Z cyklu: losy książek

Ewa Maria Slaska

Książki z mojej biblioteki

Moja biblioteka ma to do siebie, że mimo najstaranniejszej selekcji i usuwania zbędnych książek, tych przeczytanych (tylko raz i nigdy więcej!) i tych nie przeczytanych, wciąż rośnie. Gdy się wyprowadzałam z poprzedniego, dużego, mieszkania do tego, gdzie obecnie mieszkam, a które jest o połowę mniejsze, oddałam zgodnie z zasadami matematyki stosowanej połowę książek. Poszły do znajomych i przyjaciół, a resztę – wraz z połową regałów Billy – zabrał samochód dostawczy instytucji, która nazywa się Büchertisch czyli po prostu Stół z Książkami, i która te książki rozdaje w różnych miejscach, gdzie godne to jest i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, żeby rozdawać książki za darmo, na przykład w szpitalach, biurach opieki społecznej, szkołach… Tę pozostałą przy mnie połowę książek przywiozłam do nowego mieszkania, gdzie okazało się, że zastosowałam złą matematykę, nieważne czy stosowaną czy nie, i połowę książek musiałam wstawić w kartonach do piwnicy. Nie umiałam na bieżąco ocenić, które kartony wnosić na czwarte piętro, a które znosić do piwnicy, i dziś nie wiem nawet, co tam mam. Zresztą gdy patrzę na półki domowej biblioteczki, to przyznaję, że i tu nie do końca wiem, co mam.

2berlinskieksiazkimamaWiem tylko, że na samej górze stoją stare książki, kupowane przez moich rodziców za grosze tuż po wojnie. Bo książki wtedy kosztowały grosze, co było częścią peerelowskiego programu oświatowego. Ich charakterystyczną cechą jest dziś kolor, po 70 czy 60 latach wszystkie są szarobure. Chyba nigdy do nich nie sięgam, a mimo to nie miałabym serca, żeby je wyrzucić. Moi młodzi rodzice, biedni jak myszy kościelne, odejmowali sobie od ust, żeby je kupić, bo nawet jeśli kosztowały grosze, to jednak kosztowały…2berlinskieksiazki-mamatata

 

Mam natomiast w biblioteczce coraz więcej książek “z historią” i coraz bardziej je cenię. Pisałam już kilkakrotnie o takich książkach, o uratowanych z płomieni Kamieniach na szaniec, czy o znalezionych na ulicy kartkach książek, które potem kupiłam, jak Verdammt starke Liebe Lutza van Dijka czy Die Stadt hinter dem Strom Hermanna Kassacka.

Dziś kolejne dwie takie książki. BUtterfield 8 Johna O’Hary przyniosłam kilka dni temu z Büchertisch w Ratuszu Kreuzberg, Milczenie morza Vercorsa “znalazła” na półce w mieszkaniu naszych dzieci (regał Billy, a jakże) moja “współteściowa”. Dla wyjaśnienia zapis tytułu BUtterfield nie jest literówką, tak od 16 grudnia 1930 roku zapisywano numery centralne urzędów w Nowym Jorku. Numer składał się z nazwy dzielnicy, w której dwie pierwsze litery pisane były jako wielkie, oraz kolejnego numeru; w przedwojennej Warszawie byłby to więc np. MOkotów 21 dla Szkoły Głównej Handlowej).
X
ohara-vercors

BUtterfield zainteresował mnie ze względu na amerykańskie pieczątki na frontyspisie. Lonia czyli artystka-plastyk Longina Poterek, mama mojej synowej, przyjechała na święta do Berlina, wyjęła z półki pierwszą lepszą książkę i zobaczyła na stronie tytułowej podpis właściciela – człowieka, którego znała.

Obie książki były czyjąś własnością i właściciel tę własność wyraźnie zaznaczył.

2berlinskieksiazkifronty O’Hara został wydany w roku 1935, Vercors w 1956. 

John O’Hara należał do biblioteki wojsk amerykańskich Army Library w Garlstedt, potem do  biblioteki naukowej w Poczdamie (Wiss. Allgemeinebibliothek), następnie do Biblioteki Miejskiej i Krajowej, przy czym chodzi o kraj związkowy czyli tzw Land Brandenburgia (SLB – Stadt- und Landesbibliothek Potsdam), gdzie wchodził w skład księgozbioru Amerika-Bibliothek.  Kiedyś go “wysortowano” czyli usunięto, co zaświadcza kolejna pieczątka, jednak nie ma tam daty, kiedy tego dokonano.

Garlstedt to miasto w Dolnej Saksonii, gdzie w latach 70 zbudowano garnizon dla 200 żołnierzy okupacyjnej armii amerykańskiej (na fotografii powyżej). Dla tych, którzy są za młodzi, żeby pamiętać: Niemcy do roku 1992 znajdowały się pod okupacją aliantów, czyli wojsk, które zwyciężyły w II wojnie światowej: USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Związku Radzieckiego. Na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej powstało państwo zwane NRD, pozostałe trzy strefy utworzyły RFN. W wojsku amerykańskim w Niemczech służył w latach 1958-1960 Elvis Presley, już jako znany muzyk. Tu poznał swoją pierwszą żonę, Priscillę, z którą wziął ślub w roku 1967.

Okupacja obejmowała oczywiście również Berlin. Gdy przyjechałam w roku 1985 do Berlina, mieszkałam najpierw w strefie francuskiej, a potem angielskiej. Teoretycznie wciąż jeszcze obowiązywała w tym mieście godzina policyjna – była “zawieszona”, ale bez trudu można ją było w każdej chwili “odwiesić”. Teoretycznie musieliśmy zawsze mieć przy sobie paszport, dowód lub inny dokument ze zdjęciem. Zanim wolno było człowiekowi złożyć podanie o azyl polityczny, trzeba było całkiem praktycznie i zgoła nie teoretycznie, udać się na przesłuchania do aliantów.

***

Właścicielem Milczenia morza był najpierw Fr(anciszek) Burkiewicz, który nabył tę książkę od razu w roku wydania i zapisał to pod zamaszystym podpisem. Podpis jest wykonany atramentem, który rozlewa się na miękkim peerelowskim papierze. W roku 1989 książkę nabyła w antykwariacie B. Kozica, która przekreśliła ołówkiem podpis Burkiewicza i sama się podpisała, też dodając rok nabycia.

Ciekawe, że Burkiewicz, poznański grafik, autor exlibrisów, tej książki nie oznakował exlibrisem, tylko ją podpisał. Znałam go, powiedziała Lonia podczas noworocznej partyjki scrabble’a, nie osobiście, ale często go widywałam w klubie ZPAP (Związku Polskich Artystów Plastyków) na Starym Rynku.  Był w wieku moich profesorów licealnych. Zawsze w jasnopopielatym garniturze i białej koszuli. Schludny, nienaganny.

Internet pozwala uzupełnić te informacje i wtedy dowiaduję się, że związany z Poznaniem Burkiewicz urodził się w Berlinie! Przyjechał do Poznania jako dziecko w roku 1920.

Była to więc zapewne rodzina tzw. optantów. Po I wojnie światowej rodziny polskie w Niemczech podobnie jak rodziny niemieckie w Polsce uzyskały tzw. opcję wyboru obywatelstwa i miejsca zamieszkania. W ściśle określonym czasie – teoretycznie zgodnie z Traktatem Wersalskim w dniach od 10 stycznia 1920 roku do 10 stycznia 1922 roku (w praktyce bywało różnie) – rodziny polskie mogły się zadeklarować jako polskie i powrócić do wyzwolonej ojczyzny, lub też wybrać opcję niemiecką i pozostać w Niemczech. Anna Poniatowska, badaczka dziejów Polaków w Berlinie, pisze, że ok. 10% Polaków w Berlinie wybrało opcję polską.
Często było tak, że część rodziny wyjeżdżała do Polski, część zostawała.

Franciszek Burkiewicz urodził się w roku 1910, zmarł w roku 2002. W latach 1925-1930 pobierał nauki w Państwowym Seminarium Nauczycielskim im. E. Estkowskiego, studiował w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Poznaniu, gdzie w roku 1935 uzyskał absolutorium na Wydziale Grafiki u prof. J. Wronieckiego. Studia kontynuował na Akademii Sztuk Pieknych w Warszawie (absolutorium 1939 r., dyplom w 1947 r.)

Patrzę na te daty i myślę, że mógł się znać z Mamą, która zaczęła studia na ASP w Warszawie w roku 1945. W końcu oboje studiowali grafikę.

Podczas studiów był stypendystą Funduszu Kultury Narodowej Prezydium Rady Ministrów (1936-1939). W czasie wojny pracował w „Deutsche Reichsbahn”, po wojnie powrócił do pracy w zawodzie. Na PWSSP wykładał liternictwo, grafikę użytkową, drzeworyt i rysunek. W latach 1963-1965 był dyrektorem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych. Po roku 1965 był już tylko grafikiem uprawiającym wolny zawód, udzielał się jednak czynnie w ZPAP. (Jak Mama, myślę, która nigdy nie pracowała na etacie, ale działała w Oddziale Gdańskim Związku, w sekcji grafiki). Burkiewicz brał udział w 377 wystawach w Polsce i na świecie, w tym 45 indywidualnych; otrzymał ponad 40 nagród i wyróżnień. Uprawiał drzeworyt, linoryt i rysunek. Był pejzażystą, pod koniec życia uprawiał fantastykę i abstrakcję. Przedstawia życie w wodach i dolinach aż po góry i dalekie horyzonty pełne chmur i powietrza. Wszystko przenika dziwnym światłem, dającym atmosferę niesamowitości i tajemnicy, pisze krytyk Jan Mulczyński. Stosuje monotypie, które powstałe na zasadzie przypadku i dowolnego wyboru stanowią pretekst do budowania nowych jakości między bielą i czernią. Z monotypii wyrastają często pierwsze kształty, najpierw abstrakcyjne, dalej przechodzące w bardziej realne, by znowu zerwać z nimi i kontynuować abstrakcyjny wątek; najczęściej zlewają się z rysunkiem w jednolitą całość.

***

Tyle na dziś o tych dwóch książkach. Można by jeszcze mnóstwo o nich opowiedzieć,  a zwłaszcza o ich autorach. A zwłaszcza o Vercorsie. Obie powieści właśnie (jednocześnie) czytam, jedną po angielsku, drugą po polsku. Obie należą do kanonu obowiązkowej literatury światowej. Obie są świetne. Polecam.

Przedświąteczne inspiracje (Lego)

Znalezione w sieci – szopki z klocków Lego.

Dla J. A. i A.

The Child was born under the star in the holy (brick)night… 🙂

To samo ale w wersji Star Wars!

I jeszcze jedna, bardziej pokojowa. Ze świniakiem w zagródce. Można by mieć pretensje do twórcy, że nie przestrzega zasad, ale cóż – sama widziałam rok temu w Muzeum Polin w Warszawie “dzieło sztuki” jakichś artystów muzealnych, przedstawiające życie żydowskie w średniowiecznym miasteczku i tam też był świniak jak żywy.

Tę szopkę podobno wymyśliły i zrobiły dzieci.

Tę sam budowniczy określił jako “cool”.

nativitylegocool

A ta reprezentuję ideę minimalu. Podoba mi się. Taką to ja bym potrafiła zrobić. Ale czy ja wiem, podpis głosi, że to Fun4Boys.

PS from 22nd of Dec: made by family

szopkajackaantosia

 

Muzeum kotów

Ewa Maria Slaska (tekst), Maria Gast Ciechomska (zdjęcia)

Poszłyśmy do Muzeum Kotów, miało więc być o muzeum kotów, ale gdy siadłam do pisania przypomniało mi się nagle Muzeum Psów, dość niemiła ale świetna książka Jonathana Carolla, którą czytałam wiele lat temu w wydaniu Rebisu i tłumaczeniu Pawła Kwiatkowskiego. Wydawnictwo dołączyło do książki taki tekst:

Harry Radcliffe, sławny i błyskotliwy architekt, bez skrupułów wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję i każdą piękną kobietę. Podejmuje się nawet zaprojektowania Muzeum… Psów, na które sułtan Saru, obawiający się zamachu na swoje życie, chce wydać miliard dolarów, by się zapisać w pamięci potomnych.

Ciekawe, wydawało mi się, że akcja powieści rozgrywa się przede wszystkim w rozmowach projektanta muzeum z synem zleceniodawcy. A że facet jest bez skrupułów, nie wiem, nie pamiętam… Chyba przede wszystkim pamiętam puste spalone słońcem górskie krajobrazy, gdzie w jakiejś rozpadlinie powstanie muzeum… W gruncie rzeczy nic nie pamiętam. A mimo to wiem, że była to świetna książka. Niespokojna.

Muzeum kotów mieści się w spokojnej mieszczańskiej dzielnicy Berlina, w spokojnej mieszczańskiej kamienicy i nie ma w nim, na szczęście, nic demonicznego… Przeciwnie – jest Helmut Glantz, miły starszy pan, który od ponad 40 lat zbiera wszystko o kotach – figurki, obrazki, porcelanę, przedmioty codziennego użytku i wyszukane obiekty kolekcjonerskie. Masową produkcję pamiętkarską i cenne unikaty. A zaczęło się wszystko od małego białego kotka, kupionego za kilka marek przez ucznia ze szkoły średniej… Teraz koty zajęły całe mieszkanie, kurator i jego rodzina (teraz już tylko żona, dzieci poszły na swoje) oraz, oczywiście, koty zajmują inne mieszkanie w tej samej kamienicy. Tu nie ma miejsca dla żywych, tu rządzą koty uprzedmiotowione. Ale jak!

Katzenmuseum
Über 30 Jahre sammelten Katzenliebhaber Helmut Glantz und seine Frau alles, was mit Katzen zu tun hat. Das Ergebnis dieser Leidenschaft macht er der interessierten Öffentlichkeit in Berlins einzigen Katzenmuseum zugänglich.

Tassen, Teppiche und Vasen mit Katzenmotiven, gestrickte Katzen, Katzen aus Holz, Spieluhren mit Katzen und über 1000 Katzen-Porzellanfiguren. Es gibt buchstäblich nichts, was nicht mit Glantz’ Lieblingsmotiv verziert wurde. Zusätzlich verfügt das in einer 3 Zimmer-Wohnung in Lichterfelde beheimatete Katzenmuseum über eine kleine Bibliothek mit Sachbüchern zur Katzenzucht und Pflege. Feste Öffnungszeiten gibt es nicht, die Besucher werden nur nach telefonischer Voranmeldung empfangen und durch das Museum geführt.

Adresse / Adres:
Luisenstraße 38
12209 Berlin
Telefon: (030) 772 51 49
Öffnungszeiten / godziny otwarcia: Besichtigung nur nach Terminvereinbarung möglich / trzeba się umówić
Eintrittspreise / Ceny: frei / bezpłatnie (Spenden willkommen, datki mile widziane)

Advent steht vor der Tür

Vor einem Jahr hat uns der Autor schon einmal nach Magdeburg eingeladen. Man hätte gern hier geschrieben, dass es alle Jahre wieder statt findet oder statt finden soll. Dem ist es jedoch leider nicht so. 

Hans-Jürgen Moder

Künstlerisches Holzspielzeug aus Polen im Magdeburger Allee-Center

Polnische Schnitzkunst hat einen Namen in der Welt. Und dank des Magdeburger Sammlerehepaar Edeltraut und Horst Gierathts seit vielen Jahren immer  zur Weihnachtszeit auch einen festen Ort in Magdeburg. Nun endet diese Tradition.

Das Magdeburger Allee-Center präsentiert letztmalig vom 24.11.2016 bis 23.12.2016 Schnitzkunst aus Südpolen.

p1050411_20Thematischer Schwerpunkt ist diesmal “Spielzeug in der Weihnachtszeit”. Jan Mika aus Piatkowa (Paszyn), einer Hochburg der “Naiven” zeigt Holzspielzeug, wie es seit Jahrhunderten an langen Winterabenden in den Dörfern geschnitzt wurde. Seine Spielzeuge sind immer auch kleine Kunstwerke – authentisch, naiv, ursprünglich. Jan Mika, Sohn des großen Stanisław Mika, gilt als einer der letzten naiven Schnitzer. Der ebenso bedeutsame Józef Zganiacz (1904-1996) lädt mit seinen Karussels und Riesenrädern auf einen Dorfrummel ein, während Antoni Toborowicz originelles, funktionales Spielzeug ausstellt.
p1050572_20Die Engel, Musikanten und Krippen von Stanisław Apriasz haben schon viele Freunde und neue Besitzer gefunden. Einmalig an ihnen ist, dass sie aus einem Stück gearbeitet sind und nichts angeklebt ist. Der Meister ist täglich von 12 Uhr bis 18 Uhr anwesend und freut sich auf die Begegnung mit den Ausstellungsbesuchern.
Tatkräftig unterstützt wurden die Gieraths auch diesmal wieder durch die rührige Deutsch-Polnische Gesellschaft Sachsen-Anhalt und deren Vorsitzenden Krzysztof Blau. Auch wenn die Gieraths altersbedingt jetzt kürzer treten müssen, diese Tradition hätte eine Fortsetzung verdient.
tableau_300
Weitere Informationen unter: http://naivekunstinmagdeburg.blogspot.de/ und
http://www.dpg-sachsen-anhalt.de/show/8061843.html

Hermann Stöhr i Stanisław Kubicki

EMS: O Stanisławie Kubickim pisaliśmy tu już wielokrotnie, przede wszystkim dr Lidia Głuchowska, niestrudzona badaczka jego życia i twórczości i propagatorka jego dzieł w Polsce, w Niemczech, w Europie i na świecie. Hermann Stöhr pojawia się na tym blogu po raz pierwszy, natomiast już od wielu lat jego biografią zajmuje się znana berlińska instytucja, związana z Domem Demokracji (Haus der Demokratie), a mianowicie Friedensbibliothek / Antikriegsmuseum. Biblioteka Pokojowa przygotowała i wciąż aktualizuje wystawę o nim. Pierwszą wersję tej wystawy prezentowały w Szczecinie Biblioteka Pokoju w Berlinie, Dom im. Dietricha Boenhoffera w Szczecinie, oraz Stowarzyszenie (któremu od roku przewodniczę) Städtepartner Stettin – Partnerstwo Szczecin – Friedrichshain/ Kreuzberg. Dziś z inicjatywy tego Stowarzyszenia otwarta zostanie dwuczęściowa wystawa o tych dwóch niezwykłych ludziach, którzy się nigdy nie poznali i których pozornie wszystko dzieliło – narodowość, religia i profesja, a jednak łączyło ich zaangażowanie społeczne, działanie na pograniczu polsko-niemieckim i głęboki pacyfizm, a najbardziej dramatycznym znakiem równania między nimi stała się męczeńska śmierć z rąk nazistów. Hermann Stöhr był pierwszym Niemcem straconym za odmowę służby wojskowej, Stanisław Kubicki, działacz AK, został zamęczony na śmierć w więzieniu Pawiak w Warszawie.

stoehr-kubicki-zapr

Bogdan Twardochleb, dziennikarz Kuriera Szczecińskiego pisze na stronie Książnicy:

Książnica Pomorska – Wydarzenia

 Data: 28 października – 25 listopada 2016

Miejsce: Hol przy Czytelni Głównej, wenisaż: 28.10, godz. 12.00

28 października 2016 r. o godz. 12.00 otwarte zostaną dwie paralelne wystawy: “Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie” – Stanisław Kubicki (1889-1942) i polska awangarda w Niemczech oraz “NIE, które na pewno NIE znaczy” – Hermann Stöhr  (1898-1940).

Hermann Stöhr  urodził się 4 stycznia 1898 r. w Szczecinie – został stracony przez hitlerowców 21 czerwca 1940 r. w Berlinie-Plötzensee. Był protestanckim teologiem, publicystą, wydawcą, doktorem nauk o państwie, działaczem niemieckich i międzynarodowych ruchów społecznych i pomocowych, pacyfistą. W Szczecinie mieszkał najpierw przy dzisiejszej ul. Unisławy 7, później przy ul. Juliana Tuwima 12. W sierpniu 1939 r. odmówił stawienia się do armii i nie przyjął karty mobilizacyjnej. 31 sierpnia 1939 r. został aresztowany i po procesach skazany na śmierć „za osłabianie siły bojowej państwa”.

Stanisław Kubicki urodził się w polskiej rodzinie w dniu 20 stycznia 1889 r. w Ziegenhain (Hesja) – został zamęczony na śmierć przez hitlerowców w czerwcu  1942 r. w więzieniu gestapo na Pawiaku. Nie jest znana ani data śmierci, ani miejsce pochówku.

Był malarzem i poetą, ekspresjonistą, członkiem grup Bunt i Zdrój, mieszkał w Berlinie i Poznaniu, w czasie wojny działał w AK, wypełniał misje między Warszawą a Berlinem. Gestapo aresztowało go w Warszawie, gdy przyszedł na pogrzeb przyjaciela, poety ze „Zdroju”, żołnierza AK, Jerzego Hulewicza.

Hermann Stöhr i Stanisław Kubicki prawdopodobnie się nie znali i nigdy nie spotkali. W ich życiorysach i losach jest jednak wiele znaczących wątków wspólnych. Ma to rangę symbolu.

Obaj angażowali się na rzecz na rzecz ludzi biednych i wykluczonych, bliski był im pacyfizm, byli głęboko religijni w duchu chrześcijańskim, występowali na rzecz porozumienia polsko-niemieckiego, czynnie przeciwstawili się nazizmowi, za co zapłacili życiem.

W Berlinie jest pl. Hermanna Stöhra i stoi kamień, który go upamiętnia. Kamień pamięci (Stolperstein) umieszczono przed berlińskim domem Stanisława Kubickiego. Inicjatorami byli uczniowie jednej ze szkół w dzielnicy Neukölln.

Wystawę o Hermannie Stöhrze przygotowała berlińska Friedensbibliothek (Antikriegsmuseum), a wystawę o Stanisławie Kubickim – Uniwersytet Zielonogórski. Kuratorem pierwszej jest Jochen Schmidt z Friedensbibliothek, który odnalazł wiele materiałów, związanych z Hermannem Stöhrem i pamiątek po nim, drugiej – dr Lidia Głuchowska, autorka głównych opracowań o Stanisławie Kubickim.

Inicjatorem wspólnego zaprezentowania obu wystaw w Szczecinie jest Städtepartner Stettin e.V., stowarzyszenie partnerskie Szczecina, działające w Berlinie (Friedrichshain-Kreuzberg). Na otwarcie przyjadą członkowie stowarzyszenia z jego przewodniczącą, Ewą Marią Slaską.

EMS: Nasze Stowarzyszenie zamierza kontynuować te działania. W maju 2017 roku podwójna wystawa o Hermanie Stöhrze i Stanisławie Kubickim zostanie zaprezentowana w pomieszczeniach Ratusza Kreuzberg w Berlinie. Z tej okazji ma również powstać film o działaniach Hermanna Stöhra, zorganizowane zostaną otwarte dla publiczności spacery śladami obu naszych bohaterów w Szczecinie i Berlinie. Docelowo Stowarzyszenie chciałoby uzyskać upamiętnienie ich obu w nazwach ulic
w obu miastach.

Berlin znów leuchtet

Tomasz Fetzki

Zaświecił dwunasty raz. Dla nas – po raz drugi.

Iluminacja Bramy Brandenburskiej robi wrażenie i przytłacza rozmachem. Katedra, jak zwykle, oświetlona raczej artystycznie niż efekciarsko; szkoda, że akurat podczas naszej wizyty na brzegu Szprewy rozpadał się wściekły deszcz. Plac Żandarmerii w barwach stonowanych, refleksyjnych. Żal, że wieczór tak krótki!

berlinleuchtet01

Brama Brandenburska i…



A już od kilka dni w Wielkiej Sieci szumiało o iluminacji galerii Mall of Berlin na Leipziger Strasse. Że niby skandal, że rewizjonizm, że neofaszyzm wręcz! No bo żeby twarz Hitlera na murach wyświetlać?

Byliśmy, widzieliśmy, uspokajamy. Cały pokaz to animacja, historia ostatnich kilkudziesięciu lat Berlina. Podana w skrócie i z humorem. Austriacki Kapral nie gra tu pierwszych skrzypiec, nie poświęcono mu nawet zbyt wiele czasu. Po prostu jest – wciśnięty gdzieś między kajzera Wilhelma, Wujaszka Joe, Churchilla, Kennedy’ego, Honeckera, Gorbiego i jeszcze kilka innych person. Jest, bo czemuż by udawać, że nie odcisnął swego piętna na dziejach Miasta? Zamiast się bulwersować, lepiej wyrazić dla autorów iluminacji uznanie dla finezji, z jaką poradzili sobie z zakazem prezentowania znaku hakenkreuza. A jeszcze lepiej popatrzeć sobie na Davida Hasselhoffa, fikającego na cześć upadku Muru.

berlinleuchtetaberlinleuchtetbberlinleuchtetcberlinleuchtetdberlinleuchteteberlinleuchtetfberlinleuchtetg

Uwaga: Oświetlenie Berlina w ramach akcji Berlin leuchtet można oglądać jeszcze do 16 października; codziennie od godziny 19 do 24.

Autor najlepszych oper Mozarta

Z Australii tekst(y, bo będą przez trzy czwartki) dokładnie wpasowane w początek sezonu operowego w Berlinie. W Deutsche Oper w niedzielę odbyła się premiera Cosi fan tutte Mozarta z librettem Lorenza da Ponti. Najbliższe wystawienia 1, 8, 11 i 14 października

Lech Milewski

W roku 1825 włoska trupa operowa dawała w Nowym Jorku
przedstawienia, między innymi Don Juan Mozarta
ze sławną Malibran-Garcia – KLIK – w partii Donny Anny.
Zjawił się na nich stary Włoch osiadły w Nowym Jorku
i dziękował wykonawcom – jako autor opery!
Myślano, że stary jest niespełna zmysłów, bo przecie
Don Juana napisał Mozart,
nieżyjący już wówczas
od lat trzydziestu czterech.
Okazało się, że…
Karol Stromenger – Mozart – PIW 1962

Opera Don Juan a raczej Don Giovanni, jak to właściwie było z tym autorstwem?
Sięgnijmy do źródeł. Oto plakat z października 1788 roku, premiera opery w Dreźnie…

don_giovanni-german_advertkl

Rozpusta ukarana albo Don Juan. Wielka śpiewogra w dwóch aktach.

Uwaga, mamy go –

Die Poesie ist von dem Kais. Konigl. Theaterdichter Herrn Abe da Ponte eigehändl. verfertiget
Und die ganz neue vortreffliche Musik ist von dem beruhmten Kapellmeister Herrn Mozart, ebenfalls ausdrucklich dazu komponiert worden.

Poezja autorstwa cesarsko-królewskiego librecisty pana opata da Ponte własnor. przygotowana.
Całkiem nowa nadzwyczaj stosowna muzyka autorstwa sławnego dyrygenta pana Mozarta, równie dokładnie do niej skomponowana.

Dziękuję Ewie Marii za pomoc w odcyfrowaniu i przetłumaczeniu nieco archaicznego tekstu.

Na plakacie z o pół roku wczesniejszej premiery w Wiedniu kolejność autorów opery jest taka sama. A więc sprawa jest jasna – ten stary Włoch z Nowego Jorku to był opat da Ponte. Jego roszczenia były jak najbardziej uzasadnione, przecież na plakacie figuruje na pierwszym miejscu.

Rozpusta ukarana – zadumałem się – co też opat mógł wiedzieć o rozpuście? Świątobliwa osoba, do tego, jak nazwisko wskazuje, z arystokratycznego rodu. I jeszcze to imię – Lorenzo – skojarzenie z weneckim Il Magnifico jest nieuniknione.

Więc powtarzam – cóż szlachetny opat Lorenzo da Ponte mógł wiedzieć o rozpuście? Nie dopuszczam myśli, że ujawnił wysłuchane w konfesjonale wyznania.

Zajrzyjmy ponownie do źródeł…

W starożytnym miasteczku Ceneda – KLIK, w żydowskim getcie, żyła rodzina biednego garbarza Jeremiasza Conegliano. Mieli trzech synów – urodzonego w 1749 roku Emanuela i młodszych – Barucha i Ananie.

24 sierpnia 1763 roku, w dzień świętego Bartłomieja, w cenedeńskiej katedrze, tutejszy biskup – Lorenzo da Ponte, celebrował przyjęcie nowych dusz na łono Kościoła-Matki. Wśród ochrzczonych byli równiez synowie garbarza Conegliano.
Zgodnie z tradycją biskup nadał swoje nazwisko wszystkim nowoochrzczonym, Synowie Jeremiasza Conegliani otrzymali chrześcijańskie imiona – odpowiednio: Lorenzo, Girolamo i Luigi.

Biskup Lorenzo da Ponte słynął ze swojej szczodrości w finansowaniu instytucji kulturalnych i oświatowych oraz z działalności charytatywnej.
Nie poprzestał na ochrzczeniu – trzej bracia Conegliani, przepraszam – da Ponte, zostali przyjęci do szkoły seminaryjnej, w której wszyscy wykazali się doskonałymi postępami.
Po dwóch latach nauki Lorenzo da Ponte władał łaciną i greką, znał doskonale twórczość Dantego, Petrarki, Wergiliusza i Horacego. Potrafił napisać kilkusetwierszowy poemat na zadany temat.

Lorenzo był tak zafascynowany literaturą, że któregoś dnia ukradł z ojcowskiego warsztatu czekające na wygarbowanie skóry i zapłacił nimi księgarzowi za książki. Sprawa się wydała i dotarła do wiadomości biskupa. Ten nie dość, że za własne pieniądze wykupił od księgarza skóry, to jeszcze polecił lekkomyślnego Lorenzo specjalnej uwadze nauczycieli.

Dobry biskup Lorenzo zmarł w 1768 roku. Młody Lorenzo da Ponte miał wtedy 19 lat. Z jednej strony nie wyobrażał sobie, aby mógł przerwać naukę, z drugiej…
Pod naciskiem ojca zdecydował się na przyjęcie ślubów zakonnych. Miał o to pretensję do końca życia, ale czy przedstawił jakieś własne propozycje?

Teraz jego kariera potoczyła się szybko. Po dwóch latach został wykładowcą, po następnych dwóch wicerektorem uczelni. W tym samym czasie otrzymał święcenia kapłańskie, został księdzem.
I wtedy…
Trzy lata wcześniej, w 1770 roku, Lorenzo przebywał na dwutygodniowej kuracji w Wenecji. Poznał tam panią Angiolę Tiepolo, żonatą, matkę dwojga dzieci. Najwidoczniej oboje przypadli sobie do gustu, gdyż prowadzili korespondencję i właśnie teraz Angiola powiadomiła Lorenza listownie, że porzucił ją mąż, który postanowił pozostać księdzem.
Zadziwiająca sytuacja – nie jestem pewien, czy Lorenzo uznał, że jego obowiązkiem jest zastąpić księdz,a czy przeważyły względy osobiste, w każdym razie porzucił świetnie zapowiadającą się karierę i przeniósł się do Wenecji. Zamieszkał z piękną Angiolą i jej bratem, zubożałym arystokratą Girolamo.

Girolamo zaliczał się do Barnabotti – KLIK – zubożałych członków Wielkiej Rady Wenecji. Ludzie ci mieszkali z dala od centrum, w pobliżu kościoła św. Barnaby, gdzie czynsz był nieco niższy, stąd nazwa. Jako członkom Wielkiej Rady nie wolno było im podjąć żadnej pracy zarobkowej, otrzymywali stałą rentę od miasta.

Lorenzo szybko znalazł pracę jako nauczyciel dzieci zamożnej i pięknej wenecjanki. Swoje zarobki musiał dzielić ze swymi gospodarzami.

W swoich pamiętnikach Lorenzo wspomina, że Wenecja było to miasto muzyki i hazardu. Do tego ogromne rozluźnienie obyczajów. Praktycznie karnawał trwał tu cały rok. Maski były zawsze na porządku dziennym i dla wielu osób stwarzały poczucie uwolnienia od wszelkich zasad i odpowiedzialności.

Miasto hazardu – Angiola i jej brat byli od niego uzaleznieni, Lorenzo szybko do nich dołączył. Domów gry było wiele, ale prawdopodobnie ze względu na wysoką pozycją społeczną Girolamo głównym miejscem, które odwiedzali regularnie było ridotto – skrzydło pałacu, w którym rząd wenecji zorganizował kasyno – KLIK.
Da Ponte opisuje w pamiętnikach swoje przygody w kasynie. Czasem było tak źle, że musiał pożyczać pieniądze od gondolierów, czasem tak dobrze, że wspierał innych graczy.
Musiał też dzielić się wygranymi z bratem Angioli.
Dzielić? Musiał je w całości oddawać. Opisuje szczegółowo taką scenę. Moją uwagę zwróciło, że Girolamo traktuje da Ponte jak poddanego, a Lorenzo tytułuje go Wasza Ekscelencjo i posłusznie wypełnia każde polecenie.
Zapewne bliskość Angioli rekompensowała wszelkie upokorzenia, chociaż…
Któregoś dnia, w Caffe de’Letterati podszedł do niego posłaniec i powiadomił, że ktoś na niego czeka w pobliżu, w gondoli. Była to elegancka dama, twarz ukryta za maską. Okazało się, że to nieporozumienie, ale najwyraźniej Lorenzo zdołał szybko zyskać zaufanie tajemniczej damy bo wyznała mu co następuje – pochodzi z bogatej rodziny, matka chciała ją wydać na siłę za mąż. Odmówiła, matka chce ją oddać do klasztoru, więc uciekła i szuka protektora.
Nie była gołosłowna – pokazała szkatułkę pełną kosztowności i rulony banknotów w torbie. Podzieli się chętnie tym wszystkim z Lorenzo i na dodatek ofiaruje mu serce.

To wymagało rozważenia.
Angiola nie była wysoka, ale za to piękne jasne włosy, rumiana buzia, karminowe usta, rozkoszne dołeczki, wykształcenie niewielkie, ale jaki temperament.
Matylda była znacznie wyższa, nosiła sie z godnością, ciemne włosy, rysy twarzy nie tak regularne – to ostatnie to chyba nie zaleta.
Ale ta szkatułka z kosztownościami, te rulony banknotów. Lorenzo poprosił o trzy dni czasu do namysłu. Spotykali się codziennie co wywoływało ataki zazdrości Angioli.
Dopiero po tygodniu Lorenzo zdecydował – Matylda!
O drugiej w nocy pospieszył do jej hotelu. Za późno, dwie godziny wcześniej porwali ją nasłani przez jej matkę mężczyźni.

W tak urozmaiconej atmosferze minęły dwa lata. Prócz pracy, miłości i hazardu Lozenzo spędzał wiele czasu na kontaktach towarzyskich z weneckimi intelektualistami i artystami i zyskał sobie w tym środowisku dużą popularność.

Pewnego razu, po kolejnej przygodzie, która nieomal nie skończyła się małżeństwem z bogatą panną, Angiola rzuciła w niego celnie kałamarzem, a potem, gdy spał, obcięła mu włosy. Lorenzo porównuje to z biblijna historią o Samsonie. Rzeczywiście, skutek był podobny choć odwrotny. Samson po obcięciu włosów stracił swą moc, Larenzo odzyskał – posłuchał rady brata, Girolamo, który kontynuował karierę naukową w Ceneda i nęcił Lorenzo powrotem na łono tutejszej uczelni.

Lorenzo wrócił i wkrótce otrzymał pozycję wykładowcy na uczelni w Treviso. Dwa lata później otrzymał tytuł profesora retoryki.
Kariera rozwijała się dobrze, ale być może rozzuchwalony sukcesem, a być może na skutek weneckich fanaberii, Lorenzo zaczął głosić dość radykalne poglądy, które nie podobaly się jego zwierzchnikom.
Czarę cierpliwości przelał poemat napisany na okoliczność końca roku akademickiego…

La natura dentro it petto
una legge sol mi die
di non far in atto o in detto
Quel che poi non piace a me .

Dunque sono in questo seno
Questa legge a me vivra
E tu poi da un duro freno
Cerca pur felicita.

Natura w mym sercu
daje mi jedyne prawo
nie robić w czynie lub słowie
tego czego nie lubię.

Dlatego wyłącznie to prawo
będzie żyło w mym sercu
a ty możesz w twardej powściągliwosci
szukać czystego szczęścia.

W rezultacie zakazano mu zajmowania jakiegokolwiek stanowiska w instytucjach naukowych w Republice Weneckiej.

da Ponte

Na razie żył w blasku wcześniejszej popularności.
O pociągłej twarzy, orlim nosie, hipnotyzującym spojrzeniu. Do tego niezwykle elokwentny i dowcipny. Na dodatek dobry głos i wielki talent improwizacyjny. Konflikt z senatem uczelni zyskał mu popularność w sferach artystycznych i intelektualnych.
Ważnym wydarzeniem tego okresu był kontakt z poetą i librecistą Caterino Mazzola, który nauczył go jak pisać drama buffo.

Przez pewien czas produkował się wraz z bratem – Girolamo grał na skrzypcach, a Lorenzo śpiewał na poczekaniu wymyślane teksty. Zaprzestali jednak gdyż nie licowało to z profesorskim stanowiskiem Girolamo i obniżało poetyckie loty Lorenzo.

Od czasu usunięcia z pracy mieszkał u swojego przyjaciela Memmo, który również go utrzymywał. Nie trwało to długo. Memmo mieszkał z kochanką, Teresą Zerbin. Według Lorenzo Teresa nie lubiła go i uważała, że ma on zły wpływ na Memmo. Według plotkarzy miał on z nią romans. W każdym razie musiał pospiesznie opuścić dom przyjaciela.

Rozpoczęła się wędrówka, która będzie trwała do końca życia.

Ciąg dalszy nastąpi

Źródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard. Londyn 1929 rok.
Sheila Hodges – Lorenzo da Ponte.
Anthony Holden – The man who wrote Mozart.

Z Monachium

Zbigniew Milewicz

O`zapft is!

W sobotę 17 września po raz 183 wystartował w Monachium Oktoberfest, największe, ludyczne święto świata. Tradycyjnie zainaugurował je główny burmistrz miasta, Dieter Reiter, wbijając szpunta do pierwszej beczki z chmielowym przysmakiem w hali Schottenhamel. Udało mu się to zrobić zgrabnie, za drugim uderzeniem i piwa przy tym za dużo nie wylał, co nie zawsze jest regułą. Do dziś wspomina się na przykład nieszczęsnego Ericha Kiesla, rządzącego Monachium na przełomie lat 70 i 80, któremu uciekło prawie pół beczki, i kiedy rok później już sobie z otwarciem dobrze poradził, to przecież był zdenerwowany, bo wiedział, że w telewizji patrzą mu na ręce miliony ludzi na całym świecie. Zamiast więc wykrzyknąć po bawarsku sakramentalne: O`zapft is! zawołał: I zapf os!, co jego przeciwnicy polityczni poczytali, jako antywschodnią nagonkę.

Bawarczycy znani są z pielęgnowania swoich tradycji i dbałości o szeroko rozumianą etykietę zachowań a zarazem drobiazgowości, którą dobrze oddaje określenie Erbsenzähler (liczygroch), co ma swoje dobre i złe strony. W kontekście nadal aktualnego, możliwego zagrożenia terrorystycznego na Theresienwiese, gdzie się odbywa Oktoberfest, skierowano tego roku do pilnowania porządku około sześciuset policjantów i ludzi ze służb pozamundurowych, nie licząc ochraniarzy z hal piwnych, strażaków i służb sanitarnych. Każdy kawałek terenu obserwują kamery, więc wszystko jest pod kontrolą. Poniedziałkowe wydanie monachijskiego Abendzeitung, w wersji online podaje sporo szczegółów z przebiegu pierwszych dwóch, świątecznych dni. Pogoda z czasem się zepsuła, publiki było więc mniej, niż się spodziewano, ale i tak wszyscy dobrze się bawili, choć niektórzy aż do przesady. Wysokoprocentowe piwo powaliło wielu, hamulce moralne puściły, doszło do kilku przestępstw (tyle na razie udokumentowano) na tle seksualnym, rabunkowym i przemocy.

Ilustrowały to wszystko liczne, mniej lub bardziej szokujące zdjęcia, uwiecznione przez policyjnych i prywatnych fotografów. Mnie najbardziej zapadły w pamięci dwa: gościa, który po pijanemu wspiął się na koronę drzewa i tam zapadł w błogi sen. Deliberowano, jak udało mu się tego dokonać i dlaczego nie spadł w czasie snu na ziemię… Drugie przedstawiało młodą parę w regionalnych, bawarskich strojach, w biały dzień czule rozmawiającą ze sobą na łące, w języku znad Sekwany. Kiedy po raz drugi chciałem sobie to zdjęcie zobaczyć, już go nie znalazłem. Twarze na wszystkich fotkach były wyretuszowane, ale pomyślałem sobie, że ochrona danych osobowych i tak została tutaj naruszona, bo kto zechce, po szczegółach ubioru i sylwetki, może dojść do prawdy.

Ponieważ na Oktoberfest już się w swoim monachijskim życiu nachodziłem, poszedłem w dzień otwarcia do innego Szkota (schottenhamel, to po bawarsku szkocki baran, choć prawidłowa, niemiecka pisownia barana jest hammel), do Griega Mc Arthura. Nie znaliśmy się osobiście, ale od jakiegoś czasu było o nim słychać w Monachium; ekscentryczny artysta malarz, urządził wernisaż w swojej nowej piwnicy na końcu Schwanthalerstrasse, całkiem niedaleko od Theresienwiese. W głównej sali ulokował przeważnie swe prace marynistyczne i abstrakcyjne, jest tutaj też stolik z przekąskami i Schuhputzservice Mario, który na razie pasuje mi tutaj, jak pięść do oka. W bocznej, zasłoniętej kotarą wnęce, klimaty sado-maso, czyli BDSM, równie bliskie Griegowi jak ocean. Można na pniu kupić jego soczyste rysunki, ceny zróżnicowane, od 50 do 300 euro. Po kolejnym kieliszku Prosecco żeńska publika nabiera ochoty na to, żeby jej Mario, nobliwie wyglądający, starszy pan, ładnie wyczyścił buty, co czyni uniżenie i z ochotą. To jest już spektakl performance. W grudniu artysta chce zorganizować w Monachium większy happening, poświęconego m.in. erotyce w sztuce, ale o szczegółach jeszcze nie chce mówić. Jestem na tę imprezę zaproszony, we właściwym czasie złożę więc tutaj relację.

grieg

Do swobody obyczajowej Berlina czy Köln, dalej z Monachium niż na Księżyc, ale ponieważ tutaj mieszkam, cieszy mnie, że są takie miejsca, gdzie anioł z diabłem spacerują pod rękę.

Berlin miasto (polskich) kobiet…

Umówiłam się z Elą, Dorotą, Marysią i Anią, że pójdziemy do Buchbundu (dla tych, co nie wiedzą – polska księgarnia w Berlinie), Dorota i Ania nie mogły przyjść, ale spotkałyśmy tam Karolinę, Anię, Madzię, Monikę i Reginę… Byli też mężczyźni, z których rozpoznałam właściwie trzech – Marcin (współwłaściciel Buchbundu), Marcin (krytyk literacki, który kręcił film) i Wojtek… Ale wśród publiczności przeważały kobiety.

Bo Berlin to nie tylko największe polskie miasto po Warszawie, Berlin to też największe polskie miasto kobiet. Widać to było również w Buchbundzie. W czwartek bowiem odbyło się w Sejmie RP pierwsze czytanie projektu ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Z tego powodu organizacje demokratyczne zainicjowały akcję Czarny protest i wezwały Polaków do ubrania się na czarno. Przypomina się Warszawa po Powstaniu Styczniowym. Polacy ubierali się na czarno, a Rosjanie kazali malować miasto na pstrokato. Ciekawe, czy teraz też tak będzie?

Zapomniałam tego dnia o proteście (mea culpa) i włożyłam tajemniczą sukienkę, o której przed kilkoma dniami pisałam na Facebooku, ale większość kobiet ubrała się jak należy, w tym obie referentki, które na początku spotkania poinformowały publiczność o swoim udziale w proteście.

Justyna i Magda w rozmowie

magda-justyna

Tekst Ewa Maria Slaska, zdjęcia Maria Kossak

21 września 2016 roku odbyło się w Berlinie, w polskiej księgarni Buchbund na Sanderstrasse 8 spotkanie dwóch polskich pisarek średniego pokolenia – Magdaleny Parys i Justyny Sobolewskiej.

Magdalena Parys, w roku ubiegłym laureatka nagrody Unii Europejskiej, zdobyła uznanie czytelników dwoma powieściami osadzonymi w Berlinie – Tunel (2011) i Magik (2014), poświęconymi, jak pisze Wikipedia, tematyce niemieckiej oraz polsko-niemieckiej. We wrześniu br. Magdalena Parys wydała powieść autobiograficzną Biała Rika, która też dzieje się i w Polsce, i w Niemczech.

Justyna Sobolewska, recenzentka literacka Polityki, w roku 2012 wydała Książkę o czytaniu, którą teraz, w drugim wydaniu, znacznie poszerzyła, dodając na przykład rozdziały o tym, czego nie przeczytali znani pisarze (co za wyznania! Reymont, Dostojewski), o czytaniu w więzieniu lub… w ubikacji.

Spotkanie było świetnie pomyślane, nie było żadnej osoby prowadzącej (tylko Marcin Piekoszewski, współszef Buchbundu, przywitał na początku obie swoje… gościnie!), Magda i Justyna przedstawiały siebie nawzajem, nawzajem siebie czytały i nawzajem zadawały sobie pytania. Magda zebrała nawet pytania od krewnych-i-znajomych, które  obiecała zadać Justynie na żywo. Wyniknęła z tego niekonwencjonalna, autentyczna i niewymuszona konwersacja. Trudno mi będzie przekazać Państwu wszystko, co obie pisarki powiedziały i sobie, i nam, na szczęście Marcin Wilk opublikował w sieci streaming z tego spotkania, do obejrzenia TU (Ja się okazałam marnym odbiorcą i nic tu nie widzę, ale słychać wszystko znakomicie!)

A ja po prostu spiszę z notatek, to, co zwróciło moją uwagę i wywołało skojarzenia…

Są dwa rodzaje czytelników, tacy którzy niszczą książki, piszą po nich, zaginają rogi, zostawiają na nich ślad i uważają, że to jest właśnie dowód na to, że książka jest coś warta, a im więcej takich śladów, tym bardziej… Obie pisarki należą do tej kategorii (i pisząca te słowa takoż). Jest jednak kategoria całkowicie odmienna – książka to dobro kultury i trzeba je szanować jak każde inne Dzieło. Muszę tu przytoczyć dwa przypadki takich Obrońców Dóbr Kultury z mojego własnego otoczenia – mój siostrzeniec twierdzi, że najchętniej czytałby książki, zaledwie uchylając stroniczki czyli właściwie z głową na stole i zerkając do środka. A moja przyjaciółka kupuje dwa egzemplarze ważnych książek – dobre, piękne wydanie w twardej okładce do postawienia na półce i podziwiania oraz paperbacka do noszenia w torebce, czytania i (ewentualnego) podniszczania.

Co czyta się w więzieniach? Pewna dziennikarka radiowa z Trójki wyznała kiedyś mojej Mamie, że w okresie stanu wojennego zawsze miała ze sobą siatkę ze szczoteczką i pastą do zębów, parą majtek na zmianę i poezjami Lorki w maminym tłumaczeniu. A to mi się z kolei nieuchronnie kojarzy z tematem, którego Justyna (jeszcze) nie poruszyła, z pytaniem, co zabierzesz ze sobą na emigrację? Bo coś zabierzesz, choćby po to, żeby mieć co czytać po drodze. Nie pamiętam, co ja sama zabrałam, natomiast doskonale pamiętam niezwykłe spotkanie Tłumaczki i Idealnego Czytelnika czyli Mamy i mojego emigracyjnego przyjaciela – Piotra. Napisałam kiedyś o tym (w “słynnej” nieopublikowanej książce o Mamie i reszcie rodziny):

Mama przyjechała kiedyś do mnie Berlina, tymczasem ja jak na złość nie mogłam wziąć urlopu. A pracowałam długo i daleko, wychodziłam o 7 rano i wracałam najwcześniej o 17. Nie chciałam, by Mama godzinami była sama, poprosiłam więc znajomego, by pochodził z nią do muzeów. Niby wszystko było ustalone, ale przyznaję, że pierwszego dnia wracałam do domu z duszą na ramieniu. Mama była osobą wymagającą i… zaskakującą. Nigdy nie było wiadomo, kto jej się spodoba lub dlaczego nie przypadnie jej do gustu. Weszłam do pustego mieszkania, Mamy i Piotra nie było. Wreszcie zjawili się, w najlepszej komitywie, rozgadani jak stado trznadli, wyraźnie mnie ignorując. Zastanawiająca była ta obopólna sympatia. Dopiero jak znajomy poszedł, Mama opowiedziała mi, że wyjeżdżając na zawsze z kraju, Piotr miał tak ciężki bagaż, że nie był w stanie zabrać żadnej książki. Wyrwał więc tylko jedną kartkę z książki, która była dla niego najważniejsza. Nosił ją ze sobą w portfelu. Był to wiersz Frederika Garcii Lorki w Mamy tłumaczeniu.

Mnie tego nie opowiedział.

Czyż muszę dodawać, że Piotr nie wiedział, kim jest moja Mama, że nie wiedział, iż ją spotka, no i oczywiście – wyjeżdżając z Polski nie mógł przewidzieć, że spotka mnie, córkę Ireny Kuran-Boguckiej, kobiety, która przetłumaczyła najważniejszy dla niego wiersz: Verde, que te quiera verde…

Jak ustawiamy książki czyli Rejmer koło Reymonta? To zdaje się najpopularniejszy sposób porządkowania książek. I jedna wielka bzdura. Jedyny prawdziwy porządek to ustawianie według kolorów, mówię Wam!

Pierwsze zdanie książki. W tym najsłynniejsze czyli Markiza wyszła o piątej. Nigdy temu nie dorównamy. Piszę to i zamyślam się nad klawiaturą. A ja? Nie mam pojęcia jakie napisałam pierwsze zdania moich książek. Sięgam do szarych książek i wyjmuję swoją powieść. 1 stycznia 1982. Pierwsi wyszli Andrzejowie. Cóż za nieciekawe pierwsze zdanie, oprócz informacji (jak kto raczy pamiętać), że to stan wojenny. Sięgam do książek niebieskich i ze złością stwierdzam, że znowu ktoś sobie “pożyczył mnie” na wieczne nieoddanie. Nie mam pojęcia, ile już razy odkupywałam własne książki w antykwariatach i w Merlinie. Dzwonię do koleżanki, która dzięki mojej instrukcji kolorystycznej szybko znajduje Piękne dni w Visby… Umieszczono nas w wieży… No, trochę lepiej. Jeśli ktoś z czytelników ma Portret z ametystem, to niech sprawdzi, czy to nie mój egzemplarz (pobazgrolony przez jakieś nieznane mi dziecko) i niech mi napisze, jakie to ja wymyśliłam tam pierwsze zdanie?

Jak dzielić książki czyli rozwód? (Ja bym jeszcze dodała – scheda, Justyno podsuwam ci kolejny temat do trzeciego wydania). Podobno Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki stwierdzili, że nigdysię nie rozwiodą, bo nie wiedzieliby, jak podzielić książki.

Oskar Wilde: nie sztuka napisać recenzję książki, którą się czytało, sztuką jest napisać recenzję książki, której się nie czytało. Bo też krytyk literacki to twórca a nie wyrobnik kultury.

Zdanie Wilde’a przenosi nas w rejony książek, których nie czytaliśmy, a mimo to umiemy o nich rozprawiać, a na pewno mamy o nich własne zdanie. To mój ulubiony temat i wielokrotnie o nim pisałam – np. TU. Sobolewska twierdzi, że gdyby zrobić ranking “najbardziej nieprzeczytanych książek” na świecie, to palmę pierwszeństwa otrzymałby Joyce za Ulissesa, chyba że wyprzedziła by go Biblia. Obie pozycje akurat czytałam, ale za to Dostojewski – groza! – niczego poza Idiotą nie strawiłam…

I wreszcie piękne zdanie Justyny o książce, na której “się nie poznała”, a którą okrzyczano arcydziełem: Hanya Yanagihara, A little life (też nie czytałam, ale kupiłam w Buchbundzie, leży na stoliku nocnym i czeka w kolejce). Justyna pyta nader słusznie: czy to, co się podoba wszystkim, musi się podobać wszystkim?

Dużo o tej Justynie. Z wypowiedzi Magdy zanotowałam znacznie mniej, ale za to już pierwsze zanotowane zdanie powala. Biała Rika to powieść autobiograficzna, czyli wprawdzie autobiografia ale jednak powieść, pełna zmyśleń, przeinaczeń, uzupełnień. Obejrzyjcie film Marcina, może uda się Wam obejrzeć ten fragment (druga połowa), w którym Magda plastycznie opisuje reakcje rodziny na tę książkę. Jak to się chętnie pisze na Facebooku: bezcenne! Ja? Ja tego nigdy nie powiedziałem! Ja? Ja tego nigdy nie zrobiłam! No przeczytałem, i muszę powiedzieć, że jeśli naprawdę ciotka Ziutka była dla ciebie najlepsza pod słońcem, no to ja już na to nic nie poradzę… Habent sua fata libelli, książka zmienia się wraz czytelnikiem…

Bez-cen-ne!!! Bezcenne! Albo zdanie Magdy: rodzina to bałagan! O! jakie to prawdziwe, rodzina to potworny bałagan!

No i niezwykłe wyznanie w ustach autorki Tunelu i Magika, które są książkami wymyślonymi, wykreowanymi, wyrysowanymi cyrklem przez autorkę-demiurżkę na desce kreślarskiej komputera. “Pisałam Rikę z serca a nie głową”. Ale też: “Jestem odważna, nie boję się pisać”. Wspaniałe zdanie!

Jak napiszesz powieść autobiograficzną, mówi Magda, to musisz to wciąż podkreślać: to jest jednak powieść, JEDNAK powieść, w której nic nie zostało zapisane jeden do jeden.

No dobrze, udało się jej, skoro jak twierdzi, wprawdzie się kłócą, ale – mimo demaskatorskiej Białej Riki – bardzo się kochają. Są rodziną, która się kocha. Daj Boże każdemu, ja twierdzę, że jeśli mi wreszcie wydawnictwo, jak obiecało, opublikuje tę moją książkę, która też jest o rodzinie, to ktoś mnie zabije i będzie święty spokój.

Nota bene tu się z autorką zgadzam bez reszty: takich rodzin, w których każdy ma swoją wersję historii i każdy coś skrzętnie ukrywa jest wiele. Kiedyś myślałam, że to cecha rodzin żydowskich, ale przecież nie – przecież i AK trzeba było po wojnie ukrywać, i tych nieszczęsnych żołnierzy wyklętych, i pochodzenie kresowe, niby nie do ukrycia, ale jednak skrzętnie przemilczane. Jak to śpiewał Kelus o człowieku wspominającym Lwów, ktoś podsłuchał, doniósł, uratował człowieka żaglowiec…

I na zakończenie przesłania od obu pisarek.

Justyna: moja książka to list do czytelnika, żeby pomyślał o swoim życiu.
Magda: każdy pamięta inaczej, każdy ma swoją wersję i jest ona jedynie prawdziwa.

Frauenblick: L´Amica geniale

Monika Wrzosek-Müller

Elena Ferrante, „Meine geniale Freundin“

Wieder fuhr ich nach Italien und atmete meine Luft der unbegrenzten Toleranz und Neugier für alle und alles. Ich las viel Zeitung, schaute Nachrichten im Fernsehen und spürte, wie anders die Welt mit den Augen der Italiener aussah; obwohl es nicht weniger Probleme gab. Sie wurden nur anders angegangen und obwohl die Zahlen und die politische Ereignisse für Pessimismus sorgten, konnte ich auf der menschlichen Ebene alles andere als Kälte, Abweisung und Unverständnis erleben und ich wünschte mir, Europa würde Italien helfen. Dem Land, das inzwischen zum Hotspot der Flüchtlinge geworden ist, das von Erdbeben immer wieder erschüttert wird und doch wirklich menschlich und hilfsbereit bleibt.

Auf diesem Hintergrund stoße ich auf eine Schriftstellerin, von der ich in Berlin schon gehört habe. Im Flugzeug, im „Spiegel“, las ich ein Interview mit einer italienischen Schriftstellerin, die sich hinter einem Pseudonym versteckt und mit ihren letzten Büchern über das Leben in Neapel für Begeisterung sorgte. Hier angekommen besorgte ich mir das erste Buch aus der Reihe L´Amica geniale, das in diesen Tagen auch in deutscher Übersetzung erscheinen soll. Es sind vier Bände mit über 1500 Seiten, in Italien schon alle vier Bestseller, in Deutschland hoffentlich bald auch. „Meine geniale Freundin“ erscheint im Herbst in Suhrkamp Verlag mit 422 Seiten, weitere Bände sollen bald folgen.

Schon im Interview spürte ich, dass mir die Schreibart und das Thema gefallen würden. Dazu kam die Tatsache, dass die Schriftstellerin ihre Identität hinter dem oben angegebenen Namen versteckt, also existiert sie nach außen nur in ihren Büchern und den schriftlichen Interviews, die sie sporadisch und dann aber sehr ausführlich gibt. In Italien erscheinen ständig Bücher von ihr; das letzte gerade eine neue Ausgabe von Frantumaglia: eine Sammlung von Aufsätzen, Interviews, Essays. Das Paradoxe bei Ferrante ist, man weiß fast alles, was sie denkt, doch wer sie als reale Person ist, bleibt immer noch geheim. Aus kleinen Fetzten in Interviews baute man inzwischen einige Fakten der Biografie zusammen; dass sie in Neapel und Turin gewohnt hat, dass sie eine Frau ist (war lange umstritten), dass sie einen anderen Beruf auch noch ausübt, dass sie Familie mit Kindern hat… Das sorgt natürlich für mehr Aufmerksamkeit und Interesse, doch die Schriftstellerin beharrt auf ihrem Inkognito auch als Programm, ihr Schreiben sei wichtig, da teilt sie alles mit, sie selbst wolle im Schatten bleiben. In der Zeit, in der alles allen mitgeteilt, fotografiert und zugänglich gemacht wird, eine scheinbar seltsame Verhaltensweise.

Ich stürzte mich auf das Buch, meine Kenntnisse des Italienischen reichen gerade so, dass ich den Text und Kontext verstehe, doch nicht alle Nuancen und Redewendungen, besonders die aus dem Neapolitanischen Dialekt. Das Buch liest sich wie ein Fluss, die Sätze und die darin enthaltenen Gedanken folgen einer Strömung, die man nicht anhalten kann und die einen in den Zustand des Entzückens und fast der Hypnose versetzen; man will unbedingt weiter. Die beiden Protagonistinnen Lena, von allen Lenù genannt, und Lila (Greco und Cerullo mit Familiennamen) treffen und lernen sich kennen in einem verfallenen barocken Bürgerhaus (Pallazo) in einem heruntergekommenen Stadtteil von Neapel und suchen nach ihren Puppen Tina und Nu, die sie im Streit, während einer Mutprobe, in den Keller geworfen haben. So beginnt ihre Freundschaft und Rivalität und ihr Leben, das die Schriftstellerin uns vorführt. Wir verfolgen die Jahre mit den Augen von Lenù, der ruhigeren und ausgewogeneren, die sich immer wieder mit ihrer Freundin messen und sie überholen will und doch eine zarte Zuneigung und Hochachtung für die andere hegt. Die Erzählerin ist auch diejenige, die dann schreiben wird. Wieviel Klugheit und Wissen über das Leben in den engen Straßen wir dabei erfahren, verdanken wir der Beobachtungsgabe und Empfindsamkeit der Schriftstellerin. Manchmal kommen mir die beiden Mädchen mit ihren zwölf oder dreizehn Jahren unheimlich erwachsen und klug vor, weit erwachsener als die heutigen 25-jährigen, die keine wirklichen Mutproben zu bestehen haben. Wir erfahren das Leben mit allen seinen Facetten: es ist grausam und brutal, bis aufs Blut wird geschlagen, mit Hass und Liebe, die zärtliche und unschuldige aber auch die zerstörende und schmutzige Liebe; und vor allem sehen wir, wie unheimlich kompliziert die Entscheidungen waren, wer was im Leben geworden war; trotz der markanten Charaktere, trotz des starken Willens. Wir bemerken erstaunt, wie wichtig die Lehrer damals waren, wie weit sie das Leben der Schüler bestimmen konnten, weit mehr als ihre eigenen Eltern. Die Eltern kommen immer wieder auch vor und da treffen wir auf Leute, die fast nie aus ihrem Stadtteil herausgekommen sind, geschweige denn sich ans Meer (in Neapel!) nach Ischia, Capri oder die Costa Amalfi hinaus gewagt haben. Vor allem aber sind wir gespannt, wie ich schon seit langem nicht mehr, auf die weiteren Ereignisse. Dieses Panorama des Lebens entführt uns und zeigt, dass alles möglich, alles erlebbar ist. Und dabei ist es kein bisschen kitschig, die beiden Mädchen sorgen dafür.

Es ist auch ein Buch über Freundschaft, die da in Neapel unheimlich viel bedeutet hat und vielleicht auch noch bedeutet, denn hier geht es gar nicht um die ferne Vergangenheit; es sind die sechziger Jahre. Die Freunde, amici, helfen einem, können aber auch vernichten. Der wirtschaftliche Aufbruch im rione (dem Stadtteil) wird an den vielen Unternehmen, die dort entstehen, sichtbar; das Geld, wie man reich wird, ist auch ein Thema. Die eine will es mit Bildung versuchen, die andere träumt von einer Manufaktur für exzellente Schuhe, braucht aber Startkapital, das sie durch eine Heirat zu bekommen hofft. Doch was das Leben weiter gehen lässt, sind die Emotionen: Freundschaft, nicht nur zwischen den Mädchen, sondern auch ihre männlichen Freunde, die sie beschützen und umgarnen, Liebe, Hass und Unmut, die Gegensätze. Das Buch ist bunt von Stimmungen, von den Erwartungen und Kämpfen der jungen Mädchen, die zum Schluss des Romans als erwachsene Frauen angesehen werden und sich selbst so empfinden und eine von ihnen heiratet mit ihren gerade vollendeten 18 Jahren. Vor allem erfahren wir glaubhaft nah und nachvollziehbar, wie das Leben in Neapel in der Zeit ausgesehen hat, wie die Menschen arbeiteten, wie sie untereinander Konflikte ausgetragen haben, wie sie ihre Freizeit verbrachten (immer in der Bar und mit ausgedehntem Promenieren an der Hauptstraße).

Für mich, die Neapel und Ischia sehr gut kennt und die Straßen und Viertel, die im Buch beschrieben werden, auch selbst abgelaufen hat, fühlt es sich an, wie ein langer, ein sehr dichter, emotionaler Spaziergang zurück in die so schöne und aber leider sehr vernachlässigte, an vielen Ecken fast zerstörte italienische Stadt.

Von ganzem Herzen empfehle ich das Buch zu lesen.