niewdzięczna rola obserwatora. Z pewnym pobłażaniem myślał o tym, że każdy wrażliwy muzyk musi mieć jakąś muzę, jemu samemu zaś wystarczały niezobowiązujące znajomości z ładnymi kobietami, których imiona zapisywał skrupulatnie w kalendarzyku. Wieczory wolał spędzać na tętniącym życiem Soho, poznając nowych ludzi z różnych zakątków świata i zbierając pierwsze doświadczenia z alkoholem i narkotykami.

Dzięki kontaktom Iana Stuart zaczął dorabiać jako ochroniarz w jednym z klubów nocnych na Soho, te dodatkowo zarobione funty umożliwiły mu kupno drugiej gitary. Stypendium z uczelni, regularne zastrzyki pieniężne Stuarta-seniora, praca w klubie i comiesięczne wizyty w Walton, gdzie nawet ojciec, dla którego był do tej pory niewidoczny, zaczął wpierać finansowo pierwszego studenta w rodzinie, pozwalały mu pobyt w tym drogim mieście.

Stuart-senior pełnił dalej rolę anioła-stróża, jego „rodzina” powiększyła się teraz o Ann i Iana. Wpadali do galerii co najmniej raz w tygodniu i podczas z którejś z wizyt Stuart-senior wpadł na pomysł, żeby odbywające się raz w miesiącu wernisaże urozmaicić występami siostrzeńca. Pierwszy publiczny występ Stuarta zakończył się bisami – ludzie potrzebowali jego pełnych radości i optymizmu piosenek.

Lata studiów były latami pełnego szczęścia, niezmąconego nawet przez fakt, że dwa letnie miesiące spędzał pracując w pubie rodziców w Walton. Bardzo brakowało mu Ann, ale wiedział, że ktoś na niego czeka i z radością wypatrywał dnia, kiedy otworzy drzwi mieszkania na Greenwich. Pisali do siebie piękne, długie listy – listy Ann kończyły się zawsze zdaniem: „Kocham Cię niesamowicie”.

W Walton nie narzekał zresztą na samotność. Godziny w pubie przepracowywał w towarzystwie młodszej o dwa lata siostry – Kate. Z tej małej dziewczynki, która jako dziecko denerwowała go pedantycznie poukładanymi w pokoju rzeczami, nielubianej w szkole prymuski, zrobiła się pewna siebie, bardzo oczytana i dowcipna, piękna młoda kobieta. Jako druga w rodzinie zdobyła stypendium na uniwersytecie w Brighton. Tak jak Ann będzie studiowała literaturę angielską i młode kobiety wkrótce zostaną najlepszymi przyjaciółkami. Kate będzie odwiedzała ich w Londynie co miesiąc i zapisana zostanie pod numerem 79 w kalendarzyku Iana. W czwórkę wybiorą się w pierwszą zagraniczną podróż – dwutygodniowy wyjazd na Cypr. Wyjazd ten, zakończony aresztowaniem przez miejscową policję i dobą spędzoną w areszcie za kąpanie się na golasa w morzu, był zwiastunem czarnych chmur, które zaczęły gromadzić się nad głową Stuarta.

Burza, która doprowadziła do końca jego związek z Ann, rozpętała się na rozgrzanej sierpniowym słońcem plaży w Walton. Ann przyjechała do niego z niezapowiedzianą wizytą i poprosiła o wspólny spacer nad morzem. To, co miała mu do powiedzenia, nie było przeznaczone dla uszu ciekawskich rodziców i klientów pubu.

Wyznanie Ann, że najprawdopodobniej jest w ciąży, było dla niego szokiem, oczami wyobraźni widział siebie w roli nauczyciela matematyki w szkole w jakimś prowincjonalnym angielskim miasteczku i koniec marzeń, którymi żył do tej pory. „To będziemy musieli się pobrać, bo chyba nic innego nie można zrobić” – powiedział cicho, nie wiedząc, że właśnie powstaje na ich związku rysa, której nie da się już naprawić.

Kiedy w kilka tygodni później, już w Londynie, dowiedział się, że ciąża Ann była fałszywym alarmem, odetchnął z ulgą i przekonaniem, że nic między nimi się nie zmieniło.

Ann, która spała przez wiele miesięcy w jego pokoju, wyprowadziła się z powrotem do swojego łóżka i coraz rzadziej spędzali wspólnie czas. Łudził się, że to chwilowa zmiana i zdecydował się przeczekać. Coraz więcej czasu spędzał z Ianem i kolegami ze studiów, poznając nocne życie Londynu. Skonkretyzował też swój plan wyjazdu – według rady Paula – to miała być Australia, bo tam rynek muzyczny nie był tak zapełniony talentami jak w Anglia, czy w USA i łatwiej można się wybić. Poza tym Stuart „anioł stróź” znał tam kogoś, u kogo mogliby przez jakiś czas zamieszkać. Kiedy nadszedł koniec studiów był tak zajęty zdawaniem ostatnich egzaminów i pisaniem pracy dyplomowej, że nie zauważył, że Ann milczy podczas rozmów o planowanym wyjeździe.

Cdn.

 

Ze wsi jesteś…

Roman Brodowski

Poezją przez wieś
(wstęp do opowiadania „ Wsi mojej minionej ” – Berlin, wrzesień 2014)

„Nie masz się co martwić, nie masz się co smucić, ze wsi jesteś…” brzmią słowa starej ludowej przyśpiewki. Ta prawda dotyczy i mnie. Tyle tylko, że słowa te zawsze sobie powtarzam w nieco innej formie , a mianowicie: z życia wyszedłem, do życia powracam.
Tak – wieś od zawsze była i jest dla mojej romantycznej duszy synoniomem życia. To na wsi zobaczyć mogłem wyrastające z ziarna łany pszeniczne, złotodajne miodne kwiecie rzepaku, pachnące słodko buraczane pola i jesienne zbiory kartofli, podczas których prawda o wiejskim i braterskim życiu, niemalże w sielankowej symbiozie ,nabierała szczególnego znaczenia.

Z okresu dzieciństwa najlepiej pamiętam właśnie prace polowe, które (zwłaszcza w społeczności chłopskiej, posiadającej swoje hektary) miały charakter zbiorowy. Co to oznaczało? Może i dzisiaj (zwłaszcza młodzieży) trudno w to będzie uwierzyć, ale w tamtych, jakże nieodległych jeszcze czasach, w okresie żniw i zbiorów płodów rolnych, sąsiadujący ze sobą członkowie wiejskiej wspólnoty niby pszczoły w ulach (nie bacząc na animozje dnia codziennego) pomagali sobie bezinteresownie tak, by to co „ziemia żywicielka” dawała, nie zostało zmarnowane.

Jeszcze dzisiaj, kiedy odnajduję siebie pośród niedopisanych, często zapomnianych szpargałów mojej dawnej tożsamości, z rozrzewnieniem, nostalgią, wspominam tamte dawne, kartoflane wykopki na polu pana Pawła, kiedy to w towarzystwie mieszkańców naszej całej ulicy wybierałem dojrzałe bulwy z wilgotnej, pachnącej łękowinami ziemi, by jak najprędzej wypełnić nimi wiklinowy kosz. Wówczas, na tamtym polu nie było pani Fredowej, Jeleńskiej Dylowej, Chmielewskiej, Wiatrowskiej… były ciocie: Hela, Terenia, Stefcia, Ola, Lusia. Była też oczywiście moja mama, która (co prawda jako urodzona mieszczanka z wielkiego miasta, tak jak i mój ojciec, nie posiadała mentalnie wiejskiej ogłady), zawsze, kiedy tylko miała czas uczestniczyła wraz z nami , z moim rodzeństwem i mną w tych wyjątkowych dla naszej ulicy roboczo- sąsiedzkich spotkaniach.

Pamiętam radość kilkunastu dorosłych osób, które po kilku godzinach ciężkiej pracy na pustym już kartoflisku z satysfakcją opowiadały sobie o wszystkim, tak jakby siebie długo nie widziały, dowcipkując przy tym i popijając kwas chlebowy lub piwo. Pamiętam radość, jaką mieliśmy my, dzieci biegające boso wokół ogniska, w którym piekły się najpiękniejsze z ziemniaków…, co jakiś czas obdarowywane przez gospodarza cukierkami i czerwoną oranżadą.

Niestety, tamta wieś i tamci ludzie powoli umierają, a ogólnospołeczna więź jaka ich łączyła, zaniknęła, nie znalazło się godnych kontynuatorów tamtej tradycji.
Dzisiejsza wieś to przemysł, to biznes i, często, życie jednostki dla jednostki w odizolowanym świecie własnego obwarowanego zabezpieczeniami, ogródka.
Może właśnie dlatego z sentymentem wspominam to, czego nie mogę znaleźć w naszej obecnej, pozbawionej kolorytu wspólnoty, rzeczywistości .

pszenica2

Żniwa
(Żory, lipiec 1985)

Pociemniało nad rodzinną ziemią
Jak przed nagłym, burzowym koncertem
Podczas suszy długotrwałej, letniej
W czas chłopskiego święta żniwowania.

Po bezkresie nieba życie przybyło obfite
Wymodlone wiarą serc wieśniaczych
Podczas mszy w dziękczynnej kaplicy
Stojącej od wieków na rozstaju dróg

A nad chabrów błękitu przestrzenią
Wymieszaną polnych maków kwieciem
Słowik śpiewa pieśń altowym głosem
I jaskółka swój zniżyła lot

Jutro słońce Bożym chłopu darem
Błogosławiąc pracę potnych rąk
Wstrzyma chmur pierzastych łzy
Na czas trudu, na czas chłopskich żniw.

Pójdzie chłop z ojcowskim kultem
Sierpem w ciemnej, wymęczone dłoni
W pole dojrzałego ziarnozłota
By rozpocząć żniw bogatych plon.

Będzie pokarm, będzie chleba sytość
Dla narodu w zgłodniałej ojczyźnie
Polskiej wsi i polskiej ciężkiej pracy
W imię troski o nasz polski ród

Zapachem chleba
(Berlin – 24.06.2016)

Już dawno odeszły
Do lamusa
Chłopskie chaty
Kryte strzechą

Już dawno odeszły
W zapomnienie
Wiejskie konie
Ciągnące pług

Już dawno odeszły
W przeszłość
Zapachy polskiej wsi
W chłopskich zagrodach

Już dawno odeszły
W ciszy niebyt
Odgłosy świń i krów
Pasących się w przydrożu

Już dawno odeszły
Do królestwa rymów
Obrazy polskich pól
Przecinanych konarami wierzb.

Tylko chleb pozostał ten sam
Pszennożytni smak, spowity
Zapachem chłopskich rąk
W szarej codzienności przemijania.

pszenica1

Foto: EMS