Empuzjon. Tuntschi.

Uwaga: Spoiler!

Ewa Maria Slaska

W ostatnim czasie chyba każdy “z nas” przeczytał nową powieść Olgi Tokarczuk, albo kupił i właśnie zamierza ją czytać. I zapewne dołączy do chóru tych, którym się książka podobała. Jeśli jest recenzent*ką, napisze o poniemieckości, o polskim realizmie magicznym, o nowoczesnym, a zatem rozproszonym narratorze, wspomni o grzybach, które od zawsze są ulubionym tematem Tokarczuk, przypomni Czarodziejską Górę, a może też Pensjonat Barataria Krzysztofa Lipki, zahaczy może o Marię Janion i jej opisanych w Odmieńcach odmieńców, oczywiście wyjaśni źródłosłów tytułu i… wyczerpie tym samym potencjał recenzyjny tej powieści.

Postanowiłam spojrzeć więc na Empuzjon odmiennie, tak, jak antropolog kultury patrzy na na nowy tekst, obiekt lub dokument, jako kolejne świadectwo różnorodności świata, w jakim żyjemy. Podróżnicy zawsze przywozili z podróży opisy obyczajów w dalekich krajach. Zresztą nadal przywożą. Teraz są to najczęściej pamiątki z targu (być może wyprodukowane w Chinach, Korei albo Bangladeshu) i przepisy kulinarne. Kiedyś wędrowca bardziej interesowali sami ludzie. Pisarz jest nieco staroświeckim wędrowcem, dlatego wciąż jeszcze interesują go nie tyle rzeczy – mapy, meble, kartki pocztowe – ile ludzie, a rzeczy tylko o tyle, o ile są świadectwem ludzkiej kreatywności.

A więc Tuntschi, ziemne kukły, w powieści produkowane i użytkowane emocjonalnie i seksualnie przez węglarzy, żyjących samotnie w sudeckich lasach. Ich wzór pisarka zaczerpnęła być może z legend alpejskich, ale ich proweniencja może być zarówno ściśle lokalna, jak przeciwnie – w szerokiej perspektywie – globalna, charakterystyczna dla wszystkich miejsc i czasów, gdzie mężczyźni przez długi czas przebywają samotnie. Gdy to piszę, przypomina mi się japoński film – Kobieta diabeł, gdzie kobieta żyjąca samotnie z synową, używa pnia drzewa jako kochanka. A więc zjawisko jest być może ponadpłciowe, aczkolwiek, zapewne, jak wszystko co się wiąże z seksem, w męskim wydaniu pojawia się wielokrotnie częściej.

Zdaniem Wikipedii Tuntschi to postaci z sag alpejskich. Historia ma różne wersje, ale jej sedno stanowią lalki wykonane z różnych materiałów przez samotnych pasterzy na położonych wysoko, niedostępnych alpejskich halach. Mężczyźni karmią taką lalkę, pieszczą, ubierają, rozmawiają z nią i uprawiają z nią seks. Ich wysiłki odnoszą skutek, lalka pod rękoma pasterza-Pigmaliona ożywa, a gdy jej twórca jesienią chce wrócić do domu, zatrzymuje go przy sobie magiczną siłą, a jeśli stawia opór – okrutnie zabija.

Zemsta lalek, sztucznych istot, awatarów, na razie to jeszcze zjawisko raczej fantasy niż science fiction. Ale idą nowe czasy. Jeśli się okaże, że awatary nie tylko czują na niby, ale również naprawdę, to co wtedy?

Przypominam sobie informację, którą kiedyś czytałam, że z programu do tworzenia awatarów korzystają przede wszystkim mężczyźni i to głównie po to, żeby stworzyć sobie partnerki (lub partnerów), nad którymi mogą się bezkarnie znęcać psychicznie. Pod tym względem program do robienia awatarów jest podobno jeszcze lepszy niż lalki do uprawiania seksu.

Zresztą nie zawsze musiały to być lalki. Wielką rolę odgrywają jaskinie, uważane w wielu kulturach za macice Ziemi lub inne zagłębienia, kotliny i szpary.

W powieści Michela Tourniera Friday or the other island / Piętaszek i otchłanie Pacyfiku Robinson Cruzoe wielokrotnie uprawia seks z pewnym zagłębieniem swojej wyspy. Z czasem, zgodnie z legendą, wyrasta w tym miejscu dziwna roślina – mandragora, czyli alrauna, czyli żeń-szeń, czyli pokrzyk. Alrauna wyrasta tam, gdzie na ziemię spadnie nasienie męskie, a w surowszej wersji – nasienie przestępcy. Ponieważ alraunom (do dziś zresztą) przypisuje się moc magiczną, czarownice i wiedźmini od zawsze poszukiwali ich pod szubienicami.

Alrauny dzielą się na męskie i żeńskie. Zainteresowanych informuję, że alrauny można kupić w chińskich sklepach, wcale niekoniecznie zielarskich. Czasem można je znaleźć w zwykłym sklepie z mydłem i powidłem. Ostatni raz widziałam je kilka miesięcy temu w chińskim sklepie na Friedrichstrasse, nieopodal Mehringplatz.

Mandragory przez wieki były traktowane jako rośliny bardzo specjalne. Pojawiają się np. w Biblii. Przypomnę, że Jakub (ten, który kupił pierworództwo za miskę soczewicy) ma dwie żony, Leę i Rachelę, choć naprawdę kocha tylko Rachelę. Lea rodzi Jakubowi dzieci, Rachela jest bezpłodna. I oto czytamy w Księdze Rodzaju:

Pewnego razu Ruben, wyszedłszy na pole, gdy żęto pszenicę, znalazł mandragory i przyniósł je swej matce, Lei. 
Wtedy Rachela rzekła: «Daj mi mandragory syna twego». 
A na to Lea: «Czyż nie dość, że mi zabrałaś mego męża, i jeszcze chcesz zabrać mandragory mego syna?» Rachela zawołała: «Niechaj więc śpi z tobą tej nocy za mandragory twego syna!» 
A gdy Jakub wracał wieczorem z pola, wyszła Lea naprzeciw niego i rzekła: «Do mnie przyjdź, bo nabyłam cię za mandragory mego syna». I spał z nią owej nocy. 
Bóg zaś spełnił pragnienie Lei: poczęła i urodziła Jakubowi piątego syna.
Sennentuntschi z Vauco w Calancatal

W muzeum w szwajcarskim Chur znajduje się jedyna naprawdę znana figurka pasterskiej tuntschi. Muzeum zakupiło ją w roku 1978 od jednego z ostatnich pasterzy, wypasających swoje owce na hali Masciadon w Cauco. Lalka została wykonana z drewna i płótna i ma prawdziwe włosy. Ma jednak tylko 40 centymetrów, czyli była chyba raczej damą do towarzystwa niż obiektem seksualnym.

Wikipedia niemiecka twierdzi, że są dzieła sztuki, poruszające temat lalek pasterskich. Ciekawe, że są one jednak wszystkie stosunkowo świeżej daty. U Hansjörga Schneidera (1972), lalka została wykonana z butelki po winie, wideł, słomy i… sera. Sztuka wywołała oburzenie i na jakiś czas została nawet zdjęta z repertuarów teatralnych, gdyż opowiadała o tym, że to stosunek seksualny nadał słomianej kukle ludzką duszę! Ten sam temat pojawia się u innych szwajcarskich pisarzy, Josta Meiera (1982) i Felixa Mitterera (1986). Powstał też szwajcarski film artystyczny o lalce pasterskiej (Adrian Hess) i dwa filmy pełnometrażowe: fabularny Georga Tresslera, w którym lalka staje się sukkubem, czyli wcieleniem diabła i, również fabularny, Michaela Steinera, który wyświetlono podczas otwarcia festiwalu filmowego w Zurychu w roku 2010. Powstały opery, performance i kompozycje muzyczne. Jednak dopiero w ostatnich latach legenda o alpejskich tuntschi wyszła poza lokalny koloryt szwajcarski, pojawiła się kontrowersyjnej serii opowieści niesamowitych dla dzieci Kanadyjczyka Alvina Schwartzs jako jedna ze Scary Stories to Tell in the Dark.

Ostatnia linijka niemieckiego wpisu w Wikipedii brzmi tak:

2022: Empuzjon von Olga Tokarczuk

Lato z Don Kichotem

Ewa Maria Slaska

Dziesięć dni latem 2022 roku

4 czerwca przyjechał do Berlina Teatr Globe z Poczdamu, rozstawił swe niejstniejące namioty na jeziorem Grunwaldzkim przy Zamku Myśliwskim i przypomniał Don Quijota, którego każdy z nas przecież zna, a znawcy barataryści już nawet wystawienie teatru poczdamskiego dobrze znają. A mimo to…

Ciekawe, że cała trójka w przerwach zajmuje się też czymś innym – Laurenz sprzedaje programy, Andreas rozdaje pocztówki, a Alexandra nalewa szampana.

11 czerwca w Oranżerii Pałacu Charlottenburg w Berlinie w ramach festiwalu zatytułowanego Fantazje Barokowe orkiestra pałacowa dała koncert o Don Chisciotte, choć po prawdzie wcale nie wszystkie części koncertu dotyczyły smętnego hidalga, bo pojawili się też Król Artur i przechodzień po Madrycie. Ale jednak, o tak, baratarysta, wiecznie poszukujący śladów swego gubernatora, zetknął się po raz pierwszy z operą, którą stworzył Bartolomeo Francesco Conti (1681-1732) i inną – dziełem Georga-Philippa Telemanna (1681-1767) – panowie kompozytorzy byli rówieśnikami, tyle że Telemann żył o ponad ćwierć wieku dłużej.


Cała trzygodzinna opera Contiego TU – wykonuje Akademie für Alte Musik Berlin, dyrygent: René Jacobs, podczas 29. Innsbruck Festival of Early Music 2005

Suita Telemanna Don Quichotte (Burleska) TU – Orkiestra Kameralna z Tuluzy

Następne terminy i miejsca wystawienia Don Quijota w wykonaniu Neues Globe Theater – TU


14 czerwca kupiłam sobie w szczecińskim empiku spolszczoną przez Jacka Dehnela książkę pt. Niewidzialne biblioteki. To oczywiste nawiązanie do Niewidzialnych miast Itala Calvina, utrzymane jest tak dalece w tym samym stylu spokojnej obiektywnej narracji, iż mimo iż jest – tak głosi okładka – dziełem pięciorga pisarzy (plus Tłumacza, który też jest autorem), wydaje się calvinowskim autopastiszem. Ale to albo sami autorzy tak to sobie wymyślili, albo nadał im tych calvinowskich cech tłumacz.

Autorami są Lawrence Jang – prawnik i pisarz, dla którego, jak głosi blurb na okładce, obrazem raju jest biblioteka, Monika James, bibliofilka, która pisze i kręci filmy, Danish Sheikh – pisarz, który zajmuje się teatrem, a od czasu do czasu przydusza go prawo, Amy Trautwein, która woli rośliny od książek, Inny (And Another) – wędrowny dostawca pierwszorzędnych panaceów i wreszcie Tłumacz, czyli to samo w innym języku, czyli całkowicie coś innego.

Literacka podróż po świecie wyobrażonych książek i bibliotek.
Biblioteki stworzone z ciszy, wycięte w lodzie, wyjęte z sennych koszmarów, z tomami ułożonymi według zapachów, w których za zakładkę służy oddech. Zbiory składające się z książek na wpół zjedzonych, na wpół porzuconych przez wybredne literacko mole…
Każda z opowieści zaskakuje – są wśród nich listy miłosne, łamigłówki, świadectwa nieograniczonej wyobraźni, z dużą dozą szaleństwa, groteskowych żartów i zaskoczeń. Intertekstualne wskazówki, nowe tropy, tajemnicze powiązania pełne literackich duchów. Inspiracji dostarczyli autorom przede wszystkim Italo Calvino oraz ojciec licznych intelektualnych zabaw J.L Borges i jego noty o książkach urojonych.
Znajdziemy tu zmysłowy, enigmatyczny i estetyczny świat, a autorzy tych opowieści, idąc w ślad Itala Calvina, badają bibliofilię, zwłaszcza to, jak przejawia się ona w naszych romansach z bibliotekami.  

***

Don Kichot pojawia się też na stronie 66, ale tam tylko stoi na półce, oraz – 110, ale tam się go tylko wymienia, a tymczasem na stronie 52 pojawia się cała biblioteka zwana Baratarią, czyli jak głosi przypis:
(z hiszp. barata – “taniocha”) – w Don Kichocie Miguela Cervantesa fikcyjna wyspa, której wielkorządcą zrobiono dla żartu Sancho Pansę. Jej autorem jest Lawrence Jang,

Choć minęła już prawie dekada, skóra Ibn Battuty wciąż cierpnie z przerażenia i zachwytu na myśl o tym, czego był doświadczył w bibliotece Baratarii. Żeby przygotować się do opowieści, Battuta, który znał słabość Borgesa do tej gry, zaczyna od historii wynalezienia szachów.

- Powiada się - zaczyna  Battuta - że wynalazca tej gry strategicznej, zapytany przez cesarza, jakiej życzy sobie nagrody, odpowiedział ze skromnością, która niemalże zirytowała władcę. Poprosił o ziarnko ryżu na pierwszym polu szachownicy, dwa na drugim, cztery na trzecim i tak dalej aż do pola sześćdziesiątego czwartego.

Battuta widział jak Borges liczy w głowie. Przy dwunastym polu opisał bibliotekę Baratarii, zewsząd otoczoną żyznymi ziemiami. Wydawało się, że wyrasta wprost z gleby, omotana nieskrępowanymi pnączami i gałęziami drzew. Było zatem dla Battuty niejakim zaskoczeniem, że wszedł do wielkiej sali, wypełnionej pustymi regałami, jeśli nie liczyć samotnej książki na środkowej półce w samym środku biblioteki. Jałowość biblioteki wydawała się niemal afrontem dla okolicy. Niespełna siedem godzin zajęło  Battucie - jak wspomina - przeczytanie dość nieciekawej historii o bagdadzkim żeglarzu, zagubionym na morzu. Ale kiedy tylko odłożył książkę na półkę, szykując się do opuszczenia biblioteki, dostrzegł dwie inne książki. Może nie zauważył ich wcześniej. Druga z nich wzmiankowała pewną bitwę, o której Battuta, pomimo wielkiego oczytania i podróży, nigdy nie słyszał. Chciał się dowiedzieć o niej czegoś więcej, ale skoro nie było to możliwe, przeszedł do trzeciej książki.

Wędrówki nie oszczędziły jego pleców, więc w połowie lektury zatęsknił za miękkim łóżkiem, ale wokół widział tylko krzesła z prostymi oparciami. W sali nie było ani zegara, ani okien i tylko czyste granie świerszczy obwieszczało mu, że kiedy skończył trzecią książkę, była już głęboka noc. Zwróciwszy znużone oczy ku regałom, zobaczył, że na widmowych półkach zjawiły się cztery kolejne książki.

Nie mogąc ciągnąć tego dalej, ale zarazem nie zamierzając się poddać, Battuta - wzorem najbardziej brawurowych spośród poszukiwaczy przygód - przyjął wyzwanie. Gdyby tylko znał los cesarza i jego daru dla wynalazcy szachów, być może wyjechałby nie ukończywszy siódmej książki. Jego syn miał ledwie dwa latka, kiedy Battuta ucałował go na pożegnanie, a gdy powrócił z Baratarii, niedowidząc i z trudem poruszając się o własnych siłach, powitał go młody człowiek, który trzymał na ręku chłopczyka, przypominającego nieco jego synka. Mężczyzna zwrócił się do Battuty: "Ojcze, nie było cię przez dwadzieścia siedem lat", ale jedynym, co widział Battuta, była owa daleka biblioteka, której półki uginały się pod ciężarem książek, i rosnąca góra nieprzeczytanych egzemplarzy oczekujących na jego powrót. 

Stulecie przeszkód / Jahrhundert der Hindernisse

Trzeci piątek miesiąca. Od początku roku to już tradycyjny termin, kiedy my trzy, Ela Kargol, Krystyna Koziewicz i ja, zapraszamy do Polskiej Kafejki Językowej na spotkanie z literaturą.

Piątek, 17 czerwca 2022 o godzinie 19
Daniel Lis, Stulecie przeszkód
SprachCafé Polnisch
Schulzestr. 1
13187 Berlin-Pankow, direkt am S-Bhf Wollankstr


https://sprachcafe-polnisch.org/

__________________________________

To nie jest tylko opowieść o sporcie i wielkich ideach.

To wciągająca historia ludzkich nadziei i ambicji, lęków, słabości i dramatycznych wyborów oraz najtrudniejszych walk, które toczą się poza stadionami.

Książka Daniela Lisa daje niespotykanie szeroki i świeży wgląd w historie polskich olimpijczyków i paraolimpijczyków. Autor konfrontuje z sobą źródła, wyszukuje nieznane dokumenty i rzuca nowe światło na historie – wydawałoby się – już opowiedziane. Jako pierwszy opisuje polski wątek najkrwawszego wydarzenia w historii igrzysk – zamachu w Monachium. Zastanawia się z polskimi narciarkami, czy wesprzeć radziecki protest i dostać medal, czy powiedzieć prawdę i zająć czwarte miejsce. Tropi wojenne losy mistrza boksu, które ten w czasach stalinizmu wolałby przemilczeć: siedział w więzieniu, obozie, pracował na kolei, a może służył w Wehrmachcie? Ze sztangistą Ryszardem Tomaszewskim, multimedalistą paraolimpijskim, wraca do stanu wojennego i uścisku dłoni z księciem Karolem.

“Na pierwszym planie walka Polaków o złoto, srebro lub brąz, a w tle – wielka historia i wielki teatr kolejnych olimpiad. Legionista Adam otrzepał się z pyłu wojennego i bierze przeszkody na paryskim hipodromie, oszczepniczka Marysia przemawia się z Hitlerem w loży honorowej, sędzia sportowy Jakub z Kalisza – Jakow z Izraela ginie w zamachu terrorystycznym w Monachium. Detektywistyczne rekonstrukcje, nowe, żywe wiadomości o wydarzeniach i charakterach. Czytam i zamieniam się w świadka. Gorąco polecam.”


Małgorzata Szejnert

“Daniel Lis od lat jest redaktorem moich książek, najlepszym z trenerów. Tym razem to on startował w zawodach, pisząc książkę, a ja dopingowałam, ile wlezie. Dobiegł do mety ze znakomitym wynikiem. „Stulecie przeszkód” jest świetnie napisane, a dbałość autora o szczegół, wyciąganie na światło dzienne faktów zapomnianych, choć fascynujących, i prostowanie przekłamań zasługują na złoty medal. Proszę też przygotować chusteczki, bo jest tu masa wzruszeń. A poza tym trudno nie płakać, kiedy na olimpijskim podium staje polski sportowiec.”


Magdalena Grzebałkowska

***

Daniel Lis – redaktor książek non-fiction, reportaży i biografii, absolwent Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. „Stulecie przeszkód. Polacy na igrzyskach” to jego reporterski debiut.

***

Fragment tekstu:

Przygotowania do igrzysk olimpijskich w Berlinie:

Jerzy Rogowicz, korespondent „Kuriera Warszawskiego”(…) pisze: „I oto, przybywszy do Berlina odnoszę wrażenie, iż zmieniło się tak wiele, że niemal podróż moja okazuje się niecelowa. Jakże bowiem inaczej myśleć ma ktoś, kto pragnie obserwować dalszy rozwój rewolucji hitlerowskiej, skoro tej rewolucji – w ogóle nie zastaje. Tak jest: w Berlinie dzisiaj hitleryzmu w dotychczasowym znaczeniu tego słowa właściwie nie ma. (…) Nie sądźcie, że Berlin wygląda dziś tak, jak gdyby nie istniał narodowy socjalizm. Nie. Widać, że istnieje i widać, że rządzi. Ba, dawno nie było tylu swastyk, spływających na czerwonych wstęgach z okien, drzewiec i masztów, co teraz. Ale płyną one w jednej, wielkiej fali olimpijskiej z innymi sztandarami. Dziś w Berlinie to nie oznaka hitlerowska, lecz niemiecka. Wszak zdobi ona już dziś chorągiew państwową”.

Rogowicz odnotowuje, że gazety przestały pisać o polityce wewnętrznej Rzeszy, a z ulic zniknęli polityczni agitatorzy oraz wielkie samochody głoszące propagandę przez megafony. Sklepy i restauracje przybrane są niezliczonymi chorągiewkami, gości witają napisy w różnych językach – najczęściej po angielsku i francusku, potem po polsku i włosku. Rogowicz dostrzega tabliczki: „Tu się mówi po polsku”, a nawet „Serdecznie witamy polskich gości”.

____

Unser Gast ist Daniel Lis, Trainer und Redakteur. Das Buch “Ein Jahrhundert der Hindernisse. Polen bei den Olympischen Spielen” ist das Buchdebüt des Autors.

Auf der Website des Verlags ist zu lesen:
Dies ist eine fesselnde Geschichte über menschliche Hoffnungen und Ambitionen, Ängste, Schwächen, dramatische Entscheidungen und die härtesten Kämpfe, die außerhalb der Stadien stattfinden.
Das Buch von Daniel Lis gibt einen breiten und sehr frischen Einblick in die Geschichte der polnischen Olympioniken und Paralympioniken. Der Autor recherchiert akribisch, findet massenweise unbekannte Quellen und Dokument, wirft ein neues Licht auf Geschichten, die man bereits erzählte, nur eben anders und überhaupt nicht so spannend. Er ist der erste, der den polnischen Faden des blutigsten Ereignisses in der Geschichte der Spiele – des Münchner Bombenanschlags – beschreibt. Er fragt sich mit den polnischen Skifahrerinnen, ob sie den sowjetischen Protest unterstützen und eine Medaille bekommen oder die Wahrheit sagen und nur Vierte werden sollen. Er zeichnet das Kriegsschicksal eines Boxchampions nach, über das der in der stalinistischen Zeit lieber geschwiegen hätte: War er im Gefängnis, in einem Lager, bei der Eisenbahn oder vielleicht bei der Wehrmacht? Mit Ryszard Tomaszewski, einem Paralympics-Athleten und Medaillengewinner, kehrt er zum Kriegsrecht und zum Händedruck mit Prinz Charles zurück.


Das Treffen findet auf Deutsch statt.

Pochwała małych wydawnictw

Ewa Maria Slaska

Wstęp

W roku 2013 pewna bardzo szacowna instytucja warszawska wykazała zainteresowanie książką o rodzinie Lublinerów, nad którą wówczas pracowałam. Ba, pojawił się pomysł, by ta książka stała się zalążkiem całej nowej serii wydawniczej. Umówiłyśmy się z panią redaktor, że potrzebuję jeszcze mniej więcej dziewięciu miesięcy na pracę. Wróciłam do domu zachwycona i natychmiast intensywnie zabrałam się do pisania i poprawiania. W umówionym terminie wysłałam pdfa książki do pani redaktor. I nic się nie wydarzyło. Rok był już w międzyczasie 2014. Napisałam, zadzwoniłam (bardzo nie lubię!), zapytałam. Pani redaktor była chora, nie mogła czytać na ekranie. Skopiowałam książkę na papierze, zawiozłam do Warszawy. Rok był już w międzyczasie 2015. Po 12 miesiącach czekania, spytałam nieśmiało, co dalej? Miałam poczekać jeszcze miesiąc na ostateczną decyzję. Po miesiącu odpowiedź była taka – książka jest wspaniała i świetnie się ją czyta, ale… No cóż, czasy się zmieniły, dyrektor naczelny nie chciał jednak ani nowej serii wydawniczej, ani mojej książki. Rok był już w międzyczasie 2016. Odłożyłam słuchawkę (wciąż mam jeszcze staroświecki telefon ze słuchawką, ale, hola! komórkę oczywiście też) i siedziałam patrząc bezmyślnie w ekran komputera. Od momentu pierwszej rozmowy z panią redaktor minęły ponad trzy lata, a ja przez cały ten czas pracowałam nad moją książką z myślą, że zostanie wydana w ważnej instytucji. Przyzwyczaiłam się i teraz nie wiedziałam, co dalej. W ogóle nie wiedziałam, co dalej, bo nigdy przedtem nie wydałam ksążki, wysyłając ofertę do wydawnictwa, zawsze to wydawnictwa zgłaszały się do mnie i nigdy przedtem ta staroświecka metoda mnie nie zawiodła.

I wtedy zadzwonił telefon. Na pewno mi nie uwierzycie, ale naprawdę tak było. Wciąż jeszcze siedziałam przy biurku zdruzgotana ostateczną odmową z ważnej instytucji, gdy w telefonie odezwał się pan Geisler z wydawnictwa Zielonka i powiedział, że on chętnie wyda moją książkę. Piszę przecież o rodzinie Lublinerów, a ta szacowna rodzina mieszkała też w Zielonce i ich to jako regionalistów interesuje.

Powiedziałam “tak” i w roku 2018 książka się ukazała (jest datowana na rok 2017, ale to już naprawdę nieważne).

Punkt kulminacyjny. Od tego czasu kocham małe wydawnictwa regionalne.

Rozwinięcie

Wiosną 2022 roku pojawiło się u mnie pięć książek. Nie wszystkie na raz, ale jednak w czasie blisko siebie. Najpierw leżały w kuchni, bo tam pijąc kawę, przeglądam pocztę, w tym książki nadesłane i otrzymane. Potem przenosiły się na stolik przy łóżku lub na fotel w salonie, bo głównie tam czytam ksążki, które naprawdę czytam, a nie tylko przeglądam. Już to znaczyło, że są dobre, bo nie każda książka, jaką dostaję, dociera aż do fotela i / lub stolika nocnego. Stąd zabieram niektóre z nich na biurko, a to znaczy, że będę chciała coś o nich napisać. Niedawno uderzyło mnie, że wszystkie książki dotarły na biurko (czyli będę o nich pisać) i że, choć są bardzo różne, mają jedną wspólną cechę: zostały wydane w skromnym wydawnictwie – małym, a niekiedy wręcz regionalnym!!!!

Bo jest proszę Państwa tak, że wielkie i znane wydawnictwa, które przedtem mogły trzymać nasze książki trzy lata, a potem nas olać, teraz (TERAZ) stały się twierdzami, do których zwykli ludzie (zwykli autorzy) nie mają już w ogóle dostępu. I wierzcie mi, że wiem, co piszę, bo właśnie próbuję ulokować w wydawnictwie swoją nową powieść. Napisałam do 20 wydawnictw i już mi się dalej nie chce. Och, jak mi się marzy powtórka z własnej historii wydawniczej, och, jakbym chciała, żeby zgłosił się do mnie jakiś regionalista i powiedział – z Gdańska przez Berlin do Nowego Jorku!? To doprawdy mój temat! Biorę!

A na razie opowieść o małych wydawnictwach.


Agnieszka Kostuch, O literaturze. Otwarcie, wydawnictwo MK, Kraków 2022
Jacek Krenz, Latem w Jastarni, wydawnictwo Region, Gdynia 2022
Tomasz Fetzki, Édouard Onésime Séguin, wydawnictwo Impuls, Kraków 2020
Marek Zagańczyk, Berlińskie widoki, wydawnictwo Austeria, Kraków 2019
Mieczysław Bonisławski, A my zostajemy w Zielonej Górze, wydawca Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, Zielona Góra 2022

W tym subiektywnym i przypadkowym wyborze Kraków zdecydowanie przoduje. Nie wiem, czy ma to znaczenie. Może.

***

Książka Agnieszki Kostuch to rozmowy z autorkami i autorami, pisarkami i pisarzami, poetkami i poetami. Niektóre z tych osób są znane lub bardzo znane, niektóre cieszą się zapewne sławą lokalną, o niektórych bez tej książki nigdy byśmy nie usłyszeli. Kostuch rozmawia z nimi o wszystkim. O pisaniu i niemocy pisarskiej, o życiu i śmierci, o problemach, tych zwykłych i tych filozoficznych. Czasem rozmowa kończy się pytaniem – co powiedziałbyś początkującej pisarce, początkującemu poecie? Dobre pytanie, sama pamiętam dwie takie wypowiedzi, skierowane do mnie wiele lat temu. Jedna była straszna. Miałam 25 lat, pewien pisarz powiedział mi, że jestem naprawdę dobrą pisarką, a teraz muszę popracować nad tym, żeby się stać dobrym pisarzem. Drugą usłyszałam dziesięć lat później – każdy pisarz, powiedział (inny) pisarz, musi uświadomić sobie, że pisząc pierwszą linijkę staje w szranki z Wielkimi i powinien zadać sobie pytanie, czy ma szansę, by zostać Szekspirem? Czy on został?
Co ja odpowiadam pisarzom i poetom? Pisz, choćby już tysiąc razy przed Tobą powiedziano to samo, pisz, bo każde pokolenie potrzebuje swoich poetów i pisarzy (a też i tłumaczy literackich i krytyków), nie możemy szukać prawdy o nas u Homera, Szekspira i Goethego, bo i my, i wy, nowi ludzie, potrzebujecie kolejnej, swojej, Woolf i następnej, swojej, Tokarczuk.

I tak to, pisząc o Kostuch, napisałam o sobie. Dziękuję za inspirację!

***

Książkę Jacka Krenza, gdańskiego architekta, malarza-akwarelisty i urban sketchera, znałam już, znają ją też czytelnicy tego bloga, bo większość tekstów, szkiców, zdjęć i akwarel ukazała się tu w kolejnych odcinkach latem 2019 roku (pierwszy TU). Ta bardzo w gruncie rzeczy prosta opowieść o prostych radościach młodych chłopaków w prostej rzeczywistości PRL-u ma tak wspaniałą atmosferę i tak dobrze spełnia swoją funkcję wehikułu czasu – bo czymże są wspomnienia jak nie wehikułem czasu? – że nabiera wręcz uniwersalnego znaczenia. Napisana poniekąd z myślą o pokoleniu dzieci i wnuków, jest jednak przede wszystkim lustrem, w którym my (starzy? starsi?) odnajdujemy samych siebie. Pełno jest tu zdań, które nas do głębi wzruszą i poruszą. Mnie poruszyło zdanie, że nie mieliśmy pieniędzy i nasze życie było bardzo skromne, ale mieliśmy swoją muzykę. Odnalazłam w nim i nostalgię, i poczucie dogłębnego szczęścia, że taką mieliśmy dobrą młodość. Wykorzystałam je (kilka innych też) w tej mojej napisanej właśnie powieści Amerykański sen. Pokolenie Solidarności. Tej, którą próbuję wydać.

I tak to, pisząc o Krenzu, napisałam o sobie. Dziękuję za inspirację!

***

Tomasz Fetzki, doktor nauk humanistycznych, pedagog specjalny, nauczyciel akademicki oraz nauczyciel i terapeuta osób z niepełnosprawnością intelektualną, napisał książkę o słynnym francuskim pedagogu, twórcy pedagogiki osób z niepełnosprawnością intelektualną. Temat niespecjalistom nie wydaje się zbyt porywający, a nasze wielopokoleniowe już doświadczenie z tym, jak piszą naukowcy, też nie zachęca do sięgnięcia po kolejną naukową pozycję, a tu tymczasem… Tymczasem temat okazuje się porywający, osobowość słynnego pedagoga nowocześnie zwichrowana i nader ciekawa, wymyślona przez niego metoda pracy z osobami niepełnosprawnymi – nowatorska, a styl absolutnie znakomity. Książkę czyta się naprawdę bardzo dobrze, czyli, jak to dawnymi czasy pisał tygodnik Przekrój, “czyta się”, i była to prawdziwa zachęta do lektury.

Tomasz Fetzki pojawiał się tu na blogu jako świetny regionalista, opisywał nam Kresy Wschodnie (np. TU – odcinek I, a potem dalsze) i Zachodnie, czyli Łużyce, Berlin, Polskę centralną, Francję a też i Czechy czasem, a czasem muzykę i poezję, czasem koty, a czasem przejażdżki rowerowe (i niech sobie szanowne Czytelnictwo samo szuka w indeksie nazwisk, albo po tytułach, bo dużo tego; choć z drugiej strony – nigdy za dużo i szkoda, że od jakiegoś czasu nic). Przede wszystkim jednak stał się doktor Fetzki zaczynem katalizującym proces pisania owej wspomnianej we wstępie książki Lublinerowie. Bez niego tej książki by nie było. Nie był inspiracją, bo inspirację znalazłam sama w sobie i w historii mojej rodziny w odległych czasach, po prawdzie tak odległych, że autor jeszcze wówczas koszulę w zębach nosił, ale na pewno był właśnie katalizatorem – ni stąd ni zowąd obcy człowiek napisał do mnie (obcej osoby), zapytał, czy na pewno naukowczyni Karolina Lubliner-Mianowska była moją cioteczną babką, a jak odpowiedziałam, że tak, to powiedział, że pisze pracę naukową o matce owej doktor Mianowskiej i czy mogłabym udzielić mu paru informacji. I tak to się zaczęło. Zaczęliśmy korespondować, spotkaliśmy się kilkakrotnie, przeszliśmy z tematów badawczo-rodzinne na wiele innych, Tomek został autorem na moim blogu. Pracę o mojej prababce, Eugenii Lublinerowej, założycielce pierwszej w Polsce szkoły dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną, Tomasz wciąż jeszcze pisze, ale w międzyczasie on wydał pracę o Séguinie, a ja napisałam swoją zbeletryzowaną biografię rodziny, a przy okazji się ze sobą zaprzyjaźniliśmy, być może na tak zwane wieki.

I tak to, pisząc o Fetzkim, napisałam o sobie i mojej rodzinie. Dziękuję za inspirację!

***

Książka Zagańczyka jest tak cieniutka, że gdyby nie była ładnie wydana na ładnym, szlachetnym papierze (kremowym, czerpanym), nazwałabym ją broszurką. Autor przebywał w Berlinie na stypendium i spisał swoje wrażenia, koncentrujące się zwłaszcza na polityce i to tej z najwyższej półki. Najwyraźniej był człowiekiem, który nieustannie chodził i opisuje właśnie ten zdeptany przez siebie Berlin. I pomyśleć, że od dwóch lat i ja, i dwie moje przyjaciółki – Ela Kargol i Krystyna Koziewicz – nieustannie wydeptujemy nowe ścieżki w Berlinie, a tu tymczasem przyjechał obcy facet z Polski i odnalazł w Berlinie różne ślady, których my nie tylko nie znalazłyśmy, ale i nie znałyśmy. Zerkając od czasu do czasu do berlińskich notatek Zagańczyka, znajdziemy zatem wiele nowych nieznanych tras w naszym mieście.

I tak to, pisząc o Zagańczyku, napisałam o mnie i moich przyjaciółkach. Dziękuję za inspirację!

***

Mieczysław Bonisławski też objawiał się już na tym blogu – pisał przede wszystkim świetne teksty prawie że realne, ale jednak odrobinę fantasy, a odrobinę w duchu Marqueza i jego realizmu magicznego, w tym opowieści historyczne. Opublikował też stosunkowo niedawno wieloodcinkową powieść o Zielonej Górze po transformacji politycznej (Zderzenie na przejeździe – tu odcinek I, potem trzeba szukać). Wiele fragmentów powieści podobnie jak niektóre opowiadania autora wiążą się z koleją szprotawską i szerzej – w ogóle z kolejnictwem. Nie powinno to dziwić, autor jest regionalistą i dyrektorem Muzeum Kolei Szprotawskiej. Jego najnowsza książka łączy w sobie tę lekką ekstrawagancką skłonność do wprowadzania elementów fantasy, rzetelną wiedzę o kolejnictwie lokalnym (w tym wypadku zielonogórskim) i zacięcie edukacyjne, pod hasłem – no niechżeż się wreszcie wszyscy dowiedzą, jaka wspaniała jest lokalna historia i lokalny aktywizm, a lokalna historia kolejnictwa już zwłaszcza.

No, a ja też bardzo lubię kolej. Nie jestem żadnym znawcą ani znawczynią, z koleją osobiście łączy mnie tylko wujek mojego ojca, ten za to był zaraz po wojnie dyrektorem Okręgu Północnego Polskich Kolei Państwowych i z tej racji zamieszkał w Gdańsku. Nie jest to dla mnie bez znaczenia (piszę o tym również w powieści Lublinerzy), bo to dzięki niemu ojciec przyjechał do Gdańska i u niego w domu poznał moją mamę i tam się jej też oświadczył. Ale ja właściwie wcale nie chciałam pisać znowu o rodzinie, tylko chciałam się przyznać, że uwielbiam jeździć koleją i zawsze, jeśli się tylko da, zamiast auta, autobusu i samolotu – wybiorę kolej. Lepsze jest tylko chodzenie na piechotę, ale kolej jest po prostu niezrównana.
A teraz proszę państwa, właściwie zaraz, bo od 1 czerwca, wszyscy (i my, z Niemiec, i turyści) przez najbliższe trzy miesiące będziemy mogli jeździć pociągami regionalnymi po całych Niemczech za jedne 9 euro! To jest po prostu wspaniałe. Już się cieszę, a ze mną zapewne pół Europy.

Foto Ela Kargol

I tak to, pisząc o Bonisławskim, napisałam o sobie i o połowie Europy. Dziękuję za inspirację!

Frauenblick: Yoga

Monika Wrzosek-Müller

Emmanuel Carrère, Yoga

Mit dem Buch habe ich mich sehr lange herumgeschlagen, immer wieder darin gelesen, nachgedacht; war wütend und empört, manchmal habe ich gelacht. Also, es hat mich doch beschäftigt. Klar, Yoga ist auch mein Weg durchs Leben gewesen, oder ich gehe ihn immer noch, auf meine Art und Weise.

Damals vor Jahren, als ich aus Italien nach Deutschland zurückkehrte, hat mich Yoga gerettet. Es brauchte viel Zeit und etliche Anläufe, aber es hat mir geholfen, den Alltag und mein Leben zu bewältigen. Ich las alles, was mir über Yoga in die Hände fiel: Patanjali, Upanishaden, Veden (Ausschnitte) und dann die Sekundärliteratur, alle von Anna Trökes und von T.K.V. Desikachar, A.G. Mohan, David Frawley, E. Wolz-Gottwald, Mathias Tietke und viele mehr. Aber wirklich geholfen hat mir die Matte – die Übungen und Regelmäßigkeit und Disziplin und dass ich mich in keinerlei Sektenkreise habe hineinziehen lassen, weder in die, die nur an brutalste Verrenkungen glaubten, noch in diejenigen, welche Yoga nur als Business verstanden.

Jetzt kommt mir dieses Buch Yoga vor, wie eine Reise zurück in die Jahre der Ausbildung, meiner intensiven Beschäftigung mit Yoga. Auf jeden Fall ist es ein unverschämt ehrliches Buch, ehrliches Erzählen, hauptsächlich über die Tiefen des Verfassers. Ob das unbedingt interessant ist und unseren Horizont erweitert, ist andere Frage. Da ich immer angenommen habe, Yoga solle der Vernichtung oder wenigstens der Verminderung des eigenen Egos dienen, überrascht es mich, so viel ausgeprägtes Ego in dem Buch zu finden, neben all den Behauptungen, auf dem Yoga-Weg zu sein. Klar, die Wege zur Konzentration durch Meditation und letztendlich zu höheren Formen des Bewusstseins auf dem achtgliedrigen Pfad (Dhyana, Dharana und Samadhi) waren auch für mich damals fast der wichtigste Teil der theoretischen Yoga-Lehren von Patanjali, doch ich habe sie für mich anders ausgelegt. Das kann ich am besten am Beispiel des Verständnisses von Karma Yoga erklären: Karma Yoga, einer der sechs Wege des Yoga, wird in der indischen Philosophie als der Dienst an den Anderen verstanden. Bei vielen Adepten des westlichen Yoga wird er dagegen als meditativer Weg der Ausübung vieler alltäglicher Verrichtungen wahrgenommen; z.B. wird die Tätigkeit des Putzens der eigenen Wohnung in meditativer Weise, mit Achtsamkeit, als Karma Yoga angesehen. Das ist auch nicht schlimm, das konzentrierte, bewusste, achtsame Putzen kann ein guter Weg für die Bekämpfung der eigenen Misere oder des Unwohlseins sein. Doch das als den Yoga-Weg zu verklären, halte ich für völlig übertrieben. Überhaupt liefert mir das Buch ein Beweis dafür, wieviel Narzissmus und Selbstverliebtheit in dem westlichen Verständnis des Yoga-Wegs steckt. Vielleicht war eben dieser gesteigerte Narzissmus auch der Grund für die Nervenzusammenbrüche des Autors. Das sieht er auch selbst ein und kommentiert ironisch: „Eine Abschieds- und Verlusterfahrung, ein Moment, an dem das Leben kippt, genau das erlebe ich ja gerade. Doch wie soll ich unseren Schülern gegenüber zugeben, dass ich mir diese selbst aufbürde? Ich habe oft gesagt, man müsse das eigene Leid respektieren und nicht relativieren, und das neurotische Elend sei nicht weniger grausam als das gemeine Unglück, trotzdem: im Vergleich zu der kompletten Entwurzelung, die diese sechzehn-, siebzehnjährigen Jungen1 erlebt haben und erleben, ist ein Typ, der alles, absolut alles hat, um glücklich zu sein, und der sich abmüht, um dieses Glück und das seiner Angehöriger zu zerstören, eine Obszönität, die zu verstehen ich ihnen schwer abverlangen kann und die dem Standpunkt meiner Eltern recht gibt, dem zufolge man in Kriegszeiten nicht genug Freizeit hat, um neurotisch zu sein“. Leider ist der Tenor des Buches genau entgegengesetzt, der Autor kokettiert mit dem eigenen Leiden und macht es zum Hauptthema.

Diese absolute Konzentration auf sich selbst im Leben war für mich ein Novum, mit dem ich lange in der westlichen Welt zu kämpfen hatte. Und ich finde es fast pervers, den Yoga-Gedanken so umzukehren, ihn so zu verdrehen, dass er den Anforderungen der coolen, hochgebildeten, gutsituierten und selbstverliebten Menschen in der westlichen Welt dient und dienen soll. Irgendwann habe ich mich damit abgefunden – und da kam der Überfall auf die Ukraine und die alte Ordnung wurde wieder aufgehoben. Das Buch hat aber an erstaunlicher Aktualität gerade jetzt gewonnen, auch wenn es vor einigen Jahren geschrieben wurde. Es verdeutlicht nämlich die erwähnte Selbstverliebtheit und Denkweise einer westlichen Konsumgeneration, die vor allem auf der Suche nach dem eigenen Glück und Wohlbefinden ist. Die aus Angst um den eigenen Wohlstand nicht gewillt ist, der Ukraine zu helfen, sogar bereit ist, der Ukraine das Recht auf Selbstverteidigung abzusprechen. Würde die Ukraine sich Putin beugen, die Annexion einige Gebiete durch Russland in Kauf nehmen, dann hätten wir endlich wieder Ruhe und Frieden – diese Logik des Denkens kann man durch die Lektüre dieses Buchs besser nachvollziehen. Deswegen hat es mich auch gefesselt und zum Nachdenken gebracht, denn die Geschichte eines ungefähr sechzigjährigen Mannes, der mit eigenem Leben nicht klarkommt, scheint an sich nicht besonders faszinierend. Was das Buch aber bietet, ist radikale und verblüffende Offenheit bei der Beschreibung dieses „Kampfes“, z.B. in den Vipassana-Kursen, die „Kampftraining der Meditation seien. Zehn Tage lang, zehn Stunden schweigend von allem abgeschnitten: the real shit. In Internetforen berichten viele, diese Hardcoreerfahrungen habe sie bereichert und verändert, andere verurteilen sie als sektenhafte Vereinnahmung. Sie beschreiben den Ort als Konzentrationslager und die tägliche Zusammenkunft als Gehirnwäsche. Nordkorea sozusagen“; er ist bereit, dies zu absolvieren, auch andere Methoden der Meditation, um den eigenen Dämonen zu entkommen.

Auf dieser Sinnsuche vergessen viele, dass die Texte der Upanischaden, auch der Veden und die von Patanjali deshalb verfasst wurden, um den wirklich Leidenden zu helfen, ihnen einen Platz in der Kastengesellschaft zu geben und das sehr bescheidene Überleben zu ermöglichen, und dass sie spirituelle, fast biblische Texte sind.

Was dem Autor letztlich hilft, ist die Beschäftigung mit den jungen Flüchtlingen, die Abkehr von der eigenen Person, der Perspektivwechsel, durch den er in den Hintergrund tritt und wirklich über die anderen und deren Leben demütig nachdenkt. Insofern ist das Ende des Buches vielleicht hoffnungsvoll; das „freundliche Wasser“ heißt das letzte Kapitel, in dem er zum Schluss kommt: „Kein feierliches, meditatives Yoga, das der Auslöschung der Vritti, dem Ausweg aus dem Samsara oder dem lebenslangen Hinwirken auf einen Zustand der Gelassenheit und des Staunens gilt. Nicht das Yoga, über das ich dieses Buch schreiben und weihevoll behaupten wollte, man dürfe es nicht mit vulgärer Gymnastik verwechseln, sondern das, was junge Frauen auf der ganzen Welt machen, die genau wie diese hier finden, dass es eine wunderbare Gymnastik ist, die nichts von Patanjali halten und nicht die geringste Lust haben, dem Samsara zu entkommen, weil man das Samsara auch Leben nennen kann und weil, auch wenn Patanjali und Konsorten das Gegenteil sagen, das Leben gut ist. Nicht nur, das ist klar, aber auch.“2 Belassen wir es dabei und denken wir immer wieder an die Anderen.

______________________

1 Es sind Jungs aus Afghanistan und Syrien, die er auf der griechischen Insel Leros in einem Schreibkurs unterrichtet und kennenlernt, wohin ihn sein umtriebiges Leben verschlagen hat.

2 Vritti, Samsara: beides Begriffe aus dem Yoga; der erste bedeutet Gedankenwellen, Gedankenbewegungen, der zweite wird auch im Buddhismus verwendet und bezeichnet den Lebensrad, den Kreislauf der Wiedergeburten.

Robinson jako Sancho Pansa

Książka wcale nie o otchłaniach, ale o wyspach. Patronują jej po kolei czterej bohaterowie literaccy.
Zaczyna się jak Robinson Crusoe, rozwija się jak pod rządami Prospera w Burzy Szekspira, staje się opowieścią o Baratarii Sancho Pansy (Don Kichot Cervantesa), aby wreszcie porzucić ideologię białych mężczyzn i zamienić w wyspę Ariela.

Wyspa Robinsona

Robinson robi to, co robi każdy człowiek, który jest zdany tylko i wyłącznie na siebie. Dokonuje inspekcji wyspy, ratuje z rozbitego statku, co tylko da się uratować, podejmuje próby wydostania się z pułapki, a jednocześnie zdobywa pożywienie, tak jak to czyniły w przeszłości liczne ludy. Najpierw żywi się płodami zbieractwa, potem rybołówstwa, wreszcie myślistwa, aż nadchodzi moment, że jakieś zwierzę zostanie udomowione (w przypadku Robinsona była to koza), a zboże (z zapasów okrętowych) posiane. Kończy się starsza epoka kamienia, czyli paleolit, nadchodzi czas neolitu. Władzę na wyspie przejmuje Prospero, władca, którego imię znaczy Powodzenie.

Wyspa Prospera

Zapiski z dziennika Robinsona:

“Od tej chwili będę posłuszny następującej zasadzie: każda produkcja jest twórczością, a więc jest dobra. Każda konsumpcja jest destrukcją, jest więc zła. Prawdę mówiąc sytuacja, w jakiej się znajduję, podobna jest w gruncie rzeczy do położenia moich rodaków, którzy przybijają co dzień na statkach do brzegów Nowego Świata. Oni również muszą się podporządkować zasadzie gromadzenia. I dla nich strata czasu jest zbrodnią, a spieniężenie czasu – główną cnotą. Gromadzić pieniądze! Znowu przypomina mi się moja nieszczęsna samotność! Póki sieję i zbieram, wszystko jest w porządku. Ale zło zaczyna się, gdy mielę ziarno i piekę ciasto, ponieważ wtedy pracuję tylko dla siebie. Osadnik amerykański może bez wyrzutów sumienia doprowadzić do samego końca proces tworzenia chleba, gdyż sprzeda go, a pieniądze, które zgromadzi w kufrze, będą zmaterializowanym czasem i pracą. Mnie niestety przeklęta samotność pozbawia możliwości korzystania z pieniędzy, których mam przecież w bród!

Dzisiaj dopiero mogę zmierzyć głupotę i złośliwość tych, którzy obrzucają kalumniami boski wynalazek, jakim jest pieniądz! Pieniądz uduchowia to, z czym się styka, nadając wszystkiemu wymiar racjonalny i uniwersalny zarazem, gdyż dobra zamieniane na pieniądze są potencjalnie dostępne wszystkim ludziom. Sprzedajność jest jedną z głównych cnót. Człowiek interesu potrafi stłumić w sobie śmiercionośne aspołeczne instynkty, takie jak poczucie honoru, miłość własna, patriotyzm, ambicje polityczne, fanatyzm religijny, rasizm, a dopuścić do głosu tylko skłonność do współpracy, zamiłowanie do owocnej wymiany i zmysł ludzkiej solidarności. Należy rozumieć dosłownie wyrażenie „złoty wiek” i jestem przekonany, że ludzkość już dawno by go osiągnęła, gdyby kierowali nią wyłącznie ludzie interesu. Niestety historię tworzą przeważnie ludzie bezinteresowni, a wtedy wszystko niszczy ogień i krew leje się strumieniami. Spasieni kupcy weneccy są przykładem gnuśnego szczęścia, jakiego zaznaje państwo rządzące się wyłącznie zasadą zysku, podczas gdy wychudłe wilki inkwizycji hiszpańskiej ukazują nam, do jak haniebnych czynów zdolni są ludzie, którzy stracili zainteresowanie dobrami materialnymi. Hunowie zatrzymaliby rychło swój szaleńczy pochód, gdyby umieli korzystać ze zdobytych bogactw. Obciążeni zdobyczą, osiedliby na jednym miejscu, aby się nią nasycić, i wszystko wróciłoby do naturalnego stanu. Niestety były to bezinteresowne bestie. Pogardzali złotem. I dlatego parli naprzód niszcząc wszystko po drodze.”

Robinson starał się żywić byle czym, jednocześnie cały wysiłek wkładając w wykorzystanie zasobów wyspy. Wykarczował i obsiał całe hektary lasów i łąk, zasadził pole rzepy, rzodkwi i szczawiu, gatunków sporadycznie występujących na południu; zabezpieczył przed ptakami i owadami plantacje palm, postawił dwadzieścia uli, w których zamieszkały pierwsze pszczoły. Wykopał przy brzegu morza zbiorniki ze słodką i słoną wodą i hodował w nich leszcze, koniki morskie, a nawet homary. Zgromadził olbrzymie zapasy suszonych owoców, wędzonego mięsa, solonych ryb oraz serków, twardych i suchych jak kreda, które można było przechowywać w nieskończoność. Wpadł wreszcie na sposób wytwarzania czegoś w rodzaju cukru, mógł teraz robić konfitury i dżemy z owoców smażąc je w cukrze. Odkrył mianowicie palmę, z której pnia, grubszego w połowie wysokości niż u podstawy i u wierzchołka, wyciekał niezwykle słodki sok. Powalił jedną z tych palm, obciął jej koronę, a wtedy sok trysnął z samego wierzchołka. Płynął tak całymi miesiącami dzięki temu, że Robinson codziennie rano odcinał świeży kawałek pnia, którego pory prędko się zatykały. Z tego jednego drzewa uzyskał dziewięćdziesiąt galonów melasy, która powoli tężała zamieniając się w wielki słodki placek.

Zacząwszy od szaleńczego gromadzenia zapasów, do czego wykorzystał jaskinię, Robinson powoli zbudował wszystko, co było jego zdaniem świadectwem, że mimo iż samotny na bezludnej wyspie, w towarzystwie jedynie psa okrętowego, jest członkiem cywilizacji białego człowieka - dom, świątynię, siedzibę władcy. Człowiekiem, który ma przestrzegać prawa boskiego i ludzkiego, pracować, bogacić się, czynić ziemię sobie poddaną, pomnażać dobra i je oszczędzać

Z biegiem czasu dom stał się dla niego czymś w rodzaju muzeum człowieczeństwa i kiedy tam wchodził, miał zawsze wrażenie, że dokonuje jakiegoś uroczystego aktu. Ustanowił nawet taki zwyczaj po rozpakowaniu ubrań przyniesionych z „Virginii” (a niektóre z nich były bardzo piękne), że zawsze przed wejściem do domu ubierał się – wkładał krótkie spodnie, pończochy i trzewiki – tak jakby składał wizytę najlepszej cząstce samego siebie.
Spostrzegł później, że ze środka domostwa widać słońce tylko w pewnych godzinach dnia i doszedł do wniosku, że przydałoby się postawić tam zegar lub jakieś urządzenie do stałego pomiaru czasu. Po kilku próbach postanowił skonstruować coś w rodzaju prymitywnej klepsydry. Był to po prostu gąsior z przezroczystego szkła z wywierconą w podstawie małą dziurką, przez którą woda ściekała kropla po kropli do skórzanej kadzi ustawionej na ziemi. Dokładnie po dwudziestu czterech godzinach gąsior opróżniał się. Robinson zrobił na nim dwadzieścia cztery równoległe rysy i przy każdej postawił rzymską cyfrę, dzięki czemu poziom płynu wskazywał czas. Klepsydra była dla Robinsona źródłem ogromnej pociechy. Słysząc dzień i noc regularne kapanie kropli spadających do kadzi, myślał z dumą, że czas nie wpada już wbrew jego woli w ciemną otchłań, że uregulował go, ujarzmił, jednym słowem obłaskawił, tak jak to miało się stać stopniowo z całą wyspą dzięki sile woli jednego człowieka.

Dziennik:

Odtąd, śpię czy czuwam, piszę czy gotuję, mój czas odmierzany jest przez monotonne, niepowstrzymane, obiektywne, dokładne, dające się kontrolować kapanie: tik tak. Jakże jestem spragniony tych przymiotników oddających zwycięstwo nad siłami zła! Chcę i żądam, aby odtąd wszystko wokół mnie było odmierzone, dowiedzione, poświadczone, matematyczne i racjonalne. Trzeba będzie przystąpić do pomiarów wyspy, sporządzić pomniejszony obraz wszystkich jej ziem w rzucie horyzontalnym i wciągnąć te dane do katastru.
Chciałbym, aby każda roślina miała swoją tabliczkę, a każdy ptak swoją obrączkę, aby każdy ssak został naznaczony rozpalonym żelazem. I nie spocznę, dopóki ta nieprzenikniona, niezgłębiona wyspa, pełna tajemnego wrzenia i złowieszczego niepokoju, nie przekształci się w konstrukcję abstrakcyjną, całkowicie przejrzystą i czytelną na wylot! (…)

Barataria, wyspa Sancho Pansy

Nazajutrz Robinson położył podwaliny pod Muzeum Miar i Wag. Zbudował je w formie pawilonu, z najodporniejszych materiałów, jakie tylko mógł znaleźć: z płyt skały jaspisowej i bloków granitu. Umieścił tutaj na czymś w rodzaju ołtarza – zamiast bożków – i na ścianach – niczym eksponaty rozumowego rynsztunku – wzorce cala, stopy, jardu, kabla, kwarty, miarki, korca, galonu, drachmy, uncji i funta.

W dniu tysięcznym swego kalendarza Robinson przywdział uroczysty strój i zamknął się w swoim domostwie. Zajął miejsce przed pulpitem, który obmyślił i wykonał tak, aby można było na nim pisać na stojąco, w postawie pełnej szacunku i skupienia. Następnie otworzył największą z ksiąg znalezionych na „Virginii”, z których drukowane litery spłukała morska woda, i zaczął pisać:

KONSTYTUCJA WYSPY SPERANZA USTANOWIONA TYSIĄCZNEGO DNIA MIEJSCOWEGO KALENDARZA

ARTYKUŁ I. Z inspiracji Ducha Świętego, przyjętej i posłusznie wypełnionej zgodnie z nauką czcigodnego brata George’a Foxa, Robinson Cruzoe, poddany Jego Królewskiej Mości Jerzego II, urodzony w Yorku 19 grudnia 1737, zostaje mianowany gubernatorem wyspy Speranza, położonej na Oceanie Spokojnym między wyspami archipelagu Juan Fernandez a zachodnim wybrzeżem Chile. Ma on wyłączną moc ustanawiania i wykonywania praw na całym obszarze wyspy oraz jej wód terytorialnych, tak jak mu podyktuje wewnętrzne światło.
ARTYKUŁ II. Mieszkańcy wyspy obowiązani są myśleć, jeśli to już czynią, na głos, wyraźnie wymawiając słowa.
Objaśnienie. Utrata zdolności mówienia na skutek nieposługiwania się mową to najbardziej upokarzające z grożących mi nieszczęść. (…)
ARTYKUŁ III. Zabrania się załatwiania swych naturalnych potrzeb poza miejscami przeznaczonymi do tego celu.
Objaśnienie. Umieszczenie tej instrukcji w artykule III kodeksu wyda się z pewnością zaskakujące. Dzieje się tak dlatego, że Gubernator ustanawia prawa, w miarę jak dają się odczuwać określone potrzeby, a w związku z rozprzężeniem zagrażającym mieszkańcom wyspy należy jak najszybciej narzucić im pewną dyscyplinę w tej dziedzinie życia, która najbardziej zbliża ich do stanu zwierzęcości.
ARTYKUŁ IV. W piątki obowiązuje post.
ARTYKUŁ V. Niedziela jest dniem wolnym od pracy. W sobotę o dziewiętnastej należy zaprzestać wszelkiej pracy na wyspie, a jej mieszkańcy obowiązani są przywdziać do kolacji najlepsze odzienie. W niedzielę rano o dziesiątej mają się zejść w świątyni na medytację religijną nad tekstem Pisma Świętego.
ARTYKUŁ VI. Prawo palenia tytoniu przysługuje wyłącznie Gubernatorowi wyspy. Może jednakże to czynić tylko raz na tydzień, w niedzielę po południu bieżącego miesiąca, co dwa tygodnie w następnym miesiącu, wreszcie raz na dwa miesiące.
Objaśnienie. Dopiero od niedawna nauczyłem się palić porcelanową fajkę i znajdować w tym przyjemność. Niestety zapas tytoniu w baryłce może wystarczyć tylko na pewien czas. Należy go więc w miarę możności oszczędzać, aby nie popaść w nałóg, którego niezaspokojenie stałoby się później źródłem cierpienia.

Robinson zamyślił się na chwilę. Potem zamknął księgę Konstytucji, otwarł inny tom, również czysty w środku, i napisał drukowanymi literami na pierwszej stronie:

KODEKS KARNY WYSPY SPERANZA USTANOWIONY TYSIĄCZNEGO DNIA MIEJSCOWEGO KALENDARZA

ARTYKUŁ I. Uchybienia wobec Konstytucji podlegają dwóm karom: określonej liczbie dni głodówki bądź przebywania w jamie.
ARTYKUŁ II. Wszelkie przebywanie w bajorze jest zabronione. Przestępcy karani będą dwukrotnie dłuższym pobytem w jamie.

(…)

ARTYKUŁ VII. Wyspa Speranza zostaje ogłoszona twierdzą. Oddana jest pod dowództwo
Gubernatora, który otrzymuje stopień generała. W godzinę po zachodzie słońca obowiązuje
„wygaszenie ognia”.
ARTYKUŁ VIII. Ceremonia niedzielna ma się odbywać również w dni powszednie.
Objaśnienie. Z rosnącym zagrożeniem zewnętrznym powinno zawsze iść w parze odpowiednie
zaostrzenie etykiety. Komentarz zbyteczny.

Przed Rezydencją Robinsona, Muzeum Miar i Wag, Pałacem Sprawiedliwości i świątynią wznosił się teraz wał obronny z otworami strzelniczymi, zbudowany z ziemi wydobytej z fosy, która liczyła dwanaście stóp głębokości, a dziesięć szerokości i zataczała szerokie półkole od jednej do drugiej ściany groty. Dwa muszkiety skałkowe i pistolet dwururka leżały nabite przy trzech środkowych otworach strzelniczych. W razie natarcia Robinson mógł utrzymywać napastników w przeświadczeniu, że nie jest jedynym obrońcą tego miejsca. Szabla szturmowa i siekiera również znajdowały się w zasięgu ręki, lecz było rzeczą mało prawdopodobną, aby kiedykolwiek doszło do walki wręcz, gdyż przestrzeń w pobliżu wału najeżona była różnego rodzaju pułapkami. Przede wszystkim była seria rozmieszczonych w szachownicę lejów ze sterczącymi w środku palami o ostrzach zahartowanych ogniem, przykrytych kępami trawy ułożonej na cienkiej kracie z trzciny. Następnie na polanie, na którą wychodziła ścieżka prowadząca od zatoki, a więc w miejscu, gdzie napastnicy prawdopodobnie zatrzymaliby się na naradę, zanim by ruszyli dalej, Robinson zakopał beczkę z prochem, którą za pomocą konopnego lontu można było wysadzić w powietrze z bezpiecznej odległości. Ponadto kładkę nad fosą podnosiło się od wewnątrz.
Prace fortyfikacyjne utrzymywały Robinsona w silnym podnieceniu, które miało wręcz znakomity wpływ na jego samopoczucie fizyczne i psychiczne. Jeszcze raz przekonał się, że budowanie, organizowanie, ustanawianie praw to najlepsze lekarstwo na fatalne skutki nieobecności drugiego człowieka.
Co wieczór przed „wygaszeniem ognia” dokonywał obchodu w towarzystwie psa, który zdawał się rozumieć naturę niebezpieczeństwa zagrażającego jego panu. Potem odbywało się „zamykanie” fortecy. Kamienne bloki ustawione były w taki sposób, aby ewentualni napastnicy musieli wejść prosto na leje. Podnoszono „zwodzony most”, barykadowano wszystkie wejścia i rytuał „wygaszania ognia” dobiegał końca.
Robinson szykował kolację, nakrywał do stołu w swej Rezydencji i znikał w grocie. Po chwili wychodził stamtąd umyty, uperfumowany, uczesany, z przystrzyżoną brodą, ubrany w uroczysty strój.

Wyspa Ariela

Gdy pojawił się Piętaszek, uratowany z rąk wojowniczych Araukanów, pół Indianin, a pół czarnoskóry Afrykańczyk, Robinson, zgodnie z ideologią białych mężczyzn, uczynił z niego swego sługę i niewolnika. Piętaszek zgodził się na swoją rolę, nie rozumiejąc ani zasad, którym musiał się podporządkować, ani sensu ciężkiej pracy, którą musiał wykonywać. Za lenistwo i przewinienia groziły mu kary, ale były też nagrody – nagrodą było pół dnia wolnego od pracy.

A mimo to Piętaszek, samym swoim istnieniem, zaprzeczał istnieniu wyspy poddanej władzy gubernatora. O ile Robinson – Sancho Pansa – Gubernator był z gruntu istotą zrodzoną z żywiołu ziemi, jego sługa sięgał ku niebu, śpiewem, latawcem, żaglem, harfą eolską.

Było to zresztą zgodne z intuicjami Robinsona, który zapisał w dzienniku taką myśl:

Odcięty na wyspie, mógłbym się stoczyć do poziomu zwierzęcia, gdybym przestał wytwarzać, lub też przeciwnie, wytwarzając mogłem się stać czymś w rodzaju nadczłowieka, tym bardziej że społeczeństwo nie wytwarzało już dla mnie.
Dlatego też budowałem i nadal buduję, ale w rzeczywistości dzieło to dokonuje się na dwu różnych planach i w dwu przeciwnych kierunkach. Jeśli chodzi bowiem o moją działalność na powierzchni wyspy - rolnictwo, hodowlę, budownictwo, administrację, prawa itd., to podejmuję tu dzieło cywilizacji ściśle wzorowane na społeczeństwie ludzkim, a więc w jakimś sensie zwrócone ku przeszłości. Czuję jednak, że dokonuje się we mnie jakaś gruntowna ewolucja, że na gruzach, które pozostawia we mnie samotność, rodzi się nowe oryginalne rozwiązanie, mniej lub bardziej prowizoryczne, jeszcze niepewne, ale coraz słabiej przypominające pierwowzór człowieka, który je zrodził. Wydaje mi się rzeczą niemożliwą, aby ich narastająca rozbieżność powiększała się bez końca. Nieuchronnie nadchodzi czas, kiedy odczłowieczony Robinson nie będzie już w stanie być gubernatorem i budowniczym uczłowieczonego państwa.

Tak też się dzieje, gdy lekkomyślny Piętaszek, pozostawiony na chwilę sam sobie, wysadza w powietrze wszystko, co latami nagromadził skrzętny Cywilizator. Robinson oddaje przywództwo Piętaszkowi, podobnie jak Prospero zostawił swoją wyspę Arielowi. Piotruś Pan wygrywa z piratami. Młodzi, beztroscy chłopcy przejmują świat z rąk ciężkich, ponurych i zasadniczych mężczyzn. Tatuś Muminka wsiada na łódkę i odpływa. Na wyspach pojawiają się dziewczęta, Pippi Langstrumpf, Wendy, Greta Thunberg.

A zakończenia i tak nikt nie przewidzi 🙂

Miłej lektury.

***

Dziękuję Pijusowi, w którego biblioteczce znalazłam tę książkę po angielsku.

Governor of Barataria

The Telescope is a 1963 oil on canvas painting by René Magritte.
The painting depicts a window through which a partly clouded blue sky can be seen. However, the right side of the window is partially open, revealing a black background where the viewer would expect to see a continuation of the clouds and sky – there could hardly be a better symbol of pessimism.

Ewa Maria Slaska

What I really like in Don Quixote, is, as all my attentive readers know, the story of how Sancho Panza, a simple, unlearned peasant, becomes governor and turns out to be a good and just ruler. Throughout all their journey together, the lord and his squire kept talking about how it would be when Sancho Panza’s faithful services were rewarded with the governorship of some island. The Duke’s mischievous joke makes the fiction come true. Sancho is appointed governor. For the next two chapters, Don Quixote instructs him on what to do to perform his duties well. Interestingly, the pessimistic Don Quixote, a fantast detached from reality, turns out to be a good, practical and pragmatic teacher. Sancho Panza’s reign ends with the lost war and his voluntary decision to resign as governor.

The author analysing this in his book on pessimism writes, that what we learn from it is not how to bring order and justice to the world in any permanent way, but that the attempt to do so is worthwhile. It is what should always count: our efforts are never in vain, they are always worthwhile.

(…) The episode of Sancho’s governorship suggests that he got from being with Don Quixote a surprisingly useful political education. When he takes up his post as governor of Barataria and is confronted with liars and tricksters, Sancho sees through them. When legal cases are brought before him, he is a shrewd judge of the motives and wiles of others. Several of these cases involve, essentially, two lowlifes who accuse one another of having cheated them. Sancho always finds a way to punish both while doing justice to both. The townspeople, who both present and observe these cases, have not been let in on the Duke’s joke and come to have great admiration for Sancho: “In a word, he made so many good rules that to this day they are preserved there, and are called “The ordinances of the great governor Sancho Panza”. Since, up to this point, the reader has been told repeatedly of Sancho’s intellectual shortcomings, this is a remarkable transformation. On Sancho’s part, while he first sought a governorship in order to get rich, he later has cause to boast that “without a cent I came into this government, and without a cent I go out of it”. Once his common sense has been unburdened of greed and ambitions, it is more than adequate to the task at hand. The justice that Quixote is repeatedly unable to effect by force, Sancho brings about through a sensible administration inspired by Quixote’s ideals and Sancho’s embrace of his own humble background. One of Sancho’s “advisers” (planted by the Duke to observe and report on what are expected to be hilarious blunders), is amazed at what he has seen and reports, “Every day we see something new in this world; jokes become realities, and the jokers find the tables turned on them”. But the lesson is not just that the Duke’s mildly sadistic plan has backfired. Quixote’s quest for justice, which everyone considers mad and impossible, has shown itself to bear fruit indirectly and in the most unlikely of places. In Don Quixote, quixotism is a joke; in Sancho, it becomes real.

Why is Sancho more successful than Quixote? Perhaps because he knows himself better than Quixote. Quixote claims to continue the personality of the Nine Worthies, but Sancho knows himself only as Sancho, Quixote’s squire. Without Quixote’s example, he would, perhaps, never have been able to see the value of this. While at the start, Sancho wanted nothing else than to be a governor, by the time he actually takes on the role, he has changed. The Duke suggests that he pick out a new wardrobe when assuming office, but he replies, “Let them dress me as they like. However I’m dressed I’ll be Sancho Panza”. Sancho reassures Quixote that the position will not distort him by saying, “I’d rather go to heaven as Sancho than to hell as a governor.” And this draws a rare compliment out of Quixote: “For those last words you uttered alone, I consider you deserve to be governor of a thousand islands”. In learning from Quixote, Sancho has not become another Quixote, but the first and only Sancho Panza. Following a knight with delusions of grandeur, Sancho has lost his own delusions and become who he is. What success he has in politics stems from this. Sancho’s policies are not, perhaps, what we might expect from a pessimist, but the entire episode may perhaps be taken to indicate that the best governor is one with a pessimistic education. Having dismantled his extravagant plans for the future, Sancho is better at seeing each case that comes before him for what it is. In knowing himself, he also knows what justice is. But the success that Sancho meets with is limited, in more ways than one. First of all, there is the inability of Sancho’s state to withstand a violent attack staged by the Duke who put him in power. More importantly, despite Sancho’s fitness to govern, he finds the process itself agonizing. An “advisor” concerned with his health refuses to let him eat anything and this symbolizes the lack of reward involved in governing: “I am dying of discouragement, because when I thought I was coming to this government to get hot food and cold drinks, and take my ease between holland sheets on feather beds, I find I have come to do penance as if I was a hermit”. Sancho has forsworn the acceptance of bribes or any such similar material rewards, so his post is no more rewarding financially than nutritionally. It might be expected, though, that his successful government might give him some feeling of satisfaction. It does not. Sancho, in coming to know himself, learns that the task of government is more than he can bear, nor does Cervantes suggest that another would find it any easier. Sancho leaves his governorship even more hastily than he accepted it. Finally, Cervantes warns us, in his usual comic fashion, not to become too enamored of Sancho’s new-found “wisdom.” When Quixote remarks on his improvement, Sancho replies, “It must be that some of your worship’s discretion sticks to me. Land that, of itself, is barren and dry, will yield good fruit if you fertilize it and till it. What I mean is that your worship’s conversation is the fertilizer that has fallen on the barren soil of my dry wit, and the time I have spent in your service and company has been the tillage”. This way of putting things sets them in proper perspective. Though Sancho has improved, he has not improved much. At best, he repeats garbled versions of old maxims whose meaning he only half-understands. In imitating Quixote, he has unlearned a few of his worst habits and acquired some better ones. If Sancho is successful at governing, it is as much because an honest half-wit is already a great improvement on the greedy, corrupt, and conniving men who ordinarily hold such posts. Quixote had suggested to Sancho that knowing who he is would be enough for him to govern, and, as Cervantes lets the events unfold, this turns out to be the case. At some level, the joke, which appeared to become real, remains a joke-what more, Cervantes seems to say, could one expect from a chaotic world such as this one? But this attitude too is perfectly consonant with a pessimistic perspective. What we learn from Sancho’s government is not how to bring order and justice to the world in any permanent way, but that the attempt to do so is worthwhile.

Pessimism of Don Quixote

Ewa Maria Slaska

Do not worry, only this part is in Polish, further follows English text

Thanks an Arkadiusz Łuba for sending me that picture 🙂

I. Wstęp z niemieckiej prasy codziennej

Ach, miejmy nadzieję, że on naprawdę okaże się naszym promiennym zbawcą

Trudno wyrokować. Na pewno po odejściu Angeli Merkel Emmanuel Macron wybija się na przywódcę Europy, podczas gdy niemieckiemu kanclerzowi przypada zaledwie rola giermka-brzuchacza. O dalszych analogiach między dzisiejszą sytuacją Europy a życiorysem Rycerza o Smętnym Obliczu pisze Arek Łuba na swoim blogu o komiksach: TU. Ciekawe wydaje się oczywiście, że jak po dwóch miesiącach wojny biedny zapatrzony we własny brzuch giermek wreszcie podniósł oczy, ujrzał mroczne obrazy wojny i postanowił sam chwycić za miecz, natychmiast zleciały się zewsząd niemieckie intelektualne dziewczątka i chłopięta, przerażone do głębin jestestwa myślą o tym, że będzie brzydko, be i prosząc Sanczę Brzuchacza by natychmiast zrezygnował ze wspierania walki i powrócił do roli przygłupa. List intelektualistów niemieckich TU (jest nawet, niestety moja ulubiona pisarka, Juli Zeh). Najstraszniejsze w tym liście (nazwijmy go) pierwszym była teza, że jeżeli naród ukraiński będzie nadal cierpiał, to będzie to jego własna wina, bo broni się przed agresorem! To zdanie jest hańbą europejskiej myśli pacyfistycznej, a ludzie którzy uznali, że ofiara jest winna tego, że cierpi, są po prostu ch… I niech już tam sobie idą.

Na szczęście, zanim przyszedł czas na opublikowanie tego posta, pojawił się drugi list otwarty, w którym paru naprawdę porządnych intelektualistów wsparło Sancho Pansę w jego decyzji, żeby jednak stanąć po stronie sprawiedliwości.

Uwaga, po kliknięciu na tego linka znajdzie się też link, gdzie się można podpisać pod tym “drugim listem”, razem Danielem Kehlmannem, Maximem Billerem, Herthą Müller, Olgą i Vladimirem Kaminerami, ze mną i innymi porządnymi ludźmi.

Koniec części polskiej

II. Optimistic intermezzo

Albert Dros Photography

I have photographed many windmills over the years, but never one with poppies. Last week, after driving home I put my navigation ‘avoid motorways’. It’s a way for me to discover new places on the countryside, and this windmill was waiting for me. Just a few poppies were enough to make this photo.

René Magritte, The Telescope,1963, oil on canvas

III. About optimism of pessimists

Chapter Six
CERVANTES AS EDUCATOR
DON QUIXOTE AND THE PRACTICE
OF PESSIMISM

Don Quixote … is an allegory of the life of every man who,
unlike others, will not be careful merely for his own personal
welfare, but pursues an objective, ideal end that has taken
possession of his thinking and willing; and then, of course,
in this world he looks queer and odd.
-ARTHUR SCHOPENHAUER

Today we read Don Quixote with a bitter taste in our
mouths, almost with a feeling of torment, and would thus
seem very strange and incomprehensible to its author
and his contemporaries: they read it with the clearest
conscience in the world as the most cheerful of books,
they laughed themselves almost to death over it.
-FRIEDRICH NIETZSCHE

Prehistory

Different pessimists have read Don Quixote in different ways (…). But the uniform praise of this novel by the pessimists should cause us to wonder at the source of the commonplace understanding of its protagonist as an enemy of pessimism. Though the reader may reflexively think of Don Quixote as an inveterate optimist, charging at windmills and the like, I would suggest that this has more to do with the popularity of the musical Man of La Mancha than with Cervantes’s actual text. Whatever merits this lachrymose bit of theater may possess, fidelity to the spirit of Don Quixote is not actually one of them. If anything, Man of La Mancha resembles the heavy-handed, Wagnerian operatic romanticism that Nietzsche so feared being associated with.
Though I am not concerned here with cultural analysis, the reworking that Don Quixote receives in Man of La Mancha is an interesting example of the kind of imperialism of optimism that has succeeded in making pessimism invisible today. As Nietzsche reminds us, however, Cervantes’s book was received by its first readers as a bright comedy and was, indeed, internationally successful on that basis.

Practice of pessimism

If Quixote hopes, at first, to right wrongs with a wave of his noble sword, the sad truth about the world eventually destroys that expectation, both in him and in the reader. But if the narratives of chivalry that Cervantes mocks have been a dubious education for Quixote, that is not at all the case for Quixote’s own narrative of chivalry, which is an education for Sancho Panza and, through him, for the rest of us. And, as certain episodes in the novel suggest (particularly those in which Sancho is called upon to govern), it is even a useful political education. For Sancho, the unlettered peasant, to the surprise of everyone, governs wisely when given the opportunity. The justice that the insane Quixote is unable to effect with the sword, Sancho brings about through a sane and brave administration inspired by Quixote’s example. Sancho’s success is limited (indeed, ultimately it is destroyed), but it is (temporarily) genuine. For a time, Sancho organizes a small portion of the universe under something like a decent political regime. And all the characters in the novel, except Quixote, find this astounding.
Cervantes (…) characterizes the universe he created as a pessimistic vision and (…) his book aims at a goal that pessimists would recognize (and have recognized) – a mode of action that acknowledges the insuperable barriers that time-bound existence throws up against justice and happiness, but which does not respond to this situation with resignation. Don Quixote represents what I am terming a “practice of pessimism,” a mode of conduct and action founded on an absence of expectation and hope.

More tomorrow

Pesymizm Don Kichota

Ewa Maria Slaska

… czyli kolejny wpis o pożytkach czytania wszystkiego, co w ręce wpadnie

I. Prolegomena do wstępu

Konstanty Ildefons Gałczyński, Śmierć Andersena VI*

Nie żyjesz. Czyżbyś był już tylko śladem na bibule?
Czy naprawdę umarłeś Christianie?
Ja myślę, że nawet strzelać trzeba czule.
(MELANCHOLIJNA PORO, OCZU OCZAROWANIE…)
Bo te liście odfruwające bokiem…
bo dzień wczorajszy to żebrak…
więc… Tak likwidował epokę
niejaki Miguel Cervantes de Saavedra.

Przepisane z książki K.I.Gałczyński, Wybór poezji, Biblioteka Narodowa, Ossolineum 1974, s. 203; przepisane w Światowym Dniu Książki 2022 roku, czyli w rocznicę śmierci Szekspira i Cervantesa. Obaj umarli tego samego dnia – 23 kwietnia 1616 roku.

Tak likwidował epokę, napisał Gałczyński. I tak oczywiście było. Szekspir doprowadził literaturę renesansową na najwyższe wyżyny, ale Cervantes zmiótł to, co było i rozpoczął czas czytania powieści, a to nas do dzisiaj trzyma w kleszczach. Jeśli naprawdę wiemy coś o świecie i ludziach, to dlatego, że czytamy powieści. Czytamy. My czytamy. My kobiety. Bo co najmniej od XIX wieku uważa się, że powieści czytają przede wszystkim kobiety (oczywiście są wyjątki!). Mężczyźni wiedzą coś o świecie z traktatów i rozpraw, kobiety z powieści. Śmiem twierdzić, że wiemy lepiej, już chociażby dlatego że powieść, żebyśmy ją czytały, musi nas przekonać, musimy uwierzyć w jej sens, a ten dostajemy wraz prawdą o tym, jakie jest całe życie.
W traktatach jest teza, antyteza, synteza, w powieści kobieta, mężczyzna, dziecko, służąca, babcia i stary stajenny.
Tak, przez wiele stuleci to mężczyźni pisali dla nas powieści, ale musieli znać psychologię i wiedzieć, co czują kobiety. Jeśli nie potrafiliby nas przekonać, że Izabela Łęcka jest zimną wyrachowaną dziwką, Effie Briest miała odwagę kochać i zapłaciła za miłość wysoką cenę, a Emma Bovary zmarniała w pustce mieszczańskiej egzystencji, to byśmy nie czytały kolejnych powieści tych autorów. Takie to proste. W XIX wieku mężczyźni, żeby się utrzymać przy życiu jako pisarze, musieli pisać dla kobiet.

II. Intermezzo

Z codziennej prasy niemieckiej. Nowi przeciwnicy Don Kichota.

Zdjęcie z Tageszeitung 22.02.22 (Pedro Sala/Imago)

Problemy z energią odnawialną. Nie tylko Hiszpanie nie chcą ani wiatraków ani baterii słonecznych.
I nie tylko oni walczą. Obejrzyjmy kataloński film Alcarràs Carli Simon, nagrodzony złotym niedźwiedziem na tegorocznym Berlinale (przy okazji – był to pierwszy film kataloński, który otrzymał tak prestiżową nagrodę). To co na filmie wydaje się opowieścią o rozpadzie jednej rodziny, naprawdę jest częścią wielkiego problemu, z jakim się borykamy – kryzysu klimatycznego.

III. Wstęp do pesymizmu

Główna teza autora brzmi: Europejczyk jest z samej swej natury pesymistą, a jego podstawowe przekonanie głosi, że życie jest cierpieniem. Zgodnie z tym poglądem Europejczyk, nawet jeśli tworzy utopie na temat idealnych państw czy rządów, tak naprawdę wcale w nie nie wierzy. Można nawet powiedzieć coś więcej i gorzej na ten temat – tak naprawdę Europejczyka pesymistę poznać po tym, że traktuje pesymizm jako swoją sprawę osobistą, a systemy społeczne wcale go nie obchodzą, bo przecież i tak wiadomo, że będą nieudane.

Skądinąd wiadomo.

W życiu codziennym zachowujemy się jednak trochę inaczej i właściwie odwrotnie do tego, co przypisał nam filozof. W życiu codziennym bowiem często bywamy optymistami i czasem wystarczy nam do tego kwitnące drzewo wiśni, lekka bryza, niebieskie niebo i trochę słońca. Natomiast w sprawach wielkich i wyższych na pewno jesteśmy pesymistami. W każdym razie my, Europejczycy z Europy Wschodniej. Możliwe, że na przełomie wieków XX i XXI nauka i polityka usiłowały nam wmówić, że teraz już wszystko będzie jak najlepiej na tym najlepszym ze światów, że nie ma już Historii i wszyscy będziemy na zawsze szczęśliwi, a wojny to sprawa, która przeminęła i będą zajmowały już tylko dyplomatów. Zachód bardzo chciał w to uwierzyć ale my, Europejczycy z Europy Wschodniej, nie daliśmy się nabrać. Widzieliśmy jak świat prawie bez rozlewu krwi strząsa z siebie okowy komunizmu, ale widzieliśmy też wojnę w Zatoce Perskiej, krwawy rozpad Jugosławii, ludobójstwo na placu Wiecznego Pokoju w Pekinie, narodziny islamskiego terroryzmu, upadek Arabskiej Wiosny Ludów, zdewastowanie Syrii, zbombardowanie miasta Grozny, krwawą rzeź na ukraińskim Majdanie i zajęcie Krymu. Dobrze wiedzieliśmy więc, że wszędzie naokoło czai się zło, a to, że my żyjemy w pokoju, jest jakimś cudem.

Cudem, który właśnie się skończył.

Dlatego wiedzieliśmy, że tylko durnie z Zachodu likwidują radio Wolna Europa, bo myślą, że nigdy już nie będzie potrzebne i tylko durnie z Zachodu dobrowolnie ładują łeb w pętlę “pipeliny”, dostarczającej przez Polskę i drugiej – przez Bałtyk tani gaz z Rosji Sowieckiej. Nawet nie przyszło nam do głowy, żeby tak nie mówić i żeby brać poważnie deklaracje, że Związek Radziecki upadł, bo wiedzieliśmy, że to tylko zmiana definicji i może lekka kosmetyka zachowań politycznych, ale Związek Sowiecki nie upadł, tak jak nie upadł carat, i że to wszystko to tylko inne nazwy.

Z czasem dowiedzieliśmy się, że ci z Zachodu to wcale nie durnie, którzy nie widzą niebezpieczeństwa, tylko całkowicie obojętni oligarchowie, których nie obchodzi, jakie koszty zapłaci w przyszłości świat za to, w jaki sposób oni się teraz bogacą.

I teraz właśnie za to płacimy, żyjąc w sześciu kryzysach na raz. Mamy kryzys klimatyczny, kryzys uchodźczy, kryzys finansowy, pandemię, kryzys demokracji i wojnę.

IV. Don Kichot jako nauczyciel-pesymista (czyli o praktyce bycia pesymistą)

Hmmm, kochani, okazało się, że ten wpis jest już bardzo długi… Obiecuję więc, ciąg dalszy nastąpi, ale na dziś wystarczy… Do poczytania za tydzień.

________

* umarł 4 sierpnia 1875

Offberlin

Berlin offowy widziany oczami Polaka / OffBerlin von einem Polen gesehen

To my, Ela Kargol, Krysia Koziewicz i ja, Ewa Maria Slaska. Zapraszamy.

Kolejne nasze spotkanie w SprachCafé Polnisch (Polskiej Kafejce Językowej), (nie)zawsze w trzeci piątek miesiąca.

29 kwietnia 2022 o godzinie 19.30 Schulzestr. 1 /13187 Berlin Pankow.
Stacja kolejki Wollankstraße.

Achtung! Es gelten aktuelle Covid-Regeln!

Marek Defée i jego alternatywny przewodnik po Berlinie – Offberlin. Fantastyczne czytanie.

OffBerlin. Przewodnik alternatywny nie opisuje miejsc znanych  i typowych, znajdujących się na trasie standardowych wycieczek. Autor proponuje w nim wędrówkę po jego ulubionych dzielnicach i mało znanych zakątkach. Perełki street foodu, kawiarnie, bary, weekendowe ryneczki, pchle targi, miejsca z designem, squaty, graffiti, muzyka uliczna, tańce nad Szprewą, plaże w środku miasta, życie nocne – to tylko część atrakcji, które opisuje ten nietypowy przewodnik. Przewodnik stanowi subiektywne spojrzenie na Berlin, które w zamyśle autora ma być inspiracją do odkrywania własnych ścieżek w wyjątkowym mieście, jakim jest Berlin.

Autor przybędzie na spotkanie!

Marek Defée und sein alternativer Berlin-Führer. Lesevergnügen A1.
OffBerlin. Der alternative Reiseführer beschreibt nicht die bekannten und typischen Orte der Berliner Standardtouren.

Autor schlägt eine Reise durch seine Lieblingsviertel und wenig bekannten Ecken vor. Streetfood-Locations, Cafés, Bars, Wochenendmärkte, Flohmärkte, Design und Graffiti, Squats, Straßenmusik, Tanzen auf der Spree, Strände mitten in der Stadt, Nachtleben – das sind nur einige der Attraktionen, die in diesem ungewöhnlichen Führer beschrieben werden. Defées Reiseführer ist ein subjektiver Blick auf Berlin, der dazu anregen soll, eigene Wege in der einzigartigen Stadt Berlin zu entdecken.

Der Autor wird zu dem Treffen aus Stettin kommen. Wir freuen uns schon darauf!