Hanys z Pomorza

Roman Brodowski

 Dlaczego Hanys z Pomorza?

Gdy po ukończeniu szkoły podstawowej podjąłem decyzję nauki w szkole górniczej, nie myślałem o tym, że na Śląsku spędzę wiele wspaniałych lat mojego życia. To że chciałem uczyć się zawodu górnika, bądź co bądź nieco egzotycznego dla pomorzanina, spowodował fakt, iż szkoła znajdowała się bardzo daleko od domu rodzinnego, posiadała internat, a do tego była to, jak mi się wydawało, szkoła dla wybranych. Poza tym podobał mi się ten zawód. Wiele się o nim w tamtych czasach mówiło. Dla naszego pomorskiego społeczeństwa ludzie pracujący pod ziemią, wydobywający węgiel, kojarzeni byli z siłą i odwagą – jednym słowem, byli twardzielami. A ja, najsłabszy i najmniejszy w klasie, często wyśmiewany z powodu cherlawego wyglądu, chciałem być takim prawdziwym twardzielem.

– Co mi tam – myślałem. Ukończę zawodówkę, potem technikum i wrócę do domu. Przecież i na Pomorzu górnicy mogą się przydać, a do tego zarobki w tym zawodzie są o wiele wyższe niż gdzie indziej.

Rzeczywistość jednak okazała się inna niż moje zamierzenia. Po przyjeździe do szkoły górniczej prawie natychmiast poczułem się jak w domu. Większość kolegów, podobnie jak, ja nie pochodziło ze Śląska, lecz z terenu całej Polski. Mietek na przykład przyjechał z okolic Białegostoku, a Adam z Młynar koło Elbląga. Mieszkaliśmy razem w trzyosobowym pokoju.

Miejscowi nazywali nas prześmiewczo „gorolami” (proszę nie mylić z góralami), my zaś mówiliśmy o nich, że są „ hanysami” czyli z niemiecka – Hansami.

To prawda, w tamtych czasach różnice między przybyszami a rodowitymi Ślązakami były dość znaczące. My, przyjezdni, zazwyczaj przywoziliśmy ze sobą naszą kulturę, tradycję oraz nasze „inne” pojęcie świata, co często doprowadzało do konfliktów. Ale też brak było tolerancji.

Pierwsze tygodnie nauki odbywały się w atmosferze wzajemnego poznawania, zawiązywania znajomości czy też przyjaźni. Gdyby nie to, że byliśmy jedyną klasą, do której nie uczęszczała ani jedna, powtarzam, ani jedna dziewczyna, bylibyśmy najbardziej reprezentatywną, i to pod każdym wzgędem, klasą w szkole. Niestety klasy o profilu mechaniczno – technologicznym przewidziane były tylko dla chłopców i wraz z klasami elektro-automatycznymi zaliczały się do tak zwanych klas elitarnych.

Nic więc dziwnego, że zazdrościliśmy innym, mieszanym, klasom przyjemności uczenia się z koleżankami.

Doskonale widać to było na przerwach lub imprezach szkolnych. Gdy któryś z nas, zwłaszcza nie Ślązak, próbował skontaktować się z jakąś ładną śląską koleżanką, natychmiast znajdował się przy niej tak zwany „anioł stróż”, który zazwyczaj skutecznie uniemożliwiał jakąkolwiek przyjemność. A przecież mieliśmy już po szesnaście lat i nic dziwnego w tym nie było, że lgnęliśmy do towarzystwa dziewcząt. One zaś, w okresie dojrzewania, nie były już dla nas głupimi gąskami, nadającymi się do targania za włosy, poklepywania czy też wykorzystywania jako pomoc naukową do odrabiania lekcji. Z wiekiem ich wartość w naszych oczach wzrastała, i to w zastraszającym tempie. Zaczęły być obiektem westchnień, zauroczeń, czy też nie całkiem jeszcze pojętych przez nas pragnień. Tak, to prawda – w naszym gronie przyszłych mechanizatorów górnictwa, czuliśmy się jak w klasztorze, jak duchowni obarczeni balastem celibatu.

Pod koniec października pojawił się w naszej szkole jakiś tajemniczy facet. Chodził od klasy do klasy i w obecności nauczycieli obserwował uczniów, zadając niektórym pytania.

Do naszej klasy wszedł podczas lekcji języka polskiego. Powoli podszedł do nauczycielki, długo z nią o czymś rozmawiał. Sprawiali wrażenie, jakby się bardzo dobrze znali.
My zaś, przekonani, że mamy do czynienia z pracownikiem kuratorium oświaty, czekaliśmy w napięciu na dalszy rozwój sytuacji.
Nagle oboje zwrócili się w naszą stronę, a pani wskazując palcem wywołała kilku z nas po imieniu. Na pierwszy ogień poszedł Mietek, następnie Gerard, Andrzej, a na końcu ja.
– To że Mietek został wybrany, to i słusznie, bo miał najlepsze wyniki w nauce, a poza tym wyróżniał się spokojem i inteligencją – pomyślałem sobie wówczas.            – Gerard też potrafił więcej od innych. Jak na Ślązaka, był wyjątkowo łagodny i koleżeński. Andrzej należał do klasowej elity. Ale ja? Dlaczego ja? Przecież w niczym się nie wyróżniałem. Niczego, ani złego, a tym bardziej dobrego, nie można było o mnie powiedzieć.
Mężczyzna podszedł do mnie i zapytał, czy potrafię dobrze czytać. Zaśmiałem się.         – Czy potrafię czytać? – powtórzyłem z niedowierzaniem pytanie. – Pan chyba ze mnie żartuje, proszę pana – odpowiedziałem z lekką drwiną. – W dziewiątej klasie chyba każdy normalny człowiek potrafi czytać i pisać.
– Twardy jesteś chłopcze i widać że masz charakter, a to mi się w tobie podoba. Skoro więc twierdzisz, że potrafisz, to udowodnij mi i przeczytaj ten wiersz.
Podał mi otwartą książkę. Spojrzałem do środka i zacząłem pospiesznie, na głos, czytać. Najpierw tytuł, potem nazwisko autora, a następnie płynnie i szybko cały utwór. Pamiętam, że była to „Ciemność” Cypriana Kamila Norwida.
Przeczytałem i spojrzałem, w poczuciu dobrze wykonanego zadania, na kolegów, a następnie, oddając książkę właścicielowi, pewny siebie czekałem na werdykt.
– Muszę przyznać, że sprawnie ci to poszło. Bez zająknięcia, jednym tchem i szybko. Super. Nie wiem, czy rozumiałeś treść tego, co przeczytałeś – uśmiechnął się nieco szyderczo. Jeżeli tak, to wytłumacz nam proszę, co autor chciał przekazać swoim czytelnikom słowami tego dzieła?
W klasie zapanowała cisza. Nie wiedziałem c o powiedzieć. Rzeczywiście, z jednej strony przeczytałem tekst, z drugiej zaś nie potrafiłem wytłumaczyć jego sensu.
– To normalne, przyjacielu, że nie wiesz o czym Norwid myślał, pisząc swoje dzieło.     Ja też bym tego nie wiedział, gdybym nie przeczytał powoli, z zastosowaniem tak zwanej analizy myślowej tekstu – przerwał tę ciszę, wybawiając mnie niejako z opresji mój rozmówca.
– A swoją drogą, masz dobrą dykcję i potrafisz w nieudawany sposób wyrażać nie swoje emocje, czyli masz talent i wszelkie predyspozycje, by zostać dobrym aktorem – dodał na zakończenie i, poklepawszy mnie po plecach, odszedł. Pozostał w klasie jeszcze przez jakiś czas, rozmawiając krótko z Mietkiem, Gerardem i Andrzejem, a ja, siedząc w ławce, przez cały ten czas próbowałem zrozumieć, co usłyszałem. Pochłonięty myślami, nawet nie zauważyłem, kiedy po rozmowie z nauczycielką pożegnał się i wyszedł. Dopiero, gdy polonistka, która była jednocześnie opiekunką naszej klasy, zwóciła się do mnie po imieniu – zareagowałem.

– Jutro ty i Gerard zgłosicie się o dziewiątej w Wojewódzkim Domu Kultury, w Katowicach. Zostaliście wytypowani do reprezentowania naszej szkoły podczas tegorocznego święta „Barbórki” i przez najbliższe pięć tygodni, zawsze we wtorek i piątek będziecie uczestniczyli w próbach zespołu międzyszkolnego. Reszty dowiecie się na miejscu – powiedziała. – Pan, który przed chwilą nas opuścił, jest reżyserem, odpowiedzialnym za przygotowanie programu artystycznego. Poszukiwał utalentowanych uczniów we wszystkich szkółach górniczych naszego zjednoczenia – dodała.

Tak więc Gerard jak i ja zostaliśmy wybrani. Szkoda tylko, że Mietek odpadł. Zmartwiło mnie to trochę, byliśmy już niemalże przyjaciółmi.

Następnego dnia wczesnym rankiem, zwolnieni z zajęć, wyruszyliśmy z Gerardem i pięcioma innymi kolegami z naszej szkoły do domu kultury w Katowicach. Kiedy przybyliśmy, w gmachu czekało już około stu pięćdziesięciu uczniów z innych szkół. Punktualnie o dziewiątej wyszedł do nas w asyście dwóch młodych dziewczyn, poznany już wczoraj reżyser.

Powitał nas, przedstawił siebie i obie panie, opisał szczegółowo nasze zadania. Było nas 180 osób z dwunastu szkół i mieliśmy stworzyć zespolony chór, którego zadaniem było przygotowanie i wykonanie trzech śląskich pieśni podczas centralnej akademii z okazji „Barbórki”. Otrzymaliśmy teksty piosenek i asystentki „kapelmajstra” (tak nazwaliśmy szefa) ustawiły nas w sześć rzędów. Mnie oczywiście, jako że należałem do najniższych, postawiono w pierwszym rzędzie, niemalże pośrodku. Reżyser podszedł do jakiegoś chłopaka o kędzierzawych, jasnych włosach, następnie do mnie i, wyciągając nas z rzędów, powiedział: – Dla was panowie mam szczególne zadanie. Nauczycie się na pamięć wierszy i będziecie je recytować między pieśniami. Zajmę się wami osobiście. Pierwsza próba trwała cztery godziny, chór śpiewał, a właściwie wył niby stado zgłodniałych baranów, a my w maleńkim pomieszczeniu socjalnym poznawaliśmy otrzymane wiersze.

Karol, chłopak z Szombierek, dostał trzystonicowy monolog Gustawa Morcinka, ja zaś ośmiozwrotkowy wiersz jakiegoś nieznanego poety z Zabrza.
Po próbie, zmęczony, z tekstem w kieszeni wróciłem wieczorem do internatu.
– Ciesz się bracie, że ciebie nie dostali – powiedziałem do Mietka na powitanie. – Ciesz się – powtórzyłem, rzucając zmiętą kartkę z tekstem do wyuczenia, na stół.

Mijały tygodnie, czas do barbórkowego święta przybliżał się nieubłagalnie, a my zachowywaliśmy się coraz bardziej profesjonalnie. Chór dawno przestał wyć, a zaczął śpiewać tak, że aż miło było posłuchać. Ja także mój wiersz dawno już opanowałem i to do do tego stopnia, że mógłbym go recytować w każdej formie, a to w wersji dramatycznej, a to jak satyrę , a to znowu jak utwór liryczny. I mimo że powtarzałem go go setki razy, reżyser zawsze znalazł coś, co mógłbym lepiej powiedzieć.

W końcu nadszedł ten dzień. W chłodną, słoneczną sobotę, ubrany w galowy strój z czakiem na głowie, maszerowałem przez miasto. Po drodze spotykałem dziesiątki osób odświętnie odzianych
w stroje ludowe lub mundury górnicze.
Wszyscy spieszyli w tym samym kierunku,
do „Spodka”.

Kiedy przybyłem na miejsce, okazało się, że jestem tym ostatnim, na którego czekano.
– No, nareszcie! – usłyszałem zza pleców zdenerwowany głos Karola.
– Gdzie ty się podziewałeś? – zapytał. – Kapelmistrz od zmysłów odchodzi, wydzwaniając za tobą do szkoły.
– Jak to – zdziwiłem się. – Przecież umawialiśmy się na trzecią, a teraz jest dopiero za dwadzieścia – dodałem – spoglądając na zegarek.
-Jakie za dwadzieścia. Dwadzieścia po trzeciej, a nie za dwadzieścia! – wyjaśnił.
Spojrzałem jeszcze raz na cyferblat, następnie przyłożyłem zegarek do ucha. Nie tykał.
– No tak, masz… – nie dokończyłem.
Niespodziewanie, obok mnie pojawił się, jakby spod ziemi wyrósł, Pan Reżyser. Popatrzył, kazał się okręcić, poprawił pióra na głowie i z nieudawanym zadowoleniem, pozytywnie skomentował mój wygląd.

– Przepraszam… – chciałem wyjaśnić spóźnienie. – Nie trzeba. Ważne, że jesteś – przerwał mi, jakby znając moje intencje. Nagle usłyszeliśmy donośny głos organizatora akademii. – Za pięć minut Chór wchodzi na scenę – poinformował – proszę się przygotować.

Dopiero teraz można było zauważyć nasze zdenerwowanie, tremę, strach. Każdy z nas starał się wygłuszyć narastające napięcie, jak tylko potrafił. Jedni bezwiednie poprawiali włosy, inni manipulowali przy guzikach, a jeszcze inni wykonywali jakieś nieskoordynowane ruchy rękoma. Nie mniej od nas przeżywali to, co ma się za chwilę wydarzyć, opiekunowie naszej grupy. Od tego, jak my zaprezentujemy się na scenie, zależało ich „być, albo nie być”

– Wchodzimy – usłyszeliśmy sygnał. Powoli przez odsłoniętą szpaltę zwisającej kurtyny, przesuwalśmy się na wyznaczone wcześniej miejsce na scenie. Scena była ogromna i pomieściłaby nie jeden, a trzy takie chóry jak nasz. Staliśmy na niej podczas prób, nie była więc nam obca. Tym razem jednak wyglądała inaczej.

Oślepiające światła reflektorów, przygotowana w nocy scenografia, a przede wszystkim wypełniona pięcioma tysiącami widzów widownia wywarła na nas wrażenie, że trudnobyłoby to opisać. Na szczęście, o czym dowiedzieliśmy kilka minut przed wystąpieniem, wraz z członkami naszego chóru wystąpić ma około dwudziestu członków zespołu pieśni i tańca, „Śląsk”, wtopionych w naszą grupę. Dzięki temu poczuliśmy śmielej i pewniej.

Zaczęło się. Na początek zaśpiewaliśmy znaną piosenkę „Walczyk górniczy”. Poszło nam całkiem nieźle. Potem wyszedł Karol i powiedział , z prawdziwie aktorskim zacięciem, przygotowywany tak długo monolog , zaśpiewaliśmy jeszcze dwie śląskie pieśni. Przy pomocy zawodowych śpiewaków wykonaliśmy je prawie-że profesjonalnie. W końcu przyszła kolej na mnie.
Wyszedłem z rzędu na trzy kroki do przodu, spojrzałem na publiczność i…
Nie potrafiłem wykrztusić ani jednego słowa. Nogi miałem jak z waty i zapomniałem wszystko, co miałem powiedzieć. Po prostu – zjadła mnie trema .

Na widowni zapanowała cisza, którą co jakiś czas przerywał błagalny szept stojącego z boku reżysera. – Mów coś, nie bój, jestem przy tobie, mów! – powtarzał. Powiedziałem. Nie wiem jak to się stało, ale powiedziałem. Zacząłem spokojnie, bez nerwów szukać w myślach treści wiersza. – Najważniejsze to mówić logicznie, na temat, z właściwie dobranym rymem. – podpowiadało mi moje wnętrze, moje drugie ja.
Nie wiem jak długo mówiłem i co mówiłem. Byłem jak w transie. Dopiero kiedy skończyłem, zrozumiałem, co się stało. Publiczność biła brawo, a ja stałem, nie mogąc się ruszyć. Dopiero, kiedy zeszliśmy ze sceny, emocje opadły.

Kiedy podszedł do mnie ten, który przez kilka tygodni walczył o to, aby nauczyć mnie prawdziwej recytacji, nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy, Czułem, że go zawiodłem. A On powiedział tylko: „Geniusz, prawdziwy talent, chciałbym mieć takiego syna”. Z tym geniuszem to oczywiście przesadził, a to że porównał mnie do syna? –
Z tego co wiedziałem, to po utracie żony w czasie wojny, pozostał sam.
***
– Dlaczego Hanys z Pomorza? – no właśnie. Kiedy schodziłem ze sceny, to głośno dziękowałem św. Barbarze za opiekę, słowami „Gryfna Panienko, kej by nie Ty, to bych nie szafnoł. Dziękuja Ci, ześ mnie obekła w siły”. Idący obok mnie Gerald, kiedy usłyszał te słowa – wykrzyknął „ To jest nosz, Hanys…, z Pomorza!”

I tak przez kolejne trzy lata szkoły nazywano mnie Hanysem z Pomorza.

Droga do Santiago de Compostela. El Acebo

Ewa Maria Slaska

Środa, 27 września 2007 roku

Pełnia księżyca. Dobry czas, żeby się wspinać na najwyższą górę na trasie. Wstaję o świcie. Bar zamknięty, nie ma automatów z kawą, automat z papierosami nie wydaje papierosów. Bez śniadania i picia, po ostatnim papierosie, wychodzę w kompletną  ciemność. Jest za 10 siódma. Ogromne gwiazdy i pełnia księżyca prosto w twarz. Idę przed siebie, nie widać żadnych strzałek ani drogowskazów, mam więc tylko nadzieję, że idę tak jak trzeba – prosto w wielki, niesamowity księżyc. Po godzinie księżyc zachodzi za górę Rabanal, to tam muszę wejść. Trochę mi nijako tak samej, po ciemku, tylko z księżycem, ale Mamie by się podobało. Choć nie wiem, czy poszłaby tak sama w ciemność pełną księżyca.

Romance de la luna, luna

La luna vino a la fragua
con su polizón de nardos.
El niño la mira mira
El niño la está mirando.

Księżyc jest jeszcze wysoko, jest więc srebrny i zimny, ale gdy zaczyna zachodzić, zmienia kolor, staje się ciemnożółty i ogromny jak patelnia do smażenia paelli dla całej wioski. Z tyłu za mną, powoli, szaro i żółto wschodzi słońce. Jest zimno, im wyżej, tym zimniej. Gdy już wzejdzie słońce, widzę szron na wrzosach i szałwi. Dochodzę do wioski, ale nie ma tu niestety ani paelli, ani nawet kawy. Wioska śpi. Do następnej wsi sześć kilometrów. Zjadam kilka rodzynek i ssę cukierka. Zimno i wciąż do góry, ale jakoś tak przyjemnie. Wioska Rabanal i wreszcie bar, kawa, woda, magdalenka, papieros. Zaraz za wioską znajduję piękne duże kamienie i postanawiam je zabrać na górę. Dla Jacka. Dopiero jak dojdę na górę i zobaczę usypaną tam górę kamieni, uświadomię sobie, że nie pamiętając w ogóle, że Rabanal to owa góra z krzyżem i kamieniami, podporządkowałam się jednak woli samej góry, albo zbiorowym myślom setek i tysięcy pielgrzymów, znacznie lepiej przygotowanych do tej pielgrzymki niż ja, i zabrałam na najtrudniejszy kawałek Camino ciężar swoich grzechów. Ciążą mi okropnie… Idę, niosąc ciężar myśli i kamieni. Nagle przestało być piesko zimno i robi się wściekle gorąco. Ostatnia wioska, tuż pod szczytem, niemal całkowicie zrujnowana, ale wiem, że jest tu albergue, gdzie można się przespać za darmo, jeśli się popracuje. Ciekawe, jaka to praca, ale nie sprawdzę, nie będę tu spać, ani nawet pić kawy. Po wiosce wałęsają się psy, a ja nic, idę, równym krokiem średniowiecznego pielgrzyma, niosąc kamienie-grzechy, w upał, i czuję, jak mi się robi taki średniowieczny wzrok jak z Breughla, skierowany w siebie, obojętny na świat i na to, co na zewnątrz. Widzę drzewo jarzębiny, całe czerwone.

Wciąż jeszcze strasznie daleko do szczytu, jeszcze trzeba iść i iść, znowu mijając jakieś psy i krowy, a ja nic, idę, mijam… Wreszcie dochodzę. Kamienie, które przedtem ważyły co najwyżej trzy kilo, teraz ważą z dziesięć. Dopiero, gdy stanę na szczycie, u stóp usypiska kamieni, rozpoznaję to miejsce. Każdy je zna, kto choć raz obejrzał jakąś relację z Camino. Cruz de Ferro. Słynny krzyż, gdzie wszyscy pielgrzymi zostawiają kamienie. Podobno  to stara iberyjska czy galijska magia, a pielgrzymi średniowieczni tylko ją przejęli.

Odpoczywam i zaczynam schodzić. Jest mi lekko, jakby mi ze sto kilo z pleców zdjęto. Dobra droga, magiczna. Może ulży mi w moich przewinach. (Gdy to piszę, wiem, że ulżyła, ale tylko mnie, nie zmniejszyła jednak ciężaru mojej winy u tego, wobec kogo zawiniłam. Niestety.) Wiję wianki i układam kamienie w intencji moich bliskich, i tak mnie pochłaniają owe magiczne zajęcia, że nawet nie zauważam, że jest już z powrotem ciężko, potwornie stromo, niebezpiecznie. Dochodzę do Manjarin. Właściwie chciałam się tu zatrzymać. Waldemar tyle opowiadał o tym miejscu, o Thomasie, współczesnym templariuszu, który w ruinach średniowiecznego zamku założył komturię. Mieszka tu bez prądu i innych udogodnień cywilizacyjnych. Ma symbolizować to, co zawsze było dobre na drodze – bezinteresowność opieki nad pielgrzymami. Po to kiedyś powołano templariuszy do Hiszpanii – żeby strzegli Drogi. Ale Thomas strzeże jej dla siebie, a nie dla nas. Piję wstrętną zimną przestałą kawę i oczywiście zamierzam za nią zapłacić, choć wstrętna, ale nie jest mi dane dokonać tego dobrowolnie, bo asystent Thomasa sokolim wzrokiem pilnuje, czy aby uiściłam ów dobrowolny datek. Przysiadam na ławeczce w cieniu jakiegoś krzaka, głaszczę kota i już wiem, że tu nie zostanę, pójdę dalej. Ale dzięki kotu mam okazję obejrzeć widowisko. Na drogę do schroniska podjeżdża autobus, wysypuje się pół setki zmotoryzowanych pielgrzymów z muszlami, wszyscy lecą siusiu do sławojki, potem robią sobie zdjącie z Thomasem, a potem wrzucają pieniądze do puszki. Ciekawe, czemu mi to przeszkadza? W końcu każdy musi z czegoś żyć. Ale mimo to wiem, że to co widziałam, jest odrażające.

Bezskutecznie próbuję wypełnić misję, którą poruczył mi Waldek. Mam pozdrowić Thomasa od niego. Thomas jednak niczego nie kojarzy, nie pamięta, nic go moja opowiastka nie obchodzi. Biedny Waldek, a tak był zachwycony tym miejscem i tym człowiekiem. Uważał go za swojego najważniejszego przyjaciela na Camino.

Idę dalej, do następnej wioski, El Acebo, co znaczy ostrokrzew, jeszcze siedem kilometrów. Trudno, coraz trudniej, ale za to widok wynagradza wszystkie trudy. Schodzi się z góry do wsi pełnej domów pokrytych czarnymi dachami z łupka. Bajkowy widok. Tu mieszkał wujek Marie z Dziadka do orzechów, jestem pewna.

Super schronisko, super atmosfera, dostaję nowe japonki, jest wspólna kolacja z nadzwyczaj “mięsistą” zupą, wspólne śpiewanie pieśni o Camino, którą kazano mi przełożyć na polski (bo nikt tego jeszcze nie zrobił), a wieczorem podczas spaceru rozmowa ze staruszkami, którzy przysiedli na przyzbie i zaśmiewają się do łez, bo po południu przeszli przez wioskę Szkoci w kraciastych kiltach, ciągnący gitarę na kółkach. Pelo verde, pelo rojo, zaśmiewają się staruszki i staruszkowie. Jasne, obaj Szkoci mają przecież kolorowe irokezy, jeden czerwonego, drugi zielonego.

Azyl dla Nyksa

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Był taki czas, początek lat dziewięćdziesiątych pamiętnego wieku dwudziestego, gdy Viator na szlaku swych wędrówek po literaturze zetknął się z twórczością Isaaca Bashevisa Singera. Nie był w tym szczególnie oryginalny, właśnie wtedy wydano w Polsce większość dzieł syna Batszeby (historię Jaszy Mazura znał wędrowiec, rzecz jasna, znacznie wcześniej; i też nie było to niczym wyjątkowym).

W roku 1992 ukazał się zbiór opowiadań Singera, zatytułowany Krótki Piątek. Czemu przytacza Viator tak dokładną datę? Bo uświadomił sobie, że ostatni raz sięgnął do wspomnianych tekstów właśnie wtedy, przeszło dwadzieścia dwa lata temu! A mimo to tkwią mu one w głowie do dziś. Zwłaszcza jeden z nich, który drzemał sobie snem płytkim i niespokojnym w pamięci wędrowca. Teraz, z okazji pracy nad słowami, które Czytelnik ma przed oczyma, obudził się i zmusił do powtórnej lektury.

Ostatni demon. Opowieść o żydowskim diable, który, wysłany przez Asmodeusza z Lublina, przybywa do miasteczka Tyszowce, by sprowadzić na manowce pokuszenia młodego, pobożnego rabina. Od tamtego dnia minęło już wiele lat: cała wieczność plus jedna środa. Demon trwa na posterunku, choć w Tyszowcach, po wielkiej katastrofie, nie ma już ani jednego Żyda, nie pukają już o świcie do przedsionka synagogi. Siedzi sobie nieszczęsne diablisko na poddaszu, rozpamiętuje przeszłość, tęskni i żywi się kurzem oraz literkami z jakiejś książeczki, którą znalazł na tym swoim stryszku. Książeczka jest błaha, właściwie nawet bluźniercza, ale napisana po żydowsku. Demon wysysa litery, to jest jego strawa. A kiedy już zniknie ostania litera, ostatniemu z diabłów przyjdzie czas umierać.

Dlaczego z mocą wrócił do Viatora ten, dawno przeczytany i ciągle gdzieś w podświadomości obecny, tekst?

Bo tu jest podobnie. Na obrzeżach Łużyc, zwłaszcza na prawym brzegu Nysy, już od dawna nie słychać serbołużyckiej mowy. Nikt nie kultywuje starych obrzędów, nie obchodzi pradawnych świąt. Tak jest na obrzeżach. A w centrum? Po serbołużycku rozmawia już mało kto. A przy tym rejwach i zamieszanie. Równiny łużyckie pocięte transeuropejskimi autostradami, zryte odkrywkami kopalni węgla brunatnego. Przez Spreewald, Park Mużakowski i Branitzer Park przewalają się tłumy turystów. Gdzież mają się podziać łużyckie demony, duszki i chochliki? Viator ma pewien pomysł…

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOto wieża kościoła w Kunicach, jednej z dzielnic Żar. A w tle Wzniesienia Żarskie – morena polodowcowa, najwyższy punkt Województwa Lubuskiego, a przed wojną całej Brandenburgii – 226 m. n. p. m. U podnóża Wzniesień przebiega najstarsza na terenie Polski linia kolejowa, o której Viator już TUTAJ wspominał. Budując w tak pofałdowanym terenie, musieli inżynierowie wznieść liczne nasypy i wydrążyć rowy, aby tor biegł na równym poziomie. W trakcie tych prac odkryto złoża węgla brunatnego, gliny, piasków tudzież innego kruszywa. I tak, od połowy XIX wieku, przez kilkadziesiąt lat cała okolica żyła z kopalni węgla, cegielni, fabryk ceramicznych i hut szkła. Większość tych zakładów już dawno nie istnieje. Pozostały ruiny budynków, słupy kolejki linowej dostarczającej urobek do miasta oraz kilkadziesiąt stawów i jeziorek. Dawne wyrobiska zalane wodą. A wszędzie wokół znów rośnie las.

Duchy z łużyckich legend, bajek i baśni, czarty, rusałki i inne stworzenia! Przybywajcie i zamieszkajcie właśnie tutaj! Tu nikt was nie będzie niepokoił! Tu będziecie bezpieczne!

Kto odpowie na to wezwanie? Kto zaludnia (czy raczej zabaja) serbołużycką mitologię? Nie chciał Viator udawać swego czasu historyka wojskowości ani lingwisty. Teraz nie będzie pozował na etnografa. Nie oczekuj Czytelniku systematycznego wykładu zagadnienia. Poprzestańmy na takim stwierdzeniu: postacie z mitów, legend i bajek Serbowie Łużyccy mają zasadniczo wspólne z całą Słowiańszczyzną. Choć niektóre są w ich tradycji szczególnie obecne. Ot, choćby Wodnik, znany na Górnych Łużycach jako Wódny Muž, zaś na Dolnych jako Nyks. Nie może być inaczej w krainie Szprewy, Nysy i Spreewaldu.

SAMSUNG DIGITAL CAMERANyks, czyli Wódny Muž widziany oczyma artystów z ośrodka serbołużyckiego w Sljepo, opodal Weisswasser.

Wyrobisko-znowu-wyrobiskoJak sądzisz Czytelniku? Chyba w tych cichych, śródleśnych jeziorkach (dawnych wyrobiskach piasku i gliny) Nyks będzie się czuł dobrze?

Bagno znowu bagnoZ jeziorkami ręką ludzką uczynionymi sąsiaduje bagnisko. Całkowicie naturalnego pochodzenia. Kto zamieszka na tych bagnach?

SAMSUNG DIGITAL CAMERARzecz jasna Błudnički, czyli Błędne Ogniki. Często pojawiają się w łużyckich opowieściach. A ten facet z butelką? Viator zna kilku takich, którzy mogliby zostać uznani za jego pierwowzory, takich, co to w stanie bliskim lewitacji przemierzali las między Kunicami a Szczepanowem. Ale cicho, sza! Ochrona danych osobowych…

Gdzieś pomiędzy tymi stawami, jeziorkami i bagnami, w gęstych zaroślach, może znaleźć spokojną siedzibę liczna i różnorodna gadzina z mitów serbołużyckich: żmijowi królowie, jaszczury i smoki. Dobre i błogosławieństwo niosące smoki czyli Plony. Bo te złe, ogniem ziejące, to raczej wpływ bajek niemieckich.

Gad znowu gadCzy to w wizji Měrcina Nowaka – Njechorńskiego, czy też artystów sljepiańskich, baśniowe gady wyglądają strasznie, ale w gruncie rzeczy są dobroduszne i pomagają biednym ludziom. Oczywiście, o ile się je traktuje z należytym szacunkiem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAA jeśli szanowne smoki zechcą, mogą wziąć w posiadanie prawdziwe zamczysko – ruiny Wieży Bismarcka (ot, taki paradoks dziejów) na szczycie Wzgórz Żarskich. Bo niby czemu nie?

Zaś na śródleśnych polanach i na łąkach wokół lasów na pewno chętnie zamieszka Připołdnica, czyli, znana także wśród innych Słowian, Południca. No właśnie, czy rzeczywiście taka znana? Może kiedyś. Dziś o niej raczej zapomniano. Ale nie na Łużycach.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Serbołużyczanie wciąż darzą respektem tą Panią. Pojawiała się około południa na polach. Biada temu, kto się na nią natknął, a przy tym nie umiał odpowiedzieć na podchwytliwe pytania, które stawiała Připołdnica. Taki nieszczęśnik niechybnie tracił głowę, uciętą sierpem upiornego gościa. Ponoć w ten sposób tłumaczyli sobie prości ludzie przypadki śmierci od słonecznego udaru.

Duchy z łużyckich bajek! Gdzie wam będzie lepiej, niż tu. Zostańcie!

Tak prosi od dawna Viator. I chyba został wysłuchany. Kto inny, niż serbołużyckie Duszki, mógłby aż tak zaczarować widok, znany z pierwszego zdjęcia? No kto?

12 Pejzaz wieczorny

W górę rzeki (8)

Zbigniew Milewicz

Wileńskie kołduny

Jakiś czas temu napisałem już wstęp do tego pamiętnika, taki oto:

Gdzie leży Polska ? Propaganda komunistyczna nie pozostawiała cienia wątpliwości, że na wschód od Łaby. Obecna konsekwentnie powiada, że na zachód od Bugu, że bliżej nam do Rzymu, niż np. na Polesie, do Dubicz Cerkiewnych, gdzie co roku na Iwana, na Kupała świętuje się staropogański obyczaj wiosenno-letniego przesilenia. Stereotypy są złe, odzwyczajają od samodzielnego myślenia, wyłażą z nich różne oszołomy, rodzą nacjonalizm. Pochodzę z czysto kresowej rodziny, po mamie z kresów zachodnich, z Górnego Śląska, ojciec urodził się w Wilnie, na polskich kresach wschodnich. W śląskim gorku miejscowe krupnioki warzyły się razem z polskim barszczem i niemieckimi bokwurstami, w wileńskim tyglu litwskie kołduny pyrkały w rosole pani Ćwierciakiewiczowej, popijało się je ukraińskim kwasem chlebowym, albo białoruską wódką, a żydowska maca była wszędzie. Przepraszam za tę kulinarną przenośnię, ale tak to widzę. Pod koniec drugiej wojny światowej moi przyszli rodzice jakoś tak wpadli na siebie i głodni życia, połączyli obydwie kuchnie, z czego wyszedł niezły bigos…
Na początek jednak wileńskie kołduny, które obiecałem w poprzednim wpisie, choć u pani Antoniowej pojawiają się one na stole rzadko. Familia żyje biedniej niż Paluchowie z Chorzowa, ale mieszka w samym sercu miasta, przy ulicy Ostrobramskiej, pod nr 20, a później 23. Dziadek Antoni, ojciec mojego ojca, pracował jako woźny w urzędzie inżynieryjnym w Wilnie i ze skromnej pensji utrzymywał żonę i trójkę dzieci. Wcześnie zmarł, Edward miał zaledwie trzy lata. Aby wyżywić rodzinę, babcia Urszula zajęła się dorywczym praniem i sprzątaniem u sąsiadów. Widocznie nie mogli z tego wyżyć, skoro starsza siostra ojca, Maria, została oddana pod opiekę sióstr Urszulanek, do ochronki żyjącej z darów hr. Ożarowskiej. Arystokratka hojnie wspierała wileński klasztor, starała się o to, aby dzieci zdobyły dla siebie jakiś pożyteczny zawód na przyszłość, niektórym nadawała swoje nazwisko. Stąd w dokumentach cioci Marii pisało, że jest z domu Ożarowska.
To nazwisko pojawiło się już raz na tych stronach, we wpisie Babcia Urszula. Nosiła je mama mojego ojca, co zostało odnotowane w księdze zgonów kętrzyńskiego USC. Ponieważ to dzieci dziedziczą nazwiska po rodzicach, a nie odwrotnie, przypuszczam, że sprawczynią wyjątku w tej regule była ciocia Maria, bo tylko jej mogło zależeć na formalnym uproszczeniu rodzinnej historii. Kiedy zamknęła mamie oczy, dopełniła formalności w ratuszu , powiedziała, że zmarła nazywała się Ożarowska i urzędnik tak to zapisał, bo krótko po wojnie przyjmowano jeszcze w urzędach różne informacje na wiarę. Poza tym zmarłemu jest chyba obojętne, jak nazywa się po śmierci, a świętemu Piotrowi dokumenty są niepotrzebne. To jest jednak wyłącznie moja teoria. W dokumencie zawarcia związku małżeńskiego moich rodziców pisze się, że mama ojca była z domu Gorczycka, a dziadek nazywał się Milewicz, ale brak innych dowodów, które by to potwierdzały.

po mieczuMój ojciec, po ukończeniu szkoły powszechnej, poszedł do zakładu ślusarsko-mechanicznego niejakiego Michalskiego, aby nauczyć się rzemiosła. Ze względu na brak pracy w tej branży, latem 1931 r. przyjął się do zarządu dróg w Wilnie, jako kamieniarz. Układał nawierzchnię dróg w mieście i powiecie, wyrabiał kostkę brukową i tłuczeń granitowy, zimą spał z kolegami w przydrożnych szopach, latem wprost na trakcie.

brukowanie

XXX
Zdzich, mój starszy brat po mieczu, który dzieli się ze mną tymi informacjami, mówi, że do wybuchu II wojny światowej ojciec na pewno utrzymywał się z brukarstwa. Losy okupacyjne jego i rodziny są mniej przejrzyste, zawierają sporo luk.

Brat pokazuje mi pożółkły dokument ze swastyką i zdjęciem ojca, jest to tymczasowy paszport bezpaństwowca z Litwy, wystawiony 10 grudnia 1942 r. w Katowicach. Pod koniec czerwca 1941 r., po zbombardowaniu Wilna przez Luftwaffe, do miasta wkroczył Wehrmacht i przez trzy lata było ono niemieckie. Ojciec i jego starsza siostra zostali wywiezieni na przymusowe roboty w głąb Rzeszy. Ciocia Maria trafiła do fabryki celulozy w Mannheim, gdzie produkowano owiewki do samolotów, on gdzieś w okolice Essen. Ojca trudno było namówić na zwierzenia z wojennej przeszłości; raz powiedział rodzinie, że uciekł z robót, w czasie podróży z Essen do Katowic, dokąd jeździł na jakieś badania lekarskie, w związku z utratą zdrowia w fabryce. Mogło tak być, ale dziwne, że go później nikt nie szukał. Zastanawiam się, jak to się stało, że uciekł, a później dostał pracę u niemieckiego szewca na Śląsku, no i kiedy wystawiono mu ten paszport, przed czy po ucieczce?

Najmłodszą Stasię sowieci zesłali do Kazachstanu. Nie wiadomo, kiedy się to stało, podczas ich pierwszej okupacji Wilna, czy latem 1944 r., jak odbili miasto Niemcom. Jedni oprawcy warci byli drugich, w czasie wojny hitlerowcy wspólnie z litewskimi nacjonalistami zamordowali w podwileńskich Ponarach około 100 tysięcy polskich obywateli, zwłaszcza Żydów. Natomiast sowieckie prześladowania i deportacje objęły około 35 tysięcy mieszkańców Wileńszczyzny, głównie polskiego pochodzenia. Stasia trafiła do łagru w Jekybastuz (Ekibastus), gdzie swego czasu więziony był również Aleksander Sołżenicyn.

Stasia pokłóciła się o jakąś błahostkę z ulicznym przekupniem, a że język miała ostry, zadenuncjował ją w NKWD, pewnie na okoliczność ustrojowej nieprawomyślności, to wystarczyło. Niewiele o niej wiem, tyle zaledwie, że czuła się kobietą wyzwoloną, miała poglądy lewicowe, krewki charakter i jako najmłodsza z rodzeństwa była oczkiem w głowie rodziny.

Po wojnie ojcu udało się za pośrednictwem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża odszukać Stasię, nawiązał z nią listowny kontakt i rozpoczął starania o jej repatriację do kraju, pisał w tej sprawie do władz w Moskwie. Urzędnicza machina, jak to ona, pracowała jednak opieszale. W latach 60 udało się ojcu uzyskać zezwolenie na rozmowę telefoniczną z siostrą. Mieszkał wtedy już na Goleniowskiej, w Szczecinie-Dąbiu. W domu nie miał telefonu, poszedł na pocztę i czekał, długo czekał. Wreszcie rozległ się dzwonek, roztrzęsiony z emocji o mało nie wyrwał w kabinie słuchawki z automatu. Obcy głos z centrali poinformował go tylko beznamiętnie, że połączenie nie może zostać zrealizowane. Później otrzymał urzędowy list, że jego siostra zamarzła w drodze do rozmównicy. Była w łagrze kaczigarą, palaczką.

Prababcia i inni

Ewa Maria Slaska o Eugenii Lublinerowej, Olesinie i stawach. Nowy Beniowski czyli opowieść dygresyjna.

Przyjechałam do Olesina w listopadowy, mglisty dzień, a listopad, wszyscy wiemy, nie jest miesiącem zachęcającym do wędrówek po polach i łąkach. Listopad, co właśnie znalazłam na Facebooku, to, zdaniem Tuwima, wrzód na dwunastnicy roku.

olesin-drogowskazTym niemniej muszę powiedzieć, że ten dzień w Olesinie zapisał mi się wspaniale w pamięci i chyba zaliczę go do tzw. highlight’ów roku 2014. Przyjechaliśmy we dwójkę z moim siostrzeńcem Adamem (Czytelnicy bloga znają Adama z interesujących wpisów, np. TU, i ciętych komentarzy). Przed dworcem czekał Artur Czyżewski, naczelny pisma on-line Kurier Skruda, a w samochodzie byli już też pan Jan Majszyk, kronikarz lokalnej historii, oraz Adam Kostyra, archeolog awiacji, który w naszym spotkaniu pełnił przede wszystkim funkcję dokumentalisty. Potem doszlusował do nas “pan Andrzej”, o którym wiem niewiele, żeby nie powiedzieć – nic, ale z tego nic wynika, że to barwna i ciekawa postać, na pewno zasługująca na odrębne rozmowy i pióro Andrzeja Stojowskiego.

pieciupanowAdam S., Adam K., Artur, pan Majszyk, pan Andrzej

Pan Andrzej opowiedział nam (Adamowi i mnie) na przykład, że w ramach akcji crowfundingowej zasponsorował wyjazd jakiegoś polskiego globtrottera na Syberię, a potem umówił się z nim na kawę w Irkucku i bez większych przygotowań ruszył, bodajże starą toyotą, na trasę i dotarł do Irkucka, gdzie globtrotter wcale się z nim nie spotkał, bo… nie wierzył w sepulki. (To była zagadka, z nagrodą, rozwiązana przez Marię. Co to są sepulki i skąd je znamy? – z Lema! I nikt nie wie, co to jest.) Oczywiście pan Andrzej jechał po utartych szlakach, a globtrotter zaplanował sobie przygodę życia, ale ruszyć na Syberię prawie z marszu, no… też bym chciała, ale oczywiście nie mogę, bo nie mam prawa jazdy i nie jeżdżę na rowerze. Musiałabym na piechotę, ale czy ja wiem – 20 tysięcy kilometrów na piechotę? Dersu Uzała. No tak, to marginalia, ale ta Syberia, która wcześniej budziła we mnie niepokój i niechęć, od czasu lektury Lodu Dukaja stała się skrytą tęsknotą. Marzy mi się, że pojechałabym do pracy np. do Omska.

Na razie jednak jesteśmy w Olesinie, gdzie pan Majszyk i ja powoli dopracowujemy się jakiegoś consensusu w sprawie majątku Pradziadka i szkoły Prababci. Gdy już mniej więcej wiemy, gdzie i kiedy funkcjonowała Sylwana, przypominam sobie nagle: stawy! Nikt z nas nigdy nie widział Sylwany, ale Ciocia twierdzi, że w majątku były stawy. Liczba mnoga czyli minimum dwa. Pytam więc, gdzie są stawy? Albo gdzie mogły być stawy? Rozpoczynają się debaty, konsultacje z mapą, rozmowa z dozorcą zakładów chemicznych Chema. W końcu wszyscy zdecydowanie pokazują palcem: tam! Tam były stawy! Dojść się nie da, objeżdżamy autem na około. Wychodzimy. Płaskie przestrzenie zarośnięte trawą, podwyższone groble, kanał, studnia. Jestem zachwycona, są stawy to znaczy, że jesteśmy w Sylwanie.

olesin-domniemane-stawyGdy już wrócę do domu, dostanę od Artura Czyżewskiego mapkę z komentarzem:
“Z tymi stawami to daliśmy ciała. Kiepscy z nas detektywi 🙂 . Przeanalizowałem google maps i oto wynik śledztwa.”

olesin-stawyPodoba mi się. Tu stawy, tam stawy, najważniejsze, że były stawy. Ciocia, która jest młodszą kuzynką Mamy, nigdy nie była w Olesinie, ale Mama tam jeździła na wakacje. Oddawano ją tam pod opiekę psa Halo czyli Halusia, któremu ktoś z dorosłych tłumaczył, że ma iść z dzieckiem na spacer, pilnować, żeby nie weszło do wody (czyli do owych rzeczonych stawów), a o drugiej oboje, dziewczynka i pies, mają wrócić na obiad.

haloHalo, a w tle – Sylwana, przynajmniej tak myślę. Oczywiście tak naprawdę w tle widać tylko jakieś podwórkowe badziewie, ale jest ono podwórkowym śmieciem z Sylwany.

Fiktive Fotografen / Fikcyjni fotograficy

Über das ungewöhnliche Buch von Karsten Hein
O niezwykłej książce Karstena Heina

dasviertealbumIch nahm teil an Entstehung dieses Buches und war vom Anfang an begeistert und zugleich berührt von der Intensivität der Geschichte.  / Brałam udział w tworzeniu tej książki. Od samego początku mnie niezwykle poruszyła, bo tak była intensywna.

wcafemelancholiaMłoda dziewczyna, Niemka, prosi mieszkającego w Berlinie fotografa, Polaka, by towarzyszył jej przez jakiś czas i fotografował ich wspólną wędrówkę. / Eine junge Frau, eine Deutsche, bittet einen Fotografen, einen Polen aus Berlin, dass er sie zeitlang begleitet und die gemeinsame Zeit fotografiert.

Dann verschwindet sie. Die Fotos bleiben bei ihm. / Po czym znika. Zdjęcia zostają u niego.

koniecDann stirbt der Fotograf, der fiktive Fotograf, und der Autor sichtet seinen Nachlass durch und findet das vierte Album. / Po czym fotograf, fikcyjny fotograf, umiera, autor książki przegląda jego spuściznę i znajduje czwarty album.

Es ist eine verschachtelte Gechichte vieler Rekonstruktionen. Die junge Frau rekonstruiert etwas, der Fotograf versucht zu verstehen, was sie beide tun und nach ihrem Verschwinden versucht er herauszufinden, was sie eigentlich suchte. Der Autor rekonstruiert diese Geschichte anhand der Bilder und Notizen des gestorbenen Fotografen, Kazimierz Henrykowski. Der Leser versucht zu entziffern, was sich hinter all diesen Rekonstruktionen versteckt…

To skomplikowana historia szufladkowa złożona z wielu warstw rekonstrukcji. Młoda kobieta próbuje coś odtworzyć. Co? Nie mówi swojemu towarzyszowi, ale widać też, że sama nie wie… że szuka. Po czym znika. Kazimierz Henrykowski, ów polski fotograf, próbuje odtworzyć sens ich wspólnych wędrówek, ale też sens tego, czego szukała jego towarzyszka. Autor konstruuje książkę, próbując z-re-konstruować sens tego spotkania z zapisków i zdjęć Henrykowskiego. I wreszcie ostatniej rekonstrukcji musi dokonać czytelnik…

onagdziesUngewöhnliches Buch von Karsten Hein. Ist gerade erschienen. Es reicht nicht, es zu lesen. Man muss es haben. Unbedingt!
Niezwykła książka. Właśnie się ukazała. Nie wystarczy ją przeczytać. Trzeba ją koniecznie mieć!

***
Das vierte Album
Fotoroman

Karsten Hein, Kazimierz Henrykowski

ISBN: 978-3-99028-346-2
20 x 28 cm, 238 Seiten, zahlr. farb. Abb., Hardcover
€ 28,00

***
Und noch zum Titel des heutigen Beitrags. 2011 gab es in Kraków eine Ausstellung unter dem Titel Alias über fiktive Fotografen; Karsten hat es jedoch zu spät erfahren, um sein Buch-Projekt dahin zu schicken. / Jeszcze informacja o tytule wpisu – była w Krakowie w roku 2011 wystawa pt. Alias o fikcyjnych fotografach; Karsten niestety przeczytał o niej za późno i nie zdążył tam zgłosić projektu swojej książki.

http://www.fotopolis.pl/n/12307/miesiac-fotografii-w-krakowie-2011-pierwsze-doniesienia/

Prot d. Berlinerblau 2

Tomasz Prot Parę słów o sobie Jestem ostatnim męski potomkiem tej niegdyś licznej rodziny, który, gdyby nie przyjęcie przez ojca pseudonimu z legionów, nadal nazywałby się Berlinerblau. Urodziłem się w Pionkach, już po śmierci mojego brata Andrzeja, jako drugi po mojej siostrze Janinie. Zaważyło to w pewnym sensie na całym moim życiu. Z jednej strony moja matka, po stracie pierworodnego syna, przez wiele lat otaczała mnie zbyt czułą opieką, z drugiej strony moja siostra źle znosiła ten nadmiar troski, skierowany głównie na młodszego brata. Także w małżeństwie moich rodziców nie układało się najlepiej, ojciec bardzo zajęty budową Pionek miał mało czasu dla żony i dzieci, natomiast mama była osobą depresyjną i wymagającą szczególnej troski. Zakończyło się to skandalem. Mama w czasie nieobecności ojca wyjechała z dziećmi i z wykonującym ich portrety młodym malarzem z Pionek do Warszawy. Po paru miesiącach ojciec zabrał nas z powrotem do Pionek, malarz wyjechał do USA gdzie został znanym portrecistą, a mama podjęła pracę ogrodniczki i bibliotekarki w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach pod Warszawą. Po dwóch, trzech latach pobytu w Pionkach, zostałem ze względów zdrowotnych oddany pod opiekę mamy, z którą do 1938 roku mieszkałem w Rabce i Zakopanym. Z siostrą widywałem się w czasie wakacji, a z ojcem tylko w czasie jego rzadkich wizyt. Po powrocie do Warszawy zamieszkaliśmy na Bielanach, gdzie poszedłem do publicznej szkoły powszechnej. Źle się tam czułem ze względu na mój żydowski wygląd i narastający w Polsce antysemityzm. Przezywany byłem przez kolegów „Żydek” „Mosiek” itp. Po wakacjach 1939 roku spędzonych z siostrą w Pionkach u ojca i jego nowej żony, malarki Haliny Freund, na parę dni przed wybuchem wojny dotarliśmy do Warszawy. Czas oblężenia miasta przeżyliśmy u wujka Wildera, a po kapitulacji Warszawy wróciliśmy na Bielany. Wkrótce, pomimo że czuliśmy się Polakami o żydowskich korzeniach, zostaliśmy przez okupanta i sąsiadów zaliczeni do Żydów i chcąc uniknąć przeprowadzki do getta, zostawiliśmy mieszkanie i z niewielkim dobytkiem i przenieśliśmy się do Lasek, pod opiekę Sióstr Franciszkanek. Jednak, po około 1,5 roku i tam sąsiedzi zaczęli się interesować Żydami mieszkającymi na terenie klasztoru, jak również mniszkami pochodzenia żydowskiego. W związku z tym wszyscy, także siostry zakonne, aby nie narażać podopiecznych Zakładu, opuściliśmy Laski. Od tego czasu każdy z nas ukrywał się osobno. Siostra tułała się po różnych ludziach, aż zaopiekowała się nią troskliwie nadzwyczajna rodzina państwa Kielanów, Mama imała się różnych zajęć, przez pewien czas była gosposią i opiekunką dzieci, potem zatrudniła w kuchni RGO, wydającej posiłki dla ubogich podopiecznych. Ja, przez parę tygodni mieszkałem u pani Zofii Stefanowskiej na Żoliborzu. Miała ona dwoje dzieci starszych ode mnie i bardzo się obawiała konsekwencji, ale, ze względu na przyjaźń z mamą, podjęła się czasowego przechowania mnie. Następnie zostałem przyjęty, jako syn polskiego oficera zaginionego w czasie wojny, do internatu RGO i w kolejnych domach prowadzonych przez tę instytucję, z różnymi przygodami, przetrwałem do końca wojny. Dla wyjaśnienia podam może, że RGO – Rada Główna Opiekuńcza – była jedyną świecką organizacją charytatywną, czynną podczas I i II wojny światowej. Podczas II wojny prowadziła działalność za zgodą władz okupacyjnych. Była związana z AK. RGO wspomagała 700-900 tysięcy osób rocznie, w tym wielu Żydów.

protowieTomasz i Janina Prot /„Rodzeństwo”, fot. J. Mierzejewska 1947

Pod koniec 1945 roku zamieszkaliśmy z mamą i siostrą we Wrocławiu, tam ukończyłem szkołę średnią i zaliczyłem trzy lata studiów chemicznych. Następnie studiowałem na Uniwersytecie Łódzkim i po uzyskaniu tytułu magistra rozpocząłem pracę w Warszawie, gdzie przeniosła się już moja siostra – neurolożka z tytułem doktora medycyny – i matka, wówczas zastępczyni dyrektora Biblioteki Głównej Politechniki Warszawskiej. Ja, kontynuując tradycje moich przodków-chemików, pracowałem kolejno w Instytucie Tworzyw Sztucznych na Żoliborzu, Politechnice Warszawskiej i Politechnice Radomskiej. Wyniki moich badań naukowych zawarłem w licznych artykułach i patentach, oraz w pracy doktorskiej (1963 rok) i habilitacyjnej (1977 rok). Jako profesor byłem przez wiele lat kierownikiem Katedry Chemii Polimerów, byłem też prorektorem Uczelni i dziekanem Wydziału na Politechnice Radomskiej. tomaszprotWprawdzie nie pełniłem tak odpowiedzialnych zadań w przemyśle jak mój ojciec, ale także, jak sądzę, dobrze zasłużyłem się polskiej chemii, kształcąc kadrę polskich chemików, jako promotor i opiekun prac doktorskich i magisterskich, a także przekazując do przemysłu technologię wykorzystywanych w praktyce żywic lakierniczych. Po przejściu na emeryturę przez dwie kadencje, w latach 2006-2012 byłem wiceprzewodniczącym zarządu Stowarzyszenia „Dzieci Holocaustu” w Polsce. Moja siostra, Janina Prot-Wald, po marcu 1968 wyjechała z rodziną do USA. Stwierdziła, że nie chce, by jej dzieci żyły w kraju, gdzie po Holocauście mogło dojść do następnej, popieranej przez partię i rząd, fali antysemityzmu. W Stanach nostryfikowała dyplom lekarza i pracowała wiele lat w Lexington pod Bostonem, a po emeryturze przeniosła się do córki do Seattle, gdzie zmarła w maju 2011 roku. Moja córka Katarzyna Prot została lekarzem psychiatrą, jej prace naukowe dotyczą głownie traumy, szczególnie traumy ocalałych z Holocaustu. Jej praca habilitacyjna była porównaniem traumy Żydów polskich z traumą Żydów rumuńskich. Obecnie, poza leczeniem chorych, wykłada psychiatrię na Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie *** Pisząc niniejszy tekst opierałem się na wspomnieniach rodzinnych, oraz na książkach i artykułach:

  1. Janina Prot-Wald Nie ma powrotu, Warszawa-Seattle 2010
  2. Marek Gałęziowski Na wzór Berka Joselewicza, Warszawa 2010
  3. Michał B. Balasiewicz Przemysł chemiczny 92/9 2013
  4. Szkice z dziejów Pionek, tom I pod red. Marka Wierzbickiego

Dziękuję Jakubowi Wdowickiemu za udostępnienie wielu danych i fotografii z rodzinnego albumu.

Droga do Santiago de Compostella. Sta Catalina

Ewa Maria Slaska

Wtorek, 26 września 2007

Podczas śniadania rozmowa z parą Kanadyjczyków o Paolo Coelho. Są na Camino, bo przeczytali jego książkę i zrobiła na nich wrażenie. Może więc trzeba tu powiedzieć parę słów o książkach, jakie człowiek przeczytał, zanim wyruszył na Camino. Ja przeczytałam cztery i tylko jedna mi się podobała: Włodzimierz Antkowiak, Vamos, Peregrino! Tu też miałam pewne drobne zastrzeżenie, bo autor trochę zbyt mocno epatował swoją nader skromną sytuacją życiową, którą dość często porównywał ze znacznie lepszą sytuacją innych pielgrzymów, głównie Niemców – tych zresztą wyraźnie nie lubił. No tak, nobody is perfect, ale tak poza tym książka dobra, rozsądna, wyważona i nie zarozumiała, a autor mógłby być zarozumiały, bo był na Camino w roku 2003, był więc zapewne jednym z pierwszych Polaków, którzy poszli w Drogę (oczywiście nie liczę Papieża JPII,  królewicza Jakuba Sobieskiego oraz wyimaginowanej księżniczki głogowskiej, o której pisała Jadwiga Żylińska w Wyspie dziwnego żartu).

Ponadto przeczytałam tragiczną i tragikomiczną książkę Shirley MacLaine, A Journey of the Spirit i myślę, że ta słynna pani i znakomita w końcu autorka będzie mi wdzięczna, jeśli nic tu więcej o jej “dziele” nie napiszę. Jedno tylko trzeba jej przyznać – była na Camino, gdy tamtędy niemal nikt jeszcze nie chodził. Podobnie zresztą jak brazylijski piewca filozofii hippisowskiej, Paolo Coelho, który się na tym opiewaniu wyrzeczeń dorobił niezłego majątku. Jego debiutancką książkę o Camino (Pielgrzym) dostałam przed wyruszeniem w drogę po niemiecku, a na trasie widywałam ją w niemal każdym schronisku i niemal każdym języku, nawet po japońsku. MacLaine była na Drodze w roku 1994, Coelho – w 1986. Łączy ich nie tylko pionierski animusz, ale i skłonność do relacjonowania przedziwnych spotkań mistycznych, jakie były ich udziałem na Drodze. Oboje spotykają anioły, demony, własne wcielenia sprzed setek tysięcy lat… No i wreszcie Hape Kerkerling, nadzwyczaj popularna osobistość, niemiecki komik, który swoją opowiastką Ich bin dann mal weg sprawił, że na Camino ruszyły (czwórkami! naprawdę! nie pytajcie mnie dlaczego, bo nie wiem) dziesiątki Niemców płci męskiej. Sam Hape był w Drodze w roku 2001, ale jego relacja ukazała się dopiero w roku 2006 i dopiero wtedy Niemcy odebrali Francuzom pierwszeństwo na camina franca. Ich bin dann…  to historia opowiedziana przez człowieka, który bardzo lubi sam siebie, natomiast nie lubi brudu, bo… fuj, brudny. Ciekawe, że w roku 2014 powstają filmy zarówno według Hape Kerkerlinga jak Paolo Coelho. Szkoda, że nie według Antkowiaka.

Wróćmy jednak do śniadania. Pielgrzymka Koreanka je ryż z algami. Patrzymy na to ze zdumieniem. Nie z uwagi na zestaw gastronomiczny, zasadniczo ważna jest oczywiście zasada, że każdy je, co lubi i na co ma ochotę, dręczy nas jednak pytanie, czy ona niesie ze sobą zapas alg na sześć tygodni?

Droga bardzo piękna i początkowo również łatwa. Sfalowana wyżyna, pola, lasy karłowatych dębów, orzechy włoskie, mimoza. Po drodze jakaś jedna wioska, a tak tylko natura – ładna, nie męcząca, różnorodna. Tu gdzieś kończy się meseta. W oddali już widać Astorgę – takie hiszpańskie Zakopane u podnóża gór. Dziś tam dojdziemy, do podnóża gór. A od jutra góry po kilometr i półtora. Kilometr w stronę nieba.

Ta jutrzejsza góra jest najstraszniejsza, nawet ci, co przeszli przez Pireneje (ja – nie), nie mieli takiej góry pod drodze.

Astorga pełni może funkcję Zakopanego, ale zbudowali ją Rzymianie, są mury, termy, jest też katedra gotycka i to taka, jakiej zapewne chętnie dorobiłby się Kraków a nie tylko Zakopane. Dopadam do wrót katedry dosłownie na ostatnią chwilę, ale udało się – wchodzę. Jak dobrze. Bo za chwilę zaczyna się sjesta i będzie trwała do 17, a tyle przecież nie mogę czekać. Obok muzeum zbudowane przez Gaudiego. Nigdy przedtem nie widziałam żadnego budynku zaprojektowanego przez tego secesyjnego wizjonera, nie byłam w Barcelonie (teraz, gdy to piszę – już byłam), a teraz, nagle, na trasie co dzień natykam się na jakieś jego dzieło.

Katedra (po lewej) i Muzeum Biskupie (Gaudi)

Jestem głodna, ale w samym centrum miasta same centralnie eleganckie lokale. Szukam przez chwilę czegoś prostszego, w końcu rezygnuję i wchodzę w buciorach i z plecakiem do rokokowej kawiarenki – kwiaty na wewnętrznych balkonach, złote stoliki, rypsowe foteliczki.

Dostaję kawę i super ciastko czekoladowe: rodzaj ptysia, który jest z wierzchu oblany twardą ciemną czekoladą, a w środku wypełniony miękkim musem z jasnobrązowej czekolady. Czekolada na czekoladzie, to się nazywa wykwint. No ale też jestem w mieście, które słynie z czekolady. W kawiarni nikt nie robi min w sprawie buciorów i płacę dwa euro czyli dokładnie tyle, ile bym zapłaciła w byle budzie.

Za Astorgą 10 kilometrów wiejskiej drogi prosto jak strzelił w góry. Biała kamienista droga, żółtoczerwone kamieniste pola. Ciekawe jak to zrobili?

Ostatnie półtora kilometra tej drogi wspina się pod górę i jest to najdłuższe półtora kilometra, jakie w życiu przeszłam.

I tak dochodzę do Santa Cataliny.

Panie i Panowie! Zastanówcie się!

Tekst napisany w Berlinie 25.11.2014 i opublikowany przez Autora na Facebooku, został tego samego dnia przekazany do publikacji na blogu.

Roman Brodowski

Kolejna odsłona polskiego dramatu?

Po wielu miesiącach obserwania tego co się dzieje w naszej Najjaśniejszej, zarówno w sferze politycznej, ekonomicznej, jak i społecznej, po sposobie uprawiania polityki rządowej w naszym kraju, jak też próbach przeniesienia tej dzisiejszej parlamentarnej pełnej nienawiści, kłamstwa i oszczerstw, retoryki, na grunt europejski – zadałem sobie pytanie: Ile czasu pozostało jeszcze, by cieszyć się naszą wolną i suwerenną Ojczyzną?!

Przed kilkoma laty napisałem nieco polityczne opowiadanie, w którym opisałem moje obawy, mój niepokój związany z przyszłością mojego narodu, opowiadanie które ukazało się w tym roku na kartkach mojej najnowszej książki Sacrum – Profanum i …Kresy.

Oto jego fragment

No tak, ale o czym to ja myślałem? Właśnie – niezgoda i podziały, jakie panowały w narodzie w owym przedrozbiorowym okresie, i jakie panują dzisiaj wśród Polaków, w gruncie rzeczy są takie same i prowadzą prostą drogą do kolejnej tragedii, do utraty, po raz kolejny naszej suwerenności. Tylko patrzeć, jak wykluje się nowa Targowica. A może ona od dawna już istnieje? Z jednej strony nieudolny rząd, sprawiający wrażenie, że robi coś dobrego dla kraju, forsujący (często dosyć kontrowersyjne) ustawy, który nie potrafi poradzić sobie z przeprowadzeniem najprostszych, potrzebnych i jakże bardzo istotnych dla sprawnego funkcjonowanie państwa reform, a tak naprawdę prowadzący brutalną walkę z opozycją o utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy. Z drugiej – tak zwana opozycja, nie mająca nic wspólnego z prawdziwą, w całym tego słowa znaczeniu opozycją parlamentarną. Jej zadaniem powinno być konstruktywne przeciwdziałanie w przypadku niekorzystnych lub niebezpiecznych dla interesu narodowego decyzji podejmowanych przez rząd, czy też blokowanie ustaw szkodliwych dla prawidłowego funkcjonowaniu naszego państwa.

Taka jest rola demokratycznej opozycji w nowoczesnym państwie. Tymczasem zadanie, jakie na siebie przyjęła dzisiejsza opozycja w Polsce, to nie praca na rzecz przyszłości w duchu dobra narodowego, lecz prowadzenie polityki zamętu, w którym jedynym celem jest niedopuszczenie do tego, by rządowi udało się zrealizować cokolwiek z tak zwanych obietnic przedwyborczych.                       

Niestety, dzięki tej pełnej nienawiści postawie ugrupowań politycznych (mam tu na myśli zarówno PIS i PO, oraz ich ugrupowania statelickie), retoryce jaką w stosunku do siebie i innych, stosują, do głosu coraz częściej dochodzi skrajna prawica i ugrupowania o charakterze czysto nacjonalistycznym, często wspierane przez instytucjexkościelne.

Polska po raz kolejny, powoli, ale widocznie staje się na arenie międzynarodowej mało wiarygodnym partnerem, zarówno w sferze społecznej jak i gospodarczej. Coraz częściej słychać opinie, że naród polski jest na tyle skłócony, że Polacy nie są w stanie się samodzielnie rządzić.

Tam, gdzie w miejsce zgodnie współdziałających ze sobą w celach obrony tożsamości narodowej, rozwoju gospodarczego i społecznego kraju organizacji rządowych, społecznych i religijnych do głosu dochodzi żądza władzy, pieniądza oraz wpływów, wcześniej czy później dojdzie też do ogólnospołecznych konfliktów.Stare, mądre przysłowie, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje zwłaszcza dzisiaj nabrało szczególnego znaczenia.

W ciągu ponad trzystu lat Polska była elementem rozgrywek pomiędzy Wschodem i Zachodem i to się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast metody tych rozgrywek. Dzisiaj nikomu niepotrzebne jest poszerzanie granic. Przecież jesteśmy w jednej Europie. Dzisiaj, jeżeli nie siłą, to sprytem, poprzez działania ekonomiczne, gospodarcze oraz politykę międzynarodową, można skutecznie ograniczać suwerenność i niezależność narodów słabszych, do których niestety i my należymy.Bo przecież nie ma nic za darmo. Prawdą jest, że jesteśmy już prawie całkowicie uzależnieni od obcego kapitału i przemysłu. Nasze zadłużenie jest tak wysokie, że nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób je spłacimy. Jednak nie to mnie najbardziej niepokoi.Boję się tego, że retoryka i metody walki politycznej, jakie stosują rząd, opozycja i kler doprowadzą do tego, że i tak podzielony już naród w swojej niemocy rozpocznie walkę wewnętrzną, a to z kolei doprowadzi do…?

To, czego nie widać wewnątrz, gdzie negatywne emocje, a nie zdrowy rozsądek zaślepiają umysły, doskonale widać z zewnątrz, z boku. A widać wiele analogii z okresem przedrozbiorowym, czasem wręcz z czasem rozbiorów.

Niestety ostatnie wydarzenia, jakich jesteśmy świadkami – mam na myśli wybory, wypowiedzi polityków (tych przegranych i tych wygranych) przypominają mi okresy najciemniejszej polskiej historii ostatnich kilkuset lat, począwszy od Sejmu Czteroletniego, poprzez wybory pierwszego prezydenta Gabriela Narutowicza itd … Przykładów podziałów i niezgód prowadzących do nienawiści społecznej w naszej kochanej Ojczyźnie możnaby mnożyć. Zawsze kończyło się to tragedią.

To prawda – wiele błędów wydarzyło się podczas ostatnich wyborów, zbyt wiele, by można je traktować pobłażliwie, by przejść obok nich spokojnie. Jednak w żadnym wypadku nie może być to powodem do tego, by nawoływać do buntów społecznych. Myślę, że mądrość narodu, a szczególnie tych, którzy mają w nim coś do powiedzenia, nie zakłóci tak zwanego „miru” w naszym kraju i nie doprowadzi do kolejnej destabilizacji, a wprost przeciwnie. Mam nadzieję, że ci, dla których losy naszego kraju przedstawiają wartość nadrzędną, odrzucając wszelkie animozje, uczynią wszystko, by rozwiązać ten wyjątkowy problem w sposób pokojowy, zgodnie z prawem, w poszanowaniu wartości narodowych, a co najważniejsze na drodze kompromisów

Kilka dni temu w Parlamencie Europejskim przedstawiciele naszego kraju (PIS-u) poprosili Europę o pomoc w rozwiązaniu naszego (wewnętrznego) konfliktu, oskarżając innych przedstawicieli naszego narodu o wiele spraw (między innymi o fałszowanie wyborów) Nie potrafię zrozumieć, jakim celom przyświeca tego typu postępowanie?!

Często, kiedy nie potrafimy ze sobą rozmawiać, kiedy nie potrafimy rozwiązywać naszych własnych problemów, dotyczących naszego kraju, na własnym podwórku, zwracamy się o pomoc w rostrzyganiu sporów do stron trzecich.
Czy to brak zdrowego i patriotycznego rozsądku, czy też celowe działanie na szkodę naszego kraju popycha (nie po raz pierwszy) niektórych mieniących się „prawdziwymi Polakami” (określenie często nadużywane przez parlamentarzystów) do tak idiotycznych – moim zdaniem rozwiązań – tego nie wiem.

Czyżby nasza tragiczna historia niczego nas nie nauczyła? Wielokrotnie w przeszłości korzystaliśmy z takiej pomocy i zawsze wychodziliśmy na tym źle. Przypomnijmy sobie Konrada Mazowieckiego, Bogusława Radziwiłła czy też Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przykładów takich jest o wiele więcej. Nieumiejętność roztrzygania sporów we własnym gronie, brutalna, daleko wybiegająca poza ramy kultury dyplomatycznej walka o władzę, z zastosowaniem najprymitywniejszych elementów propagandowo-filozoficznych, opracowanych w XV wieku przez Machiavellego, uzupełnionych filozofią Fryderyka Nitschego, za każdym razem razem pociągały za sobą ofiary społeczne i narodowe. Świadczyły o słabości naszego państwa i podważały jego zarówno autorytet jak i wiarygodność.

Panowie i Panie, Parlamentarzyści i Senatorowie! Działacze PIS-U, PO, SLD, SP i wielu innych ugrupowań, zarówno z prawej jak i lewej strony! Zastanówcie się nad tym, dokąd prowadzi nasz kraj wasza polityka, wasza nienawiść, wasz cynizm i pazerność władzy. Siądźcie po raz kolejny do okrągłego stołu i jak Polak z Polakiem, pokażcie swoją dojrzałość polityczną i prawdziwą troskę o naszą Ojczyznę, by w przyszłości historia oceniła was nie jak zdrajców narodu, ale patriotów.

Gustav Theodor Fechner – odkrywca nowych lądów

Po kilku miesiącach podróży przez Łużyce ciężko jest tak po prostu opuścić tę niezwykłą krainę. Viator ma nadzieję, że ciężko jest nie tylko jemu, ale i Czytelnikom. Dlatego pozwala sobie przedstawić tutaj kolejny łużycki tekst, który kilka lat temu zamieścił w jednym z periodyków regionalnych. Tekst udowadniający, iż niezwykła kraina rodziła niezwykłych ludzi.

A swoją drogą: to, co Czytelnik za chwilę przeczyta, jeszcze raz udowadnia prawdę, którą Viator wyraził na samym początku swej przygody z blogiem Ewy Marii – szpagat między nauką i sztuką skutkuje takimi właśnie produkcjami – miał być artykuł naukowy, a wyszły z tego bajki. Skoro zaś jesteśmy przy bajkach… Za tydzień zaprezentuje Viator ostatni tekst łużycki. I będzie to właśnie spotkanie z postaciami z bajek serbołużyckich.  

Tomasz Fetzki

Syn pastora

O takich jak on pisał Conrad: Urodził się na plebanii. Wielu dowódców pięknych statków handlowych pochodzi z tych przybytków spokoju i pobożności. (…) Mały kościółek na wzgórzu przypominał w swej omszałej szarości skałę za postrzępioną zasłoną z gałęzi. Stał na tym miejscu już od stuleci, a drzewa wokół niego pamiętały zapewne chwilę, gdy kładziono kamień węgielny. Poniżej jaśniał ciepłą barwą (…) front probostwa wśród trawników (…). Probostwo należało do rodziny już od pokoleń.

Zadziwiająca zgodność panuje między tym opisem, a wyglądem rodowego gniazda naszego bohatera. I naprawdę nie ma żadnego znaczenia fakt, że nie był on, jak Lord Jim, marynarzem. Bowiem i on także odbył podróż – fascynującą, długą i niebezpieczną. Jedno się tylko nie zgadza: ojciec Gustava był zupełnie inny, niż ojciec Jima, który posiadał ową wiedzę o Niewiadomym, stworzoną dla bogobojnych mieszkańców chat i nie mącącą spokoju ducha tym, którym nieomylna Opatrzność pozwala mieszkać w pałacach. Wprost przeciwnie! Chyba po ojcu właśnie odziedziczył młody Fechner odwagę i ciekawość nowego.

1. KosciolKościół w Żarkach Wielkich

Wiele lat temu biograf Gustava Theodora napisał następujące słowa: Niedaleko Muskau, na dolnych Łużycach, należących niegdyś do elektoratu saskiego, a dziś Prus, leży wioska Groß-Särchen. Tam, 19 kwietnia 1801 r., na plebanji przyszedł na świat Gustaw Teodor Fechner. Już dziadek jego był tu proboszczem od połowy XVIII stulecia; opiekował się on troskliwie swojemi parafianami, sam zajmował się rolnictwem i udzielał porad lekarskich. Jego następcą na urzędzie był syn, ojciec naszego Fechnera. Tymczasem duch oświaty zaczął z wyżyn przenikać do szerszych warstw ludności. Ojciec Fechnera wyprzedzał całą okolicę w szerzeniu nowych idej. On pierwszy kazał zaopatrzyć wieżę kościelną w piorunochron, dawał dzieciom swoim szczepić ospę i przemawiał z kazalnicy bez peruki, co tak rozdrażniło chłopów, iż wójtowi udało się dopiero uspokoić ich przez wskazanie na to, że Pan Jezus też wygłaszał kazania bez peruki. Niestety, syn niedługo pozostał pod kierunkiem takiego ojca, stracił go bowiem już w piątym roku swego życia. Matka (…) przeniosła się do miasteczka Triebel, jej synowie zaś, Teodor i jego starszy brat Edward, który został później malarzem, wkrótce potem zamieszkali w domu Wuja, diakona Fischera z Wurzen i wraz z nim przenieśli się do Ranis w Turyngji, gdy ten ostatni otrzymał tam probostwo. Mając lat czternaście Teodor wstąpił do gimnazjum w Żórawiu, lecz gdy wkrótce potym jego matka osiedliła się w Dreznie, wrócił do rodzinnego domu, ażeby skończyć studja gimnazjalne, po czym przez pół roku uczęszczał do akademji medyczno-chirurgicznej w Dreznie, a następnie zapisał się na uniwersytet w Lipsku, ażeby poświęcić się medycynie; liczył wówczas dopiero 16 lat (K. Lasswitz, Gustaw Teodor Fechner, Warszawa 1903). Fechner nie interesuje nas jednak tylko ze względu na wybitne uzdolnienia, które zaprezentował w tak młodym wieku; nie on jeden wcześnie zaczął zdradzać zadatki na osobę wybitną. Przyjrzyjmy się dokładnie powyższemu tekstowi. Dolne Łużyce już dawno nie są ani saskie, ani pruskie. Po 1945 roku dostały się po części Niemcom, a po części Polsce. Muskau nazywa się dziś Łęknica (część niemiecka tego granicznego miasta to oczywiście Bad Muskau), Groß-Särchen noszą miano Żarek Wielkich, Triebel jest Trzebielem, a tajemniczy Żóraw to nic innego, jak Żary. Gustav Theodor Fechner był synem Ziemi Żarskiej. Jednym z najwybitniejszych. Jego zasługi dla rozwoju nauki, zwłaszcza psychologii, są niekwestionowane. Dlatego warto, aby obecni mieszkańcy tej ziemi lepiej wiedzieli, kim był ich wybitny, dziewiętnastowieczny ziomek.

2. PlebaniaPlebania – miejsce narodzin G. T. Fechnera

Wszechstronny naukowiec

Czas studiów medycznych to dla młodego Gustava okres kłopotów materialnych. Aby zarobić na utrzymanie, zajął się tłumaczeniem francuskich opracowań, głównie z zakresu chemii i fizyki. Ta działalność wpłynęła rozstrzygająco na cały kierunek jego studiów, bo dzięki nim porzucił medycynę i zwrócił się do fizyki (tamże). To jednak nastąpiło nieco później, póki co skończył medycynę, zdał bakalaureat i egzaminy doktorskie (1822), lecz nie doktoryzował się. Więcej nawet, począł odczuwać do medycyny niechęć, a przy tym nie wierzył we własne uzdolnienia w tym kierunku. Według J. E. Kuntze – jego siostrzeńca i wychowanka – Fechner mawiał: nie umiałbym otworzyć żyły, nałożyć najzwyczajniejszego opatrunku, zrobić najprostszej operacji ginekologicznej i nie tylko widziałem, że nie mam sposobności wypełnienia tych braków, lecz czułem także, iż nie posiadam do tego krzty praktycznego talentu. Chociaż więc przewidywałem, jakie trudności musiałyby mię z tego powodu niechybnie spotkać, byłbym jednak zmuszony wziąć się na los szczęścia do praktyki, gdybym nie był wciągnął się powoli do pracy literackiej, która dawała mi środki utrzymania i zarazem popchnęła mię na inną drogę (tamże).

W roku 1823 uzyskuje tytuł doktora filozofii, a pół roku później habilituje się rozprawą Praemissae ad theoriam organismi generale. Jednak tym, co pociągało go najsilniej, było doświadczalne przyrodoznawstwo; zajęcie się nim dało całej pracy Fechnera podstawę empiryczną; jego spekulacyjny umysł przejął się do głębi nowoczesnymi metodami fizyki i ta kombinacja wydała nowe i oryginalne owoce (tamże). Osiągnięcia młodego naukowca na tym polu doceniono – w 1824 roku obejmuje katedrę fizyki lipskiego uniwersytetu. Zajmował się głównie takimi dziedzinami jak elektrotechnika i optyka. Przełożył z języka francuskiego liczne dzieła z tego zakresu, przeprowadził też szereg własnych badań. Odniósł wiele sukcesów: uzupełnił teorię elektrolizy Berzeliusa, udoskonalił elektroskop Bohneberga, dokonał uogólnienia prawa Ohma. Z tych osiągnięć nauka korzysta do dziś. Efektem jego pracy był przyznany w 1834 roku tytuł profesora, a dwa lata później – profesora zwyczajnego.

Jednak nie te odkrycia zapewniły Fechnerowi trwałe miejsce w historii nauki. Jego osobowość podróżnika-odkrywcy kazała mu bowiem pożeglować w kierunku zupełnie innych zagadnień.

„Psychofizyka” czyli psychologia eksperymentalna

W XIX wieku psychologia (czyli nauka o duszy) nie istniała jako odrębna nauka – traktowano ją jako dyscyplinę filozoficzną i stosowano w jej obrębie metodologię metafizyczną, spekulatywną. Gustav Theodor, rasowy eksperymentator, nie akceptował takiego stanowiska. Zachęcony wynikami badań, jakie prowadził nad wrażliwością dotykową jego kolega – profesor katedry fizjologii uniwersytetu w Lipsku – Eduard Weber, Fechner doszedł do wniosku, że możliwe jest uczynienie z psychologii nauki w pełni empirycznej (J. Pieter, Historia psychologii, Warszawa 1972). Udoskonalił i rozszerzył wyniki badań Webera, a następnie przedstawił je w formie formuły matematycznej, która głosi, że doznanie jest proporcjonalne do logarytmu bodźca (G. S. Brett, Historia psychologii, Warszawa 1969). Formuła ta znana jest do dziś jako prawo Webera – Fechnera. Ponadto uważał, że zjawiska psychiczne biegną równolegle do fizycznych (koncepcja paralelizmu psychofizycznego), a więc zjawiska psychiczne, zasadniczo niewymierne i przez to niepoznawalne, można poznawać pośrednio, mierząc towarzyszące im zjawiska fizyczne. Uznał, że nie tylko zagadnienia wrażliwości zmysłów, ale i inne formy zewnętrznego manifestowania się życia psychicznego (jak np. uwaga, wyobrażenia i wyobraźnia, sny itp.) można zmierzyć i opisać liczbowo. Na potrzeby tych pomiarów stworzył Fechner trzy metody: metodę ledwo dostrzegalnych różnic (odkrywania najniższych progów wrażeń), metodę przypadków trafnych i mylnych oraz metodę średniego błędu. Położył w ten sposób podwaliny pod utworzenie nowej nauki.

Nazwał ją psychofizyką, zaś jej założenia sformułował w takich dziełach jak Elemente der Psychophisik (1860), In Sachen der Psychophisik (1877) oraz Über die psychischen Massprincipien und das Webersche Gesetz (1887).

Gustav Fechner był prekursorem i jego dzieło nosi typowe cechy dzieła prekursorskiego: w wielu szczegółach się mylił, część jego teorii późniejsi badacze zweryfikowali negatywnie, ale zasadniczy kierunek, który nadał dociekaniom psychologicznym, okazał się słuszny. Jednym z tych, którzy przyjęli założenia Fechnera, był Wilhelm Wundt – lekarz, fizjolog i filozof, od 1875 roku profesor katedry fizjologii uniwersytetu w Lipsku. Opierając się na dokonaniach Fechnera rozwinął twórczo jego myśl. Pozwoliło mu to stworzyć w 1879 roku na lipskiej wszechnicy pierwszą w świecie pracownię psychologii doświadczalnej. Była to początkowo pracownia w ramach zakładu fizjologii, ale w r. 1897 – po całkowitym uniezależnieniu i rozbudowie – podniesiona do rangi instytutu psychologicznego, również pierwszego w historii naszej nauki (J. Pieter, Historia…) Niestety, Gustav Theodor Fechner nie dożył tego dnia wielkiego tryumfu swej myśli.

Człowiek renesansu

Niespokojny charakter i niespożyte siły kazały Fechnerowi zajmować się coraz to nowymi dziedzinami. Oprócz wspomnianych już medycyny, filozofii, chemii, fizyki i psychologii, parał się też sztukami plastycznymi, teorią estetyki, krytyką literacką, poezją i satyrą. W utworach satyrycznych, podpisywanych Dr. Mises, ośmieszał zwłaszcza współczesną medycynę. Sarkastycznie opisuje tajemniczość i sztuczną powagę lekarzy starej szkoły, którym nie wolno było czegoś nie wiedzieć. Nawet wtedy, kiedy przez pomyłkę odjęto pacjentowi zdrową nogę zamiast chorej, lekarz z łatwością dowiódł, że wyzdrowienie nie byłoby nastąpiło, gdyby nie amputowano zdrowej nogi. Wobec tego wartoby w ogóle zalecać usuwanie zdrowych członków w przypadkach zasłabnięcia (K. Lasswitz, Gustaw Teodor…). Poza intensywną pracą naukową i literacką wiele podróżował (Bawaria, Szwajcaria, Francja, Austria, Włochy) i uczestniczył w pracach licznych towarzystw oraz stowarzyszeń, nie tylko naukowych. W roku 1831, gdy przez Lipsk maszerowały kolumny uchodźców – uczestników Powstania Listopadowego – Fechner, jak zresztą większość środowiska intelektualistów saksońskich, wsparł czynnie działalność Verein zur Unterstützung Hielfsbedürftiger Polen (Związku dla Wsparcia Potrzebujących Pomocy Polaków).

Tak aktywny i wyczerpujący tryb życia nie mógł pozostać bez wpływu na zdrowie. W latach 1841-1844 przeszedł ciężką chorobę oczu, połączoną z niedyspozycją układu pokarmowego. Ten smutny stan miał być dopiero zapowiedzią o wiele cięższej choroby. Wszystkie usiłowania lekarzy wyleczenia choroby ocznej okazały się płonnemi. W końcu zastosowano kurację, której Fechner omal nie przypłacił życiem; medycyna pomściła się na satyryku (tamże). Tym razem wszystko ostatecznie skończyło się dobrze, naukowiec odzyskał wzrok i powrócił do pracy. Jednak w latach 1873-1876 trzykrotnie przeszedł operację oczu.

Czas płynął nieubłagalnie. Fechner stopniowo tracił siły, ale działalności naukowej nie zaprzestał, tym bardziej, że była ona powszechnie ceniona, a jego osobę otaczano uznaniem i szacunkiem. Wielką radość sprawił Fechnerowi powszechny i żywy udział w uczczeniu 80 –ej rocznicy jego urodzin w 1881, złotego wesela w 1883 i 50 letniego jubileuszu pracy profesorskiej 3 października 1884 r. Ucieszyło go szczególnie udzielenie mu honorowego obywatelstwa miasta Lipska i powinszowanie od parafji Groß-Särchen, w której się urodził, gdzie nie znający go osobiście pastor
kazał na cześć jego bić we dzwony
(tamże).

6 listopada 1887 roku, około godziny dziewiątej, Fechner doznał ataku apopleksji (udaru mózgu). Przytomność odzyskał, ale po dwóch tygodniach, 18 listopada 1887 roku, w godzinach popołudniowych zmarł.

Lipsk bardzo szybko uczcił pamięć profesora Gustava Theodora Fechnera. W pierwszą rocznicę śmierci jego popiersie znalazło się w galerii dwunastu zasłużonych uniwersytetu lipskiego (zniszczonej podczas nalotu dywanowego w 1943 roku). Natomiast z okazji dziesięciolecia śmierci w lipskim Rosenthalu umieszczono pomnik-popiersie naukowca, ufundowane przez jego ucznia doktora P. J. Möbiusa, a wykonane przez G. Kietza. W 1940 roku pomnik ten, z powodu braków surowcowych w przemyśle wojennym, zarekwirowało wojsko. Zrekonstruowana statua wróciła na dawne miejsce w 1983 roku. Od 1900 roku jedna z lipskich ulic nosi nazwę Fechnerstraße.

Również Żarki Wielkie nie zapomniały o synu pastora Fechnera. W 1929 roku odsłonięto tablicę pamiątkową ku czci Gustava Theodora, umieszczoną na ścianie żarkowskiej plebanii – w miejscu jego urodzin. Po II Wojnie Światowej tablica ta zaginęła. W Żarkach Wielkich mieszkali wtedy już inni ludzie – przesiedleńcy z Kresów – którzy nic o Fechnerze nie wiedzieli. Zresztą nikt nie miał wtedy głowy do pielęgnowania jego spuścizny, ludzie żyli innymi problemami – kto mógł zagwarantować, że za kilka lat znów ktoś ich nie wygna z nowych siedzib?

Wiele lat musiało upłynąć, zanim przesiedleńcy ze Wschodu poczuli się w Żarkach naprawdę u siebie. W końcu jednak to nastąpiło. A w ślad za tym zrodziło się pragnienie poznania historii i dziedzictwa nowej Małej Ojczyzny. Ci, którzy tu mieszkają, pragną być dumni z tej spuścizny.

18 listopada 2002 roku odbyła się uroczystość, która wiele mówi o przemianach, jakie się dokonały w ostatnich latach. Oto bowiem spotkali się dawni i obecni mieszkańcy Żarek Wielkich oraz członkowie niemieckich organizacji: „Stowarzyszenia im. Fechnera” i „Stowarzyszenia Wierni Żarom”, jak też żarskiego oddziału PTTK, aby wspólnie uczcić pamięć wielkiego żarkowianina, twórcy psychologii eksperymentalnej, profesora uniwersytetu w Lipsku – Gustava Theodora Fechnera.

Historia zatoczyła koło. Na ścianie plebanii w Żarkach Wielkich, naprzeciw świątyni, w której pastor Fechner bez peruki Słowo Boże głosił, znów pojawiła się tablica ku czci jego syna, a na niej napis w trzech językach (polskim, niemieckim i dolnołużyckim): Tu urodził się i mieszkał Gustaw Teodor Fechner (19.04.1801 – 18.11.1887). Twórca psychologii doświadczalnej, filozof, literat.

Navigare est necesse

W roku 1806 Gustav Fechner opuścił Żarki Wielkie, by wypłynąć na szerokie wody. Kolumb udał się w podróż do Indji Wschodnich; tam nie dotarł, ale odkrył więcej niż szukał, mianowicie nową część świata; dopiero potomność oceniła należycie całą doniosłość jego czynu. Że Ameryka była po drodze, to nie zmniejsza jego zasługi, odkrył ją bowiem dzięki temu, że posiadał spryt, odwagę i energję. Podobny los spotkał Fechnera, który szukał miernika dla czuć. To, co znalazł, jest może czymś innym, niż mu się zdawało, jest może czymś więcej, odkrył bowiem nową naukę – psychologię doświadczalną.

Nieważne, skąd się wypływa. Ważne, jak mocno pragnie się dopłynąć. Ważne, na ile jest się świadomym, że necesse est navigare.