Kocie zagadki

Koty w pomorskiej wiosce Poczernin. Jest to jedyna w Polsce wieś, gdzie istnieje oficjalny, kościelny ośrodek leczenia za pomocą egzorcyzmów. Egzorcystów kościelnych jest w Polsce kilkuset, ale tylko jeden ośrodek. Mieści się w starym młynie, obok zbudowano mały klasztor i erem. Gdy byłyśmy tam z koleżanką w grudniu 2017 roku, budowano właśnie obok centrum pielgrzyma. 
Ale dość już o egzorcystach, przechodzimy do zagadek. Proszę podać tytuły i autorów książek, z których pochodzą te cytaty. Zdjęcia mają się nijak do tego, o co chodzi w cytatach. Po prostu nadeszła pora, żeby je wreszcie wstawić do jakiegoś wpisu…


1.

Trzecim w tej kompanii był kocur, który nie wiadomo skąd się wziął, wyposażony w zawadiackie wąsy kawalerzysty, olbrzymi jak wieprz, czarny jak sadza lub gawron. Cała trójka ruszyła w ulicę Patriarszą, przy czym kocur szedł na tylnych łapach.
Iwan pobiegł za łajdakami i od razu przekonał się, że dogonić ich będzie bardzo trudno.
Trójka błyskawicznie przemknęła przez ulicę i znalazła się na Spirydonowce. Choć Iwan nieustannie przyspieszał kroku, odległość miedzy nim a ściganymi nie zmniejszała się. Poeta ani się obejrzał, jak przemierzył Spirydonowkę i znalazł się przy Bramie Nikickiej, a tam jego sytuacja znacznie się pogorszyła. Tu już było tłoczno. W dodatku szajka złoczyńców właśnie postanowiła zastosować wypróbowany bandycki fortel i uciekać w rozsypce. Regent nader zręcznie wprasował się do autobusu, który na pełnym gazie pędził w kierunku placu Arbackiego, i umknął. Iwan, zgubiwszy jednego ze ściganych, całą uwagę skoncentrował na kocurze i zobaczył, że dziwny ów kot podszedł do drzwi wagonu motorowego linii “A”, który stał na przystanku, bezczelnie odepchnął wrzeszczącą kobietę, chwycił za poręcz i nawet wykonał próbę wręczenia konduktorce dziesiątaka przez otwarte z powodu upału okno.
Zachowanie się kota wstrząsnęło Iwanem do tego stopnia, że zastygł nieruchomo obok sklepu kolonialnego na rogu i wtedy zdumiał się po raz drugi, i to znacznie silniej, tym razem za przyczyną konduktorki. Ta, skoro tylko zobaczyła włażącego do tramwaju kota, wrzasnęła dygocąc z wściekłości:
– Kotom nie wolno! Z kotami nie wolno! Psik! Wyłaź, bo zawołam milicjanta!
Ani konduktorki, ani pasażerów nie zdziwiło to, co było najdziwniejsze – nie to więc, że kot pakuje się do tramwaju, to byłoby jeszcze pół biedy, ale to, że zamierza zapłacić za bilet!
Kot okazał się zwierzakiem nie tylko wypłacalnym, ale także zdyscyplinowanym. Na pierwszy okrzyk konduktorki przerwał natarcie, opuścił stopień i pocierając monetą wąsy usiadł na przystanku. Ale gdy tylko konduktorka szarpnęła dzwonek i tramwaj ruszył, kocur postąpił tak, jak postąpiłby każdy, kogo wyrzucają z tramwaju, a kto mimo to jechać musi. Przeczekał, aż miną go wszystkie trzy wagony, po czym wskoczył na tylny zderzak ostatniego, łapą objął sterczącą nad zderzakiem gumową rurę i pojechał, zaoszczędziwszy w ten sposób dziesięć kopiejek.

W kawiarni Coffee Point w Szczecinie.


Drzwi prowadziły do straszliwie zadymionej kuchni. Księżna siedziała pośrodku na stołku o trzech nogach, piastując dziecko. Nad paleniskiem pochyliła się Kucharka, mieszając zupę w wielkim rondlu.
„Stanowcze musi być za dużo pieprzu w tej zupie” – pomyślała dziewczynka powstrzymując się od kichania.
W powietrzu unosiło się również zbyt wiele tej przyprawy. Nawet Księżna kichała od czasu do czasu, dziecko zaś na zmianę kichało i wrzeszczało bez wytchnienia. Jedynymi istotami uodpornionymi na tę ilość pieprzu w atmosferze byli: Kucharka oraz wielki kot, który siedział przy kuchni i uśmiechał się od ucha do ucha.
– Czy nie zechciałaby mnie pani poinformować – odezwała się dziewczynka trwożliwym głosikiem, nie była bowiem pewna, czy powinna odzywać się nie pytana – czy nie zechciałaby
mnie pani poinformować, dlaczego ten kot tak dziwacznie się uśmiecha?
– To jest Kot-Dziwak (…) – odpowiedziała Księżna – i w tym tkwi cała przyczyna. Prosię!
Ostatnie słowo Księżny padło tak nagle i gwałtownie, że dziewczynka aż podskoczyła z
przerażenia. Po chwili jednak zorientowała się, że słowo „prosię” było skierowane do niemowlęcia, nabrała więc znowu odwagi i rzekła:
– Nie sądziłam, że koty-dziwaki tak się uśmiechają. Nie przypuszczałam, że koty w
ogóle umieją się uśmiechać.
– Umieją doskonale – odparła Księżna. – I większość z nich uśmiecha się.
– Nie widziałam nigdy przedtem uśmiechającego się kota – rzekła dziewczynka, zadowolona
z nawiązania rozmowy.
– W ogóle mało jeszcze widziałaś – odpowiedziała Księżna. – I w tym tkwi sedno rzeczy.
(…) nagle ze zdumieniem ujrzała na jednym z pobliskich drzew Kota-Dziwaka. Na jej widok Kot uśmiechnął się swym zwyczajem od ucha do ucha.
„Wygląda raczej dobrodusznie – pomyślała – ale ma jednak bardzo długie pazury i całe mnóstwo zębów, trzeba więc traktować go uprzejmie”.
– Drogi panie Kiciu-Dziwaku – zaczęła raczej nieśmiało, ponieważ nie wiedziała, czy
forma ta przypadnie Kotu do gustu. (Kot uśmiechnął się jeszcze szerzej. Widzę, że mu się
spodobało” – pomyślała dziewczynka). – Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy
powinnam pójść? – mówiła dalej.
– To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść – odparł Kot-Dziwak.
– Właściwie wszystko mi jedno.
– W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
– Chciałabym tylko dostać się dokądś – dodała dziewczynka w formie wyjaśnienia
– Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.

(…) spojrzała w górę i znowu dostrzegła Kota siedzącego na gałęzi.
– Czy powiedziałaś, że dziecko zmieniło się w prosiaka, czy w psiaka? – zapytał Kot.
– Powiedziałam, że w prosiaka – odparła Alicja. – A w ogóle wolałabym, żeby pan nie
znikał i nie pojawiał się tak nagle. Można od tego zgłupieć.
– Zgoda – rzekł Kot i tym razem zaczął znikać bardzo powoli, zaczynając od końca
ogona, a kończąc na uśmiechu, który pozostał jeszcze przez pewien czas, zawieszony nad
gałęzią.
„Widziałam już koty bez uśmiechu – pomyślała dziewczynka – ale uśmiech bez kota widzę po raz pierwszy w życiu. To doprawdy nadzwyczajne!”

Zdjęcie to było podpisane “Kot w Iraku”, ale nie wiem skąd je mam i nie wiem, czy to naprawdę kot w Iraku, czy ja to tylko tak sobie wymyśliłam. Kot się nie uśmiecha.


Słuchaj, Kochanie, i dobrze uważaj, bo to, co ci chcę opowiedzieć, działo się przed bardzo dawnymi laty, kiedy zwierzęta obecnie oswojone żyły jeszcze w stanie dzikim. Dziki był Pies i dziki był Koń, i dzika była Krowa, i dzika była Owca, i dzika była Świnia – tak dzika, jak tylko zwierzę dzikim być potrafi. I wszystkie te dzikie zwierzęta chodziły po Wilgotnych, Dzikich Lasach, samotnymi, dzikimi ścieżynami. Ale najdzikszy ze wszystkich dzikich zwierząt był Kot. Sam zawsze chadzał własnymi drogami i było mu wszystko jedno kędy.

Naturalnie, że Człowiek był także dziki. Strasznie dziki. A zaczął się oswajać dopiero wówczas, gdy spotkał Kobietę, która mu powiedziała, że wcale nie ma ochoty prowadzić takiego dzikiego życia, jakie on dotąd prowadził. I zaraz wyszukała ładną, suchą Jaskinię i oświadczyła, że w niej będzie sypiać, a nie na kupie mokrych liści; następnie wysypała całe wnętrze Jaskini suchym, miękkim piaskiem, a w głębi roznieciła ogień; wnijście zaś do Jaskini zasłoniła skórą końską zawieszoną ogonem na dół i rzekła:
– Odtąd, mój Kochany, musisz sobie wycierać nogi wchodząc do mieszkania, bo zaczniemy prowadzić porządny dom.
Tego wieczora, Kochanie, jedli już na kolację pieczeń z dzikiego barana, upieczoną na gorących kamieniach i przyprawioną dzikim czosnkiem i dzikim pieprzem; i dziką kaczkę z dzikim ryżem i dzikim bożym zielem, i dzikim anyżem; i kości szpikowe z dzikiego wołu, i dzikie czereśnie, i dzikie owoce granatu.
A po tej kolacji Mężczyzna położył się w pobliżu ogniska, ogromnie zadowolony i szczęśliwy; Kobieta natomiast zaczęła rozczesywać długie włosy. I wzięła kość z pieczeni baraniej, płaską kość łopatkową, i długo wpatrywała się w wyryte na niej znaki, następnie dorzuciła drew do ogniska i uczyniła Czar. Pierwszy Czar na świecie – Czar Śpiewu.
A z Wilgotnych, Dzikich Lasów wybiegły wszystkie dzikie zwierzęta i zgromadziły się wmiejscu, skąd mogły widzieć światło ogniska, i dziwiły się, nie wiedząc, co to ma znaczyć.
A Dziki Koń tupnął dzikim kopytem i rzekł:
– O Przyjaciele moi i Nieprzyjaciele! Powiedzcie, dlaczego Człowiek i Żona jego rozłożyli tak wielki ogień w tej wielkiej Jaskini i jaką on nam wyrządzi szkodę?
A Dziki Pies począł węszyć dzikim nosem i poczuł woń pieczonej baraniny, i rzekł:
– Muszę tam pójść i zobaczyć, i dowiedzieć się, bo zdaje mi się, że jest tam coś dobrego. Chodź, Kocie, pójdziemy razem!
– Nie! Nie! Jestem Kotem, który zawsze sam chadza własnymi drogami, i wszystko mi jedno kędy! Nie pójdę z tobą!
– Nigdy już więc nie będziemy przyjaciółmi – rzekł Dziki Pies i sam ruszył w stronę Jaskini.
Ale zaledwie uszedł kilka kroków, Kot mruknął do siebie:
– Wszystko mi jedno, kędy chodzę. Dlaczego nie miałbym pójść także do Jaskini i zobaczyć, i oglądać, i powrócić, kiedy mi się spodoba? – I cichutko, na palcach, pomknął za Psem i ukrył się w pobliżu Jaskini, skąd mógł wszystko i słyszeć, i widzieć. I zobaczył, jak Dziki Pies, doszedłszy do Jaskini, podniósł głową skórę końską, wiszącą u wnijścia ogonem na dół, i począł węszyć przyjemną woń pieczonej baraniny; a Kobieta, przyglądająca się właśnie łopatce z barana, na widok Psa zaśmiała się i rzekła:
Oto pierwszy! Dzika Istoto z Dzikich Lasów, czego potrzebujesz?
A Dziki Pies rzekł:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, powiedz, jaka to woń rozkoszna rozchodzi się po lasach?
Wówczas Kobieta wzięła kość z pieczeni baraniej, rzuciła ją Dzikiemu Psu i rzekła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, spróbuj i pokosztuj!
Pies ogryzł kość, która była smaczniejsza od wszystkiego, co kiedykolwiek był jadł, i rzekł:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, daj mi jeszcze jedną!
A kobieta odparła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, pomagaj memu Mężowi polować w ciągu dnia, a w nocy strzeż Jaskini, a będziesz miała tyle kości z pieczeni, ile sama zechcesz!
– Ach! – szepnął Kot, który podsłuchiwał. – Ta Kobieta jest bardzo mądra, ale nie taka mądra, jak ja.

Gdy już nie tylko pies, ale koń i krowa poszli do Jaskini i zawarli układ z Kobietą…

Kot ukrył się, jak zwykle, i czekał, czy znów jakieś dzikie zwierzę nie pójdzie do Jaskini; nikt się jednak nie ruszył z Wilgotnych, Dzikich Lasów. Wówczas Kot sam się udał do Jaskini i zobaczył, jak Kobieta doiła Krowę, i poczuł przyjemne ciepło bijące od ogniska i zapach ciepłego mleka. I spytał:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, powiedz, dokąd poszła Dzika Krowa?
A Kobieta zaśmiała się i rzekła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, wracaj, skąd przyszłaś, bo zaplotłam już warkocze i odrzuciłam kość czarnoksięską, i nie potrzeba już więcej przyjaciół ni sług w naszej Jaskini!
A Kot rzekł:
– Nie jestem ani przyjacielem, ani sługą, lecz Kotem, który zawsze chadza własnymi drogami, a teraz chciałby wejść do waszej Jaskini.
(…)
Przebiegły Kot, opiekując się Dzieckiem i polując na myszy, doprowadził jednak do tego, że i Kobieta, i Mężczyzna i Pies zawarli z nim układ, i zdarzyło się, że wprawdzie, że…

Mężczyzna rzucił za kotem butami i kamiennym toporkiem, a Kot wybiegł z Jaskini i ścigany przez Psa, wdrapał się na drzewo, ale od tej chwili, Kochanie, na pięciu prawdziwych Mężczyzn trzech z pewnością rzuca za Kotem butami, a wszystkie prawdziwe Psy gonią go i prześladują. Ale Kot także dotrzymuje warunków układu. Łowi myszy i dobry jest dla Dziecka, dopóki go nie targa za ogon.

Ale spełniwszy swe obowiązki, od czasu do czasu urządza sobie wycieczki, a zwłaszcza podczas jasnych nocy księżycowych staje się znów Kotem, który zawsze chadza własnymi drogami, i wszystko mu jedno kędy. I wówczas pędzi do Wilgotnych, Dzikich Lasów lub wdrapuje się na Wilgotne, Dzikie Drzewa i Wilgotne, Dzikie Dachy i wywijając dzikim ogonem, biega po Dzikich, Wilgotnych Ścieżynach.


Kot nad morzem w Albanii. A może w Grecji. Chyba że są to jednak Indie…

Siłaczki / Starke Polinnen / Frauen der ersten Stunde

Wesprzyj projekt filmu o polskich sufrażystkach
Support the film about Polish strong women

Wesprzyj powstanie filmu na https://polakpotrafi.pl/projekt/film-…

“Siłaczki” to historyczny, fabularyzowany dokument opowiadający historię polskich sufrażystek. Film powstaje od stycznia 2017 roku z inicjatywy twórców – Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego, dzięki środkom producenta Fundacji Obiektyw-Na, koprodukcji z Domem Spotkań z Historią, we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie; produkcję dofinansowano ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach Programu „Patriotyzm Jutra”.

O filmie: Sto lat temu nasze prababki wywalczyły dla nas prawa wyborcze. Wywalczyły nam również możliwość studiowania, zarobkowania, dysponowania własnymi pieniędzmi, możliwość rozwodu i samodzielnego decydowania o tym z kim i czy w ogóle zawrzemy związek małżeński. Przyzwyczaiłyśmy się do faktu, że mamy te prawa. Uważamy je za oczywiste. Ale musimy zdać sobie sprawę z tego, że sto lat – wobec wieków ciemnoty i ubezwłasnowolnienia kobiety – to krótki czas i że prawa, które wywalczyły nam prababki sto lat temu nie są dane raz na zawsze. Te prawa nie są też prezentem, który – jak się powszechnie sądzi – dostałyśmy wraz z nadejściem niepodległości. O te prawa toczył się bój, bo praw się nie dostaje – jak mówi jedna z bohaterek filmu – prawa się zdobywa w walce! I o tej trudnej walce opowiadają Siłaczki – pierwszy w historii polskiej kinematografii film o sufrażystkach.

O projekcie

Siłaczki to pierwszy w historii polskiej kinematografii film opowiadający o sufrażystkach, które na przełomie XIX i XX wieku na ziemiach polskich walczyły o prawa dla kobiet.

O projekcie i projektodawcach:

Autorami i producentami filmu są Marta Dzido i Piotr Śliwowski – twórcy m.in. głośnego i nagradzanego dokumentu o bohaterkach rewolucji Sierpnia 80 “Solidarność według kobiet”- pierwszego polskiego filmu dokumentalnego współfinansowanego z crowdfundingu.

kontakt: silaczki.film@gmail.com

Termin realizacji:

Planowana premiera “Siłaczek” to 28.11.2018 – w stulecie podpisania przez Józefa Piłsudskiego dekretu nadającego Polkom czynne i bierne prawa wyborcze.

Do końca roku 2018 wszyscy Wspierający otrzymają wybrane nagrody.

Dlaczego crowdfunding?

Realizacja filmu jest możliwa dzięki zaangażowaniu i wsparciu finansowemu Domu Spotkań z Historią,  we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie i dofinansowaniu ze środków Muzeum Historii Polski w ramach programu Patriotyzm Jutra, jednak to środki niewystarczające, by Siłaczki zrealizować zgodnie z zamierzeniami reżyserów.

W styczniu tego roku twórcy złożyli wniosek o dofinansowanie filmu do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, jednak do dnia dzisiejszego nie otrzymali wiążącej odpowiedzi. Bez powodzenia próbowali pozyskać finansowanie w konkursach organizowanych przez Śląski Fundusz Filmowy i Poznański Fundusz Filmowy. Porażką skończyły się próby zainteresowania przedsięwzięciem Instytutu Adama Mickiewicza i programu rządowego Niepodległa.

Na co zbieramy?

Ponieważ zbliża się 28 listopada – setna rocznica podpisania dekretu o prawach wyborczych dla Polek – a twórcy filmu chcą uczcić ten dzień uroczystą premierą filmu, podjęli decyzję o rozpoczęciu aukcji crowdfundingowej.

Autorzy Siłaczek zbierają środki na dokończenie zdjęć, postprodukcję dźwięku, koloryzację obrazu, przygotowanie kopii filmu DCP do rozpowszechniania w kinach, tłumaczenie listy dialogowej na język angielski i organizację uroczystej premiery w kinie Muranów w dniu 28.11.2018.

***

Siłaczki to historyczny, fabularyzowany film dokumentalny, opowiadający historię naszych prababek, których wysiłek, upór i konsekwencja doprowadziły do podpisania przez Józefa Piłsudskiego dekretu o prawach wyborczych kobiet 28 listopada 1918 roku. Pokazuje ich niełatwą walkę o dostęp do edukacji i pracy zarobkowej, zaangażowanie w odzyskanie niepodległości i niezłomność w szerzeniu idei wolnościowych i emancypacyjnych.

Osią opowieści są losy kilku aktywistek z Poznania, Warszawy, Lublina i Krakowa: Justyny Budzińskiej-Tylickiej – lekarki-społecznicy, która stanęła na czele słynnej delegacji do Piłsudskiego, Marii Dulębianki – pierwszej kandydatki do Sejmu, Kazimiery Bujwidowej – dzięki której staraniom w 1894 na Uniwersytet Jagielloński przyjęto pierwsze studentki, Pauliny Kuczalskiej – Reinschmit, nazywanej hetmanką feminizmu, która jako pierwsza wyodrębniła postulaty kobiece z kwestii narodowo-wyzwoleńczych, sióstr Tułodzieckich: Anieli – organizatorki tajnego nauczania, skazanej na karę więzienia, i Zofii – założycielki pierwszego w Polsce związku zawodowego kobiet, Aleksandry Piłsudskiej – żołnierki, orędowniczki sprawy kobiecej, Zofii Daszyńskiej -Golińskiej – ekonomistki i pionierki kooperatywizmu i wielu innych.

Film ukazuje ówczesne realia obyczajowe, polityczne i ekonomiczne, które determinowały powstawanie ruchów politycznych i działania na rzecz powszechnej edukacji i równości społecznej na ziemiach polskich.
Podkreśla fakt, że Polska była jednym z pierwszych państw na świecie, w którym kobiety uzyskały pełnię praw wyborczych.

Z uwagi na znikomą ilość materiałów archiwalnych (nagrań video, fotografii), dotyczących opisywanych wydarzeń i ich uczestniczek, twórcy zdecydowali o realizacji fabularyzowanych inscenizacji z udziałem statystek i znanych, polskich aktorek (m.in. Marii Seweryn, Klary Bielawki, Marty Ojrzyńskiej), które odgrywają sceny historyczne, czytają fragmenty przemówień, tekstów i odezw, pisanych przez bohaterki filmu.

O Siłaczkach opowiadają także badaczki historii kobiet, potomkinie bohaterek oraz spadkobierczynie ich idei – kobiety, dla których fraza Zofii Nałkowskiej “Chcemy całego życia” wciąż brzmi aktualnie i stanowi inspiracje do podejmowania działań na rzecz równouprawnienia kobiet i sprawiedliwości społecznej.

Ulice Berlina – Plac Hanne Sobka

Ewa Maria Slaska

Wielu z nas odjeżdża do Szczecina, a i dalej do Kołobrzegu, Gdańska, Olsztyna i Białegostoku z dworca Gesundbrunnen.

Z reguły nie mamy czasu na dworcu, wyskakujemy z metra i pędzimy na peron, może w biegu wskoczymy jeszcze po kawę to go, zwaną przez berlińczyków kawą Togo, i już, pach pach, jedziemy. Mało kto ma więc okazję, żeby w ogóle zauważyć, że na samym środku hali dworcowej stoi tablica informacyjna.

Ale jest lato 2o18 roku. W komunikacji miejskiej wciąż coś nawala. Kolejka miejska, która ostatnio nagminnie się spóźnia, spóźnia się i dziś, zanim dotrę na dworzec, pociąg o 8:05 dawno odjechał. Muszę czekać na następny. Tracę godzinę z pospiesznego życia mieszkańca metropolii, godzinę, która odbije się na napiętym harmonogramie całego dnia, godzinę, która okaże się jednak zyskiem. Na początku wcale to tak nie wygląda. Kawa wypita, pobliskie centrum handlowe jeszcze zamknięte, gazeta nudna, książki “się nie wzięło”, bo w pociągu “miało się” sprawdzić wymagający korekty tekst w komputerze. Nerd by w takiej sytuacji natychmiast otworzył laptopa, ale mnie się nie chce. Młodzi spędziliby taką godzinę z nosem w komórce, ale ja już jadąc tu sprawdziłam, co w poczcie i też mi się nie chce. Zarzucam torbę na ramię i wolnym krokiem obchodzę dworzec.

Widzę szereg mrówek niosących duże białe jajka. Idą przez halę dworcową, jakby to był ostęp leśny. Naprawdę, rację mają ci, którzy głoszą, że natura nas w ogóle nie zauważa i nic z nas sobie nie robi, że nie obchodzą jej nasze zniszczenia, bo nie zależy jej na poszczególnych gatunkach, lecz po prostu na życiu, a ono przetrwa wszystko.

Odrywam nos od ziemi i w ostatniej chwili udaje mi się nie wpaść na tablicę, która mi wyrosła dosłownie przed tymże nosem. Duża tablica informacyjna ze zdjęciami i tekstem. Dar z nieba, jest co czytać! Potem się dowiem, że tablicę odsłonięto niedawno, bo w czerwcu 2016 roku. Przedtem była tu przez lata jedna wielka budowa. Przy okazji nazwano plac przed dworcem imienniem Hanno Sobka: Hanne-Sobek-Platz.

To jemu poświęcono tablicę na dworcu. Piękna historia, piękny człowiek, nigdy o nim nie sałyszałam. Hanne Sobek był pierwszą prawdziwą gwiazdą niemieckiego futbolu, a może nawet europejskiego.

Tu na Weddingu, w pobliżu obecnego dworca, mieściła się główna siedziba berlińskiego klubu piłkarskiego Hertha i własny stadion klubu czyli Die Plumpe. Stadion, wciśniąty między budynek dworca a most, zwany Millionenbrücke, bo tyle kosztowała jego budowa.

Kapitanem drużyny był Hanne Sobek, jego żona prowadziła knajpę Lichtburg w pobliskim kinie i teatrze. Wedding był robotniczy i rewolucyjny, a Hertha była jego sercem. To były czasy! Nic z nich nie pozostało. Owszem, Hertha nadal istnieje, ale już dawno odcięła się od swych proletariackich korzeni. Sobek dostał plac przed dworcem i tablicę na dworcu…

Klub Hertha został założony 25 lipca 1892 roku nie tu, lecz troszkę dalej, na pewnej ławce na Placu Arkona. Pierwsza knajpa klubu mieściła się nieopodal na Oderberger Straße. Ławka (ale czy ta sama?) wciąż jeszcze jest, podobnie knajpa. Teraz to hipsterska dzielnica, nikt tu nie kopie w piłę, a w knajpie można zamówić bezglutenowe kluseczki z bezmięsnym gulaszem w bezlaktozowym sosie śmietanowym.

Sześć razy pod rząd Hertha prowadzona przez Sobka weszła stąd, ze stadionu Plumpe na Gesundbrunnen, do finałów mistrzostw Niemiec. Cztery razy przegrała, dwa razy wygrała. Zdobycie tytułu w roku 1931 wywołało prawdziwą euforię. Po rozegranym w Kolonii meczu, gdzie Hertha wygrała 3:2 z 1860 München, 15 czerwca 1931 roku na dworcu Friedrichstraße tysiące berlińczyków czekały na drużynę i odprowadziły ją w tryumfalnym pochodzie do  Gesundbrunnen.

Johannes Sobek, zawsze nazywany ‘Hanne’, urodził się 18 marca 1900 roku, w Mirow w Meklemburgii. Od dzieciństwa kochał piłkę nożną, w latach 1920 – 1925 grał w drużynie Alemannia 90. On sam 10 razy grał w mistrzostwach Niemiec, po raz pierwszy właśnie w Alemanii. W roku 1925 został napastnikiem w berlińskiej drużynie Hertha BSC i współtworzył jej legendę, legendę Biało-Niebieskich. W roku 1930 Hertha wygrała 5:4 z  Holsztynem Kilonią, a w roku 1931 z Monachium. W obu  meczach Sobek strzelił po dwie bramki. Po wojnie Sobek był trenerem piłkarskim.

Berliński autor Oliver Ohmann, który napisał książkę o Sobku, pisze: “Hanne Sobek był cudem, na który od dawna czekali początkujący piłkarze – charyzmatyczny, pełen pasji, genialny.” Jeden z kolegów piłkarzy ujął to prościej “Hanne Sobek był według mnie największym berlińskim piłkarzem.”

Sobek zmarł 17 lutego 1989 roku w Berlinie. W roku 1999 jego imieniem nazwano zespół sportowy przy placu Louise Schröder, w roku 2006 Sobek został patronem placu przed dworcem Gesundbrunnen.

Barataria 74 Wyspy

Tibor Jagielski

tauben an moens klint
hochsommer

gołębie na moens klint
szczyt lata

moen

chwila
rudzik wskakuje na łodygę rokitnika
tyle farb daje mi wiatr

moen

ein moment
das rotkelchen springt auf den sanddornzweig
so viele farben gibt mir der wind

moen

eichelhäher im garten
herbstwind wartet

moen

sójka w ogrodzie
wiatr jesienny nadchodzi

koniec poezji
haiku, jako ostatni,
uchyla kapelusza

ende der poesie
haiku, als letzter,
lüftet den hut

10/01/13

 

Orient powszedni IX

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Opuszczają Wędrowcy Zabłudów, smutno zadumani nad mrokami, jakie potrafią spowijać duszę ludzką. Tymczasem do głosu dochodzi coraz natarczywiej ciemna strona ich własnej cielesności. Jeść! Pora już wielka na obiad.

Gdzie będą jedli tego dnia posiłek, zdecydowali już dawno. Trzy lata temu, na szlaku którejś ze swych podróży, odwiedzili Wędrowcy Kruszyniany – jedną z kilku wiosek, jakie król Jan III Sobieski nadał Lipkom, czyli Tatarom pozostającym w służbie Rzeczypospolitej, jako rekompensatę za zaległy żołd. Do dziś mieszkają tam ich potomkowie. Byli Wędrowcy w meczecie, spacerowali po cmentarzu. I spożywali pierekaczewnik oraz inne specjały orientalnej kuchni w gospodarstwie Tatarska Jurta, miło gawędząc z jego właścicielką, panią Dżenettą. Wspomnienia z tej wizyty pozostały im jak najlepsze, toteż oczywiste było, że dziś powtórzą odwiedziny.
Aby było szybciej, ruszyli na skróty. A taki manewr bywa, jak wiadomo, nieco ryzykowny, zwłaszcza w nieznanym terenie. Dość poprzestać na stwierdzeniu, iż ostatecznie pobłądzili cokolwiek. Ale nic nie szkodzi! Wynagrodzone im to zostało w dwójnasób możnością powłóczenia się po cudownych bezdrożach (same szutry, zero asfaltu), zobaczenia małych, urokliwych wiosek, a przede wszystkim pogrążenia się w niebywałej zieleni. Viatorostwo mieszka w województwie o największym procentowym udziale lasów, otoczenie dzikich kniei, zarośli i łąk nie jest dla nich niczym niezwykłym. Lecz tutejsza, podlaska zieleń jest jakaś inna, egzotyczna, intensywna… Trudno orzec, w czym dokładnie rzecz. Ale na zmysły i na duszę działa, że hej! A wśród tych bezkresnych, północnych puszcz i pól ktoś rozsypał, jak garść błyszczących klejnotów, odpryski dalekiego czasem i przestrzenią śródziemnomorskiego, słonecznego Bizancjum. Cerkwie i cerkiewki ze złotymi, cebulastymi kopułami, jak choćby ta, w Gródku.

Jakieś struny duszy szarpią, coś przywołują, coś przypominają. Pałac Wielki konstantynopolitański? Pałac Porfirogenetów? Hagia Sophia? Orient powszedni.

Wreszcie wymarzone, wytęsknione (tym bardziej, że w brzuchach już głośno burczy) Kruszyniany! I… potężna konsternacja. Ale o tym opowie za chwilę Viatorka. Wędrowcy z żalem przemknęli przez wioskę, bez postoju, po lewej mijając Tatarską Jurtę<, po prawej zieloną świątynię. Na szczęście trzy lata temu wykonali solidną dokumentację fotograficzną, z której teraz można skorzystać. Oto kruszyniański meczet i mizar. Oba czynne, użytkowane.

Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów pośród podlaskiej zieloności i Wędrowcy docierają do następnej tatarskiej wioski. Bohoniki także odwiedzają po raz drugi. Tutejszy meczet i mizar również już widzieli. Ale z usług restauracji usytuowanej w Domu Pielgrzyma, siedzibie Związku Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej wówczas nie skorzystali. Zapewne dlatego, że po obfitym posiłku w Kruszynianach nie byli w stanie już absolutnie niczego więcej pochłonąć. Dziś sytuacja jest diametralnie inna. Drugie spotkanie z tatarską kuchnią miało miejsce właśnie tutaj, w Bohonikach. Kelner to z pewnością potomek Lipków – świadczą o tym jego oczy, w których, by użyć błysku poetyckiej metafory, ukrył się cały romantyzm ludów Wielkiego Stepu. Mówi się czasem: skośne oczy. Ale jakież tam one są skośne? Oczy są zwykłe, prościutkie. Natomiast specyficznego wyglądu twarzy Tatara nadaje coś, co nosi fachową nazwę zmarszczki, czy też fałdy nakątnej. Typowej dla wielu narodów Wschodu.

Po obiedzie Viator kieruje się w stronę meczetu. Tak, był w nim już trzy lata temu, ale chciałby tam, jak to mówią, nabyć drogą kupna czapeczkę tatarską, krymkę.

Podlaskie meczety. Wędrowiec przeczytał gdzieś kiedyś (nie może sobie przypomnieć gdzie i kiedy, nie jest także w stanie przywołać autora opracowania; a szkoda, bo było ono ciekawe), że tutejsi Tatarzy rozwinęli bogatą i różnorodną kulturę oraz sztukę, ale, jako iż byli długo ludem nomadycznym, nie obejmowała ona architektury. Nie stworzyli własnych form meczetu, toteż korzystali z wzorców miejscowych: w Kruszynianach naśladowali typową wiejską świątynię katolicką, w Bohonikach – cerkiew. Coś w tym jest, faktycznie.

Natomiast wnętrze urządzono absolutnie unikalnie, bez okolicznych wpływów. Islam, panie dziejaszku, islam!

Na zakup krymki trzeba chwilę poczekać. Pani, obsługująca sklepik, akurat wyjaśnia grupie turystów tajniki wyposażenia świątyni i zasad wiary Proroka. Siada Wędrowiec, na bosaka oczywiście, i przysłuchuje się także. Wiele już wiedział na ten temat, ale nie wszystko. Dziś na przykład usłyszał po raz pierwszy, czemu jednym z symboli islamu jest półksiężyc. A czemu mianowicie? Ano dlatego, że tylko jeden księżyc był świadkiem chwili, gdy archanioł Dżibril (Gabriel po naszemu) przekazał Muhammadowi objawienie Najwyższego.

Ta pani wygląda i mówi jak typowa, ciepła, swojska wiejska kobieta: serdecznie, ze swadą, nawet trochę plotkuje o sąsiadach. Jest zwyczajna… tyle tylko, że z babki prababki wyznaje islam. A w jej oczach też ukrywa się romantyzm Wielkiego Stepu. Orient powszedni.
Pokrzepieni na ciele i duszy ruszają Wędrowcy dalej. Po raz drugi w swym życiu przejeżdżają przez Sokółkę. Bez postoju. Ale Pielgrzym nie może się powstrzymać, aby, bodaj z samochodu, nie zrobić zdjęcia tutejszego kościoła katolickiego.

Dlaczego? No bo przecież Cud Eucharystyczny. Właściwie powinien Viator wzruszyć nad nim ramionami i skwitować go kwaśnym uśmiechem, ale to nie takie proste, tego nie da się zbyć – ot tak. Jako się już wielokrotnie rzekło, Podlasie to kraina ludzi gorącej wiary. Takiej, która chciałaby dotknąć Absolutu, Boga za nogi pochwycić, pozostać na górze Tabor z Przemienionym Mesjaszem, którego twarz (…) zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. Jest popyt – jest podaż. Cud Eucharystyczny… można i tak.
Na północ! Czas myśleć o noclegu. Zmieniają się krajobrazy: nie ma już cerkiewek po wioskach, za to coraz częściej pojawiają się morenowe, polodowcowe pagórki. I tylko wciąż wszędzie pełno bocianich gniazd. Jeszcze tylko przejadą Wędrowcy przez Lipsk, z jego nieproporcjonalnie dużym, górującym na biebrzeńskimi łąkami kościołem, i zanurzają się w gęstwinie Puszczy Augustowskiej. Zapada wieczór i znów, jak zwykle, rzutem na taśmę i trochę przypadkowo, wynajmują pokój na kolejnych kilka nocy. Jak pokaże przyszłość, wybór był znakomity, a lokalizacja taka, że lepszej nie mogli sobie wymarzyć. Ale o tym za tydzień.

Aha! Oczywiście kupił sobie Viator krymkę. Nawet dwie.

Viatorka

Wspominała już Viatorka w którymś z poprzednich odcinków, że podczas podróży doznania smakowe regionalnej kuchni są równie miłe i pożądane, co odwiedzanie historycznych miejsc, czy też podziwianie uroków przyrody. Dlatego kolejną atrakcją tego dnia miały być, słynne już w naszym kraju, potrawy kuchni tatarskiej. Trzy lata wcześniej miało już Viatorstwo możliwość skosztowania przepysznych potraw w Tatarskiej Jurcie, gospodarstwie agroturystycznym prowadzonym przez panią Dżennetę Bogdanowicz we wsi Kruszyniany, trzy kilometry od granicy z Białorusią. Wówczas skoro świt wyjechaliśmy z Warszawy, żeby zdążyć na pierekaczewnik, czyli wielowarstwowe ciasto z mięsem, serem, albo z kapustą i grzybami, czy też przygotowywane na słodko. Wiadomo bowiem, że ilość porcji jest ograniczona, a rezerwować go sobie nie można. Więc dziś już od Hajnówki jechaliśmy z pewnym niepokojem: czy zdążymy skosztować tego absolutnie popisowego dania. Po ostatniej wizycie w Kruszynianach miała nawet Viatorka ochotę sama przyrządzić tę potrawę, szybko jednak porzuciła ten zamysł po przeczytaniu przepisu. Nie, stanowczo że nie ma do tego zdrowia – wałkowanie kilku cienkich warstw ciasta makaronowego na jeden milimetr, smarowanie ich masłem…. Zresztą podobno istnieje powiedzenie, ze łatwiej pierekaczewnik zjeść, niż zrobić.

Tak więc stanowczo postanowiło Viatorstwo jechać na gotowe. Niestety, niewątpliwy sukces marketingowy pani Dżenetty okazał się dla Viatorostwa trudny do zniesienia. Kiedy dojechaliśmy do Kruszynian około godziny piętnastej okazało się, że jest tam tak wielu ludzi, iż trudno byłoby znaleźć miejsce do postoju, a co gorsza wciąż przybywali kolejni turyści. Sam widok tych tłumów sprawił, że odechciało się Viatorostwu zatrzymywać i bez żalu postanowili pojechać do Bohonik. Tam też podają tradycyjne, tatarskie potrawy. Podczas ostatniej wizyty serdecznie nas zapraszano na dania tatarskie do Domu Pielgrzyma, jednak zbyt byliśmy najedzeni, aby z zaproszenia skorzystać. A to w końcu też przecież ciekawe doświadczenie – porównać sposób przygotowania tych pyszności.

Cóż, dziś w Bohonikach zajadało się Viatorostwo pierekaczewnikiem z mięsem wołowym i z kapustą oraz grzybami, pierogami tatarskimi: kibinami i czeburekami, kołdunami tatarskimi z rosołem, a także słodkim listkowcem. Dania pyszne, choć nie zrobiły aż takiego wrażenia na Viatorostwu, jak te skosztowane przed laty w Kruszynianach. Ale może to jedynie efekt pierwszych wspomnień. Na pewno przydałoby się gospodarzom bohonickiej gospody odrobinę więcej zmysłu marketingowego. Gości mogłoby być więcej – oby jednak nie aż tylu, co w Kruszynianach! Bardzo miłe i sympatyczne osoby obsługujące, jednak wystrój sali zdecydowanie nieciekawy – całe wnętrze i meble jak ze stołówki szkolnej. Szkoda, że właściciele w większym stopniu nie wykorzystują atutów wynikających z tatarskiej tradycji. Tylko jeśli zaczną to robić, znowu Viatorostwu się nie spodoba, że tłumy… Takimi to jesteśmy dziwnymi ludźmi, którzy sami nie wiedzą, czego chcą.

Pojechało Viatorstwo po posiłku (niestety, mocno kalorycznym) dalej w swą podróż, a dwa dni później zajrzała Viatorka do Internetu i zamarła ze zdumienia. TATARSKA JURTA SPŁONĘŁA! Stało się to w nocy, kilkanaście godzin po tym, jak przejeżdżało tamtędy Viatorostwo i uciekło czym prędzej przed tłumami gości! No nie, to prawdziwa ironia losu. Trzeba bowiem nadmienić, ze niewiele brakowało, aby tę noc Viatorstwo spędziło właśnie tam, w gospodarstwie pani Dżenetty. Tylko że pomysł na zarezerwowanie noclegu przyszedł zbyt późno, dopiero kilka dni wcześniej we Włodawie, i wszystko było już zajęte. Pierwsze myśli które przyszły po tej smutnej informacji były mocno egoistyczne: jak dobrze, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, nie planujemy tak bardzo do przodu, jesteśmy po prostu wolni. W końcu mogliśmy stracić, jeśli nie życie, to wszystko co mieliśmy ze sobą, na drugim krańcu kraju. I jak wtedy wrócić do domu, nie mówiąc o tym, że w dalszą podróż nie moglibyśmy jechać. Życie jest dziwne, nieprzewidywalne, czasami nierealne. Tak szybko i niespodziewanie zniknęło miejsce będące przez ostatnie lata symbolem sukcesu, ważne dla tradycji. Wniwecz obrócił się tak wielki wysiłek. Żal dorobku pani Dżenetty, a przede wszystkim żal jej pamiątek, które gromadziła latami. Żal nerwów i wysiłku. Ale jednego są Wędrowcy pewni: Tatarska Jurta zostanie szybko odbudowana.

Pani Bogdanowicz to znakomita gospodyni, a i przyjaciół ma wielu. Może za kilka lat znowu ją odwiedzimy, choć pewnie ten jej dzisiejszy dramat przyniesie jeszcze większy rozgłos i przyciągnie jeszcze więcej turystów. A Viatorostwo znowu będzie marudziło, że zbyt dużo ludzi…

Reblog czyli przedruk czyli redruk…

Tak mi się przypomniało.  Wyciągnęłam tę opowieść z lamusa i z regału, gdy się okazało, że wszyscy mamy pisać donosy na siebie. To nawet całkiem niedawno było, ale pomysł chyba gdzieś przepadł na skrajach i obrzeżach Europy, i nikt chyba o nim nie pamięta. Kilka wzorów, jak pisać donosy…

Tymczasem jeszcze tylko dziś w Krakowie na plantach przy Bunkrze Sztuki wystawa dokładnie na ten sam temat, na temat “Polaka według Mrożka”, co jest zgrozą. Organizatorzy piszą: Sławomir Mrożek spogląda w polskie dusze, tocząc opowieść o naszej tęsknocie do wielkości, dumie narodowej, wymachiwaniu szabelką, romantycznych zrywach i niecierpliwości do codziennego gospodarowania swoim życiem, małostkowości i zawiści.

Jeśli jesteście w Krakowie, to pędźcie tłumem nieprzerwanym… Ale jeśli nie zdążycie, to nie lękajcie się, bo aż do 2 września oglądać też można mrożkowską aranżację Bulwaru nad Zalewem Nowohuckim..

Sławomir Mrożek

Z ciemności

Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. Ot i ja – wyszedłem na stronę za własną potrzebą, ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami, jak liście w październiku, latają, o szyby skrzydłami biją, boję się, że mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci. Więc siedzę, wyjść nie mogę, choć mi pilno – i sprawozdanie do was, towarzysze, piszę. Zatem, co się tyczy skupu zboża: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił – procenty spadają. A czapkę miał kolorową: czerwoną, białą i niebieską, z napisem Tour de la Paix – po francusku. Chłopi młyn omijają, zaś kierownik młyna i jego żona rozpili się ze zgryzoty i już się zdawało, że przełomu żadnego nie będzie, kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił, a sam się puścił aż do uniwersytetu ludowego, żeby się na marksizm zapisać, bo, jak powiada, dosyć już tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić.

Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga.

Bo trzeba wam wiedzieć, że u nas nocami coś tak wyje… że aż się serce kurczy. Jedni mówią, że to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków, inni – że to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skarży na obowiązkowe dostawy. Ot, zwyczajna walka klasowa. A moja chata samotna pod lasem stoi, noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”, aż tak go coś zaszło od tyłu, że trzy dni chodził z oczami w słup.

Poradźcie, towarzysze, my tu sami jedni w środku kraju leżymy, a dookoła wiorsty i mogiły.

Mówił mi leśnik jeden, że kiedy pełnia – na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią, w czoła zimne się pukają i turlają, jakby dokądś chciały, a kiedy świt – wszystko znika i tylko chojary szumią, ale nie za głośno, bo się boją. Boże jedyny! Za nic teraz nie wyjdę, nawet za największą potrzebą. I tak ze wszystkim jest. Wy nam mówicie: Europa. A tu, co postawimy mleko na kwaśne, to skądś wyłażą garbate karzełki i szczają nam do garnków.
Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem. Patrzy – a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi, co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku, a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia – siedzi, cały zielony, śmieje się i dusi. Baba w krzyk. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. A bo to zawsze wiadomo, kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy?
A na tym miejscu, gdzie miał być mostek, z powodu jego braku utopił się artysta. Miał dopiero dwa lata, ale to był geniusz i jakby wyrósł, toby wszystko pojął i opisał. A tak, to tylko lata i fosforyzuje.
Rzecz jasna, że przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom. W utopców, w upiory, nawet w czarownice wierzą. Owszem, jest u nas taka jedna baba, co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. Ale my ją chcemy przyciągnąć do Partii, żeby wytrącić z ręki argument przeciwnikom postępu.

Jakże one tymi skrzydłami łopocą, Boże uchowaj, jak latają, jak piszczą: „Pi pi” – i „Pi pi” znowu! Hej, nie ma to, jak te wielkie budowle, wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las.

Ale to wszystko nie jest najgorsze. Gorzej, że jak to piszę, drzwi się otwarły, świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy, patrzy…

A nie mówiłem, że u nas inna specyfika?

List z domu starców

Dzisiaj w naszym domu starców, panie, zawrzało jak w ulu. Znoszą mnie, jak zwykle, na śniadanie, a tu w naszej świetlicy na ścianie wisi nowa „Błyskawica“. I przeciw komu? Przeciw naszemu sekretarzowi, koledze Glusiowi. Siurpryza niebywała, panie, bo kolega Gluś, choć smarkacz – zaledwie po siedemdziesiątce – od pięciu lat trząsł nami, jak chciał. To on na rocznicę rewolucji rzucił hasło, żeby każdy z nas zobowiązał się zemrzeć przed terminem. A tymczasem po cichu nie odmawiał, kiedy mu ktoś z nas na boku zafundował kleik. Mówiono o nim, że za kleik wszystko zrobi. To on, kiedy kolega Pyziewicz, zupełnie głuchy, na uroczystej akademii w pięćdziesiątym drugim roku zawołał w dobrej wierze: „Niech żyje car Mikołaj!“ – wyciągnął konsekwencje. Wiadomo tylko, że potem przyszli jacyś dwaj i opieczętowali sztuczną szczękę, którą kolega Gluś zostawił na stoliku nocnym. Z kolegą Pyziewiczem do dzisiaj nie wiadomo, co się stało. Szczęka jest nadal opieczętowana.

Każdy, kto miał jakąś przeszłość jak ognia bał się kolegi Glusia. Sędziwy Pac-Pacyński, w czasie młodości nadpiłowany przez rebeliantów Szeli, zmuszony był podać w ankiecie, że to nadpiłował go pułkownik Beck za antysanacyjną postawę. Kolega Kaczka, któorego Gluś potępił na zebraniu za uprawianie szwedzkiej gimnastyki – załamał się i ufarbował sobie brodę na czerwono. Koleżanka Noga natomiast od dawna nosiła warkocze. Otóż kolega Gluś wykrył, że to satyra na Chińczyków, na te Chiny nasze, panie, Ludowe. Koleżanka Noga uratowała się dopiero tym, że zobowiązała się robić na drutach transparenty na Pierwszego maja.

Ze mną samym, panie, rozmaicie bywało. Ponieważ umiałem grać na bajanie, więc kolega Gluś wyznaczył mnie na przewodniczącego miczurinowskiego kółka. To nawet było niezłe, bo miałem zwolnienie z toru pprzeszkód, ale raz była inspekcja i sam musiałem zjeść kilo śrutu. Że to niby udało się nam wyhodować borówki na sucho, bez użycia lasu.

Wszyscy pamiętamy dzień, kiedy koleżance Etual wypadła puderniczka. Koleżanka Etual jest mniej więcej w wieku kolegi Glusia i z tego powodu należy się jej pobłażliwość. Ale kolega Gluś urządził pokaz pokazowy, w wyniku któorego cały nasz dom stanął pod zarzutem gomułkowszczyzny, zaś koleżanka Etual, przeżywszy, panie, przełom, poczęła pisać wiersze ku czci małorolnych. Jeden wierszyk na ten temat powinienem mieć przy sobie, bo kolega Gluś kazał wszystkim uczyć się na pamięć. Gdzie ja to mam, zaraz, zaraz – aha!

O ty! Małorolny!
Prosty i oddolny!
Nie siejesz, nie orzesz,
a odstawiasz zboże.

Ładny, panie, wierszyk.

Takich pociągnięć kolegi Glusia można by sobie więcej przypomnieć. Raz, jak była straszna burza, a kolega Tran odezwał się o niej lekceważąco, mówiąc, że w roku 1880 była większa – to kolega Gluś oskarżył go o malkontenctwo i tęsknotę za starym. Kolega Gluś ma chorą wątrobę i nigdy inaczej o tym nie mówił jak „przeklęta spuścizna kapitalizmu“. Kiedy indziej zmusił nas, byśmy wystosowali do władz prośbę o przemianowanie naszego zakładu z „Domu Starców“ na „Dom Starców Dońskich“. I taki to człowiek, którego się wszyscy baliśmy, spotkał się dzisiaj z krytyką. Doczekaliśmy się wreszcie, że jego metody zostały napiętnowane. Wszyscy cisną się do „Błyskawicy“, żeby przeczytać na własne oczy. Na dole, w samym rogu, jest wzmianka o tym, że kolega Gluś, jak śpi, to za głośno chrapie przez sen. Tak, tak… Nadeszły nowe czasy…

Postępowiec

Komunikaty i ogłoszenia
Dyrekcja zawiadamia, że w ogóle nic się nie odbędzie i nie ma o czym mówić.

Z życia nauki
Po dłuższych badaniach uczeni polscy ustalili miejsce, gdzie leży pies pogrzebany. Na miejsce udała się specjalna ekspedycja.

Honduras.
Donosiliśmy onegdaj, że do regulaminu tamtejszej armii wprowadzono tytułem próby pewną reformę. Mianowicie tradycyjny okrzyk „Za Ojczyznę” używany podczas ataków – został zastąpiony szerszym: „Za Ojczyznę i w ogóle“.
Nowe hasło nie zdało jednak egzaminu, ponieważ osłabiało patos walki.

Z kraju
Wstecznictwo w sadownictwie
W czasie ćwiczeń polowych harcerze odkryli, że ogrodnik K., od dawna już podejrzany o działalność, w kącie swojego ogrodu, pod osłoną łopianów, pielęgnował kiełki starego.

Rysunki wybrałam z sieci, nie wiem czy te same są na wystawie…

Ludzie, których znałam / Bartoszewski-Ausstellung in Berlin

Pamiętam taki moment na Targach Książki we Frankfurcie. Dawno. Odwiedziłam właśnie stoisko polskie, stała nas grupka osób, gdy nagle zrobił się szum i przy wejściu na stoisko pojwiło się kilka osób, a wśród nich Władysław Bartoszewski. Wszystkie rozmowy umilkły. Wszyscy obrócili się jak słoneczniki w tę samą stronę. Zaaferowani “urządnicy polskiej książki” prowadzili wielkiego gościa na zaplecze. On szedł jak zwykle lekko pochylony, uśmiechał się, ale tak raczej do ogółu niż do nas indywidualnie, i nagle wyszedł poza szereg, podszedł do mnie, podał mi rękę i powiedział, “dzień dobry, pani Ewo”.
Poszli. Ja zostałam, z niedowierzaniem oglądając własną dłoń. Obecni na stoisku zasypali mnie pytaniami. Znasz go? Dobrze? Jak to się stało, że przywitał się właśnie z tobą? Odpowiadałam bezmyślnie: tak, nie, znam, nie znam, poznałam, dawno, nie wiem…
Jest oczywiście wielka różnica pomiędzy znać a poznać. Kurt Vonnegut, nazwał to kiedyś “znajomość nowojorska”, ale wtedy nie było jeszcze świata globalnego i Nowy Jork coś znaczył. Zresztą powiedzonko się nie przyjęło. Ale ja je wysoko cenię. Już go TU kiedyś użyłam.
Tak, znałam Bartoszewskiego. Była to znajomość nowojorska…

Władysław Bartoszewski (1922 – 2015)
Widerstand – Erinnerung – Versöhnung
Eröffnung der Ausstellung – Mo 11.06.2018, 18.00 Uhr
10178 Berlin, Berliner Rathaus (Wappensaal), Rathausstr.
15 Lebensstationen eines großen Politikers und Brückenbauers zwischen Deutschland und Polen

Programm zur Ausstellungseröffnung

18.45 Uhr: Vorabführung durch die Ausstellung
mit dem Kurator Marcin Barcz

19.30 Uhr: Grußwort
Staatssekretär Christian Rickerts, Senatsverwaltung für Wirtschaft, Energie und Betriebe, Berlin

Festrede: Kosmopolit und Brückenbauer – Erinnerungen an Władysław Bartoszewski
Prof. Dr. Joachim Rogall, Vorsitzender der Geschäftsführung der Robert Bosch Stiftung und Vorsitzender des Vorstandes des Bundesverbandes Deutscher Stiftungen

Einführung in die Ausstellung
Marcin Barcz, Kurator der Ausstellung und langjähriger persönlicher Referent von Władysław Bartoszewski

Die Ausstellung ist vom 12. Juli bis 31. August 2018 für Einzelbesucher und Gruppen von Montag bis Freitag von 9.00 bis 18.00 Uhr geöffnet. Aufgrund des täglichen Veranstaltungsbetriebes sowie aus Sicherheitsgründen kann es jedoch zu vorübergehenden Schließungen des Rathauses kommen.

Über die Ausstellung
Die Ausstellung widmet sich dem Lebenswerk des im April 2015 verstorbenen polnischen Auschwitz-Überlebenden, Außenministers und Historikers Władysław Bartoszewski.

Die Ausstellungsmacher führen entlang der Themen Widerstand, Erinnerung und Versöhnung durch die Lebensbereiche von Władysław Bartoszewski, die ihm selbst am wichtigsten waren und den besten Einblick in seine facettenreiche Persönlichkeit geben. In Bartoszewskis Biografie spiegeln sich die Schattenseiten und Hoffnungsschimmer der miteinander verwobenen deutsch-polnisch-jüdischen Geschichte im zwanzigsten Jahrhundert. Zugleich erzählt die Ausstellung vom Widerstand des frei denkenden Menschen gegen jede Form von Unterdrückung, erinnert an die Opfer von Verfolgung und zeigt, wo Versöhnung trotz vergangenen Leids möglich ist. Weil Władysław Bartoszewski jahrzehntelang aktiv an wichtigen historischen Prozessen beteiligt war, ist diese Ausstellung auch eine Erzählung über die neueste polnische und mitteleuropäische Geschichte.

Die Ausstellung wurde aus Anlass seines Todes vor drei Jahren nach einem Konzept von Cyryl Skibiński und Marcin Barcz unter der wissenschaftlichen Leitung von Prof. Andrzej Friszke realisiert. Sie wurde im September 2015 am Sitz der polnischen Regierung in Warschau der Öffentlichkeit vorgestellt, wo Bartoszewski bis zum Ende seines 93-jährigen Lebens beruflich tätig war. Erstmalig ist die Ausstellung jetzt in Deutschland zu sehen. Die Texte in polnischer Sprache werden durch deutsche Übersetzungstafeln ergänzt.

Im letzten Jahr wurde in Berlin die eine Bartoszewski-Initiative gegründet. Sie hat einen wesentlichen Anteil daran, dass dank einer Förderung durch die Beauftragte der Bundesregierung für Kultur und Medien diese Ausstellung an weiteren Standorten in Deutschland gezeigt werden kann.

Veranstalter:
– Deutsch-Polnische Gesellschaft Berlin e. V.
– Der Regierende Bürgermeister von Berlin, Senatskanzlei

Stuart 50 !!!!!

If I lay here, if I just lay here
Would you lie with me and just forget the world?
Forget what we’re told
Before we get too old
Show me a garden that’s bursting into life
Let’s waste time chasing cars
Around our heads
I need your grace
To remind me to find my own.

Jeśli się tu położę, jeśli tylko się położę,
Czy położysz się ze mną i po prostu zapomnimy o świecie?
Zapomnij o tym, co nam mówiono
Pokaż mi ogród tętniący życiem
Zanim będziemy zbyt starzy
Zmarnujmy wspólnie czas ścigając auta
Jeżdżące dookoła naszych głów.
Potrzebuję Twojej obecności,
Dzięki niej przypominam sobie, jak odnaleźć siebie.

Chasing Cars, Snow Petrol

Joanna Trümner

Podróż do Europy

Stuart popatrzył na kalendarz ze zdziwieniem. „To niemożliwe, dzisiaj mijają dokładnie dwa lata od kiedy ruszyłem w drogę”, pomyślał. Dwa lata od pierwszego koncertu w Gold Coast i spotkania Carlie. Ani przez chwilę nie żałował, że rzucił pracę w szkole i chociaż każdy dzień trasy koncertowej po Australii przynosił nowe wrażenia, jednak od kilku tygodni czuł i zmęczenie. „Muszę na chwilę zatrzymać się, odpocząć, życie na walizkach i tempo tych podróży zrobiło się zbyt szybkie”, powiedział. Wspólnie zadecydowali, że jego czterdzieste urodziny spędzą w Sydney i tam zastanowią się nad planem pierwszego wspólnego urlopu. Nie mogli skorzystać z mieszkania Stuarta, bo nadal wynajmowało je małżeństwo z Brazylii, więc w kilka dni po tej rozmowie Stuart zadzwonił do Toma z prośbą o poszukanie przystępnego hotelu w mieście. „Wybij sobie z głowy jakiekolwiek hotele, zamieszkacie po prostu u nas”, odpowiedział bez zastanowienia przyjaciel. „Najwyższy czas, żebyśmy się spotkali”, dodał po chwili.

W kilka tygodni później przyjechali do Sydney. W drzwiach domku Toma stała trzyletnia Emily. Na widok Stuarta i Carlie schowała się nieśmiale za nogę ojca. „Nie przejmuj się, dla dziecka dwa lata to wieczność, zdążyła o tobie zapomnieć. Na pewno niedługo nie zostawi cię ani na krok”, Tom przywitał gości z radością. Po obiedzie Carlie bawiła się z małą w przebieranie lalek. Stuart przyglądał się ich zabawie z uczuciem zazdrości „Przecież to ja chodziłem z nią na długie spacery w wózku. Jakie to dziwne, że dziecko w ogóle mnie nie pamięta”. Rita była w zaawansowanej ciąży i ucieszyła się, kiedy goście zaproponowali pójscie do lodziarni w niedalekim centrum zakupowym. „Dajmy mamie trochę odpocząć”, powiedziała Carlie, biorąc Emily za rękę.

W dniu urodzin Tom przyniósł im śniadanie do łóżka. „Happy birthday”, powiedział i podał Stuartowi do ręki zaadresowaną dziecięcym charakterem pisma kopertę. „Dla wujka Stuarta”, przeczytał i wyjął z niej rysunek dziecka spacerującego w towarzystwie dorosłego mężczyzny brzegiem morza. „Brakuje mi ciebie, całusy George”, przeczytał. Na wspomnienie siostrzeńca, wspólnych rozmów i spacerów po plaży w Walton Stuartowi zrobiło się ciepło na sercu. „Czas tak szybko mija, Emily była niedawno niemowlakiem w wózku, a teraz jest dziewczynką, której buzia się nie zamyka. A George chodzi już do szkoły i nauczył się pisać. Muszę go koniecznie odwiedzić, inaczej i on niedługo o mnie zapomni”.

Wieczorem Tom zaskoczył go imprezą urodzinową, na którą z Perth przyjechał Ian z przyjaciółką, a z Adelajdy Brian z Philem. „Nie mogłeś mi zrobć fajniejszej niespodzianki. Dziękuję”, Stuart wzruszył się na widok bliskich, od dawna nie widzianych osób. Był tak zajęty rozmową, że nie zauważył, że Emily zasnęła na kanapie w dużym pokoju. Przy nogach dziecka siedziała dziewczyna Iana, Kim. Stuart uśmiechnął się do niej i wrócił do rozmawiających w ogrodzie gości. „Kim jest pierwszą kobietą, z którą wyobrażam sobie wspólne życie. Od kiedy ją poznałem wszystko stało się proste. Nie potrzebuję już ani alkoholu, ani innych rzeczy. Nasz jedyny problem polega na tym, że ona bardzo chciałaby mieć dziecko. A ja panicznie się boję, że powtórzy się tamta historia. Nie przeżyłbym śmierci drugiego dziecka”, opowiadał Ian. „Przyjechałem tutaj tylko ze względu na ciebie, staram się unikać miejsc, w których są małe dzieci”. Stuart patrzył na przyjaciela i zastanawiał się, czy śmierć syna kiedykolwiek przestanie być dla niego uniemożliwiającym powrót do normalnego życia koszmarem.

Sam coraz częściej myślał o tym, że też chciałby już mieć dziecko. Gdyby Ann przed laty rzeczywiście była w ciąży, to ich wspólna córka lub syn byliby teraz w wieku dojrzewania. „Na pewno wszystko potoczyłoby się inaczej, zostałbym w Londynie i prawdopodobnie mieszkalibyśmy w małym domku na przedmieściu. Może byłbym szczęśliwszy niż teraz, a może byłbym fatalnym mężem i ojcem, bo zżerałaby mnie świadomość, że zrezygnowałem z muzyki. Obydwoje byliśmy o wiele za młodzi na zakładanie rodziny.”

Z myśli wyrwał go głos Carlie. „Zapomniałam ci dać mój, a właściwie nasz wspólny prezent”, powiedziała, wręczając mu do ręki kilka wydrukowanych kartek. „Proszę podpisz, żebym mogła je jutro odesłać”. Stuart trzymał w ręku umowy na koncery w Berlinie, Paryżu, Brukseli i Londynie. Spojrzał na Carlie z mieszaniną wdzięczności i niedowierzania, w chwilę później mocno ją przytulił i zapytał: „Co ja bym bez ciebie zrobił?” Po północy, kiedy goście wrócili do hoteli, Stuart pomagał gospodarzom sprzątać po urodzinowym przyjęciu. Myślał o tym, że od dawna nie czuł się tak szczęśliwy jak dzisiaj.

Do wyjazdu do Europy został miesięc. Stuart z Carlie pojechali na dwa tygodnie w Góry Błękitne. Całe dnie spędzałi na chodzeniu po górach, a kiedy wieczorem wracali do hotelu byli tak zmęczeni, że sen przychodził od razu. W noc przed powrotem do Sydney ze snu zbudziło go lekkie pochrapywanie Carlie. Przyglądał się śpiącej obok kobiecie i myślał o tym, że stała się częścią jego życia. „Na co ja czekam? Powinienem się z nią ożenić”, zdecydował.

Wiadomość o ich przylocie do Londynu William skomentował z nieukrywaną radością „Musicie się u nas zatrzymać” i zaproponował, że odbierze ich z lotniska. Podczas długiego lotu Stuart wyobrażal sobie, jak może teraz wyglądać jego siostrzeniec. „Ciekawe, czy będzie potrzebował tyle czasu co Emily, żeby się do mnie przyzwyczaić”, zastanawiał się. Jego obawy okazały się niepotrzebne.

Wieczorem Stuart poszedł do pokoju chłopca i niezręcznie zaczął rozmowę. „Bardzo dziękuję za rysunek, nawet nie wiesz jak bardzo się z niego ucieszyłem. Opowiedz, coś o sobie. Jak ci się podoba szkoła?”, zapytał i w tej samej chwili przypomniał sobie, jak sam jako dziecko nienawidził tego pytania. „Tak sobie”, odpowiedział siostrzeniec wzruszając ramionami. „Dlaczego cię tak długo nie było?”, zapytał z wyrzutem. „Obiecałeś, że niedługo przyjedziesz”. Stuart poczuł się niezręcznie, nie zdawał sobie sprawy, że George potraktował jego słowa na pożegnanie jak obietnicę. Obietnicę, o której on sam przez ostatnie lata ani razu nie pomyślał. Odpowiedział, że nie mógł wcześniej przyjechać. „Zresztą przyszedł czas, żebyś ty mnie odwiedził. Namów ojca, chętnie pokażę wam Australię”. Zapanowało między nimi krótkie milczenie, Stuart czuł, że chłopiec chce go o coś zapytać i zbiera odwagę. Po chwili George zapytał „Co to znaczy „pedał”?” „Ktoś cię tak nazwał?”, Stuart próbował ukryć zaskoczenie przebiegiem rozmowy. „W szkole wszyscy mnie tak nazywają, mówią, że jestem takim samym ‘pedałem’ jak tata”, chłopiec z trudem powstrzymywał łzy. „Twój tata po prostu żyje inaczej niż rodzice innych dzieci. To wcale nie znaczy, że cię mniej kocha, albo że jest złym człowiekiem. Ludzie, którzy tego nie rozumieją, nie są warci twojej znajomości”, odpowiedział Stuart. Wiedział, że nie może oszczędzić siostrzeńcowi upokorzeń, ani teraz, ani w przyszłości. „Dzieci są okrutne, każdy, kto się w jakikolwiek sposób od nich różni zostaje wypchnięty za margines”, pomyślał i postanowił, że spędzi jak najwięcej wolnego czasu z siostrzeńcem.

Następnego dnia opowiedział Carlie o rozmowie z Georgem. Nie ukrywał żalu do szwagra: „Jak można codziennie zajmować się problemami obcych dzieci, a nie widzieć, jak bardzo nieszczęśliwy i samotny jest własny syn?” Wkrótce potem Carlie wróciła z księgarni z poradnikiem o atrakcjach dla dzieci w Londynie. „Zróbcie kilka męskich wypraw po mieście, przygód, o których on długo będzie pamiętał. Nie martw się o mnie, chętnie pochodzę po mieście sama. Tylko nie zapomnij, że masz być o siódmej w Soho”, powiedziała.

Zanim Stuart i Carlie wyjechali z Londynu, William podziękował Stuartowi za opiekę nad małym. „Od czasu, kiedy przyjechałeś, George przestał być taki smutny. Domyślam się, że dzieci w szkole dokuczają mu ze względu na mój sposób życia, ale nie wiedziałem jak mu pomóc. Dzięki waszej wizycie dużo zrozumiałem i zacząłem się zastanawiać, co można zrobić, żeby nie czuł się taki samotny. Gdy zobaczyłem, jak bardzo przywiązał się do Carlie, zrozumiałem, że brakuje mu obecności kobiet. Dotarło do mnie, że najwyższy czas, żeby coś zmienić, szkoda dzieciaka. A swoją drogą, Carlie jest super, bardzo do siebie pasujecie. Mam nadzieję, że zaprosicie nas na ślub?” „Na pewno”, odpowiedział Stuart i postanowił zająć się szukaniem pierścionka zaręczynowego.

Cdn.

Szopa w salonie 30

Łukasz Szopa

Równość wyboru, wolność wkładania

Wiosna i wczesne lato to nie tylko w Europie, i od kilkunastu lat nie tylko „Zachodniej“, idealna pora na parady i marsze. Marsze te, zwane albo „Paradami Równości“, albo też „Gay Pride“ – choć początkującą i inspirującą datą i rocznicą jest „Christopher Street Day“. W Polsce te kolorowe i w międzyczasie raczej spokojne wspólne spacery rozciągają się od końca kwietnia (Łódź) poprzez Kraków (19 maja), Warszawę (09.06), Gdańsk (26.06), aż do początku paździenika (Wrocław).

W ubiegły weekend „Parada Równości“ zawitała po raz pierwszy do Rzeszowa, tylko kilka dni po największym takim evencie w Europie – berlińskim „Christopher Street Day“ 28 czerwca. A wczoraj Marsz Równości przeszedł również po raz pierwszy ulicami Częstochowy. Wreszcie! Dużo to piękniejszy widok niż marsze polskich faszystów z pochodniami.

Berlin to nie Polska? Niby nie, jednak pewien jestem, że jak co roku uczestników i w Polsce będzie niemało (jak właśnie w Rzeszowie, Opolu, Toruniu). Jakby nie patrzeć cykl marszów w Polsce jest jedną z najważniejszych demonstracji.

Marsze te, walczące i wspierające prawa mniejszości seksualnych, to już w sumie tradycja – rozrastająca się z roku na rok. Z początku chodziło o prawa homoseksualistów, w międzyczasie formuła się rozszerza, i bardzo dobrze. Gdyż przyznam, że wzdrygam się na tę drugą nazwę – nie z uwagi na „gay“, a na słowo „pride“ – gdyż zbyt blisko tu semantycznie do marszy i tematów narodowców wspominających słowa „honor“ czy „Stolz“. Bo w końcu z czego tu być dumny/a? Z czegoś w sumie albo wrodzonego, albo wybranego (nie wchodzę dalej w teorie, bo się nie znam), z części mojego „ja“? Czy ja jestem dumny, że określam siebie jako heteroseksualnego liberała, wierzącego agnostyka, czy niepiszącego poetę? Nie.

Dlatego tym bardziej przypada mi do gustu nazywanie tych demonstracji i festynów jak to robią aktywiści w Polsce – Paradami Równości. Nie chodzi tu o podkreślanie praw tylko homoseksualistów czy innych mniejszości (seksualnych), ale – o prawa każdego z nas. Obojętnie kim się czujemy (nie tylko seksualnie!) i kim jesteśmy – i czy w mniejszości (zagrożonej lub nie), czy w większości. Gdyż i te bywają zagrożone, i powinniśmy bronić ich praw (lub walczyć o ich równość). Takie kobiety. W niemal każdym społeczeństwie są większością, i w niemal każdym – jeśli nie prawnie, to realnie – mają mniejesze prawa niż mężczyźni.

Cieszy więc coraz większa frekwencja, ale i oryginalność parad w Polsce. Choć wiadomo, że Kraków czy Warszawa to jeszcze nie Berlin czy Londyn, a nawet – że niestety Rzeszów to nie Belgrad czy Stambuł.

Dziwi mnie za to krytyka tych marszów i parad ze strony mniej lub bardziej prawej prawicy – od mediów, poprzez niejedną partię, kończąc na Kościele Katolickim. A właściwie zaczynając, bo właśnie Kościół najostrzej atakuje homoseksualistów i w ogóle wszelkich nie-heteroseksualistów (przepraszam, nie całkiem: kościelnej krytyki osób frygidalnych nie słyszałem), jak widać w tych atakach kościelnych mniejszych i większych hierarchów paniczny strach przed tematyką „gender“. Dziwi mnie w tym kościele niejedno – ale głównie ich skoncentrowanie na tematach seksualności (dziwiłoby podobnie, gdyby głosili transseksualny hedonizm). Dziwi mnie więcej niż „dziewica Maryja“, czy w ogóle ta lawina tematów jak aborcja, antykoncepcja, czy właśnie „gender“. Owszem, filozoficznie, a nawet metafizycznie to niesłychanie ciekawe (i wcale nie łatwe i jednoznaczne!) tematy. Lecz skąd ta fiksacja? Czy nie można trochę częściej cytować Kazania na Górze czy choćby „Kochaj bliźniego swego“? Albo konkretnie – jak już lubi ktoś gromić z ambony – to na przykład piętnować polski alkoholizm (za kierownicą i w domu), omijanie podatków, pracę na czarno, zawiść i pazerność, konsumpcjonizm, średnią etykę pracy, przemoc w rodzinie i na stadionie? Albo po prostu: brak modlitwy, brak dobrych słów, brak dobrych uczynków? No ale Kościół ma ten swój problem – nie tylko z seksem, ale w ogóle właśnie z miłością. I wolnością. A niby tacy progresywni: samotni faceci biegających w sukienkach, to w stylu darkerów, to kolorowo i błyszcząco jak ośmiolatki.

Z resztą prawicy niewiele lepiej – choć w odróżnieniu od kleru powinni być, gdyż wolni w wyborze swojej drogi życiowej (też tej seksualnej) – bardziej na luzie. Boją się tego „gendera“ i „nie-heteroseksualizmów“ jak diabeł wody święconej. Reakcje gorsze niż alergików – zanim jakikolwiek kot lub pyłki się w ogóle pojawią.

Czyżby ci „twardzi“ faceci, przekonani o sile tradycji, polskości, ojczyźnianości i polakokatolickości, a przede wszystkim o swojej męskości – bali się rzeczywiście kilkugodzinnego marszu dziwnie ubranych ludzi (kwestię smaku pozostawiam na boku) w rytmie to lepszej, to gorszej muzy? Czyżby ich wartości, o których tak trąbią i bębnią wypinając pierś i napinając muskuły – były tak słabe i kruche, że sam widok roztańczonych i uśmiechniętych gejów i lesbijek (a może, o zgrozo, i heterów i heterek?) miałby mieć na nich tak silny i nieuchronny efekt, że w mig oczarowani („zarażeni“?) przeistoczyliby się seksualnie i przyłączyli do marszu? A może boją się „propagandy powolnej“ – i tego, że po każdym „paradowym“ czerwcu będą z roku na rok, stojąc wieczorem przed lustrem, stwierdzać z lękiem: „O, k…a, znów się bardziej zgejowałem!… Metamorfoza postępuje…“

A nawet gdyby – gdyby jednak fakt, że widok miłości i związków innych niż „tradycjonalne“ sprawiał, że więcej z nas przekona się do nie-heteroseksualnych preferencji? Cóż w tym złego? Że spadnie nam „narodowa rozrodczość“? Czyżby „wartość“ naszego społeczeństwa liczyć na ilość, nie na jakość? To trochę smutne… (Nie wspominając o tym, że spadek demograficzny powody ma całkiem gdzie indziej).

Co śmieszne, ci sami panowie nie mają podobnych obaw, oglądając regularnie filmy „artystyczne“ przedstawiające miłość uprawianą dwóch kobiet (kto wie, czy lesbijek, czy nie, w końcu to filmy). Jakoś nie drżą oczekując, że zgubny wpływ obrazów roznegliżowanych pań wpłynie zgubnie na ich świadomość. To znaczy, pewnie drżą, ale impuls jest tu inny. I jest to okej, nie moja to sprawa, kto jakie filmy lubi, i kto w jakich filmach komu coś gdzieś wkłada.

No właśnie, teraz trochę o mnie, jak już stoczyłem się w tak wulgarne poziomy semantyki. Mnie też to całkiem obojętne, kto komu co gdzie wkłada (o ile „obie trzy“ osoby są pełnoletnie i czynią to dobrowolnie) – czyli jakie ma(ją) seksualne skłonności, i czy nazywa(ją) to „płcią“, czy „genderem“, czy „bo tam sobie mam(y)“. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego miałoby interesować kogoś to, co komu ja wkładam. I bardzo bym się zdziwił, gdyby ktoś moje skłonności seksualne (a i te aseksualne) podał za przyczynę własnej „przemiany“, a tym bardziej jako „zagrożenie“.

Uważam jednak, co w sumie – nawet jeśli nie explicite – potwierdza każda konstytucja i Deklaracja Praw Człowieka, że mamy po prostu do tego prawo, podobnie jak do wyboru, czy wolimy wolny czas spędzać na pływaniu czy zapadnięci w leżaku. To nie błahostka, właśnie prawo do takich wyborów to podstawa wolności i równości.

I dlatego jednak boję się trochę o mniejszości seksualne w Polsce i wściekłą nagonkę wokół słowa „gender“ w naszym kraju. Nie sądzę, by pieniacze (w sukienkach/sutannach i nie) rzeczywiście bali się „ideologii gender“ czy „zarażenia“ homoseksualizmem. Obawiam się, że – podobnie jak nie tylko Hitler w latach 30 poprzedniego wieku – potrzebują jakiejś mniejszości jako kozła ofiarnego. Takiego potrzebuje każda autorytarna ideologia – bez kozła (we wspólnej zbrodni i winie) trudno o stado owiec (zwarte i posłuszne).

P.S. Może ktoś zauważył, ale w tekście pojawił się tylko kot, bez prezesa. To nie przeoczenie. Właśnie w kontekście wolności wyboru orientacji seksualnej nie chciałem pisać ani o prezesie, ani o Antku, ani o innych osobach „obozu władzy i przyjaciołach“, których orientację polityczną i ideologiczną krytykuję. Gdyż tu uważam, że to ich prywatna sprawa: czy, co, jak i komu lubią wkładać lub nie. Czy mają żonę (i kochankę), czy też kota, czy inne misie. I że to ich sprawa, czy chcą wychodzić z jakiś szaf (co postulował ubiegłego roku Biedroń), i kiedy, czy nie. Jeśli wolność wyboru – to dla każdego. Jeśli wolność słowa (lub milczenia) – tak samo. Jednak zawsze NIE dla nagonki, dla szerzenia nienawiści – i dla ograniczania wolności. Tak samo to sprawa każdego z nas, czy woli iść na Marsz Równości, czy na Pielgrzymkę Mężczyzn do Piekar Śląskich. (W obu przypadkach kostiumy i muzyka pierwsza klasa!)

Barataria 73: baratarystyka

Do Wesela poety Antonia Skármety wrócimy, obiecuję, ale wciąż mam w Berlinie tylko kartki po hiszpańsku i egzemplarz po niemiecku, a polski, już zakupiony w bydgoskiej szperalni, czeka na lepsze czasy. Te zaś nastąpią pod koniec miesiąca…

Ewa Maria Slaska

Baratarystyka czyli co jest czym czego?

Jeden z blogowych autorów, Lech Milewski, zwany też Pharlapem, został przeze mnie mianowany baratarystą. Autor tytuł przyjął, ale wyraźnie miał wątpliwości, bo zapytał mnie niedawno, jak się właściwie szuka, a raczej – znajduje Baratarię. Odpowiedziałam coś od ręki, nie było to jednak jasne, bo odpowiedź brzmiała, że trudno mi jakoś trafić do Baratarii…

Mnie właściwie też. Przypominam jednak, że baratarystyka jest nauką młodą, powstała zaledwie przed rokiem i jej założenia metodologiczne mogą, a nawet muszą z biegiem czasu ulec / ulegać zmianie.

Przyznam też, że choć to ja wymyśliłam baratarystykę, sama nie zawsze wiem, jak ją rozumieć i w jakim kierunku ma się rozwijać. W ciągu minionego roku poszliśmy co najmniej dwukrotnie tropami, które prowadziły do nikąd.

Przypomnijmy więc, że Barataria jest czymś w rodzaju nowożytnej Atlantydy, o ile jednak Platon poświęcił Atlantydzie całe ustępy dwóch swych ksiąg, Kritiasa i Timajosa, o tyle Barataria została przez swego wynalazcę, Miguela Cervantesa de Saavedra, wspomniana zaledwie raz – w części II Don Kichota. Sprawa zaczyna się jednak już na samym początku wędrówki Rycerza i giermka. Don Kichot bowiem od razu uprzedza Sancho Pansę, że nie będzie mu płacił pensji, ale przy nadarzającej się okazji, gdy walcząc z wrogami w obronie pięknych księżniczek, zdobędą jakąś wyspę, Sancho zostanie jej gubernatorem.  Ta wyspa pojawia się w całej książce, a również i w filmie właściwie bez końca i nawet wydaje się to dziwne, że do realizacji obietnicy dochodzi dopiero w II części, która przecież mogła w ogóle nie zostać napisana. W II części księżna i książę wycinają giermkowi paskudnego psikusa, ofiarowując mu ową wyspę, gdzie wszyscy i wszystko sprzysięgają się przeciwko niemu. Ale wyspa nazywa się wszak Barataria, co po hiszpańsku oznacza Oszustwo, a już samo jej położenie zapowiadało Wielkie Łgarstwo, bo była to wyspa na lądzie.

To jest zatem pierwszy i najważniejszy przedmiot badań baratarystyki – donkiszotowska Barataria.

I od razu kolejny przedmiot badań – różne wyimaginowane (a i prawdziwe) krainy oszustów. Najchętniej na wyspach. Tu, przypominam, znajduje się też dobrze w miądzyczasie zbadana wyspa San Escobar.

Oczywiście nie ma mowy, żeby badacze księgi rycerskiej o Don Kichocie nie próbowali zlokalizować miejsca, gdzie wielki pisarz umieścił ową wyspę na lądzie. Kolejnym zadaniem są więc poszukiwania Baratarii na mapie Hiszpanii.

Przygotowując giermka do objęcia funkcji gubernatora wyspy, Don Kichot wyjaśnił mu, jak ma wyglądać idealne państwo i jak ma się zachowywać idealny władca, a to kieruje nas oczywiście od razu ku wszelkim utopiom państwowotwórczym od Platona i Morusa poczynając, po nowe miejsca idealne, które teraz już przestały się nazywać utopiami, a zostały określone mianem dystopii. Znaleźliśmy w ciągu minionego roku wiele dystopii literackich, jedna z nich nazwana została nawet Baratarią.

Okazało się też, że niektóre dystopie ktoś gdzieś zrealizował i uzyskał  p o z y t y w n e  wyniki, tworząc samowystarczalne komuny lub zamieniając pustynie w kwitnące ogrody. Oczywiście prawdziwe Baratarie są nader ważnym przedmiotem badań baratyrystyki.

Już w tym samym XVII wieku, gdy Cervantes opisał Baratarię, nazwę tę nadano wyspie i zatoce w Zatoce Nowoorleańskiej. Geografia, przyroda i historia wyspy Barataria to oczywiście konieczny temat, jakim baratarystyka musi się zajmować, a który, przyznajmy, wciąż jeszcze traktujemy po macoszemu, zwłaszcza w zakresie botaniki, zoologii i geografii. Na szczęście historia wyspy była tak ciekawa – była ona siedzibą słynnego szelmy – pirata Lafitte’a, że poświęciliśmy jej już sporo uwagi. Pirackie historie o Baratarii pozwoliły nam też poznać dwie opowieści dla dzieci i młodzieży, związane z geograficzną Baratarią. W obu nie widać, by autorów w ogóle interesował literacki pierwowzór Baratarii.

Nauka nasza poszła jednak nie tylko tropem geografii i postdonkiszotowskich dystopii geograficznych, bo zajęła się też problematyką władzy – idealny władca Baratarii to przecież Książę Macchiavellego czy Dworzanin Górnickiego. Również tu poszukujemy dalszych wzorów idealnego systemu władzy. Tak miejsca jak władcy idealni okazali sią w większości przypadków wzorami antyidealnymi, bo w międzyczasie okazało się przecież, że systemy idealne prowadzą do totalitaryzmu, co udowodnił przede wszystkim Stalin. Idealnym władcą był na przykład Król Mrówek, o którym opowiedział nam Zbigniew Herbert.

Sancho Pansa stawia czoła wymaganiom, jakie ciążą na gubernatorze, nie daje się omamić dworakom, wykonuje swoje zadania w sposób inteligentny i skuteczny, w sprytny sposób oszukując sprytnych oszustów. Rozsądzanie spraw – tak, to wielki temat baratarystyki, a wzorem oczywiście sam Król Salomon.

Przygody pana i giermka, które zawiodły ich do Baratarii, są same w sobie tematem baratarystycznym, wykorzystywanym wielokrotnie w literaturze i filmie, co objaśniliśmy sobie szczegółowo na przykładzie dwóch literackich opowieści przygodowych: Rękopisu znalezionego w Saragossie i Przygód Sindbada Żeglarza. A więc baratarystyka literacka – nader ważny przedmiot badawczy. Zajęły nas jednak również opera, balet, muzyka wojskowa (jaka lekka, jaka radosna), jazz, teatr, film… Kultura po-cervantesowska okazała się pełna kulturowych Baratarii. Tym niemniej, tak dziś to oceniam, fałszywym tropem okazało się dokładne przypominanie przygód książkowych awanturników “w stylu” Cervantesa. Trzeba o nich czytać i tam też, do źródła, odsyłać Czytelnika. Cóż jednak, był rok Leśmianowski i tak wyszło…

Ale i sam Sancho Pansa jest figurą literacką realizującą dwa tropy literackie – po pierwsze jest to szelma i prześmiewca jak Zagłoba, Falstaff czy wojak Szwejk, bohater umożliwiający krytykę, ba, rozsadzanie sztywnych systemów społecznych nie tylko w literaturze ale i w rzeczywistości. Ale, po drugie, jako gubernator wyspy, przez kilka dni giermek nasz był figurą Karnawałowego Króla, postaci właściwie już mitologicznej, znanej od starożytności, której niezliczone odmiany znaleźć można w barokowym malarstwie, ale która istnieje zawsze. To ten, który cieszy się wolnością błazna, igra z losem, wciąż naraża się na śmierć, a władztwo jego trwa krótko…

Sancho Pansa uwielbiał przysłowia tak bardzo, że sam stał się przysłowiem, podobnie jak i jego pan. I dał tym samym asumpt do opierania różnych opowieści o przysłowia, czego przykładem był Teatr Dworski Barataria, zapomniane dzieło literackie, które tak chętnie bym przywróciła nam współczesnym (szukam sponsora!).

Sancho Pansa wydaje się osobą bardzo jednolitą, jak uciosaną z jednego prostego i swojskiego kawałka pnia. Gada co mu ślina na język przyniesie i wciąż troska się o rzeczy materialne. A tymczasem… A tymczasem Sancho osiąga niewiarygodną wielkość, gdy dobrowolnie rezygnuje z władzy i porzuca gubernatorowanie, gdyż uważa, że nie stanął na wysokości zadania! Naszym światem rządzą ludzie żądni władzy i dałby Bóg, żeby nauczyli się od prostego giermka, jak odejść, gdy się widzi, że się źle i niegodnie rządzi… Nota bene mistrz Kaczmarski też sugeruje, że można zrozumieć i Don Kichota i Sancho Pansę całkiem na odwyrtkę…

I uwaga, niezależnie od tego, którą gałęzią baratarystyki chcemy się zająć, pamiętajmy, że jest to nauka zobowiązana celem nadrzędnym do odkrywania wędrówek po kulturze, w czym doprawdy celuje wspomniany już na początku tego wpisu Lech Milewski, mianowany pierwszym baratarystą! Ale też, przypomnijmy, że u źródeł baratyrystyki leży niewielka powieść Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria, która beztrosko chodzi sobie po rupieciarni mitów, motywów i motywacji kulturowych, czerpiąc z niej pełnymi garściami, w celu uzyskania radosnej, dowcipnej i ironicznej opowieści. Bo ironia, i jej siostra bliźniaczka syjamska, autoironia, wydaje się tu niezbędną cechą wytrawnego baratarysty.

Szukamy też oczywiście wszystkich miejsc, które ktoś kiedyś nazwał Baratarią, próbując zarazem dociec, co go do tego skłoniło i czy linia przyczynowo-skutkowa doprowadzi nas do Don Kichota czy do piratów na Karaibach, bo to są dwa główne ciągi inspiracji. Tu dużą pomoc okazał Mieczysław Węglewicz, odnajdując i Bar Barataria w Warszawie, i poemat teatralny Gałczyńskiego Noc cudów czyli babcia i wnuczek. Sam zresztą też napisał wiersz, w którym Barataria to rym do… Ewa Maria! No, że też sama tego wcześniej nie odkryłam!

Istnieje oczywiście motyw ogólniejszy, szerszy niż Barataria, jak na przykład mistyka wysp, o której wspominał między innymi prawdziwy, choć zapewne, w przeciwieństwie do Lipki, nieświadomy baratarysta – Piotr Wojciechowski w kultowej swego czasu powieści Czaszka w czaszce. Niestety przyznaję, że zwiedziona należącą w pełni do baratarystyki mistyką wysp, przez jakiś czas skoncentrowałam się na wyspach w ogóle i w szczególe. To jeden z tych tropów, które prowadziły w niesłusznym kierunku. Udało mi się wprawdzie na tej błądnej trasie stworzyć (lub zreblogować) parę wcale smacznych kawałków, jak Wyspy Bożego Narodzenia i Wyspa Wielkanocna, ale generalnie zwykłe wyspy geograficzne, bez dodatkowego powodu, nie mogą być przedmiotem zainteresowania baratrystyki. Nie zapominajmy jednak, że powód się zawsze znajdzie.

Paweł Kuczyński 2015

Nie umiem tego udowodnić, ale jestem zdania, że przypadek i zbieg okoliczności, deja vu i koincydencja, skrawki i strzępki też mieszczą się w granicach baratarystyki. To sienkiewiczowskie prawo alibo pozór. Proszę bardzo, częstujcie się…

Na zakończenie prolegomeny do wstępu do baratrystyki przypomnę pewną regułę, o której pisałam już przed rokiem, a której trzymam się od zawsze, od czasów, gdy po raz pierwszy ułożyłam dwa zdania koło siebie, tak by miały sens, i kiedy to wcale jeszcze nie słyszałam o Baratarii. To reguła opowieści w duchu Zen: zacznij gdziekolwiek, a i tak kiedyś opowiesz cały świat. I to jest właśnie Barataria – cały świat