wie wäre es mit den kleinen Harlekinen, die untrennbar sind?
Wir waren zusammen im Britzer Garten und haben letzten Herbstimpressionen gesammelt.
Mit sehr lieben Grüssen
Gertraud Pohl
Ewa Maria Slaska
Lubię ludzi, którzy wędrują. To chyba wszyscy wiedzą. Pisałam tu już kiedyś o Johannesie Gotfriedzie Seume, który 6 grudnia 1801 roku wyruszył z saskiej miejscowości Grimma
i 1 kwietnia 1802 roku dotarł do Syrakuz. Jego trasa prowadziła z Grimma przez Drezno, Pragę, Wiedeń, Graz, Maribor, Ljubljanę, Triest, Wenecję, Bolonię, Anconę, Terni, Rzym, Neapol, Palermo, Syrakuzy. Posiliwszy się pomarańczami na stokach Etny Seume ruszył z powrotem przez Messinę, Palermo, Neapol, Rzym, Sienę, Florencję, Bolonię, Mediolan, przełęcz Gottharda, Lucernę, Zurych, Bazyleę, Besancon, Dijon, Paryż, Nancy, Strassburg, Wormację, Moguncję, Frankfurt, Fuldę, Erfurt, Weimar, Lipsk do Grimma. Gdy ruszał, miał 37, prawie 38 lat. Był doświadczonym i doświadczonym przez życie człowiekiem.
Portret Seumego z roku 1798 – Hans Veit Schnorr von Carolsfeld
9 grudnia 1933, dokładnie 8o lat temu, na pieszą wędrówkę z Londynu do Konstantynopola wyruszył 18-letni chłopak, inteligentny i wrażliwy, ale zbyt samodzielny
i niezależny, żeby zagrzać miejsce gdziekolwiek, a już na pewno nie w szkołach brytyjskich. Patrick Leigh Fermor wędrował przez cztery lata, w okresie wojny był ważnym współpracownikiem wywiadu brytyjskiego SEO (Special Operations Executive), stacjonował na Krecie i był jednym z dowódców akcji porwania niemieckiego gubernatora Krety, Heinricha Kreipe.

Ostatnio dużo myślę o tych dwóch wędrowcach, Niemcu i Angliku. Dzieliło ich ponad sto lat, łączyła wędrówka. Oczywiście im bardziej cofamy się w czasie, tym bardziej piesza wędrówka przestaje być czymś tak niezwykłym, jak jest teraz. Przez miliony lat człowiek wędrował i nawet nie wiedział, że mógłby żyć inaczej. Zaczął się osiedlać dopiero 12 tysięcy lat temu, a i to obok zasiedziałych mieszkańców miast i wiosek zawsze byli i tacy, którzy wędrowali, pasterze, kupcy, trubadurzy, czeladnicy zanim pozwolono im ubiegać się o tytuł majstra, uczniowie. Uciekinierzy i niespokojne duchy. Gdy Fermor rusza w drogę jest tak młody, że dopiero musi sobie wyrobić paszport. Proponuje urzędnikowi, żeby jako zawód wpisał mu “bum” czyli hobo, włóczęga, w najlepszym razie wagabunda. Urzędnik radzi mu jednak, by napisać “student”, co w trakcie podróży okaże się zbawienne.
Ciekawe, że obaj, i Seume, i Fermor wyruszyli dość niespodziewanie, nie robili jakichś długich przygotowań. Buty, płaszcz, plecak, skarpety, bielizna, jeśli pominąć kajet i ołówek, to jest to właściwie wszystko, co człowiekowi jest potrzebne na drogę. Po skończonej podróży Seume pochwali swoje buty, które przez całą roczną wędrówkę obyły się bez szewca. Fermor chwali z kolei wojskowy szynel, znakomitą osłonę od deszczu, wiatru i mrozu. Bo wprawdzie obaj byli w drodze we wszystkich porach roku i obaj szli na południe, czyli ku krajom coraz cieplejszym, ale wyruszyli w grudniu. Dlaczego?
Co skłania wędrowca, który wczoraj jeszcze mieszkał w normalnym domu i normalnym mieszkaniu, do tego, by wstać, wiąć plecak swój i iść w grudniu? Już nawet luty wydaje mi się lepszym miesiącem do zaczynania podróży, lepszym niż grudzień. Jest wprawdzie w lutym luty mróz, ale przynajmniej wiadomo, że zima już się kończy. W grudniu cały ten ciemny i zimny szmat czasu leży jeszcze przed wędrowcem, luty luty też.
Jeśli zatem jutro uznacie, że zimno i nie będzie się wam chciało ruszyć z domu, żeby pójść (uwaga! w Krakowie!) na spotkanie poświęcone Fermorowi, to pomyślcie, że on w taki zimowy dzień, w ulewnym deszczu wsiadł w Londynie na statek towarowy, który przez noc przewiózł go przez kanał do Hoek van Holland. Stamtąd dla piechura otwiera się droga właściwie bezkresna. Aż po Chiny.
Według naszego kronikarza pieśń ta powstała po nieudanym podboju Kołobrzegu przez Bolesława Chrobrego. Pomorskie miasto Kołobrzeg było ponoć nadzwyczaj bogate i waleczni rycerze polskiego władcy, zamiast zdobywać gród, zajęli się łupieniem podgrodzia. Kronikarz tak to opisuje:
Odwoławszy tedy rycerstwo i złupiwszy podgrodzie, Bolesław odstąpił stamtąd za radą starego Michała poza mury, spaliwszy przedtem wszelkie zabudowania. Wstrząśnięty tym wypadkiem, cały naród barbarzyńców niezmiernie się przeraził, a rozgłos Bolesława rozszedł się między nimi szeroko i daleko. Stąd też ułożono pamiętną piosenkę, która nader właściwie wysławia ową dzielność i odwagę w te słowa:
Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!
Dziwne, bo mnie się wydaje, że polskie wojska wcale nie okazały jakiejś niezwykłej odwagi. Tym niemniej pieśń o skarbach i potworach jest wspaniała i niezwykła, i była mottem przewodnim, co prowadziło Ojca na morze i towarzyszyło Mamie w jej pracy graficznej. W oryginalnym cyklu grafik “Dzieje Gdańska”, dwubarwnym, srebrno-złotym, w którym każda grafika składała się ze stylizowanego tekstu i szerokich, pełnych detali pasów ilustracyjnych, była też grafika nazwana “Skarby i potwory”. W papierach znalazłam też dwa szkice do niej. W ostateczne wersji Mama zrezygnowała z wojów, aby móc przedstawić więcej skarbów i potworów, a właściwie przede wszystkim – potworów.
Wikipedia tak pisze o zdobyciu Kołobrzegu: W 1103 r. umocnienia grodu okazały się zbyt potężne nie zdołano go opanować mimo zaskoczenia obrońców. Co nie udało się w 1103 r., zakończyło się sukcesem w 1107 lub 1108 r. Mieszkańcy w obawie o życie poddali się, a całe Pomorze Środkowe ponownie znalazło się w granicach państwa piastowskiego. Z dumą pisał wówczas o Kołobrzegu Gall Anonim, który uznał je za “miasto sławne”. Królestwo polskie niedługo się jednak cieszyło “posiadaniem” Kołobrzego, bo już w latach 30. XII w. Kołobrzeg znalazł się pod zwierzchnictwem cesarzy niemieckich.
Byłby to jeden z nieważnych już dziś incydentów w burzliwej historii średniowiecznej Polski, gdyby nie owa pieśń. Zaśpiewał ją Czesław Niemen 30.07.1979 podczas inauguracji Dni Gdańska. Pojawił się historycznym orszaku, jadąc konno, w stroju woja Bolesława Krzywoustego. Pieśń ta powstała do spektaklu “Kronika polska Galla Anonima” w reżyserii Królikiewicza.
A tu oryginalny tekst pieśni według Galla. Zakładam, że lud polski układał takie pieśni jednak po polsku, ale jakby nie było pierwotną wersję znamy po łacinie:
Pisces salsos et foetentes apportabant alii,
Palpitantes et recentes nunc apportant filii.
Civitates invadebant patres nostri primitus
Hii procellas non verentur neque maris sonitus.
Agitabant patres nostri cervos, apros, capreas,
Hii venantur monstra maris et opes aequoreas.

Powyżej dwie oryginalne grafiki Mamy z cyklu “Dzieje Gdańska”, jakie posiadamy w Berlinie – “Skarby i potwory” oraz (po prawej) “Gedania” z fragmentem poematu “Flis” Sebastiana Klonowica (1595):
Tu masz okręty z płóciennemi skrzydły,
Tu masz z Zamorza trefne, szydły widły
Maszty wyniosłe z bocianiemi gniazdy
Pod same gwiazdy.
Tu w stradyjektach masz śmiałe bosmany,
Masz z dalekich stron kupce i ziemiany.
Przedawaj, kupuj, handluj…
Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran Boguckiej
W papierach znalazłam między innymi wydany w roku 2005 numer „Ichtys” – pisemka parafialnego kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Łebie. Był to numer specjalny, kościół obchodził sześćdziesięciolecie istnienia jako parafia polska. Przed 60 laty niemiecki malarz ekspresjonista Max Pechstein, który od lat mieszkał w Łebie, namalował dla kościoła obraz jego patronki, używając w tym celu materiałów, jakie miał pod ręką w biednym miasteczku rybackim zaraz po wojnie: farb do malowania kutrów i prześcieradła. Patrząc na ten obraz warto pamiętać, że namalował go dla Polaków – Niemiec, dla rybaków – artysta, dla katolików – niewierzący ewangelik. I że Pechstein, jeden z czołowych ekspresjonistów niemieckich namalował ten obraz w stylu słodkich Madonn, jakich setki powstawały w krajach katolickich od Renesansu po Norwegię.
Opracowanie graficzne „Ichtys” przygotowali moja siostra i szwagier: Katarzyna Bogucka-Krenz i Jacek Krenz.
Syreny
Mama uwielbiała morskie istoty. Syreny, trytony dmące w muszle, nimfy… Dużo o nich myślała i mówiła. Podobał się jej Böcklin, mimo iż właściwie nie znosiła secesji i historyzmu, a chyba nawet całego wieku XIX nie szanowała, w co teraz, po kilkudziesięciu latach, kiedy wszyscy kochają impresjonizm, po prostu trudno uwierzyć. Ale Böcklin namalował masę obrazów z nimfami i to go w jej usprawiedliwiało, zrównywało go chyba z Rubensem. Za Rubensem Mama zresztą też nie przepadała, ale ponieważ namalował zaślubiny Katarzyny Medycejskiej, a tam na statku zwykli ludzie, choć potężni, natomiast na burtach i w wodzie wokół kadłuba masy morskich istot…
Najstarszym obrazem Mamy jaki znamy, jest właśnie syrena, a właściwie syrenka, przytulająca się do posągu księcia…Nie wiem, ile Mama miała lat, gdy namalowała tę akwarelkę. Wydaje mi się, że 12, ale to chyba niemożliwe, bo znaczyłoby to, że przez wojnę, okupację i powstanie, które niczego nie oszczędziły, genius tempi przeniósł akurat ten jeden mały kartonik.
U Białostockiego przeczytałam kiedyś, że pozornie radosne morskie istoty, których mnóstwo na przykład w kaplicy zygmuntowskiej, te rozpląsane stwory, wśród fal igrające z delfinami i przekomarzające się z rybami, to naprawdę pochód żałobny. To każe natychmiast zapytać, co to za symbol – stary, archetypiczny, który znamy wszyscy we wszystkich czasach, czy lokalny i ograniczony czasowo, a więc tylko europejsko-renesansowy? Bo wtedy byśmy wiedzieli, czy syreny Mamy są ilustracją czy ukrytym za ilustracją smutkiem. Była bardzo smutna. Dariusz Bogucki czyli Ojciec napisał w „Śladach życia”:
Irena często powtarzała, że nie ma szczęśliwych duchów, a mówiąc to, myślała o „Duende”, o duchu Artysty, o artystach, takich jak Norwid czy Lorca. Jej nieustępliwe poszukiwanie natchnienia, jej wieczne dążenie ku Sztuce, jej poczucie szczęścia, kiedy nareszcie znalazła właściwą kreskę rysunku albo odpowiednie, to jedyne, słowo poetyckie, zapewne nie byłyby możliwe, gdyby w jakiś sposób nie była – samotna?
Opisując ich poznanie się, Ojciec pisze o Mamie, że była to „smutna dziewczyna”.
… z tego pierwszego spotkania wyniosłem przede wszystkim obraz. Nieduża, czarnowłosa, o filigranowej figurze. Sprawiała wrażenie czegoś bardzo egzotycznego. I zachwycającego. W istocie, tak zachwycającego i pełnego uroku, że cała reszta cech, które zazwyczaj charakteryzują daną osobę, niemal umknęła mojej uwadze. Jednak nie, utrwalił się nie tylko obraz. Był jeszcze ten uśmiech – trochę jakby smętny czy przepraszający, i sposób bycia, znamionujący dystans do wszystkiego i melancholię, a może brak żywiołowej radości życia.
Ojciec zakochał się niemal od pierwszego wejrzenia, a może po prostu od pierwszego wejrzenia, po tygodniu znajomości się oświadczył.
Taki był początek naszego wspólnego życia. I pewnie teraz należałoby to wspólne życie po kolei opisać, ale przecież nie o chronologię tu chodzi, nie o minione dni, miesiące i lata, tylko o to, co mogę o Irenie powiedzieć od siebie. Kim była i jaka była. Przeżyliśmy razem niemal pół wieku, ale dziś myślę, że tak naprawdę zaledwie ją poznałem, głównie poprzez nasz wspólny czas teraźniejszy, którego początkiem był tamten dzień. To zaś, co dziś o niej wiem, jest jakby odbiciem tego, co wiem o sobie, albo raczej, czego się o sobie samym z wolna dowiaduję, gdy jej już przy mnie zabrakło. I dopiero teraz, gdy analizuję, rozważam i zastanawiam się nad przyczyną pewnych zdarzeń z przeszłości, zaczynam w pełni rozumieć nasz związek. Jedno nie ulega wątpliwości: wojna oboje nas dotkliwie pokiereszowała. Irenę na pewno jeszcze bardziej niż mnie, bo okupację przeżyła, ukrywając się w Warszawie. Nic dziwnego więc, że nauczyliśmy się przede wszystkim skrytości – zacierania śladów, jak mawiała Irena. Bo ona wcale nie była nieśmiała, tylko właśnie „schowana”, a jej rezygnacja z odgrywania wiodącej roli czy to w naszym małżeństwie, czy później w środowisku zawodowym, prawdopodobnie wynikała z przeżyć i lęków wojennych. Był to odruch samoobrony: maksymalnie przystosować się, wtopić w otoczenie. Człowiek niepozorny stawał się jakby niewidoczny, miał większe szanse przetrwania. Wojenną grozę, która dotknęła na równi wszystkich, w jej wypadku niewątpliwie zwiększył przeskok z dostatniego życia, jakie wiodła jako córka wziętego lekarza, w stan ubóstwa i ciągłego zagrożenia, w jakim się nagle znalazła. Rodzina poszła w rozsypkę, zaczęło się pomieszkiwanie kątem u różnych ludzi, pod zmienionymi nazwiskami, i to nie zawsze wszystkich razem w jednym miejscu. Do tego dołączyła konieczność ukrywania się, spowodowana zaangażowaniem ojca i innych członków rodziny w AK-owską konspirację. Życie na pograniczu głodu spowodowało chorobę, a wkrótce także śmierć matki. Pod koniec wojny zabrakło również ojca, który, zadenuncjowany przez konfidenta, wyjechał z Warszawy do oddziału partyzantki w Górach Świętokrzyskich. Tam prowadził szpital polowy aż do chwili, gdy Niemcy rozbili oddział i rozstrzelali cały personel szpitala wraz z rannymi.
Została sama w Warszawie. Kontynuowała naukę na tajnych kompletach, gdzie zdała maturę. Zrobiła kurs telegrafistów, została wykwalifikowaną sanitariuszką, w wolnych chwilach ucząc się kilku języków obcych (w sumie miała ich poznać sześć). Kiedy wybuchło powstanie, ukrywała się na Pradze, i tam znalazła się w strefie zagarniętej przez wojsko sowieckie. Opowiedziała mi kiedyś w nocy, gdy obudziła się z sennego koszmaru, że pewnego razu w czasie walk nie zeszła do schronu, tylko została na piętrze. Pocisk artyleryjski wbił się w ścianę nad jej głową, ale nie wybuchł i nawet jej nie zranił. Wówczas po raz pierwszy pomyślała, że może jej się uda, może przeżyje.
Więc te syreny, wodne boginki, Leukotea, Ino, Kirke, Kalypso, a nawet Nauzykaa, śmiertelniczka a nie boginka, ale tak jak one, piękna, młoda i wyłaniająca się z wody…
Te piękne szczęśliwe kobiety, kochane przez mężczyzn i…w ostatecznym rozrachunku samotne. Gdy Mama tworzyła cykl Odyseja nie myślała o Penelopie, choć przecież sama świadomie wybrała tę właśnie rolę jako swoją. To ona jest jedną z kobiet nad morzem.
Jak to zapisał Tata: „Nie darmo Irena tylekroć powtarzała, że ojczyzna to kraj ojców, ale port jest zawsze – macierzysty.”
W przyszłym tygodniu w sobotę – Archiwum 1
Roman Brodowski
W Nowogródku
Pogoda tego poranka zapowiadała się wyjątkowo dobrze. Bezchmurne niebo, lekko szczypiący mróz oraz odbijające się na śniegu poranne promienie słońca, to bardzo dobre warunki na podróż, zwłaszcza autem.
– Sprawdźcie panowie, czy zabraliście wszystkie potrzebne wam rzeczy, bo wracać z powrotem nie będziemy – przestrzegł nas Kazimierz, zeskrobując z szyb warstwę twardego lodu.
Popatrzyłem do torby. To, co przygotowałem na ten wyjątkowy dla mnie dzień, leżało systematycznie poukładane na jej dnie. Świeżo wyprasowana koszula, pachnąca proszkiem do prania wisiała na wieszaku, a ja, przejęty jak podczas pierwszej randki, usadowiłem się wygodnie na przednim siedzeniu. Nic dziwnego, że się trochę boję, przecież dzisiaj spełnia się moje ciche, wieloletnie marzenie, jakim było zobaczenie na własne oczy miejsca związanego z Adamem Mickiewiczem. Mało tego że będę gościł w domu rodzinnym wieszcza, to dane jest mi jeszcze (polskiemu romantykowi), zaprezentować mój skromny dorobek literacki rodakom mieszkającym w Nowogródku.
Stefan jeszcze raz dokładnie obejrzał swój warsztat pracy, czyli sprzęt fotograficzny, a następnie doprowadziwszy do ładu to, co stanowiło dla niego od wielu już lat największy skarb – długi, spływający artystycznym bałaganem po plecach posiwiały warkocz, usiadł tuż za mną.
– Możemy ruszać? – zapytał Kazimierz, wkładając skostniałą od mrozu dłonią, kluczyk do stacyjki.
– Oczywiście – odpowiedzieliśmy niemalże jednocześnie.
Jechaliśmy powoli sennymi jeszcze o tej porze ulicami zimowego Grodna, rozglądając się na boki. Miasto z perspektywy jadącego samochodu wygląda o wiele ciekawiej.
Płynący leniwie wąwozem Niemen, unosił na grzbiecie kawałki przezroczystej kry, a ponad nim szybowały po bezkresie rozkrzyczane stada mew, w poszukiwaniu jakiejś nieostrożnej ryby na śniadanie. Mijaliśmy po kolei najpiękniejsze budowle miasta – Kościół Farny, do którego spieszyli właśnie ludzie na codzienną poranną modlitwę, prawosławny Sobór Pokrowski z przepiękną dzwonnicą na dziedzińcu, zabytkowy drewniany domek Elizy Orzeszkowej skąpany w błękicie, interesujący architektonicznie budynek Teatru Dramatycznego, przypominający koronę Piastów.
Na wzniesieniu górującym nad miastem widniały, niby para kochanków, mury starego i nowego zamków, przeglądające się w lustrze rzeki. Nowy zamek jest tym miejscem, w którym zakończył się ostatni akt najbardziej dramatycznej „sztuki“ z udziałem polskiego narodu, jaką był wieloletni proces rozbioru naszej ojczyzny. To tu właśnie, miesiąc po podpisaniu przez zaborców traktatu rozbiorowego, dwudziestego piątego listopada 1795 roku, nasz ostatni król, Stanisław August, abdykował na rzecz carycy Katarzyny, oddając polską koronę oraz królestwo w jej ręce.
– Dzisiaj twój, a jutro mój dzień pracy – powiedział Stefan. – Od rana będę fotografował zabytki i plenery Grodna.
– Jestem za, a nawet przeciw – zażartowałem, parafrazując znaną myśl „dumy naszego narodu“, Lecha Wałęsy. Od jutra ofiaruję ci cały wolny czas. Mogę nawet zatrudnić się w roli tragarza i nosić twój cały majdan. Zaprowadzimy cię z Kazimierzem do takich miejsc w Grodnie, z którymi będzie się ciężko potem rozstać. Odwiedzimy też galerię prowadzoną przez sympatyczną polską dziewczynę, u której oprócz stałej ekspozycji obrazòw, często odbywają się wernisaże oraz wystawy fotograficzne – dodałem.
Po godzinie na horyzoncie ukazały się zalesione, pokryte śniegiem pagórki, przypominające pejzaże bieszczadzkie, tyle, że zamiast dębów, olch i klonów, tu rosną karłowate świerki i białoszare brzozy.
– Zbliżamy się do wyżyny nowogródzkiej – wskazał przed siebie Kazimierz – te wzgórza są najwyższymi wzniesieniami na Białorusi. Im bardziej się do nich zbliżaliśmy, tym bardziej stawały się dla nas tajemnicze, dziewicze i piękne.
Zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu , nieopodal porośniętego karłowatą sosną wzniesienia. Usiedliśmy na drewnianych, zbitych z brzozowych pali ławkach. Wokół panowała całkowita cisza. Wydawało się, że oprócz nas nikt inny nie korzystał dzisiaj z tej drogi.
Pięknie tu, pomyślałem, oddychając głęboko świeżym, rześkim powietrzem. Teraz rozumiem, dlaczego z tak nieudawaną miłością i tęsknotą Adam opisywał te miejsca w „Panu Tadeuszu“ , to są właśnie te „pagórki leśne… “. Poczułem się tak, jakby jakieś niewidzialne siły przeniosły mnie w tamten miniony świat, świat mickiewiczowskiej zadumy.
– No i jak pan Roman – zapytał nieco żartobliwie Kazimierz. Podoba ci się tu, prawda? Spojrzałem roztargnionym wzrokiem, nie wiedząc, gdzie jestem i co odpowiedzieć.
– Dziękuję za zaproszenie mnie w te okolice – powiedziałem, obejmując go przyjacielskim uściskiem. – Tu naprawdę można naładować pozytywną energię.
– Nie ruszajcie się, zrobię wam zdjęcie na tle tych wzgórz – zawołał do nas Stefan. Odwróciliśmy się w jego kierunku, szczerząc zęby do skierowanego na nas niby strzelba, obiektywu.
– Napijecie się czegoś mocniejszego na rozgrzewkę? – zapytał Kazik, wyjmując z kieszeni oprawną w skórę piersiówkę.
– Ładna – powiedziałem, biorąc do ręki ten piękny, inkrustowany przedmiot. Za poczęstunek dziękuję, ale na razie nie mogę pić akoholu, jestem za bardzo zdenerwowany. Może, jak już będziemy po spotkaniu. Stefan także nie skorzystał z zaproszenia. Od wielu lat nie pije alkoholu i to nie dla tego, że ma „kłopot“, ale dla zasady. Kiedyś postanowił, że będzie abstynentem i jak na razie danego sobie słowa dotrzymuje.
Kiedy szykowaliśmy się do dalszej drogi, spod rosnącego nieopodal krzewu wyszedł, mały wychłodzony kot.
– Jak on się tu znalazł? – pomyślałem. Pewno biedaczysko zgubiło się na tym odludziu. Kot podszedł do Stefana i wyraźnie zaczął prosić o coś do jedzenia. Stefan podniósł to nieszczęsne stworzenie z ziemi i głaszcząc przytulił je mocno do siebie, jakby osłaniając przed zimnym, dokuczliwym wiatrem.
– Takich jak ten, bezpańskich kotów czy psów na Białorusi są tysiące. Ludzie najpierw biorą zwierzęta do siebie, pobawią się nimi, a potem, kiedy im się
znudzą, wywożą gdzieś daleko od domu, choćby tu, do lasu – skomentował sytuację Kazik.
Nakarmiliśmy zwierzaka i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Nowogródka dotarliśmy około południa. Po wąskich uliczkach przechadzali się nieliczni mieszkańcy miasta w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia. Większość z nich dawno już przekroczyła wiek aktywności, dźwigając na przygarbionych plecach historię swych doświadczeń. Panowała tu typowa atmosfera wschodniej zaściankowości. Na górującym nad miastem wzgórzu majaczyły resztki zamkowych murów, przypominające czasy świetności tej pierwszej stolicy wielkiego księstwa litewskiego. Obok usypany przez mieszkańców ku czci wielkiego poety w latach 1924-31 Kopiec Adama Mickiewicza, pokryty białym puchem. Niedaleko, w parku – stylowy szlachecki dworek, cel naszej wizyty, miejsce w którym mały Adaś pod okiem swoich rodziców poznawał świat. To przecież tu powstawały jego pierwsze rymowanki.
Stanęliśmy obok bramy, oddzielającej park od ulicy, przy płycie z płaskorzeźbą poety. Dotkąłem delikatnie chłodnej marmurowej twarzy, patrzącej od ponad wieku na przepływające obłoki i poczułem dziwne ciepło. – Jestem Mistrzu – szepnąłem do milczącego kamienia, w cichej nadziei, że mnie usłyszy.
– Wejdźmy do środka, tam na nas już czekają – powiedział Kazik. W zadbanym parku stał typowo polski, szlachecki dworek, dziś siedziba muzeum naszego wielkiego narodowego twórcy. Na progu, a właściwie w krużganku przywitał nas kustosz muzeum, wyraźnie zaskoczony naszym przyjazdem.
– Panowie już dzisiaj? – zapytał. – Przecież spotkanie ma się odbyć jutro o siedemnastej – dodał niepewny, szukając potwierdzenia w podręcznym notesie. No tak, z grodzieńskiegpo wydziału kultury otrzymałem wiadomość o spotkaniu państwa z mieszkającymi w Nowogródku Polakami, w dniu jutrzejszym – upewnił się, pokazując Kazimierzowi zapisaną odręcznie informację.
Na twarzy mojego przyjaciela pojawiły się widoczne oznaki zdenerwowania. Wyjął telefon komórkowy, zadzwonił do Grodna. Po dosyć długiej, prowadzonej oczywiście w języku rosyjskim, rozmowie, okazało się, że spotkanie miało się odbyć z okazji dnia urodzin Poety, ale nie 24 grudnia, tylko niejako w wigilię Wigilii czyli dzisiaj. Po wyjaśnieniu nieporozumienia dyrektor poprosił o dwie godziny czasu na przygotowanie spotkania, my zaś mieliśmy w tym czasie zwiedzić muzeum, a potem przyjść na skromny poczęstunek do jego gabinetu.
Weszliśmy do muzeum. Wszystkie przedmioty z tamtego czasu, meble, obrazy, dywany, nawet stojący na sekretarzyku inkaust, pachniały starością, epoką bardzo odległą, a jednocześnie – dla mnie – bardzo bliską. Zwiedzałem kolejne pomieszczenia, mając wrażenie, jakby ktoś stał za moimi plecami, jakby mnie obserwował, zapraszając do nawiązania kontaktu. Przed oczyma miałem wiersze zapisane gęsim piórem na poblakłych kartkach. Prawie wszystkie znałem, niektóre z nich na pamięć. Nie wiem, jak długo przebywałem myślami w tamtej, mickiewiczowskiej epoce, ale wiem, że przez cały ten czas szukałem w rzeczach, którymi na co dzień się posługiwał, jego geniuszu, i wiem, że go czułem, czułem tego, dla kogo tam byłem – Adama.
Tę dziwną, metafizyczną przygodę z przeszłością zakończyła młoda pracownica muzeum, zapraszając do gabinetu dyrektora. W małym przytulnym pokoiku siedzieli już w wygodnych fotelach, popijając aromatyczną kawę i podjadając ciastka, Kazimierz, Stefan oraz pan dyrektor.
– Jak się pan u nas czuje? – zapytał dyrektor po polsku, z litewskim, a właściwie wileńskim akcentem, zapraszając do suto nakrytego stołu.
– Szczerze mówiąc, jestem pod wrażeniem – odpowiedziałem przytłumionym ze wzruszenia głosem.
– To bardzo dobrze, bo za pół godziny spotka się pan z zaproszonymi gośćmi – dodał. Wkrótce udaliśmy się do przestronnego, jasnego salonu na poddaszu. Stało kilka rzędów krzeseł. Na ścianie – kamienna płaskorzeźba z popiersiem Adama oraz nieliczne obrazy. W rogu – stary fortepian z epoki, a na nim w wazonie z porcelany bukiet świeżych kwiatów. No i podłoga – lśniący, pachnący pastą, ułożony w mozaikę parkiet.
Ku mojemu zdziwieniu w sali czekało na nas około dwudziestu osób. Jak na reprezentację prawie dwutysięcznej społeczności polskiej w Nowogródku, to niewiele, ale jak na publiczność zorganizowaną w tak krótkim czasie…, no właśnie. Bo nasuwają się dziesiątki pytań. Skąd oni się tu wzięli, kim są, w jakim języku mam do nich mówić? A jeżeli to Białorusini.
Moje obawy rozwiała młoda, może trzydziestoletnia kobieta, która zapytała po polsku, czy rzeczywiście przyjechałem do nich z Berlina? Okazało się, że prawie wszyscy siedzący na sali są Polakami. To kustosz wysłał swoich pracowników do przedstawicieli mniejszości polskiej, mieszkających w pobliżu muzeum z informacją o zmienionym terminie spotkania.
Stefan fotografował z pasją prawdziwego reportera wszystko, co znajdowało się w zasięgu jego aparatu, począwszy od eksponatów, a na dziewczęco młodych, uśmiechniętych twarzach, skończywszy. Kazimierz z satysfakcją, że jednak się udało, stał obok naszego gospodarza, czekając na rozpoczęcie spotkania.
Zaczęło się. Gospodarz wyszedł na środek sali, przywitał gości, przedstawił mnie i oddał mi głos. Spojrzałem na publiczność, na kamienne oczy Wieszcza i rozpocząłem, z tremą, to, na co przygotowywałem się przez wiele lat. Opowiedziałem więc słuchaczom o silnej, emocjonalnej więzi łączącej mnie z Mickiewiczem, o tym, że wzrastałem na jego romantycznej poezji, na jego miłości do Ojczyzny, że to były wzory, które kształtowały moją osobowość, a w czasie życia na emigracji łagodziły moje zwątpienia. Opowiedziałem im też o podobieństwach, jakie nas łączyły. O jego wielkiej niespełnionej miłości do Marii, i mojej, również wiecznie platonicznej, wiernej miłości do Marii. Marie były różne, ale miłość podobna, boląca, błądząca w sferze marzeń, wierna. Towarzyszyła nam w smutnych i radosnych chwilach, czasami przeszkadzała , ale zawsze pomagała żyć.
Mówiłem o jego tęsknocie za krajem, za domem rodzinnym, który musiał opuścić,
za przyjaciółmi, którzy pozostali tylko w jego wspomnieniach. Przypomniałem
jego los tułacza, szukającego prawdy na obczyźnie, porównując z moim losem emigranta nie z własnej woli. Przyznałem też, że jednak mnie było o tyle lepiej, że po kilku latach zdjęto ze mnie, jak z tysięcy rodaków, tę banicję. Mogę bez lęku wracać, kiedy chcę i na jak długo chcę, do wolnego rodzinnego gniazda, czego niestety nie było dane doczekać Adamowi.
Po tym pełnym zwierzeń początku przeczytałem, niejako zwracając się do ducha poety, wiersz, napisany na jego cześć, wiersz, który powstał przed zaledwie kilkoma dniami, napisany na tę właśnie okazję.
„ A kiedy będziesz w Nowogródzkiej ziemi “
– Pamiętasz ? – to twoje Wieszczu są słowa.
No więc jestem, przybyłem Eraty przestrzenią
By poczuć smak epoki, by jej zakosztować.
Ty piórem znaczyłeś drogę ku przyszłości.
Wolność twoim słowem bliźnim rozdawałeś,
I uczyłeś naród swój prawdziwej miłości
Do ojczyzny, do Matki, którą tak kochałeś…
Wznosiłeś modlitwy do pagórkòw leśnych,
W strumieniach widziałeś nadzieje płynące,
W polnych drzew konarach układałeś pieśni
Grzałeś serca rodakom, jak majowe słońce…
Przeczytałem te linijki, a w sali zapanowała taka cisza, że mogłem usłyszeć swój własny oddech, bicie własnego serca. Przeczytałem jeszcze kilka innych wierszy, związanych z Grodzieńszczyzną, a na koniec, dla rozluźnienia atmosfery, bajeczki, napisane dla mojej Kasieńki. Kiedy zamilkłem, słuchający dotąd w skupieniu uczestnicy spotkania, nagrodzili mnie gromkimi brawami. Niektórzy podchodzili do mnie, dziękując po polsku za wrażenia, jakich im dostarczyłem, a ja cieszyłem się, że mogłem im podarować marne ziarno ojczyźnianej ziemi – siebie.
Na zakończenie tej pięknej przygody z Adamem wręczyłem dyrektorowi muzeum rękopis tego wiersza, wiersza od poety – dla poety.
Ewa Maria Slaska
Andrzej Piwarski
i Barbara Ur wzięli ślub przed 50 laty. O Barbarze i jej niezwykłych rzeźbach pisałam już tu. Dziś wpis o Andrzeju. Skończył w tym roku 75 lat. Zaczął studia w roku 1960. Pierwszą wystawę miał w roku 1967. Jesienią ich odwiedziłam. Odpowiadają i opowiadają. Robią to świetnie, choć zupełnie inaczej – Barbara cicho i krótko, celnie puentując wypowiedzi. Andrzej wspaniale i panoramicznie, wpisując się w długą tradycją polskiego gawędziarstwa.
Ile razy dorwę się do głosu, pytanie się odmienia, prowadzi rozmowę do kolejnego etapu życia obojga twórców. Siedzimy w ich mieszkaniu, potem idziemy do pracowni. Cudowne wnętrza, pełne najwspanialszej sztuki. Malowane świątki i ludowe obrazy z XVII wieku, krzyżyk, którym błogosławił Niemców przebrany za księdza ślepy ojciec artysty, wyprowadzając siebie i syna ze spalonej Warszawy do Pruszkowa. Ceramiczne gobeliny Barbary, jej rzeźby bogiń-księżniczek z włosami z łańcuchów.
Już o tym pisałam, ale cóż, czasem nie ma wyjścia – trzeba się powtarzać. Ach, mieć pieniądze, kupić te boginie, ustawić w ogrodzie przed domem, powiesić w oknach tego nieistniejącego domu obrazy Andrzeja, tak by widać je było z ogrodu, zaprosić ludzi, powiedzieć im, patrzcie i nie zapomnijcie, że jesteście głupkami. Wydaje się Wam, że to co robicie jest taaakie ważne. A tymczasem, moi drodzy, ważna jest tylko sztuka. Ważni są tylko twórcy. Nikt nie pamięta, jak nazywali się politycy czy urzędnicy w Paryżu w roku 1918 roku, a przecież na pewno w swoim czasie byli ważni i o rozmowę z nimi zabiegali ambasadorzy i konsulowie. Nikogo już te osoby nie obchodzą, ale każdy Europejczyk wie, że w listopadzie 1918 roku w wydawnictwie Gallimard ukazał się drugi tom W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, pierwsza francuska, a zapewne także europejska książka wydana natychmiast po zakończeniu I wojny światowej. Ten fakt w tym roku też obchodzi jubileusz.
Andrzej obchodzi jubileusz, albo raczej obchodzić go będzie za dwa tygodnie. Ale jubileusz to też pojęcie teoretyczne, bo co to jest jubileusz i jak się go liczy? Nie ma problemu, gdy jest to na przykład rocznica przyznania Nagrody Nobla Wałęsie. Wiadomo, dostał ją 5 października 1983 roku, minęło 30 lat, Wajda nakręcił film, 4 października 2013 roku z okazji jubileuszu odbyła się polska premiera filmu i tak dalej, i tak dalej… Jubilat i jego rodzina mieli zresztą z Noblem dla Wałęsy też coś do czynienia, bo zorganizował w Oslo wielką wystawę w ratuszu, na przeciwko budynku uniwersytetu, gdzie 10 grudnia w imieniu Wałęsy Danuta odbierała nagrodę. Wystawa Piwarskich była jedyną polską akcją zorganizowaną z tej okazji w Oslo. Składał się na nią cykl Andrzeja “Ślady, myśli, nadzieje. Polska 1970-1981”, prace Barbary oraz prace ich syna, Krzesisława Piwarskiego i jego akcja artystyczna na placu przed aulą uniwersytecką, gdzie wręczano Danucie nagrodę dla męża.
Piszę dziś o jubileuszu Andrzeja, opierając się na googlowskiej zasadzie, że wszystko jedno, ile lat minęło i czy rocznice, które czcimy są okrągłe czy kanciaste, uczczę na tym blogu 51 rocznicę ślubu obojga i 75 urodziny Andrzeja, i 53 rocznicę rozpoczęcia studiów, ale też – 50 rocznicę przyznania artyście pierwszej nagrody za obraz (19 grudnia o godzinie 17:00), namalowany poza murami sopockiej Alma Mater. Ale obchodzimy też 46 rocznicę jego pierwszej wystawy indywidualnej oraz dwudziestolecie powołania przez Andrzeja i Barbarę do życia Europejskiego Laboratorium Sztuki w Tuchomiu, co jest jak rozumiem, nadaniem rangi instytucjonalnej kaszubskiej chałupie z ogrodem.
A poza tym w sobotę w galerii NaKole odbędzie się wernisaż malarstwa Andrzeja. Pójdę oczywiście na to otwarcie i wygłoszę mowę. Zostałam o to poproszona:
Szanowni Jubilaci… I co? Co mam dalej powiedzieć? Mam wymienić, co zrobili oboje? Nie, nie, nie. Precz z wyliczankami, które zanudzają słuchacza na śmierć. A więc jeszcze raz: Szanowni Jubilaci, od kilkudziesięciu lat tworzycie sztukę. Sami mi powiedzieliście w rozmowie, że ani jednego dnia nie przepracowaliście w inny sposób. Stworzyliście wielkie dzieło. Jestem z Was dumna i bardzo Wam za to dziękuję!
Brawo, brawo. Huczne oklaski.
PS. Barbara Ur i Andrzej Piwarski mieli kiedyś we Frankfurcie nad Menem wspólną wystawę z Matką Autorki tego tekstu, graficzką Ireną Kuran-Bogucką.
Świat jest mały.
Gertraud Pohl schrieb diesmal:
Liebe Ewa,
wie du weißt, teile ich die Wohnung mit Gyuri, einem Ungarn aus Budapest (darauf legt er Wert), dessen zentrales Thema die Bearbeitung von bisher nur seinen eigenen Fotos ist.
Wie durch ein Wunder ist es mir nun gelungen, ihn für die Fotoarbeiten zu gewinnen, die ich selbst bereits seit 30 Jahren kreiere, und sie mit seinem Farbempfinden ein wenig “aufzupeppen”.
Du bekommst also diesmal keine Puppen sondern echte Menschen, und ich hoffe, daß dir die ersten Gemeinschaftsprodukte gefallen und sie die Puppen einmal verdrängen dürfen.
Mit sehr lieben Grüssen
Gertraud
Ewa Maria Slaska
O toaletach
Każdy z nas to pamięta. Te jakieś straszne toalety gdzieś w Polsce, obesrane i cuchnące. Niekiedy wciąż jeszcze można je zobaczyć w pociągach PKP. Tak bywa, o czym mogę się naocznie przekonać, bo właśnie jadę pociągiem.
Ale wszyscy też wiemy, że to już dawno nie jest normą, że nowoczesność kroczy jak bogini Wolności. Albo zamiast niej.
Dziś buduje się nowocześnie, wszędzie szkło, stal i szlifowany kamień. Wszędzie stawia się wielkie szklane wazony z nowoczesnymi bukietami, a te muszą być przede wszystkim wielkie. Ogromne gladiole, orchidee, pędy bambusa. Wszystko super eleganckie. Toalety ze szklanymi drzwiami. Podwórko z kunsztownymi grupami roślin. Na talerzach wraps z kiełkami. A obok… A obok coś przaśnego, co kobietom w jednakowych czarnych garniturach i mężczyznom, którzy właśnie już nie muszą mieć jednakowych czarnych garniturów, nawet krawatów nie muszą… Ich uniformizm zawiera się w jednakowej myśli, w jednakowych słowach. W Polsce słowem tym jest korporacja, w Niemczech co trzy lata musi się tu pojawić jakieś nowe słowo, wytrych i remedium rozumienia i rozwiązywania problemów społecznych. Harmonisieren, Nachhaltigkeit, Vernetzung, passgenaue Qualifizierung. Kwalifikacje na miarę. A więc jak już tym kobietom i mężczyznom znudzi się omiatanie wzrokiem szlifowanych granitów i stali, mogą odpocząć patrząc na zdjęcia zardzewiałych łyżek na obdrapanych parapetach. Do jedzenia oprócz wrapów jest grochówka. To nowa wersja pajdy chleba ze smalcem do czytania poezji. Wysokie szklane drzwi w toaletach sprawiają, że goście czują się niepewnie. Zwłaszcza Gościce. Niby wiadomo, że szkło jest nieprzezroczyste, ale przecież jednak podstawowe skojarzenie szkła to czystość, klarowność, nie zakłócone możliwości widzenia. Podczas obrad Gościce wymykają się chyłkiem i podążają ku szklanym drzwiom. Nieobecność innych jest też rodzajem ochrony przed nieproszonym spojrzeniem. Ale ciężkie drzwi wymykają się z rąk i z hukiem uderzają o framugę. Po przerwie obsługa konferencji przyczepia do szklanych drzwi szmatki na sznurkach. Designera szlag by trafił.
Wieczorem, a jakże, wieczór poetycki. Sala nobliwie monotonnie antracytowo szara. Dopasowane do entourage’u suknie Gościc. Mężczyźni tak czy owak od dwustu lat w takich tonacjach. Na scenie czerwona gaśnica. Cały czas czekam, czy ta techniczna czerwień nie okaże się jednak rekwizytem, który ma głęboki sens. Ale nie, po prostu designer sobie, a przepisy przeciwpożarowe sobie. I już.
Przedstawienie jest nudne i – jak gaśnica – bez sensu, ale ma też inny sens, głęboki „sens żydowski”, nie śmiemy więc głośniej odetchnąć. Takim okazjom w Berlinie może towarzyszyć tylko nabożne skupienie. Cisza, szacunek, pochylenie głowy, cisza. Kobieta w rzędzie za mną charczy nagle potwornym, przepotwornym charczeniem. Charczenie wyrywa ze skupienia całe audytorium. Ze sceny wylewa się na nas właśnie czarne mleko świtu, pijemy je nocą, twoje szare włosy, Margarete, twoje czarne włosy, Sulamitko. W powietrznym grobie nie jest nam ciasno. Charczenie się ponawia. Straszne potworne. Kobieta, która charczy ma dziś popielate włosy jak Margarete, ale kiedyś, gdy była młoda, była Sulamitką. Przerwa. Po przerwie Margarete nie wraca już. Zastanawia jednak, dlaczego tu była? Takie charczenie nie pojawia się znienacka. Była chora, dlaczego więc w ogóle przyszła?
Latami nie byłam w stanie chodzić do filharmonii, bo w berlińskiej filharmonii w mini przerwach pomiędzy kawałkami muzyki waliły się na człowieka ze wszystkich stron zmasowane ataki kaszlu. Nie pomagało zaciskanie zębów ani zatykanie uszu. Zawsze przypominało mi się, że, Graves tak twierdził, Kalligula kazał zamordować Gemellusa, bo kaszlał. Wreszcie dyrekcja zrozumiała, że masowy kaszel przekracza ludzką wytrzymałość i rozprawiła się z problemem jedną kartką: Zabrania się kasłania w przerwach. I pomogło. Dziś już nikt nie kaszle.
Nie rozumiem. To dlaczego przedtem kasłali? Ale też – jak to możliwe, że jednak nie muszą kaszleć?
Behawioryzm kaszlu, fizjologia designu. Rok zajmowania się tematem kościelnego obozu pracy przymusowej pozwala na odkrycie specjalnego designu przeznaczonego dla miejsc pamięci. Potrzebny jest beton, dużo betonu i zardzewiałe żelazo. Godna podziwu jednorodność stylistyczna. Co to za kierunek w sztuce? Postpamiętnik?
Więc toalety. Mam jakieś niepewne wspomnienie z czasów załatwiania odmownie terenów postenerdowskich za pieniądze europejskie, inwestowane na Wschodzie przez inwestorów z Zachodu. W jakimś miasteczku, gdzie nie było nic, a właśnie zlikwidowano jedyne w okolicy kino, zbudowano automatyczną toaletę ze szlifowanej stali i marmuru. Przeczytałam kiedyś zdanie, że brandenburskie wioski to jakieś UFO, odcięte od świata, zamknięte w sobie, bez życia politycznego, społecznego i gospodarczego. Dodałabym jeszcze, bez kina i biblioteki, ale z marmurową toaletą.
Ale mam i wspomnienia jak najbardziej aktualne. Na Zachodzie Niemiec w restauracjach przy autostradach jak epidemia ospy rozpowszechnia się system nowoczesnych toalet w pełni zautomatyzowanych. Kosztują chyba 70 centów, z tego 50 centów otrzymuje się z powrotem w charakterze bonu do wykorzystania w tychże restauracjach. No i dobrze, może nawet bardzo dobrze. Może lepiej zautomatyzowana toaletyzacja niż owe przedpotopowe toalety, do których trzeba było wyjść poza budynek, zaopatrzywszy się uprzednio u barmana w klucz z zawieszką o rozmiarach łopatki mamuta. Ale jak wiadomo nie każde nowe jest lepsze od starego. W toaletach w okolicy miasteczka Fläming 20 lat temu pozwolono się wyszaleć designerowi, który skorzystał z tego prawa w obowiązującym wówczas stylu post-op-artu, któremu patronował post-post-Andy-Warhol. Była więc toaleta Jamesa Deana, Marylin Monroe, Charliego Chaplina i Elvisa Presleya. Były śmieszne i kolorowe. U mężczyzn inne niż u kobiet. Po jednej stronie autostrady inne niż po drugiej. Toalety na trasie z Berlina do Fläming odwiedziłyśmy z Lidą i Dorotą w marcu tego roku jadąc do Halle. Toalety po przeciwnej stronie zachwaliłam jakbym to ja sama je zaprojektowała, Kindze i Włodkowi, gdy w lipcu wracaliśmy z Francji. W marcu świat fizjologiczny po zachodniej stronie autostrady był jeszcze pełen barw, w lipcu ściana wschodnia okazała się już w pełni zautomatyzowana, a paleta barw pomiędzy papugą a pawiem, sprowadziła się do obowiązującej już na całym Zachodzie sterylnej kombinacji szklanej zieleni i mlecznej bieli.
Zapytałam sprzątacza, co się stało? Nie wiedział, o co mi chodzi. Nie ma racji Dorota, twierdząc, że pamięć społeczna się skurczyła i obejmuje teraz siedem lat. Pamięć społeczna nie obejmuje nawet siedmiu miesięcy.
For Begin of December / Dla godnego uczczenia grudnia
Edgar Allan Poe
The Raven
Once upon a midnight dreary, while I pondered, weak and weary,
Over many a quaint and curious volume of forgotten lore,
While I nodded, nearly napping, suddenly there came a tapping,
As of some one gently rapping, rapping at my chamber door.
‘Tis some visitor, I muttered, tapping at my chamber door-
Only this, and nothing more.
Ah, distinctly I remember it was in the bleak December,
And each separate dying ember wrought its ghost upon the floor.
Eagerly I wished the morrow;- vainly I had sought to borrow
From my books surcease of sorrow- sorrow for the lost Lenore-
For the rare and radiant maiden whom the angels name Lenore-
Nameless here for evermore.
And the silken sad uncertain rustling of each purple curtain
Thrilled me- filled me with fantastic terrors never felt before;
So that now, to still the beating of my heart, I stood repeating,
‘Tis some visitor entreating entrance at my chamber door-
Some late visitor entreating entrance at my chamber door;-
This it is, and nothing more.
Presently my soul grew stronger; hesitating then no longer,
Sir, said I, or Madam, truly your forgiveness I implore;
But the fact is I was napping, and so gently you came rapping,
And so faintly you came tapping, tapping at my chamber door,
That I scarce was sure I heard you- here I opened wide the door;-
Darkness there, and nothing more.
Deep into that darkness peering, long I stood there wondering, fearing,
Doubting, dreaming dreams no mortals ever dared to dream before;
But the silence was unbroken, and the stillness gave no token,
And the only word there spoken was the whispered word, Lenore!
This I whispered, and an echo murmured back the word, Lenore!-
Merely this, and nothing more.
Back into the chamber turning, all my soul within me burning,
Soon again I heard a tapping somewhat louder than before.
Surely, said I, surely that is something at my window lattice:
Let me see, then, what thereat is, and this mystery explore-
Let my heart be still a moment and this mystery explore;-
‘Tis the wind and nothing more.
Open here I flung the shutter, when, with many a flirt and flutter,
In there stepped a stately raven of the saintly days of yore;
Not the least obeisance made he; not a minute stopped or stayed he;
But, with mien of lord or lady, perched above my chamber door-
Perched upon a bust of Pallas just above my chamber door-
Perched, and sat, and nothing more.
Then this ebony bird beguiling my sad fancy into smiling,
By the grave and stern decorum of the countenance it wore.
Though thy crest be shorn and shaven, thou, I said, art sure no craven,
Ghastly grim and ancient raven wandering from the Nightly shore-
Tell me what thy lordly name is on the Night’s Plutonian shore!
Quoth the Raven, Nevermore.
Much I marvelled this ungainly fowl to hear discourse so plainly,
Though its answer little meaning- little relevancy bore;
For we cannot help agreeing that no living human being
Ever yet was blest with seeing bird above his chamber door-
Bird or beast upon the sculptured bust above his chamber door,
With such name as Nevermore.
But the raven, sitting lonely on the placid bust, spoke only
That one word, as if his soul in that one word he did outpour.
Nothing further then he uttered- not a feather then he fluttered-
Till I scarcely more than muttered, other friends have flown before-
On the morrow he will leave me, as my hopes have flown before.
Then the bird said, Nevermore.
Startled at the stillness broken by reply so aptly spoken,
Doubtless, said I, what it utters is its only stock and store,
Caught from some unhappy master whom unmerciful Disaster
Followed fast and followed faster till his songs one burden bore-
Till the dirges of his Hope that melancholy burden bore
Of ‘Never- nevermore’.
But the Raven still beguiling all my fancy into smiling,
Straight I wheeled a cushioned seat in front of bird, and bust and door;
Then upon the velvet sinking, I betook myself to linking
Fancy unto fancy, thinking what this ominous bird of yore-
What this grim, ungainly, ghastly, gaunt and ominous bird of yore
Meant in croaking Nevermore.
This I sat engaged in guessing, but no syllable expressing
To the fowl whose fiery eyes now burned into my bosom’s core;
This and more I sat divining, with my head at ease reclining
On the cushion’s velvet lining that the lamplight gloated o’er,
But whose velvet violet lining with the lamplight gloating o’er,
She shall press, ah, nevermore!
Then methought the air grew denser, perfumed from an unseen censer
Swung by Seraphim whose footfalls tinkled on the tufted floor.
Wretch, I cried, thy God hath lent thee- by these angels he hath sent thee
Respite- respite and nepenthe, from thy memories of Lenore!
Quaff, oh quaff this kind nepenthe and forget this lost Lenore!
Quoth the Raven, Nevermore.
Prophet! said I, thing of evil!- prophet still, if bird or devil!-
Whether Tempter sent, or whether tempest tossed thee here ashore,
Desolate yet all undaunted, on this desert land enchanted-
On this home by horror haunted- tell me truly, I implore-
Is there- is there balm in Gilead?- tell me- tell me, I implore!
Quoth the Raven, Nevermore.
Prophet! said I, thing of evil- prophet still, if bird or devil!
By that Heaven that bends above us- by that God we both adore-
Tell this soul with sorrow laden if, within the distant Aidenn,
It shall clasp a sainted maiden whom the angels name Lenore-
Clasp a rare and radiant maiden whom the angels name Lenore.
Quoth the Raven, Nevermore.
Be that word our sign in parting, bird or fiend, I shrieked, upstarting-
Get thee back into the tempest and the Night’s Plutonian shore!
Leave no black plume as a token of that lie thy soul hath spoken!
Leave my loneliness unbroken!- quit the bust above my door!
Take thy beak from out my heart, and take thy form from off my door!
Quoth the Raven, Nevermore.
And the Raven, never flitting, still is sitting, still is sitting
On the pallid bust of Pallas just above my chamber door;
And his eyes have all the seeming of a demon’s that is dreaming,
And the lamplight o’er him streaming throws his shadow on the floor;
And my soul from out that shadow that lies floating on the floor
Shall be lifted- nevermore!
Kruk
tłumaczenie: Zenon Przesmycki
Raz w północnej, głuchej dobie, gdym znużony siedział sobie
Nad księgami dawnej wiedzy, którą wieków pokrył kurz –
Gdym się drzemiąc chylił na nie, usłyszałem niespodzianie
Lekkie, ciche kołatanie, jakby u drzwi moich tuż.
“To gość jakiś – wyszeptałem. – Puka snadź przy drzwiach mych tuż.
Nic innego chyba już”.
Ach – pamiętam, jakby wczoraj – była przykra grudnia pora,
Głownie mrąc to cień rzucały, to blask jakichś krwawych zórz.
Tęsknom czekał, by świat biały błysł, bo księgi nie sprawiały
Ulgi w mej boleści stałej, odkąd znikł mój anioł stróż,
Dziewczę słodkie, które zwie Lenorą anioł stróż…
Tu bez nazwy ona już!
Strach zdejmował mnie nieznany, pełny grozy niezbadanej,
Kiedy u drzwi zaszeleścił purpurowy kotar plusz:
By ukoić serca trwogę, rzekłem sobie: “Pojąć mogę:
To podróżny – zgubił drogę – zbłąkał się wśród śnieżnych wzgórz…
W drzwi me puka, Zabłądziwszy pośród białych śnieżnych wzgórz…
Tak – nikt inny chyba już!”
Więc nabrawszy męstwa wstałem, z ugrzecznieniem mówiąc całem:
“Panie albo pani, błagam, nie obrażaj się ni chmurz,
Bo zasnąłem ze zmęczenia, a twe lekkie uderzenia
W drzwi mojego tu schronienia nie zbudziły mnie. Więc cóż
W tym dziwnego, żem nie słyszał?” Tu otwarłem drzwi – i cóż?
Ciemność w krąg – nic więcej już.
Patrząc w mrok ten na wsze strony, stałem trwożny i zdumiony,
Rojąc mary, jakich dotąd głąb nie znała ludzkich dusz.
Lecz milczenie głuche trwało, ciszy nic nie przerywało,
Tylko lekki szept nieśmiało drgnął: – “Lenora?” – gdzieś tuż, tuż.
Tom ja szepnął – i: “Lenora!” – wyszeptało echo tuż.
Tylko to, nic więcej już.
Powróciwszy do pokoju, w niesłychanym już rozstroju,
Posłyszałem znów stukanie, jakby gdzieś przy ścianie wzdłuż.
“Pewnie – rzekłem – coś kołacze w okno: wiatry snadź tułacze?
Zaraz, co to jest, zobaczę, nie bij, serce, ni się trwóż –
Wnet wyjaśnię tę zagadkę, serce, nie bój się ni trwóż.
Tak, to wiatr – nic więcej już!”
Otworzyłem okno zatem… Szumiąc skrzydły, z majestatem,
Wzleciał ciężko Kruk wspaniały, jakby czarny piekieł stróż.
Nie pozdrowił mnie ukłonem, okiem powiódł w krąg zamglonym
I siadł z pańskim jakimś tonem pośród dwóch kamiennych kruż –
Na Pallady biuście przy drzwiach, pośród dwóch kamiennych kruż.
Usiadł tam – nic więcej już.
Ptak ten sprawił, że przy całym rozsmętnieniu mym musiałem
Rozśmiać się z poważnej nader jego miny: “Tyś nie tchórz,
Widzę, stary, chmurny ptaku, co – choć piór już ani znaku
Na swym czubie – szukasz szlaku wśród posępnych nocy mórz?
Mów, jak zwą cię na plutonskim brzegu czarnych nocy mórz?”
Kruk rzekł na to: “Nigdy już!”
Zadziwiłem się nie lada, że ptak tak wyraźnie gada,
Choć żem jego odpowiedzi nie mógł pojąć ani rusz,
Boć to przyzna nawet dziecię, że nikt z ludzi dotąd w świecie
Nie oglądał chyba przecież ptaka przy drzwiach izby tuż.
Ptaka, co by przed nim usiadł na popiersiu przy drzwiach tuż.
Z takim mianem: “Nigdy już”.
Ale Kruk ten z łysą głową wyrzekł jedno tylko słowo,
Jak ci, którzy w jeden wyraz całą głąb wlewają dusz.
Potem milczał znów nieśmiele, Pióro mu nie drgnęło w ciele,
Aż gdym szepnął: “Przyjaciele opuścili mnie wśród burz.
I on też za dniem mnie rzuci, jak Nadzieje pośród burz”.
Ptak mi odrzekł: “Nigdy już!”
Zadziwiony niewymownie odpowiedzią tak stosownie
Wyrzeczoną: “Widać – rzekłem – umie tylko to. A nuż
Dar to pana, co w niewoli poznał tylko to, co boli,
I swe pieśni jął powoli echa kłaść przeżytych burz,
Aż pieśń każda w smętnej zwrotce brzmiała niby echo burz:
“Nigdy, nigdy, nigdy już!”
Lecz że w rozsmętnieniu całym wciąż się z Kruka śmiać musiałem,
Przysunąłem miękki fotel na wprost ptaka, do drzwi tuż,
I usiadłszy nań co żywo, jąłem myśli snuć przędziwo,
Co te stare, chmurne dziwo, czarne jakby piekieł stróż –
Co ten ptak złowróżbny, groźny, czarny jakby piekieł stróż –
Mniemał, kracząc: “Nigdy już!”
Myśląc, czego to oznaka, nie mówiłem ni do ptaka,
Który swe płonące oczy w serce wbijał mi jak nóż.
Tak siedziałem, wsparłszy głowę o poduszki fioletowe,
A blask lampy światło płowe lał na ich matowy plusz.
Ach, niestety, Ona o ten fioletowy, miękki plusz
Skroni swej nie oprze już!
Wtem powietrze się zamgliło, jakby wkoło się dymiło
Sto anielskich trybularzy, tchnących słodką wonią róż.
“Bóg na bóle, co trapiły serce, lek ci zsyła miły –
Zawołałem – zbierz swe siły i wspomnienia ciężkie zgłusz,
Wdychaj lek ten i wspomnienia o Lenory stracie zgłusz!”
Kruk zakrakał: “Nigdy już!”
“Zły wróżbiarzu – rzekłem – ptaku czy czarciego sługo znaku!
Czy cię szatan przysłał tutaj, czy pęd wściekły zagnał burz
Na brzeg smutku i boleści, gdzie żal tylko pustka mieści,
Gdzie noc każda zgrozę wieści – powiedz, błagam, wzrusz się, wzrusz!
Jestże, jestże balsam w Gilead? – powiedz, powiedz, wzrusz się, wzrusz!”
Rzekł Kruk na to: “Nigdy już!”
“Zły wróżbiarzu – rzekłem – ptaku czy czarciego sługo znaku!
Na to niebo, co nad nami, i na Pana ziemi, mórz
Powiedz duszy mej zbolałej, czy w Edenie szczęścia chwały
Znajdzie dziewczę, które biały zwie Lenorą anioł-stróż,
Dziewczę święte, słodkie, które zwie Lenorą anioł-stróż?”
Kruk mi odrzekł: “Nigdy już!”
“Niech to będzie pożegnanie – krzyknę – ptaku czy szatanie!
Precz na burzę, na plutońskie brzegi czarnych nocy mórz!
Niech mi żadne czarne pióro nie przypomni, jak ponuro
Mroczysz wszystko kłamstwa chmurą! Ruszże się z popiersia, rusz!
Wyjmij dziób z mojego serca – i rusz się z nade drzwi, rusz!
Kruk mi odrzekł: “Nigdy już!”
I kruk wcale nie odlata, jakby myślał siedzieć lata
Na Pallady biuście przy drzwiach, pośród dwóch kamiennych kruż,
Krwawo lśni mu wzrok ponury, jak u diabła spod rzęs chmury
Światło lampy rzuca z góry jego cień na pokój wzdłuż,
A ma dusza z tego cienia, co komnatę zaległ wzdłuż,
Nie powstanie – Nigdy już!”
Der Rabe
Übersetzung: Carl Theodor Eben
Mitternacht umgab mich schaurig, als ich einsam, trüb und traurig,
Sinnend saß und las von mancher längstverklung’nen Mähr’ und Lehr’ –
Als ich schon mit matten Blicken im Begriff, in Schlaf zu nicken,
Hörte plötzlich ich ein Ticken an die Zimmerthüre her;
„Ein Besuch wohl noch,“ so dacht’ ich, „den der Zufall führet her –
Ein Besuch und sonst Nichts mehr.“
Wohl hab’ ich’s im Sinn behalten, im Dezember war’s, im kalten,
Und gespenstige Gestalten warf des Feuers Schein umher.
Sehnlich wünscht’ ich mir den Morgen, keine Lind’rung war zu borgen
Aus den Büchern für die Sorgen – für die Sorgen tief und schwer
Um die Sel’ge, die Lenoren nennt der Engel heilig Heer –
Hier, ach, nennt sie Niemand mehr!
Jedes Rauschen der Gardinen, die mir wie Gespenster schienen,
Füllte nun mein Herz mit Schrecken – Schrecken nie gefühlt vorher;
Wie es bebte, wie es zagte, bis ich endlich wieder sagte:
„Ein Besuch wohl, der es wagte, in der Nacht zu kommen her –
Ein Besuch, der spät es wagte, in der Nacht zu kommen her;
Dies allein und sonst Nichts mehr.“
Und ermannt nach diesen Worten öffnete ich stracks die Pforten:
„Dame oder Herr,“ so sprach ich, „bitte um Verzeihung sehr!
Doch ich war mit matten Blicken im Begriff, in Schlaf zu nicken,
Und so leis scholl Euer Ticken an die Zimmerthüre her,
Daß ich kaum es recht vernommen; doch nun seid willkommen sehr!“ –
Dunkel da und sonst Nichts mehr.
Düster in das Dunkel schauend stand ich lange starr und grauend,
Träume träumend, die hienieden nie ein Mensch geträumt vorher;
Zweifel schwarz den Sinn bethörte, Nichts die Stille draußen störte,
Nur das eine Wort man hörte, nur „Lenore?“ klang es her;
Selber haucht’ ich’s, und „Lenore!“ trug das Echo trauernd her –
Einzig dies und sonst Nichts mehr.
Als ich nun mit tiefem Bangen wieder in’s Gemach gegangen,
Hört’ ich bald ein neues Pochen, etwas lauter als vorher.
„Sicher,“ sprach ich da mit Beben, „an das Fenster pocht’ es eben,
Nun wohlan, so laß mich streben, daß ich mir das Ding erklär’ –
Still, mein Herz, daß ich mit Ruhe dies Geheimniß mir erklär’
Wohl der Wind und sonst Nichts mehr.“
Riß das Fenster auf jetzunder, und herein stolzirt’ – o Wunder!
Ein gewalt’ger, hochbejahrter Rabe schwirrend zu mir her;
Flog mit mächt’gen Flügelstreichen, ohne Gruß und Dankeszeichen,
Stolz und stattlich sonder Gleichen, nach der Thüre hoch und hehr –
Flog nach einer Pallasbüste ob der Thüre hoch und hehr –
Setzte sich und sonst Nichts mehr.
Und trotz meiner Trauer brachte er dahin mich, daß ich lachte,
So gesetzt und gravitätisch herrscht’ auf meiner Büste er.
„Ob auch alt und nah dem Grabe,“ sprach ich, „bist kein feiger Knabe,
Grimmer, glattgeschor’ner Rabe, der Du kamst vom Schattenheer –
Sprich, welch’ stolzen Namen führst Du in der Nacht pluton’schem Heer?“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr.“
Ganz erstaunt war ich, zu hören dies Geschöpf mich so belehren,
Schien auch wenig Sinn zu liegen in dem Wort bedeutungsleer;
Denn wohl Keiner könnte sagen, daß ihm je in seinen Tagen
Sonder Zier und sonder Zügen so ein Thier erschienen wär’,
Das auf seiner Marmorbüste ob der Thür gesessen wär’
Mit dem Namen „Nimmermehr.“
Dieses Wort nur sprach der Rabe dumpf und hohl, wie aus dem Grabe,
Als ob seine ganze Seele in dem einen Worte wär’.
Weiter Nichts ward dann gesprochen, nur mein Herz noch hört’ ich pochen,
Bis das Schweigen ich gebrochen: „Andre Freunde floh’n seither –
Morgen wird auch er mich fliehen, wie die Hoffnung floh seither.“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“
Immer höher stieg mein Staunen bei des Raben dunklem Raunen,
Doch ich dachte: „Ohne Zweifel weiß er dies und sonst Nichts mehr;
Hat’s von seinem armen Meister, dem des Unglücks finstre Geister
Drohten dreist und drohten dreister, bis er trüb und trauerschwer –
Bis ihm schwand der Hoffnung Schimmer, und er fortan seufzte schwer:
„O nimmer – nimmermehr!“
Trotz der Trauer wieder brachte er dahin mich, daß ich lachte;
Einen Armstuhl endlich rollte ich zu Thür und Vogel her.
In den sammt’nen Kissen liegend, in die Hand die Wange schmiegend,
Sann ich, hin und her mich wiegend, was des Wortes Deutung wär’ –
Was der grimme, finst’re Vogel aus dem nächt’gen Schattenheer
Wollt’ mit seinem „Nimmermehr.“
Dieses saß ich still ermessend, doch des Vogels nicht vergessend,
Dessen Feueraugen jetzo mir das Herz beklemmten sehr;
Und mit schmerzlichen Gefühlen ließ mein Haupt ich lange wühlen
In den veilchenfarb’nen Pfühlen, überstrahlt vom Lichte hehr –
Ach, in diesen sammtnen Pfühlen, überstrahlt vom Lichte hehr –
Ruhet sie jetzt nimmermehr!
Und ich wähnte, durch die Lüfte wallten süße Weihrauchdüfte,
Ausgestreut durch unsichtbare Seraphshände um mich her.
„Lethe“, rief ich, „süße Spende schickt Dir Gott durch Engelshände,
Daß sich von Lenoren wende Deine Trauer tief und schwer!
Nimm, o nimm die süße Spende und vergiß der Trauer schwer!“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“
„Gramprophet!“ rief ich voll Zweifel, „ob Du Vogel oder Teufel!
Ob die Hölle Dich mir sandte, ob der Sturm Dich wehte her!
Du, der von des Orkus Strande – Du, der von dem Schreckenlande
Sich zu mir, dem Trüben, wandte – künde mir mein heiß Begehr:
Find’ ich Balsam noch in Gilead! ist noch Trost im Gnadenmeer?“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“
„Gramprophet!“ rief ich voll Zweifel, „ob Du Vogel oder Teufel!
Bei dem ew’gen Himmel droben, bei dem Gott, den ich verehr’ –
Künde mir, ob ich Lenoren, die hienieden ich verloren,
Wieder find’ an Edens Thoren – sie, die throhnt im Engelsheer –
Jene Sel’ge, die Lenoren nennt der Engel heilig Heer!“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“
„Sei dies Wort das Trennungszeichen! Vogel, Dämon, Du mußt weichen!
Fleuch zurück zum Sturmesgrauen, oder zum pluton’schen Heer!
Keine Feder laß zurücke mir als Zeichen Deiner Tücke;
Laß allein mich dem Geschicke – wage nie Dich wieder her!
Fort und laß mein Herz in Frieden, das gepeinigt Du so sehr!“
Sprach der Rabe: „Nimmermehr!“
Und der Rabe weichet nimmer – sitzt noch immer, sitzt noch immer
Auf der blassen Pallasbüste ob der Thüre hoch und hehr;
Sitzt mit geisterhaftem Munkeln, seine Feueraugen funkeln
Gar dämonisch aus dem dunkeln, düstern Schatten um ihn her;
Und mein Geist wird aus dem Schatten, den er breitet um mich her,
Sich erheben – nimmermehr!