Barataria 21 Obiad Sancho Pansy jako gubernatora Baratarii

Ewa Maria Slaska

Jeść czyli nie jeść. Jak spożywano posiłki na wyspie Barataria?

Już tydzień temu rozważając sprawę podobieństwa między Salomonem a Sancho Pansą doszliśmy do wniosku, że i owszem, obaj są sobie podobni, ale jest to podobieństwo do Mądrego Króla z rabinackich opowieści żydowskich, a nie do postaci biblijnej czy zgoła historycznej.

W midraszu było tak:

Był sobie w Jerozolimie pewien skąpiec imieniem Buzi. (…) Wieść o jego skąpstwie i złych cechach charakteru doszła do króla Salomona. Postanowił dać mu nauczkę. W tym celu zaprosił go do siebie na kolację. Skąpiec poczuł się dumny z królewskiego zaproszenia. Był przekonany, że król wyróżnia go i popiera. Wrogowie moi — powiedział sobie w duchu — pękną z zazdrości W dniu kolacji u króla przez cały dzień nic nie jadł. Chciał przyjść z pustym żołądkiem, żeby móc jak najwięcej zjeść. Ledwo zapadł zmierzch, a już Buzi przekroczył bramę pałacu. Tu czekał na niego ochmistrz dworu, który wprowadził go najpierw do poczekalni.
— Król — powiedział do niego — tylko z tobą spożyje dziś kolację. Poza królem i tobą nikogo nie będzie przy stole. Tymczasem zapoznam cię z panującą przy stole królewskim etykietą. Nie wolno jej naruszyć, bo sprowadzisz na siebie gniew króla.
— Zastosuję się do niej z całą skrupulatnością.
— A więc po pierwsze, żebyś o nic nie prosił króla, ani służących podających do stołu. Po drugie, bez względu na to, co się zdarzy, nie masz prawa zadawać pytań ani się skarżyć. Po trzecie wreszcie, jeśli król cię zapyta, czy potrawy smakują ci, masz je chwalić. Nawet w wypadku, gdyby były niesmaczne. Czy będziesz o tym pamiętał?
— Jak najbardziej.
— A teraz uważaj! Do kolacji pozostała godzina. Zaprowadzę cię tymczasem do pokoju gościnnego, gdzie będziesz czekał, aż cię zawołam. Ochmistrz zaprowadził go do pokoju przylegającego do kuchni. Przez otwarte drzwi Buzi mógł widzieć, jak kucharze szykowali potrawy do czekającej go kolacji. Zapachy przyjemnie łaskotały podniebienie. Raz po raz Buzi zrywał się, aby wejść do kuchni i coś przekąsić, ale strach przed królem powstrzymywał go. I tak doczekał chwili, kiedy  ochmistrz wprowadził go do pokoju, w którym stał stół i przy nim dwa krzesła. Na jednym siedział już król:
— Usiądź, przyjacielu — powiedział król — i jedz, ile tylko dusza twoja zapragnie. Nie wstydź się.
Buzi usiadł na krześle i po chwili sługa wniósł ogromny talerz ryb. Talerz postawił przed Salomonem, który od razu zabrał się do jedzenia. Jadł z apetytem i co chwila wykrzykiwał: „Co za rozkosz! Co za smaczna ryba! Prawdziwa pycha!” Kiedy talerz był już prawie pusty, sługa postawił przed Buzim drugi talerz ryb. Nim jednak Buzi zdążył sięgnąć po rybę z talerza, zjawił się drugi służący, który zabierając talerz króla, zabrał jednocześnie talerz Buziego. Buzi chciał zaprotestować, ale przypomniał sobie słowa ochmistrza.
To samo powtórzyło się przy następnym daniu. Sługa postawił przed królem talerz zupy z migdałami. Król Salomon z rozkoszy aż mlaskał językiem, a nieszczęsny Buzi dalej czekał na swoją kolej. Tymczasem król uporał się z zupą i sługa postawił przed Buzim talerz migdałowej zupy. Szybko chwycił za łyżkę, ale w tej samej chwili zjawił się następny służący, który sprzątnął ze stołu pusty talerz króla i nie napoczęty talerz Buziego.
Z pieczystym rzecz miała się tak samo. Najpierw podano królowi pieczoną kurę, a gdy ją zjadł, Buziemu także podano kurę i nim się do niej zabrał, zjawił się nowy służący i sprzątnął mu ją sprzed nosa razem z pustym talerzem króla. Nerwy zaczęły Buziemu odmawiać posłuszeństwa. Był głodny i wściekły. Gdyby spojrzenie mogło zabić, sługa byłby już martwy, ale strach nakazywał milczeć.
Kolacja ciągnęła się długo. Na stole pojawiały się coraz to nowe dania, ale cóż z tego, kiedy Buziemu uciekały sprzed nosa. Na koniec król, jakby nigdy nic, zapytał Buziego:
— Jak ci smakowały nasze potrawy?
— Bardzo — odpowiedział Buzi.
— Cieszę się, że ci smakowały.
— Smakowały to zbyt słabe określenie. To była prawdziwa rozkosz.


Wstali od stołu i śmiertelnie głodny Buzi chciał natychmiast pobiec do domu, aby się wreszcie najeść, ale król go zatrzymał:
— Nie, mój przyjacielu, tak szybko nie możemy się rozstać. Zaraz przyjdą muzykanci.
I rzeczywiście, wkrótce zjawili się muzykanci i zaczęli grać. Buziemu nie było do muzyki. W brzuchu kiszki grały mu marsza. Dotychczas nie miał pojęcia, co to jest głód. Po koncercie Buzi zaraz zabrał się do wyjścia, ale król go znowu powstrzymał.
— Nie, mój przyjacielu. Jest już zbyt późno, aby samemu w ciemnościach chodzić po mieście. Zostaniesz u mnie na noc. Łóżko już czeka. Buzi wiedział, że zaproszenie króla równa się rozkazowi. Chcąc nie chcąc musiał zanocować w pałacu. Głód targał nim tak, że nie był w stanie zmrużyć oka. Leżał więc i myślał. Dlaczego król zaprosił go na kolację, nie dając mu możliwości skorzystania z niej? Po rozważeniu wszystkich możliwych przyczyn doszedł do wniosku, że król chciał mu dać do poznania, czym jest głód. Dotychczas nie miał zielonego o nim pojęcia. Zawsze był syty, a jak wiadomo, syty głodnemu nie wierzy. Poczuł teraz smak głodu i wyciągnął wniosek. Musi się zmienić. I faktycznie, od tego czasu Buzi zmienił się nie do poznania. Stał się dobry dla swoich sług i dla wszystkich ludzi.

Hmmm… Wydaje się, że nowe szaty króla uszyli krawcy z Baratarii. Bo w Baratarii rzecz z jedzeniem miała się tak:

Po rozsądzeniu spraw zaprowadzono Sanchę do pałacu umeblowanego kosztownie; gdy wszedł do sali jadalnej, odezwała się radosna muzyka połączonych kunsztownie instrumentów — podano mu złotą miednicę; umywszy się z wielką powagą, nasz gubernator zasiadł do stołu, przy którym jedno tylko było nakrycie.
Za krzesłem Sanchy stanął doktór nadworny z fiszbinowym pręcikiem w ręce. Kapelan pobłogosławił stół, zdjęto wierzchni obrus i ukazały się rozmaite najwyborniejsze potrawy z mięsa, jarzyn, ciast i owoców.
Zdziwiony Sancho zapytał, co na tej wyspie do jedzenia używają: języka, czy oczu?
— Wasza dostojność darować raczy — ozwie się człowiek z pręcikiem — jestem doktorem nadwornym waszej wysokości i płatny jestem od rządu za to, abym zdrowia waszego przede wszystkim pilnował i nie dozwolił mu jeść nic takiego, co by przyczyną choroby organizmu stać się mogło. Rozkazałem sprzątnąć owoce dlatego, że mają za wiele wilgoci w sobie i studzą krew. Mięsiwa zaś były nazbyt przesycone korzeniami, więc wzbudzające pragnienie, a kto napojów w znacznej używa ilości, ten niszczy i wysusza wilgoć żywotną swojego organizmu.
— Jednakże mogę zjeść te kuropatwy pieczone? — zapyta Sancho.
— Niepodobna, jaśnie wielmożny panie, tego dozwolić żadnym sposobem nie mogę.
— I dlaczego to? — zapyta Sancho.
— Bo wielki mistrz nasz Hipokrates powiada w swoich aforyzmach. Omnis saturatio mala, perdicum autem pessima, a to znaczy, że każda niestrawność, a mianowicie od kuropatw powstała, najgorsze skutki sprawia.
— Dobrze, mości doktorze — rzecze Sancho — każ więc zdjąć te wszystkie niebezpieczne potrawy, a zostawić takie, które jeść mi wolno i potem nie machaj laseczką i nie przeszkadzaj mi, gdyż głodny jestem niezmiernie, a przecież medycyna na głodową śmierć skazać mnie nie ma zamiaru.
— W rzeczy samej, wasza wysokość ma słuszność — odpowie doktor — niech więc jeszcze i te zające zdejmą ze stołu, pieczeń cielęca mogłaby ujść jeszcze, gdyby inaczej była przyprawiona.
— A ta duża misa — przerwie Sancho — z której tak obficie para wychodzi, jest to zapewne bigos z rozmaitych mięsiw złożony, dlatego sądzę, że wybiorę sobie z nich takie, które dla mego żołądka właściwe będą.
— Niech Bóg uchowa waszą wysokość od skosztowania kiedykolwiek bigosu; jest to potrawa, którą tylko kanonicy, zakonni bracia i chłopi jedzą, lecz oni mają strusie żołądki! Dla gubernatorów trzeba delikatne wybierać potrawy, dlatego sądzę, że na dziś może wasza wysokość zadowoli się tymi dwiema miseczkami delikatnych konfitur ze smażonych pigw, można by do tego kazać zrobić naprędce małą porcję zupy z dyni, która, zwłaszcza osłodzona, jest nader praktycznym pokarmem.


Sancho wysłuchał cierpliwie mowy doktora i oparłszy się o poręcz krzesła, zapytał go z przytłumionym gniewem:
— Mości doktorze, gdzie uczyłeś się swojego kunsztu, jeśli łaska?
— Nazywam się Pedro Rezio de Aguero do usług waszej wysokości. Rodziłem się w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar del Campo, doktoryzowany zaś jestem w uniwersytecie w Osuny.
— To dobrze — rzecze Sancho — a więc, panie doktorze Pedro Rezio de Augero, urodzony w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar, umykaj mi czym prędzej z oczu, bo inaczej wezmę kawał postronka lub kija i tak ci skórę obłożę, że ci się rodzona babka przyśni i zapowiadam ci, że ciebie i takich wszystkich zbójeckich doktorów na całej wyspie wywieszać rozkażę. Raz jeszcze powtarzam, uciekaj pókiś cały, albo ci tym krzesłem łeb rozbiję, że od razu pójdziesz na tamten świat douczać się głodnej kuracji, tym sposobem wybawię naród od rozbójnika, co kunsztu swego niegodnie używa. A teraz niech mi natychmiast jeść podadzą lub niech odbiorą, do diabła, całe gubernatorstwo; urząd, co chleba nie daje, diabła wart!
Przestraszony doktor słowami i gestem Sanchy już naprawdę zabierał się do ucieczki, gdy wtem dał się słyszeć na dziedzińcu pałacowym odgłos pocztowej trąbki. Był to kurier, przysłany od księcia w interesie stanu. Gubernator wziął spory pakiet, urzędowną opatrzony pieczęcią i podał intendentowi, który przeczytał adres jak następuje: „Don Sanchy Pansa, gubernatorowi wyspy Barataria, do własnych rąk lub jego sekretarza”.
— A gdzież mój sekretarz? — zapyta Sancho.
— Ja jestem, do usług waszej wysokości — odpowie jakiś młodzieniec — umiem czytać i pisać, jestem Biskajczyk.
— Tęgą masz minę i mógłbyś służyć za sekretarza u samego sułtana nawet — rzecze Sancho. — Otwórz więc paczkę i zobacz, co tam jest.
Nowy sekretarz przeczytał list i oświadczył, że interes wymaga tajemnicy. Sancho rozkazał odejść wszystkim, wyjąwszy intendenta i marszałka dworu, a sekretarz czytał co następuje:

„Otrzymałem doniesienie, panie don Sancho Pansa, że w jednej z tych nocy nieprzyjaciele twojej wyspy i moich państw chcą, zdradą podszedłszy cię, pokonać lub wypędzić. Należy więc mieć się w każdej chwili na baczności. Dowiedziałem się również przez szpiegów, że czterech uzbrojonych ludzi, przebranych w wieśniacze suknie, weszło do do miasta waszego w celu zamordowania pana lub otrucia go. Bystry umysł i trafność sądu, jaki okazałeś w pierwszym dniu rządów swoich, przejął obawą i zawiścią nieprzyjaciół. Radzę ci, panie gubernatorze, baczyć na każdy krok swój i nie jeść żadnych potraw, chyba, przekonawszy się poprzednio, że nie są zatrute.
Bądź zdrów, oczekuję wszystkiego po twojej przezorności, a w razie niebezpieczeństwa z pomocą pośpieszyć nie omieszkam. Dnia 16 sierpnia, o czwartej z rana.
Wasz dobry przyjaciel,
Książę”

Sancho, nie mniej jak wszyscy słuchacze strwożony, rzecze natychmiast do intendenta:
— Zdaje się, że trzeba doktora Rezio wtrącić do więzienia, boć ten zapewne bardziej niż inni czyhał na moją zgubę, chcąc mnie dziś głodem umorzyć.
— I mnie się zdaje, że należało by strzec się każdego i wszystkiego — rzecze intendent — obiadu zaś tego jeść waszej wysokości nie radzę, bo niektóre potrawy przysłane w podarunku zostały, a wiecie dobrze, że diabeł często pod drzewem siada.
— Dajcie mi tymczasem kawał chleba i sera — rzecze Sancho — niepodobna bowiem, abym głodnym pozostał, a w tak ordynarne pożywienie wrogi wrogowie trucizny nie włożyli. Ty, mości sekretarzu, odpisz jego książęcej mości, że wszystkie jego rozkazy będą wykonane, ucałuj też ode mnie rączki księżnej pani i proś, aby list razem z zawiniątkiem, które zostawiłem, do mojej żony Teresy Pansa posłać raczyła. Nie zapomnij również pokornie pokłonić się ode mnie wielmożnemu Don Kichotowi z Manchy, aby nie wziął mnie za niewdzięcznika; upstrzyj to wszystko razem, okraś pięknie i tak odpraw posłańca. A teraz każcie mi dać jaki bądź posiłek, bo chcąc się do boju przygotować, trzeba przede wszystkim dobrze napełnić żołądek, a skoro nie będę głodnym, drwię sobie ze wszystkiego.

Barataria 19 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria – zakończenie

Silvio Gesell (i Ewa Maria Slaska)

Jak upadła wolna republika Barataria i zniknął ostatni “wolny pieniądz” cywilizowanego świata, a pojawiło się złoto

Baratonowie…

Zanim powiem, co dalej, muszę zauważyć, że nazywanie mieszkańców Baratarii Baratonami niezbyt mi się podoba i chyba wolałabym ich nazywać Baratarianami, brzmiałoby to szlachetnie, jak pretorianie, ale autor (czy tłumacz) nazywa ich po niemiecku Baratonami i postanowiłam się dostosować zastosowanego w jego rozprawie duktusu językowego.  

Baratonowie zatem, jak zdążyliśmy się zorientować, byli ludkiem zapobiegliwym i gospodarnym, ale niestety nie nazbyt rozumnym. Pewne decyzje dotyczące zasad wręcz egzystencjalnych, podejmowali kierując się nieobliczalnymi powodami. Najpierw – z powodu smrodu guana – wybrali ziemniaki jako podstawę swego systemu monetarnego. Potem, znowu z powodu smrodu, choć tym razem na odmianę śmierdziały im gnijące kartofle (a przecież pecunia non olet, non olet!) przerzucili się na walutę w postaci orzeszków piniowych, która miała niby to przypominać “pieniądz muszlowy Hotentotów”, ale tak naprawdę była znacznie mniej pewna, bo mógł ją nadgryźć nie tylko ząb czasu, lecz też ząb każdej zwykłej wiewiórki czy głodnego szczura.


Podstawa dotychczasowego systemu monetarnego Baratarii – szyszka pinii, z której pozyskuje się nasiona (orzeszki) piniowe.

Zanim jednak przydarzył się kataklizm w postaci napadu wiewiórek na bank narodowy, Baratonowie przerzucili się z pieniądza podlegającego zniszczeniu na zwykły, pospolity pieniądz dający się tezauryzować, stosowany w każdym cywilizowanym kraju, gdzie z powodzeniem niszczył wszystkie objawy wolności. Tym razem powodował nimi nie tyle wysublimowany zmysł węchu, co zwykła ludzka ciekawość (ciekawe, co będzie? no, ciekawe, co będzie?), która w połączeniu z bezdenną głupotą uczyniła ich ofiarami zwykłej demagogii.

Demagog to postać dobrze nam znana, w końcu i u nas to on doszedł do władzy, pozornie wcale jej nie sprawując. Demagog obiecuje i to jest jego główna siła. To że obietnice się nie spełnią lub że obrócą się na pohybel wyborcom Demagoga, nie ma nic do rzeczy. Wyborcy Demagoga bowiem nie powodują się myśleniem, lecz chceniem. Na Baratarii Demagog nazywał się Carlos Marquez i był niewątpliwym specjalistą w odwracaniu kota ogonem, mydleniu oczu i szafowaniu nieprzebraną ilością nic nie kosztujących abstrakcji takich jak patriotyzm, duma narodowa i dobra zmiana. Po 25 latach wspaniale prosperującej gospodarki głosami głupców i frustratów postanowiono zmienić formę gospodarki, zastąpić pieniądz zniszczalny pieniądzem niezniszczalnym, zgodnie z propozycją Carlosa Marqueza.

Przypomnijmy tu może, że stary rzymski tytuł markiza oznaczał dowódcę władającego terenami nadgranicznymi. Margraf, Margrabia, Markiz, Marquese to obrońca naszych cywilizacyjnych rubieży przed naporem wroga. Jakiego, to już określi czas. W starożytnym Rzymie byli to Germanie, w zgermanizowanym Rzymie – Hunowie, w państwie Germanów Słowianie, w średniowiecznej Europie, która wchłonęła już Słowian – Mongołowie i tak dalej… Marchia czyli Przedmurze.

No dobrze, ale tak między nami mówiąc, Carlos Marquez może być nie tylko symbolem obrońcy naszych swojskich granic, ale jest też – być może – po prostu Karolem Marksem na opak. Bo wszystkie propozycje Marqueza prowadzą do tego, by zrealizować znany Marksowi model gospodarki, bezlitosny kapitalizm angielski z XIX wieku. Marquez proponuje bowiem wprowadzenie sytuacji, w której podział społeczeństwa na klasy, czy ściślej rzecz biorąc, na biednych i bogatych, jest skutkiem pewnej określonej formy własności ‑ prywatnej własności środków produkcji ‑ która umożliwia “wyzysk ludu pracującego miast i wsi” przez właścicieli środków produkcji.

Zgodnie z propozycją Marksa ustalono, że pieniądz podlegający zębom szczura, zostanie mimo to uznany za pieniądz niezniszczalny. Był to, jak pisze Gesell, najczarniejszy dzień w historii Baratarii, dzień w którym doprawdy, zgodnie z Talmudem, “małe drewienko zapaliło duże drzewo”. Wszyscy chceli zamienić swoje zapasy na pieniądz, każdy chciał sprzedać wszystko, co miał, nikt nie chciał nic kupić. Po tygodniu pojawiła się firma Bankiera – był rzecz jasna poplecznikiem Markiza – która zaczęła po niskich cenach kupować najlepsze i najpotrzebniejsze towary, które potem… Czyż trzeba opowiadać, co było dalej? Jak przyszedł przednówek i nie było nasion pod zasiew, i trzeba je było kupić po niebotycznych cenach u lichwiarza czyli Bankiera? Jak brakło pieniędzy na zakup i trzeba było kupować na kredyt? Jak kredyt został oprocentowany i pojawiły się procenty od procentów? Jak pojawiły się głód, bieda, bezrobocie, pijaństwo, frustracja, prostytucja, praca dzieci, płacz i zgrzytanie zębów? I mała grupka bogatych, z których najbogatszy był Bankier…

Dobry Boże, zapisał kronikarz, cóż za głupotę zrobiliśmy. Ani trzęsienie ziemi, ani powódź, ni wojna i ni zaraza, jeśli by nas nawiedziły, nie zrobiły by nam gorszej krzywdy niż te pozornie nieszkodliwe zmiany, jakie zasugerował nasz teoretyk. Wstrząsnął podstawami naszej gospodarki, zachwiał stosunki społeczne, zniszczył wszystko tak doszczętnie, że tylko gruz pozostał. Naród wyżywa się we wzajemnej nienawiści, jest zakłamany, uzależnionych od nałogów, a z chrześcijaństwa, którym sobie gębę wyciera, pozostała tylko nazwa. (…) Demokracja to nie jest tani towar na jarmarku, może ona i owszem sprawić, że państwo i społeczeństwo bądą przeżywały prosperity, ale tylko pod warunkiem, że cały naród zada sobie trud dogłębnego zbadania spraw państwowych. Ale tej prac Baratanie chcą sobie zaoszczędzić, wolą siedzieć w knajpie i wymądrzać się przy piwie…

Czy można się dziwić, że w pewnym momencie wszechwładny Bankier został królem i pojawiły się partie, gazety, szkoły, uniwersytety, policja i związki zawodowe, które miały za zadanie utrzymywać biednych w ryzach i baczyć, by nie zrozumieli, co jest powodem ich nędzy. Powstał też parlament, którego zadaniem było zapobieganie wszelkim próbom poprawy ich doli.

Eksperyment z wypróbowywaniem na wyspie wszystkich modelów gospodarki trwał 60 lat: przez 10 lat rządził komunizm, 25 lat było okresem wolnego pieniądza i 25 lat zużyto na realizację modelu nieludzkiego wyzysku kapitalistycznego.  W roku 1670 Baratarię odkryli Anglicy. Tak jak na całym świecie, tak i w królestwie rządzonym przez Króla-Bankiera, wprowadzono do obiegu złoty pieniądz. Nic to nie zmieniło w położeniu biednych i głupich, a może je nawet pogorszyło. Bo teraz każdemu biedakowi wydawało się, że jeśli tylko zdobędzie złoto albo 500 złotych…

Barataria 18 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria

Spotkaliśmy się z nim już w zeszłym tygodniu.

Silvio Gesell

w książce Cudowna Wyspa Barataria wykłada podstawowe zasady gospodarki pieniężnej tak, by ją pojął każdy głupi.  Tłumaczyła i skróciła to dla Was, Drodzy Czytelnicy, Ewa Maria Slaska

Z życia Baratonów

 Wyspa Barataria leży na tej samej szerokości geograficznej, o 360 stopni na zachodni wschód od wyspy Utopia. Nazwana została tak dlatego, że barato znaczy tani, a wszystko było niesamowicie tanie na Baratarii. Ale nie w lichwiarskich sensie, kiedy to otrzymujesz dużo towarów za mniejsze pieniądze – bo to nie oznacza, że korzyści miałby producent, lecz przeciwnie, musi on oddawać swoje towary za małe pieniądze. Nie, na Baratarii wszystko było tanie i należy to rozumieć w duchu polityki społecznej – lud pracujący, bez wyjątku, otrzymywał dużo, choć musiał po temu wykonać mało pracy. Zagadkowe, wiemy, ale spróbujemy to wyjaśnić.

Wyspa została skolonizowana w 1612 roku przez 500 hiszpańskich rodzin. Wracały do domu, a że ich statki zniknęły bez śladu, w Madrycie przyjęto bez zastrzeżeń, że koloniści zginęli wraz ze swoimi karawelami. O wyspie zapomniano, co sprawiało że przez długi czas Baratanowie żyli całkowicie odcięci od świata.

Przypomnijmy, że w tym właśnie czasie nasz Sancho Pansa zarządzał w Hiszpanii wyspą Barataria. Cervantes pisał o sierpniu roku 1612, Zitzenbacher wręcz o roku 1600. Pierre i Jean Laffitte, koloniści francuscy i słynni piraci, zajęli prawdziwą bagnistą wyspę Baratarię, położoną w płytkich wodach Zatoki Nowoorleańskiej,  jeszcze w stylu wieku XVIII, ale już w roku 1803 czyli dopiero dwa stulecia później.

Wzorem najlepszych powieści szkatułkowych w tym miejscu pojawia się nowe źródło, z jakiego czerpiemy wiadomości o życiu Baratonów – Kroniki probostwa Villapanza czyli Miasta Pansy. Prawdziwa, położona w pięknych ogrodach Villa Panza znajduje się we włoskim mieście Varese i nie ma probostwa, ale daruję już Czytelnikowi dalsze wycieczki tym nowym tropem. Wracamy do naszych baranów. Jak się potem okaże, Villapanza jest stolicą wyspy…

Początkowo Baratarianie stosowali gospodarkę komunistyczną. Ale już w 10 lat po tym, jak koloniści wylądowali w Baratarii, zostali oni wezwani przez nauczyciela Diego Martineza, aby omówić wprowadzenie gospodarki opartej na własności prywatnej. Wezwanie  to brzmiało następująco:

Uwaga, pojawia się kolejny narrator,  tym razem uczestnik omawianych zdarzeń. Policzmy więc: Cervantes opowiada historię Don Kichota, jego imitator Alonzo Fernandez de Avellaneda naśmiewa się z niej, na co Cervantes po 10 latach odpowiada w roku 1614 drugą częścią, gdzie to Sancho Pansa wskutek okrutnego żartu Księstwa Villahermosa, zostaje gubernatorem wyspy Barataria. Jednocześnie koloniści hiszpańscy na Karaibach zakładają osadę na wyspie, nazwaną przez nich Barataria. Niejaki Juan Acratillo, co się wykłada Jan Bezpański, w  roku 1675 opowiada ich dzieje w pewnym rękopisie, opierając się jednak na kronikach proboszcza miasta Villapanza, stolicy wyspy, ten zaś korzysta z relacji nauczyciela z Baratarii Diego Martineza. Pedro Tramposo (Piotr Oszust), odnajduje rękopis, Klaus Rosenfeld go tłumaczy na niemiecki, Silvio Gesell wydaje tę historię drukiem, i wreszcie ja, tłumaczka i interpretatorka światowych tropów wiodących do i z Baratarii, Ewa Maria Slaska. Jestem dziesiątą narratorką. I każdy z nas, na każdym etapie mógł tę opowieść wymyślić, przeinaczyć lub nagiąć do swoich celów. Celem Silvio Gesella jest udowodnienie, że kapitalizm i socjalizm są do niczego, a jedynym wartym uwagi sposobem gospodarowania jest “wolny pieniądz”. W jego imieniu Diego Martinez, nauczyciel wiejski tworzy manifest:

Gospodarka komunistyczna, której do dziś pozostaliśmy wierni, z pewnością pozwoliła nam osiągnąć więcej, niż większość z nas się spodziewała, ale nie może ona spełnić wszystkich naszych oczekiwań, nie zapewnia nam bowiem pełnej osobistej wolności, niezależności i poczucia odpowiedzialności. Jako że koszula jest bliższa ciału niż spódnica, tak samo jest z egoizmem i altruizmem, z instynktem samozachowawczym i instynkte zachowania gatunku. Nie wszyscy w jednakowym stopniu ponosimy odpowiedzialność za wszelkie nasze działania i lub ich zaniechanie. Niech ktoś przez niewagę zostawi jedno z narzędzi na polu, niech ktoś inny źle zadba o chorego konia, niech ktoś lekkomyślnie igra z ogniem, zbuduje dom na wadliwych fundamentach czy źle zaplanuje jego budowę. Nie ma sprawcy szkody, ale mimo to własność publiczna ponosi szkodę. Codziennie tracimy przez zaniedbanie. Siano wczoraj nie zebrane, przemarzło, podobnie stało się z truskawkami, bo nikomu nie chciało się podjąć trudu, aby ochronić je przed przymrozkiem. Nikt nie chce pracować szybciej niż inni – już chociażby dlatego by tych innych nie zawstydzić – ci, co pracują najwolniej, nadają tempo wszystkim. Kiedy gruby Gomez ogłasza koniec pracy, wszyscy porzucają narzędzia, tam gdzie ich akurat używali. Dzieje się u nast tak, jak to ma miejsce w plątaninie zbyt wąskich uliczek, gdzie wół  obładowany wielkimi koszam zatarasuje drogę wszystkim innym pojazdom i narzuci im tempo posuwania się naprzód. Inaczej by było, gdyby każdy miał prawo własności do tego, co produkuje własną pracą. Wiele można by zrobić inaczej i lepiej. Dziś jednak, jeśli chcemy zrobić coś lepiej, musimy najpierw uzyskać zgodę towarzyszy w długiej i szerokiej debacie. W gadaninie zatraca się zwykle najważniejszy sens proponowanej zmiany, a pamiętajmy, że i tak uzyskasz tylko to, co zrozumie większość, a wiemy, że nie jest to dużo. Rzeczy, które dla ich zrozumienia wymagają pogłębionej analizy, nie można rozstrzygać demokratycznie. Nasi wynalazcy pozostają więc bezczynni, bo wiedzą, że nie uda się im uzyskać zgody na dalsze badania. Dla większości to, czego nie znają, na zawsze pozostanie utopią.

Oczywiście słownictwo i problematyka tego wezwania nie mogły wyjść spod piór autorów żyjących w XVII wieku na tropikalnej wyspie Barataria. Zmarnowane siano  czy truskawki zwarzone przez nocny przymrozek to doświadczenia Silvia Gesella z pobytu w utopijnej komunie producentów owoców Eden w Oranienburgu koło Berlina. Anachronizmy i lokalny koloryt z regionu Brandenburgii pojawiają się w całym tekście. Baratoni wprowadzają prywatną własność ziemi, podział usług i wyrobów, a zatem będą potrzebowali pieniądza, którego siłę nabywczą obliczać się będzie w ziemniakach, bo jest to najłatwiej dostępny i najważniejszy produkt lokalnego rolnictwa. Martinez obiecuje Baratonom, że pieniądz zaspokoi ogólne pragnienie wolności, własności, odpowiedzialności i samodzielności.

Przez moment zastanawiano się nad tym, czy by jednak nie wprowadzić pokrycia pieniądza w guanie, jako że było ono na wyspie jeszcze łatwiej dostępne niż ziemniaki, w końcu jednak zwyciężyła frakcja ziemniaczana, a to dlatego że w głosowaniu mężczyźni opowiedzieli się wprawdzie niemal jednogłośnie za guanem, ale kobiety – z przyczyn estetycznych – wybrały ziemniaki, a kobiet było więcej. Bank wymieniał ziemniaki na papierowy pieniądz, a pieniądz na ziemniaki. Jednostką wagi przy wymianie był centnar, co nadało też nazwę barataryjskim banknotom. Ciekawostką niech będzie fakt, że inicjator reform został dyrektorem narodowego banku ziemniaczanego.

System monetarny Baratarii zdecydowanie lepiej odpowiadał by zasadzie “towar za pracę” niż jakikolwiek system oparty o ekwiwalent pieniądza w złocie, ponieważ w okresie kryzysu można było po prostu produkować więcej ziemniaków, czego ze złotem już się nie da zrobić. Ziemniaki miały oczywiście tę wadę, której złoto nie miało, a mianowicie podlegały zniszczeniu. I była to największa zaleta tej waluty tak jak każdego “wolnego pieniądza”. Według obliczeń Martineza były to straty w wysokości 20%, co jednak w niczym nie zmieniło siły nabywczej papierowych centnarów. Po dwóch latach zrezygnowano wręcz z wymiany 1 centnara monetarnego na 100 kilo ziemniaków.  Pokryciem pieniądza były tylko i wyłącznie towary, które zostały wyprodukowane i  znajdowały się na rynku. Ciekawostką systemu Gesella-Martineza była propozycja, żeby wszystkiemu nadać wartość pieniężną, również pojęciom abstrakcyjnym, takim jak demokracja.

Z uwagi na problem z przechowywaniem w sejfach banku kartoflanego gnijących a zatem cuchnących kartofli niezmorodowany Martinez zaproponował po kilku latach zmianę systemu na, jak to określił, “coś w rodzaju pieniądza muszlowego Hotentotów” (tak, tak, Muschelgeld der Hottentotten! w dzisiejszych czasach sformułowanie z uwagi na political incorrectness absolutnie niedopuszczalne) czyli na pestki szyszek pinus moneta (sosny pieniądzodajnej), zwane potocznie orzeszkami piniowymi. Późniejsi komentatorzy zaproponują wręcz, by pieniądz piniowy – Pininegeld – nazwać… Pinunzen, pieniądze, ma to sens, bo nazwy są podobne w brzmieniu, ba, twierdzi dalej pan Starbatty, zachodzi nawet podejrzenie, że owo używane w… dialekcie szwabskim słowo pochodzi od słowa pinia. O tym, że jest to polskie określenie pieniędzy komentator nic nie wie, podobnie nie wie, że jest to zniekształcone słowo fenig, co było groszem niemieckim, ale wybaczmy mu, bo nie wie też, że Barataria to wyspa z powieści Don Kichot i że Villapanza to miasto naszego miłego giermka, Sancho Pansy…

To nie jest pieniądz z Baratarii tylko srebrna kanadyjska dwudziestodolarówka z kolorową gałązką sosny nabrzeżnej (Pinus Contorta) (no ale, co wolno wojewodzie…). Na świecie znajduje się 8500 takich monet.

Na wyspie – i to w samym jej środku rosło drzewo (Eden! Eden!). Była to jedyna tutejsza pinia, (choć podobno na Madagaskarze rosną nieprzebyte lasy sosny monetarnej). Otoczono ją murem i tak to elegancki i schludny obiekt dendrologiczny zastąpił smrodliwe na przednówku skarbce ziemniaczane. Te zostawiono zresztą tam, gdzie były, wychodząc z założenia, że ich całkowity rozpad będzie oznaczał abstrakcyjne przejście wartości zawartej w ziemniakach na wartość orzeszków piniowych. Autor dodaje, że choć nikt w Baratarii nie rozumiał, o co chodzi, Baratoni i tak zaakceptowali te propozycje.

Wszystkie reformy wprowadzone przez niestrudzonego Diego Martinez nieodmiennie prowadziły do dalszego wzrostu powszechnego dobrobytu, który, o dziwo, “wcale nie rozpadał się na bogactwo i nędzę, jak to się dzieje w systemach opartych o pieniądz niezniszczalny”. Nie było kryzysów i bezrobocia. Niewiele było też przestępstw, a niezależnie od tego, co było monetą obiegową, od pożyczek nie pobierano procentu, ani na konsumpcję ani na inwestycje. Było to w pełni zrozumiałe, lepiej bowiem pożyczyć komuś centnar ziemniaków lub kilo orzeszków i otrzymać za rok w takiej samej ilości świeży towar z nowych zbiorów, niż trzymać swą własność w sejfie, gdzie mogła spleśnieć, zgnić lub zeschnąć.

Bezprocentowy pieniądz pozwalał tanio produkować, tanio budować i tanio inwestować. Jedynie handel pobierał niewielki procent, który był ceną za produkt z jego pomocą wytwarzany, czyli transakcje kupna-sprzedaży. Nie było oszczędności, bo psujący się pieniądz nie dawał się oszczędzać, i bardziej się opłacało zamieniać go na zapasy towarów…

Zauważmy, że ktokolwiek naprawdę był autorem tych rozważań, a był nim najpropodobniej jednak Gesell, zapisał on je na dobre pół wieku zanim niejaki Nixon (prezydent zresztą) zwolnił bank USA z obowiązku wypłacania każdemu za każdego dolara jego ekwiwalentu w złocie. Wszystkie więc dalsze rozważania na temat dystopijnej gospodarki Baratarian jako modelu dającego się z powodzeniem zastosować zawsze i wszędzie, już się chyba zdezaktualizowały. Ale w latach 30 eksperyment można jeszcze było swobodnie ralizować i przypominam, że się powiódł – pisałam już tydzień temu o austriackim miasteczku Wörgl.

Powiedzmy więc tak, był moment w naszej historii, kiedy jeszcze mogliśmy zrezygnować z kapitalizmu i socjalizmu i wprowadzić na świecie wolny pieniądz.

Ale niestety, zarówno w Wörgl jak i w Baratarii zarzucono w pewnym momencie ideę niszczejącego pieniądza, a jak to się skończyło – wiemy, w realnym miasteczku wolny pieniądz został zakazany, w Baratarii…

Ciąg dalszy za tydzień 🙂

Barataria 17 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria (kraj taniochy)

Ewa Maria Slaska (2017) / Silvio Gesell (1922) / Juan Acratillo (1675)

Kraj taniochy

Inne możliwe tytuły: Zdziwiony marksista czyli Cudowna Wyspa Barataria… Może jednak nie marksista tylko socjaldemokrata… A zresztą… Bo wszystko, jak przystało na Baratarię, jest pomieszaniem z poplątaniem i zajęło mi dużo czasu, zanim zdołałam rozsupłać tropy splątane nie gorzej niż przygody Alfonsa van Wordena w Rękopisie znalezionym w Saragossie (patrz odcinek 15).

Pierwszym autorem opowieści o Kraju taniochy miałby być Hiszpan Juan Acratillo, który w drugiej połowie XVII wieku dokonał analizy gospodarki pieniężnej… Ale to fałszywka, bo naprawdę rozprawkę napisał Belg Silvio Gesell. (Obecnym) Wydawcą jest STRO Social TRade Organisation. Obiecuje ona m.in. uczciwe zarabianie pieniędzy, które nazywa własny pieniądz lub inny pieniądz, a jej celem jest wspieranie gospodarki lokalnej.

Acratillo, ten pierwszy w dzisiejszym wpisie nieistniejący autor o mówiącym nazwisku, to A-Kratus, człowiek negującą wszelką władzę. Jeden z opisywanych przez niego reformatorów gospodarki pieniężnej nazywa się Carlos Marquez (żyjący pół wieku wcześniej niż ten “nasz” Marquez, Gabriel Garcia) to z kolei Karol Marks.

Prawdziwy autor rozprawki, Silvio Gesell, Belg, był niemieckim utopistą. Urodził się w roku 1862, zmarł w roku 1930 w, co istotne, Komunie Producentów Owoców Eden koło Berlina (Obstbau-Genossenschaft Eden). Eden został założony w roku 1893 przez 18 niemieckich jaroszy i była to pierwsza w pełni wegetariańska osada na terenie Niemiec. Jej celem było wspieranie dobrych form życia. Niestety, jak to często bywa ze wspaniałymi założeniami teoretycznymi, w okresie międzywojennym Eden na jakiś czas opanowali antysemici i zwolennicy dobrego, prostego, niemieckiego życia w duchu aryjskim. Komuna przetrwała jednak tę faszystowską fazę, istnieje do dziś i żyje tam obecnie 1500 osób. Silvio Gesell mieszkał w Edenie od roku 1911 do początku I wojny światowej oraz trzy lata od roku 1927 do śmierci.

Carlos Gesell, syn Silvia był jak ojciec szalonym utopistą pragmatycznym, ale opowiemy o nim dopiero za jakiś czas, bo na razie zajmują nas inne tematy.

Gesell jest twórcą teorii Naturalnego Porządku Ekonomicznego. W ogromnym skrócie jego teorię można wyłożyć następująco: pieniądz jest jedynym towarem na świecie, który się nie psuje, a zatem bez uszczerbku może podlegać tezauryzacji, co pomnaża jego moc. Ci którzy posiadają pieniądz rządzą światem i jedynym sposobem, żeby odebrać im władzę, jest spowodowanie za pomocą opłat dewaluacyjnych, że pieniądz zacznie się psuć i stanie się “wolnym pieniądzem” (Freigeld). Do dziś istnieją, znikają i znowu powstają projekty oparte na gesellowskiej teorii wolnego pieniądza. Około stu takich lokalnych grup istnieje w Japonii. Najsłynniejsza była “komuna” założona w latach 30 w Wörgl w Tyrolu. Eksperyment był pełnym sukcesem (miasto przeżyło okres niezwykłej prosperity), pisze Wikipedia, i osiągnął znaczny rozgłos na świecie. Został przerwany decyzją sądu na wniosek centralnego banku Austrii pod zarzutem naruszenia monopolu emisji pieniądza.

Gesell mieszkał przez wiele lat w Argentynie, pisał po niemiecku i hiszpańsku. Powiastka o Cudownej Wyspie Baratarii została niby to napisana po hiszpańsku i niby to przetłumaczona na niemiecki. Autor twierdzi we wstępie, że jest w tym wypadku zaledwie tłumaczem i nazywa się Klaus Rosenfeld, a rękopis otrzymał od przyjaciela, Hiszpana, niejakiego Pedra Tramposo, który znalazł manuskrypt Acratilla z roku 1675 w Granadzie podczas porządkowania pewnej prywatnej biblioteki. Oczywiście Tramposo to klasyczny wręcz mieszkaniec Baratarii: jego nazwisko znaczy Oszustwo. Tramposo in Barataria czyli…

Rękopis znaleziony w Granadzie

Wstęp
Podział każdego narodu na bogatych i biednych, na wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych jest odwieczny jak kultura i jest jej nieodłącznym towarzyszem. Gdy naród przechodzi na gospodarkę pieniężną, co umożliwi podział pracy, rozpadnie się też na tych, którzy delektują się życiem, i tych, których ono nadmiernie obciążyło.
Dlaczego się tak dzieje? Na to pytanie jest wiele odpowiedzi.
Pierwszą dał Mojżesz, wprowadzając zakaz posiadania i sprzedaży ziemi, pobierania odsetek i zarządzając tak zwany rok jubileuszowy (siódmy, kiedy to niweluje się wszystkie długi i uwalnia niewolników – przyp. mój: adminka). Co ciekawe, na pytanie o przyczyny rozpadu społeczeństw Likurg dał taką samą odpowiedź jak Mojżesz: trzeba wprowadzić niezbywalność gleby i wymienić złoto na bezwartościowy pieniądz żelazny. Obaj wielcy prawodawcy starożytności, Mojżesz i Likurg, oddzieleni morzem i siedmioma wiekami, upatrywali przyczyn rozpadu społeczeństw w złocie i prywatnej własności ziemi. Teraz zaś, po trzech i pół tysiącach lat, po historii ludzkiej pełnej nieopisanego cierpienia, wracamy do tego pytania i musimy powiedzieć, że Mojżesz i Likurg mieli rację. Dezintegracja społeczna narodów jest spowodowana przez prawo posiadanie złota i nieruchomości.

Odcinek zrobił się już bardzo długi, opis życia Baratonów na wyspie Barataria przenosimy siłą rzeczy do następnego poniedziałku. Tu zaledwie przedsmak i to dla tych, którzy znają niemiecki:

Auf dem gleichen Breitengrad wie Utopia und genau 360 Grad ostwestlich dieser Insel liegt die Insel Barataria. So benannt, weil barato billig heißt und weil auf Barataria alles erstaunlich billig war, und zwar nicht in dem wucherischen Sinne, daß man für wenig Geld viel Ware bekam – was für den, der seine Ware für wenig Geld hergeben muß, ja keinen Vorteil hat – sondern billig im sozialpolitischen Sinne, daß alle Arbeiter, ohne Ausnahme, für wenig Arbeit viel Ware eintauschen konnten. Eine rätselhafte Sache, die wir aber erklären werden.

Die Insel wurde 1612 mit 500 spanischen Familien kolonisiert. Auf der Heimreise gingen die Schiffe mit Mann und Maus unter, und so kam es, daß man in Madrid glaubte, daß mit den Schiffen auch die Kolonisten umgekommen seien und man in der Folge die Insel ganz vergaß. So waren die Baratonen lange Zeit gänzlich von der Welt abgeschnitten.

Zauważyliście, moi mili Czytelnicy? Wyspa Barataria leży o 360 stopni na zachodni wschód od wyspy Utopia.