Blog w czasach corony (koty i inne tematy)

 

 

 

 

 

 

 

Tibor Jagielski, Comic Erna

Wahałam się długo, czy w czasach tak skomplikowanych, jak dzisiejsze, mam i ja pisać o kotach, bo przecież koty łażą po tym blogu i tak wszędzie – w czwartki wychodzi zza węgła czarny kot, nazywany przez autora Księciem Ciemności, w piątki są aż dwa koty Teresy, podobne jak dwie krople wody do kota z opakowań Whiskasa (ale jedzą, jak się zdaje, Shebę) – Salcia i Salomon, u mnie oczywiście w domu jest Rysia, młoda, ale już stateczna dama, która 5 maja skończy dwa lata i wtedy… Ale nie uprzedzajmy wypadków, jak mawiali autorzy groszowych powieści (i ich postmodernistyczni naśladowcy) i na razie powiedzmy sobie, że skoro nawet najpoważniejszy z nas – Tibor – przysłał mi właśnie rysunki i wiersz o kocicy Ernie (i o sobie, i o coronie), pomyślałam, że jednak pokażę te koty, które mi się zawsze zbierają, przychodzą nie wiadomo skąd, choć o tych akurat wiadomo, kiedy – koty, które przyszły w marcu. Nawet pomyślałam, że to w sam raz wpis na Prima Aprilis.

No ale potem w sieci zaczął krążyć taki rysunek i już przestało być tak do śmiechu. Choć z drugiej strony, czy to ważne, czy to był kot w laboratorium, czy zupa z łuskowca, czy pieczony nietoperz. Jak wszystkie inne epidemie w historii ludzkości, ta też przyszła z Chin, i czy jest to zemsta Ziemi, czy wirus, który uciekł z laboratorium, to chyba wszystko jedno. I tak jest to lepsza wizja, niż ta, którą wpisałam kilka dni temu w komentarzu, czyli niż spiskowa wizja dziejów. Bo wtedy to nie kot wypuścił wirusa na Chiny, tylko Chińczyk na koty i resztę świata (zob. TU, komentarz nr 6).

Tibor Jagielski

eindringlinge in neheimer str. 2

irgendwie bin ich mir sicher,
dass mit so einen dreckskerl wie ich,
kann nur eine gemeine, wie erna,
verweilen, aber kein gekröntes haupt.

***
Ten piękny ogród letni w szarościach, błękitach i zieleniach został namalowany przez Nikolaja Bogdanowa-Bielskiego. Okno na ogród powstało w roku 1940 i bardzo przypomina wcześniejszą o 10 lat, złocistą Wiosnę w Gościeradzu Leona Wyczółkowskiego. Ile razy jestem w Muzeum w Bydgoszczy, zastanawiam się, czy nie dałoby się tego obrazu wynieść.

 

 

 

 

 

 

Puste te pokoje, “państwo wyszło”, zostały tylko koty, fotele, kapelusze. U Bogdanowa-Bielskiego za oknem siedzi dziewczyna i czyta, u Wyczółkowskiego ten kto czytał, przed chwilą i na pewno tylko na chwilę opuścił pokój, skoro okno zostało otwarte, a książka leży na parapecie. Na obrazach Jarosława Łukasika zawsze jest pusto, ale zawsze widać, że przed chwilą jeszcze ktoś tu był. Ktoś już wyszedł, kot wciąż jeszcze jest. Kontempluje swoją samotność. Teraz, gdy patrzę na ten obraz, myślę, że ten ktoś być może odszedł na zawsze. Tego się nie robi kotu, ale zdaje się, że kot tego jeszcze nie wie.

O tym pisze Zbigniew Milewicz. O samotności w czasach corony. Pierwszy felieton z cyklu Z domowego aresztu

Pochwała samotności

Były naczelny redaktor „Dziennika Zachodniego” w Katowicach, srogi Bronisław Schmidt – Kowalski, u którego terminowałem w latach 70 ubiegłego stulecia jako szpunciarz, czyli zbieracz i autor informacji do kroniki miejskiej, był zagorzałym zwolennikiem zwięzłości treści. Mawiał, że absolutnie każdy temat dziennikarski można zmieścić na jednej stronie maszynopisu, przeciwko czemu buntowali się najczęściej publicyści, którym pozwalano wprawdzie pisywać dłuższe teksty, ale te nadmiernie rozgadane szły nieodmiennie pod gilotynę sekretarza redakcji. Wyjątek stanowiły pryncypialne materiały partyjne, pisane na zamówienie nieboszczki PZPR, ale to już inna historia. Gadulstwo nie wyszło jej na dobre, wiadomo, jak skończyła, a ja jeszcze żyję, bo mało gadałem i tego się będę dalej trzymał.

Zatem krótko: ludzie, przestańcie się nad sobą użalać, że z powodu korona wirusa siedzicie w domu, izolacja ma wiele zalet. W nieustannym, coraz większym pędzie po sukces, sławę i pieniądze, nie mieliście czasu na medytację, na zastanowienie się, po co ten cały stress. Szczurzy wyścig musiał wyhamować i niechcący dołączyliście do emerytów, od lat samotnie spędzających czas w swoich domach, do skazanych z wyrokami odsiadki, do chorych przykutych do łóżek. Zapytajcie ich, co czują, jak organizują sobie czas i dlaczego wielu z nich mimo wszystko zachowuje pogodę ducha i mogłoby swoim optymizmem obdzielić połowę świata? Paradoksalnie im jest teraz łatwiej, przyzwyczaili się do samotności, do swoich ograniczonych ruchów i duchowo sprawniej przyjdzie im przetrwać czas zarazy.

Kiedy okazało się, że wirus zbiera swoje śmiertelne żniwo zwłaszcza u ludzi starszych, zadzwonił do mnie mój młodszy syn i żartobliwie zapytał, czy sporządziłem już testament i nie zapomniałem tam o nim. Odpowiedziałem przecząco, w tonie równie lekkim. Zawsze – powiedział – mogę na niego liczyć, ale jak będzie ze mną źle, to mam wsiąść do auta i jechać po pomoc. Adresu niestety nie dostałem, sam go nie znał, więc póki co staram się dbać o zdrowie i chodzę na gimnastykę leczniczą do Eleny, która męczy się z moim stawem barkowym, oczywiście w obowiązkowej maseczce ochronnej na twarzy.

Dzisiaj jest to artykuł deficytowy, trudno dostępny na niemieckim rynku, jakiś czas temu zamówiła w Amazone trzy sztuki, do swojego prywatnego użytku, ale podała adres firmowy. Maseczki przyleciały z Hongkongu i… wylądowały w Urzędzie Celnym w Lipsku, który wystosował do Eleny pismo, że będzie musiała zapłacić cło za zamówiony towar i dopiero wtedy go otrzyma. Dokładnie w tym samym czasie media odtrąbiły wspaniałomyślny pakiet pomocowy niemieckiego budżetu dla gospodarki, dotkniętej pandemią koronawirusa. Pieniądze jeszcze nie zostały wypłacone, a już trzeba je zwracać, więc budżet za bardzo nie ucierpi, a Elena może. Twarda z niej jednak sztuka, wysłała odwołanie do Lipska i liczy na to, że może trafi na jakiegoś mądrego urzędnika. Mądrość urzędnicza jest jak legendarny potwór z Loch Ness, wszyscy o nim słyszeli, ale kto go tak naprawdę widział?

PS od Adminki: Od tego tygodnia poczynając będę co środę publikowała teksty, które z domowego aresztu będzie nadsyłał Zbychu, czyli Zbigniew Milewicz.

Ten kawałek sztuki ulicznej znalazłam na Facebooku, a podpisany był: academia-lorenense-de-letras-e-artes, Akademia literatury i sztuki w Sao Paulo, w Brazylii.

Tibor Jagielski, twierdzi, że TEN kot to Kot morski. No nie wiem, koty morskie to jednak małpki, o czym TU już kiedyś pisałam, a to ewidentnie kot.

 

Wśród kocich znalezisk są też trzy, które nie dają się nijak połączyć w jakąś myślową całość, ale dla porządku dodam je tu, bo inaczej będą się przez następne miesiące dopominały o swoje miejsce na blogu. Zresztą skarpetki są w końcu bardzo fajne.

O jednym z tych kotów pamiętajmy tak, jak na to zasługuje, jeśli rzeczywiście 10 maja Czytelnicy z Polski rzeczywiście będą mieli głosować. My, Polacy mieszkający i przebywający poza Polską, zostaliśmy wykluczeni już jakiś czas temu podczas głosowania w sejmie 28 marca o 3 nad ranem. Nie chcę nikogo do niczego namawiać, ale może warto by się zastanowić nad bojkotem tych wyborów. No, ale może Unia zmusi Polskę  do ich odwołania z powodu corony. Na razie przedstawiciele samorządów odmawiają ich zorganizowania. To słynne nieposłuszeństwo obywatelskie. Chwała im za to!
Zdjęcie szarego kota na szarej rzeźbie zrobił Elliot Erwitt, (właśc. Elio Romano Erwitt, ur. 26 lipca 1928 w Paryżu) – amerykański fotograf i filmowiec, słynący z ironicznych czarno-białych zdjęć przedstawiających codzienne życie. Tak pisze Wikipedia. Ale takie znowu codzienne to to zdjęcie nie jest.

W wiosennym ogrodzie

Ela Kargol

Wiosna w moim ogrodzie

Wiosna w moim ogrodzie jakaś nieporadna,
jakby miała zakaz wychodzenia z domu.
Jeszcze w pąkach i zeszłorocznej trawie,
z kilkoma stokrotkami na nędznej murawie.
No może fiołki się pospieszyły,
zapachniały, wyfiołkowały.
Dąb w zimowych szatach nie zmienił ubrania,
nie miałby go gdzie kupić,
więc płaszcza nie ściąga
i płotu się czepia
i z nudów rozciąga.

Co ma kwitnąć, to kwitnie, ale u sąsiada
Nam nornica wszystko z apetytem zjada.
Albo robi zapasy
na niepewne czasy.
Właśnie ta niepewność,
wiosny też dotyczy,
ona nie wie co robić,
nie czyta wytycznych.                                                                        pszczoły w ogrodzie (film)

Tylko pszczoły niebawem królową wybiorą
I koronę ze złota przywdzieją na głowę.
W koronie do twarzy jest tylko królowej.

Inni z chęcią ją zdejmą,
Abdykują, odrzucą,
opuszczą królestwo,
nawet wiosny nie chcąc.
Zza firanki popatrzą, czy słońce już świeci, czy jabłoń zakwitła, albo bez.

Sąsiedzi 13 i wiersze (corona)

Było spiętrzenie wpisów aktualnych i wpis o sąsiadach opóźnił się o tydzień – przepraszam czytelników, którzy przecież czekają niecierpliwie, żeby się dowiedzieć, czy Lesio, czy Filomena, czy pani Klara…

Teresa Rudolf

Powrót Lesia do domu…

Po  trzech tygodniach pobytu w szpitalu pan Lesio został wypisany do domu, gdzie powinien przez następne trzy tygodnie bardzo się oszczędzać, prawa noga i ręka były ciągle jeszcze zagipsowane, twarz jeszcze opuchnięta, ale już bez bandaży i plastrów.

Filomena, pomagając mu przy pakowaniu tych niewielu rzeczy, które miał w szpitalu, pomyślała, “mam nadzieję, że wyjdzie z tego, bo jak na razie…”, jednak zawstydzona, przerwała te rozważania, koncentrując się na pomocy Lesiowi.
On natomiast długo nie wiedział, czy wypada sąsiadkę angażować w swoje sprawy. Tyle lat mieszkali w tej samej kamienicy, ale nigdy nie pałali do siebie zbytnią sympatią. Nie lubił rudych włosów, gdyż mu się źle kojarzyły, nie cierpiał też faktu, iż, zdarzało się, że był przypadkowym świadkiem wzajemnej niechęci obu sąsiadek z drugiego piętra, wpadając na siebie stwarzały bowiem napięcia.
Na szczęście, od jakiegoś czasu wszystko się zmieniło, sam nie umiał sobie jednak przypomnieć, jak się to w ogóle stało.
Dzisiaj, kiedy siostra oddziałowa przyszła do jego pokoju, siedziała już tam od rana Filomena.
Pielęgniarka zapytała, jak pacjent poradzi sobie w domu, bo na razie nawet o kulach nie da rady się poruszać, spytała też, na którym piętrze mieszka i czy jest tam winda.
– Owszem w naszej starej kamienicy jest winda, a w domu spróbuję sobie powoli jakoś dać radę, odpowiedział.
Poza tym zamówi na początek kogoś  z Czerwonego Krzyża,  kontynuował, ta pomoc na pewno mu przysługuje, gdyż jest osobą mieszkającą samotnie…
Filomena nieśmiało włączyła się do rozmowy, oferując sąsiedzką pomoc, obiecując również dalsze zaangażowanie Klary w opiekę nad Salomonem.
Jak na razie jedynym problemem, leżącym zresztą w gestii szpitala, był fakt, że Lesio powinien dostać się  do budynku z czyjąś fachową pomocą, gdyż sam może zrobić tylko parę kroków, skacząc na jednej nodze.
– Myślę, że uda nam się zorganizować paru silnych panów z Pogotowia Ratunkowego, relacjonowała oddziałowa.
Filomena usłyszała pukanie do drzwi, kiedy akurat Lesio wyszedł do łazienki.
– Proszę, powiedziała odruchowo w imieniu pacjenta, po czym do pokoju weszła Regina. Filomena omiotła wzrokiem byłą małżonkę Lesława i pomyślała, że Regina nigdy nie nazywa byłego męża Lesiem.
– A gdzie Lesław?, zapytała Regina. Siostra dyżurna powiedziała, że dziś wychodzi do domu, dodała.
Po czym oświadczyła, że jest jedyną osobą, która może pacjentowi pomóc, ponieważ zna bardzo dobrze rozkład mieszkania, no i oczywiście też Lesława.
Filomena na przemin raz czerwona, raz blada, wykrztusiła, że Lesio zaraz wróci, a ona, Regina i tak nie jest żadną dla niego pomocą, bo po prostu nie lubi, a przecież nawet nie cierpi, kotów.
– No, to ten kot Lesława zostanie tam, gdzie teraz jest, u tej starszej kobiety, którą tu poznałam. Ma tam zresztą towarzystwo jakiegoś drugiego sierściucha.
Zamilkła, a po chwili dodała:
– No i nie wierzę, by Lesław przedkładał starego kota, ponad codzienną stałą opiekę fachowej osoby.
Na pytające spojrzenie Filomeny odpowiedziała: – Zrobiłam odpowiednie wykształcenie, dające prawo do wykonywania zawodu opiekunki, zarówno w kraju jak i za granicą…
Filomena czuła się coraz mniej pewna siebie, wiedziała z góry, że z tą kobietą nie ma żadnych szans i na pewno przegra.
Lesio w asyście dwóch pielęgniarek, podskakując na jednej nodze, znalazł się znów w pokoju.
Siadł z wysiłkiem na łóżku, spojrzał na obie kobiety i powiedział: – Regina, jak ostatnio tu przyszłaś, nie oddałaś mi klucza do mieszkania, a zanim się zorientowałem, już wyszłaś. Oddaj mi teraz, proszę, kontynuował, i po tylu latach, nie przyzwyczaj się znów do niego, no, proszę… Wyciągnął jednoznacznie, rozkazująco rękę: – Już przed laty musiałem dorabiać dodatkowy klucz, bo przy odejściu, zabrałaś go ze sobą.
Regina oświadczyła, że właśnie teraz ten klucz bardzo się przydał. Posprzątała mieszkanie, wyrzuciła niepotrzebne rzeczy po kocie, bo skoro go tam nie ma, to już i nie będzie, a teraz jest czyściutko, pachnąco, i ona będzie spała w sypialni, a on w salonie na kanapie, pościel już też zmieniona.
Kiedy skończyła, w pokoju zapadła grobowa cisza, słychać było tylko komara, który przeleciał z cienkim wizgiem. Komar w lutym, pomyślała Filomena, taka dziwna ta zima. Spojrzała na zachwyconą sobą Reginę z najwyższym zdumieniem, ale i respektem, i powiedziała: – No, no, pani to naprawdę doskonale wie, gdzie i jak się w życiu urządzić, a pan, tu zwróciła się do Lesia/Lesława, gdyby pan tej kobiety już w swym życiu naprawdę nie chciał, nie dorabiałby pan wtedy klucza, ale po prostu zmienił zamki, a nie zrobił pan tego.
W pokoju było nadal cicho. Filomena dodała więc jeszcze:
– Mam nadzieję, że będzie pan miał teraz dobrą, bo aż taaaaaaką fachową opiekę, ale gdyby pan czegoś potrzebował, służę sąsiedzką pomocą.
Wstała z krzesla i z uczuciem “wyższości Bożego Narodzenia nad Wielkanocą” opuściła dumnie pokój.
Nie była jednak wcale taka pewna siebie, jak chciała, by to zbarzmiało. Wyszła na gumowych nogach i z mgłą w oczach.
Co za lafirynda, pomyślała z wściekłością, ale on też nie lepszy, dupek żołędny.
I przysiadła, blada jak kreda, na ławeczce, stojącej na parterze, gdzie znalazła się, nie wiedząc jak i kiedy.

Od adminki:

Autorka przysłała też dwa wiersze. Zazwyczaj umieszczam jej wiersze osobno, w odrębnym wpisie, ale wydały mi się aktualne i nie chcę odkładać ich publikacji na jakiś daleki termin (a czas jest taki, że więcej piszemy, żeby opowiedzieć, żeby poczuć kontakt, żeby podzielić się tym, co myślimy, czujemy, widzimy, a to sprawia, że na blogu jest długa kolejka).

Pytanie
X
Z balkonu nieosiągalna
ręka podana komuś,
figlarny, nieśmiały całus,
spojrzenie następnego razu.
X
Na ulicy biała “burka”,
w ciszy bolących uszu,
pustka pamiętająca,
miliony oddechów.
X
Z szumem skrzydeł
wygłodzone gołębie,
gruchające ulice,
parapety okienne.
X
Powietrze czyściutkie,
kryształowo niebieskie,
przedziwna świeżość
zapowiedzią zdrowia.
X
Niebo z chmurkami
z karteczki pocztowej,
przesadnie niebieskie,
z owieczkami chmur.
X
Niesamowitość zagadki
oplątującej cały świat,
krzyczy w głowach,
początek to, czy koniec?
X
Strach Chin, Włoch,
strach wielkich miast,
strach miasteczek,
zdziwienie człowieka.
X
***
X
A mnie się marzy
X
A mnie się marzy
kwiecień piękny
bez Prima Aprilis.
X
A mnie się marzy
śmiech ludzi,
chichot dzieci.
X
A mnie się marzą
kolorowe parasolki,
z dymiącą kawą.
X
A mnie się marzy
codzienność zwykła,
ze świergotem ptaków.
X
A mnie się marzy
seledynowy, pachnący
sen o szczęściu.
X
A mnie się marzą
prawdy wyśpiewane
ptakami wiosny.
X
A mnie się marzy,
to co już mialam
ale jakoś tak inaczej.X

Z lamusa

Tibor Jagielski

na razie internet znajduje się nadal w powijakach
ten oblepiony spamem bobasek wygraża nam piąstką hejtera
i oznajmia, że jak dorośnie, to nam dokopie,
bo nie ma większego filozofa niż google, a filozofki jak wikipedia
te dwie niańki to wektory w przyszłość kiedy to do okna zastuka drona,
uprzejmie ostrzeże, że w przypadku użycia fałszywej karty kredytowej zacznie natychmiast strzelać,
i uprzejmie zapyta
– kto zamówił pizzę, a kto fryty?

Wisława Szymborska

Der Hass

Schaut, wie er immer noch tüchtig,
wie gut er sich hält
in unserem Jahrhundert der Hass.
Wie leicht nimmt er die hohen Hindernisse.
Wie einfach für ihn – springen, zupacken.

Anders als die anderen Gefühle.
Gleichzeitig älter und jünger als sie.
Gebiert selbst Ursachen,
die ihn zum Leben erwecken.
Sein Schlaf wird nie Ewiger Schlaf.
Schlaflosigkeit nimmt ihm keine Kräfte,
sonern vermehrt sie.

Die Religion oder nicht
– in den Startlöchern zu knien, drauf kommt es an.
Die Heimat hin oder her
– Sturmlaufen, das ist es.
Und selbstgerecht von anfang an rennt er alleine.
Der Hass. Der Hass.
Sein Gesicht verzehrt durch Grimmase
einer Liebesekstaze.

Ah, diese anderen Gefühle
– schwächlich und lahmarschig.
Seit wann kann die Bruderschaft
auf die Menge rechnen?
Ist Mitleid jemals
als erstes ans Ziel angelangt?
Wieviele hat Zweifel mit sich gerissen?
Er reisst nur, der seins weiss.

Begabt, aufnahmefähig, emsig.
Braucht man darüber zu sprechen wieviele Lieder er schuf?
Wieviele Seiten der Geschichte er schrieb?
Wieviele Teppiche aus Menschen breitete er aus,
auf wievielen Plätzen und Stadien?

Belügen wir uns nicht:
er kann die Schönheit schaffen.
Prächtig sind seine Brände in der dunklen Nacht.
Ausgezeichnet das Gewimmel der Explosionen
in rostiger Morgendämmerung.
Es ist schwer den Trümmerrn das Pathos abzusprechen,
und den derben Witz, einer, ins Himmel ragenden, Kollonade.

Er ist ein Meister des Kontrasts
zwischen Lärm und Stille
zwischen rotem Blut und weissem Schnee.
Aber vor allem langweilt ihn nie
das Motiv der geplegten Häscher
mit seinen geschändeten Opfern.

Zu neuen Aufgaben immer bereit.
Wartet er mit Geduld.
Man sagt er sei Blind. Blind?
Er hat rege Augen eines Scharfschützen
und blickt brav in die Zukunft
– er allein.

aus dem Polnischen von Tibor Jagielski (1996)

 


Kongres owadów – W Francji nazywają nas Prusakami, w Prusach – Francuzami

naprawdę nie wiem, co mnie pozytywnie nastroi, może to, że żeby się zalogować tutaj, nie potrzebuję wieczności; może z tego powodu, że szelowska wieś (otoczona drutem z kolczastych bajkopisarzy – dorn 😉 ) pochrapuje nadal spokojnie (podczas gdy medialne haubice szeryfowej angeli po przeoraniu grecji, dobrały się do węgier), a jej prezydent czyta uśmiechając się łagodnie, a wręcz dziewiczo na tle zramolałej sceny politycznej zaścianka; polskiej lewicy nie pozostanie nic innego jak poprosić o azyl w chile

(chiny nie wchodzą w rachubę – nie ma gdzie się spowiadać), a najbardziej krewcy udadzą się, pod przywództwem millera, do boliwii, aby założyć tam rodziny z indiankami i plantacje koki

być moze dopiero tam, w cieniu andyjskich wulkanów i w słodkiej melodii fletów, narodzi się nowa lewica aby, najpóźniej za dwieście lat, obalić totalną dyktaturę happytalizmu; venceremos!

Korona Królowej

Dziś dwie autorki, najpierw Maria z Florencji, a potem Teresa z Wiednia. Przy czym Florencja jest w tej zapowiedzi ważna, a Wiedeń nie, bo Teresa napisała wiersz o nas a nie o Wiedniu. Proszę wszystkich innych autorów o przysyłanie tekstów o życiu podczas zarazy. Jak żyjemy, co myślimy, co czujemy, co czytamy? Opublikuję wszystkie, nie bacząc na kolejność stałych wpisów…

Maria Marucelli

Florencja w czasach koronawirusa

Zaczęło się wszystko po cichu, powoli. Najpierw, jak zresztą wszyscy, śledziliśmy wydarzenia w dalekiej prowincji Chin, bez większego zainteresowania, bo to była epidemia daleko. Później zaczęliśmy omijać Chińczyków, których tłumy przyjeżdżają do Florencji (jak również do innych miast włoskich) podziwiać zabytki i dzieła sztuki. Czy wiecie, że w 2019 przewinęło się przez Włochy 94 miliony turystów wszystkich narodowości (źródło Wikipedia https://it.wikipedia.org/wiki/Turismo_in_Italia) na 60 milionów z kawałkiem ludzi którzy tu mieszkają? To jest jeden z powodów, dla którego Włochy są epicentrum europejskim tego wirusa. Ale dosyć dygresji statystycznych, o tym wszyscy wiedzą. Później wirus zaczął się rozwijać na północy Włoch, tam wprowadzono obostrzenia i pamiętam doskonale pewien piątek, kiedy spotkałam się z moja córką przed żłobkiem jej syna i czekając, aż nas wpuszczą do środka, rozmawiałyśmy z mamusiami i babciami, że to byłaby tragedia, gdyby zamknęli szkoły w całych Włoszech! W następny piątek już wszystko było zamknięte, od żłobka po wyższą uczelnie, i to w całym kraju! Jeszcze w poniedziałek poszłam opiekować się moim wnukiem, pogoda nie była najlepsza, byłam więc z nim całe przedpołudnie w domu, wymyślaliśmy różne gry, bo trzyletni maluch jest bardzo energiczną istotką, pomysłów ma masę i gada bez przerwy. Następnego dnia okazało się, że w dalszej rodzinie mojego zięcia jest pani, której zrobiono badanie i jest pozytywna na koronawirusa! Blady strach padł na nas wszystkich, dziadkowie zostali odstawieni do własnych domów, maluchem zajmują się tylko rodzice, którzy pracują na komputerach z domu, oczywiście na zmianę, bo praca z trzylatkiem wygląda tak jak tu na zdjęciu:

W następnych dniach zaczęto wysyłać ludzi do domów z laptopami i teraz głównie odbywa się „telepraca”. Otwarte są supermarkety, sklepy spożywcze i zieleniarskie, apteki, stacje benzynowe, mechanicy i różne inne usługi, bo pralka może się zepsuć, żarówka przepalić itp. Zasadę znacie wszyscy dobrze: trzeba być NA METR od drugiej osoby! bo izolacja to jedyna metoda walki z tym wirusem.

zdjęcie z sieci

W centrum Florencji jest pusto, nie ma turystów, są zamknięte kościoły, muzea, galerie, biblioteki i archiwa państwowe z bardzo starymi i bardzo cennymi dokumentami. Po takiej Florencji chciałoby się chodzić, jest cisza i spokój, można by się napawać pięknem starego miasta, podziwiać zaułki, domy, wieże i przepiękne parki; kontemplować ze spokojem dzieła sztuki, które w przewalającym się tłumie turystów dla stałych mieszkańców są zupełnie niedostępne.
Florentyńczycy odzyskali, ale tylko teoretycznie, swoje miasto. Chciałoby się podjechać kilka przystanków tramwajem pod stację Santa Maria Novella i dojść spokojnym spacerkiem przez via Panzani i dalej via de’Cerretani dojść do Baptysterium …. Niestety nie należy wychodzić z domów, chyba że w sprawach uzasadnionych. Zamknięte są również parki i place zabaw dla dzieci (jeżeli ogrodzone). Lista zamkniętych sklepów jest bardzo długa, są na przykład zamknięci fryzjerzy i salony kosmetyczne, restauracje i bary, co dla Włochów jest bardzo trudną sprawą, bo wielu z nich jada tam śniadanie (cappuccino albo caffé to wielka tradycja oczywiście z brioches).

Bardzo miłą akcję prowadzą panie właścicielki żłobka, z mamusiami maluchów, które teraz siedzą w domu i się nudzą. Utworzyły grupę na WhatsAppie i codziennie przysyłają dzieciom a to filmiki z piosenkami śpiewanymi przez nie, a to czytane książeczki. Któregoś dnia przyszło zadanie żeby dzieci z pomocą rodziców zrobiły tęczę. Matteo zrobił kolaż przy okazji wysmarowując dwie tubki kleju – zabawa była świetna. Maluch dobrze wie, że wychodzi się tylko na trawnik pod domem, bo jest dużo kaszlu i że dziadków i resztę rodziny widuje się przez Internet.

A Florencję zobaczymy kiedyś, nie traćmy nadziei!!!

Autorka przysłała też tekst polskiego dziennikarza, mieszkającego we Florencji: GoldkornFlorencja


Z Wiednia

Teresa Rudolf

Kimże jesteś Królowo???
X

Przychodzisz najpierw
ukradkiem, żarłoczna,
chciwa, schowana
za maską zmarłych,
chorych.

X
Kim jesteś???
X
Przychodzisz teraz już
jawnie, chichocząc,
strasząc, budując
kiedyś mury chińskie,
a teraz światowe.

X
Kim jesteś???
X
Przychodzisz,
przelatujesz jak
złowieszczy ptak,
przypływasz jak
zatruta ryba.

Kim jesteś???

Kimże ty jesteś,
co wykrzykujesz
coraz głośniej,
co pokazujesz
w twym języku???
X
Masz tłumacza?
Kimże on jest?
Gnębionym zwierzęciem?
Głodującym czlowiekiem?
Płaczącą Naturą???
X
Masz tłumacza?
Kiedy się ujawni?
Powie to, co wiemy?
“Chcieliśmy mieć wszystko,
nie zostanie nam nic”
????

Tibor, Marek, Ewa

Poeta pamięta

Tibor Jagielski

barbarzyńcy na lesbos

kije bejsbolowe
wchodzą do ogrodu poezji

harfa gra wrzask nędzników
miotanych w te i we wte
koncertem fal epoki plastyku

nie
nie dopadną sapho
nie poruszą nawet
niewdzialnego dla nich świata
tak zadecydowali bogowie

06/03/20

Ewa Maria Slaska

Dobrze, że poeta pamięta. Bo my zapomnieliśmy.

Wirus sprawił, że zapomnieliśmy o pożarach w Australii, więc informuję: skończyły się, za to są powodzie, które rozwlekły szlam ze spalenizną na tereny, które pożar łaskawie ominął. Na szczęście rośliny odrastają. Miliard spalonych zwierząt nie wstanie jednak z martwych.

Zapomnieliśmy o troskach o klimat i zrównoważoną gospodarkę, że nie wspomnę o zrównoważonym odżywianiu. Tłum w Polsce i w Niemczech wykupuje mąkę, makaron i ryż, a im bardziej wykupuje, tym bardziej my, ci, którzy nie wykupują, pytamy sami siebie, czy nie powinniśmy jednak czegoś kupić, bo albo nie będziemy mieli co jeść, albo, gdy w sklepach zabraknie jedzenia, okaże się, że w sklepikach i na straganach możemy jednak kupić to samo, tylko 5 albo 10 razy drożej. Na razie uciekamy się do jakichś drobnych zakupów, typu dwa kilo mąki więcej. Myślę, że wstydzilibyśmy się, gdybyśmy kupili 50 kilo na raz. Zastanawiam się, czy jesteśmy idiotami, czy zakłamani, a może jesteśmy zakłamanymi idiotami. No, ale może jesteśmy jedynymi rozumnymi ludźmi i do nas będzie należało zrównoważone królestwo niebieskie.

Zapomnieliśmy też o tym, co się dzieje na Lesbos. Pamiętają tylko poeci i aktywiści. Tibor już dziesięć dni temu przysłał wiersz, Ania Alboth, inicjatorka Marszu dla Aleppo, bierze udział w organizacji Walk of Shame.

Tabor Regresywny (czyli Marek)

Wszyscy myślą tylko, jak się uchronić przed wirusem, albo jak nad nim zapanować. Jako baratarysta sprobuję postawić inne pytanie. Czy ten wirus atakuje ludzi, a narastające problemy gospodarki są skutkiem ubocznym, czy odwrotnie? A może wirus atakuje gospodarkę, a ludzie są tylko narzędziem? Nie było by to głupie z jego strony, biorąc pod uwagę problemy z klimatem i ciągle nie rozwiązany problem śmieci. Załóżmy baratarystycznie, że tak jest. Co w tej sytuacji robić? Może spróbować wirusów, wyjść naprzeciw i przestawić się na gospodarkę regresywną? Może wtedy odpuści, wiedząc, że my to zrobimy rozsądniej. Może to nie jest taki głupi wirus, na jakiego wyglada?

EMS

Myślę, że dawno przestaliśmy być tym, co się w prasie szumnie nazywa Twierdzą Europa, i, wręcz przeciwnie, jesteśmy Oblężonym Miastem Europa, którego nie da się ocalić. Od Zachodu odgryzł nam spory kęs terytorium biały, paskudny, ujadający piesek, poszczuty przez rudego kundla. Hapnęli i nazwali to Brexit. Od Wschodu zimny drań, który fantastycznie gra w szachy, rozgrywa swoją partię biednym polskim staruszkiem-pionkiem w kapciach i jego dwoma srebrnymi wieżami, a z Chin nadciągnął ukoronowany wirus. Król Korona. Od Południa kolejny zimny drań spotęgował wirusa falą nieszczęsnych uchodźców napędzonych przez szmuglerów ludzi. Przywozi ich atobusami na granicę z Europą i im więcej wśród nich przerażonych dzieci i zgwałconych kobiet, tym dla niego lepiej. W obozach uchodźców wirus zapewne już zbiera śmiertelne żniwo, tylko nikt nie chce tego widzieć, bo jak zobaczy, to musiałby zareagować. To straszne ludzkie nieszczęście to broń Czarnego Króla, młot na Królową, jedyną, jaką jeszcze mamy.

TR

Przedstawiłaś wiele problemów do pilnego rozwiazania. Proponuję podejście baratarystyczne. Nie rozwiązywać. Spróbować je połączyć. Może zaczną się same rozwiązywać.
EMS

To nie jest lista problemów do rozwiązania. To ocena sytuacji.
TR
Fritjof Capra w ksiazce Punkt zwrotny opisuje praktyki pewnych plemion w sytuacji, gdy ktoś zachoruje. Nikt nie przejmuje sie chorym, natomiast plemię zbiera się i zaczyna dyskutować, co złego zdarzyło się w naszej społeczności, że pojawiła się choroba. Choroba jest traktowana jako symbol (ja bym powiedział: jako komunikat) jakiegoś zła czy naruszenia ładu kosmicznego.

EMS

Tak, na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny.

TR

Odoradzałbym wejscia na drogę zrównoważonego rozwoju. Z dwojga złego lepszy jest ten niepohamowany. Mówię to w związku z eksperymentem z żabami. Żaby wrzucone do gorącej wody, natychmiast wyskakują, żaby wrzucone do chłodnej, którą następnie powoli się podgrzewać, dają się ugotować. Chrześcijaństwo nie do tego zostało powołane, byśmy kroczyli drogą zrównoważonego rozwoju. Zostało powołane po to, byśmy zaczęli wyskakiwać w związku z gwałtownym wzrostem temperatury.

EMS

Będę się upierała – na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny i póki go nie przywrócimy, świat się nam będzie rozpadał w strzępy.

 

W téj kwarantannie…

Tibor Jagielski twierdzi, że trzeba czytać Hioba. To mi przypomniało, że jest przecież i taki wiersz o czasach zarazy… Chyba go nigdy nie lubiliśmy, choć w ogóle Słowacki, wiadomo, bardziej był “nasz” niż spiżowy Mickiewicz. Bądźmy szczęśliwi, że nasza kwarantanna to książki, filmy i planszówki…

Juliusz Słowacki

OJCIEC ZADŻUMIONYCH
W El-Arish

Trzy razy księżyc odmienił się złoty,
Jak na tym piasku rozbiłem namioty.
Maleńkie dziecko karmiła mi żona,
Prócz tego dziecka, trzech synów, trzy córki,
Cała rodzina, dzisiaj pogrzebiona,
Przybyła ze mną. Dziewięć dromaderów
Chodziło co dnia na piasku pagórki
Karmić się chwastem nadmorskich ajerów;
A wieczór – wszystkie tu się kładły wiankiem,
Tu, gdzie się ogień już dawno nie pali.
Córki po wodę chodziły ze dzbankiem,
Synowie moi ogień rozkładali,
Żona, z synaczkiem przy piersiach, warzyła.
Wszystko to dzisiaj tam – gdzie ta mogiła
Promienistemu słońcu się odśmiecha,
Wszystko tam leży pod kopułką Szecha.
A ja samotny wracam – o boleści!
Trzy razy wieków przeżywszy czterdzieści,
Odkąd do mego płóciennego dworu
W téj kwarantannie wszedł anioł pomoru.
O! niewiadoma ta boleść nikomu,
Jaka się w moim sercu dziś zamyka!
Wracam na Liban, do mojego domu –
W dziedzińcu moim pomarańcza dzika
Zapyta: “Starcze! gdzie są twoje dziatki?” –
W dziedzińcu moim córek moich kwiatki
Spytają: “Starcze! gdzie są twoje córki?”
Naprzód błękitne na Libanie chmurki
Pytać mię będą o synów, o żonę,
O dzieci moje, wszystkie pogrzebione
Tam, pod grobowcem tym okropnym Szecha –
I wszystkie będą mię pytały echa,
I wszyscy ludzie, czy wracam ze zdrowiem,
Pytać się będą. – Cóż ja im odpowiem?!

Przybyłem. Namiot rozbiłem na piasku.
Wielbłądy moje cicho się pokładły;
Dziecko, jak mały aniołek w obrazku,
Karmiło wróble, a ptaszęta jadły,
Aż do rąk prawie przychodząc dziecinie. –
Widzisz tę małą rzeczułkę w dolinie?
Od niéj wracała najmłodsza dziewczyna,
Z dzbankiem na głowie, prościutka jak trzcina.
Przyszła do ognia i wodą z potoku,
Śmiejąc się, lekko trysnęła na braci. –
Najstarszy – z ogniem zapalonym w oku
Wstał, dzbanek wody chwycił w drżące dłonie
I rzekł: “Sam Bóg ci za wodę zapłaci,
Bo chcę pić jak pies, bo ogień mam w łonie”.
To mówiąc, wodę wypiwszy ze dzbana,
Powalił się tu jak palma złamana.
Przybiegłem – nie czas już było ratować. –
Siostry go chciały martwego całować;
Krzyknąłem wściekły: “Niech się nikt nie waży!”
Porwałem trupa i rzuciłem straży,
Aby go wzięła na żelazne zgrzebła
I tam, gdzie grzebią zarażonych, grzebła.
A od téj nocy tak pełnéj boleści
Naznaczono mi nowych dni czterdzieści.

Téj saméj nocy Hafne i Amina
Umarły leżąc na łożu przy sobie.
A patrz! – tak cicho umierały obie!
Że choć po śmierci najstarszego syna
Oczy się moje do snu nie zawarły,
A nie słyszałem, jak obie umarły.
I nawet matka własna nie słyszała,
Choć wiem, że także téj nocy nie spała.
Rankiem obiedwie sine jak żelazo,
Dwie moje córki zabite zarazą,
Wywlec kazałem strażnikom z namiotu;
I porzuciły nas! – i bez powrotu!…
A jak dorosłym przystoi dziewicom,
Włosami ziemię zamiotły rodzicom.

Widzisz te słońce w niebie lazurowém?
Zawsze tam wschodzi za lasem palmowym,
Zawsze zachodzi za tą piasku górą;
Zawsze te niebo nie splamione chmurą:
A mnie się zdało wtenczas, nie wiém czemu,
Że słońce słońcu nie równe złotemu;
I już nie takie, jakie było wczora,
Ale podobne do słońca upiora.
A niebo, które patrzało na zgubę
Mego rodzeństwa, moich trojga dzieci:
Tak mi się mgliste zdawało i grube
Ziemi wyziewem i słońca purpurą,
Że nie wiedziałem, czy pacierz doleci
Do Pana Boga, co się zakrył chmurą.

I tak dni dziegieć przeszło, choć nieskoro.
Reszta mych dzieci żyła – wszystko czworo,
Małżonka moja serce miała lżéjsze,
I nawet moje dzieciątko najmniéjsze
Żyło i kwiatkiem nic chciało usychać –
Ja sam nareszcie zacząłem oddychać;
Bo nie wierzyłem, żeby wziąwszy troje
Bóg mi chciał zabrać wszystkie dzieci moje.

O! była to więc piekielna godzina!
Gdy patrząc na twarz najmłodszego syna
Śmierć zobaczyłem! – Ach, ja go tak strzegłem! –
Pierwszy na twarzy znak wystąpił drobny;
Nikt by nie dostrzegł – ja, ojciec, spostrzegłem.
On do tamtego stawał się podobny;
Stawał się jak mój trup pierworodzony
Z jasnego blady, z bladego czerwony.
Patrzę! – Na twarzy plam żelaznych krocie –
Więc zawołałem głośno: “Śmierć w namiocie!”
I pochwyciwszy go z takiémi trądy
Wyniosłem na step, pomiędzy wielbłądy,
Aby go tam śmierć zgryzła do ostatka;
I żeby na to nie patrzała – matka.

Przy konającym czuwaliśmy bliscy
Ja z wielbłądami – na kolanach wszyscy.
Łamałem ręce i wołałem głośno:
“Oby nie umarł! lub się był nie rodził!” –
A tam nad palmy, z twarzą nielitośną,
Gdy konał mój syn, blady miesiąc wschodził
I patrzał: – tego z pamięci nie zatrzéć!
I nie wiem, jak ten sam miesiąc mógł patrzéć?
Gdy skonał w moim ojcowskim uścisku,
Chciałem go spalić na popiół w ognisku;
Lecz ledwie ogień zaczął biec po szacie,
Wyrwałem trupa i rzuciłem straży –
Poniosło mi go czarnych dwóch grabarzy,
I lepiéj mu tam przy siostrach i bracie.
Od tego zgonu i od téj boleści
Naznaczono mi nowych dni czterdzieści.

Pod kręgiem słońca jako krew czerwonym
I pod namiotem tym zapowietrzonym
Żyliśmy, słowa nie mówiąc do siebie,
I śmierć przed samą śmiercią udawali
Myśląc, że Boga oszukamy w niebie,
Że się ten bałwan zarazy przewali. –
Powrócił! – Anioł powrócił morderca!
Ale mnie znalazł bez łez i bez serca,
Już omdlałego na boleści świeże,
Już mówiącego: “Niech Bóg wszystko bierze!”
Miałem na syna trzeciego cierpienia
Powieki bez łez i serce z kamienia.
Boleść już była jako chleb powszedni.
I pod oczyma mi konał mój średni,
Najmniéj kochany w mém rodzinném gronie
I najmniéj z dzieci płakany po zgonie.
Toteż Bóg jemu wynagrodził za to,
Bo mu dał cichą śmierć i lodowatą,
Bez żadnych bolów, bez żadnych omamień.
Skonał i skościał, i stał się jak kamień.
A tak okropnie po śmierci wyglądał,
Jakby już próżnych naszych łez nie żądał,
Ale chciał tylko lice swoje wrazić
W serca nieczułe, oczy nam przerazić
I wiecznie zostać w rodziców pamięci
Z twarzą, co woła: “Jesteście przeklęci!” –

Skonał. Myślałem wtenczas – o rozpaczy! –
Że jeśli reszcie Pan Bóg nie przebaczy,
Jeśli anioła śmierci przyszle po nie:
Dziecko mi weźmie – żonę – a po żonie
Mnie nieszczęsnego zawoła przed Stwórcę…
Córka! – Ja myśleć nie śmiałem o córce!
I trwoga o nią nie gryzła mię żadna.
Ach, ona była młoda! taka ładna!
Taka wesoła, kiedy moją głowę
Do lilijowych brała chłodzić rączek,
Kiedy zrobiwszy z jedwabiu osnowę,
Około cedru biegała po trawie,
Jak pracowity snując się pajączek.
Patrz! i ten pas mój błyszczący jaskrawie
Ona robiła – i te smutne oczy
Ona rąbkami złocistych warkoczy
Tak przesłaniała, że patrzałem na nią
Jako na róże przeze łzy i słońce.
Ach, ona była domu mego panią!
Ona jak jaśni anieli obrońcę
Najmniéjsze dziecko w kołyseczce strzegła.
I gdzie płacz jaki słyszała, tam biegła;
I wszystkie nasze opłakała ciosy,
I wszystkie nasze łzy – wzięła na włosy.

Dziesięć dni przeszło i nocy tak długich,
Że śmierć już mogła na gwiazdy odlecić.
Dziesięć dni przeszło, dziesięć nocy drugich
Przeszło – nadzieja zaczynała świecić…
Po dzieciach ustał wielki płacz niewieści
I naliczyliśmy ranków trzydzieści.
Nareszcie zbywszy pamięci i mocy,
Położyłem się i zasnąłem w nocy.
I we śnie, w lekkie owinięte chmury,
Ujrzałem moje dwie umarłe córy.
Przyszły za ręce trzymając się obie;
I pozdrowiwszy mię pokojem w grobie,
Poszły, oczyma cichymi błyszczące,
Nawiedzać inne, po namiocie śpiące.
Szły cicho, z wolna, schylały się nisko
Nad matki łożem, nad dziecka kołyską;
Potém na moją najmłódszą dziewczynę
Obiedwie – ręce położyły sine!
Budzę się z krzykiem i umarłą dziatwę
Klnąc wołam dziko: “Hatfe! moja Hatfe!”
Przyszła jak ptaszek cicho po kobiercu,
Rzuciła mi się rączkami na szyję;
I przekonałem się, że Hatfe żyje,
Słysząc jéj serce bijące na sercu,
Ale nazajutrz grom przyszedł uderzyć –
Córka!!! – Lecz na co z boleścią się szerzyć?
I te mi dziecko sroga śmierć wydarła!
I ta mi córka na rękach umarła!
A była jedna najstraszniejsza chwila –
Kiedy ją bole targały zabójcze,
Wołała: “Ratuj mię! ratuj, mój ojcze!”
I miała wtenczas czerwone usteczka
Jak młoda róża, kiedy się rozchyla. –
I tak umarła ta moja dzieweczka,
Że mi się serce rozdarło na ćwierci –
A piękna była jak anioł – po śmierci!

Przyszli nade mną płakać nieborakiem
Strażnicy; przyszli mi wydrzeć to ciało.
I nieostrożni zaczepili hakiem –
Hak padł na pierś jéj twardą, krągłą, białą…
I tu – bogdajby jak ja nie umarli! –
Tu ją pod mymi oczyma rozdarli. –
Ty im to, Boże niebieski, spamiętasz!
Wziąłem ją – i sam zaniosłem na cmentarz.
Z założonymi na piersiach rękoma
Siedziała trzy dni matka nieruchoma
W kącie namiotu, żółta, jakby z drewna.
Dziecina stała się blada i rzewna;
Bo mleko matki zaczęło wysychać,
I co dnia było płacz w kołysce słychać.
A ta pustynia – nie masz dzieci w grobie! –
Ona inaczéj wydaje się tobie,
Może złocista, jasna i weselna?
Lecz dla mnie jest to równina piekielna!
Przez tę równinę, przez te piasku kupy
Ciągnięto śniade moich dzieci trupy.
A tam na wzgórzu, kędy morze bije,
Dla ciebie szumi morze – dla mnie wyje;
A kiedy z wichrem na brzegi nie skacze,
Dla ciebie szemrze tylko – dla mnie płacze,
Co dnia, gdy przyszła wieczorna godzina,
Śpiewającegom słyszał muezina:
Jakby się nad mym ulitował losem,
Zaczął smutniejszym obwoływać głosem,
Krzycząc ze swego piaskowego stoga
Nieszczęśliwemu ojcu – wielkość Boga.
O! bądźże mi Ty pochwalony, Alla!
Szumem pożaru, co miasta zapala,
Trzęsieniem ziemi, co grody wywraca,
Zarazą, która dzieci mi wytraca
I bierze syny z łona rodzicielki.
O Allach! Akbar Allach! jesteś wielki!
Wszystko, co miało tylko twarz człowieka,
Zaczęło stronić ode mnie z daleka.
Namiotu mego – córki go uprzędły –
Płótna na rosie poczerniały, zwiędły
I podarły się, i lekko napięte,
Były jak próchna z ludzkich trumien zdjęte.
Zarazę było znać na tym namiocie –
I wiesz, że nawet tych wróbelków krocie,
Co zlatywały się tutaj o brzasku
Jeść okruszyny i kąpać się w piasku;
Odkąd mi dzieci zaczęło ubywać,
Po żer przestały się wszystkie zlatywać.
Czy odstraszyło je podarte płótno
Namiotu mego? czy twarz moja biedna? –
Nie przyleciała z ptaszyn ani jedna
I spostrzegłem to – i było mi smutno.

Po córce w pięć dni – o Boże mój! Boże!
Z wieczora huczeć już zaczęło morze
I słońca się krąg pochował ponury,
I niebo czarne zaciągnęły chmury.
Noc przyszła, dotąd w pamięci ohydna,
Ciemna, od gromów czerwoności widna.
Jeszcze dziś czuję i widzę, i słyszę,
Słyszę, jak namiot gęste sieką deszcze,
Jak się rozciąga, jak głucho szeleszcze,
Jak się nade mną w ciemności kołysze
I od piorunów się cały czerwieni,
Podobny grobom szatańskim z płomieni.
Zdawało mi się za burzy łoskotem,
Żem słyszał martwe dzieci, za namiotem,
Wszystkie jęczące przeraźliwie, głucho.
Więc natężałem wzrok, serce i ucho;
I z przerażeniem rozmyślałem w sobie,
Jak moim dzieciom takiéj nocy w grobie?

I nagle! – Czemuż ta Śmierć tak zdradziecko!
Tak cicho weszła pod namiotu żagle?! –
Grom spadał hucząc po gromie i nagle
W kołysce z cicha zapłakało dziecko –
A płacz ten musiał być strasznym wyrazem…
Bo zaraz – matka – ja – oboje razem –
Rzuciliśmy się, gdzie robaczek lichy…
A choć dziecięcia jęk był bardzo cichy,
To tak wydawał się obojgu głośny
I tak rozdarty, i taki żałosny,
I tak z głębokich wnętrzności wyjęty!
I tak rozumny! i taki przeklęty!!!
Żeśmy oboje biegli gromem tknięci,
I bez nadziei już! i bez pamięci!
I nie zawiodło przeczucie żałoby!
Umarło – z takiéj jak tamte choroby.
I poszło leżeć między trupy bratnie,
Moje najmilsze!… i moje ostatnie!!!
Śmierć mi go czarna wzięła nielitośnie.
I już nie wróci! ani mi urośnie!
Ani go kiedy mój dom już zobaczy! –
I już nie wróci nigdy!- o rozpaczy!!!

Noc przyszła druga, błyszcząca gwiazdami.
Byliśmy z matką w namiocie – przed nami
Leżało dziecko na stole, nieżywe,
Nieruchomością śmierci przeraźliwe.
Uczułem wtenczas, patrząc na tę postać,
Że gdyby mogło choć tak z nami zostać
Przez wszystkie lata – choć tak, nie inaczéj –
Ubyłoby mi z serca pół rozpaczy.
A te już – ani zarazy strażnicy,
Ani ja niosłem do Szecha kaplicy,
Gdzie się nam trupia otwierała brama,
Ale je matka tam zaniosła sama.

W namiocie pustym ja zostałem z żoną.
Ale czy pojmiesz? – zamiast nas połączyć,
Boleść, obojgu nam rozdarłszy łono,
Zaczęła jakieś jady w serca sączyć,
I teraz chyba je sam Bóg oczyści.
Smutek podobny był do nienawiści
I stanął czarny, wielki, między nami.
Więc rozłączeni byliśmy i sami.
I nie mówiliśmy do siebie słowa –
Bo powiedz, jakaż być mogła rozmowa
W pustym namiocie między mną i żoną?
Pomiędzy ojcem i matką tych dzieci?…
Słońce wschodziło w upały czerwono,
Co dnia tonęło tam, gdzie teraz świeci
Jak jaka skrawa pożaru pochodnia. –
Więc tak bezdzietnym było – i tak co dnia –
Cisza ogromna namiot nasz zaległa.
Chyba mysz jaka w księżycu przebiegła;
Zgoła innego jęku ni szelestu…
Doczekaliśmy więc tak dni czterdziestu.
I kwarantanny przybyli lekarze,
Głęboko patrząc w nasze smutne twarze.
Widziałem, jak się każdy z nich zadziwiał;
Bo nachyliłem się był i posiwiał.
A żona moja od niespań i troski
Była jak bursztyn albo żółte woski;
Na głowie miała z włosów siwych wieniec,
Jakiś okropny ceglany rumieniec,
A oczy pełne takiéj błyskawicy,
Jak ci, co wyjdą na słońce z ciemnicy.
Lekarz nam kazał w sustawy uderzyć,
Tam gdzie zaraza pierwsze rzuca strupy –
Zdrów byłem. – Ludzie! czy będziecie wierzyć?
Ja, co me wszystkie całowałem trupy,
Z téj kwarantanny wychodziłem zdrowy;
Żona, co nawet nie tknęła połowy,
Nad piersiami się uderzywszy zbladła
I zachwiała się z jękiem – i upadła.
A ja na ręce wziąłem trup niewieści,
Zaniosłem w namiot i rzuciwszy brzemię
Upadłem przy niéj jak martwy na ziemię.
I obudziłem się – na dni czterdzieści…

Przed samą śmiercią wyznała mi matka,
Że chciała z grobu swojego dzieciątka
Jakiéj pamiątki, kamienia lub kwiatka,
Włoska w złocistych na głowie obrączkach;
I ta po dziecku umarłym pamiątka –
Patrzaj! – obrazek ten, co trzymał w rączkach,
Te włoski złote i tak dzisiaj święte,
W mogiłce z główki maleńkiemu zdjęte –
Bo biedna matka miała tyle mocy,
Że odkopała dziecko o północy;
Znalazła jeszcze nie zepsutym wcale,
Pocałowała; w usteczek korale
I znów włożyła do trupich obsłónek –
Te upominki i ten pocałunek,
Zazdrosnéj ziemi Szecha ukradzione,
Zabiły matkę i wzięły mi żonę.

I znów się łono piaskowe otwarło,
Gdzie pochowałem matkę martwych zmarłą.
Potem wróciłem do płóciennéj nory
Schować się w cieniu jak nocne potwory.
Ani ja słońca na niebieskim sklepie,
Ani mnie ludzie widzieli na stepie.
Stałem się jako zdziecinniali – starzy –
W pamięci mojéj – żadnéj żywéj twarzy,
Tylko te sine i okropne Iica,
Które mi wzięła zarazy martwica.
I w dzień błękitny, i w noc każdą ciemną
Oni tu byli w tym namiocie ze mną;
Gadałem z nimi, zmyślałem rozmowy,
W których rozmawiał ze mną tłum grobowy;
I często dziwnym natrafiłem losem
Na głos, co moich był dzieciątek głosem.
Z obłąkanego budziły mię śnicia
Po nocy hyjen przeraźliwe wycia
Tam nad trumnami… i słuchałem blady,
Jak nad trupami płacze trupojady.
Stałem się wreszcie jak wąż, gdy ochłodnie.
I przechodziły mi dnie i tygodnie
Bez żadnych bolów, pamiątek, omamień.
Stałem się twardy i zimny jak kamień.
I raz – ach, boska nade mną opieka!
Patrzę, ktoś w namiot mój cicho zagląda –
I ach! – Nie była to już twarz człowieka,
Lecz głowa mego starego wielbłąda.
Spojrzał – i spojrzał z twarzą tak litośną,
Że rozpłakałem się jak dziecko głośno.

I tak przeżyłem smutnych dni czterdzieście;
Przyszli mię ludzie uwolnić nareszcie.
O gorżka wolność i chwila odlotu!
Jam do ciemnego już przywykł namiotu;
Z uczuciem smutku, boleści i zgrozy
Będę wyrywał koły i powrozy,
Które… (o Boże wiekuisty, świeć mi!…)
Do tego piasku zatykałem z dziećmi.
Ach, pomóż ty mi je zerwać – sam jestem!
A może tobie posępnym szelestem
Te płótna więcéj boleści powiedzą?
One widziały wszystko! wszystko wiedzą!
Czyż nie są teraz jak męki obrazy?
Patrz na nie, dotknij! Nie bój się zarazy,
Nie bój się śmierci, co dotknięciem sinem…
Wszak ty nie jesteś, synu moim synem.
Lecz nie – uciekaj! Ja wiem że te płótna
Straszne się muszą obcym ludziom zdawać.
Śmierć od zarazy? – ach! to śmierć okrutna!
Zaczynasz własnych braci nie poznawać,
Potem cię ogień pali, piersi gorą…
Ach! ja tak moich widziałem ośmioro!
I co dnia patrząc na tak konające,
Wysiedziałem tu całe trzy miesiące.
Dziś – oto dziewięć wielbłądów podróżnych,
A na nich – patrzaj, osiem juków próżnych,
I nie zostało mi nic – oprócz Boga;
I tam mój cmentarz – a tamtędy droga –

Myślałam, że korony noszą tylko królowie…

Od Adminki: 14 marca czyli wczoraj Ela pojechała do Polski i również wczoraj, ostatnim pociągiem, wróciła. Już poprzedniego dnia na Facebooku pojawiały się informacje, że Polska zaraz zamknie granice, długo jednak nie było wiadomo, kiedy i na jakich zasadach, a to sprawiło, że ci, którzy chcieli jechać do Polski, musieli się liczyć ze wszystkim, że ich nie wpuszczą, że ich nie wypuszczą, że ich odeślą z powrotem, że wylądują w miejscu odosobnienia, zwanym kwarantanną, choć zasadniczo kwarantanna to samo odosobnienie, a nie miejsce. No i zasadniczo, jak sama nazwa wskazuje – na 40 dni, choć na razie trwa ona “tylko” 14 dni, choć już słychać głosy, że powinna zostać wydłużona do trzech, a nawet czterech tygodni.

Ela Kargol

Bilety i plany zmieniałam kilkakrotnie. Najpierw miałam jechać w piątek 13 marca do Szczecina, by w sobotę uczestniczyć w wycieczce pt. “Bitwa o Szczecin” z Michałem Rembasem, który jako jedyny chyba nie odwołał wydarzenia. Jednak po namyśle wybrałam otwarcie wystawy Siegmara Jonasa w Cafe Berlin, też w Szczecinie. Ze Szczecina miałam zamiar udać się do Poznania do mamy i siostry, osób niepełnosprawnych, którymi się opiekuję, po części na odległość, a po części jeżdżąc do nich co dwa tygodnie z Berlina.


Wystawę Jonasa odwołano, a ja głupia, wierząc pisowskim wiadomościom, że granic nie zamkną, kupiłam bilet z Berlina do Poznania na sobotę wieczór. W piątek byłam już zdezorientowana, tym bardziej, że prawie wszystkie wiadomości były zaprzeczeniem tych poprzednich.
Jeszcze raz zawierzyłam pisowskiej jedynce. Trzy razy z rzędu wysluchalam “Aktualności dnia” i zrozumiałam, że w sobotę mogę wyjechać, ale w niedzielę mogę już nie wrócić, na pewno nie pociągiem.
Bilet powrotny miałam na niedzielę.
Kupiłam nowy bilet do Poznania, na 9:37 w sobotę, w sobotę też postanowiłam wracać.
Pełna niepewności, jakiegoś lęku, ale muszę się przyznać, też chęci przeżycia przygody, wyszłam z domu w Berlinie, czule pożegnana przez męża, wsiadłam do autobusu wejściem środkowym, bo przód, razem z kierowcą oddzielony był biało-czerwona taśmą.

W metrze ruch umiarkowany, niektórzy muszą do pracy. Kolejka świeci pustkami, oprócz mnie dwoje ludzi z walizkami. Dworzec Główny w Berlinie jak miasteczko w leniwą niedzielę. Ktoś przyjeżdża, ktoś wyjeżdża. A na środku, na poziomie chyba pierwszym, powstają zagony kolorowych kwiatów. Wiosna za kilka dni.

 

W pociągu jadącym do Warszawy Wars jeszcze był i pojawili się, jak to napisała autorka, kosmonauci mierzący temperaturę. Ona na szczęście miała temperaturę w normie: 36,9. W Warsie trzeba też było wypełnić formularz, ale jeszcze udało się zamówić żurek i smażonego camemberta. Autorka, jak wielu innych podróżujących, jest wielbicielką Warsu (zob. TU).

W pociągu wracającym do Berlina (ostatni taki pociąg, przynajmniej na jakiś czas) było…

… jak za dawnych czasów, radośnie i tłoczno! Bo wszystkie bilety były ważne. Cała Europa w tym pociągu, każdy dokądś chciał pojechać, ale musi wracać, albo inaczej kombinować.
Piwo w kubku do kawy, bo Wars się ewakuował.

Mimo zamknięcia granic, szkół, teatrów, wstrzymania lotów, przejazdów autobusowych i kolejowych wiosna przyjdzie na pewno, nie przyleci samolotem, ani pociągiem. Chociaż, gdy spojrzę przez okno, to muszę stwierdzić, że ona już jest. Udało jej się. Tak jak mnie, wrócić ostatnim pociągiem do Berlina.

Jest.

Tydzień temu powtarzałam z wnukiem wiersz: Jana Brzechwy o wiośnie:

A wiosna przyszła pieszo –
Już kwiaty z nią się śpieszą,
Już trawy przed nią rosną
I szumią: „Witaj wiosno!”


A ten wiersz powstał wczoraj, w pociągu z Berlina do Poznania, w dużej niepewności, w godzinach porannych.

Podróż w jedną stronę?

Jadę, żeby już nie wrócić.
Wracam, żeby nie wyjechać.
Dobrowolnie,
Z miłości,
Poczucia obowiązku,
I czegoś jeszcze,
Nie wiem czego?
Przekory?
Buntu?
Rewolucji?
Ze znakami zapytania.

Mama staruszka, niewidoma
Siostra schorowana
Co one zrobią beze mnie?
Co ja zrobię bez nich?
Znowu mury, znowu granice
I ta niepewność, która boli i straszy.
A na dworcu kwiaty, kolorowe, świeżo nasadzane, tylko dla mnie.

Myślałam, że korony noszą tylko królowie.


Po tygodniu Ela dopisała na FB taki tekst:

Czuję się tak, jak w latach 80, po przyjeździe do Berlina. Z tą różnicą, że wyjechałam wtedy z Polski dobrowolnie, licząc się z tym, że może nigdy już nie wrócę do domu, do rodziców, siostry.
Po dwóch latach kwarantanny w Berlinie wysłaliśmy w ramach „eksperymentu“ siedmioletnią wówczas córkę do Poznania do dziadków. Po wakacjach Marta wróciła do Berlina. Potem była kolej na mnie. Pojechałam i też wróciłam. Zaczęłam jeździć regularnie i regularnie wracałam. Raz miałam tylko nieprzyjemną rozmowę w biurze paszportowym. Zapytano mnie, co ja tam robię. Odpowiedziałam, że studiuję. „A co robią inni studenci?“ „Też studiują“. „To proszę się przypatrywać, co studiują.“
Czy była to próba zwerbowania mnie do współpracy tuż przed upadkiem muru? Jakiś czas nie jeździłam po tym zdarzeniu do Polski, nie pamiętam, jak długo. Wtedy dobrowolnie poddałam się kwarantannie.
Potem wszystko się zmieniło. Granice zniknęły, rodzice się zestarzeli. Potrzebowali mojej częstszej obecności.
Od trzech lat, po śmierci taty jeżdżę regularnie do schorowanej, starej, niewidomej matki i niepełnosprawnej siostry. Opłacam rachunki, robię zakupy, układam lekarstwa, umawiam lekarzy, sprzątam, ale przede wszystkim jestem, rozmawiam, kocham.
Tydzień temu stojąc na dworcu w Berlinie, przypomniałam sobie tamte czasy, tamte niepokoje. Tym bardziej, że konduktorzy niemieccy nie umieli powiedzieć, czy pociag dojedzie w ogóle do granicy. „Bleiben sie hier, sie kommen nicht zurück“. W pociągu każdy mówił coś innego. Najpierw, że do Poznania nie dojadę, a jak dojadę, to na pewno nie wrócę, bo ten ostatni pociąg już nie pojedzie. Dojechałam, czasu miałam dwie godziny na ułożenie lekarstw, wypicie kawy, przytulenie i zrobienie zdjęcia. Ostatnim pociągiem wróciłam do Berlina.

Tu opisuję dokładniej moją “podróż w jedną sronę?”

https://ewamaria.blog/2020/03/15/podroz-w-jedna-strone/

Od trzech lat stałym obrzędem pożegnania jest pstryknięcie zdjęcia mamie w oknie. Tych zdjęć są dziesiątki. Nigdy nie wiem, kiedy będzie następny “pstryk”.
Tydzień temu zrobiłam ostatnie zdjęcie i nie wiem, kiedy będę mogła zrobić następne i czy je zrobię.

No cóż, Brodowski tym razem o kobietach

Tym razem, bo ostatnio Brodowski poświęca teksty bezpośrednio polityce, np. opiewając życie i cuda pewnego pana z Warszawy i grona jego partyjnych wyznawców. Dziś natomiast o kobietach, i to nawet w niewielkiem stopniu politycznie. Nawet, rzekłabym, jeśli jest tu polityka, to całkiem zawoalowana. Chociaż może i za to możemy dostać “bana”, on i ja. Niedawna katastrofa, kiedy to tydzień temu WordPress z sekundy na sekundę zlikwidował całego bloga i poinformował mnie, że popełniłam wykroczenie przeciw regułom korzystania z ich usług, nastąpiła w momencie, gdy właśnie wstawiłam TE wiersze na bloga i chciałam je zapisać jako wpis na dziś… Nie wiem, czy to dlatego. Bo powody mogły byś jakieś inne, np. haker albo wirus (Corona?). Ale jednak płachtą na byka mógł się okazać nasz autor, którego na Facebooku banują regularnie. Jak dotąd myślałam, że blogi są wolne od fejsbukowej zabawy w banowanie, ale może właśnie przestały. WordPress nie poinformował mnie, dlaczego mnie zatrzasnął, nie podał też, co sprawiło, że przywrócił mi łaskawie prawo funkcjonowania. Zobaczymy, co się zatem stanie dziś 🙂

Roman Brodowski

Nieco apokryficzna satyra
„W obronie moich pań“

Dwa sorty są na ziemi ludzi
Innymi słowy On no i … Ona
On to mężczyzna, respekt budzi
Ona Kobieta, mężczyzny żona.

On w domu jest ogniska panem
Ona w posługach dlań się wije
Dla niego ponoć wszystko dane
Ona, po prostu przy nim żyje.

Tak mówi pismo bożej dobroci
W wyznaniu, ponoć wiary miłości
Pierwszy mężczyzna powstał – człowiek
Kobieta? po nim…. z jego kości

Można by na tym skończyć wierszyk
Kto? komu? i dlaczego tak?
Mężczyzna pośród stworzeń pierwszy.
Kobieta jego pomocnicą – fakt.

Ja z takim faktem się nie zgodzę
Jakiem romantyk, fan demokracji
Często w spór z katodogmą wchodzę
W imię mądrości populacji.

Spójrzmy odważnie prawdzie w oczy
Na “chłopski rozum” wam tłumaczę
Kobieta jest jak zamek do drzwi
Mężczyzna? – kluczem, nie inaczej.

A klucz bez zamka, zamek bez klucza
Cóż warte jedno bez drugiego?
Niech ksiądz w kościele nas nie poucza.
Kobiecie równym być, cóż złego

Powiem Wam więcej drodzy Panowie
Kończąc morałem, nieco bajecznie
Bez naszych kobiet, świat był bu smutny
A słuchać księży? … niebezpieczniejsze.

02.03.2016

Romantyczny interes

Ktoś zamówił u mnie rymowankę
Zwykły, prosty wierszyk o miłości
Panegiryk sławiący wybrankę
Jej urodę, mądrość, no i… “wypukłości”

Przysłał zdjęcie średniego formatu
Na nim temat i westchnień i wzruszeń
Można rzec by, anioł w ludzkiej skórze
Piękna bestia, przyznać szczerze muszę

W jej spojrzeniu dzikie pożądanie
Drogi mleczne kuszące do grzechu
Kibić smukła, rzec by można, łania
Tajemnica pragnień zawarta w uśmiechu

Wykonałem zadanie mistrzowsko
Proste rymy płynęły wprost z duszy
W słowach moje subtelne wyznania
Które mogły najtwardsze z serc skruszyć

Cóż romantyk tworząc potrafi też marzyć
Zwłaszcza kiedy pisze o pięknej kobiecie
Nie ważne mu wówczas, że za kogoś myśli
Eros go popycha do aktu…. no wiecie!

Więc serce nastawia dla Amora strzały.
Kusząc niby Ewa, zmysły ciała swego
I szuka okazji by owoc wziąć w dłonie
W swoim pożądaniu nie widząc nic złego.

Czasami się uda skosztować nie swoje
Przeżyć cudną chwilę z muzą sam na sam
Poczuć się sokołem, pawiem lub motylem
Poeci kochają piękno młodych dam.

Więc drodzy mężowie i panowie panien
Wyznawajcie miłość nie poety słowem
Pamiętajcie zawsze o zmienności Kobiet
Dla poezji potrafią „przystroić“ wam głowę.

Kobiety zmienne są – albo marcowy sen“

Kiedy przybliża się dzień kobiet
Za oknem ciepło i wiosennie
Męczą mnie nocne sny koszmarne
Od wielu lat już tak…, niezmiennie.

Dlaczego? – pyta we śnie zmora –
Mimo lat wielu w jednym cieście,
Nie wiem jak czynić i co czynić
By radość sprawić mojej niewieście.

To prawda, nie wiem, taki jestem
Choć ją rozbieram i …. Ubieram
To nie potrafię jej dogodzić
Zawsze nie tak jest, nawet teraz.

Ot, dla przykładu sen z przed laty:
Z pracy wróciłem wcześniej nieco
By niespodziankę sprawić żonie,
By poczuć znowuż jej kobiecość…

A żonka do mnie już od progu
Co dziś tak wcześnie? – czy zwolnili?!
Wiedziałam że, tak kiedyś będzie.
Rodzice dawno mi n mówili…

Spojrzałem na nią smutnie nieco
Ciało złożyłem na kanapie
Dotknąłem dłonią jej sukienki
A ona przy mnie stoi, sapie.

Popatrzcie, mówi głosem drwiącym
Oto król w naszym małym gronie
Nie jak mężowie przyjaciółek
Oni śpią zawsze przy swej żonie.

Z radością wstałem więc z kanapy
By jak mężczyzna się zachować…
Lecz ona do mnie, – nie dotykaj!
Tę twoją miłość możesz schować!

Do dzisiaj tego nie rozumiem
Cóżem uczynił wówczas złego
Chciałem poprostu być z mą Panią
Bo wciąż mi było mało “tego”.

Innym zaś razem prosto z pracy
Wróciłem później – przed wieczorem,
By dać czas wolny mej kochanej
I…, okazałem się potworem

Gdzie się szlajałeś do tej pory
Kochanka jeść i pić nie dała?!
Takimi słowy moja żonka
Tegoż wieczora mnie witała.

Nic nie odrzekłszy (bo cóż mówić)
Przeszedłem obok zapłakanej.
A w mym sumieniu, jak w wulkanie
Współczucie wybuchnęło dla niej.

Tak przecież dłużej być nie może
By z mojej winy wciąż cierpiała
Postanowiłem żonkę mą opuścić.
Pragnąc by wolność odzyskała.

Okno pospiesznie otworzyłem,
Rzekłem jej coś na pożegnanie
Nogę uniosłem, by wyskoczyć
Lecz ona wzięła mnie za ramię.

Poczekaj, nie rób jeszcze tego
Prosiła głosem już spokojnym
Jak by coś chciała wytłumaczyć,
Jakby nie chciała zwady, wojny.

Potem do kuchni szybko poszła
A z niej przyniosła z kubła śmieci,
I do rąk moich je wcisnąwszy
Rzekła – no teraz możesz lecieć.

Skoro wychodzisz w tamtą stronę,
To bez różnicy, dziś czy jutro,
Śmieci wyrzucić i tak trzeba…
Wtem coś przerwało scenę smutną.

To budzik nagle mnie obudził
Przed tym dramatu zakończeniem.
Spojrzałem na bok, leży przy mnie
Moje kochane przeznaczenie.

Takie to sny mnie dręczą nocą
Kiedy nadchodzi dzień wasz – Kobiet.
Na szczęście jawa jest piękniejsza
Żona zaś moja…, dobry to człowiek.

Na zakończenie dramsatyry
Powtórzę myśl z klasyki wziętą
“Kobieta zmienną jest” i tyle
Postskriptum: dla mnie niepojętą.

04.03.2017.

Od startu do mety – Ty

Wplecione w warkocz
Kwiaty bzu
Wiosenna piosnka
Przy gitarze
Szmer wiatru w liściach
Pierwsza miłość
To czas spełnienia
Naszych marzeń<

Na twojej twarzy
Dziewczęcy śmiech
Usta płonące
Pożądaniem
Zapach dziewictwa
Przytulenie
I nasze pierwsze
Miłowanie.

To się spełniło
Tam, w szuwarach
Przy srebrno białym
Gwiazd lampionie
Blasku jeziora
Leśnym mroku
Na mchu matczynym,
Przyjaznym łonie

Młodość odeszła
Wraz z latami
Czas dodał pięknu
Doświadczenie
A w duszy mojej
Trwa niezmiennie
Wyznanie wówczas
Przyrzeczenie

Wiele przeszliśmy
Wspólnych zdarzeń
Pamięć te chwile
W nas odkłada
Tamte pieszczoty
Tamte słowa
W leśnych szuwarach
Żyją nada

29.03.2004

Dekameron

Oczywiście, jak zawsze, pierwszy był poeta

Tibor Jagielski

cisza w mediolanie

ta cisza jest inna
zwiastująca niebezpieczeństwo
zamykam się na cztery spusty
i czytam decamerone

tylko gołębie na placu del duomo
uwijają się jak gdyby nigdy nic

24.02.2020

Sejm RP
Choroba zakaźna COVID-19, wywołana przez koronawirusa SARS-CoV-2, pojawiła się w grudniu w Wuhanie w środkowych Chinach. Od 31 grudnia 2019 r. do 1 marca br. zanotowano 87 tys. 24 potwierdzonych przypadków COVID-19, w tym 2 tys. 979 zgonów – podał w niedzielę Główny Inspektorat Sanitarny.

2.03.2020

Tabor Regresywny

Co nam biednym ludziom pozostało, gdy medycyna rozkłada bezradnie ręce, gdy politycy jak zwykle coś kręcą, gdy biznes liczy straty, a spekulanci zyski? Nam biedakom nie pozostaje nic innego, jak odwołać się do średniowiecznych sposobów i wyruszyć na pielgrzymkę. Pytanie tylko dokąd? Miejsc świętych już nie ma, Ziemia Święta wcale nie jest taka święta. Może do Wałkonii, krainy wolnej od śmieci, bo nikt ich nie produkuje, wszyscy się wałkonią.
Przyjechałem kiedyś moim wozem na konferencję pt. Koniec świata i co dalej? Konferencję zorganizował Papieski Uniwersytet Teologiczny w Krakowie. Po wystąpieniach plenarnych były pytania z sali. Zabrałem głos jako ostatni:
– Przyjechałem tu z Ławicy, małej wioski w Kotlinie Kłodzkiej. Proszę moją wypowiedź traktować jako wypowiedź wieśniaka z Ławicy. Mam taki problem. Spytałem syna, kim chciałby być, jakby nie był tym kim jest. Odpowiedział: wałkoniem. On jest wybitnym wałkoniem amatorem. Potrafi przez kilka miesięcy włóczyć się po Europie, ale przez resztę roku ciężko na to pracuje. A ja bym chciał, żeby przeszedł na zawodostwo, rzucił pracę i żył z emerytury babci. Ale jeden warunek. Babcia ma być przeszczęśliwa. Ani syna, ani teściowej nie mogę do tego przekonać. Możecie mi pomóc, jakoś teoretycznie to uzasadnić? Wszystkich zatkało. Jakiś dr ksiądz czegoś nauczał, że może na innej uczelni za pieniądze mi pomogą. Atmosfera robiła się nieprzyjemna. Wtedy wstał wysoki mężczyzna z imponującą łysiną i odwracając się do mnie powiedział.
– To jest cynizm. To jest cynizm w tym najpiękniejszym Greckim wydaniu, za którym kryje się głęboka etyka. Ja panu bardzo dziękuję za tę wypowiedź.
Na dworzec wracałem w towarzystwie dwóch kobiet, wózek ciągnął syn jednej z nich. Corona wirus jest tak skonstruowany, że najwieksze żniwo zbiera wśród emerytów i rencistów. Nie mam zamiaru oddawać emerytury bez walki. Żal mi tylko młodzieży, dla której może nie starczyć. Na waszym miejscu postawiłbym ultimatum. Najpierw emerytura a potem praca. Jak sie nie zgodzą, to chodźcie z nami.

03.03.2020

TIP (Jacek Slaski)

Kwarantanna w Berlinie. Planszówki, telewizja, wyspać się (Zachód). Piec ciasteczka z dziećmi, ćwiczyć na skrzypcach. Spandau (Szpandawa). Chleb chrupki, zupki w proszku. Panika. Seks, poliamoria. No sex, please. Wina Merkel (być może po polsku powinno się przetłumaczyć jako Wina Tuska). Prywatnym samolotem na prywatną wyspę. Queer-Sex. Marihuana i play station. Planszówki, telewizja, wyspać się (Wschód).

Jak chomikuje Berlin? Piwo, chipsy, karma dla psów (Zachód). Tofu, soja, mieszkanie na poddaszu. Spandau (Szpandawa). Czerwone wino, krakersy serowe. Sushi & szampan. Olewam. Chomiki. Płaski ekran 70 cali. Wołowina z Kobo i Dom Perignon. Kondomy. Karty pamięci i orientalne klopsiki. Piwo, chipsy, karma dla psów (Wschód).

Berliner Zeitung, Pieniądze albo będę kichał…

Znalezione na Facebooku. Ula Ptak. Zdjęcie zrobione w metrze. Zakupy jakiejś syryjskiej współpasażerki.

Urzędy

Szkoła zamknięta. W Berlinie już trzy szkoły zamknięto. Ale może tylko dwie. Prasa podaje różne wersje.

Pracuję w ministerstwie. Na korytarzu przy wejściu ustawiono przenośny dezynfekator rąk. Ale nikt nie kontroluje, czy go używamy.

Ktoś z rodziny jest w szpitalu. Poszłam go odwiedzić. Ani lekarze i personel, ani pacjenci nie noszą masek. Dezynfekatory w każdym pokoju, ale tu też nikt nie kontroluje, czy się dezynfekuje ręce.

Odwołano Festiwal książki w Lipsku, berlińskie Targi Turystyczne i wycieczkę z Nowego Targu.

My

Jadę metrem. Obok mnie siedzi młoda dziewczyna, widzę miodowego koloru płaszczyk, cienkie czarne rajstopy i gładkie czarne włosy. W pewnej chwili dziewczyna zaczyna kaszleć. Rzucam okiem na jej twarz. Być może azjatycka, ale może “tylko” ukraińska lub serbska. Patrzę na kobietę, która siedzi naprzeciwko. Uśmiechamy się do siebie. Smutno. No bo nawet jeśli to Chinka, nawet jeśli kaszle, bo jest chora, nawet jeśli właśnie nas zaraża, to co my możemy w tej sytuacji zrobić? Co w ogóle możemy my, ludzie, z tym zrobić?

Pancernik

Podobno tym razem to on, ale może zresztą nie on, wyprodukował wirusa. Mały pancernik. Zwierzę pod całkowitą ochroną. Mimo to łapie się go, zabija i zjada. Bo smaczny i bo wzmacnia potencję. Jeśli to naprawdę on, to jest to wręcz symboliczne. Nasza żarłoczność i nasz niepohamowany popęd seksualny jako przyczyna epidemii. Czy to Apokalipsa? Czy to wojna światów? W imieniu Natury, w imieniu Ziemi, pancernik rozpoczął z nami wojnę.  Aurora? Pancernik Potiomkin? Schleswig-Holstein?

Materiały źródłowe
wolnelektury.pl

Giovanni Boccaccio, Dekameron

Tłumaczył Edward Boyé

Zaczyna się księga Dekameron, w której zawiera się sto nowel, opowiedzianych przez siedem białogłów i trzech młodzieńców.

Prolog

Zaczyna się pierwszy dzień Dekameronu, w którym po wyjaśnieniach autora, dla jakiej przyczyny osoby, mające następnie wystąpić, zebrały się tutaj i gawędzą społem, pod przewodem Pampinei rozprawia się o tym, co każdemu najbardziej przypada do smaku.

Ilokrotnie, miłe damy, pomyślę o wrodzonym wam współczuciu, zaraz wystawiam sobie, że dzieło niniejsze będzie miało dla was smutny i przykry początek. Zaczyna się ono bowiem od wspomnienia morowej zarazy, strasznej i żałosnej dla każdego, kto był jej świadkiem albo też jakimkolwiek sposobem o niej uznał. Nie chciałbym jednak, abyście przeraziły się, nim czytać poczniecie, i pomyślały, że przez cały czas czytania płakać i wzdychać będziecie. Niechajże ów smutny początek będzie dla was tym samym, czym dla wędrowców stroma i spadzista góra, za którą skrywa się miła i piękna równina. Im trudniejsze było wejście i zejście, tym słodsze jest później odetchnienie.

Nieskończona radość boleścią się kończy, a po boleści znów radość nastaje. Po tym krótkotrwałym smutku (mówię krótkotrwałym, bowiem w niewielu słowach on się wyraża) wkrótce nastąpi wesele i radość, które wam już przyobiecałem. Bez stosownego uprzedzenia, po tak posępnym początku, nie mogłybyście wróżyć sobie później nijakiego ukontentowania. Gdyby to możliwe było, powiódłbym was tam, gdzie chcę, całkiem inną drogą niż tą kamienistą ścieżką. Aliści, nie dotknąwszy tego wspomnienia, objaśnić bym wam nie mógł, jakim sposobem zdarzyły się te rzeczy, o których czytać będziecie; zatem k’temu konieczność mnie czysta przywodzi.