W Toronto i Nowym Jorku

Ciąg dalszy opisu podróży do USA i Kanady, opublikowanego przed tygodniem pod znamiennym tytułem “Mówcie mi mierzwa”

Zbigniew Mierzwa

Najstarszy w Toronto, polonijny kościół – Św. Kazimierza – mieści się w dzielnicy Roncesvalles, wśród naszych rodaków bardziej jest znanej, jako Kazimierzowo; prowadzą go misjonarze Oblaci. Sakrament chrztu poprzedza niedzielne nabożeństwo, dziecko bez protestów wstępuje do katolickiej wspólnoty.

toronto-chrzcinyJak więc na dobrych chrześcijan przystało jedziemy uczcić ten fakt. Niestety już bez Adasia, bo musi wracać do NY, nazajutrz ma te swoje badania lekarskie. Włoska restauracja, w której zarezerwowano nam stół, karmi tak skutecznie, że drogę powrotną na Russel Hill Road postanawiam odbyć pieszo. Od kościoła do restauracji a stamtąd do domu nie jest daleko, tak mi się przynajmniej wydawało z okien samochodu. Syn tłumaczy mi, jak iść, żeby się nie zgubić, w razie czego miałem do niego zadzwonić z komórki. No tak, gdybym miał roaming na Kanadę, to bym mógł dzwonić. Na szczęście kompas w głowie jeszcze funkcjonuje w miarę sprawnie i po godzinie jestem na miejscu. Widok grubasa w garniturze, drepczącego wzdłuż nowoczesnej architektury ulicy, mógł dziwić. Krawaciarze (przepraszam warszawiaków, ale nie o nich mowa) siedzieli za kierownicami limuzyn, żeby jednak nie obrosnąć w tłuszcz, regularnie uprawiali sport, zwłaszcza popularny za oceanem jogging. Widziało się to na każdym kroku, szczególnie w weekendy. Od młodzieży po ludzi w mocno zaawansowanym wieku, naród przebierał się w dresy i biegał, gdzie się tylko dało, po skwerach, parkach, chodnikami wśród drapaczy chmur.

toronto-butelkiPo południu żegnają się z nami goście z Pensylwanii, jutro normalny, roboczy dzień. W poniedziałek, 14 października Kanada obchodzi natomiast swój Thanksgiving Day, czyli Święto Dziękczynienia i jest to dzień wolny od pracy. Syn z tej okazji spróbuje nam pokazać parę rzeczy w mieście. Jego teściowie goszczą już tutaj drugi tydzień, więc trochę już je poznali, natomiast my z Mirą chętnie wjedziemy np. na wieżę telewizyjną i zobaczymy Toronto z góry. Wjazd nie jest jednak tani i zadowalamy się panoramą miasta z wysokości 50 piętra wieżowca, gdzie mieści się biuro syna. Widok jest piękny, choć nie tak romantyczny, jak z Wieży Eiffla. Zjeżdżamy windą do piwnic biurowca, żeby zobaczyć słynny PATH – podziemne miasto, rozciągające się pod centrum Toronto.

Ten komunikacyjny system spełnia tutaj ważną rolę, szczególnie podczas męczących upałów, burz i zamieci śnieżnych. Łączna długość jego ulic wynosi około 27 kilometrów. Wszystko jest monitorowane przez kamery i ochronę poszczególnych budynków. Pierwszym, który sobie zafundował podziemne połączenie z nowym aneksem był dom towarowy Eaton Centre i miało to miejsce w 1900 r. Właściwa sieć podziemnych ulic powstała wraz z rozwojem Financial District, stworzonym głównie w czasie boomu lat 70. Każdy nowy biurowiec przeznaczał jedno, lub dwa piętra pod ziemią na ciąg handlowy i przyłączał się do sąsiednich biurowców. Tak powstało podziemne miasto, które mogłoby funkcjonować autonomicznie. Wikipedia podaje, że posiada ono ponad 1100 sklepów, domów towarowych i centrów handlowych, ma 5 stacji metra, stację kolejową, stację autobusów dalekobieżnych, obiekty sportowe, filharmonie, teatry, kina, restauracje, kawiarnie, 52 biurowce, giełdę papierów wartościowych, hotele i parę domów mieszkalnych. Ogarnąć tego wszystkiego samemu, na szybko nie sposób, podziwiam wyrazistość oznakowań drogowych. Trudniej zgubić się na powierzchni, niż tutaj.

toronto-kolumnaNad jeziorem Ontario nogi wchodzą mi już… nie powiem, gdzie. Biesiadne kalorie trzeba jednak spalić, zwłaszcza, że Ewa została z wnukiem i pitrasi obowiązkowego indyka, w końcu jest Thanksgiving Day. We wtorek wraca razem z mężem i synem do Monachium, ja dzień później do Nowego Jorku. Zostawię wnuka mojej byłej żonie i poszwendam się jeszcze przez parę dni po starych tropach sprzed dziesięciu lat. Przez internet kupuję sobie za 55 dolarów bilet na autobus, kursujący parę razy dziennie na Manhattan, syn w drodze do pracy zawozi mnie na dworzec i już jadę sobie wygodnie w piętrowym wehikule, który pierwszy przystanek ma w Buffalo, na granicy z Ameryką.

Drugi raz przechodzę dokładną kontrolę graniczną, pierwsza była w Atlancie, gdzie przyleciałem z Monachium i miałem przesiadkę do NY. Tam funkcjonariuszka odprawy paszportowej mówiła na szczęście po niemiecku i rozumiałem, co znaczy złożyć odciski palców na specjalnych czujnikach i rzucić okiem we wziernik, który je prześwietli aż do najskrytszych zakamarków myśli. Z jej kolegą w Buffalo miałem jednak pewne lingwistyczne problemy. Pytał mnie o coś po raz kolejny, ja mu na to za każdym razem, że jadę na tydzień w odwiedziny do przyjaciół. Przeszedł więc na język migowy, najpierw pstryknął znacząco kciukiem w szyję, a później pokazał, że pali papierosa. Mógł tak od razu, kiwnąłem przecząco głową. Nie przewoziłem w bagażu żadnego alkoholu ani papierosów.

Po ponad dwunastu godzinach jazdy autobusem wysiadam na ostatnim przystanku, nieopodal wejścia do metra. Z nieznanych powodów nie jest to jednak 42 ulica, gdzie mieści się centralny dworzec, tylko trzydziesta czwarta. Muszę skorygować marszrutę dojazdu na Queens, którą dał mi Adaś, bo stąd linia E nie kursuje. Moja komórka jest w Stanach równie bezużyteczna, co w Kanadzie, a w kieszeni brak ćwierćdolarówek na automat, żeby zadzwonić do przyjaciela. Sprzedawca hot-dogów w narożnej budce nie rozmieni mi dolarowego banknotu na monety, bo sam ich nie ma, a przechodnie słysząc słynną frazę koników spod PRL- owskiego Pewexu tylko szczerzą do mnie zęby. Schodzę więc do metra, studiuję mapę dojazdów i znajduję połączenie na 42. Trzeba tylko wybrać właściwy peron i pociąg, a wcześniej kupić w automacie bilet za 2,75$, za który dojadę na Queens. Wtedy poznałem Leslie, mojego Anioła Stróża, bez którego dalsza droga byłaby problematyczna.

Trzydziestoparoletnia z wyglądu, ciemnoskóra piękność stała w tłumie innych pasażerów na peronie. Dlaczego akurat ją zagadnąłem, czy czekamy na właściwy pociąg, tego nie wiem. Potwierdziła i jak to ciekawska kobieta zapytała, skąd przyjechałem. Aaaaaach z Niemiec – ożywiła się – więc możemy rozmawiać po niemiecku. Bywa od czasu do czasu służbowo w Hamburgu i Berlinie i zna ten język.

Mieszkała na Queens, jechaliśmy w tym samym kierunku. Na 42 ulicy trzeba było kawałek podejść do linii E, ale na Roosvelt Avenue, gdzie była kolejna przesiadka, nie dojechaliśmy. Z przyczyn technicznych pociąg zakończył bieg na jakiejś stacji za East River i dalej mieliśmy jechać zastępczym autobusem. Moja waliza, wypakowana w połowie markowymi dżinsami i kurtkami od syna, w których już nie chodził, ważyła coraz więcej. Ruchome schody w metrze nie działały, zejście w dół, później gramolenie się w górę, na powierzchnię dały mi nieźle popalić, ale taki już był ten mój syn. Widywaliśmy się dwa – trzy razy w roku i zawsze dostawałem podobne prezenty. Niektóre z tych rzeczy służyły mi dobrze, inne oddawałem bardziej potrzebującym, jednak tym razem była to wyjątkowo uciążliwa filantropia.

Autobus podstawiono i to nie jeden, niestety żaden nie jechał na Roosvelt Avenue. Trzeba było wziąć taksówkę i dobra setka pasażerów, która okupowała chodniki przy wyjściu z metra próbowała zrobić to samo. Wtedy z komórki Leslie zadzwoniłem do Adasia, żeby przyjechał po nas swoim samochodem i nagle zdarzył się cud. Zatrzymała się przy nas jakaś bardzo wysłużona toyota, z Arabem za kierownicą i  podchmieloną dziewczyną na tylnym siedzeniu, była to bez wątpienia najlepsza taksówka w Nowym Jorku. Na Roosvelt Avenue sięgnąłem po portfel, ale Leslie nie pozwoliła mi płacić za kurs. Kosztował kilkanaście dolarów, uregulowała należność kartą kredytową, a później czekała ze mną tak długo, póki nie zjawił się mój przyjaciel. Mieszkała parę kroków stąd. Pożegnaliśmy się serdecznie, jak byśmy byli starymi znajomymi. Na odchodnym dostałem od niej bilet wizytowy, z którego wynikało, że zajmuje się marketingiem w wydawnictwie płytowym, przy Madison Avenue. Wcześniej była wokalistką, ale o tym porozmawiamy może kiedyś, przy okazji spotkania w Niemczech.

Ula jeszcze nie śpi, w kłębach dymu pochłania z You Tube najnowsze doniesienia komisji Macierewicza.

– Cześć, obiad jest na kuchence, tylko sobie podgrzej – rzuca, nie odrywając
wzroku od ekranu laptopa.

Bardzo lubię karkówkę, tylko kto to je o północy. Robię gryza, reszta będzie na jutro. Jestem w bardzo gościnnym domu, parę dni przed moim przylotem do Stanów Ula pożegnała swoją siostrzenicę z Polski, śpię na skórzanej kanapie w gościnnym pokoju. Rano Sowa jedzie po wyniki badań, Ula, jak w każdy czwartek, ma wolne w pracy i może trochę poleniuchować, a ja do metra i na Manhattan. Mój lewy staw biodrowy klnie jeszcze na wczorajszą walizę i tym bardziej trzeba go rozruszać. Pogoda dalej sprzyja ludzkiemu mrowisku, uwijającemu się po ulicach, tylko jest już chłodniej, niż przed tygodniem. Od Hudsonu wieje, żeglarze mają powody do radości, zastanawiam się, czy nie ruszyć jednym ze statków wycieczkowych, kursujących wzdłuż Manhattanu, ale wybieram World Trade Center.

Półtora roku po terrorystycznym zamachu na Centrum Handlu Światowego, w którym zginęło prawie 3 tysiące osób, zobaczyłem tutaj tylko tragiczny krater. Dziś uwagę turystów przyciągał przede wszystkim 7 WTC, pierwszy biurowiec z nowo budowanego kompleksu, który został oddany do użytku w 2006 roku. Ma ponad 227m wysokości, 56 kondygnacji i stoi w miejscu swojego poprzednika o podobnej nazwie, który zawalił się po Twin Towers. Bliźniacze Wieże – w swoim czasie budowle najwyższe w świecie – w które ugodziły samoloty z pełnymi zbiornikami paliwa, runęły na sąsiednie budynki. Spadające odłamy elewacji i kolumny rdzenia zmiażdżyły hotel Mariott i WTC7 oraz mocno uszkodziły Financial Center 3, Deutsche Bank Building, Winter Garden, pobliską cerkiew prawosławną a także liczne domy mieszkalne. Władze Stanów Zjednoczonych podjęły decyzję, że nie będzie się odbudowywać Twin Towers. W ich miejscu, według projektu Daniela Liebeskinda, do 2015 roku ma powstać zespół budynków, w którym główny – Wieża Wolności – sięgać będzie 541 m, a więc jeszcze wyżej, niż Bliźniacze Wieże.

pomnik0Pamięci ofiar poświęcony jest park-muzeum 9/11, otwarty w dziesięciolecie zamachu. W miejscu fundamentów zburzonych budynków powstały dwa baseny, woda spływa po wewnętrznych krawędziach większego, tworząc w dole taflę, w środku której czernieje wlot mniejszego. Wygląda, jak studnia, albo otwarty grób, dna nie widać. Wymowna symbolika pustki po Twin Towers i ludziach, których pogrzebały. Ich nazwiska wyryte są na tablicach z brązu, rozmieszczonych wokół większego basenu, dostrzegam na nich także polskie. Wejść do muzeum trudno, jest kontrola, jak na lotnisku i trudno się temu dziwić. Wstęp w zasadzie darmowy, jednak grupa młodych ludzi z pojemnikami z plexiglasu, gorąco wszystkich namawia, żeby wspomóc fundację, która zajmuje się ochroną tego miejsca pamięci. Za banknot o większym nominale dostaje się się ciepłe, gulgoczące podziękowanie, za jakiś bilon – mocno wymuszony uśmiech.

W starej, protestanckiej kaplicy św. Pawła przy Church Street, oddalonej o kilkadziesiąt metrów od WTC, czynna jest wystawa pamiątek ze Strefy Zero. Jest wśród nich hełm i sprzęt strażacki, popalony mundur, są zdjęcia z akcji ratowniczej, kartki od rodzin i przyjaciół, poszukujących swoich bliskich, które wieszano na ogrodzeniu kaplicy oraz przeróżne wota i podziękowania zanoszone Bogu i ludziom za uratowanie życia. XVIII-wieczna świątynia zrządzeniem Opatrzności przetrwała zamach. Krucha, bardzo kontrastująca architekturą z nowoczesną zabudową Lower Manhattan, była pierwszy schroniskiem dla strażaków, policjantów, ich psów ratowniczych, żołnierzy i licznych wolontariuszy, którzy pospieszyli na ratunek ofiarom, ocalałym z zamachu i do odgruzowywania. W kaplicy wydawano im posiłki, była ona jednocześnie noclegownią.

Podobną funkcję pełnił pobliski, katolicki kościół św. Piotra, do którego przeniesiono zwłoki franciszkanina Mychala F. Judge`a, uznanego symbolicznie za
pierwszą ofiarę śmiertelną Ground Zero. Z pochodzenia Irlandczyk, pełnił funkcję kapelana nowojorskiej straży pożarnej. Bardzo lubiany przez swoich podopiecznych, przybył na miejsce zamachu wraz z pierwszą grupą ratowników. Spowiadał i udzielał rozgrzeszenia rannym i umierającym, najpierw na ulicy, później w lobby Północnej Wieży. Zginął, kiedy runęła południowa i jej gruzy śmiertelnie raniły wiele osób. Zdjęcie kapłana, niesionego przez pięciu mężczyzn przez zgliszcza, zrobione obiektywem fotoreportera z Agencji Reutera jest jednym z najbardziej znanych obrazów, związanych z 11 września, uważa się je za amerykańską Pietę.

Wśród śmiertelnych ofiar zamachu ponad czterysta stanowili ci, którzy pośpieszyli innym na ratunek, co nie znaczy, że jest to lista zamknięta. Wśród ludzi, którzy w krytycznym czasie mieszkali w rejonie WTC oraz brali udział w różnych akcjach ratunkowych, czy porządkowaniu terenu, z roku na rok przybywa zgonów – zwłaszcza na choroby płuc i nowotworowe, których nabawili się wdychając toksyczny pył. Dziewięć lat po zamachu rząd USA przyznał żyjącym poszkodowanym fundusz w wysokości 4 mld. dolarów, z którego finansuje się obecnie pomoc medyczną i odszkodowania za utratę zdrowia. Sowie dawano jednorazowo 50 tysięcy, ale nie przyjął, uważa, że powinien dostać więcej. Ewentualnie mogłaby to być jakaś przyzwoita, dożywotnia renta.

Wyniki badań są OK, czekają go jeszcze badania psychologiczne. Póki co jedziemy do psychiatryka na Bronx, gdzie pracuje jego brygada. Chce mi pokazać, jak wygląda robota przy ściąganiu azbestu. Tym razem jest to pryszcz – kawałek rury w kotłowni szpitala, który trzeba oczyścić i zabezpieczyć. Zajmuje się tym już drugi dzień pięciu emigrantów z Serbii i Polski. Najpierw musieli zbudować z folii trzy namioty – przepisy mówią, że w jednym robotnicy przebierają się z cywilnych ubrań w robocze, w drugim czyszczą skażone azbestem przedmioty, w trzecim myją się po pracy. Do tego zamontowali wyciąg powietrza, żeby ulotniły się zawarte w nim toksyny. Przede wszystkim jednak każdy musi pracować w masce, aby nie zachorować na pylicę azbestową albo inne świństwo i Sowa za te wszystkie sprawy odpowiada, bo jest kimś w rodzaju inspektora bezpieczeństwa i higieny pracy. Na wypadek związkowej kontroli z zewnątrz wszystko musi być formalnie zapięte na ostatni guzik, ale życie rządzi się swoimi prawami. Kiedy gonią terminy, pracuje na równi z innymi, a jak przepisy ochronne hamują tempo robót, to je sam omija.
Przeżył osiemdziesięciu kolegów, z którymi zaczynał na azbestach – chwali się. Widocznie starszy Pan na górze jeszcze czegoś od niego chce.

Mikrej postury blondas o komicznie zakrzywionym nosie, któremu zawdzięczał swój ptasi pseudonim, uchodził cało z najgorszych opresji. Parę tygodni temu, gdy stał na rusztowaniu, przeżył bez szwanku przelatujący mu tuż obok głowy nóż monterski, który niechcący upuścił jakiś pracujący wyżej słowacki robotnik. Oczywiście Adaś nie miał wtedy hełmu na głowie, bo było upalnie. Przed moim przyjazdem natomiast o mało nie wypadł z windy z XVII piętra. Na pomoście pracowali, jak zwykle, we dwóch. Winda zawalona była gruzem z azbestem, który ściągali z elewacji biurowca. Kiedy zjeżdżali w dół, trzeba było nogami równomiernie i z czuciem odpychać się od ściany, żeby nie zahaczyć o wystające klimatyzatory. Za którymś razem nie udało się. Jedna noga się spóźniła, winda zaczepiła wewnętrzną krawędzią o skrzynkę, gruz przesunął się po podłodze tam, gdzie stał Sowa i znaleźli się prawie w pionie. Gdyby nie zapięte pasy bezpieczeństwa, na dole nie byłoby czego zbierać. Oczywiście pytam, jak z tego wyszli. Adaś na to, że nie wie i rechocze po swojemu. Jakoś tak pomału, nie nerwowo udało im się tę windę w końcu wypoziomować – mówi.

Uświadamiam sobie, że ja właściwie nigdy nie widziałem go zdenerwowanego. Czasami miewał doła, ale w przeciwieństwie do mnie, zawsze potrafił trzymać na wodzy negatywne emocje. Miał naturalny talent komiczny, umiał każdego rozweselić, więc może i starszemu Panu na górze podoba się oglądanie go dalej na scenie życia. Tego lata, na początku sierpnia, wybrał się na przejażdżkę motorowym pontonem po dzikich rozlewiskach niedaleko Queens. Jest tam trochę niezamieszkałych wysepek z rezerwatami wodnego ptactwa i na którąś z nich dotarł.
Wciągnął ponton na brzeg, rozebrał się do naga i skoczył do wody. Jak każdy pływak, po pewnym czasie sprawdził, jak daleko odbił od brzegu i wtedy zobaczył swój ponton w wodzie. Zapomniał, że istnieje coś takiego, jak przypływ. Przeszedł w szybki crawl, ale podwodny prąd był silniejszy. Stracił ponton z oczu, od wysepki dzieliła go już spora odległość, więc zaczął płynąć po prostu przed siebie, na przetrwanie. Czasami w pobliżu pojawiała się jakaś motorówka, wtedy machał ręką, wołał o pomoc, tylko nikt go nie słyszał, ani nie widział. Uratował go dopiero kuter rybacki, płynący z turystami na wycieczkę.

– Rzucili z pokładu koło ratunkowe i wyłowili z morza starego, nagiego
człowieka – ironizuje Sowa. – Przy trapie dostałem zaraz jakiś koc, bo oczywiście byłem turystyczną atrakcją, poszły w ruch fotoaparaty. Prawie nic nie widziałem, morska sól zalepiła mi oczy. Poprosiłem o coś do picia, dostałem papierosa. Na brzegu czekała już na mnie policja. Opisałem całe zdarzenie, wysłali łódź na poszukiwanie pontonu i nawet szybko go znaleźli. Cały poobijany, był już prawie na pełnym morzu. Fale zmyły z burty wszystkie moje rzeczy, które zostawiłem – ciuchy, portfel, okulary, komórkę… Tylko sandały zostały, bo je wrzuciłem na pokład. Sporządzili protokół, zadzwonili do Uli, do pracy, zawieźli do domu, porządne chłopy. Możesz sobie wyobrazić zdziwienie Uli, jak mnie zobaczyła czekającego przed drzwiami, w policyjnym dresie i w klapkach. Moja lekarka, do której zgłosiłem się na badania, na następny dzień, zapytała mnie, jak długo mniej więcej płynąłem. Powiedziałem, że orientacyjnie około trzech godzin. To nieźle, jak na faceta po zawale, z bajpasami – usłyszałem. EKG wypadło w każdym razie bez zarzutu.

W sobotę rano na niegdyś bardzo polskim Green Point można kupić w hurtowni świeżuteńkie, dobrze uwędzone ryby. Brygada Sowy kończy pracę na Bronx i zbieramy zamówienia, komu łososia, komu dorsza. Polacy zaczęli się pomału wyprowadzać z tej dzielnicy, kiedy gruchnęła pogłoska, że w pobliżu powstanie wysypisko śmieci i część domów zostanie zburzona. Okazało się to zwykłą plotką, a grupa przedsiębiorczych biznesmenów, która ją rozpowszechniała, wykupiła pustostany i zrobiła z Green Point małe Las Vegas, z kultowymi kawiarniami, salonami gry, nocnymi barami i dyskotekami. Widać to zwłaszcza przy Bedford Avenue. Ceny nieruchomości w dzielnicy poszły mocno w górę i kogo nie było stać na wyższy czynsz, wyprowadzał się, ale polskich akcentów nadal na Green Point nie brakuje. Widać je na szyldach sklepów, biur podróży, banków, restauracji, słychać na ulicy.

Ryby podzielone, należność od kolegów skasowana, możemy jechać na zaplanowaną wycieczkę do ważnego dla tutejszej Polonii maryjnego sanktuarium w Doylestown, zwanego amerykańską Częstochową. To niedaleko od Nowego Jorku, około 100 mil. Pogoda dalej dopisuje, ale niestety dobry fart opuszcza Sowę. Na przedmieściach Doylestown przejeżdża skrzyżowanie na czerwonym świetle i zalicza stłuczkę. Tęgi brodacz z terenówki, który miał już zielone światło i nie zdążył wyhamować, ma ledwo porysowany zderzak, za to Sowa będzie miał chyba tylny wahacz i drzwi do wymiany, a na pewno nie wróci tym autem samodzielnie do domu. Jęczy, że nówka Honda i tak potrzaskana, a powinien się przede wszystkim cieszyć, że nikomu się nic nie stało. W drugim samochodzie jechała cała rodzina, poza ojcem za kierownicą – matka w zaawansowanej ciąży i dwie dziewczynki. Wszyscy zachowali spokój; przyjechała policja, zrobiła, co do niej należało, brodacz pojechał w dalszą drogę, a my z Sową policyjnym autem na parking.

W sumie byłoby to banalne wydarzenie, warte może tylko krótkiej wzmianki, gdyby nie godne laurki zachowanie miejscowego stróża prawa. Pierwotnie auto miało zostać na parkingu, a my mogliśmy wracać do domu i organizować transport Hondy do zaprzyjaźnionego warsztatu, co wiązało się z podwójnymi kosztami. Miejscowa pomoc drogowa nie wyjeżdżała poza granice miasta. Emerytowany sergeant o wyglądzie Clinta Estwooda, który na pół etatu dorabiał jeszcze w służbie, dał się jednak uprosić i zaczął ze swojej prywatnej komórki obdzwaniać znajomych, żeby nam pomóc. Udało się, przyjechała dwuosobowa ekipa, wciągnęli auto na pakę, Sowa zajął trzecie miejsce w kabinie, a ja znów do autobusu. Pojechaliśmy najpierw do jakiegoś sklepiku, który pełnił również funkcję kasy biletowej, policjant sprawdził, o której mam połączenie do Nowego Jorku, a później zawiózł na przystanek, przykazując, żebym się stąd nigdzie nie ruszał. Skromnie licząc poświęcił ponad dwie godziny prywatnego czasu na pomoc obcym bliźnim. Thank you sergeant!

Autobus zatrzymywał się w każdym miasteczku, przez które przejeżdżaliśmy. W sobotni wieczór ruch pasażerów był umiarkowany. Wejścia do domów i witryny sklepów były już udekorowane na nadchodzący Halloween najwymyślniejszymi straszydłami; w jakimś otwartym, rzęsiście oświetlonym garażu, długowłosy artysta o końskiej twarzy rzeźbił drewniane figury, w innym muzykowała grupa country, a wszędzie widać było niezliczone lampiony, wykonane z pomysłowo wydrążonych dyni. Tym razem autobus zakończył kurs, gdzie trzeba, na 42 ulicy i na Queens dotarłem bez problemów. Uszkodzona Honda stała na parkingu stacji benzynowej niedaleko domu; póki nie zostanie naprawiona, Ula z Adasiem będą korzystać z ich starej Hondy, która działała bez zarzutu. W niedzielę jedziemy nią na Green Point, do polskiego kościoła, wypada podziękować Bozi za to, żeśmy wyszli cało z wypadku.

Droga powrotna do Europy zaczyna się na lotnisku La Guardia, niedaleko od Queens. Z okien samolotu, przy bezchmurnym niebie, podziwiam Statuę Wolności, której tym razem nie udało mi się zobaczyć z bliska, ruch statków po Hudsonie, panoramę metropolii. Spędziłem w tym ponad 8-milionowym mieście okrągły tydzień, nie obejrzałem Manhattanu z wody, za to powłóczyłem się późnym wieczorem po rzęsiście oświetlonym Broadwayu i za dnia po Parku Centralnym. Nie zwiedziłem żadnego ze słynnych muzeów, nie zarobiło na mnie żadne biuro turystyczne, ale byłem pełen wrażeń. Kocham chodzić bez celu po obcych ulicach, obserwować różne ludzkie typy, łowić zapachy dolatujące z knajp, perfumerii, dźwięki muzyki z tanecznych parkietów, przycupnąć w jakiejś przydrożnej kafejce.

Któregoś dnia zaniosło nas z Adasiem na Brighton Beach, na południowym cyplu Brooklynu, za którym już tylko Atlantyk. Na ulicy nikt nie mówił po angielsku, był za to bazar za bazarem, jeden kusił cytrusami, drugi wódeczką, jakiej byś nie zapragnął, w następnym mogłeś sobie kupić kożuch, bo przecież szła pomału zima, a w każdym poczęstować cię mogli czajem, jeżeli oczywiście byłeś poważnym klientem. Nie bez powodu nazywano tę dzielnicę Małą Odessą, tu skupia się od pokoleń rosyjska – w szerokim tego słowa znaczeniu – emigracja. Było więc swojsko. Przy szerokim deptaku nad piaszczystą plażą rozsiadły się restauracje i bary, w których zjeść można było soljankę albo pielmieni, napić się zimnej baltiki, posłuchać kawałów, opowiadanych rosyjsko-żydowskim żargonem, albo popatrzeć, jak walczy z kielichem starszy jegomość. Purpurowa od wódeczki twarz, jakby wycięta z kreskówki o wilku i zającu, zdradza pełną determinację. Kolega w kaszkiecie nalewa z karafki, żołądek już nie przyjmuje, ale hańba odmówić, więc walczy. Co zwróci, to uzupełni, zuch! Ponoć ziąb nadchodzi i słoty, dobrze byłoby wykąpać się jeszcze w morzu, na pamiątkę pobytu w Brighton Beach. Idziemy więc na plażę i nura do wody, ale jest dosyć chłodno i długo sobie nie popływamy.

– Proszę, jacy ci mężczyźni odważni – zaczepia nas piegowata plażowiczka.

lilianaJej śpiewny angielski zdradza, że nie urodziła się na Brooklynie. Przechodzimy na rosyjski, Liliana jest naszą rówieśniczką i pochodzi z Mińska. W Stanach mieszka od 13 lat, podobnie jak Adaś ma amerykańskie obywatelstwo i pracuje jako pielęgniarka w szpitalu na Coney Island. W Mińsku była lekarzem, tutaj nie uznano jej dyplomu, więc skończyła studium pielęgniarskie i mówi, że jest zadowolona. Zarabia dobrze i dalej pomaga ludziom. Jest wdową, mąż był Irlandczykiem i pracował w policji. Zapraszamy Lilianę na kawę, a ona nas później na ukraiński barszcz, który kupuje w swoim sprawdzonym sklepie. Jemy go z plastikowych pojemników, na ulicznym skwerze i rozmawiamy o życiu.

Międzylądowanie znowu w Atlancie. Ogromne jest to lotnisko, z terminalu na terminal jedzie się podziemną, ekspresową kolejką, są oznaczone kolejnymi literami alfabetu, jak osiedla w Tychach. Podobnie, jak w tamtym kierunku, korzystam z porządnego serwisu amerykańskich linii Delta Airlines. Po kilkunastu godzinach lotu wita nas Europa, już spowita jesiennymi szarugami. Nad Monachium burza i gęsta mgła. Przy optycznie zerowej widoczności pilot pewnie osadza maszynę na płycie lotniska. Kiedy wraz z innymi pasażerami stoję w kolejce do odprawy paszportowej, wchodzą bocznymi drzwiami – kapitan samolotu wraz z załogą, wszyscy niemłodzi, a stewardessy wyraźnie zmęczone. Pierwszy pilot, o szerokiej, ogorzałej twarzy, z siwą grzywą włosów opadających na kołnierz munduru, niesie niedbale swój wiekowy kuferek, który gdyby mógł mówić… Drugi przypomina starego pirata, nie mają w sobie nic z tych irytujących, operetkowych póz, tak często odgrywanych przez ich młodszych kolegów.

– Jak było? – pyta mnie po powrocie młodszy syn, Mikołaj.
– Przejechaliśmy na czerwonym świetle, jest mandat za 126 baksów, ale na szczęście wszyscy zdrowi – odpowiadam.

Za tydzien jeszcze raz Nowy Jork

In Sophia

Anina Takeff
Protests Sofia – 150th day
10.11.2013, 10 000 people on the streets

heute war der 150. tag der proteste und der forderungen für neuwahlen gegen die neue erst ende mai gegruendete bulgarische regierung aus sozialisten und türkenpartei. es wurde jeden tag gegen korruption und skrupellose machtausübung demonstriert sowohl tagsüber als auch abends. seit einigen wochen fordern nun auch studenten nach neuwahlen und haben die universität von sofia besetzt. vor genau 24 jahren als die ‘wende’ kam, hat man auf eine gute zukunft gehofft, leider aber regiert die mafia seither das land.

anina14
anina15
anina16
anina13

anina11

anina10

anina9

anina8
anina7

anina6

anina5

anina4

anina3

anina2

anina1As I prepared that post it was still friendly in Sophia. Only two days later it was already not peacefull anymore. On November 12, the 152nd consecutive day of anti-government demonstrations in Bulgaria, protesters surrounded the National Assembly, blocking MPs inside. The police cordoned off one of Sofia’s main boulevards, Tzar Osvoboditel, trying to provide free passage for MP vehicles. The following video captures police violence against protesters, who managed to break through the security lines.

Zagadka – Rätsel – Riddle

kopertaI got that photos some days ago in Berlin. I did know, who made them, where and when? Now I know everything. Try to find all the answers. If you do it, you can get these pics in their original enevelope as a price.

Dostałam te zdjęcia kilka dni temu w Berlinie. W tej właśnie kopercie. Autor nieznany, miejsce nieznane, nieznany rok wykonania. Spróbujcie zgadnąć. Ja już wiem wszystko. W nagrodę, jeśli wyrazi się takie życzenie, mogą być te właśnie foty w tej właśnie kopercie.

Ich habe diese Fotos vor ein paar Tagen in Berlin bekommen, ohne zu wissen, wer sie machte, wo oder wann? Versuch den Ort und die Zeit zu bestimmen. Es ist möglich, es gab Menschen, die es nach dem ersten Foto schon wussten. Ich selber habe schon alles entdeckt. Als Preis kann man diese Images im Original bekommen.

zagadka4-5
zagadka6-7zagadka8zagadka9zagadka10zagadka11zagadka11zagadka12zagadka14-15-16-17
zagadka18zagadka19zagadka20-21zagadka22A tu odpowiedź (zagadkę rozwiązał na Facebooku Piotr Pawłowski) / Antwort von Piotr Pawłowski via Facebook / Answer: Katowice – czasy mniej więcej współczesne/ +/- heutzutage / apr. recent times.

odpow2 odpow1odpow3Autor: Waldemar Kompała
Dziękuję / Danke / Thanks

Reblog: Jom Kippur

10. Tischrei 5773 / 13.-14. September 2013

Dieser Tag ist der heiligste Tag im jüdischen Jahr. Im Buch von Meike Winnemuth fand ich die Beschreibung des Tages 2011. Es war so. 2010 gewann Meike bei Günter Jauch eine Halbe Million Euro und flog (fast) gleich los. Ihr Projekt für 2011 war: 12 Städte in 12 Monaten. Sydney, Buenos Aires, Mumbai… Im Oktober war sie in Tel Aviv.

Gegen drei bin ich endlich aus dem Haus gekommen, ich musste noch was fertigschreiben. Morgen ist Jom Kippur, jetzt besser schnell noch was einkaufen, dachte ich. Und stand dann mit offenem Mund auf einer menschenleeren Straße vor verschlossenen Geschäften. Auf der Straße, denn Autos fuhren zu diesem Zeitpunkt in etwa so viele wie sonst gegen drei Uhr nachts.

Straßen leer, Geschäfte zu, Restaurants geschlossen, selbst der Strand war verlassen – über diesem Freitagnachmittag, dem Vorabend zum höchsten jüdischen Feiertag, lag eine Stimmung wie frischgefallener Schnee. Die Welt ist wie ausgeknipst und in Watte gepackt, so leise. Ich glaube, ich hatte zuletzt 1973, am autofreien Sonntag während der Ölkrise, ein ähnlich entrücktes Gefühl mitten in einer Stadt.

Zu Jom Kippur hält das Land den Atem an. Selbst normalerweise nicht so Strenggläubige fasten für 25 Stunden und trinken nicht mal Wasser, es fahren keine Busse und Bahnen, das israelische Fernsehen stellt seinen Sendebetrieb ein, es ist der Tag der Ruhe und Reue, und er beginnt mit dem heutigen Sonnenuntergang. Weitere Regeln: kein Sex, keine Lederschuhe, weiße Kleidung. Der Tag wird in der Synagoge verbracht, mit einer Unterbrechung am Nachmittag für ein kleines Nickerchen.

Schon am normalen Sabbat befolgen viele das Gebot, am siebten Tag zu ruhen und nicht zu arbeiten. Gar nicht. Das bedeutete unter anderem früher: kein Feuer anzuzünden. Heute: kein Auto zu fahren (der Zündfunke), kein Licht anzumachen, nicht zu kochen. Ob Elektrizität erlaubt ist oder nicht, ob man einen Kühlschrank öffnen oder den Aufzug nehmen darf, also um alle Probleme, die alte Lehre in das moderne Leben zu übersetzen, darum gibt es viele – und viele lustvolle – Debatten.

Doch wie immer, wenn der offizielle Betrieb ruht, beginnt ein geheimes zweites Leben. Heute, am Vorabend von Jom Kippur, drangen Kinderrufe hoch in meine Wohnung. Irgendwas war auf der Straße los. Ich ging noch einmal hinunter. Und tatsächlich: Die Kinder erobern sich an diesem Abend auf Fahrrädern, Skateboards, Inlineskates die leeren Straßen zurück so wie wir damals die verlassenen Straßen von 1973. (Übrigens dem Jahr des Jom-Kippur-Kriegs, als Ägypten und Syrien die Feiertagsruhe nutzten, um Israel zu überfallen – aber das ist eine andere Geschichte.) Es ist die entspannte, verspielte, übermütige und überhaupt nicht leise, sondern lebensfrohe Variante von Ruhe, wie ich sie so liebe. Ich habe gerade gegoogelt, ob man am Sabbat eigentlich joggen darf, und die Antwort war: solange es ein Vergnügen ist und keine Anstrengung – ja. Eine Auslegung, mit der ich leben kann.

los-meikewinnemuthMehr über das Projekt von Meike Winnemuth: HIER
Und das Buch (Fragment einer Buchkritik):

Meike schreibt so enthusiastisch, humorvoll und unprätentiös, dass man sofort total mit hineingerissen wird in ihre Geschichten: Ausgelassenes Ukulele-Spielen in Sydney, demotivierender Tango in Buenos Aires, „Take That“ in San Francisco, Totes Meer in Tel Aviv. Von allem bekommt der Leser ein schmackhaftes Stück ab.

Es gibt so viele Stellen, an denen man der Autorin das pure Glück formlich „anliest“ – und auch einige, an denen man ihre Enttäuschung mitfühlt. Doch immer beschreibt sie diesen einen Grundgedanken: Dass jedem von uns die Welt mit all ihren Möglichkeiten offensteht, wenn wir uns nur trauen loszugehen. Und dazu muss man gar nicht bei „Wer wird Millionär?“ gewinnen, denn Meike stellte fest, dass sie die Reise auch ohne das Geld hätte machen können. Sie sei nur nicht mutig genug gewesen, es ohne dieses verrückte finanzielle Sicherheitsnetz zu wagen.

Und noch dazu

Jom Kippur: David Daor, tenor, modli się o przebaczenie / Gebet um Vergebung / Prayer for forgiveness

Nie lubię poniedziałku

Dorota Cygan 

„Nie lubię poniedziałku“ – dla Polaka takie westchnienie jest odniesieniem nie tylko do uniwersalnych ludzkich doświadczeń, ale – no, do czego, Drogi Czytelniku? Wiemy, wiemy, banalne pytanie, ten tytuł ma pewnie swoje miejsce w zbiorkach Skrzydlatych słów albo leksykonach pospolitych westchnień/ przekleństw – i nic na to nie wskazuje, by kiedykolwiek straciło swoją aktualność. My przewrotnie pomyślałyśmy, że nasz ostatni wspólny poniedziałek (26 sierpnia) będzie dobrą okazją, żeby dokonać małej aktualizacji: Tak, jak kiedyś reżyser wspomnianego filmu chciał pokazać najładniejsze zakątki Warszawy (w roku 1971!), tak my Wam pokażemy subiektywny wybór co ładniejszych zakątków Berlin,  uchwycony podczas malej przejażdżki statkiem owego poniedziałku 2013 roku. Bo łatwo się domyślić, że to przed poniedziałkiem właśnie schroniliśmy się na statku i udaliśmy się w mały Rejs, (a to akurat cytat niezamierzony, proszę nie iść tym tropem), choć istniał tez i inny, bardziej uroczysty powód, którego nie ma po co  zdradzać (uwaga, ci co znają niemiecki już i tak wiedzą!) Mamy wcale niemałe wewnętrzne przekonanie, ze wpis ten da Wam dobry argument dla pracodawcy, żebyście każdy następny poniedziałek spędzali w Berlinie. Nie ma wyjścia, skoro tak jak my nie lubicie poniedziałku.

To wszystko (przewodnik po Berlinie = widziany z wody) BĘDZIE, niechybnie w następnym wpisie. Jako doświadczeni uczestnicy rynku produktów kultury wiemy jednak, że koniecznie trzeba wyprodukować mały zwiastun, żeby Wam zaostrzyć apetyt. To więc to, co przeczytacie dzisiaj, temu właśnie (zwiastowaniu? oj, może nie aż tak) służy – i zupełnie nie jest nam z tego powodu głupio.

Dzisiejszy mini-fotoreportaż ma tytuł:

My berlińczycy w czasie pracy.

No, i znów wyszedł w połowie niemal cytat. To niech to będzie zagadka. Kto pamięta? Kto sięgnie do pamięci i jakoś skomentuje? Nie bądźcie tacy, napiszcie coś. Jedna z uczestniczek tej poniedziałkowej przejażdżki w tym wydarzeniu nawet maczała palce, więc będzie jej bardzo miło…

reporterkaDobrze, ale teraz już będzie na temat.

Na pozór wszystko wygląda na wakacyjną ściemę. Ale nie! Berlińczycy działają! Zjednoczeni w tym działaniu i jak rzadko zgodni polscy i niemieccy berlińczycy, a także inni, ci z domieszka protestanckiej etyki pracy lub, jak kto woli,  benedyktyńskiej. Działają!

Jako fotoreporterzy, niestrudzenie chwytając życie na gorąco. Ciągi obrazów układają się im potem w historie. A wszystko to dla Was.

P1170308Akredytacje zdobywają dzięki Instytutowi Polskiemu, finansowanemu przez… (nie powiemy, to nie jest tekst sponsorowany!)

P1170307W ciężkim upale jedni prowadzą rozmowy biznesowe, a  inni testują działanie promieni słonecznych w warunkach eksperymentalnych.

P1170302Podróżując statkiem, dzięki niecodziennej perspektywie na Tränenpalast zbierają materiał na researching na temat granic, ich przekraczania oraz wolności jednostki pływającej.

P1170301Jako poważni inwestorzy patrząc z pozoru na fasady dokonują wyboru miejsc pod siedzibę biur, mając na uwadze zwłaszcza tworzenie miejsc pracy.

P1170297Zasilają kasę miasta pozwalając zarobić armatorowi.

P1170296P1170290Szukając wątków polskich odkrywają działalność konspiry: zakamuflowane polskie flagi jako znak, że nasi zdobyli już niejeden przyczółek stolicy Niemiec.

P1170294Odbywają bilateralne spotkania orientacji proekologicznej.

P1170292 P1170293Biorą udział w castingach do nowej wersji Rejsu, poprawnej politycznie, być może w kooperacji z zagranicą.

P1170289Zbierając materiały na konkurs fotografii architektonicznej są gotowi powtarzać przejażdżkę nawet poza poniedziałkami, by ujęcie było perfekcyjne.

integracjaAle ponad wszystko z wielkim zaangażowaniem udzielają się w ramach działalności aktywizującej polsko-niemiecko-berlińskie spotkania interkulturowe, przy soczku lub kawie, a czasem też przy piwie, czego reporter, dziwnym trafem, nie uchwycił.

Nie zapominajmy: berlińczyk pracuje zawsze. Nawet gdy okoliczności temu przeczą.

Zwłaszcza w poniedziałek. 

Ausflug in Berlin

Es war Montag. Wir waren zu sechst. Dorota, Lida, Felice, Mini, Adrian und ich. Eine von uns hatte Geburtstag. Wir machten eine Schifffahrt. Drei FFF, richtig? Am Ende des Tages ist ein gemeinsamer Text entstanden. Mit unheimlich viel Konjunktiven. Die Polen und Polinnen unter uns freuen sich deshalb, da ein Konjunktiv etwas Feines und in Polnischem kaum Benutztes ist. Im Laufe des Tages sind auch jede menge Fotos entstanden. Ein davon ist ein Rätsel.

Was ist es?

zagadka-berlin-zwodyEs ist der Schatten eines Polers (eines Knechts) auf dem Schifftisch.

Der Rest der Fotos und kleine Reportage für diejenige, die Polnisch kennen – morgen. Für heute dies, was am Tag selber entstanden ist:

Wenn ich das gewusst hätte, was auf mich zukommt, hätte ich nichts zum Frühstück gegessen, hätte ich mich gestern noch mehr drauf gefreut, hätte ich mich über jeden Grashalm auf der Strecke informiert (Adrian lacht über “Gras” – Gras wäre tatsächlich eine gute Ergänzung zum Chillen gewesen). Ich hätte nichts anders gemacht! Aber vielleicht hätte ich vorher ein Buch über die Architekturgeschichte Berlins lesen sollen. Berlin ist eine Stadt am Wasser, alles spiegelt sich und leuchtet, und ich habe so viele Bauten gesehen, die ich nicht kannte.

Alle

PS. 1. Hiermit verpflichte ich mich zum nächsten Geburtstagausflug mit Lida ein bisschen Gras zu besorgen. (Vom feinsten) – Adrian.

PS. 2. Ist gut. Ich habe gerade mit Johanna und Tanja den Film Paulette gesehen. Danach haben sie den Wunsch geäußert, unbedingt einen Schokokuchen mit Haschisch zu essen. Ich glaube ein mit Gras ginge auch. Den soll ich backen! – Ewa Maria Slaska.

PS. 3.

Zum Geburtstag für Liduś am 26. August 2013

Hab Dank für einen schönen Tag
voll Sonne und Burgunder,
nach Landwehr, Spree und Bundestag
im Ankerklausenwunder.

Auf dass noch viele solche Tage
gemeinsam uns begleiten –
In Schleusen geht es auf und ab,
wie in des Lebens Weiten.

Mini

Fortsetzung folgt morgen / To be continued tomorrow / Ciąg dalszy nastąpi jutro

Und zum Schluß schöne Geburtstagsmusik:

http://www.youtube.com/watch_popup?v=G4nX0Xrn-wo&sns=em

Miasta w sezonie / Städte in Saison

Das Rätsel wurde von Anne Schmidt gelöst: Das Städtchen heißt Köpenick, das Buch von Carl Zuckmayer – “Hauptmann von Köpenick. Ein deutsches Märchen in drei Akten” und der wahre Held der Geschichte – Friedrich Wilhelm Voigt.

Jest początek lipca 2013 roku. Godzina 12 w południe. Piękna pogoda. Słońce, ciepło, ale nie upalnie, lekki wietrzyk. Pojechałam służbowo do małego miasteczka nad jeziorem.
W miasteczku jest kompleks ładnych budynków barokowych położonych na wyspie w pięknym parku.

I jest pusto. pusto. Pusto. Pusto….

Co to za miasteczko? Was ist das für ein Städtchen?

puste10 puste01 puste02 puste03 puste04 puste05 puste05a puste05b puste05c puste06 puste07 puste08
hauptmannW tym miasteczku stoi pomnik pewnego bohatera literackiego, który wzorowany był na losach pewnej autentycznej postaci.

er

Kto to? Wer ist es? Friedrich Wilhelm Voigt.
Co zrobił? Was hat er gemacht? Am 16. Oktober 1906 hat er als Hauptmann verkleidet einen Überfall auf das Rathaus der Stadt Cöpenick bei Berlin organisiert;  mit einem Trupp gutgläubiger Soldaten drang er ins Rahaus ein, verhaftete den Bürgermeister und raubte die Stadtkasse.
Kto o nim napisał? Wie hieß der Autor? Carl Zuckmayer
Jak się nazywała książka o nim? Wie hieß das Buch?
– “Hauptmann von Köpenick. Ein deutsches Märchen in drei Akten” (1931); es war nicht das erste (und nicht das letzte) Theaterstück über Voigt, dafür aber das berühmteste.

I notatka dla polskich czytelników: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kapitan_z_K%C3%B6penick

Kenia III – Mombasa

Persische Gattin

Mombasa

Am nächsten Tag “wagen” wir, mein Mann und ich, die Hotelanlage zu verlassen und nach Mombasa zu fahren, um die Stadt auf eigene Faust zu erkunden. Für uns ist es ganz normal, dass wir die Umgebung zu Zweit besichtigen wollen, nicht aber für die anderen Gäste des Hotels. Ein deutsches Ehepaar schüttelt fast synchron den Kopf: “alleine in die Stadt fahren, mit den stinkenden Bussen, das wäre nichts für uns”. Sie entscheiden sich paar Tage später doch Mombasa mit einer organisierten Gruppe und einem von dem Hotel eingestellten Reiseführer zu besichtigen, bricht aber den Ausflug schnell ab. “Die Gassen so schmal und schmutzig, und alles so stinkend – das muss man im Urlaub nun wirklich nicht haben“, erklären sie uns beim Abendessen.

Mombasa4 Nun fahren wir mit einem der einheimischen Buse Richtung Mombasa. Immer wieder steigt jemand zu, der Bus ist  fast voll. Wenn man aussteigen möchte, klopft man an die Blechwand des Busses und der Fahrer hält abrupt am Straßenrand an.  Gerade ist ein Ehepaar eingestiegen: eine Frau mit zwei Kinder, die aus den um den Körper der jungen Mutter gewickelten Tüchern hängen, und ihr Mann. Der Kassierer – ein flotter und frecher, junger Kenianer, der an jedem Zwischenstopp neue Passagiere anwirbt, hat nun keinen Sitzplatz und muss in gebückter Haltung in dem fahrendem Bus stehen. Später erfahren wir, dass die “Bus-Kassierer” genau wissen, wo Polizeikontrollen stattfinden und sich vor so einem Kontrollpunkt  zusätzlicher Passagiere, für welche es keinen Sitzplatz gibt “entledigen” . Die rausgeschmissene Kenianer nehmen das aber mit einer stoischen Ruhe und warten einfach auf den nächsten Bus.

Mombasa6Der “Bus-Kassierer” gibt uns das Restgeld aus. Er hält die Scheine zusammengefaltet zwischen allen fünf Finger der rechten Hand, so hat er beim Wechseln einen besseren Überblick. Ich gebe der Mutter der Kinder Süßigkeiten für die Kleinen, obwohl ich weiß, dass UNICEF, UNO und andere “Heiligen” es nicht empfehlen, es sei schlecht für die Zähne der Afrikaner. Aber nachdem ich gestern gesehen habe, dass die kenianischen Kinder mit dem erbettelten Geld sofort in den Supermarkt laufen, um sich etwas Süßes zu kaufen, sind mir diese Empfehlungen egal, denn die Herren in den hohen Institutionen kennen Kenia anscheinend nur aus den Statistiken.
Mombasa0
Seit gestern streiten wir uns mit meinem Mann, da ich so sehr mit den Menschen in Kenia Mitleid habe, dass ich am liebsten jedem Geld in die Hand drücken würde. Mein Mann sagt aber, die Leute, die mit Touristen arbeiten, haben hier genug zum Leben. Wenn schon helfen, dann  denen, die wirklich arm sind. Aber mir scheinen fast alle hier sehr arm zu sein.

Mombasa2In dem Bazar von Mombasa vergesse ich die Meinungsverschiedenheiten. Es gibt so viele Farben, so viele Gerüche, so viele Speisen und unzähligen Gewürze – Mombasa war schon vor paar Jahrhunderten ein Potentat in Gewürzhandel. Ich zucke mein Fotoapparat und möchte ein Bild machen… Plötzlich ein Lärm, ein Getümmel – mehrere Frauen schreien, ich merke, dass der Ärger mir gilt.

Mein persischer Mann kapiert als erster, dass die Frauen Moslem sind und nicht wünschen, fotografiert zu werden. Ich stecke das Fotoapparat weg und sage in Suaheli: Pole –  was so viel wie “Entschuldigung” bedeutet, und Saua – was “ok”  bedeutet und deute daraufhin, dass ich  keine Absichten mehr habe, Fotos zu knipsen: Akuna Matata – Kein Problem! Die Gesichter der Frauen erhellen sich: diese Weiße – diese Mzungu – spricht Suaheli!  (was natürlich nicht stimmt). Aber diese paar aufgeschnappten Worte reichen, um die Furien zu besänftigen.  Jede möchte mich in ihr Laden einladen, ihre Stoffe, Töpfe, oder was sie da zu verkaufen hat, präsentieren.

Nach dieser Erfahrung merke ich, dass das Lernen der Sprache ein Mittel ist, um an die Kenianer ranzukommen, und nicht mehr als weißes Fleisch behandelt zu werden.

Mombasa5Wir spazieren durch die Straßen in Mombasa, viel an Sehenswürdigkeiten gibt es hier nicht, obwohl die Stadt mindestens seit 2000 Jahren existiert. An dem Ort, wo sich früher der Sklavenmarkt befand, gibt es nicht Mal eine Infotafel. Außer Fort Jesus – einer Festung, die die Portugiesen gebaut haben, und den Tusk – vier riesigen Elefantenstoßzähnen die die Straße überspannen, ist in der Stadt nicht viel zu sehen. Aber trotzdem macht es Spaß, durch die lebendigen Straßen zu schlendern, die Kenianer bei den Nachmittagsschlaf im Park zu beobachten, die kleinen Läden mit den laut arbeitenden Stromerzeuger zu besuchen, die Jungs in den Schuluniformen, die an den Lianen baumeln, anzufeuern.

Mombasa7Wir gehen in ein Cafe und bestellen zwei Flaschen Cola. In der Ecke brummt ein Fernseher, die Ventilatoren summen an der Decke. Die Ware steht an dem improvisierten Tresen. Die Kellnerin mit einer Netzhaube auf ihrem glatten, schwarzen Haar nähert sich uns langsam mit faulen Katzenschritten. Die Cola ist warm, die drei riesigen Kühlschränke, die an der Wand stehen, funktionieren nicht. Nach ein paar Minuten verlassen die letzten Gäste das Cafe, eine der Kellnerinnen sammelt Zuckerdosen von den Tischen, die zweite gesellt sich zu ihr. Sie schütteln den Zucker auf die Handflächen und lecken es kichernd ab, sie tuscheln und wieder wird der Zucker geschüttelt und abgeleckt. Wir fragen wie viel sie in dem Cafe verdienen – 300 Schilling (etwa 3 Euro) am Tag. Obwohl die Mädels ständig mit Touristen in Berührung kommen, gibt mein Mann ihnen, trotz seiner Vorsätze,  ein gutes Trinkgeld.

Mombasa3Wir gehen in die Altstadt, an den kleinen Gassen gibt es Läden mit alten Möbel, Antiquitäten, Handwerk: Sandalen, Holzschnitzerei und Fischläden – in welche Katzen rein und raus spazieren, Fischköpfe und Innereien essen, oder einfach auf dem Betonboden schlafen, und niemand vertreibt sie. Die Verkäufer sind  nicht darauf bedacht “den weißen Mann” zum Kaufen zu zwingen, wie die Beach Boys, die Preise sind für uns genauso hoch (oder besser niedrig) wie für die Einheimischen. Wir gehen in einen Schuhladen, um Sandaletten zu kaufen. Der Verkäufer lächelt uns an, und als er merkt, dass wir handeln wollen, reibt er die Hände und feilscht mit meinem Mann mit großen Vergnügen. Ich beobachte, wie mein persischer Mann und der Sandalenhändler aufgeregt und sichtlich vergnügt sich miteinander unterhalten, und denke, dass man dieses Kenia aus der Perspektive der Hotelanlage nicht zu sehen bekommt.

Es ist später Nachmittag und wir müssen aber in die Hotelanlage zurück.

Affe

Angekommen  mache ich die Balkontür auf und sehe das erste Mal die Affen.  Die Hotelangestellten  haben uns vor ihnen gewarnt, dass sie in die Zimmer kommen und auf der Suche nach Essbarem, alles verwüsten, und dass man sie nicht futtern soll. In diesem Moment ist es mir aber egal und ich futtere die Äffchen. Die stärkeren und größeren Exemplare nehmen den Kleinen oder den Mütter mit Kleinkinder die Bananen weg, schlagen sie und jagen weg. Das holt mich wieder an den Boden der Tatsachen – wir sind in Kenia – Kenia ist kein Zuckerschlecken. Hier kämpft man ums pure Überleben.

Fortsetzung folgt in einer Woche…

Ein Ausflug in Iran II – Isfahan und weiter

Persische Gattin weiterhin unterwegs in Iran.

ISFAHAN…

… war früher die Hauptstadt Persiens, dann zogen die Monarchen um, da die Müllberge und Gestank unerträglich wurden. Heutzutage hat Isfahan etwa 2 Millionen Einwohner und ist einer der schönsten Städte in Iran. Vor allem beeindruckend ist der Blaue Moschee.

Isfahan 2Isfahan 3Es wird hier nicht mehr gebetet, das Gebäude ist eine Touristenattraktion. Der Moschee hat eine unglaubliche Akustik, ich habe da einen Muezzin singen gehört, die Stimme hallte in dem Raum, pralle gegen die blaue Kuppel, wie gegen den Himmel und kam tausend mal stärker zu uns, den Sterblichen zurück. Ich hatte Gänsehaut und, obwohl ich nicht nah am Wasser gebaut bin, Tränen in den Augen. Auf dem großen Platz vor dem Monarchen-Palast picknicken die Iraner oft oder spazieren. In kleinen, gemütlichen Geschäften wird das iranische Handwerk verkauf.

Isfahan 4

Isfahan 1

Turme 1Die wackelnden Türme

Am Rande von Isfahan kann man ein Gebäude mit zwei Türmen bewundern. Jede volle Stunde steigt ein Mann auf ein der Türme um mit ihm zu wackeln. Der zweite Turm wackelt mit. Bis heute zerbrechen sich die Architekten den Kopf, wie das wohl möglich ist. Ich beneide nur den Turm-Angestellten nicht. Gefragt: was machst Du beruflich? – ist er gezwungen zu antworten: ich wackele die Turme. Hmmm… Wenn man aufmerksam schaut, erkennt man in dem rechten Turm das weiße T-Shirt des Mannes.

Turme 3

NAQSCH-E-ROSTAM

In der Nähe von Persepolis befinden sich im Fels gemeißelte Gräber von Darius II, Artaxerxes, Darius I und Xerxes I. Die Größe überwältigt!

Gräber 4

Gräber 3Unter diesen Herrscher erstreckte sich das persische Reich bis zum Donau. Interessant ist, dass die persischen Monarchen die eroberten Völker nicht versklavt haben. Sie durften weiter ihre Religion praktizieren und die Sprache, Kultur und traditionellen Bräuche erhalten. Das einzige, was sie abgeben mussten, war ein Teil der Ernte, Gold und Wasser. Die Herrscher der späteren Römischen Reiches, zum Beispiel, waren da ganz anders drauf. Am Rande der archäologischen Städte – die Kamele, vor allem russische Touristen machen Fotos mit den Tieren, oder wagen einen Ritt.

Kamel 1

Kamel 2

PERSEPOLIS

Persepolis wird auch Tacht-e-Djamshid genannt (also Thron der Djamshid). Djamshid war ein König der Persischen Frühzeit, der über alle Bestien, Dämonen und Engel der Welt herrschte. Persepolis wurde von Darius den Großen gegründet (etwa 500 vor Christus). Die Stadt überwältigt, vor allem wegen ihrer Größe.

Persepolis 1Persepolis 2Persepolis 3Was mich erstaunt hat, war der Umgang der Kolonialmacht – England mit den gigantischen Skulpturen. Auf den Sockel kann man einmeißelte Namen der britischen Übersee-Kompanien sehen. Außerdem auch private Personen kritzeln ihre Namen auf die Sockel, diese Kritzeleien, vor allem in russischen und englischen Sprache verunstalten die Kunstwerke. Auch die Iraner steigen auf die Kunstwerke, um sich in beeindruckenden Posen zu fotografieren. Die Wächter sind mit Trillerpfeifen ausgestattet und weisen die unartigen Besucher zurecht. Und so erklingt in Persepolis, in regelmäßigen Abständen, ein klirrender Ton der Trillerpfeife.

Persepolis 4In der Nähe befindet sich ein sehr teures und ziemlich schlechtes Restaurant. Das Essen ist ungenießbar (was in Iran wirklich eine Ausnahme ist), aber es lohnt sich vorbeizuschauen, denn im Hof des Restaurants kann man diese exotischen Vögel bewundern.

YAZD…

… liegt im Zentrum Irans, fast genau in der Mitte. Es ist eine Oasen-Stadt von Wüsten umgeben, und für mich die schönste Stadt in Iran. Die Häuser der Medina (die Mitte), wurden in Mittelalter und zwar aus Ton gebaut. Dieses fragile Material fordert ständige Renovierungsarbeiten. Vor dem Moschee steht eine gewaltige Holzkonstruktion.

Yazd 1Am Tag des Todes Imams Husseins heben die starke Männer die Konstruktion und tragen in einer Prozession durch die Stadt. Je schwerer und größer die Konstruktion, desto besser, denn sie symbolisiert den Märtyrer Tod von Imam Hussein.

Yazd 2
Beeindruckend sind die Dächer von Yazd. Die Turme auf den Dächer heißen Bot-Gir (Wind-Fang), und sind eine Art Klimaanlage. Der kühle Wind wird gefangen, die Luft nach unten transportiert, das Gebäude mit der kalten Luft gekühlt, die erwärmte Luft steigt wieder durch den Bot-Gir nach oben.

Yazd 6

Dies war früher ein typisches Haus reicher Menschen, heutzutage befindet sich in diesem Haus ein Museum und zahlreiche Geschäfte mit Keramik. Auch solche Bilder findet man in Yazd.

Yazd 4Yazd 5

Yazd 5Die Menschen in Yazd sind sehr freundlich und sehr religiös, aber auch mutig. Nur in Yazd habe ich auf der Fassade eines Hauses Parolen gesehen, die die Regierung kritisierten.

Und zum Schluß

Es ist nicht schwer ein Visum für den Iran zu bekommen. Man muss über ein Reisebüro eine Reisenummer bei dem Außenministerium in Teheran beantragen, die Nummer wird der Iranischen Botschaft in Berlin mitgeteilt, dann kann man ein Visum beantragen (man braucht ein Foto für das Visum), Kosten etwa: 50 Euro. Ein Rat für die Eheleute – Eine Heiratsurkunde muss man dabei haben, sonst wird es schwierig in einem Zimmer in Hotels zu übernachten. Und die Damen: ein Kopftuch ist Pflicht in Iran!

Ein Ausflug in den Iran I – Teheran

Mało do czytania, dużo zdjęć. Ciąg dalszy za tydzień.

Persische Gattin

Ein Ausflug in den Iran – die architektonischen Schätze und das Leben der Straße

TEHERAN

Strasse Teheran 2Teheran sieht auf den ersten Blick nicht sehr einladend aus. Die Häuser, sogar die an den Hauptstraßen, sehen aus, wie irgendwie zusammengeflickt, mit Spuke oder Kaugummi zusammen geklebt.

Strasse 1

Außerdem es ist eine Metropole, etwa 18 Millionen Einwohner, die Umwelt ist so verschmutzt, dass an manchen Tagen man kaum atmen kann, und die Kinder werden von der Schule befreit. So sieht eine typische Teheraner Straße aus. Die historischen Teile der Stadt, vor allem, die früher bewohnten Wohnhäuser sind jetzt verlassen und niemand kümmert sich um sie, obwohl sie zentral gelegen und mit ihren Holzgalerien, Balkons, verspielten Treppen wunderschön sind. Ein Haus in der Nähe von dem großen Bazar.

Strasse Teheran 1Wir, diejenigen, die in Polen kurz nach der Wende gelebt haben, wo man eigentlich von dem Gehweg Fleisch und andere Lebensmittel verkauft hat, werden etwas vertrautes in diesem Bild finden. Man handelt in Teheran, direkt auf der Straße, manchmal werden die Tiere auch direkt am Straßenrand geschlachtet.

Zu den schönsten Gebäuden in Teheran gehört: Kahe Golestan – der Blumenpalast wurde Ende 18. und Anfang 19. Jahrhunderts gebaut, und war bis 1979 der offizielle Sitz der persischen Schahs. Der letzte Schah, Mohammad Reza Pahlavi wurde da auch zum König gekrönt.

Kahe Golestan 4

In Kahe Golestan befinden sich unzählige Portraits und Andenken an den Schah: Nasser al-Din Schah, der mit 25 Frauen verheiratet war, mit ihnen 18 Söhne und eine unbekannte Anzahl Töchter hatte. Einfach faszinierend. Das schönste in Kahe Golestan ist ein Saal, der komplett aus Silber, Spiegel und Kristallglas errichtet wurde.

Kahe Golestan 2Mir persönlich hat das kleine Detail gefallen, eine Steinkatze, der niedliche, lebendige Kater hatte auch nichts dagegen in dem Schatten des großen Bruders aus Stein zu ruhen.

Kahe Golestan 3

Niavaran Palast – als Schah Reza Pahlavi sich von der unfruchtbaren deutsch-iranischen Schönheit Soraya scheiden ließ und die Farah Diba heiratete, wollte sie in dem für sie altmodischen Kahe Golestan nicht leben, und so ist die ganze Familie in das moderne Palast Niavaran im Norden Teherans umgezogen.

Palast Farah Diba

Der Reichtum des Kaiserpaars ist legender. Die Iraner können noch heute die Kleider Farah Dibas bewundern, und die unzähligen Wohn- und Repräsentationsräume.

Palast Farah Diba 1In einem kleinen, unansehnlichen Gebäude nahe des Palasts befindet sich Fahrah Dibas Kunstsammlung. Fast alle Bilder wurden ihr von den Künstler geschenkt (darunter ein Dali und ein Picasso). Mir am meisten gefallen hat dieser kleine Chagall.

Palast Farah Diba 3-dublet