Dwa wiersze wojenne

Mieczysław Węglewicz

***

Drzemie Bóg zmęczony
gdzieś w koronach drzew
a w tych drzewach wiatr mu nuci
ukraiński śpiew

Od Czerwonej Połoniny do Czarnego Morza
gore ziemia Ukrainy
w rzekach łzy i pożar
Dnieprem, Prutem, Czeremuszem płyną łzy i krew
Bóg jest z nami
choć zmęczony
śpi
w koronach drzew
Ale uwierz Nasza Ziemio
my jak klucz żurawi
powrócimy Wolni, wiosną
nikt Cię nie zostawi
Uwierz wolna Ukraino
nie cofniemy słowa
Zbudujemy nasze domy
jeszcze raz od nowa

Tułacze

Jadą i idą,
Nie śpią i płaczą
Na plecach niosą
dolę tułaczą
I smutek w oczach
czarny,
ogromny
Lęk polnej sarny
w sercach bezdomnych
Jadą i idą
Nie śpią i płaczą
Na plecach niosą
dolę tułaczą

_____________________________________________

Anne Schmidt

Foto Anne Schmidt

13 Tage nach dem Einmarsch russischer Truppen in die Ukraine fuhr ich mit 2 Töpfen heißer Linsensuppe zum Berliner Hauptbahnhof, wo sich hunderte von ukrainischen Flüchtlingen vor einer einzigen Essensausgabe drängten.
Ich hatte am Abend vorher in der Berliner Abendschau davon gehört, dass es im Bahnhof keine Möglichkeit gäbe etwas zu kochen. Also brachte ich eine vegetarische und eine Suppe mit Fleisch in noch warmem Zustand mit Hilfe der Freiwilligen unter das hungrige Volk.
Die Töpfe ließ ich gleich da, in der Hoffnung, sie könnten dem spendablen Hotel von der anderen Straßenseite von Nutzen sein.
Nach einem Slalomlauf durch Taschen, Koffer und Rucksäcke mitsamt darauf kauernden Menschen gelangte ich ins Freie am Washington-Platz unter einem azurblauen Himmel.
Der alles beherrschande Cube spiegelte Gebäude, Menschen und Bäume wider, unter ihnen ein kleines Bäumchen mit dichtem braunen Laub. Da ein kleiner Zaun dieses Bäumchen umgibt, war mir sofort klar, dass es das Bäumchen sein muss, dass 2014 angedenk der Opfer vom Maidan, vom damaligen ukrainischen Botschafter in Deutschland und dem ehemaligen deutschen Botschafter in der Ukraine gepflanzt worden war.
Bei näherer Betrachtung sah ich ein Schild an dem Bäumchen, auf dem des größten ukrainischen Dichters gedacht wird.
Mir ist sein Name entfallen, aber er ist es sicherlich wert, bei dem nächsten Ausflug ins Regierungsviertel dieses umzänte Bäumchen am Spreeufer gegenüber vom Cube aufzusuchen und den gelb-blauen Bändern an seinen Ästen noch die eigenen hizuzufügen.

***

Autorin hat ihre Angaben ein paar Tage später ergänzt: Es ist Taras Szewczenko Baum. Taras Hryhorowytsch Schewtschenko (ukrainisch Тарас Григорович Шевченко, wiss. Transliteration Taras Hryhorovyč Ševčenko; * 25. Februar / 9. März 1814; † 26. Februar / 10. März 1861) war Maler und der bedeutendste ukrainische Lyriker. War so wichtig wie in Deutschland Goethe und in Polen – Mickiewicz.

Dzień kobiet 2022 – Lucy i Erna

Tibor Jagielski

Lucy i dolina
–  Duch doliny jest nieśmiertelny – powiedziała Lucy do swoich uczennic i uczniów zgromadzonych pewnego słonecznego poranka na dziedzińcu jej chatki – a jej imię brzmi kobiecość.
– Podczas gdy góry wspinaja się nieustannie – kontynuowała  wielka mistrzyni – tak, aby ostatecznie runąć,
 to dolina trwa wiecznie i jest kolebką nieba i ziemi.
– Korzystajcie z niej – uśmiechnęła się Lucy – jak moje kaczki ze stawu, a będzie ona zawsze waszą najlepszą służebnicą.

Lucy i strumień
– Nie istnieje nic bardziej miękkiego niż woda – powiedziała Lucy pewnego dnia do zgromadzonych  uczennic i uczniów – lecz nic nie jest w stanie dorównać jej w pokonywaniu twardości, i wskazała na przebiegający nieopodal strumień.
– Tak jak gibkość pokonuje sztywność, tak słabość góruje nad siłą,
 a niosąc grzechy tego świata, przejmuje nad nim władzę.

Erna i polowanie

erna (2001 – 2022)
skoczyła do krainy wiecznych łowów
cześć jej pamięci!
tibor

R.i.P., Erna

***
Od Adminki: chciałabym tu przypomnieć piękny wpis sprzed kilku lat, poświęcony mojej kotce, Schyzi, która też odeszła, dożywszy jak Erna pięknego kociego wieku 21 lat: https://ewamaria.blog/2016/02/25/schyzia/

Tak jakoś

Teresa Rudolf

Na skrzydłach

Przyleciała jak ptak
ta melodia znikąd,
trzepotała moim 
sercem jak skrzydłami.

Z zamkniętymi oczyma
patrzę na jej we mnie 
taniec cichy, na palcach
bez żadnych obrotów…

I odleciała niepostrzeżenie,
pomalowawszy mój dzień, 
na przezroczyście, ledwo
postrzegalnie, kryształowo…
…tak jakoś.

Wiem

Pomyślała, 
a kiedyś, kiedy mi już
nic nie zostanie,

wiem, gdzie w sobie 
grzebać kijkiem 
w ogniska popiołach.

A kiedyś, kiedy już
nic mnie nie ogrzeje,
wiem, gdzie znajdę,

w sobie płomień,
i wybuchnie on
życia wzruszeniem,

…wiem, 
wiem, wiem,
ale… nie powiem.

Życie, mój film

Ach wspomnienia,
film to cofany często
do swego początku.

Bez żadnej logiki,
sceny wylatujące
z niego niekiedy

wzruszają, szokują,
cieszą, bolą, drażnią
zawstydzają paląc,

raz lekkie jak motyle,
a raz jak stare granaty, 
wybuchają z potrącenia.

Lub oglądany od tyłu, 
w celowym porządku,
klatka, po klatce,

czasem denerwuje 
swym kiczem, urodą 
pieści, pustką zasmuca.

I nagle scena po scenie 
wskakuje znów w swój 
poprzedni porządek,

dając czas i miejsce,
aktualnym kadrom… 
…mojej codzienności.

Haiku w Berlinie

Joasia Rubinroth (+ Eva Strasser, Tania Krüger)

Heute ist der merkwürdigste Tag in unserem Jahrhundert: 22.02.2022. Nur ein Punkt stört die (nie erreichbare) vollkommene Symetrie dieses Datums.

Foto Tanja Krüger
Foto aus dem Netz
Haiku von Eva Strasser
Haiku und Foto von Tanja Krüger

Wyjaśnienia dla polskich Czytelników:

Drzewa

Bardzo niepokojące w tych wichurach, które latają przez miasto przez zmiany klimatyczne, jest to, że już coraz mniej bywa Złotej Jesieni ze złotymi i czerwonymi liściami na drzewach, ponieważ jak tylko te liście kolorowieją, to robią się słabsze i wichury je zganiają i łamią duże gałęzie drzew, więc miasto wizualnie robi się coraz bardziej nieprzyjemne i niepokojące z takimi sterczącymi drzewo-badylami.

Pod mostem

Rosjanie tu i Rosjanie tam – to most przy Stuttgart Platz, pod którym mieszkają polscy i rosyjscy bezdomni, a za mostem jest sklep rosyjski otwarty 24 godziny na dobę, gdzie o 2:00 w nocy alfonsi rosyjscy z portfelami napchanymi banknotami po 500 € kupują kawior.

Noce między świętami a dniem Trzech Króli

Naprawdę można się zmartwić, gdy jedna Babcia mówi, że w żadnym razie nie wolno prać między rokiem i rokiem, w te specjalne dni, bo przecież złe duchy mogą się w praniu zawieruszyć i na pewno ktoś umrze, a druga babcia mówił, że w żadnym razie nie wolno iść w Nowy Rok z brudnym praniem. Życie jest po prostu niesprawiedliwe i czasami jesteśmy po jednej, czasami po drugiej stronie.

Basen na zewnątrz

Basen znajduje się na wyspie Hermanswerder w hotelu. W hotelu niby było fajnie, ale jednak koleżanka miała dziwne uczucie. Takie samo, jakie miała, kiedy się uczyła na Uniwersytecie, a potem się okazało, że właśnie pod tym budynkiem, w którym się uczyła i studiowała, znaleziono szkielety tych, na których eksperymentował doktor Mengele (jak jeszcze żyły).

Krogulec

Joasia: To się Tani zdarzyło kilka dni temu!!!!
Ewa: O matko. No, ale krogulec też musi coś jeść.
Joasia: No tak, bo w Rewe nikt mu nic nie sprzeda bez pieniędzy.
Ewa: Ale nawet za pieniądze musiałby kupić mięso, czyli niewidoczną dla kupującego krew. Bo to zapach krwi sprawia, że również my, ludzie tak lubimy jeść mięso. Nie kolor krwi, nie smak – zapach krwi.
Joasia: Na pewno kiedyś będzie dział z żywnością dla krogulców i dla wampirów, gdzie będą mogły kupić mięso z krwią i krew.
Ewa: Sztuczną krew, jak w tym filmie z Tildą Swinton, Only Lovers Left Alive.

Mucha Kierkegaarda 3

Zmienianie przeszłości. Za i przeciw.

Przeciw: Orwell 1984

Wszyscy wiemy, jak i po co zmieniano przeszłość u Orwella. Przeszłość nie istniała, istniały tylko aktualne wytyczne polityczne, które decydowały o tym, jak miała wyglądać przeszłość. Na tym polegała praca Winstona.

Winston Smith był bowiem pracownikiem Departamentu Archiwów w Ministerstwie Prawdy. Codziennie zmieniał dokumenty archiwalne w taki sposób, żeby nikt nigdy nie mógł zarzucić partii kłamstwa. Dzięki tym zabiegom rząd mógł manipulować przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.

Motto przyświecające reżimowi Wielkiego Brata brzmiało: Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość.

Wszystko rozmywało się we mgle. Przeszłość wymazywano, o fakcie wymazania zapominano, i kłamstwo stawało się prawdą.

A jest tak, bo tak naprawdę nie ma ani przeszłości, ani przyszłości, jest tylko ta wąska szczelina pomiędzy dwoma potężnymi nieistniejącymi blokami – trzysekundowa teraźniejszość. Reszta dzieje się w głowach. Wszystko dzieje się w głowie, twierdzi Orwell. A co dzieje się w głowach wszystkich, dzieje się naprawdę.

Oczywiście, moglibyśmy powiedzieć, że istnieje pamięć indywidualna, nasze wspomnienia. Ludzie inteligentni wiedzą więc, że przeszłość została przekręcona, bo przestała zgadzać się z ich wspomnieniami. Tym niemniej system znakomicie nadal funkcjonuje, ludzie nieinteligentni są nieinteligentni i jest wszystko jedno, co myślą. Bez protestu akceptowali nawet najjaskrawsze wypaczenia rzeczywistości, bo nie rozumieli w pełni potworności tego, czego od nich żądano, a ponadto zbyt mało interesowali się aktualnymi wydarzeniami, aby zdawać sobie sprawę z grozy sytuacji. Niewiedza pozwalała im zachować zdrowe zmysły. Przełykali wszystkie kłamstwa, i to bez najmniejszego dla siebie uszczerbku, bo przelatywały przez nich – nie strawione – niczym kamyki przez układ pokarmowy ptaka.

Inteligenci natomiast odkryli dwójmyślenieumiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów i wierzenia w oba naraz. Partyjny inteligent wie, kiedy powinien zmienić swoje wspomnienia, a zatem w pełni się orientuje, że przekręca fakty; równocześnie jednak, dzięki dwójmyśleniu, święcie wierzy, iż prawda nie została pogwałcona.

Wiedzieć i nie wiedzieć; mieć poczucie absolutnej prawdomówności, a jednocześnie wygłaszać umiejętnie skonstruowane kłamstwa; wyznawać równocześnie dwa zupełnie sprzeczne poglądy na dany temat, i mimo świadomości, że się wzajemnie wykluczają, wierzyć w oba; używać logiki przeciwko logice;(…)zapominać wszystko, czego nie należy wiedzieć, po czym przypominać sobie, kiedy staje się potrzebne, a następnie znów szybko wymazywać z pamięci.

Niestety, Winstonowi przydarzyła się miłość, a to sprawiło, że utracił umiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów naraz. I wtedy poczuł się zupełnie sam. Przeszłość była martwa, przyszłość niewyobrażalna.

Uświadomił sobie jednak, że to nieprawda. Przyszłość i przeszłość istniały, myśl była wolna, ludzie różnili się między sobą i nie żyli samotnie. Przyszłość i przeszłość to były czasy, kiedy istnieje prawda,
a tego, co się stało, nie można zmienić,
a dziedzictwo kulturowe istniało tylko dlatego, że on, Winston, nie dał się ogłupić i nie uwierzył w wyniki własnej pracy. Zmieniał przeszłość, tak, zmieniał ją z dnia na dzień, czasem wręcz z minuty na minutę, prawda stawała się kłamstwem, kłamstwo prawdą, a oba były bez znaczenia, dopóki on, choćby sam, choćby jedyny na świecie, myślał i wiedział, że BYŁO INACZEJ.

Za (a może jednak też przeciw): Jacek Dehnel (Facebook, luty 2022)

Z okazji dyskusji o przekładzie Jerzy Jarniewicz wkleił wczoraj bardzo ciekawy fragment ze swoich esejów, postulujący tłumaczenie klasyki literatury staropolskiej „z polskiego na nasze”. Myśl powabna, acz rodzi całe mnóstwo spekulacji.

Wziąłem sobie na warsztat wiersz Sępa Szarzyńskiego Epitafium Rzymowi, o tyle łatwiejszy, że to też przecież przekład, i tak sobie przerobiłem:

Nagrobek dla Rzymu

Ty, który przyjechałeś, turysto, pielgrzymie,
I, chcąc w Rzymie Rzym znaleźć, nie widzisz go w Rzymie,
Patrz na zburzone termy, rozwalone mury,
Koloseum, świątynie, złamane kolumny:

Oto Rzym. Po bogatym trupie, choć nieżywy,
widać, że był za życia ogromnie szczęśliwy.
To miasto, świat podbiwszy, siebie pokonało,
By nic niezwyciężonego w świecie nie zostało.

Dziś w pokonanym Rzymie Rzym niepokonany
leży jak trup we własnym cieniu pogrzebany.
Zmieniło się w nim wszystko z tym jednym wyjątkiem:

Tyber jak dawniej płynie do morza spokojnie.
Takie żarty los robi: znikło to, co stało,
tylko to, co się rusza, jeszcze ocalało.

A tu oryginał:

Epitafium Rzymowi

Ty, co Rzym wpośród Rzyma chcąc baczyć, pielgrzymie,
A wżdy baczyć nie możesz w samym Rzyma Rzymie,
Patrzaj na okrąg murów i w rum obrócone
Teatra i kościoły, i słupy stłuczone:

To są Rzym. Widzisz, jako miasta tak możnego
I trup szczęścia poważność wypuszcza pierwszego.
To miasto, świat zwalczywszy, i siebie zwalczyło,
By nic niezwalczonego od niego nie było.

Dziś w Rzymie zwyciężonym Rzym niezwyciężony
(To jest ciało w swym cieniu) leży pogrzebiony.
Wszytko się w nim zmieniło, sam trwa prócz odmiany

Tyber, z piaskiem do morza co bieży zmieszany.
Patrz, co Fortuna broi: to się popsowało,
Co było nieruchome; trwa, co się ruchało.

*

I oczywiście jest jakiś szkolny plus w tym, że nauczyciel nie będzie musiał słuchać salw śmiechu przy “trwa, co się ruchało.” Ale przecież nawet gdyby zrobić to lepiej (to jakaś wersja na kolanie zupełnie machnięta for the sake of argument), nie wiem, czy to coś daje? Bo uwspółcześnione niekoniecznie jest ciekawe, nawet jeśli zrozumiałe. Równocześnie przestawki marnują różne udane zabiegi oryginału (choćby brzmieniowe). Pewnie można wywalić rymy i zrobić z tego w ogóle biały wiersz – ale czy dźwignie go nieco przebrzmiały manierystyczny koncept? Czy wystarczy, żeby zachwycić?

Wiersze z dnia na dzień

Teresa Rudolf

Oczka w pamięci

Coś kiedyś ważnego,
przypomnieć sobie teraz
chciała, ale… no,… jak?

To, jakby mi nagle
oczka z tej pamięci
uciekały, myślała.

Tak, jakby w swetrze
lub cienkiej pończosze,
dość różnie, zależy…

I raz na kolorowo,
raz na szaro, ooo…
znów, oczko puściło.

Dziwiła się dość tym
odkryciem, dziwiła, 
i sobie przypomniała,

…a, już mam, 
już mam!
– kiedyś byłam 
szczęśliwa –

A gdzie twoja wdzięczność

Szukała pracowicie
w głowie, w sercu,
za co mogłaby Życiu
naprawdę dziękować.

Czuła to wiercenie, 
to okrutne borowanie
w mózgu, jak w zębie, 
głośno, tępo, nachalnie.

Nagła panika dopadła,
jak ostrozębny buldog,
“jestem niewdzięczna,
wdzięczności nie czuję!”

…na kolana wskoczył
piesek mały, czarny,
ułożony teraz wygodnie,
a panika też i na nim;

miękka, coraz cieplejsza
taka instant, rozpuszczalna
we wdzięczności, że ON tu,
jak i ta… cała codzienność.

W mózgu już cicho,
bez tego przesłuchania
o jakąś dziękczynność,  
… pogłaskała swe życie,

i głowę małego,
czarniutkiego psiaka,
z wdzięczności: 
wiedział kiedy wskoczyć 
na kolana. 

Czarna owca

Ewelina Jaworska

Z Facebooka, 8.02.2022

Czarna owca i dlaczego nią bywam

Czarna owca, to ktoś w stadzie, kto często tak jakoś lubi, musi, a często nawet niezastanawiając się nad tym dlaczego, czy nawet robiąc to mimochodem eksploruje nowe ścieżki, nowe rozwiązania, robi jakieś dziwne skoki w bok, albo staje i patrzy w martwy punkt, gdy inni biegną gdzieś w owczym pędzie, bo tam dają jedzenie, pieniadze, ciepłą słomę, wodę, bo tam są piękni mężczyźni, kobiety, sława, polityka i blichtr. Czarna owca wykonuje niezrozumiały, rozumiany przez niewielu taniec, którego nawet ona sama nie rozumie, ale wie że tak jakoś jej pasuje i tak ma być… więc robi to… i myśli dlaczego nikt mnie nie lubi, nie rozumie, dlaczego mnie krytykuje, chcę tylko być sobą, jestem czarna więc czarne tak mają…. wtedy inni mówią jesteś głupia, nienormalna, lecz się psychitrycznie, daj nam dobrym białym owcom spokój, daj nam życ, nie zakłócaj spokoju a nawet odpierdol się, mówią, bywa bywa… wtedy odchodzę sobie jeszcze bardziej na bok… ale i to jest bardzo denerwujace dla innych i skłania innych do różnych średnio miłych epitetów, do tego dostaję mnóstwo wspaniałych rad, większość zachęcających mnie do wizyty u specjalisty i fryzjera, który moje czarne kudły chce przefarbować na blond. wtedy sobie myślę czy o to chodzi w życiu, czy jak się przefarbuję na blond, który mi nie pasi, będę lepsza czy inna czy tylko będę mniej widoczna i przez to mniej denerwująca. czy mogę żyć własnym życiem tak jak dyktuje mi mój rozum i serce czy urodziłam się po to aby spełniać wymagania wszystkich białych normalnych owiec. czy ja tak bardzo krzywdzę innych stając na uboczu i wykonując jakieś nawet dziwne ale moje wygibasy, nie uderzając racicami w innych owczych obywateli. dlaczego co poniektórych aż tak to irytuje że tyle energii wydają na to aby mnie krytykować pouczać i sprowadzać do jakichś tam norm, skoro nie jestem osobnikiem niebezpiecznym. wiele pytań i zero odpowiedzi… może ktoś z was wie…

I niektóre komentarze:

Andrzej Jacyszyn

Znowu ktoś mnie podgląda
Lekko skrobie do drzwi
Strasznym okiem cyklopa
Radzi, gromi i drwi!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Meble już połamałem
Nowy ład zrobić chcę
Tynk ze ścian już zdrapałem
Zamurować czas drzwi!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!

Ewelina Jaworska

zamurowali drzwi wejście do biblioteki Don Kichota, wmawiając mu, że zniknęły te drzwi przez czary, ponoć koleś przez książki wariował, tak uznała rodzina wiedząca lepiej, rady już nie dawał…, wyruszył więc w podróż i miał przygody, kobiety, dzbany, rude włosy nocą… hahaha

Ewa Maria

Normalni potrzebują czarnych owiec, każda rodzina potrzebuje, bo one ściągają na siebie pecha i na psa urok, tułają się po świecie, tracą pieniądze i dobre imię, gubią i dają się okradać, można im zabrać wszystko, majątek, dzieci, osiągnięcia, pieniądze i sławę, a porządna rodzina tymczasem może się spokojnie dorabiać. Ostrzegam więc, nigdy przenigdy nie próbujcie ściągnąć czarnej owcy na drogę, jaką idą porządne owce. Jeśli się to uda, pech, który był udziałem czarnej owcy, stanie się udziałem wszystkich. Tak upadają rodziny.

Panna Banqs

Peony Jo

Panna Banqs, którą niedoinformowani sąsiedzi nazywali po prostu Panią Banqs, uchyliła okno mało przytulnej kuchni, wychodzącej na północ, by wypuścić zapach gotującej się zupy. Nie była w stanie pojąć, jakim sposobem zupa tak dobrze smakuje, wydzielając fumy zbliżone do odoru. Prawie jak te japońskie ryby, czy ser, którego nie można wnosić do zamkniętych pomieszczeń, kto zresztą chodziłby z serem pod pachą, pomyślała ze zniecierpliwieniem, jakby ludzie nie mieli lepszych sposobów na wywołanie śmieszności. Panna Banqs śmieszności bała się najbardziej, bo pomniejszała ona to pieczołowicie polerowane przekonanie, iż jest osobą w dobrym rodzaju i na tyle ładną, na ile pozwoliły geny ojca ślusarza i matki recepcjonistki oraz systematyczne polewanie się zimną wodą, na czczo, w poniedziałki.

Obok stołu, obok którego stała właśnie Panna Banqs, wylegiwały się stosy czasopism, otrzymanych po przeczytaniu od Lucy Paw, stosy nie całkiem świeżych nowości, które w jej przekonaniu wcale nie straciły na atrakcyjności. Czyż to nie miłe przekonać się po pięciu długich latach i zimach, że aktorka X i aktor Z tak bardzo mylili się co do trwałości ich wzajemnej miłości? Czy nie jest pocieszające, że Rzym nadal stoi, a diety odchudzające mają coraz piękniejsze nazwy – porównując z tymi sprzed pięciu lat, oczywiście? Jakby od samego kontemplowania zawiłości ich nomenklatury (tak, znała takie cudzoziemskie słowo i całkiem od dawna), zatem jakby od samego czytania tych nie najnowszych już czasopism udawało się cofnąć machinę dziejów, do czasów, gdy Y jeszcze żył, a BC kupował dom na Sycylii. To wszystko było dla Panny Banqs niezwykle fascynujące, to wszystko co działo się teraz i wczoraj, sto lat temu i za dekadę, równocześnie.

Sama już dawno straciła poczucie czasu, nie przypominały jej o tym ani rosnące, a w tym przypadku nierosnące, bo nieistniejące, dzieci, ani zmarszczki, których raz, że nie widziała, dwa, że widzieć nie chciała, a trzy, i tak było już raczej wszystko jedno. Była kobietą w wieku dojrzałym. I o ile ten przymiotnik w innym kontekście dodawał rumieńców owocom, szlachetności winu i mądrości uczonym w piśmie, jej ciążył nieco, jak przeładowana torebka, której nie ma jak opróżnić, bo gdzieś te wszystkie sekrety trzeba trzymać i nosić, dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Gdyby tylko w jakiś sposób mogła, dałaby wiele, by wymknąć się kategoriom czasu i powinności. Nie zdążyła być porządnie dziewczynką, aż tu się nagle okazało, że ustępują jej miejsca w tramwaju, o ile wybrała się do miasteczka, które w sumie wolała omijać. Życie jej toczył wonny uwiąd marzeń i chroniczne przeterminowanie pragnień. Jej jedynym życzeniem było nie mieć zgagi i odeprzeć zawczasu rwę, plisującą jej chód w zwichrowane zygzaki. Życie nie było złe, było tylko inne, od tego wszystkiego czego naczytała się siedząc w kucki na brzegu schodów. Było niepotrzebnie większe i bardziej skomplikowane, niż ktokolwiek, w jej mniemaniu, potrzebował. Straszne jak książka telefoniczna, przerażająca już samą objętością stron, z numerami ludzi, których nie znała i nigdy nie zamierzała poznać, a także firm, których istnienia można sobie było darować. No ale wiadomo, nie samą myślą żyje człowiek, choć ona była temu bardzo bliska.

Jedzenie ją nużyło, a gotowanie jeszcze bardziej. Tym niemniej raz w tygodniu otwierała zakurzoną książkę kucharską na chybił trafił i palcem, który nigdy nie zaznał manikiuru strzelała w przypadkowo wybrany przepis, by go z całą pieczołowitością zrealizować. W sumie dla nikogo. Ugotowane, dopieszczone, uformowane i obwąchane wystawiała toto w cynowej misce na rogu ogródka, wierząc, iż wcześniej czy później, a na pewno wcześniej, znajdzie amatora. Nigdy nie dowiedziała się, w czyje ciało przemieniły się wytwory jej kulinarnej staranności.

Poza konkursem gotowania dla nikogo raz tygodniowo, Panna Banqs pielęgnowała wiele innych równie nieprzydatnych społecznie zainteresowań jak choćby: naśladowanie odgłosów godowych ptaków podczas czesania, układanie marchewek w lodówce zgodnie z ich rosnącą średnicą, i zużywanie ich od najgrubszej do najcieńszej, bo wiadomo, że młodzi się muszą przywilejów naczekać i cierpliwości nauczyć. Równie chętnie ogryzała okrągłe ciasteczka w rytmie “Walca Kwiatów” Czajkowskiego i karmiła ptaki malinami (w sezonie), czyli ogólnie mówiąc była w kategoriach lokalnie przyjętych, stuknięta.

To stuknięcie tak dobrze jej wychodziło, że czasem udawało jej się wyglądać na znormalizowaną jednostkę w zunifikowanym społeczeństwie. Zakładała but prawy na prawą stopę, but lewy na lewą, pilnując by obydwa były takiego samego, jeśli nie fasonu, to przynajmniej koloru. Dopinała płaszcz, by nie wyglądać jak wszędzie przeklinany uchodźca, a tuż przed wyjściem z domu zakładała też bardzo uprzejmy uśmiech, ten z kategorii, niczego o mnie nie wiecie, i bardzo by mi było z tego powodu przykro, gdyby nie fakt, iż nie jest. W okolicznościach zewnętrznych była więc bardzo przeciętną kobietą, w znacząco niemodnym żakiecie, na niezbyt długim spacerze, na który najchętniej wcale by nie wyszła, gdyby nie obawa, iż jej przedłużająca się nieobecność w ulicznym rankingu dziwaków mogłaby spowodować niespodziewane odwiedziny, wizytę kontrolną, ujmując to słowami mechaników i egzaminatorów, najazd, którego nie życzyła sobie najbardziej na świecie, więc wolała już wyjść, niż dać komukolwiek wejść.

Z tym niewchodzeniem to zresztą całkowicie śmieszna sprawa, zabawna patrząc z punktu widzenia nieboszczyka, ku któremu to celowi zmierzała nie tylko Panna Banqs. Otóż, w dniach swojej pierwszej (z trzech kolejnych) młodości, we własnej optyce była Panna Banqs osobą niezwykle obytą i światową. Zakładała zwiewne i szykowne sukienki na popołudniowe herbatki tu i tam, uśmiechała się zalotnie, acz nieprowokująco, poruszała się z gracją i umiała okręcić sobie mężczyzn wokół małego palca, bo tak sobie właśnie imaginowała życie amantki, którą wprawdzie zapomniała być, ale już samo wyobrażenie, bez konieczności prasowania garderoby, całkowicie ją satysfakcjonowało. Podobnie jak podlewanie róż, których nie hodowała i karmienie beżowych, jedwabistych w dotyku lam w ogrodzie, których nie miała. Uznała to za niezwykle fascynujące, jak małym kosztem i niskim nakładem energii można przeżyć życie jak z żurnala. Nawet, gdy miasteczko swoim dezaprobującym pomrukiem na to nie pozwala.

Lucy Wielka Mistrzyni 6

Tibor Jagielski

Lucy i wiedza  

– Kto chce posiadać wiedzę – powiedziała Lucy pewnego słonecznego poranka do swoich uczennic i uczniów – musi także każdego dnia uczyć się,  jak tę wiedzę stracić.
– Dzięki temu, że tracimy – kontynuowała Lucy – przestajemy chcieć. W ten sposób osiągamy stan równowagi, nie miotamy się jak sępy i nie organizujemy jak mrówki w obliczu trupa, który nazywamy rzeczywistością.
– Zmuszeni do czegokolwiek, stajemy się bezwolni i bezsilni.

Lucy i istnienie  

– Z życia wynika śmierć – powiedziała Lucy – a trzynaście przyczyn trzyma nas  przy istnieniu, a trzynaście przyczyn powoduje nasze odejście. –  Ale  jak to się dzieje i dlaczego wszelkie bronie bitnych armii i dzielnych rycerzy są tutaj bezsilne? – rzuciła pytanie Wielka Mistrzyni.
– Bo niewzruszonych praw kosmosu nic i nikt nie jest w stanie zmienić.

Lucy i śmierć 

– Śmierć jest początkiem życia – powiedziała Lucy wskazując na baraszkujące w stawie kaczki.
– To co kochamy jest tajemnicą życia, a to czego nienawidzimy jest tajemnicą śmierci,
 i nie tylko moje ptactwo wie, że wszystko można o pupę rozstrzsakać
 a ostatecznie o wszystkim zapomnieć – roześmiała się wielka mistrzyni.

***