Projekt Irena Bobowska (3)

Strona internetowa projektu TU
O Bobowskiej w Polkopedii TU

Grafika Anna Krenz


Ela Kargol

Z cyklu Chodzenie po mieście: W Poznaniu po śladach Ireny Bobowskiej (2)

Irenę Bobowską aresztowano w redakcji Pobudki, w Poznaniu przy ulicy Poznańskiej 27 wraz z innymi współpracownikami tej organizacji, Stanisławą Kwiatkowską i Stanisławem Dornem. Romana Kwiatkowskiego aresztowano w tym samym czasie w fabryce Romana Barcikowskiego (dzisiejszym Herbapolu), przy ulicy Składowej.

Secesyjna kamienica, odrestaurowana stoi do dzisiaj, jak wiele innych przy ulicy Poznańskiej. Jej właścicielem był w roku 1933 Jan Ritthammer, nazwiska Kwiatkowskich nie znalazłam w jedynej dostępnej w internecie księdze adresowej miasta Poznania. Ritthammer, nazwisko brzmiące z niemiecka, ale to jest Poznań i to nic nie znaczy. W zameldowanych pod tym adresem jest więcej osób z nazwiskami polskobrzmiącymi. Przy ulicy jest wiele kamienic secesyjnych. Pod numerem 27 znajduje się obecnie poczta, a na ostatnim piętrze z balkonu zwisa tęczowa flaga.

Matka i rodzeństwo Ireny cudem uniknęli aresztowania. Ostrzegła ich najmłodsza siostra Helena.

Irenę osadzono najpierw w areszcie poznańskiej siedziby Gestapo, które mieściło się w Domu Żołnierza.

Dom Żołnierza planowany od początku lat 20. ubiegłego wieku w Poznaniu, budowany w modernistycznym stylu w latach trzydziestych, otwarto kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej.

Już we wrześniu 1939 roku budynek zajęła Służba Bezpieczeństwa Rzeszy (Sicherheitsdienst), a potem Gestapo (Geheime Staatspolizei).


W piwnicach więziono zatrzymanych, trochę wyżej na piętrach, przesłuchiwano. Niektórzy, jak Irena Bobowska, trafiali potem do Fortu VII, a inni do więzienia na Młyńską i tam pod gilotynę.

Gilotyna z Młyńskiej znajduje się obecnie w Forcie VII, czyli w Muzeum Martyrologii Wielkopolan – Fort VII.

Fort VII mógłby być interesującym przykładem niemieckiej architektury militarnej z końca XIX w., jak możemy przeczytać na stronie głównej muzeum, był jednak miejscem kaźni, tortur i zagłady, a od października 1939 roku obozem koncentracyjnym (Konzentrationslager Posen).

Fort VII znany jest również jako Fort Colomb, nazwany na cześć pruskiego generała Petera von Colomba. Jego grób znajduje się w Berlinie na Starym Cmentarzu Garnizonowym. Przetrwał tyle lat, ale oni generałowie mają groby i godne pochówki. A Irena? Możemy tylko podejrzewać, że jej prochy leżą gdzieś tam lub tu w berlińskiej ziemi, może na cmentarzu Altglienicke, jak wielu z nas przypuszcza.

Fort VII był miejscem, gdzie po raz pierwszy, w ramach tzw. akcji T4, zamordowano około 300 pacjentów Zakładu Psychiatrycznego w Owińskach i oddziału psychiatrycznego Poznańskiej Kliniki Uniwersyteckiej przy ulicy Grobla 26. Dawną remizę artyleryjską przeznaczono na komorę gazową. Drzwi po zamknięciu zalepiono gliną, przez mały otwór wpuszczono tlenek węgla. Zwłoki wywożono do lasów koło Obornik i tam grzebano.


Irenę Bobowską uwięziono w celi nr 23. Jej pobyt w Forcie VII jest dokładnie udokumentowany w książce Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej. Zachowało się dużo grypsów i listów Ireny i do Ireny. W obecnym forcie-muzeum poświęcona jest Neni jedna gablota ze zdjęciem i najważniejszym wierszem napisanym prawdopodobnie w więzieniu we Wronkach, ale jest również możliwe, że pisała go już w Forcie VII

Bo ja się uczę największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie! …


Rok lub dwa lata później więźniarki Fortu VII ułożyły hymn fortowy, jak same go nazwały. Autorstwo przypisuje się Wandzie Serwańskiej lub Walerii Leśnej-Bembnistej, więźniarkom Fortu VII.

Wszystko będzie dobrze

Jasne przyjdą dni
Słońce nam zaświeci
Otworzą Fortu drzwi

O szczęściu i swobodzie
Gromadka więźniów śni
Wszystko będzie dobrze
Jasne przyjdą dni

Wszystko będzie dobrze
Wolności błyśnie dzień
Więzienne znikną mury
Fortowy zniknie cień

I radość znów zagości
Wśród śmiechu jasnych śnień
Wszystko będzie dobrze
Wolności błyśnie dzień.


W październiku 1940 tak jak w piosence otworzyły się Fortu drzwi, ale niestety dobrze już nic nie było. Nenię przewieziono do więzienia we Wronkach. Podobno tam zaczęła pisać wiersze, uciekała w świat marzeń i poezji, znosząc równocześnie tortury, głód i upokorzenia. Pamiętajmy, że Irena była dziewczyną z niepełnosprawnością. We Wronkach odebrano jej wózek inwalidzki, odebrano szyny podtrzymujące sparaliżowane nogi. Irena musiała czołgać się po podłodze, żeby dojść na przesłuchanie. Razem z nią we Wronkach przebywała Stanisława Kwiatkowska, aresztowana na Poznańskiej w redakcji Pobudki. Gdy ją zwolniono, to właśnie ona przeniosła w bucie wiersz Ireny, ten o uczeniu się największej sztuki życia, uśmiechać się zawsze i wszędzie. Wiersz powędrował dalej, do innych więzień i więźniarek. Do Auschwitz zawiozła go Wanda Serwańska, współautorka hymnu fortecznego, harcerka, absolwentka Dąbrówki, rok młodsza od Ireny, więżniarka Fortu VII, obozu w Żabikowie, KZ Auschwitz-Birkenau, KZ Flossenbürg.

Pojechałam do Wronek. Już z dworca na którego budynku nigdzie nie mogę znależć napisu WRONKI, a który pewnie pamięta jeszcze napis Wronke widać największy w Polsce zakład karny typu zamkniętego. Więzienie, wtedy jeszcze pruskie zbudowano w 1894 roku na planie krzyża, w systemie celkowym. Po wybuchu Powstania Wielkopolskiego więzienie otwarto, więźniów wypuszczono, Niemców rozbrojono. Jakiś czas budynki więzienne służyły jako koszary dla II i VII Pułku Strzelców Wielkopolskich. Po zakończeniu walk budynki włączono w system więziennictwa polskiego.


W okresie okupacji hitlerowskiej obiekt więzienny we Wronkach włączony został w system więzień sądowych III Rzeszy w ramach Kraju Warty. Było to jedno z większych więzień wcielonych do Niemiec. Obiekt przeznaczony został dla mężczyzn i kobiet skazanych na karę więzienia od 6 miesięcy do 2 lat. Pod względem narodowościowym, więźniami we Wronkach byli przede wszystkim Polacy. Przez cały okres okupacji przez więzienie przeszło ponad 28000 więźniów. Liczba ta nie obejmuje jeńców, zakładników i innych osób osadzonych we Wronkach w pierwszych tygodniach okupacji. W więzieniu przetrzymywano ludność polską na wielomiesięcznych kwarantannach przed wysłaniem do innych więzień lub obozów koncentracyjnych, głównie Oświęcimia i Mauthausen, do zakładów przemysłowych wykorzystujących niewolniczą pracę. Więzienie było stale przeludnione. Najwyższy stan więźniów – 4458 odnotowano w dniu 1 listopada 1942 roku. Na samym cmentarzu wronieckim w tym okresie pochowano 804 Polaków. Hitlerowcy przeprowadzili także około dwóch tysięcy egzekucji w lasach położonych na drodze do pobliskiego Obrzycka.

W styczniu 1945 roku polskie władze uruchomiły więzienie, najpierw dla jeńców i zbrodniarzy niemieckich, później dla pospolitych przestępców, ale przede wszystkim dla Polaków sprzeciwiających się nowej władzy, dla żołnierzy AK, dla osób niewygodnych nowemu ustrojowi. Do roku 1956 było więzieniem politycznym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Również później, gdy po amnestii w roku 1957 wypuszczono większość więźniów politycznych i przyjmowano coraz więcej więźniów tzw. pospolitych, recydywistów, nadal cele więzienne wykorzystywano jako miejsce odosobnienia dla więźniów politycznych. Tu w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych swe kary odbywał Jacek Kuroń. W roku 1981, w trakcie stanu wojennego, zakład stał się miejscem internowania działaczy NSZZ Solidarność z województwa pilskiego.


W roku 1916 we Wronkach więziona była Róża Luksemburg, zamordowana rok przed urodzeniem Ireny, w Berlinie.

Z Wronek przetransportowano Irenę do Berlina, najpierw do więzienia w Spandau, potem na Moabit, później do Frauengefängnis na Barnimstraße i wreszcie na wykonanie wyroku do więzienia w Berlinie Plötzensee.


W Poznaniu, na cmentarzu Miłostowo, niedaleko ulicy Warszawskiej, na polu 39 jest grób rodzinny Bobowskich. Pochowana jest tam matka Ireny Zofia i brat Stanisław. Na płycie nagrobnej wyryte są jeszcze dwa nazwiska – Teodora Bobowskiego zamordowanego w Katyniu i Ireny Bobowskiej ściętej w więzieniu Plötzensee w Berlinie.


Wszystkie zdjęcia oprócz tych z Miejsca Pamięci Plötzensee wykonała Ela Kargol

Pantisokracja

Samuel Taylor Coleridge

Moja dusza w swych wizjach nie chyli się z żalem
Nad radością minioną. Ni ważyć nie będzie
Hańby tych dni, gdy smutek i niepokój wszędzie.
Umie zapomnieć! Ponad Oceanu fale
Wzbita lotem nadziei, chce chaty w dolinie
Ujrzeć, gdzie Cnota żyje bezpiecznie i święcie;
W krąg tańcząc przy księżycu, uplotą zaklęcie
Uczucia czarodziejskie, piękności mistrzynie.
Inne teraz popłyną łzy z oczu zbolałych;
Łzy szczęścia, w których radość jest i zdziwienie,
Jak z oczu ludzi, którzy z otchłani snu złego
Dźwigają się, gdzie diabły złośliwe szalały.
I widzą: słońce wschodzi. I drżące promienie,
Niosąc nową rozkosz, ku ich sercu biegną.

1791

Tłumaczył Zygmunt Kubiak

Ewa Maria Slaska

O utopiach, cyzli pantisokracja

Tak, jest takie polskie słowo, po polsku, podobnie jak w innych językach, kompletnie niezrozumiałe. Oczywiście kracja to władza, panti też znamy, toć to panta rei, czyli wszystko (płynie), co więc – władza wszystkich? a to so pośrodku to co? okazuje się, że to słowo też znamy, choćby z izobarów – isos – równy. Każdy będzie równy innym i tak się będą rządzili. Pantiskoracja, demokracja w najczystszej postaci. Tak się miała nazywać osada założona w Nowym Świecie przez młodych poetów i ich… narzeczone.

Czy z tego sonetu to wynika? Oczywiście nie, ale ten sonet to dopiero nadzieja. Coledrige urodził się w roku 1772, miał więc 22 lata, gdy podczas wakacyjnej włóczęgi poznał innego poetę, jeszcze młodszego – Roberta Southeya. Gdy się poznali, Robert miał 20 lat. Obaj oddali się wielkim marzeniom o najbardziej sprawiedliwym społeczeństwie na świecie. Plan dojrzewał, chłopcy pojechali do Bristolu, gdzie mieszkała narzeczona Roberta, Edith Fricker. Samuel zaręczył się z siostą Edith, Sarą, a trzeci poeta, nieco od nich starszy Robert Lowell, zaręczył się z Mary. Mieli więc już narzeczone, z którymi chcieli zakładać Pantisokrację. Jednak ani oni ani ich narzeczone nie miały pieniędzy. Dziewczęta pochodziły z dobrej rodziny, ale gdy były kilkunastoletnimi dziewczynami, ich ojciec zbankrutował. Edith i Sarah pracowały jako szwaczki, Mary została aktorką. Obaj młodsi poeci również byli bez grosza, a Lovell, jedyny zamożny człowiek w ich gronie, został przez rodzinę wyzuty z majątku, gdy związał się z aktorką.

Współczesne feministki widzą w siostrach Fricker wzór siostrzeństwa. Siostry spędziły niemal całe swoje życie wspólnie, pod jednym dachem.

To z nimi młodzi rozpoetyzowani marzyciele postanowali założyć utopię w Ameryce. Pantisokrację. Chcieli wznieść się ku niebu a potem opaść w doliny, gdzie stałyby ich skromne chatki.

Wszyscy mieli się rządzić wspólnie. Miało ich być dwa razy po dwanaścioro – dwunastu mężczyzn i ich dwanaście narzeczonych. Planowali bezwzględną równość kobiety i mężczyzny oraz wykonywanie przez mężczyzn większości prac domowych. Nie miało być prywatnej własności ziemi. Człowiek miał żyć w harmonii z przyrodą. Nawet zwierzęta miały być siostrami i braćmi “w braterstwie powszechnej Natury”. Dzieci miały być odcięte od pokus i uprzedzeń nowoczesnego społeczeństwa i wychowywane jako “dzieci Natury”. Pantisokracja była nowym początkiem, jej mieszkańcy mieli się stać Nowym Człowiekiem. Coleridge pisał: “Ideą przewodnią jest uczynienie ludzi koniecznie cnotliwymi poprzez usunięcie wszelkich motywów zła – wszelkich możliwych pokus… Obowiązkiem każdego człowieka jest bycie sprawiedliwym, ponieważ leży to w jego interesie … Serce powinno karmić się prawdą, jak owady liściem – dopóki nie zabarwi się na kolor i nie pokaże swego pożywienia w każdym najdrobniejszym włóknie”.

Z tych marzeń nic nie wynikło, nie mieli 20 tysięcy funtów na zakup ziemi, ani czterech tysięcy na podróż przez ocean. Ale możliwe, że ich plany nigdy nie były realne, choć dość długo znali nawet nazwę rzeki, nad którą chcieli się osiedlić: Susquehannah w Pensylwanii. Łagodna rzeka płynąca bezpiecznie wśród łąk pełnych kwiatów.

Nie popłynęli jednak do świata, gdzie można było tworzyć utopie, zostali w Europie. W roku 1794 wszystkie trzy siostry poślubiły swoich poetów. Mary szybko owdowiała, Sara i Samuel żyli niemal 30 lat w separacji, jedynie Robert i Edith rzeczywiście prowadzili udane życie małżeńskie i to oni przygarnęli obie siostry pod swój dach.

Projekt Irena Bobowska (1)

Strona internetowa projektu TU
O Bobowskiej w Polkopedii TU

Grafika Anna Krenz


Ela Kargol

Z cyklu Chodzenie po mieście: W Berlinie i Poznaniu po śladach rodziny Bobowskich

Rodzice Ireny Bobowskiej urodzili się w Berlinie. Teodor Bobowski w roku 1889, Zofia Bobowska z domu Kraszewska w roku 1895. Podobno znali się od dziecka, a więc poznali się już w stolicy II Rzeszy, w mieście, gdzie kilkadziesiąt lat później stracono ich córkę, Irenę.

Kraszewscy wrócili do Poznania już w roku 1911, Teodor Bobowski w roku 1918, krótko przed wybuchem Powstania Wielkopolskiego. Przedtem zdążył w Berlinie zdobyć wykształcenie i założyć firmę, zajmującą się sprzedażą wyrobów tytoniowych. Żeby uniknąć służby wojskowej przeniósł się do Chicago. Przyjechał na kilka dni do Berlina w 1914 i wtedy powołanie do pruskiego wojska i tym samym na wojnę go nie ominęło.
Szukając adresu Bobowskich w starych berlińskich księgach meldunkowych, natrafiłam na kilka adresów Stanisława Bobowskiego, dziadka Ireny Bobowskiej Z rodziną dziadków Kraszewskich, a więc ze strony matki mam już problem. Możliwe, że mieszkali u rodziców babci, czyli u Prałatów. Ale to tylko przypuszczenia. Obie rodziny pochodziły z Wielkopolski, z ziem, które po II rozbiorze Polski znalazły się na terytorium Prus.

Anna Poniatowska (Polacy w Berlinie) pisze:

Po 1870, a więc po zwycięstwie Prus nad Francją, zarówno na zachodzie Niemiec, jak i w dużych miastach niemieckich, w tym też w Berlinie, w szybkim tempie rozwijał się przemysł. W Charlottenburgu, Moabicie, Weddingu, Schönebergu, Lichtenbergu, Neukölln, które to miejscowości stanowiły wówczas odrębne jednostki administracyjne (do wielkiego Berlina zostały włączone w 1920) wyrastały nowe gałęzie przemysłu – maszynowy, elektrotechniczny, chemiczny, odzieżowy, tytoniowy. Rozwijała się komunikacja, elektryfikacja, gazownictwo, wodociągi i wiele innych urządzeń komunalnych. Rosło więc zapotrzebowanie na ludzi do pracy. Polacy z Wielkopolski, Pomorza, a również i dalszych terenów, jechali na zachód szukać lepszych warunków pracy.

Do Berlina i okolicznych miejscowości przyjeżdżali polscy robotnicy kwalifikowani i niekwalifikowani, przyjeżdżało również dużo kobiet, które chętnie zatrudniał przemysł odzieżowy, tytoniowy, hotelarski, gastronomiczny i gospodarstwa domowe. Przeważnie byli to ludzie młodzi, którzy zakładali tu rodziny. 14 sierpnia 1905 “Deutsche Zeitung” pisała: “Berlin hinter Warschau die erste Polenstadt”.

Rodzice i dziadkowie Ireny Bobowskiej wrócili do Poznania, ich dalsza rodzina została w Berlinie i być może, potomkowie Bobowskich i Kraszewskich nadal tu mieszkają. Gdy Irena przebywała od kwietnia 1941 roku do śmierci 26 września 1942 roku w więzieniach na Moabicie i przy Barnimstraße, żadna z ciotek mieszkających w Berlinie nie odważyła się jej odwiedzić.

W lipcu 1918 roku rodzice Ireny mieszkają w Poznaniu i biorą ślub w kościele św. Małgorzaty na Śródce.

Średniowieczny kościół, wielokrotnie przebudowywany, stoi do dziś na nieistniejącym już Rynku Śródeckim, obok Klasztoru filipinów, naprzeciwko muralu, który wszyscy poznaniacy znają i podziwiają. Mural o bardzo opisowym tytule “Opowieść śródecka z trębaczem na dachu i kotem w tle” zdominował i kościół i klasztor i nawet trochę dalej położoną katedrę.

Młodzi Bobowscy zamieszkali przy Starym Rynku 71/72, a obok Zofia, jeszcze jako Kraszewska, prowadziła sklep i pracownię kapeluszy. Teodor Bobowski został właścicielem hurtowni i fabryki kapeluszy.

Adres niby jest, kamienice też, ale wyglądają zupełnie inaczej niż na zdjęciu zamieszczonym w książce Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej o Irenie Bobowskiej, Nenia.

Na poznańskim Starym Mieście w lutym 1945 r. uległo zniszczeniu ok. 60% budynków, pisze Mateuesz Markowski.

Na jego zestawieniu zdjęć Starego Rynku sprzed i po wojnie poznaję miejsce, które niedawno odwiedziłam. Nie mam pojęcia, co jeszcze z substancji budowlano-architektonicznej zostało do dzisiejszych czasów. Kamienice odbudowywano w latach 60. ubiegłego wieku w stylu pseudo-barokowym, renesansowym, klasycystycznym. Swoim wyglądem miały przypominać te sprzed wieków. Mnie samej, spacerującej po Starym Rynku, wydaje się, że kamienice stały tu od wieków i zawsze tak wyglądały. A to nieprawda. Większość to rekonstrukcja udana lub mniej, niektórych budynków już nie ma, niektóre wyglądają zupełnie inaczej. Z jednej przedwojennej kamienicy, w której mieszkali Bobowscy i w której mieścił się dom towarowy z 1909 roku powstały dwie. Ciekawe jest to, że odbudowując zniszczone kamienice, powrócono do planu sprzed domu towarowego, planu kiedy istniały jeszcze dwa budynki. Stąd moje dość długie porównywania zdjęć i poszukiwania.


Wszystkie zdjęcia (oprócz zlinkowanego tekstu) – Ela Kargol. Ciąg dalszy za tydzień

The horror of the world

Andrzej Leder published some days ago on Facebook:

Oussama Abbes

Not to forget the real heroes of this world:

18th of August 2015

On his knees, he awaits his beheading.

This is Syrian archaeologist Dr. Khaled al-Asaad, chief of the excavations of Palmir (Palmyra). Khaled al-Asaad refused to reveal the location of the treasures and antiques of Tadmur (now Palmyra) that he hid before the arrival of the Islamic State.

Al-Asaad was beheaded in the square in front of the museum where he worked for over 50 years.

His mutilated body was then hung at a traffic light.

Khaled al-Asaad was the top guardian of Palmyra antiques and, in July 2015, he was captured by Islamic State fighters. Despite many tortures, he did not reveal the location of the museum’s treasures and was executed in the central square of Palmyre. When it became clear that fighters were going to capture Palmyre, scientists led by Al Asaad went to all lengths to hide Palmyre’s unique and invaluable antiques. He played a central role in saving hundreds of artifacts, transporting them from Palmyre to a safe location.

Khaled al-Asaad spoke five languages in addition to six ancient idiomatic languages, some of which are now extinct. Several European countries offered him residence and citizenship, but he refused to leave Syria.

He fought to his death to save the heritage of humanity.

https://en.wikipedia.org/wiki/Khaled_al-Asaad

Kaveh Akbar

Palmyra
                                                 after Khaled al-Asaad 

bonepole bonepole since you died
there’s been dying everywhere
do you see it slivered where you are
between a crown and a tongue
the question still
more god or less
I am all tangled
in the smoke you left
the swampy herbs
the paper crows
horror leans in and brings
its own light
this life so often inadequately
lit your skin peels away your bones soften
your rich unbecoming a kind of apology

when you were alive your cheekbones
dropped shadows across your jaw
I saw a picture
I want to dive into that darkness
smell
the rosewater
the sand irreplaceable
jewel how much of the map did you leave
unfinished
lthere were so many spiders
your mouth a moonless system
of caves filling with dust
the dust thickened to tar
your mouth opened and tar spilled out

I am an archeologist, I cann’t stop thinking about Khaled – al Asaad.
Requiescat in Pace, Brother.

Życie od święta i na co dzień

Teresa Rudolf

Deszczowy smutek

Stał pod drzewem;
deszczowo szumiało,
łkając rzewnie nad 
Ziemi biednym losem.

Zapach powietrza
od wilgoci świeżego, 
dźwięk kropli deszczu,
wkradały się w duszę.

Płakał całym sobą,
nad utratą radości życia,
nad smutkiem, żałobą
wojną i odejściem kota.

Spowiadał się drzewu,
obejmując je swymi 
rękoma jak gałęźmi, 
o rozgrzeszenie 
dla Świata
prosząc...

Niedziela majowa o 6.00 rano

Świergot ptaków,
słonce przecierające
jeszcze zaspane oczy.

Ach,

powoli rozlewa się
niebieska akwarelka
na czyściutkie niebo.

Och,

z daleka ujadanie psów, 
tych niestety przy budach,
i tych z kanap "już na trawce".

Oby,

jeszcze tylko śmiech 
dzieci szczęśliwych,
i...
niech ta beztroska
w człowieku zostanie. 

Pokój wśród wojny

Teresa Rudolf

Mariupol 

Wysokie bloki miasta
z wypalonymi oczyma,
stojąc dumnie i sztywno,
słyszą wybuchy bomb,
szczekanie psów,
miauczenie kotów.

Ulice stare, asfaltowe
drżąc trzęsioną ziemią,
pustką życia zdziwione, 
ledwo oddychają pod 
pancernymi wozami,
czołgami... zwłokami.

A gdzieś tam głęboko,
pod ziemią tętni biedne
życie z setkami twarzy,
bijącymi głośno sercami  
jak dzwony kościelne,
bliskimi zawału.

Masa ludzka, głodna,
zziębnięta, modlitwami
i przekleństwami głośna,
a w niej zwykły człowiek 
pełen rezygnacji, nadziei,
gotowy na dalsze życie...
... niegotowy na śmierć.

Kompromis

Tutaj przechodzi
mrówka, też i jeż,
a tam leci mucha, 
złota pszczółka
i ogromny ptak.

Tu słychać odgłosy
aut przypływających
lub odplywających, 
szybko, głośno, 
nachalnie co dnia,

A tam otwiera się 
kwiat, zazielenia liść,
zapachnie magnolią,
zaróżowi wiśnią,
zażółci mleczem.

Koegzystencja 
samolotu z ptakiem,
auta z  koniem,
statku z wielorybem,
od lat ostra walka,
też i kompromis...

...przenigdy
jednak
możliwy
między 
pokojem,
a wojną.

How to write for the next generations?

Reblogs

Rumaan Alam/December 23, 2019

Rupi Kaur Is the Writer of the Decade

The young Canadian poet understands better than most of her contemporaries how future generations will read.

BALJIT SINGH, COURTESY ANDREWS MCMEEL.


Rupi Kaur has published two books: 2015’s Milk and Honey, 2017’s The Sun and Her Flowers. Her epigrammatic verse is spare, the offspring of classical aphorism (if you’re feeling generous) and the language of self-help. The poems have a confessional, earnest manner; disarmingly full of feeling, they can be easy to dismiss. Nevertheless, Rupi Kaur, a Canadian poet who is not yet 30 years old, is the writer of the decade.

Kaur’s writing is not itself to my taste. She writes, in “the breaking”:

did you think i was a city
big enough for a weekend getaway
i am the town surrounding it
the one you’ve never heard of
but always pass through

Beyond the affectation of the lowercase letters, I find the metaphor impenetrable—the speaker is … a suburb? Further, I’m not an especial fan of the line drawings (they look like outsider art) that often accompany her poetry.

But Kaur’s achievement as an artist is the extent to which her work embodies, formally, the technology that defines contemporary life: smartphones and the internet. (Perhaps you could say the same of the novels now considered classics that were originally published serially in newspapers.) I’d argue that many of the writers currently being discussed as the most significant of the last decade write in direct opposition to the pervasive influence of the internet. Karl Ove Knausgaard, Rachel Cusk, and Ben Lerner (to name but three of our best) are interested in the single analog consciousness as a filter through which to see the world. If you think their experiment is the most important of the last 10 years, you’re probably (sorry) old.

The next generation of readers and writers views reality through a screen. Kaur, born in 1992, was 15 when the iPhone debuted. The majority of her readers have never known adulthood without that gizmo’s mitigating influence. On Instagram, Kaur doesn’t just share selfies and drawings; she publishes. Kaur’s books have sold more than 3.5 million copies, an incredible number for any poet but the more remarkable when you consider that surely some percentage of her readership has never owned one of those books.

Popularity does not generally correlate to artistic significance, but Kaur’s is an unusual case. That her work crumbles under traditional critical scrutiny is not really the point. There are readers who will forever think of Kaur as the first poet they loved. Even if they outgrow her—as is inevitable: I can no longer bear Salinger or Kerouac or Auster or many of the writers I adored as a younger reader—the lines in Milk and Honey will be a common text for the fortysomethings of 2035.

This is a different matter from a shared pop culture touchstone, such as Top 40 songs or sitcoms. The mantle of poet accords Kaur a kind of legitimacy, as it always has; you could write about her work for your college application essay. Readers who know about poetry might think Kaur’s work is dumb; those for whom Kaur is their first exposure to the medium think it profound. It doesn’t matter if you believe that title of poet belongs only to the likes of Wallace Stevens or Gwendolyn Brooks. Kaur has seized it for herself.

And she deserves it. Kaur cannily understands the contradiction that we want technology—in this case, a very powerful computer—to connect us to real people. She uses her verse, her drawings, her photographs, to give us persona, which is the next-best thing, and also an age-old poetic technique. It is easy for some readers (snobs like me) to dismiss Kaur’s self-representation as posture, or performance. I think this reflects a mostly generational divide. But can’t you imagine a younger Anne Sexton taking a selfie, or Elizabeth Bishop sharing a snapshot of the sea?

Kaur’s verse is compact in part because she’s thinking within the parameters of a smartphone screen, which is not that radical when you consider that many poetic forms are about artificial constraint. Think of hers as an Oulipian project. I also feel she’s onto something: The canonical poetry most likely to endure the next century is the one that can fit comfortably within the glowing window we spend so much of our time gazing into.

Technology has already trained us to read differently, which in turn has started to change the literature. The Crying Book, a recent nonfiction work by Heather Christle (also a poet), is organized into perfect swipe-size snippets of text. It doesn’t cohere as an argument so much as it overwhelms (maybe, alas, bores), like the internet’s infinite scroll. You can lament the death of the transitional sentence if you like; I’d say you should expect much more work like this.

A couple of decades ago, a handful of the avant-garde wanted a prose that assumed the shape—synaptic, irregular—of hypertext. That work remains mostly experimental (which is to say, a niche concern). Kaur’s poetry does something similar, but the experiment was a success. I was forced to read Robert Frost as a schoolboy and understood poetry to be metaphoric musing; Kaur’s young readers want to engage with her work, and will expect a poetry of brevity and brute feeling. They might enjoy Frost, but they’d also like an Instagram of those woods on a snowy evening. And Kaur (and her descendants) will deliver.

Kaur has used her own tools—her phone, her body and face (it doesn’t hurt that Kaur is strikingly beautiful), her sketches—to dismantle the master’s house: Many American readers consider a young woman of color our most prominent poet. Even if I think they’re wrong, it’s hard not to be thrilled by this fact.

A decade is an arbitrary thing, but the one now ending gave us remarkable writing. The artistry and sustained off-line attentions of Knausgaard, Cusk, and Lerner; the intimate multivolume epics of Elena Ferrante and the curiously under-discussed Jane Smiley; more singular and lovely novels than I could ever list here. Those are a matter of the past. I don’t know if we’ll be reading Rupi Kaur a decade or two hence, but I suspect we’ll be reading as she taught us to.

___________________________

Rumaan Alam @Rumaan

Rumaan Alam is a contributing editor at The New Republic. His latest novel is Leave the World Behind.

***

***

Comments (in Polish) KK

To dziwne. Dowiedziałem się o jej istnieniu dzisiaj, ale sławna zaczęła być już (albo dopiero) trzy lata temu. To może jakaś prekursorka pop-poezji?
Z jednej strony aż nieprzyjemnie przegląda mi się jej Instagrama, gdzie umieszcza wiersze, z drugiej – jest muzyka pop, są blockbustery o superbohaterach, to czemu ma nie być pop-poezji?
Ludzie w komentarzach piszą, że ją uwielbiają, że dotyka ich serce – miło to brzmi.
Może do tych ludzi zwykła poezja by nie trafiła?
Ktoś inny pisze
że to w ogóle nie poezja
tylko zwykłe, twitterowe przemyślenia poucinane na wersy
Jeszcze ktoś inny, że ludzie tak ją lubią, bo jej przekaz każdy jest w stanie zrozumieć, a wiersze wciąż kojarzą się z wyrafinowaniem, więc teraz każdy może poczuć lepiej, myśląc że rozumiejąc jej poezję, rozumie coś wyrafinowanego.
Widzę coś ładnego w jej wierszach. Mają często znany przekaz, i dość prostą formę, ale są zgrabnie ułożone.
Ale jednak mi się nie podobają.

Chmury w głowie

Teresa Rudolf

Okno marzeń

 A ona miala takie, 
tylko swoje własne,
dziwne okno marzeń...

co otwierało się 
codziennie rano,
na całkiem coś innego...

Wdychała ten swieży
zapach swych fantazji,
z kolorytem nieba...

I nie było nigdy końca
tym pięknym podróżom,
na leniwych chmurach,

na śpiewnych falach morza, 
na zieleni wilgotnej ogrodów,
i na  skrzydłach ptaków.

Bała się tylko jednego:

by nie otworzyć go 
kiedyś niespodzianie...
...na bezbrzeżną pustkę.
Łąka 

Poczuła ciche
ciepło w duszy,
czułość niebywałą.

Ujrzała znów 
w sobie tę znaną,
jak ze snów łąkę.

Taka ona niby
normalna, a jakby
wyszyta cierpliwie,

zielenią soczystą
nadziei na wiosnę,
kwiatów słonecznością.

I nagle poczuła ten
skurcz bolesny myśli,
lęk przed burzą,

groźnie miotającą 
błyskawicami 
wojną, tuż obok..

...ale też 
i przed 
słowem, 
co straszy,
i zabija.

Triduum

Radosław Wiśniewski

[Zenon Kałuża w wielki piątek, 15 kwietnia 2022 roku pisze list do o. Grzegorza Kramera w trzech częściach, niby tekst na triduum, a potem uświadamia sobie, że nic nie napisał i patrzy na pustą kartkę.]
I.
spotkałem ludzi, którzy mówili:
widziałem pana, ale nie był podobny
do siebie bo był sześcioletnim chłopcem
nazywał się Władek Taniuk
i przychodził kolejny dzień 
na grób swojej mamy Iryny
która umarła 
w czasie rosyjskiej okupacji
miasteczka Bucza 
przyniósł jej
konserwę, sok w kartoniku
żeby nie była już  nigdy 
głodna
II.
i spotkałem ludzi, którzy mówili:
widzieliśmy pana, ale nie był podobny
do siebie, bo wyglądał jak kobieta,
zgwałcona przez rosyjskich żołnierzy
dziewczyna, dziewczynka, kobieta,
miała zakrwawione nogi, a ręce
trzymała zaciśnięte między nogami
a krew i tak płynęła,
i krzyczała głośno
kto jej wsadził, rozerwał
kto w niej był i bił
a po wszystkim
poderżnął gardło
na oczach dziecka
ale papież i tak nie słyszał
bo papież nie używa takich 
brzydkich słów
jak 
rosja
III.
słyszałem też tych co mówili
że spotkali pana w Mariupolu, 
ale i on nie był podobny do siebie.
mówili, że kiedy otwiera się pokrywę
mobilnego krematorium, takiego jakie ma
armia rosyjska, to nie ma nic
w pierwszej chwili gorący podmuch
z pustej komora, garść popiołu
żeby chociaż kamień, gwóźdź, 
obrączka, dziecięcy bucik.