Cześć Ewo Mario, Koleżanko Pielgrzymko stale w Drodze, napisałem fragment wspomnień z dzieciństwa, gdy wyjeżdżaliśmy wszyscy na wieś, do Malużyna. Na dwa miesiące. To blisko Ciechanowa (27 km). Rodzice bywali tam oboje, ale też często jedno musiało pracować, bo były problemy z urlopem, a my dzieci stawaliśmy się na lato dziećmi bardzo wiejskimi. Te czasy wspominam bardzo dobrze, rzeka Wkra i Malużyn to cząstka mojego serca. Tak się złożyło że wspomniane w wierszu trzy panny Kinówny zamieszkały w Berlinie Zachodnim. Może przeczytają teraz ten wiersz.
Mietek
A ja odpowiedziałam: A może wyślemy im linka. _________________________________
Mieczysław Węglewicz
Dym jeszcze spał w kominie i rosa na szybach a my o szarej godzinie już w lesie na grzybach jak mówił młody Wilczek Stasiek – syn Krystyny ,,w brzeziny na kozaki, na prawe w dębiny” a jeszcze kurki, pociechy, maślaki i kanie z pełnymi koszami szliśmy na śniadanie.
Tata czekał nas w domu ,,ho ho, piękne grzyby” chwalił i po śniadaniu szedł z nami na ryby. Wędki bambusowe, przelotki, spławiki i najcenniejsze te małe, złocone haczyki. Na nich ziarnka pszenicy wczoraj gotowanej a czasem ciasto z chleba z żółtkiem zagniatane ale chyba najczęściej brały na robaka kiełbiki i uklejki albo płotka jaka choć Tacie się zdarzyło że złowił szczupaka Chodziliśmy się kąpać drogą w dół ,,do młyna” wypatrując chciwie śliczne młynarzówny córki pana Kina trzy panny Kinówny
Jeszcze mgły nad łąkami Ledwo wstało słońce a już szliśmy na ryby po księżowskiej łące W mgle pasł się koń plebana A my, zjawy w szkodę bo w trawie się zbierało pieczareczki młode Koń nas dobrze rozumiał i łąkę nawoził a proboszcz niezupełnie, bo piekłem nam groził…
Kilkakrotnie pisałam tu już o tym, że jakoś się nam ludziom wydaje, że gdy umrzemy, pójdziemy się przechadzać po łąkach, albo będziemy na nich siedzieć i słuchać tego, co nam wyszumią wierzby, albo opowiedzą mędrcy. Pola Elizejskie i Asfodelowe Łąki to obrazy zaświatów w mitologii greckiej. Z asfodelami będzie trudniej i poświęcimy im za chwilę więcej czasu, natomiast Pola Elizejskie są tak znane, że właściwie wcale nie pamiętamy, że to jest nie tylko luksusowa ulica w Paryżu, ale pewne wyobrażenie starożytnych Greków o tym, co nas czeka po śmierci.
Zacznijmy może jednak od ulicy, Avenue des Champs-Élysées, alei ciągnącej się od Placu Zgody do Placu (ongiś) Gwiazdy, który dziś nazywa się placem Charlesa De Gaulle’a, gdzie stoi słynny Łuk Tryumfalny. Jest to, jak twierdzą niektórzy, najpiękniejsza ulica na świecie, a stanie się niedługo po prostu niesamowita, gdyż burmistrzyni Paryża, Anne Hidalgo ogłosiła kilka dni temu, że ulica do roku 2030 zmieni się w „niezwykły ogród”. Inwestycja będzie kosztowała ok. 250 milionów euro, a zrealizuje ją architekt Philippe Chiambaretta.
To już zresztą zdarzyło się 12 lat temu, podczas festynu zorganizowanego na Polach Elizejskich z okazji Zielonych Świątek, choć trwało to wtedy tylko dwa dni. Na Polach Elizejskich posadzono 150 000 krzewów i 650 drzew, wśród których pasły się krowy, owce i kozy. Festyn został zorganizowany przez francuski Związek Młodych Rolników (Jeunes Agriculteurs), którzy chcieli w ten sposób zwrócić uwagę rodaków na głęboki kryzys, jaki przeżywa gospodarka rolna. (Ciekawe: gdy taki sam cel przyświeca rolnikom niemieckim, w Berlinie pojawiają się setki dudniących traktorów, a niekiedy przywożą one do miasta tony gnoju.)
Pola Elizejskie zostały założone w roku 1616 przez królową Marię Medycejską, która kazała tu poprowadzić wiodącą do Luwru drogę wysadzaną drzewami. W roku 1640 drogę przedłużono do Ogrodu Tuileries, a w roku 1724 do Placu Gwiazdy.
W XVIII wieku aleja stała się modnym deptakiem spacerowym i miejscem spotkań arystokracji. Maria Antonina chodziła tu na przechadzki z przyjaciółmi i brała lekcje muzyki w Hotelu Crillon. Pola Elizejskie zostały wchłonięte przez aglomerację Paryską dopiero w roku 1828. Aleja pozyskała wówczas chodniki, latarnie gazowe i fontanny.
Po tej miejskiej wycieczce wróćmy jednak na nasze łąki w zaświatach.
Starożytni Grecy wyobrażali sobie życie po śmierci jako mniej ciekawe niż na Ziemi. Dusza zmarłego po przepłynięciu rzeki Styks w łodzi starca Charona, stawała przed trzema sędziami. Kierowali oni zmarłych do jednego z trzech miejsc – Tartaru (piekła), Erebu (czyśćca czyli zwyczajnych zaświatów dla zwyczajnych ludzi) lub Elizjum (raju).
W Tartarze odbywali wieczną karę Syzyf, Tantal, Iksjon, Danaidy, Uranos.
Na Pola Elizejskie szli tylko Sprawiedliwi. Przekraczali rzekę zapomnienia – Lete i gdy napili się z niej wody, zapominali o ziemskim życiu. Czekał na nich kraj wiecznego spokoju i pośmiertnej szczęśliwości, a ich dusze, wyzbyte wszelkich cierpień i pragnień, przechadzały się po bladych łąkach, przysłuchując się muzyce niewidzialnych lir.
Na tych “bladych łąkach” rosnąć miały topole i asfodele.
O ile topola nie budzi w nas specjalnego zaciekawienia, o tyle asfodele owszem. Są to piękne białe kwiaty, zwane złotogłowiem lub, po francusku, berłem królewskim (le bâton royal).
Złotogłów wprawdzie symbolizuje śmierć, świat zmarłych, żal, smutek, melancholię, sentymentalizm, pokorę, wieczność, ale na grządkach prezentuje się bardzo pięknie i wspaniale pachnie. Na wyspach greckich wciąż są miejsca, gdzie rosną te kwiaty, czyli Asfodelowe Łąki (ἀσφόδελος λειμών asphódelos leimṓn). W starożytnej Grecji asfodele sadzono na cmentarzach jako pokarm dla dusz zmarłych.
Dodam tu, że uczeni indoeuropeiści widzą związek etymologiczny pomiędzy greckimi (W)ēlýsion pedíon, staronordyckim val-höll (Walhalla), ze słowiańskim Welesem, tocharskim(A)walu – „śmierć” i hetyckim wēllu – oznaczającym łąki w zaświatach.
Leon Bakst (1866-1924), Elizjum. zielone łąki w cieniu ciemnych drzew.
Jeszcze nie kwitną asfodele, Wiosna jest szaroprzezroczysta. Na razie jeszcze wrą tu fale, Wiatr w chroboczącym piasku śwista. Lecz już wstępuje moja dusza W taneczny krąg, jak Persefona, A kto w królestwie zmarłych widział Ręce po łokcie opalone?
A czemu łódce powierzamy Urnę, gdzie ciężki proch wsypano I święto czarnych róż święcimy Nad ametystów ciekłych pianą? Tam dusza moja lecieć chce, Za Meganomu mgliste skały, A w dniu pogrzebu wróci stamtąd Żagiel żałobnie poczerniały.
Jak szybko chmur łańcuchy płyną Przez ciemniejące nieboskłony I czarne róże lecą w strzępach Pod księżyc wiatrem opleciony. A ponad rufą cyprysową, Jak gołąb szlochu, ptak nagrobny, Ostatnich wspomnień wielka flaga Wstęgą rozwłóczy się żałobną.
I otwierają się szeleszcząc Smutne minionych lat wachlarze, Tam, gdzie amulet dygoczący Niegdyś się zarył w piasek plaży. Tam dusza moja lecieć chce, Za Meganomu mgliste skały, A w dniu pogrzebu wróci stamtąd Żagiel żałobnie poczerniały.
1917
Przełożył Jarosław Marek Rymkiewicz
Wiersz ten Mandelsztam napisał w sierpniu 1917 roku podczas pobytu w Ałuszcie. Miał wtedy dwadzieścia sześć lat i rozmyślał (jak świadczy Meganom) o śmierci. Żeby dobrze zrozumieć ten wiersz, trzeba wiedzieć, co następuje. Meganom to przylądek czy raczej górzysty cypel przylądka na południowym wybrzeżu Krymu, między Sudakiem i Koktebelem. Jak świadczą opowieści, wspomnienia i wiersze dziewiętnastowiecznych turystów (wśród nich – Adama Mickiewicza), wybrzeże to jest – lub raczej było – jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Słodkie krajobrazy południowego wybrzeża porównywano wielokrotnie do krajobrazów raju (lub raj – wyobrażano sobie na podobieństwo tego skrawka Półwyspu Krymskiego). Asfodele, wedle mitologii Greków, były kwiatami, które rosły w podziemnej krainie umarłych, na tamtejszych łąkach nad Styksem. Są to kwitnące biało byliny, o wąskich liściach i gęstych kwiatostanach, rzadkie w głębi kontynentu europejskiego, często zaś spotykane na wybrzeżach Morza Śródziemnego. Również cyprysowa rufa (cyprys to w kulturze śródziemnomorskiej drzewo śmierci) wskazuje, że okręt, o którym mowa w wierszu, płynie do krainy zmarłych – albo z tej krainy. Czarny żagiel pochodzi prawdopodobnie z mitologii greckiej – pod takim właśnie żaglem płynął statek, na którym, po zabiciu na Krecie potwornego Minotaura i porzuceniu kreteńskiej księżniczki Ariadny na wybrzeżu wyspy Naxos, powracał do Aten książę Tezeusz. Miał on po zamordowaniu Minotaura, ale tylko w tym wypadku (tak się umówił ze swoim ojcem, królem Ajgeusem), wciągnąć na maszty swego statku biały żagiel, ale zapomniał o tym i Ajgeus, zobaczywszy zbliżający się do brzegu statek pod czarnym żaglem, popełnił samobójstwo – rzucił się ze skały w fale Morza Egejskiego. Warto tu może jeszcze wspomnieć, w związku z Tezeuszem i Ariadną, że Mandelsztam był miłośnikiem muzyki Richarda Straussa, autora modernistycznej (a może nawet już postmodernistycznej – choć ukończonej w latach pierwszej wojny światowej) opery Ariadna na Naxos. Jak się zdaje, Mandelsztamowi bardziej niż wyrafinowana Ariadna na Naxos podobała się jednak wcześniejsza opera Straussa – napisana w roku 1905 posępna Salome. Jakieś fragmenty z Salome (na pewno był wśród nich słynny Tanz der sieben Schleier) poeta usłyszał po raz pierwszy w czasie swojego pobytu w Paryżu w roku 1908 – w wykonaniu orkiestry pod dyrekcją samego Richarda Straussa.
Ela Kargol / Krystyna Koziewicz / Ewa Maria Slaska
W piątek 21 stycznia o godzinie 18.30 w VHS Mitte na Antonstraße 37 (sala 207) zaprezentujemy nasze książki / Am Fr 21. Januar um 18.30 Uhr in der VHS Mitte Antonstraße 37 (Saal 207) werden wir unsere Bücher präsentieren.
Czyli dziś. / Dh. heute.
Czekają nas normalne aktualnie rygory pandemiczne – trzeba mieć dwa szczepienia plus test, albo być ozdrowieńcem plus test. Potrzebne są też oczywiście maski.
Es gelten übliche Anti-Covid-Bedingungen – man muss zwei Impfungen vorweisen oder genesen sein, dazu noch Test (also 2G+). Selbstverständlich muss man auch Masken haben.
Zastanawiałam się, co mam tu opublikować, żeby Was zachęcić do przyjścia na nasze dzisiejsze spotkanie i po dłuższym namyśle wybrałam wiersz o kościele wysadzonym w powietrze z powodu budowy Muru Berlińskiego. To piękny wiersz. Pisała o nim Ela Kargol – TU:
Milly Hilgenstock (1961)
Die Kirche steht leer und verlassen
Milly Hilgenstock /tłum. Ewa Maria Slaska (2019)
Cichy jest kościół, opuszczony
Es liegt an der Bernauer Straße Inmitten der Stadt Berlin Die Kirche, die jetzt verlassen, Es steht eine Mauer darin. Es mahnten so viele Stunden Versöhnungsglocken die Stadt. Sie klagten über die Wunden Die Krieg uns geschlagen hat. Nun sind die Glocken verklungen, Vermauert die Kirchtür, das Tor. Und wo Lieder gesungen Schweigt jetzt Gemeinde und Chor. Die Uhr am Kirchturm blieb stehen Bevor es Mitternacht schlug. Wohin Herr sollen wir gehen? Wann ist des Wartens genug? Was will der Zeiger uns sagen, Der fünf vor 12 blieb stehn? Die Mauer hat uns zerschlagen, wir können uns nicht mehr sehn. Wir grüßen drüben die Brüder, Die jetzt durch die Mauer getrennt. Wir wissen, wir sehen uns wieder, Der Herr die Seinen doch kennt. Die Kirche steht leer und verlassen, Kein Licht, kein Orgelton mehr. Und an der Bernauer Strasse Die Steine klagen so schwer. Die Zeit mag das Kreuz verhöhnen, Es bleibt, wenn die Mauer zerfällt. Dann wird uns wieder versöhnen Gott über den Mauern der Welt.
Ulica Bernauer w Berlinie, Linia co środkiem miasta bieży, Cichy tu kościół, opuszczony Mur, wieża i dzwony na wieży. Te dzwony od tylu brzmiały lat na cześć i chwałę pojednania Obiecywały szczęśliwy świat, I koiły wojenne rany. Teraz przebrzmiały dzwonów tony, Zamurowany kościół i drzwi. A gdzie pieśnią dźwięczały dzwony Milczy nawa i niemy jest chór. Zatrzymał się zegar na wieży, zanim północ wybiła w mroku. Pokąd Panie trzeba nam wierzyć? I czekania czas kiedy minie? Co mówią wskazówki zegara, Zatrzymane tuż przed północą? Mur nam się spotkać nie zezwala Mur nas wypędził na krawędź dnia. Nasi bracia, siostry czekają, martwy nas od nich mur oddzielił. Wiemy, kiedyś się znów spotkamy, Pan pozna swoich, nie traćmy nadziei. Cichy jest kościół, opuszczony, Nie ma blasku świec i organów. Na ulicy wiodącej do Bernau Płaczą kamienie i kraczą wrony. Lecz przyjdzie czas, że krzyż urośnie, Doczekamy, strwożeni, słabi. Bóg pojedna nas z sobą radośnie I niech moc znowu będzie z nami.
Aus unseren Bücher suchte ich für Euch ein Gedicht, geschrieben als die Berliner Mauer errichtet wurde – 1961. Die polnische Übersetzung fertigte ich, als Ela Kargol mit Joanna Trümner auf diesem Blog über die Mauer schrieben; der Beitrag über Versohnungskapelle, in dem auch dieses Gedicht seinen Platz fand, wurde veröffentlicht am 13. August 2019 zum Jahrestag der Errichtung der Mauer.
Poezja w czasach automatycznej korekty i inne wiersze
mija nowy rok mam napisać wiersz i choć wiem mimo to zapominam że mową naszą powszednią rządzi Wielki Korektor który mi wszystko poprawi monday na madonnę monady mondaminy macondo na mannę lub mcdonalda ale mantykorę zna i nie poprawia jej na manię a marihuany nie zamienia w mszę ma władzę wszystko wie lepiej.
Przyszedł tomik wierszy od poetki. Znam poetkę od dziecka. Pierwszy raz przyjechała do Berlina, gdy miała 14 lat. Miała brać udział w warsztatach translatorskich wraz gromadą studentów z Polski i Berlina. Do Berlina przyjechała z mamą, a jej wiersze były tak dojrzałe, że niektórzy młodzi zawistni poeci myśleli, że to mama jej te wiersze napisała. Potem już wiedzieli lepiej.
Czytam te wiersze w styczniową noc. Trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem.
Człowiek z papierosem na balkonie widział światło w moim uchylonym oknie w styczniu o trzeciej nad ranem
To, co sprawia, że czytam ten akurat wiersz trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem nie może być ani intuicją ani telepatią. Nic nie wiem. Nic nie mogę wiedzieć lepiej. Ona też nie. Choć wszystko sprawdza i przymierza. Może być Hekate albo siostrą Tanatosa. Zna wszystkie wiodące w zaświaty istoty Może wybierać jak chce.
Wybiera Niefrasobliwą.
W tej przydrożnej kapliczce będzie Ci jak w domu, uszyję Ci sukienkę, wykarmię dzieciątko, a kiedyś może jeszcze zacznę od początku gdy Syn Twój już wyrośnie z mojego pokłonu.
Sprzątnęłam Wasz ogródek w którym krzyże zwiędły, a w czasie odpoczynku tłumaczyłam sobie – on nie chce być strażakiem, tylko Panem Bogiem, przecież każdy w dzieciństwie chciał być niepojęty.
Madonno, możesz tańczyć, wszak już zbawiony świat i chyba przyznasz sama, że wyszedł na ludzi Twój Syn, co o miłości tak wiecznie marudził.
Wam wszystkim świętym zawsze pomyślny wieje wiatr w oczy, co im głód nieba na sucho uchodzi. A mnie wciąż zbyt grzesznie i ciągle nie tak.
Dziwię się tym słowom, poukładanym tak, żeby się sobie dziwiły. Które sprawiają, że można zjeżdżać na sankach z Golgoty.
*** Nasza łódź jest z bambusa będziemy dobrze brzmieć pośród wód przynoszonych we wiadrach
jesień okadza nasz dom zapachem jabłek świętość na półeczce obok utartej bazylii
twarda pięta zna tajemnicę
ze zmarzliny glina nasze drzewa bujają w doniczce
Mały świat, w którym świętość stoi na półeczce obok utartej bazylii.
To odważne tak pisać wiersze żeby się nie bać że Wielki Korektor poprawi nam pietę na piętę lub piętę na pietę
Wiecie o co chodzi bo w każdym bądź razie plany napięte czy róża w życie upięta nie jest na żarty?
Mały świat, w którym ktoś chce dokapać się własnej kałuży szczęścia.
Wielki Korektor nie chce dokapać się możemy okapać dokazać okazać dokopać i pokopać mały świat
Pieta
Tyle lat pięknych i przegadanych jak przegadane i piękne są niektóre frazy
Zamiast zbierać kwiaty pisałam o kwiatach
To odważne tak pisać wiersze żeby się nie bać że on poprawi nam pietę na piętę lub piętę na pietę a młodą poetkę na starą kobietę
***
Agnieszka Wesołowska, Niefrasobliwa
Wydawnictwo: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Warszawa
Opinie tych, którzy wiedzą lepiej niż ja:
Piotr Müldner-Nieckowski: Takich wierszy nie da się zaplanować. Kiedy autorce się zdarzały, były zapewne odkładane i czekały, aż zdecyduje się na nie jakaś szczególna książka. Okazały się traktatem o pewnym stanie psychiki, o niefrasobliwości. Ale nie beztrosce. Są czymś w rodzaju studium wolności
Krzysztof Bielecki: Ani to konstrukcja, ani dekonstrukcja świata. Agnieszkę Wesołowską pociąga świat rozproszony. Człowiek rozproszony. Ulegający baśni. Złudzeniu. Czemukolwiek, co mogłoby istnieć. W poetyckim rozmarzeniu nawet istnieć powinno, ale… nie istnieje.
Agnieszka Wesołowska urodziła się w 1984 roku. Związana była z pismem literackim Łabuź, wydawanym w Łobzie na Pomorzu Zachodnim. Tam też mieszkała od urodzenia, potem przez jakiś czas w Szczecinie, Krakowie i Poznaniu. Ukończyła Uniwersytet Pedagogiczny im. KEN w Krakowie, Wydział Pedagogiczny. Od kilku lat znowu mieszka w Łobzie. Autorka arkuszy i książek poetyckich, m.in. Ars vitae. Listy do nieszczęśliwych (Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2008); Dwuznaczny (Książnica Pomorska, Szczecin 2000; wyróżnienie im. K. Iłłakowiczówny za książkowy poetycki debiut roku); Zgubić pytania (Żebracza Inicjatywa Wydawnicza Klubu Literackiego Łabuź, Łobez 1999). Współpracowała z Polsko-Niemieckim Towarzystwem Literackim (Verein zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur) WIR. Publikowała w różnych czasopismach (m.in. w „Pograniczach”, „Zeszytach Literackich”, „Dekadzie Literackiej”). Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Pisała też czasem u mnie na blogu. Ale nie tu. Dawno. Nieprawda. Na mitycznym blogu, zwanym Kura…
Uwaga – niebieskie fragmenty wpisu to wiersze i cytaty z tomiku Niefrasobliwa Agnieszki Wesołowskiej
– Raz śniło mi się – powiedziała Lucy, piorąc wraz z gromadką uczennic dywan w strumieniu – że jestem motylem, fruwam sobie z kwiatu na kwiat, zapominam kim byłam poprzednio i w kompletnej szczęśliwości bycia motylem zasypiam. – I budzę się w mojej sypialni przy palenisku. – Teraz nie wiem – kontynuowała Lucy. – Czy jestem człowiekiem, któremu się śniło, że jest motylem, czy też motylem, któremu się śni, iż jest człowiekiem.
Lucy i żółw
Pewnego pięknego, wiosennego dnia, kiedy Lucy stała nad strumieniem i łowiła pstrągi, przybyli nagle dwaj wysłannicy krajowej rady ministrów i oświadczyli, że książę życzy sobie, aby wielka mistrzyni została wielkim kanclerzem księstwa. Lucy nie przerwała zajęcia i nie odwracając się, powiedziała: – Słyszałam, że w stolicy zmarł liczący trzy tysiące lat stary święty żółw, a książę pochował go w świątyni przodków. – Jak myślicie –rzuciła pytanie Lucy – czy ten żółw chciałby być wielbiony w skrzyni, czy też machać ogonem w błocie? – Bezsprzecznie wolałby być żywy – odpowiedzieli posłańcy księcia – i machać w błocie ogonem. – Widzicie! – zawołała Lucy, łapiąc dorodnego pstrąga – ja też wolę machać ogonem!
Lucy i spokój
Lucy zapytana pewnego zimowego, mroźnego poranka, czy poznania i oświecenia należy szukać w spokoju, odpowiedziała: – Niewątpliwie, ale weźcie pod uwagę, że zebrane podczas spokoju doświadczenia nie należą często do najprzyjemniejszych – i wskazała ręką na kaczki baraszkujące na zamarzniętym stawie. – Gdyby moje ptaki zdecydowały się na spokój, zamiast biegać po lodzie, to stwierdziłyby, że przymarzają do niego stopami.
Kobiecy stan wojenny – praca Anny Krenz i Antona Lee Slaskiego
Dzisiaj rocznica wprowadzenia stanu wojennego, z tej okazji Mury, być może najsłynniejsza piosenka tamtych czasów i jej rodowód.
Lluis Llach, zwolennik i piewca autonomii w czasach reżimu generała Franco, stworzył w roku 1968 piosenkę l’Estaca, która szybko stała się hymnem ruchu niepodległościowego Katalonii. W dekadę później, przetłumaczona, czy raczej zinterpretowana przez Jacka Kaczmarskiego piosenka pod tytułem Mury, stała się hymnem Solidarności. Jednak obie piosenki różnią się znacznie od siebie.
Po pierwsze, Mury zmieniają metaforę użytą do przestawienia zniewolenia – Llach śpiewał o owcach przywiązanych do pala, u Kaczmarskiego rosną mury, bliższe nam kulturowo za sprawą murów warszawskiej cytadeli, jak i nieodległego muru berlińskiego.
Po drugie, Kaczmarski rozwinął historię przedstawioną w utworze, dopisując do niej pesymistyczną pointę. W katalońskim oryginale rewolucja nie wybucha – w ostatniej zwrotce śpiewający pieśń starzec odchodzi, pieśń natomiast trwa, podchwycona przez podmiot mówiący. U Kaczmarskiego doczekujemy rewolucji, i orientujemy się z rozczarowaniem, że nie rozwiązała ona problemów które rozwiązać miała: mury rosną, rosną, rosną, łańcuch kołysze się u nóg.
On natchniony i młody był Ich nie policzył by nikt On dodawał pieśnią sił Śpiewał, że blisko już świt
Świec tysiące palili mu Znad głów unosił się dym Śpiewał że czas by runął mur Oni śpiewali wraz z nim
Wyrwij murom zęby krat Zerwij kajdany połam bat A mury runą, runą, runą I pogrzebią stary świat
Wyrwij murom zęby krat Zerwij kajdany połam bat A mury runą, runą, runą I pogrzebią stary świat
Wkrótce na pamięć znali pieśń I sama melodia bez słów Niosła ze sobą starą treść Dreszcze na wskroś serc i głów
Śpiewali więc, klaskali w rytm Jak wystrzał, poklask ich brzmiał I ciążył łańcuch, zwlekał świt On wciąż śpiewał i grał
Wyrwij murom zęby krat Zerwij kajdany połam bat A mury runą, runą, runą I pogrzebią stary świat
Wyrwij murom zęby krat Zerwij kajdany połam bat A mury runą, runą, runą I pogrzebią stary świat
Aż zobaczyli ilu ich Poczuli siłę i czas I z pieśnią, że już blisko świt Szli ulicami miast
Zwalali pomniki i rwali bruk “Ten z nami, ten przeciw nam!” “Kto sam ten nasz najgorszy wróg!” A śpiewak także był sam
Patrzył na równy tłumów marsz Milczał wsłuchany w kroków huk A mury rosły, rosły, rosły Łańcuch kołysał się u nóg
Patrzy na równy tłumów marsz Milczy wsłuchany w kroków huk A mury rosną, rosną, rosną Łańcuch kołysze się u nóg
Po trzecie wreszcie, Kaczmarski, zmieniając postać starcananatchnionego śpiewakaktóry po wybuchu rewolucji pozostaje sam, uczynił z piosenki utwór autotematyczny, pieśń opisującą losy… pieśni, podchwyconej przez ruch masowy, jakim były ruch walki o niepodległość Katalonii jak i polska Solidarność. Autotematyczny charakter piosenki podkreślał jej wczesny tytuł – Ballada o pieśni.
Kaczmarski wiele lat później powróci do wątku utraty kontroli nad pieśnią przez autora, pisząc: zostały jeszcze pieśni, one – czy chcę, czy nie chcę – nie są moje.
***
Za ciekawe i częściowo nieznane mi informacje dziękuję autorowi poniższej strony: