Hi stranger

Hi stranger ist ein Kunstprojekt von Kerstin Lepore, amerikanischer Filmanimatorin, wurde schon von 1,5 Milionen Zuschauer angeklickt. Das geschlechtlose Knetwesen von Lepore sieht wie ein Wurm aus. Ist es ekelhaft oder androgyn modern?

Hi stranger to projekt artystyczny amerykańskiej autorki filmów animowanych Kerstin Lepore. Biała bezpłciowa istota z modeliny wygląda jak blada gąsienica i jest (chyba) odrażająca, ale może raczej wyraża nasze marzenia o androgynicznej ponadpłciowej równości. W każdym razie film obejrzało już 1,5 miliona widzów.

Kobiety na marszu (rozmyślania w sobotę)

civil-march-for-aleppoEwa Maria Slaska

Mierz siły na zamiary czyli pochwała szczytnych celów

Najpierw może pewna uwaga, otóż zorientowałam się ostatnio, że ten cytat z Ody do młodości jest obecnie interpretowany całkiem na odwrót, niż miało to miejsce za moich czasów. My rozumieliśmy to tak, że zamiar czyli cel jest ważny, a sił musisz mieć w sobie tyle, żeby się ów cel dało zrealizować. Musisz je w sobie znaleźć czy wygenerować. Zgadza(ło) się to dokładnie z moją własną filozofią, zawsze bowiem twierdziłam, że jestem słaba fizycznie i nie mam w ogóle siły, poza siłą woli. I że łatwo jest być osiłkiem i pójść na marsz dla Aleppo albo do Santiago de Compostela, ale jak się nie jest osiłkiem ani sienkiewiczowską krzepką dziewuchą, to jest to godny szacunku wysiłek. I tak to widzieli romantycy, bo inaczej czemuż by Mickiewicz dopisał drugą część tego hasła: nie zamiar podług sił?

Ostatnio jednak zrozumiałam, rozmawiając z kimś o pokolenie młodszym niż ja, że mierz siły na zamiary oznacza teraz pragmatyczny bilans i w tej zasadzie nie ma nic romantycznego. Ot raczej drobna porada, nie szalej, nie porywaj się z motyką na słońce…

Biedny Mickiewicz, na co mu przyszło.

Uprę się więc przy mojej interpretacji i powiem, że żadna z kobiet, które poznałam podczas marszu dla Aleppo, nie jest istotą mocarną fizycznie, wszystkie mają natomiast siłę woli i romantycznie mierzą siły na zamiary.

Tu film o marszu. Oczywiście kobiety też są. Pokaże się więcej filmów, wybierzcie Fence.

Oczywiście podstawową kobietą na marszu czy raczej Kobietą Marszu jest Ania Alboth. Bez niej nie byłoby Marszu, to ona go wymyśliła i zrealizowała, pociągając za sobą ponad 2,5 tysiąca ludzi, którzy już z nią w tym marszu szli, i kolejne tysiące, które pomagają ten marsz realizować, dbają o to, by było gdzie spać i co jeść, by media i opinia publiczna wiedziały, co się dzieje, i by uczestnikom marszu… nie było nudno. Ania idzie prawie cały czas, niekiedy jednak “wyskakuje” na chwilę do Berlina, gdzie na stałe mieszka i gdzie przebywają mąż i dwie córeczki. W środę 8 marca była w Berlinie i na zaproszenie grupy Dziewuchy dziewuchom wystąpiła na demonstracji z okazji Międzynarodowego Strajku Kobiet. Opowiedziała o marszu, o tym, dlaczego go powołała do życia i o co jej chodzi (przypominam: o pokój).  Zwróciłam uwagę na ciekawy fragment jej wypowiedzi (cytuję oczywiście z pamięci). Ciągle słyszę pytanie, powiedziała, kto, w czasie gdy ja jestem na marszu, zajmuje się domem i dziećmi? Odpowiadam zgodnie z prawdę, że mąż i że wszystko jest w najlepszym porządku, ale pomyślcie – dlaczego w ogóle media mnie o to pytają? Czy ktokowiek pyta dyrektora, reżysera, polityka, menadżera, kto dba o dom i dzieci, gdy on politykuje, rządzi, reżyseruje czy zarządza? Nie, nikt. Więc dlaczego pyta się o to nas, kobiety?

Dobre pytanie.

Anna by Zala Opara

Marta i Czaj, czyli Kobieta z psem a raczej “z pieską”. Kobieta i “pieska” były już na marszu co najmniej trzy razy, czasem dołącza do nich jeszcze siostra Marty, Olga. Są zawsze uśmiechnięte, pogodne, można by nawet rzec – rozbrykane.

Marta by Janusz Ratecki

Pieska ma na imię Czaj i jest małym, słodkim, mięciutkim pudelkiem.

Człowiek przez całe życie dowiaduje się czegoś nowego. W trakcie marszu Marta opowiedziała mi, dlaczego strzyże się pudle w tak dziwaczny sposób, iż wydawać by się mogło, że wymyślił to z nudów jakiś szalony barokowy książę. Ale nie, sprawa jest poważna. Pudle to psy myśliwskie, przeznaczone czy układane głównie do polowania na kaczki i inne ptactwo wodne. Ale pudle nie mają sierści jak inne psy, tylko włosy tak jak człowiek. Miękkie, gęste, skręcone w loczki. W przeciwieństwie do sierści włosy w wodzie stają się skołtunione i ciężkie. Im ich więcej, tym człowiek (o przepraszam – pies) jest cięższy.  Ale włosy w wodzie grzeją i to lepiej niż sierść. Czyli hodowcy pudli stanęli przed znanym wszystkim kobietom dylematem – jak zrobić, żeby but był z wierzchu mały, a w środku duży? Czyli, jak to osiągnąć, żeby pudel w wodzie miał włosy, bo będzie mu cieplej i ich nie miał, bo mokre za dużo ważą? Stąd się wzięło bardzo specjalne strzyżenie – włosy pozostawia się tam, gdzie mają grzać narządy wewnętrzne, na głowie, piersi, nerkach. I na czubku ogona, żeby pieska było widać, gdy płynie.

Podczas spotkania na temat marszu w Berlinie Marta wygłosiła świetną tezę, że istnieje coś, co musimy nazwać marszowaniem! Tak moi drodze – marszowanie! Maszeruje wojsko, a marszowanie to czynność społeczna.

Magda Bębenek. Już o niej TU pisałam (dlatego, podobnie jak Ania Alboth, występuje tu z nazwiskiem), ale przede wszystkim jako autorce książki, w której radzi kobietom, by wzięły swój los w swoje ręce. Dokładnie według romantycznej zasady, że trzeba sobie postawić ambitne cele, a znajdą się i siły, by dało się je zrealizować. Justyna Kozioł, jedna z facebookowyk przyjaciółek Magdy napisała jej na urodziny (były właśnie przedwczoraj): Nie bez powodu lubię pracować z kobietami. Kobieca przedsiębiorczość to coś więcej niż tylko zarabianie pieniędzy, nawet coś więcej niż spełnianie własnych marzeń i realizowanie pasji. To nieprawdopodobne źródło energii, która rozlewa się coraz szerzej i REALNIE zmienia świat. To o różnych kobietach, ale na pewno i o Magdzie.

Malika czyli Sardine Violon

Francuska pisarka, z pochodzenia Berberyjka z Maghrebu, która idzie na marszu od pierwszego dnia i zamierza w nim uczestniczyć do końca. Jej pseudonim, Malika, znaczy po arabsku królowa i dlatego Ania Alboth podarowała jej w pewnym momencie koronę. Malika przyczepiła ją do plecaka, w którym wędruje też do Aleppo biały miś, jeden z kilkunastu misiów zebranych przez Zosię i jej koleżanki dla dzieci w Syrii. Plecak zdobi też gałąź winorośli (trasa marszu od wielu tygodni wiedzie przez krainy wina i winorośli), według Maliki symbol łączności krain Morza Śródziemnego i Północy Europy.

Iris czyli kobieta z gałązką czarnego bzu

Szczupła potargana Niemka spod Berlina. Podobnie jak Malika ma do plecaka przyczepiony kawałek gałęzi. Ale to inna gałązka i inny symbol. Ryszard, Polak, który też wiernie i długo idzie z Berlina do Aleppo, mówi mi wieczorem, że Iris ma różdżkę mocy. No tak, myślę, marsz jest nietypowym przedsięwzięciem, przyciąga zatem różnych nietypowych ludzi. Wśród nich muszą być również wyznawcy New Age’u. Następnego dnia po wymarszu celowo ustawiam się w kolumnie koło Iris. Jak twoja różdżka przyciąga moc?, pytam. Wiem przecież, że patyk sam z siebie nie posiada więcej mocy niż każda inna część natury, a więc, skoro Iris dzięki gałązce “ma moc”, to ta gałązka ją wykrywa lub przyciąga. Iris patrzy na mnie podejrzliwie. Hmmm?, pyta. No, mówię, ludzie z marszu twierdzą, że posiadasz “czarodziejską różdżkę”, która dostarcza ci energii.

No, jak ludzie wierzą, że produkuję energię, to dobrze, odpowiada Iris. Tak naprawdę ta gałązka to raczej talizman na szczęście, znaleziony przez przypadek, wystrugany przez przypadek, zabrany przez przypadek, podzielony przez przypadek z przyjacielem. Wierzę, że kiedyś spotkam kogoś, komu oddam tę gałązkę…

Iris nie wie, jak długo będzie szła. Po prostu idzie.

Wiktoria

Wiktoria redaguje zina o pieczątkach (Wiktorio, ratunku, czy ja dobrze zrozumiałam?), pisze pracę o polskich feministkach (podsunęłam jej więc informacje o mojej prababci :-), a co), zawsze nosi śliczną sukienkę w kwiatki, jak na świecie mróz i zimno, to wkłada tę sukienkę wieczorem, ale na filmie Fence “marszuje” w niej. Wiktoria ma też na ramieniu nadzwyczajnej piękności tatuaż według własnego projektu, i mówię to ja, osoba, która zasadniczo nie lubi tatuaży. Ale słowo zasadniczo nie może się odnosić do Wiktorii, która jest samą radością, żywiołem i zaangażowaniem.

Anka

Anka jest kobietą, z którą najczęściej podczas marszu rozmawiałam, a mimo to chyba nic o niej nie wiem, poza tym, że pochodzi z Zawoi, najdłuższej wsi w Polsce. Jest poważna, solidna i mam wrażenie, że można na niej bezwzględnie polegać. Anka jest. Jest i idzie. Ostatnio, gdy gonię w Berlinie moich siedem srok, próbując je złapać za ogon, a one wszystkie czmychają jak przepiórki, często myślę o tym, że chciałabym być taka jak Anka. Anka, przyjeżdżaj do Berlina, stęskniłam się za tobą!

Iss doch wenigstens das Fleisch

oder wie man Vegetarier wird?

Ewa Maria Slaska

Diese Frage interessiert mich brennend, weil ich selber für sie eine, wie ich finde, außergewöhnliche Antwort habe. Zuerst war sie noch banal: Ich mag kein Fleisch, sagte ich, ich habe es nie gemocht.

Gut, diese Antwort kennen auch Viele in diesem Buch, und überhaupt Viele, die sich an einen Klumpen des durchgekauten Fleisch erinnern, die man nicht imstande war zu schlucken, ebenso sehr aber kein Erlaubnis hatte, den Ekel auszuspucken. Dabei haben diejenige besser, die schnell kotzen konnten, wenn man jedoch, wie ich, eine im Sternzeichen Jungfrau geborene, sich ungern physiologisch der Umwelt mitteilte,  war man stundenlang gezwungen am Tisch zu sitzen und das Restfleisch mit den Tränen vermischt in alle Ewigkeit zu kauen. Lange dachte ich, dass es eben diese Erfahrung war, die mir enorm erleichtete, sofort, als ich nur über meine Diät selber entscheiden dürfte, eine Vegetarierin zu werden.
Aber nicht. Irgendwann kam eine andere Antwort, die mir bis heute plausibler klingt, obwohl ich sie in meinem Leben nie von jemanden anderen gehört habe.
Meine Mutter, als sie mit mir schwanger war, kurz nach dem Krieg, litt an Toxoplasmose. Es ist so eine Infektionskrankheit, von Parasiten verursacht, die man von der Katzen bekommen kann, oder vom Essen des nicht ganz durchgekochten oder rohen Fleisches. Dem Träger macht die Krankheit nichts, dem Kind im Bauch dagegen kann sie Vieles antuen. Es kann mongoloid werden, oder blind, und natürlich auch beides. Soviel wurde mir damals erklärt. Erst jetzt beim Schreiben sehe ich genauer in die Materie: Die infizierten Kinder können epileptische Anfälle, kognitive Einschränkungen, Schäden an der Leber, Lunge, Gehirn, Augen, Herzmuskel und Hirnhaut aufweisen. Ein Viertel der vor der Geburt infizierten Kinder durch Toxoplasma gondii haben geistige Behinderungen, Spastiken, Epilepsie, Hydrocephalus und Verkalkungen der Hirngefäße. Jesus! Ich bin “nur” halbblind geboren, dh. eigentlich bin ich glimpfig aus der Falle rausgekommen.

Von meiner Krankheit, oder Mamas Krankheit im Grunde, gab es nie die Rede und dass meine Halbblindheit gerade diesen Grund hatte, erfuhr ich erst als ich selber hochschwanger war. Diese Nachricht kam auf mich wie ein Donner aus dem hellen Himmel. Bis dahin war ich mit meiner Schwangerschaft sehr glücklich, behauptete gar, dass es der beste Zustand in meinem Leben sei. Und dann war es plötzlich gut möglich, dass jetzt mein Kind mongoloid oder blind, und natürlich auch beides werden konnte.

Eine Woche später gebar ich meinen Sohn, ein kerngesundes Baby, dem die verdammte Toxoplasmose von Oma und Mama nichts angetan haben.

Es dauerte aber lange, dass ich selber ruhig darüber nachdenken konnte. Meine Theorie baute sich also sehr langsam auf.

Als Mama noch nicht wusste, dass es die Toxoplasmose war, die mein Leben bestimmte, erzählte sie oft darüber, dass sie während der Schwangerschaft immer wieder einen Heißhunger auf Fleisch hatte, so sehr, dass, als sie von der Kunstschule, wo sie studierte, nach Hause kam, sofort in die Küche ging und aus dem Topf, in dem Oma die Suppe kochte, nicht ganz gekochte Fleischstücke holte, um sie direkt neben dem Herd, heiß zu verzehren. Als die Sache mit der Krankheit plötzlich öffentlich diskutiert wurde, wehrte  sich Mama vehement gegen die vermeintliche Beschuldigung (kein Mensch hat sie doch beschuldigt), aber irgendwie verschwand die nicht ganz gekochte Suppe und halbblutiges Fleisch aus den Familienerzählungen.

Erst nach Jahren kam mir in den Kopf ein Bild von mir als Embryo im dunklem warmen Wasser. Wieso? Fragt mich nicht, ich weiß es nicht, sah aber, dass sich dieses noch nicht ganz fertiges Baby sehr stark mit den Armen gegen etwas wehrte. Das Bild kam ziemlich oft, ohne dass ich eine Erklärung dafür wusste. Erst als mir Jemand beiläufig sagte, er kann kein Kummin vertragen, weil seine Mama, als sie schwanger war, eine starke Allergie gegen den Kummin hatte, passten sich plötzlich alle Puzzleteile an: Die Krankheit meiner Mama, ihre Schwangerschaft, meine (gelungene!) Verteidigung gegen den feindlichen Parasiten, meine Ekel dem Fleisch gegenüber, mein kindlicher Drang, Vegetarierin sein zu dürfen (was man natürlich damals auf keinen Fall dürfte).

Mein Vater stammt aus einer tatarischen Familie. Die Tataren gelten bis heute als sehr mutiges Volk. Ich war immer der Meinung, dass ich gerade deshalb, dank meinem tatarischen Erbe, auch relativ unerschrocken und zäh bin. Jetzt sah ich in meinem Kopf ein Bild eines kämpferischen tatarischen Fötus, der sich gegen jegliche Feinde wehrt. Sollen sie sich alle zum Teufel scheren…  🙂

***

Das Buch finde ich gut und interessant, obwohl es an manchen Stellen ins so grotesk Ekelhafte ausartet, das man es beim besten Willen nicht lesen kann. Eine Erzälung finde ich aber so schön, dass ich sie direktemang hier euch zum lesen anbieten muss 🙂

E.L. Greiff, Großraumwagen

Der Autor schreibt Fantasy-Bücher und dies erklärt doch viel. Sein Herausgeber gibt von ihm relativ viel preis: E. L. Greiff, 1966 in Kapstadt geboren, lebt heute in den Niederlanden. Studium der Theaterwissenschaften und Germanistik in Bochum und Berlin, anschließend zahlreiche freie Regiearbeiten. Greiff schreibt Essays, Reisereportagen, Kommunikationskonzepte und Reden für Führungskräfte.

autor-inErst von einem Foto erfährt man, dass “der Autor” in der Tat “die Autorin” ist. Genauso verhält es sich mit der / dem Protagonist/in dieser Erzählung.

https://books.google.de/books?id=p73vCgAAQBAJ&lpg=PT21&ots=Ry_L8iqhar&dq=E.L.%20Greiff%20Gro%C3%9Fraumwagen&hl=de&pg=PT21&output=embed

Die obige Möglichkeit es Euch zu lesen zu geben, die ich im Netzt gefunden hat, bricht kurz vor dem Ende der Erzählung ab. Ich nehme an, in der Annahme, jetzt werdet ihr das Buch kaufen (bitte sehr, z.B. HIER), um zu erfahren, wie es endet.

Ich bin aber ein guter Mensch und schreibe Euch die letzten 1,5 fehlenden Seiten hier ab (das Buch könnt ihr natürlich der anderen Erzälungen wegen kaufen):

Zweiundvierzig Leute sind damals aus diesem ICE ausgestiegen, der irrtümlicherweise an einem Provinzbahnhof angehalten hatte, anstatt durchzufahren. Keiner von uns bekam eine Entschädigung von der Bahn, wir hätten ja nicht aussteigen müssen, hieß es, schließlich sei dort auch nicht Endstation gewesen – eine gleichlautende Durchsage hätte es niemals gegeben. Ich jedenfalls hatte auch keine gehört. Nickelbrille gab später zu, er habe ebenfalls nichts gehört. Jemand anders hätte ihm das mit der Endstation gesagt, wer, wusste er nicht mehr.

Als wir knapp zwei Stunden später allesamt in einen verträumten Regionalzug einstiegen, erregten wir einiges Aufsehen beim Zugbegleiter, und ein Mann aus unserer Gruppe, in den Dreißigern, erklärte ihm die Situation. Oder das, was er und wir alle dafür hielten. Dieser Mann, ich nenne ihn der Einfachheit halber Herrn Erster, ist bis heute so etwas wie unser Anführer; er ließ damals eine Liste herumgehen, in die wir uns alle mit Adressen und Telefonnummern eintrugen für die Sammelbeschwerde gegen die Bahn, die er vorbereiten wollte. Die Beschwerde hat er eingereicht, aber es wurde wie gesagt nichts daraus.

„Wo ist eigentlich der Typ in dem langen Hemd?“, fragte Nickelbrille. Er ließ seine kleinen Augen über die kunstledernen Sitzenreihen des Bummelzugs huschen, während ich meinen Namen in die Liste kritzelte. Ich wusste sofort, wen er meinte.

„Ist abgehauen. Direkt nach dem Halt.“

„Junger Mann“, mischte sich die ältere Dame mit dem Halstuch ein . „Das war kein Typ. Das war eine ausgesprochen hübsche junge Asiatin. Ungewöhnlich groß allerdings.“

Wir hatten alle die Gestalt gesehen, alle etwas aus der Papiertüte genommen, alle zweiundvierzig. Es war ,wenig überraschend, bei jedem etwas anderes gewesen: ein besonderes Bonbon, eine exotische Frucht, etwas Salziges, Scharfes, Saures. Herr Erster hat im Laufe der folgenden Jahre viele Interviews mit jedem Einzelnen von uns geführt, auf unseren Treffen sind wir die Sache immer wieder durchgegangen. Es hat bei jedem etwas anderes bewirkt, nicht auf dem ersten Blick Spektakuläres. Nickelbrille hat das Rauchen aufgegeben. Die Halstuchdame, sie ist vor ein paar Jahren gestorben, hat eine Vorliebe für hochpreisige Bordeauxweine entwickelt. Ich habe aufgehört, Fleisch zu essen. Außerdem habe ich mein Leben in den Griff bekommen, und so gern ich mir das selbst zuschreiben würde und nicht einem Teigbällchen, oder zwei, weiß ich doch, dass seitdem alles besser geworden ist.

Z zapisków stróża (6)

Zbigniew Milewicz

Aniołek

Kiedy niedawno w Kolumbii rozbił się samolot, w którym zginęła prawie cała, pierwszoligowa drużyna brazylijskiego klubu piłkarskiego i napisałem szpunta na ten temat, wytykając europejskim mediom lekkie zignorowanie katastrofy nad równikiem, adminka zaproponowała mi zgłębienie tematu. Mógłbym – sugerowała – napisać np. o obecnym tempie pamiętania i zapominania, albo o szacunku do śmierci, albo o europocentryzmie. Admince się nie odmawia, ale chyba więcej we mnie dokumentalisty, niż moralisty i w zamian dam jej przedświątecznego aniołka.

Zapakowany w złote pudełeczko, leżał w pojemniku przed kontenerem na śmieci, obok innych niepotrzebnych przedmiotów. Figurka wykonana misternie z kryształu trzymała w dłoniach książkę i nie mogłem dopatrzyć się niczego, co dyskwalifikowało by ją w sprzedaży w handlu. Dom towarowy, w którym dorabiam do emerytury zakazuje personelowi przywłaszczania czegokolwiek, co stanowi własność firmy, choćby i rzecz szła na przemiał. Żal mi się jednak zrobiło niebiańskiej postaci i naruszyłem siódme przykazanie.

Drugi anioł, a właściwie anielica stała bardzo smutna na trzecim piętrze domu i pakowała klientom świąteczne prezenty w ozdobne kartony.
– Musisz się do ludzi uśmiechać, to nie są wieńce pogrzebowe – wysyczał jej do ucha kierownik działu, ucharakteryzowany, jako Weihnachtsmann.
– Wiem, ale oni już przecież zapłacili za towar, poza tym boli mnie ząb – poskarżyła się dziewczyna.
– Ho, ho, ho – odkrzyknął kierownik i zadzwonił srebrnym dzwonem. – Jak nie teraz, to kiedy mamy zarabiać, a ona mi tutaj odstrasza klientów – dodał w zamyśleniu.

Jak co roku, kolorowe, bogate wystawy monachijskich sklepów i butików kontrastowały z ponurymi twarzami przechodniów. Każda dzielnica miała swój Weihnachtsmarkt, na którym raczono się grzanym winem i słuchano kolęd płynących z głośników. Nostalgiczna, niemiecka nuta przeplatała się ze skocznym rytmem amerykańskich carols, ale im więcej ludzie mieli w czubie, tym bardziej posępnieli. Nawiasem mówiąc, pod polską choinką nastroje też przeważnie są minorowe, ale to dopiero w wigilię i po pasterce humor rodakom zdecydowanie się poprawia. Stacje niemieckiego radia i telewizji robią wszystko, aby obywatelom BRD umilić przedświąteczny nastrój. Nastrojowe, muzyczne kadry wtapiają się w reklamę wielkich sieci handlowych, aby widzowie i słuchacze nie zamykali portfeli, tylko dalej kupowali świąteczne gęsi, gry komputerowe, perfumy i czekoladki. Serwisy informacyjne skłaniają się bardziej ku pozytywnym przekazom, a negatywne podają oględnie, żeby odbiorca doszedł do wniosku, że przecież mogło być jeszcze gorzej.

Oczywiście nie da się przemilczeć, ani przypudrować krwawiącego dalej Aleppo, kolejnych aktów terroru w Turcji, prześladowania chrześcijan przez islamistów na Bliskim Wschodzie i wciąż trwających walk we wschodniej Ukrainie, gdzie skłócone ze sobą światowe mocarstwa nieodmiennie wspierają dobrych w walce ze złymi, tylko nikt z nas nie wie, kto naprawdę jest kim. Wszystko zależy od tego, w jakim języku nadaje stacja. Co dla członków Nato jest białe, to dla Kremla czarne i odwrotnie. Kanclerz Merkel już oficjalnie, bez ogródek oskarża rosyjskie lotnictwo o bombardowanie ludności cywilnej wschodniego Aleppo i konwojów, które spieszą jej z pomocą humanitarną. Tu bombki na choinkach, tam bomby i śmierć, oby ten konflikt nie przerodził się w III wojnę światową…
– Ty wiesz, że to może być nasza, chrześcijan ostatnia gwiazdka? – pyta przez telefon Marysia, moja stara, monachijska znajoma.
– Jakaś bzdura, kto tak mówi? – reaguję zapalczywie.
– Papież Franciszek – odpowiada.
– Usłyszałaś to od niego osobiście?
– Nie, ale tak podobno miał powiedzieć na Placu Świętego Piotra.

Nie wierzę rzecz jasna Marysi, ale coś tam w głębi duszy, jakieś niedobre ziarno, pozostaje. W godzinach wieczornych, na chwilę przed zamknięciem sklepów, przedświąteczny tłum na monachijskich ulicach jeszcze bardziej gęstnieje. Biedna anielica, zanim pójdzie do domu, jeszcze zapakuje z dwadzieścia prezentów w kolorowy papier i wyda je klientom o twarzach szarych jak ten grudniowy wieczór za oknami. Całe szczęście, że po domu kręcą się także dzieciaki, tylko u nich widać ożywienie i nieudawaną radość, że idą święta, a wraz z nimi oczywiście i prezenty. Trudno wyczuć, ile z nich wie, co to jest Boże Narodzenie, ale w boskiej naturze leży wszak wyrozumiałość.

anioleczek

W domu wyjmuję aniołka z pudełka, żeby przyjrzeć mu się dokładniej i niezgrabiasz upuszczam go na podłogę. Tłucze się książka, którą trzymał w dłoniach, w zamian dostaniesz więc adminko ten tekst, plus napis z pudełka. Wesołych Świąt czytelnikom 🙂

Game of thrones once again

…or a plea on George R. R. Martin – please, write like a wind…

I informed you already I belong to a main main stream and look the Game of thrones… Yes I do…

And now there are two more of us, Paul and Storm. They wrote it already some years ago but halas! nothing has changed since 2012!

Tereska, thank you for introducing me in to the world of Seven Kingdoms and now particulary ordering me to find that:

George R. R. Martin, please write, and write faster
You’re not going to get any younger, you know
Winter is coming, I’m growing impatient
And you’ve still got two more damn books left to go
So write, George, write like the wind!

I curse the day that my friend ever loaned me
An old dog-eared paperback called Game of Thrones
How could I know that this seed would grow into
An addiction that held me, right down to my bones

Now, five books later, I lurk with the masses
Indignant, entitled, and waiting for word
That the great Bearded Glacier has finally published
Nine hundred more pages of crack for the nerds

Why does every new verse of your song
Keep taking you so goddamn long?

George R. R. Martin, please write, and write faster
please give us boiled leather, and sigils and steel
We need our allotment of incest and intrigue
And six page descriptions of every last meal
So write, George, write like the wind!

Lewis took five years to chronicle Narnia
Tolkien had twelve years, and Rowling took ten
Lucas spent nearly three decades on Star Wars
And we all know how that one turned out in the end

You’re not our bitch, and you’re not a machine
And we don’t mean to dictate how you spend your days
But please, bear in mind, in the time that you’ve had,
William Shakespeare churned out thirty-five friggin’ plays

And if you keep writing so slow
You’ll hold up the HBO show

George R. R. Martin, please write, and write faster
‘cause we won’t stop whining until we’re appeased
Crap out the chapters–and George, while you’re at it
Stop killing our favorite characters, please
And write, George, write… like the wind!

(George R.R. Martin, please write, and write faster
Before you are dead, George, please write like the wind)

http://www.paulandstorm.com/lyrics/write-like-the-wind-george-r-r-martin/

And they plaed it already two years ago! Nothing changed, George R. R. Martin, please, write like a wind…

Sierpień

Dziś kolejny tekst o Powstaniu Warszawskim

Andrzej Rejman  

Dzwony Pokoju

ruiny_Warszawy_fot_St_Doktorowicz_Hrebnicki_ze_zbiorow_r

Ruiny Warszawy. Fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, (ok 1947) ze zbiorów rodzinnych – oryginał przekazany dla Narodowego Archwium Cyfrowego

Tekst napisany 1 sierpnia…

Dziś kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Od rana pada silny deszcz. Może do godziny “W” się wypogodzi, jak wcześniej bywało?

Jeśli nie – oznacza to jakąś kolejną zmianę, której doświadczyć musimy.

Mimo ciągłych zmian, które nadają dynamikę światu, zawsze warto jest przypominać rzeczy podstawowe, wręcz banalne. Choćby to, że najcenniejszy, ale też najtrudniejszy do utrzymania, jest pokój między ludźmi.

Ktoś porównał wczoraj atmosferę podczas Światowych Dni Młodzieży 2016 w Krakowie do V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, który odbył się w Warszawie w 1955 roku. Różnice są oczywiste, jednak z pewnością atmosfera wśród młodzieży była podobna – radość, entuzjazm, chęć poznania się, pragnienie wolności i pokoju…

Zebrani na obu, oddalonych od siebie o ponad 60 lat, wydarzeniach młodzi ludzie, mieli za sobą świeże doświadczenie wojny w swoim regionie. Spotkali się ze swoimi rówieśnikami, którzy żyli od lat w pokoju i wojnę znali tylko z lektur…

***

Południe. Przejaśnia się. Jest jakaś nadzieja.

Wracam do bohaterów Powstania Warszawskiego.

Antoni Baniewicz – ps. “Wilczyński”, nazywany “Promykiem Plutonu”, poległ ostatniego dnia Powstania na Żoliborzu.

To jemu matka przez następne lata pisze wiersze, przywołując go w nieustannym apelu poległych…

Jeden z wierszy – zawsze aktualny.

DZWONY POKOJU            

Salina Baniewicz

Hej, rozkołyszcie się dzwony pokoju,
Ogłoście światu z mocą,
Że już nie chcemy umierać w boju,
Nie chcemy walczyć z przemocą.

Nie chcemy, by bohaterskie orlęta
Znowu daremnie ginęły
Wszak wojnę niedawna każdy pamięta,
Gdy domy i lasy płonęły.

Zgliszcza i gruzy z miast pozostały,
Szerzyło się widmo głodu,
w obozach śmierci miliony konały
Niewinnie, bez powodu.

Porozrzucane na polach kości,
Ziemia – krwią nasiąknięta…
Te barbarzyństwa i potworności –
– Każdy chyba pamięta.

Wiec rozkołyszcie się dzwony pokoju,
Całemu światu donieście:
Nie chcemy być ofiarami podboju,
Pragniemy spokoju wreszcie.

Pragniemy gorliwie z zapałem pracować
Dla dobra własnej Ojczyzny;
Pragniemy żyć, by tworzyć, budować
I leczyć bolesne blizny.

Chcemy się cieszyć rodzimą przyrodą,
Hojnie darzącą nas chlebem,
Radować się odzyskaną swobodą,
Pod naszym, polskim niebem.

Żeby swe dzieci wychować bezpiecznie,
Na zdrowych, uczciwych ludzi;
Trzeba nienawiść zgnieść ostatecznie,
Sumienie w człowieku obudzić.

Rozkołysane dzwony pokoju,
Niech światu obwieszczą donośnie;
Że z naszej pracy, trudu i znoju,
Pogodna przyszłość wyrośnie

1951

 

Warszawa w sierpniu

Anna Dobrzyńska

Kapliczki

Fenomen warszawskich podwórek. Liche, budowane na prędce, wśród huku spadających bomb… Dawały nadzieję, siłę, ocalenie, poczucie wspólnoty.

kapliczkiKapliczka przy ul. Ząbkowskiej 12. Napis na tabliczce: „O Maryjo, niepokalanie poczęta, módl się za nami”. 1 VIII 1943. Fot. Anna Dobrzyńska

 

 

 

Jak powstawały? Spontanicznie. W obliczu zagrożenia. Były improwizowane. Najwięcej z nich powstawało w czasie okupacji niemieckiej i Powstania Warszawskiego.

kapliczki (5)

Podwórkowa kapliczka, sierpień 1944. Fot. Tadeusz Bukowski / MHW. Zdjęcie pochodzące z broszury „Mieszkańcy Warszawy w czasie Powstania 1944″. http://www.dsh.waw.pl/pl/4_1870

…”Ktoś wystawił stolik, ktoś ustawił obraz Matki Boskiej”… W czasie okupacji samo wyjście na ulicę było niebezpieczne, a każdy kto żegnał, wychodzącego do pracy czy sklepu, bliskiego, liczył się z tym, że widzi go po raz ostatni. Gdy nie wracały do domu dzieci, mężowie, żony, matki, ojcowie, w obliczu godziny policyjnej, ulicznych łapanek i egzekucji, podczas bombardowań – bliscy wraz z sąsiadami gromadzili się wokół obrazu i modlili się. Z czasem prowizoryczne ustawienie obrazu zamieniali na figurę Matki Boskiej. W czasie Powstania Warszawskiego kapliczki pełniły funkcję kościołów. Na podwórka znoszono ciała martwych powstańców i modlono się. Odprawiano Msze Święte, organizowano ceremonie pogrzebowe. W późniejszych dniach powstania już na to nie było ani czasu ani możliwości. Zakopywano ciała jak popadło. Przy kapliczkach ludzie spowiadali się. W obliczu śmierci chcieli, być może ostatni, a być może pierwszy raz, pojednać się z Bogiem. Podwórkowe ołtarzyki były też częstym miejscem udzielania – tzw. ślubów powstańczych. Zadziwiający był fakt, że w sercu szalejącej śmierci i przemocy ludzie się kochali i przysięgali sobie być razem – “dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Takich ślubów było około pięciuset.

Jak wspominają te chwile ci, którzy przeżyli? …“Nastrój podczas tych uroczystości był podniosły ale i zarazem smutny. Jedni ginęli od razu po ślubie, drudzy za chwilę ale zdarzali się też tacy co przeżyli…” Jedna panna młoda, która ocalała wspomina, że największe wrażenie zrobiły na niej czerwone róże, które owego dnia dostała od kolegi. …“Ich widok, pośród ruin i śmierci był zadziwiający”… A najbardziej znane “małżeństwo powstańcze” – Państwo Biega – do dziś przechowuje z sentymentem kółeczka odcięte od firanek, które posłużyły im jako obrączki. Obecnie dzięwięćdziesięciolatkowie, mieszkają w Stanach Zjednoczonych i w miarę możliwości zdrowotnych odwiedzają Polskę w czasie obchodów rocznicy wybuchu powstania.

kapliczki (4)Gdy ustawały odgłosy bombardowań i ostrzału artylerii często okazywało się, że kapliczki były nielicznymi miejscami, które ocalały, a ci którzy się modlili przeżyli, podczas gdy cały dom został zniszczony – jak np.: dom przy ulicy Narbutta 52 czy Żurawiej. Niektóre ocalały nawet z trwającej trzy miesiące, akcji wypalania i wyburzania Warszawy(!).

Zachowana kapliczka na tle zburzonego domu przy ulicy Żurawiej. http://www.se.pl/wiadomosci/polska/warszawa/chca-odkryc-tajemnice-kapliczki-z-woli_388559.html

Nie trudno się dziwić zatem, że gdy po wojnie mieszkańcy wracali do Warszawy i pośród ruin odnajdywali nietkniętą figurę Matki Boskiej, czy obraz, otaczali je szczególnym sentymentem i kultem. Wtedy powstawały “bardziej zaawansowane formy architektoniczne”. Budowano podmurówkę, daszek, płotek. A zwyczaj wspólnych modlitw przetrwał także po wojnie mimo narzuconego systemu komunistycznego.

kapliczki (3)

A gdy mówimy o „cudownych ocaleniach kapliczek” nie sposób nie wspomnieć o budynku przy ulicy Marszałkowskiej 60. W piwnicy na suficie znajduje się wizerunek twarzy Jezusa Chrystusa. Autorem tego wyjątkowego dzieła jest znany artysta żydowski – profesor Perec Willenberg, który w czasie wojny ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem – Karol Baltazar Pękosławski. Ażeby nie zdradzić się żydowskim akcentem – udawał niemowę.

Obraz Jezusa Chrystusa, w piwnicy domu przy ul. Marszałkowskiej 60.
Autor Perec Willenberg. Fot. J. Sielicka.

Podczas jednego z bombardowań zszedł z sąsiadami do piwnicy, zaczął mówić i węglem rysować Zbawiciela dodając napis: „Jezu, ufam Tobie”. Syn profesora – Samuel Willenberg, uciekinier z Treblinki i żołnierz Powstania Warszawskiego, wspomina: „Mieszkańcy wierzyli, że święta głowa Jezusa będzie ich chronić przed niebezpieczeństwem”. Dom ten jako jeden z kilku budynków przy ulicy Marszałkowskiej nie został nawet draśnięty przez pociski, uniknął wyburzenia i rozszabrowania, a dawni mieszkańcy wrócili do swoich mieszkań tuż po wojnie.

Ale – początek powstawania kapliczek to nie II wojna światowa. Zwyczaj ten pojawił się dużo wcześniej – już w czasie zaborów. Pierwsza kapliczka została zbudowana w XVIII wieku w czasie „Rzezi Pragi” – 1794, kolejne w czasie Powstania Listopadowego – 1830-31.

Obecnie najwięcej z nich – około 100 – znajduje się po prawej stronie Wisły. To dlatego, że Praga nie została wyburzona. Ale zagłębiając się w podwórka lewobrzeżnej Warszawy też znajdziemy cenne okazy.

kapliczki (2)A kto dba o te wyjątkowe zabytki?
Niestety – kapliczki powstawały w atmosferze zagrożenia i ta atmosfera im towarzyszy również dzisiaj. W świetle prawa – nie istnieją. O ile władze komunistyczne „przymykały oko” na to zjawisko, to nowi właściciele przejmujący i odrestauro-wujący kamienice nie zawsze są nimi zainteresowani. Zdarzają się piękne przykłady pozostawienia figury na tle odnowionej kamienicy, ale zdarzają się też przypadki, gdy kapliczki się
po prostu wyburza.

Figura w podwórku zrewitalizowanej kamienicy przy ul. Ząbkowskiej 5. Fot. Anna Dobrzyńska

Opiekę nad nimi sprawują mieszkańcy, zwykle potomkowie powstańców lub po prostu ludzie wrażliwi, artyści. Podejmują próby wpisania ich na listę zabytków, lecz konserwatorzy nie są temu przychylni, a prawni właściciele – gminy – umywają ręce.

kapliczki (1)

Kapliczka przy ul. Ząbkowskiej 11 oraz przy ul. Brzeskiej 9. Fot. Anna Dobrzyńska

…Pozostaje jedynie zapalić światełka, pomalować farbą, ustawić kwiatki i – ufać – że skoro tyle przetrwały – przetrwają.

A propos analogii

Dorota Cygan

Wszyscy rozmyślamy, co zrobi władza. A boimy się głośno pomyśleć, co zrobi społeczeństwo. Przecież niemożliwe, żeby nie zrobiło nic, brzmi refren naszej kołysanki. Otóż możliwe, jeśli spojrzymy choćby na reakcje społeczne w Trzeciej Rzeszy, do której ostatnimi czasy często się odwołujemy, szukając wytłumaczenia dla niepokojących zjawisk lub gdy przyglądamy się zbiorowym lub indywidualnym wzorcom zachowań w okresie komunizmu. Po pierwsze, społeczeństwo nawet najbardziej skłonne do kontestacji i sceptycyzmu można zmęczyć. Na tyle, by musiało ostudzić emocje, uciec od męczącej polaryzacji opinii, zwłaszcza gdy dotyczy to własnego podwórka, czyli rozmów z członkami rodziny i znajomymi. Nie mówię tu pogardliwie o sile oportunizmu, ile o zbawiennej dla nerwów ucieczce w tenże. Rozhuśtane emocje każdy na swój użytek musi harmonizować, zestrajać z otoczeniem albo wręcz wyciszyć, a na koniec zapomnieć. Bo inaczej nie da się przeżyć. Tak było właśnie po dojściu do władzy nazistów, którzy po rozprawieniu się z opozycją rewolucyjny impet roku 1933 szybko zastąpili hasłami państwowotwórczymi, służącymi budowaniu prawdziwego poparcia wśród ludzi i umacnianiu nowego państwa. Sięgali przy tym po stare, ograne chwyty retoryczne, kierując się hasłem z okresu grynderskiego, że “podstawowym obowiązkiem obywatelskim jest spokój” (Willibald Alexis). Osiągnęli dzięki temu to, o czym marzy każda dyktatura: zbiorowe poczucie, że nareszcie nie ma chaosu, zniknęła polaryzacja i panuje porządek. Wiadomo, co myśleć.

Właśnie gdy emocje cichną, można przy bezwietrznej pogodzie jak na gładkiej tafli jeziora puszczać, ot tak sobie, kaczki. Trochę dla zabicia nudy, a trochę dla zasygnalizowania, że nie ma zastoju. Można wywoływać lekkie ruchy pozorowane lub przyzwolić na prawdziwe, pod warunkiem, że ich skala jest łatwa do kontrolowania. Naziści osiągnęli ten stan mniej więcej w roku 1935, dwa lata po objęciu władzy. Zapanował nastrój, w którym strach mieszał się z pragnieniem spokoju, i w którym można było na chłodno rozprawiać się z myślącymi inaczej. W odniesieniu do nazizmu także i inny element trudno było zrozumieć i nazwać: zaskakujący a prosty fakt, że owe 12 lat brunatnych rządów było nie monolitem, lecz okresem często elastycznych i spontanicznych decyzji władzy. Potrzeba było lat, żeby dostrzec, że system ów miał bardzo różną dynamikę na różnych etapach istnienia. I że był zmienny i nieobliczalny jak jego humorzasty przywódca. W efekcie oznaczało to, że nie tylko propaganda, ale i zwyczajni, spragnieni spokoju ludzie w tamtym okresie myśleli o przeciwnikach Führera, że to wichrzyciele i pospolite warcholstwo. Takiego odbioru społecznego nie zmieniły bynajmniej subwersywne chwyty typu żart czy drwina – środki obrony, które inteligencja próbowała wystawić do walki z nazistami. Tymczasem powrót do ośmieszanych i pogardzanych stosunków z okresu Republiki Weimarskiej nikomu nie wydawał się kuszącą alternatywa, bo ludzie uznali demokrację za niezgodny z duchem czasów przeżytek, a ostre polityczne i polemiczne dyskusje za zagrożenie porządku i nieco obmierzłą, zdartą płytę. Oczekiwali oni nie tyle żywego dyskursu, ścierania się racji, operowania ironią, żartem i drwinami , z których impet czerpała kultura i publicystyka, ile nowej, całościowej koncepcji, która pokaże im, w co mają wierzyć. A taką w danym momencie historycznym, czyli około roku 1933, właśnie nazizm wydawał się oferować. Z perspektywy czasu trzeba dziś przyznać, że oprócz retoryki także i socjotechnikę brunatni opanowali doskonale, a to, co nas dziś śmieszy (parady z pochodniami, marsze, histeryczne przemówienia), wtedy było adekwatnym środkiem komunikacji z masami. Dzisiaj warto pamiętać, że grupy trzymające władzę część środków i możliwości, które mają do dyspozycji niejako z urzędu, wykorzystują jednak, żeby się uczyć. I to uczyć się w komfortowej sytuacji. W razie potrzeby także uczyć się, jak w białych rękawiczkach odsuwać od władzy liderów nie przystających do potrzeby chwili. Oczywiście nie posuwając się do upokarzania ich lub fizycznej likwidacji, lecz np. oferując im honorowy patronat nad projektami o mniejszym znaczeniu strategicznym, ale dużej wymowie symbolicznej, gdzie mogą się dobrze czuć w roli mentorów.

Tych kilka uwag na marginesie naszych analogii do nazizmu pozostanie bez puenty. Ale niech przynajmniej zakończy się apelem do doświadczenia życiowego. Nie myślmy, że inni są głupsi od nas, powolniejsi, niedzisiejsi i wsteczni. Takiej etykietki nie da się przypiąć wszystkim dla uspokojenia własnych wątpliwości. Raczej patrzmy, jak przeniknąć mury oblężonej twierdzy ludzi absolutnie przekonanych do dobrej zmiany. I zacznijmy mówić mocniejszym głosem. Praca u podstaw już się zaczęła, i jest to „w gruncie rzeczy sprawa smaku“, jak pisał poeta. Stad pomysł, żeby wbrew sobie napisać coś aktualnego, choć zdecydowanie wolę teksty bez tezy, lekkie i o niczym. Przyznam, że za ten dzisiejszy wyjątek rządzącego obozu szczerze nienawidzę.

Reblog: Światowe Dni Młodzieży / 21. Weltjugendtag

Ist ja auch für meine deutsche Leser:
Papst Franziskus – In Polen geliebt und gehasst

Agnieszka Hreczuk

Papież Franciszek w Polsce – kochany i znienawidzony

Dziś zaczynają się w Krakowie Światowe Dni Młodzieży: przyjadą setki tysięcy ludzi, żeby zobaczyć papieża Franciszka. Ale nie wszyscy w Polsce są do papieża przyjaźnie nastawieni. Dla niektórych jest on zbyt liberalny – przede wszystkim w stosunku do uchodźców i homoseksualistów.

W Krakowie wszystko jest już prawie zapięte na ostatni guzik. Na Rynku stoi Zegar Dni Młodzieży i odlicza godziny do rozpoczęcia uroczystości. Na polu, na którym papież Franciszek będzie odprawiał mszę, prowadzone są jeszcze intensywne prace, żeby wszystko było gotowe punktualnie. Mieszkańcy Krakowa, ludzie z całej Polski i ze świata pomagają, prawie każdy jest w jakimś stopniu zaangażowany.

“Cieszę się, że przyjeżdża. Lubię go i wysoko cenię to on robi. Jest taki otwrty i taki nezwykły. Całkiem inny niż jego poprzednicy. Jest skromny i kieruje się w życiu własnymi regułami.”

„Jasne, że jestem na Światowych Dniach Młodzieży, cieszę się na papieża. On jest po prostu fantastyczny! Ja jeszcze nigdy w życiu tak pozytywnie myślącego człowieka nie widziałem“, mówi Piotr, trzydziestoletni pracownik naukowy i praktykujący katolik. Ale on wie, że nie wszyscy Polacy mają takie samo zdanie. Doskonale zdaje sobie sprawę, że wielu ludzi jest bardzo sceptycznych. Jedni uważają, że Franciszek rozwadnia katolickie doktryny, inni twierdzą, że dopuszcza do zniszczenia Europy przez islam. To tylko niektóre z zarzutów.

Na krakowskich ulicach wiszą flagi i małe portrety papieża. Ale na tych portretach widoczny jest Jan Paweł II. Mówi się, że to dlatego, że on był pierwszym organizatorem tych uroczystości, tak jakby założycielem. Ale może nie tylko dlatego.

Miłosierdzie idące za daleko

Ponad połowa Polaków uważa, że seks przedmałżeński jest w porządku, polscy katolicy akceptują też jego wyroumiałość dla osób rozwiedzionych. Ale nie mogą zaakceptować papieskiego miłosierdzia wobec uchodźców, ani jego tolerancji dla lesbijek i gejów.

Kwestionowanie słów papieża jest dla Polski czymś nowym, mówi ksiądz Tomasz Jaklewicz, zastępca redaktora naczelnego gazety „Gość Niedzielny“, który dodaje:

„W redakcji także sprzeczamy się na temat Franciszka. To papież, który wzbudza duże emocje. Jedni mówią, że on jest tym, na którego już długo czekali, inni się od niego dystansują. W Polsce wielu wierzących i księży jest zdezorientowanych. Oni nie wiedzą, w jakim kierunku papież kościół prowadzi“.

Oficjalnie papież ma pełne poparcie. Episkopat nawet wydał niedawno oficjalne oświadczenie, że katolicy w Polsce kochają papieża i są mu posłuszni. „Jeżeli musi być wydawane takie oświadczenie, to znaczy, że coś nie gra” – mówi Adam Szostkiewicz, publicysta, który już od trzydziestu lat obserwuje działania Kościoła katolickiego. „Stosunek Polaków do Franciszka jest schizofreniczny“, uważa Szostkiewicz.

Zbyt postępowy

Jego spontaniczność, otwartość i serdeczność, za które wielu Polaków go kocha, jest dla innych podstawą ataków, przede wszystkim w internecie. „Zdrajca“, „fałszywy prorok“, „lewak“ – takich określeń używają jego przeciwnicy.

Zdaniem księdza Jaklewicza, dla sporej grupy nie istnieje nic, co by papież dobrze robił. Najbardziej krytykowana jest postawa Franciszka wobec uchodźców, ale także jego postępowość. Może uda się te nieporozumienia i napięcia ułagodzić podczas spotkania w Krakowie. To będzie zależało do tego, jak otwarci będą Polacy i od tego, co on powie – mówi zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego“.

Inaczej widzi to Piotr: „Polscy katolicy powinni się wreszcie otworzyć dla przyszłości i pojąć, że polski Kościół nie jest pępkiem katolickiego świata. To było wspaniałe, że mieliśmy papieża Polaka, ale to minęło. Teraz mamy Franciszka i jeżeli jesteśmy katolikami, to powinniśmy iść za nim”.

Streszczenie: Marzanna Dyjak-Diederich dla strony DOK – Democracy is OK – jak napisał redaktor strony Bartek Hlebowicz, streszczenie zostało zrobione “po godzinach”: w metrze, w trolejbusie, w kolejce do sklepu, w deszczu, w przerwie na lunch i w ogóle.

Najserdeczniejsze podziękowania!!!!

Dodane 28 lipca. Wczoraj Papież przybył do Polski.

papiezwPolsce

Stuart 4

Joanna Trümner

Pożegnania

Pobyt w Londynie dobiegał końca, Stuart z pewną ulgą myślał o opuszczeniu wkrótce mieszkania w Greenwich – mieszkanie pod jednym dachem z Ann, świadomość, że śpi tuż za ścianą, w sąsiednim pokoju, pełne dziwnej atmosfery rozmowy podczas przypadkowych spotkań w kuchni, stały się dla niego ciężarem nie do zniesienia. W przeddzień uroczystego wręczenia dyplomu znalazł w skrzynce pocztowej list z uczelni, przypominający mu o podpisanej przez podjęciem studiów umowie, w której zobowiązał się do odpracowania przez rok części stypendium jako nauczyciel matematyki. W załączniku znajdowała się lista z adresami trzydziestu sześciu szkół na terenie Anglii i ośmiu w Szkocji, szukających nauczyciela matematyki w przyszłym roku szkolnym, z zaskoczeniem znalazł na liście również szkołę w rodzinnym Walton. W ciągu miesiąca miał poinformować uczelnię, na co się zdecydował. Gdyby nie podjął tej pracy, musiał by zwrócić całe stypendium – kilkanaście tysięcy funtów, pieniądze, które umożliwiły mu czteroletni pobyt w Londynie i zdobycie tytułu „Master of Science”.

Zostawił list na stole w kuchni i nie mogąc sobie znaleźć miejsca w pustym mieszkaniu na Greenwich wybrał się na długi spacer po Hamstead Heath. Patrząc na roześmianych, cieszących się słońcem ludzi zastanawiał się, co robić dalej – plan wyjazdu do Australii i kariera muzyczna stały się nagle nierealnymi mrzonkami. Z rozgoryczeniem myślał o nierównych szansach w życiu, o Ianie i Ann, których studia opłacał dobrze prosperujący gabinet lekarski ojca w Cardiff i o swoim starcie w dorosłe życie – w wieku 22 lat miał spory dług do spłacenia i nie mógł liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rodziny. Przypomniały mu się słowa ojca, gdy Stuart dostał stypendium. „Przeczytaj dokładnie umowę, muszą być jakieś warunki do spełnienia, nikt nie daje nikomu nic za darmo”. Rosła w nim złość na siebie i ten upchnięty gdzieś w mieszkaniu na Greenwich kawałek papieru, decydujący o jego dalszym życiu.

Następnego dnia w wypełnionej po brzegi auli otrzymał dyplom ukończenia uczelni, z radością rozpoznał wśród dziesiątek twarzy rodziców, braci, sióstr i dziadków kolegów z uczelni twarze swoich najbliższych – Stuarta-seniora, Briana i Kate, która przyjechała z Brighton specjalnie z tej okazji. Wieczorem Stuart-senior i Brian wyprawili kolację. Wypili butelkę Veuve Clicquot, a Stuart-senior wręczył Stuartowi-juniorowi prezent z okazji skończenia studiów – kopertę z namalowanym przez Briana kangurem, dwustoma funtami i ręcznie wypisanym przez Stuarta „biletem” do Australii: „lot do Sydney, do zrealizowania od zaraz, termin ważności dwa lata”.

Przez kilka kolejnych dni Stuart pakował swoje rzeczy i żegnał się z ludźmi i miastem. Pożegnanie z Ianem, wybierającym się za kilka tygodni do Sydney, żeby przygotować grunt pod karierę muzyczną Stuarta i „trochę się rozejrzeć”, skończyło się siedmioma piwami u Rasheeda i wielkimi, wspólnymi planami – tego wieczoru wszystko wydawało się możliwe, a opóźnienie w realizacji planów bagatelą, w której w miarę wypitego piwa dopatrywali się samych pozytywnych stron: „Możesz pracować nad repertuarem, a ja ponawiązuję w tym czasie kontakty”.

Wieczór przed powrotem do Walton spędził z na rozmowie z Ann, szukając odpowiedzi na pytanie „czy mamy jeszcze jakąś szansę”, w trakcie tej rozmowy coraz bardziej docierało do niego, że ich wspólny czas minął, a Ann zmieniła się w osobę, której adres wykreśla się na zawsze z notesu – dobrą znajomą, z którą przez kilka lat mieszkał pod wspólnym dachem w Londynie.

Rodzina

I see a red door and I want it painted black
No colors any more, I want them to turn black
I see the girls walk by, dressed in their summer clothes
I have to turn my head until my darkness goes

(Widzę czerwone drzwi i chcę, by były pomalowane na czarno
Nie chcę już więcej kolorów, niech się zamienią w czerń
Widzę na ulicach dziewczyny w letnich sukienkach
I muszę odwrócić głowę – tak długo, dopóki nie odejdzie moja ciemność)

(Paint it black – The Rolling Stones)

Wrócił do Walton i odliczał dni, które zostały mu do podjęcia decyzji. W rodzinnym domu zaszło w międzyczasie tak wiele zmian, że zaczął się zastanawiać, czy zdarzyły się dopiero ostatnio, czy też po prostu nie chciał lub nie umiał ich dostrzec przez ostatnie lata, niesiony obłokiem powodzenia i szczęścia, euforią, która czyni nas głuchymi na cierpienie i nieszczęście innych?

Największa zmiana zaszła w matce – straciła ochotę do życia, coś w niej zgasło, wypaliło się. Całymi dniami nie wychodziła z domu, czasami nie miała siły wstać z łóżka i ubrać się, nie widziała sensu w tym, co toczyło się dookoła i nie chciała brać w tym udziału. Depresja matki stała się wyzwaniem dla całej rodziny – ojciec, przerażony, bezsilny wobec nowej sytuacji i zmęczony nieprzespanymi nocami, starał się przywołać matkę do rozsądku kategorycznym i kilka razy dziennie powtarzanym „przestań się nad sobą rozczulać!”, a trójka rodzeństwa – Stuart, Kate i Eve rodzieliła między sobą wykonywane do tej pory przez matkę zadania oraz mycie, karmienie i przebieranie matki.

W dwa tygodnie po powrocie Stuarta z Londynu do domu matka nagle zniknęła, zabierając ze sobą stojący przed domem samochód. Auto znaleziono dwa dni później w odległym o trzysta kilometrów Norwich. Stało pod znakiem absolutnego zakazu przed katedrą, co wzbudziło zainteresowanie policji. Jego pasażerka nie reagowała na pytania, prowadziła za to, podniesionym głosem, rozmowę z jakąś nieobecną osobą. Umieszczono ją w szpitalu psychiatrycznym i powiadomiono rodzinę.

Widząc bezradność i przerażenie ojca, Stuart i Kate przejęli obowiązek pierwszych odwiedzin w szpitalu u matki w Norwich. Nie byli przygotowani na to spotkanie – spotkanie z obcą osobą, mówiącą w mechaniczny sposób i poruszającą się w zwolnionym tempie. Matka wyraźnie ucieszyła się na ich widok i odmienionym, monotonnym głosem opowiedziała im historię swojej podróży do Norwich – podróży, podczas której na siedzeniu pasażera siedział obok niej sam Bóg. To właśnie On kazał jej wsiąść do auta i pojechać do katedry w Norwich, gdzie mieszkała jako dziecko. To On kazał jej powtarzać podczas wielogodzinnej podróży znane na całym świecie słowa najsłynniejszej córki tego miasta – Julianny z Norwich: All shall be well, and all shall be well and all manner of thing shall be well (wszystko będzie dobrze, wszystko zostanie uzdrowione, wszystkie rzeczy na świecie dobrze urządzone).

Kate i Stuart patrzyli na siebie w przerażeniu, nie wiedząc, jak się zachować i co powiedzieć, bojąc się, że każde niepotrzebne słowo może ją jeszcze bardziej złamać.

Opiekujący się matką lekarz prosił o cierpliwość, nazwał chorobę matki ucieczką od życia, które prowadziła i w którym nie była szczęśliwa. Przewidywał, że leczenie potrwa kilka miesięcy, „ale pacjentka już nigdy nie będzie tą samą osobą”.

Wracając w odzyskanym od policji samochodzie zastanawiali się, co mogło matkę tak złamać – chłód ojca, ciężka, nie przynosząca wielkich pieniędzy praca, własne, nigdy nie zrealizowane marzenia? – z zawstydzeniem stwierdzili, że prawie nic nie wiedzą o swoich rodzicach i o tym, kim chcieli kiedyś być.

Sytuacja w domu rodzinnym ułatwiła Stuartowi podjęcie decyzji – z listy przysłanej mu przez uczelnię wybrał szkołę w Walton, wracając tym samym do punktu wyjścia – do miejsca, z którego tak bardzo kiedyś chciał uciec. Wieczory spędzał na komponowaniu pełnych melancholii, smutnych, oddających jego nastrój piosenek. Skończyło się lato, Kate wróciła na ostatni rok na uczelnię w Brighton, a Stuart zaczął przygotowywać lekcje. Codzienne myśli o Ann powoli zastąpiły myśli o obowiązkach i zastanawianie się nad tym, jak młodych ludzi, czekających na niego w szkole w Walton, można zainteresować matematyką. Przypominając sobie swoje lata szkolne i swoich nauczycieli, zdał sobie sprawę z tego, ile będzie miał władzy nad swoimi uczniami i w jak dużych stopniu ich przyszłość zależeć będzie od wystawionej przez niego oceny. Wchodząc na pierwszą lekcję do klasy i patrząc na młodszych od niego zaledwie o kilka lat uczniów był tak sparaliżowany strachem, że przez kilka minut nie potrafił powiedzieć ani słowa.

Po przełamaniu pierwszych lodów zaczął uczyć matematyki w bardzo niekonwencjonalny sposób, wyjaśniając i powtarzając kilkakrotnie reguły i zadania, proponując mniej zdolnym uczniom konsultacje po lekcjach. Wkrótce stał się najbardziej lubianym nauczycielem w szkole, udało mu się dotrzeć do większości uczniów i zainteresować ich matematyką. Z kilkoma „beznadziejnymi przypadkami” zawarł umowę, mieli robić dodatkowe zadania domowe: „pokażcie mi, że chcecie się nauczyć, a przepuszczę was do następnej klasy, nawet jeżeli oblejecie wszystkie klasówki”. Młodzież testowała kilkakrotnie granice jego wytrzymałości. Zdarzyło się raz i drugi, że cała klasa, narzekając, że było tyle do nauki z innych przedmiotów, przyznała się, że nikt nie odrobił zadań z matematyki. Ale już wkrótce, już zaraz miało się to zmienić. Po kolejnej takiej próbie Stuart zjawił się w klasie z gitarą i odśpiewał skomponowaną przez siebie piosenkę: „How long is soon?” (Jak długie jest „wkrótce”?), którą wkrótce nucili wszyscy uczniowie i która stała się nieoficjalnym hymnem szkoły.

Na początku października, po ponad trzymiesięcznym pobycie w szpitalu psychiatrycznym, matka wróciła do domu. Przywiózł ją Stuart. Podczas jazdy z Norwich co chwila spoglądał w lusterko, nie wierząc, że wiezie ze sobą tę samą osobę, która go wychowała i którą znał od dwudziestu dwóch lat. Ruchy matki zmieniły się po silnych lekach uspokajających, były to ruchy robota, opuchnięta twarz pozbawiona była jakiejkolwiek mimiki, a komunikacja ograniczała się do pojedynczych słów. Stuart myślał, że to, co w matce w którymś momencie pękło, nie zostało naprawione, drzemało w niej dalej, sklejone prowizorycznie silnym plastrem – nikt nie wiedział, jak się będzie żyło z takim człowiekiem.

W kilka dni po powrocie matki do domu w skrzynce pocztowej znalazł się pierwszy list z Sydney, kolorowy, pełen optymizmu. Był szary, dżdżysty październikowy dzień, a listu z Australii sprawił, że zapachniało słońcem i radością życia. Jak dobrze było wiedzieć, że na drugiej półkuli jest ktoś, kto jest szczęśliwy, że gdzieś tam czeka na nas przygoda i życie lepsze od tego, które mamy w tej chwili.

Cdn.