Moje spotkania z Niemcami

Andrzej Rejman

We wrześniu 1938 roku moja mama, studentka ogrodnictwa warszawskiej SGGW, pojechała na wycieczkę do Niemiec.

Przysłała kartkę z Frankfurtu, w której pisze: “Kochani! Oglądamy cuda po prostu, tylko co zwiedzaliśmy oranżerię z gigantycznymi palmami i dwustuletnimi kaktusami itd. Coś nadzwyczajnego! … wożą nas autokarami i gościnnie przyjmują…”

Niemcy2 Niemcy11

Kartka od mamy do rodziców z 1938 roku

Po powrocie mama opowiadała ze szczegółami o uroczystych spotkaniach zorganizowanych przez Niemców dla polskich studentów – oczywiście w bogatej oprawie flag ze swastyką….

Było to w okresie, gdy polskie władze odbywały spotkania z Goeringiem w Białowieży…

Stosunki nasze z Niemcami były wtedy lepsze niż z Litwą, z którą aż do wiosny 1938 roku nie mieliśmy w ogóle normalnych stosunków dyplomatycznych.

Rok później – babcia moja pisze już w pamiętnikach “niemcy” z małej litery …

A moja mama – przez całe swoje dość krótkie i intensywne życie, wielokroć ranna w Powstaniu Warszawskim, bez stopy, którą amputowano jej w szpitalu w Milanówku po Powstaniu, nosząca w płucach odłamki granatu – odróżniała dobrych Niemców od złych.

To samo dotyczyło zresztą innych narodów… a ściślej mówiąc, rozróżnianie to dotyczyło bardziej czynów ludzi, a nie ich samych.

Niemcy miałem okazję zobaczyć pierwszy raz, gdy miałem lat niespełna jedenaście, a ojciec zabrał mnie do Anglii. Ojciec był stypendystą Instytutu Naukowego w East Malling w hrabstwie Kent i miał w Anglii wielu znajomych. Jeden z nich, były żołnierz Andersa, przysłał nam zaproszenie, co było koniecznym warunkiem do otrzymania paszportu i wizy. Na paszport czekało się co najmniej kilka tygodni lub więcej, trzeba było załatwić wizy tranzytowe, całość wyprawy była nie lada wyzwaniem, stało się w długo w kolejkach, aby wszystko pozałatwiać.

Jechaliśmy autobusem z Poznania, do granicy z Niemiecką Republiką Demokratyczną już autostradą, ze starą przedwojenną betonową nawierzchnią.

Po dwugodzinnym postoju autobusu na granicy wjechaliśmy wreszcie do NRD.

Pamiętam mijające nas trabanty i wartburgi, restauracje przydrożne MITROPA i ten inny, nieznany mi zapach…

Gdy mijaliśmy Berlin, ruch wzmógł się wyraźnie, pojawiły się rzeki samochodów na zachodnich rejestracjach, jadące do Berlina Zachodniego.

Na granicy NRD-NRF w Helmstedt staliśmy krótko. Widać było amerykańskie pojazdy wojskowe z białymi gwiazdami, czekające na tranzyt.

Po przekroczeniu granicy pojawiły się szokująco czyste, zadbane osiedla i miasteczka, potem coraz większe strumienie samochodów i olbrzymie zapełnione kolorowymi garbusami parkingi przy zakładach przemysłowych Zagłębia Ruhry.

Trasę tę pokonywałem potem jeszcze kilkakrotnie, także pociągiem.

Nie zapomnę żołnierzy wchodnioniemieckich z psami na peronie stacji Friedrichstrasse.

Nadszedł rok 1980. Sierpień. Byłem już studentem warszawskiej SGGW. Pojawiła się szansa wyjazdu na praktyki rolnicze do Niemiec Zachodnich.

W wielkim 500 hektarowym gospodarstwie Gut Siggen należącym do Fundacji Alfreda Toepfera F.V.S. przebywałem dwa miesiące. Było to dokładnie w okresie najgorętszych wydarzeń w Polsce, które miały zasadniczy i niepodważalny wpływ na losy tej części Europy na następne dziesięciolecia.

Codziennie oglądaliśmy z zarządcą gospodarstwa wieczorne wiadomości telewizyjne, w których wciąż pojawiało się nazwisko LECH WALESA.

Pamiętam z jakim niedowierzaniem, zainteresowaniem i podziwem gospodarz mój słuchał tych niezwykłych wieści z komunistycznej Polski.

Teraz, gdy niektórzy kwestionują, jakoby Lech Wałęsa miał też swoją ważną rolę w pojednaniu polsko-niemieckim, przypominają mi się te dni…

W tym samym mniej więcej okresie do gospodarstwa przyjechał dużym czarnym mercedesem Alfred Toepfer*, przedsiębiorca i filantrop, założyciel Fundacji F.V.S.

Wyraził chęć spotkania z praktykantem z Polski – po krótkiej rozmowie podał mi rękę, mówiąc: ALLES GUTE FÜR POLEN.

Dziś Gut Siggen wygląda jak wówczas. Oprócz działającego gospodarstwa jest tam piękne Centrum Seminaryjne Fundacji F.V.S.

http://www.toepfer-stiftung.de/seminarzentrum-gut-siggen/

fot_3_Centrum_seminaryjne_w_Gut_Siggen_fot_F.V.S._StiftuCentrum Seminaryjne w Gut Siggen, Szlezwig-Holsztyn, Niemcy

_________________________________________________________

*Alfred Toepfer (1894 – 1993), niemiecki przedsiębiorca, założyciel i właściciel firmy Toepfer International, jednego z wiodących po wojnie przedsiębiorstw handlu zbożem na świecie. Założyciel Fundacji Alfreda Toepfera F.V.S. Stiftung, która zajmuje się wspieraniem integracji europejskiej, nauki, kultury i ochrony przyrody. Honorowy obywatel miasta Hamburga. Działalność Toepfera jako przedsiębiorcy wpłynęła na ukształtowanie się rynków wewnętrznych tworzącej się Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Był znanym filantropem i mecenasem sztuki, zwolennikiem integracji europejskiej, położył wielkie zasługi w dziedzinie wspierania nauki i kultury europejskiej oraz ochrony przyrody.

Dwie Siostry o książkach i nie tylko. Wpis na niedzielę.

Katarzyna Krenz (i Ewa Maria Slaska)

My books are my power

W ostatnich, dość przygnębiających, miesiącach głównym zajęciem naszego społeczeństwa jest śmiech. Nie jest to jednak wyraz radosnej beztroski („Wiosna, panie sierżancie”), lecz reakcja skomplikowana i nieoczywista: z jednej strony pobrzmiewa w nim nuta prześmiewcza i pogardliwa, z drugiej – bardzo poważny niepokój o naszą wspólną przyszłość. Tak więc wszyscy się śmieją, jedni, żeby okazać swoją butę i bezkarność, inni, by się przed tym obronić. Polski śmiech to znak czytelny i oczywisty, jak sienkiewiczowska kometa, symptom chorobowy: Ojczyzna w potrzebie, trudne termina na nas przyszły.

Nie biorę udziału w tym powszechnym zajęciu, nie umiem. Zamiast tego (który to już raz w życiu?) ratuję się bronią naszych dziadków i rodziców – lekturą. Uciekam w krainę ukochanych książek, które zawsze były, nie tylko w mojej rodzinie, źródłem naszej wspólnej wewnętrznej siły, naszymi barykadami, naszą twierdzą. My home is my castle. My books are my power. Stara zasada, ale działa. Pomaga. Pozwala uciec, nie uciekając, a przy okazji odświeżyć pamięć (i dzieła autorów) sprzed wielu lat.

Lista remediów literackich jest długa. Dzięki naszym Rodzicom w dzieciństwie miałyśmy z Siostrą otwarty dostęp do księgozbioru dorosłych, a zważmy, że była to jeszcze epoka, gdy każdy szanujący się oczytany człowiek miał obowiązek poznać tak zwany „kanon” czyli dzieła światowych klasyków. Homer i Wergiliusz, Dante i Petrarka, Montaigne i Rabelais, Proust, Zola i Balzac, Goethe, Heine i bracia Mannowie, Sienkiewicz, Prus i trzej wieszczowie, Skamandryci i poezja hiszpańska, Dickens i Galsworthy, Tołstoj i… I tak dalej. Potężna dawka wiedzy o świecie, doświadczenie egzystencjalne, ale też odpowiedź na pytanie o to, kim jestem. Ludzie oczytani to była kasta wybrańców, którzy porozumiewali się jasnym dla siebie kodem, rozpoznawali się w tłumie, samoistnie dobierali w grupy ponad podziałami klasowymi, niezależnie od profilu wykształcenia i wykonywanego zawodu, nieważne: inżynier czy humanista, lekarz czy prawnik. Vide: nasz Ojciec – inżynier budowy okrętów, który czytał zawsze i wszędzie, w najdziwniejszych warunkach i sytuacjach, na środku oceanu i w lodach Arktyki i Antarktydy – godzinami mógł rozmawiać o wojnach punickich, a z dorobku dwóch ukochanych autorów, Conrada i Lema, przeczytał wszystko, co napisali.

G.K. Chesterton pojawił się w naszej rozmowie niespodziewanie. À propos, oczywiście, i jako dowód. Rozmowa dotyczyła naszych czasów i literatury. Że dziś oferta na rynku wydawniczym jest tak ogromna, że właściwie nie wiadomo, co czytać. Wszystkie książki są naj-, a większość autorów – nieznana, dlatego trudno ocenić, czy to sezonowa efemeryda czy też prawdziwe odkrycie i nowe spojrzenie, świeży powiew. Recenzjom trudno wierzyć, dziś książka to taki sam towar jak świeże kaszubskie truskawki, musi się sprzedać. Rynek jest tak „szybki”, że książki „żyją” przeciętnie trzy tygodnie, potem znikają, umierają. O żadnym kanonie współczesności nie ma co marzyć, tout casse, tout passe, tout lasse. I wtedy ktoś otwarcie przyznał, że on się nie ściga. Nie dlatego, że nie potrafi, tylko dlatego, że nie chce. Zamiast tego wybiera i czyta „swoje”, i często nie są to wcale autorzy żyjący, tylko właśnie klasycy świętej pamięci. I że niezawisłość w doborze lektury jest przyjemnością nie do przecenienia. Tak powiedział. Zwłaszcza teraz.

Gilbert Keith Chesterton (1874-1936), pisarz angielski. Reprezentował poglądy konserwatywne, przeciwstawiał się ideom socjalizmu i agnostycyzmu. Był mistrzem groteski, paradoksu i humoru absurdalnego. W młodości sam agnostyk, z czasem zmienił poglądy i włączył się w nurt odnowy duchowej Kościoła anglikańskiego. W 1922 przeszedł z anglikanizmu na katolicyzm. Swoją drogę do poznania wiary opisał w monumentalnym dziele Ortodoksja. Pod wpływem katolickiej nauki społecznej stworzył (współtwórcą był Hilary Belloc) teorię tzw. dystrybucjonizmu, odrzucającą zarówno kapitalizm, jak i socjalizm, głoszącą potrzebę budowy społeczeństwa opartego na upowszechnieniu drobnej własności. Był sympatykiem Polski, którą odwiedził w 1927 roku, co przyczyniło się do jego popularności w naszym kraju już w dwudziestoleciu międzywojennym. Listę jego dzieł można znaleźć w wikipedii (skąd pochodzą powyższe informacje); dla niewtajemniczonych: jego znakiem firmowym jest cykl nowel detektywistycznych z postacią ojca Browna.

Latająca gospoda to była jedna z ulubionych książek w naszym domu. Nie z powodu katolicyzmu angielskiego autora. Po prostu. Mądra jak Colas Breugnon, zabawna jak Klub Pickwicka, inteligentna jak Trzech panów w łódce, jak… Jednym słowem: kanon, może nie ten wysoki, klasyczny niczym XIX-wieczna idea Grand Tour, co to każdy kulturalny człowiek… Ale kanon. I moja Siostra właśnie czyta. Znak jakże znaczący, przynajmniej dla mnie. Przypomnienie.

Kanon literatury światowej? Chesterton? Świat pędzi jak oszalały ku wielorakim zagładom, a my tutaj rozmawiamy o jakimś starociu sprzed 102 lat! A jednak… Nostalgia ma swoje prawa, a ponieważ egzemplarz „Latającej gospody” z jakiegoś powodu nie stał na półce angielskiej, tam, gdzie powinien, odruchowo zajrzałam do internetu. Znalazłam, weszłam na odnośną stronę i – oniemiałam. Z początku czytałam spokojnie:

Gilbert Keith Chesterton, Latająca gospoda. Średnia ocena 6,87 (30 ocen i 7 opinii). Zobacz oceny. Gdzie kupić książkę. Szczegółowe informacje: Obowiązkowa Msza Święta w kościele w Beaconsfield oraz kufel dobrego angielskiego piwa w miejscowej gospodzie – oto jak dla G. K. Chestertona wyglądać musiała niedziela. Jedno zresztą związane było z drugim, gdyż według brytyjskiego pisarza właśnie chrześcijaństwo uzbraja człowieka w umiejętność prawdziwego korzystania z życia. To połączenie było dla niego wyznacznikiem old merry England – starej, wesołej Anglii: tradycyjnej, chrześcijańskiej, plebejskiej krainy, w której ludzie potrafili się prawdziwie cieszyć… – Czytaj więcej.

Nacisnęłam strzałkę „rozwiń”:

Taki też właśnie obraz kreśli w swej LATAJĄCEJ GOSPODZIE, sowizdrzalskiej powieści, opartej na motywie buntu trzech kompanów wobec administracyjnego nakazu prohibicji. Na znak protestu wesołkowie przemierzają kraj z wielką beczką rumu i ogromnym kawałem sera, urządzając obok zamkniętych gospód szalone biesiady. Książka Chestertona to sprzeciw wobec postoświeceniowych „racjonalistycznych” trendów, które całe bogactwo ludzkiego doświadczenia chciałyby pozamykać w sztywnych ramach procedur i kodeksów.

Moja książka! Jest! Już zamierzałam przejść do procedury kupowania, gdy nagle mój wzrok przykuły dwie małe linijki: Seria: Powieści z krzyżykiem. Wydawnictwo: Fronda.

No i teraz już nie kupię. Pożyczę z biblioteki, poszukam na pchlim targu, przepiszę na maszynie, ale tego wydania nie kupię. Wiem, literatura to dobro wspólne, ale Chesterton wpisany w formułę, cytuję:

Od debiutu w 1994 roku aż po dzień dzisiejszy wydawnictwo Fronda wydaje awangardowy kwartalnik oraz nietuzinkowe książki w trzech głównych kategoriach: publicystyka konserwatywno-prawicowa, książki historyczne odkłamujące historię Polski i świata, literatura katolicka podawana w nowatorskiej formie. Czytelnicy doceniają publikacje wydawnictwa Fronda za niezaprzeczalną wartość merytoryczną oraz wyrazistość. Nie byłoby to możliwe bez znakomitych autorów, takich jak: Gilbert Keith Chesterton, Szymon Nowak, Sławomir Cenckiewicz, Tadeusz Płużański, Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz, Piotr Gontarczyk.

– to uzurpacja. Bezpodstawne zawłaszczenie. Jakbym usłyszała czyjś szyderczy śmiech. Bo to była „nasza” książka.

PS KK: Nie wspomniałam o okładce, ale to dlatego, że brak mi słów.

Islam ante portas

PS EMS: Czytam Latającą gospodę (w naszym wydaniu! w naszym, a nie tej wstrętnej Frondy), bo to książka o tym, jak dwóch mężczyzn i kobieta przeciwstawili się całemu państwu (inna wersja Kohlhaasa, który w Niemczech był tak tragiczną postacią, a w Anglii jest dowcipny i surrealistyczny), a ja lubię opowieści o tym, że warto się przeciwstawiać.

Ale czytam też dlatego, a może przede wszystkim, bo wszyscy teraz czytają Uległość Michela Houellebecqa. A ja nie, nie czytałam, nie chce mi się, wystarczy mi, że wiem, iż jest to, jak pisze Wikipedia, fikcyjna opowieść z 2022 roku, gdy prezydentem Francji zostaje muzułmanin, który zamienia Francję w kraj wyznaniowy. Bo to jest właśnie taka sama historia, w Latającej gospodzie cichcem, za plecami społeczeństwa zislamizowano Anglię, o czym cytowany przez moją Siostrę tekścik wydawnictwa Fronda w ogóle nie wspomina. Kawał sera i kufel piwa w pubie okazują się siłą sprawczą i falą nośną buntu społecznego. Wspaniała książka, poczytajcie sobie. Najlepiej poszukajcie tego wydania, które myśmy obie czytały jako młode panny i nie kupujcie wydania Frondy, bo – moja siostra ma racje! – to nasza książka, a Fronda to bezwstydna uzurpacja. 

Nota bene, przypominam, że kilka tygodni temu mahometanin został burmistrzem Londynu i że nie zanosi się przez to na islamizację Anglii. A Chesterton w Latającej gospodzie nie jest prorokiem i nie walczy z islamem, lecz występuje w obronie prawa człowieka do radości życia, a sprzeciwia się oszustwom politycznym i obłudnym fanatykom. Jakiejkolwiek religii.

Zanim nadejdzie jutrzenka

Z zapowiedzi: VOR DER MORGENRÖTE opowiada w krótkich epizodach o życiu austriackiego pisarza Stefana Zweiga  na emigracji. Film jest historią uciekiniera, historą o tym jak traci się ojczyznę i nie można jej nigdzie znaleźć.

Dorota Cygan

Film Marii Schrader “Vor der Morgenröte”: Josef Hader jako Stefan Zweig i  Aenne Schwarz jako Lotte Zweig 

Po ostatniej scenie, gdy wybudzamy się z filmu, który nas przez cały czas uwodził obrazami i spowalniał zgonione myśli do spokojniejszej refleksji, człowiek dwóch kontekstów, czyli taki jak my, polscy berlińczycy, czuje, że film ma – niezamierzenie – dwa różne przesłania, inne do widza polskiego, inne do niemieckiego. To nic dziwnego, ma przecież inne przesłanie do każdego odbiorcy, ale jednak aktualność migawek biograficznych pisarza, któremu nic nie było bardziej wstrętne od aktualności, nasuwa sie natrętnie jeszcze przy czytaniu napisów końcowych. Dla niemieckiej publiczności kluczowe może być zdanie: Połowa kontynentu chciałaby uciec na inny kontynent, gdyby tylko mogła. Zdanie to zastępuje cały wielopoziomowy kontekst niemieckiej dyskusji o uciekinierach i odsyła bezpośrednio do obrazów, które widz niemiecki (inaczej niż polski) w dużej ilości codziennie ogląda, a zarazem do niemieckiej historii. Polakowi serce zaś drży, gdy projektuje los pisarza na rzeczywistość polską, bo skojarzenie, że ludzie niewłaściwej opcji politycznej, bywa, że muszą kraj opuścić, ma tutaj swoje uzasadnienie i akurat dziś powraca natrętnie każdorazowo przy zetknięciu się z epitetem “gorszy sort”. Co zaś łączy w odczuciach widza niemieckiego i polskiego? Jest to film o bezradności. Nie pragnie pokazać życiowego dramatu wyostrzając wymowę poszczególnych jego etapów, lecz poprzestaje na pokazaniu sytuacji pisarza i intelektualisty, który nie potrafi życzyć nazistom klęski a swojemu krajowi zniszczenia, bo jest pacyfista i boli go, że nie dostrzega nigdzie wokół siebie generalnej opozycji przeciw wojnie. Pokazuje jego przemożną niechęć do zaostrzającej sie polaryzacji i kibicowania “swoim” w czasie wojny, czyli organiczną niezdolność do radości z porażek i zwycięstw jednej strony. To także film o nieumiejętności włączenia sie w główny nurt dyskursu, w którym chodzi o przerzucanie się osądami i retoryczna mobilizacje, nawet jeśli chodzi o poparcie słusznych racji, ale wyrażanie go w atmosferze dysputy, wiecu i dziennikarskiej gorączki. Film nie ma ambicji pokazania całości, syntetycznego spojrzenia na historie i człowieka w niej uwięzionego. Wybiera jedynie niespecjalnie spektakularne migawki z jednego życia, z którego uciec nie sposób, bo dosięga bohatera również na emigracji (w postaci listów proszących o ratunek i wsparcie). Ta niemożność “życia na zewnątrz” natury introwertycznej, nieumiejętność włączenia się w główny nurt prowadzi jednak w konsekwencji do śmierci samobójczej. Bowiem opór wewnętrzny, przyzwoitość i powściągliwość jednostki to nie cechy, na których historia może sie oprzeć, a zatem i nie cechy, które pozwalają w takich czasach odnaleźć swoje miejsce w historii. Pozostanie przesłanie dla widza, ze bezradność może być cechą wybitnych ludzi, którzy jednak do końca nie będą potrafili wejść w polityczną rolę – jako pisarze, przywódcy, postacie życia publicznego, bo ona wymaga także podniesionego tonu i efekciarstwa, a tego natury wycofane i skupione nie tylko nie maja w swoim repertuarze gestów i chwytów retorycznych, ale zwyczajnie w swojej naturze, nastawionej na sąd wyważony i różnicowanie racji. W konsekwencji jest to przesałanie, że milczenie i wahanie nie muszą oznaczać przyzwolenia dla brutalnych posunięć, ale mogą wynikać z podszytego melancholią poczucia, że to wszystko nie tak, że to ma by inaczej. Ale jak? No właśnie, na to każdy z nas musi sobie odpowiedzieć sam.

Stuart 2

Joanna Trümner

Brian

Zanim Brian przyszedł na świat w dwa lata przed wybuchem wojny jego rodzinny dom, stojący w jednej z najdroższych dzielnic Londynu – Highate wychował już kilka pokoleń lekarzy, prawników, bankierów, kupców i dyplomatów. Gdyby spoczywający na pobliskim cmentarzu w towarzystwie Faradaya, Dickensa i Galswothy‘ego Karl Marx mógł wstać z grobu i przejść się po Highgate, zdruzgotany byłby dobrobytem i „fetyszyzmem towarowym” jej mieszkańców. Ojciec Briana był kolejnym ogniwem tej nie przerwanej nawet przez II wojnę światową i naloty na Londyn rodzinnej historii sukcesów, prowadząc dobrze prosperującą kancelarię prawniczą, w której doradzał zamożnym klientom, jak nie stracić przekazywanych z pokolenia na pokolenie majątków w obliczu takich kataklizmów życiowych jak rozwód, długi lub niewdzięczne, marnotrawne dzieci. Decyzja Briana o podjęciu studiów na historii sztuki i wyprowadzenia się do wynajmowanego w centrum Londynu pokoju, postawiła co prawda pewien znak zapytania nad kontynuowaniem rodzinnej tradycji powiększania majątku i zdobywania coraz to wyższej pozycji społecznej, niemniej jednak ojciec zdecydował się na sfinansowanie tej fanaberii po poznaniu wśród swoich klientów ludzi, którym udało się zarobić duże pieniądze na handlu sztuką. Ojciec od dawna niepokoił się o przyszłość tego delikatnego, cichego chłopca, spędzającego najchętniej samotnie czas na malowaniu obrazów w pastelowych kolorach i czytaniu, tak bardzo różniącego się od swoich rówieśników. Zapewne pomógłby też Brianowi stawiać pierwsze kroki na rynku handlu sztuką, uruchomiając kontakty i pieniądze, gdyby nie doszło do tej fatalnej rozmowy podczas niedzielnego, rodzinnego obiadu w Highate, w trakcie której rodzice dowiedzieli się, że nie mogą oczekiwać od syna założenia tradycyjnej rodziny, bo nie potrafi żyć z kobietą. Rozmowa, którą dzisiaj określa się mianem „coming out” oznaczała w tamtych latach początek końca rodziny.

Następne tygodnie ojciec spędził w bibliotece Królewskiego Towarzystwa Medycznego na czytaniu artykułów medycznych o metodach leczenia „choroby” syna. Jako prawnik nie chciał, by syn dopuszczał się wykroczeń przeciwko obyczajowości, prowadzących nieuchronnie do procesu i ukarania, być może nawet do więzienia, a jako ojciec i człowiek czynu wierzył głęboko w uleczalność każdej choroby, nawet tej, która do roku 1973 figurowała na liście chorób psychicznych Swiatowej Organizacji Zdrowia. Wśród licznych terapii, przedstawianych w fachowej prasie medycznej, najbardziej przekonywało go długoterminowe lecznie, polegające na próbie usunięcia podniecenia seksualnego poprzez wprowadzenie skojarzeń między bodźcami stymulującymi seksualnie z bólem w postaci szoków elektrycznych lub środków wymiotnych. Tę „terapię behawioralną” przeprowadzić można było w kilku specjalizujących się na niej klinikach w Stanach.

W deszczowy, październikowy dzień wezwany przez ojca Brian zasiadł na ławie oskarżonych w swoim rodzinnym domu, a pełniący rolę prokuratora ojciec postawił go przed ultimatum: „Albo zgadzasz się na terapię, albo przestajesz być członkiem naszej rodziny”. Odrzucił terapię, a to oznaczało zerwanie więzi z rodziną. Na pożegnanie ojciec nie podał mu ręki, lecz kopertę, w której znajdowało się 5.000 funtów – ostatnia inwestycja w przyszłość byłego członka rodziny.

Opuszczając na zawsze dom w Highgate natknął się na schodach na zapłakaną matkę i zdążył zadać jej pytanie: „Dlaczego nie pozwolicie mi być sobą?”

Następnego dnia Brian został skreślony z testamentu ojca, a kolejne dni w Highgate minęły na zacieraniu wszelkich śladów jego bytności w tym domu, co przeprowadzono w sposób dobrze zorganizowany i skrupulatny, nawet zdjęcia roześmianego chłopca z kręconymi włosami blond i smutnymi, jasnoniebieskimi oczami spalone zostały w kominku wraz z malowanymi w samotności dziecięcego pokoju pastelowymi obrazami.

Brian dość szybko znalazł pracę w Narodowej Galerii Portretu na St. Martin’s Place. Opracowywał katalogi i tablice informacyjne o wystawianych w galerii portretach słynnych Brytyjczyków, prowadził korespondencję w sprawie nabywania nowych obrazów lub zdjęć i organizował wystawy. Im dłużej przebywał wśród obrazów opowiadających o osobach i historiach z przeszłości tym bardziej pragnął znaleźć miejsce, które mówiłoby o toczącym się dookoła, kolorowym i dziejącym się dzisiaj i teraz życiu. Marzenie o założeniu własnej galerii – miejsca, w którym odkryci zostaną młodzi, nieznani przez nikogo malarze i które w przeciwieństwie do ciszy Narodowej Galerii Portretu tętnić będzie życiem i śmiechem młodych ludzi podczas spotkań i wernisaży, dojrzewało w głowie Briana przez kilka lat.

Galeria

W Narodowej Galerii Portretu znalazł też pracę w roli dozorcy mieszkający od kilku miesięcy w Londynie Stuart. Ich znajomość zaczęła się od długiej rozmowy przed najważniejszym eksponatem muzeum – portretem Wiliama Szekspira. Po tamtym spotkaniu zaczęli się spotykać co wtorek, w kilka minut po zamknięciu muzeum dla publiczności stawali przed coraz to innym eksponatem i prowadzili coraz dłuższe rozmowy o sztuce, Londynie i otaczającej ich dookoła samotności. Po kilku miesiącach znajomość ta przerodziła się w miłość, a ponad rok od spotkania pod portretem Szekspira zdecydowali się razem zamieszkać i podjąć próbę realizacji wspólnego marzenia o własnej galerii obrazów.

Pieniądze, które Brian otrzymał na pożegnanie od ojca, pozwoliły wynająć pomieszczenie na galerię przy Green Park. Na początku wisiało w niej tylko dziesięć obrazów, kupionych od ulicznych malarzy. Ale dzięki smakowi i wiedzy Briana z biegiem czasu, po kilkunastu miesiącach przeczekanych dzięki rodzinnemu „odszkodowaniu” drogę do galerii zaczęli znajdować kolekcjonerzy sztuki i turyści. Brian i Stuart uzupełniali się perfekcyjnie – Brian zajmował się doborem wystawianych dzieł, instynktownie odgadując zmieniające się oczekiwania klientów i obserwując zmiany zachodzące w sztuce, Stuart zajmował się organizacją – to dzięki jego pomysłowości odbywały się tam często wernisaże i happeningi, wieczory z poezją i muzyką. Z biegiem czasu galeria stała się jednym z ulubionych miejsc spotkań miłośników sztuki i zaczęła przynosić dochody. Stała się tym tętniącym życiem i śmiechem młodych ludzi miejscem, o którym marzył Brian.

Londyn

Anonimowość tego miasta-molochu pozwalała im być sobą, zaczęli poznawać podobnie żyjące pary i mimo, że od marszy London Pride, pokazujących całemu społeczeństwu kulturę homoseksualistów, dzieliło ich jeszcze ponad dwadzieścia lat, wiedzieli, że znaleźli swoje miejsce na ziemi.

Pojawienie się w ich życiu Stuarta-juniora zbliżyło ich jeszcze bardziej do siebie. Dla tej pary, która nigdy nie będzie miała własnych dzieci, siostrzeniec, Stuart-junior, przejął rolę syna. Prześcigali się w dogadzaniu temu dziewiętnastoletniemu dziecku, spędzając wiele czasu na rozmowach o jego planach, podsuwając mu do czytania arcydzieła literatury światowej, zabierając go na ciekawe wystawy i koncerty i kupując płyty z muzyką, której słuchała wtedy młodzież na całym świecie. To właśnie dzięki nim poznał muzykę swoich idoli – The Beatles. Ich „syn” powoli pozbywał się strachu przed hałasem wielkiego miasta i resztek nawyków z prowincji, a z pierwszej wizyty u fryzjera w Londynie wyszedł ostrzyżony „na beatlesa”. Z każdym tygodniem coraz bardziej upodabniał się do młodych mieszkańców Londynu.

Nie zapominał też o swoich obowiązkach i dobroczynnym stypendium, dzięki któremu mógł opuścić Walton. Chętnie chodził na uczelnię i słuchał wykładów z matematyki – wydawała mu się jedyną dziedziną życia, w której wszystko da się tak dokładnie i systematycznie poukładać, wyliczyć i przewidzieć. Potrafił spędzać godziny na rozwiązywaniu równań, szukaniu algorytmów, rachunkach prawdopodobieństwa, zafascynowany tym, że matematyka mogła wszystko wyjaśnić i ułożyć w całość.

Jak każdy kochający rodzic, który wie, że dzieci muszą wyfrunąć z gniazda, żeby nauczyć się latać, Stuart-senior od samego początku pobytu siostrzeńca w Londynie był zdania, że powinien on zamieszkać ze swoimi rówieśnikami oraz poznać miasto i życie, widziane oczami młodych ludzi. Przez przypadek dowiedział się od klienta o rodzeństwie studentów, szukających współlokatora do taniego mieszkania w Greenwich.

Przeprowadzka Stuarta odbyła się 12 lutego 1964 roku, w dzień po pierwszym koncercie The Beatles w Waszyngtonie, który wywołał wśród tamtejszej młodzieży ekspolzję. Trzy tysiące oszalałych fanów czekało na członków zespołu: Johna Lennona, Paula McCartneya, Geroge’a Harrisona i Ringo Starra już pięć dni wcześniej, gdy ich samolot lądował na międzynarodowym lotnisku Johna F. Kennedy’ego. W dzień przeprowadzki Stuart oglądał krótkie wzmianki o tej wizycie w Stanach, myśląc z dumą o tym, że mieszka w tym samym mieście, co jego idole i musi znaleźć drogę do zobaczenia Abbey Road Studios w Westminster i swoich idoli.

Wchodząc z wielkim plecakiem i walizką do nowego mieszkania w Greenwich nie wiedział, że właśnie znalazł dwie najważniejsze osoby w życiu – przyjaciela, z którym zdecyduje się wyjechać do Australii i swoją wielką pierwszą miłość.

Cdn.

Gül im Auto

Anne Schmidt

“Und jetzt habe ich Aids,”  flüstert Gül, ” dieser Junge hat mich angesteckt.”

Frau Schulz ist irritiert.

Wie weit hat Gül sich mit diesem Erol eingelassen? Es ist, als hätte Gül diese Frage gehört, denn sie beginnt, sich trotz ihrer offensichtlichen Scham zu einer Erklärung durchzuringen.

“Nach dem Abend in der Disco rief er mich täglich an. Er wollte sich unbedingt wieder mit mir treffen. Ich habe immer Ausreden erfunden, denn ich hatte Angst vor ihm; ich fühlte mich nicht stark genug, ihm zu widerstehen, sowohl psychisch als auch physisch.

Eines Tages stand er vor unserem Haus, als ich gerade zu meiner Friseurin gehen wollte. Er tat überrascht, war freundlich und zurückhaltend. Er erzählte mir, dass er jeden Tag in die Moschee gehe und darum bete, mich wiederzufinden. Dann machte er Witze über seine Freunde und brachte mich gegen meinen Willen  zum Lachen.

Er begleitete mich bis zum Frisiersalon und wartete in einem Cafe nebenan bis ich fetrig war. Dann brachte er mich wieder nach Hause und schenkte mir zum Abschied eine CD von Tarkan. Ich hätte sie nicht annehmen sollen, denn ab jetzt fühlte ich mich verpflichtet, seinen Bitten nachzugeben und ihn wieder zu treffen.

Bald trafen wir uns jeden Tag, gingen spazieren oder ins Café am Urbanhafen. Er war immer lustig und erzählte Geschichten, die mich aufheiterten. Ich kam nie auf die Idee, dass er kiffte oder drückte. Ich fand nur die Gestalten, denen wir manchmal begegneten und die er immer mit Handschlag oder sogar Umarmung begrüßte, etwas unappetitlich.

An einem kalten Regentag  kam er auf die Idee, dass es praktisch wäre, ein Auto zu haben, um damit ein bisschen herumzufahren oder auch warm und trocken einfach nur darinzusitzen. Ein Freund hätte ganz in der Nähe einen Autohandel, zu dem wir zu Fuß gehen könnten. Ich muss völlig verrückt gewesen sein, dass ich mit Erol zu diesem Freund gegangen bin. Die beiden schienen sich gut zu kennen und kicherten ständig, ohne dass ich den Grund erkennen konnte. Ich musste in mehreren Autos Platz nehmen, bekam die Vorteile jedes Typs erklärt und Preise zu hören, die völlig illusorisch waren.

Zum guten Schluss präsentierten sie mir einen knallroten Fiat mit Liegesitzen für nur 500,-Euro.  So ein Schnäppchen würde ich nie wieder angeboten bekommen, meinten sie und lachten verschwörerisch.

Ich hätte sofort gehen sollen, aber der Regen hatte sich zu einem Sturmregen entwickelt und ich hatte keinen Schirm dabei. Der Verkäufer meinte, ich bräuchte nicht alles sofort zu zahlen, ich könne den Preis in Monatsraten abstottern.

Erol hatte in der Hütte des Händlers Tee gemacht und brachte mir eine Tasse ins Auto. Der Tee war ekelhaft süß und heute weiss ich, dass der Zucker den Geschmack von einer Droge überdecken sollte.

Ich wurde schläfrig und kann mich nicht daran erinnern, dass ich einen Kaufvertrag unterschrieben habe.

Ich kann mich auch nicht erinnern, was Erol mit mir noch angestellt hat. Ich weiss nur, dass ich abends spät auf einem Liegesitz in einem roten Fiat halb ausgezogen aufwachte und mich an nichts erinnern konnte.”

Gül schlägt die Hände vor`s Gesicht.  “Ich habe Angst, dass ich jetzt Aids habe,” schluchzt sie.

Frau Schulz legt beruhigend ihre Hand auf ihren Arm.  “Hast Du gewusst, dass er HIV positiv ist?  Aber auch in dem Falle müsstest Du Dich nicht inbedingt angesteckt haben; Aids kann nur durch Blut übertragen werden. Hast Du an dem Abend geblutet?”

Gül schüttelt den Kopf. “Ich weiss nicht, was er alles mit mir gemacht hat. Ich weiss nur, dass er immer kaputt aussah und ich mich jetzt auch kaputt fühle. Was soll ich machen?”

Sie sieht Frau Schulz verzweifelt an. “Ich will nicht zu unserem Hausarzt gehen, weil ich mich schäme; ausserdem würde er vielleicht alles meiner Mutter erzählen und die würde wieder ein Riesentheater machen.”

Frau Schulz hält es für müßig, Gül an das Arztgeheimnis zu erinnern. Sie nimmt eine Serviette und schreibt Gül die Adresse von Pro Familia auf. Sie rät ihr, dort anzurufen und sich einen Termin geben zu lassen. Gül steckt die Serviette in ihre Tasche, wischt sich die Tränen ab und verabschiedet sich mit einem dankbaren Lächeln  von Frau Schulz.

Ein halbes Jahr später findet Frau Schulz einen Anruf auf ihrem Anrufbeantworter vor, den sie nicht sofort einordnen kann.

“Mir geht es gut. Was ich Ihnen wegen Aids erzählt habe, war alles Unsinn. Ich wohne jetzt bei Emine und arbeite in ihrem Laden. Ich melde mich später noch mal. Vielen Dank noch für Ihre Hilfe.”

Nach diesem Lebenszeichen hört Frau Schulz nie wieder etwas von Gül.

Za tydzień w Warszawie o feniksach

Pasjonujące!
Galeria Supermarket Sztuki zaprasza na spotkanie
 XXXX
SYNDROM FENIKSA

TEORIA SINUSOIDY TWÓRCZEJ
XX 
z artystką i kuratorką Galerii Szarej Joanną Rzepką-Dziedzic.
Spotkanie poprowadzi kuratorka, krytyczka i kulturoznawczyni Monika Weychert-Waluszko
 
21 czerwca 2016 / wtorek / godz. 19.00 
Galeria Supermarket Sztuki
ul. Grzybowska 88, Warszawa
 
!cid_FDFAD293-AB8E-4B5B-ABEC-3FCDD5CDD3A9@chello
 
Podczas spotkania zapoznamy się z autorską koncepcją Syndromu Feniksa, opisującą sinusoidalny sposób funkcjonowania osobowości twórczych. Joanna Rzepka-Dziedzic od kilku lat obserwuje i bada to zjawisko zarówno na podstawie własnych przeżyć, jak również doświadczeń osób ze środowisk twórczych, którymi się otacza, poprzez prowadzenie od kilkunastu lat galerii sztuki współczesnej. 
 
W ciągu ostatniego roku, w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zrealizowała serię spotkań i rozmów zarówno z reprezentantami grup twórczych, jak i z przedstawicielami środowisk naukowych, lekarskich, czy religijnych. Dzięki temu skonfrontowała ze sobą doświadczenia i poglądy m.in. artystów i krytyków sztuki z często odmiennym podejściem psychiatrów, psychologów, coachów, dietetyków, chrześcijańskich i wschodnich przewodników duchowych, astrologów, etc. Joanna Rzepka-Dziedzic “Syndrom Feniksa” nazywa wieloetapowym projektem życia. W planach jest książka, seria wystaw, współpraca z artystami przy realizacji dość zagadkowych na ten moment prac. 
 
W rozmowach przeprowadzonych w ramach projektu udział wzięli m.in.: Zenon W. Dudek – psychiatra, Maciej Ścibór – psychoterapeuta, Karina Michałowska – psychiatra, Małgorzata Marczewska – coach, Aleksandra Żochowska – instruktorka jogi, Taras Statsiv – lekarz medycyny naturalnej, anonimowy przewodnik duchowy – babtysta, Agnieszka Obszańska – dziennikarka, Robert Rient – dziennikarz, oraz kuratorki i kuratorzy: Marta Kołakowska, Monika Weychert-Waluszko, Marta Kownacka, Stachu Ruksza, Karol Hordziej, a także artystki i artyści: Zuzanna Janin, Karolina Breguła, Katarzyna Majak, Maciej Chodziński, Sławek Brzoska, Michał Frydrych, Karol Radziszewski.
————
Syndrom Feniksa – (gr. sýndromos ‘zbieżny’ – med. zespół objawów charakterystyczny dla obrazu klinicznego określonej choroby; gr. Phoíniks, łac. Phoenix, mit. gr. mityczny święty ptak żyjący w Arabii, umierający w płomieniach i odradzający się z popiołów co 500, a wg innych źródeł co 1000 lat).
 
W psychologii, medycynie i psychiatrii s.f. oznacza stany skrajnego ożywienia i zamierania funkcji ciała i całej osobowości polegające na cyklicznym doświadczaniu pobudzenia energetycznego i inflacji psychicznej (ożywienia, mocy, boskości) oraz wycofania, izolacji i alienacji psychicznej. Faza „życia” wyraża się w podejmowaniu nadludzkiego wysiłku psychofizycznego, ekspansywnej aktywności, której towarzyszą zwykle pobudzenie, pewność siebie, przejrzystość umysłu, brak potrzeby snu, natchnienia artystyczne i duchowe. Fazę „śmierci” cechuje spadek aktywności, wyczerpanie psychofizyczne i deficytowe objawy psychiczne i somatyczne, jak apatia, abulia, mutyzm, utrata pamięci i koncentracji, brak apetytu i zanik libido, senność, spadek odporności immunologicznej.
 
Stany skrajnego ożywienia mogą przejawiać się silną i narzucającą się afektywną i intelektualną ekspresją (ekstrawersja), a stany wycofania z radykalnym obniżeniem kontaktu w rzeczywistością zewnętrzną (introwersja), ascezą, ograniczeniem relacji społecznych (izolacja) i naturalnych potrzeb psychofizycznych, jak odżywianie, percepcja zmysłowa, sen i ruch. Dochodzi do zaostrzenia przewlekłych chorób organizmu, a świadomość jednostki ulega dezorientacji i depersonalizacji.
 
W kulturze, sztuce i religii s.f. jest powiązany znaczeniowo z kultem ofiary z człowieka, zwierząt i innych form życia, a także syndromem Prometeusza (ofiarny dobroczyńca), Dionizosa (samoofiarowanie boga), Chirona (zraniony uzdrowiciel), Asklepiosa (lekarz zbawca) i Mesjasza (zbawca człowieka i zbawca świata).
 
* Opracowanie wg Leksykonu psychiatrii grecko-egipskiej wg Chirona z Asklepiady (VI w. p.n.e.)
 
————
Joanna Rzepka-Dziedzic (ur. 1979) – artystka wizualna, fotografka, kuratorka, edukatorka.
W 2004 r. ukończyła studia na Akademii Sztuk Pięknych (obecnie Uniwersytet Artystyczny) w Poznaniu, oraz w 2014 na Instytucie Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opavie.
Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w 2015 r. 
Od 2004 roku współprowadzi niezależną instytucję kultury – Galerię Szarą (do 2015 r – w Cieszynie, od 2016 w Katowicach). W ramach tej działalności brała udział w organizacji ponad 100 wystaw z udziałem kilkuset artystów. Przygotowała setki godzin warsztatów i spotkań z zakresu sztuki współczesnej i Nowych Mediów. Współorganizowała kilkadziesiąt koncertów i kilka festiwali. Organizowała też konferencje, redagowała i wydawała książki. Obecnie pracuje nad projektem Syndrom Feniksa – autorską koncepcją sinusoidalnego sposobu funkcjonowania osobowości twórczych.
————
rys. sinusoidy – Michał Gayer
————
Projekt “Syndrom Feniksa” zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
————
Galeria Supermarket Sztuki
ul. Grzybowska 88
00-840 Warszawa 
Fundacja Supermarket Sztuki
ul. L. Narbutta 45/11
02-536 Warszawa
tel. 502 602 718

Reblog: Ein Syrer in Polen

Johanna Rubinroth

So 12.06.2016 | 18:32 | Kowalski & Schmidt

Gemeinsame Werte?

Der syrische Soziologe Ziad Abou Saleh lebt seit 33 Jahren in Polen. Der Hass auf Flüchtlinge quält ihn: Er fürchtet, dass er nun auch noch seine Wahlheimat Polen verlieren könnte, sollte das feindliche Klima gegenüber Ausländern weiter zu nehmen. Dabei könnte die Integration arabischer Migranten in Polen bestens funktionieren – ist ihnen vieles doch vertraut.

http://www.rbb-online.de/kowalskiundschmidt/archiv/20160612_1832/fluechtlinge_polen_syrer_ziad_abou_saleh.html

Die Bedeutung der Religion, der Familie, die Liebe zum Feiern, Loyalität unter Freunden – all das macht Polen wie Araber einander ähnlicher, als sie denken würden…

Ziad Abou Sale:
Der durchschnittliche Pole hat nie im Leben einen Araber gesehen, nie einen Moslem. Die Politiker haben dieses Defizit genutzt, und ein sehr ungerechtes – ja, ein Horrorbild des Arabers, des Moslems geschaffen.

Nach Breslau kam Ziad Abou Saleh vor 33 Jahren, um Informatik zu studieren. Der Syrer verliebte sich in die Stadt, in das Land. Bald entdeckte er seine Begeisterung für die unterschiedlichen Kulturen, studierte Soziologie dazu, und promovierte. Er ist der einzige syrische Soziologe in Polen.

syryjczyk

Heute unterrichtet er an einer Breslauer Hochschule Arabisch und versucht, seinen Studenten die Welt des Orients zu vermitteln. Und ist immer wieder überrascht, wieviel er erklären muss…

Ziad Abou Saleh:
Aus meinen Fragebögen geht hervor, dass auch bei den polnischen Studenten das Wissen über die arabische Kultur sehr klein ist. Und ebenso klein ist die Möglichkeit, einen Araber persönlich kennen zu lernen. Eigentlich ist sie gleich Null.

Seine Vorträge über die arabische Gesellschaft nutzt er, seinen Studenten zu vermitteln, dass ein enges, nationalistisches Europa keine gute Zukunft hat.

Ziad Abou Saleh:
Niemand will zu uns nach Polen kommen. DAS ist ein Grund zur Sorge. Mit unserem demografischen Tief werden wir in dem heutigen Europa ohne die Emigranten nicht überleben. Wir wollen, dass es bei uns schön ist – ohne die Fremden geht das nicht, wirklich nicht!

Bei solchen Begegnungen stelle ich mich als das vor, was der Pole – beeinflusst durch die Medien – als das Schlimmste überhaupt begreift: ich bin aus Syrien, ich bin Araber, Moslem, Emigrant, Flüchtling. Damit gebe ich den Menschen die Möglichkeit, mit genau so einem zu sprechen! Das ist für sie die Chance, selbst einzuschätzen, ob ihre Angst begründet ist oder nicht.

Abou Saleh hatte in Damaskus geheiratet und mit seiner Familie abwechselnd in Polen und in Syrien gelebt. Vor drei Jahren, als der Krieg seine erste Heimat zerstörte, zog er mit seiner Frau und den vier Kindern ganz nach Polen.

Zu sechst wohnen sie nun auf 54 qm. Die Kinder haben sich dennoch gut eingelebt, sie sprechen Polnisch – die Älteste so gut, dass sie kürzlich ihr Abitur machte. Doch der Soziologe hat derzeit weniger Zeit für seine Familie – seit er es sich zur Aufgabe gemacht hat, die Menschen hier aufzuklären. Es beunruhigt ihn, was er in Polen beobachtet und wahrnimmt.

Ziad Abou Saleh:
Ich hatte das Glück, dass Polen für mich ein zweites Zuhause wurde. Aber in der letzten Zeit passieren hier leider ungute Dinge. Das Schlimmste für mich wäre – auch nur der Gedanke daran – bald eine dritte Heimat suchen zu müssen.

Hier in Breslau hat Ziad Abu Saleh einen großen polnischen Freundeskreis, der ihm über die Jahre ans Herz gewachsen ist. Er ist überzeugt davon, dass die Integration der arabisch/muslimischen Bürger in Polen – wenn es diese Möglichkeit denn gäbe – wunderbar klappen könnte. Denn beide Völker haben überraschend viele Gemeinsamkeiten:

Ziad Abou Saleh:
Der Syrer ist gastfreundlich und der Pole ist es auch. Der Syrer ist ein bisschen religiös, aber nicht radikal, so ist auch der Pole. Der eine liebt das Feiern und der andere ebenso. Der eine kann gute Arbeit leisten, der andere auch. Der eine ist nicht immer so pünktlich – der andere aber zum Glück auch nicht. Ich bin absolut überzeugt davon, dass wir in bestem Einvernehmen miteinander leben könnten!

Und was könnten diese Beobachtungen eines Soziologen besser bestätigen als die Tatsache, dass er seine syrische Familie um ein polnisches Mitglied erweitert hat:

Ziad Abou Saleh:
Durch den arabisch-israelischen Krieg – da war ich vier – musste ich die Golan-Höhen verlassen, und so habe ich den Kontakt zu meinen Großeltern verloren. Als ich nach Polen kam, habe ich, wohl für das psychische Gleichgewicht, eine Oma gebraucht.

Und die hat er dann auch vor 33 Jahren gefunden: Babcia Stefcia, er nennt sie seine “polnische Oma”!

Książki latem

Moi Drodzy, na pewno już Wam nosem wyszły moje opowieści o książkach znalezionych na ulicy, dziś więc na odmianę o książkach w ogóle. Byłam właśnie w Gdańsku, opowiem więc o kilku spotkaniach i sytuacjach jakie miały miejsce w moim rodzinnym mieście.

Ewa Maria Slaska

Szczygieł, drozd, Minotaur

Ze Szczygłem (Mariuszem) spotkałam się w Gdańsku, a ściślej rzecz biorąc księgarnia-kawiarnia Sztuka Wyboru (w starych koszarach na ulicy Słowackiego) zorganizowała spotkanie, a ja w nim wzięłam udział. Szczygieł jest świetnym facetem, inteligentnym, dowcipnym, uczciwym, skromnym, a jednocześnie znającym swoją wartość. Ponieważ jestem już starszą panią, mówię bezinteresownie i jest mi obojętne, co ktoś sobie pomyśli, to powiem, że Szczygieł jest zapewne ideałem mężczyzny, o jakim marzy każda inteligentna kobieta. A mówiąc to pozwolę sobie zacytować samego Szczygła: Nie mam przy tym poczucia obciachu.

szczygiel1

Szczygieł promował swoją najnowszą książkę Projekt: prawda. W zaproszeniu na spotkanie organizatorzy piszą, że to pozycja, jakiej na polskim rynku wydawniczym jeszcze nie było. Książka jest kolażem, na który składają się miniatury Mariusza Szczygła z własnego i cudzego życia oraz powieść z 1959 roku Portret z pamięci zapomnianego dziś pisarza, Stanisława Stanucha. 

Podczas spotkania zdążyłam zanotować przynajmniej część błyskotliwych wypowiedzi Autora.

Życie nie jest piękne, ale ja chcę je tak widzieć.
Życie niczemu nie służy, ale warto tak żyć, żeby znaleźć w sobie jego sens.

Na potwierdzenie tej prawdy Szczygieł przytacza opowieść o Laotańczykach, którzy produkują pamiątki z bomb, zrzucanych podczas wojny na Laos. To co nas zabijało, teraz nas żywi, mówią. To ich prawda. Każdy ma inną, ale każdy musi dojść w życiu do własnej prawdy.

Sukcesy odnoszą tylko ci, którzy są wolni od rutyny. Jeżeli twoją rutyną jest siedzenie na krześle – wstań.

Tak żyć, żeby dobrą drogą dojść do śmierci. Ale też: tak żyć, żeby miał nas kto trzymać za rękę, gdy będziemy umierać.

Pisanie jest jak seks, musi doprowadzić do orgazmu.
Piszę korzystając z “efektu wioski” czyli patrząc mojemu rozmówcy w twarz.
Im więcej znamy ludzi, tym większy odnosimy sukces.
Reportaż to taki wynalazek, żeby jedni ludzie zrozumieli innych ludzi.
To co mówią ludzie jest dla mnie prezentem.

Ale i prawdy proste, zgoła gramatyczne:

Każda myśl się najlepiej upowszechnia, jeśli jest sformułowana z czasownikiem.

No to ja też sformułuję prawdę z czasownikiem, a nawet dwoma: Dobrze jest spotykać tych, którzy myślą.

Następne spotkanie z człowiekiem myślącym: Piotr Bogdanowicz, przyjaciel od wielu lat. Kiedyś, wieki temu, napisał kilka książek. Mam je do dziś na półce i znajduję natychmiast – pamiętam, że są białe, stoją więc na “białej półce”.

Neues Bild

Człowiek i czas, Człowiek i sztuka, Człowiek i przestrzeń. Podręczniki dla młodzieży. Bardzo ciekawe, warte wznowienia, zapomniane. A jednak… Autora zaproszono ostatnio na konferencję o zagospodarowywaniu przestrzeni wiejskiej. Ależ dlaczego ja?, zapytał. Bo napisał Pan książkę Człowiek i przestrzeń, padła odpowiedź. Piotr pojechał więc na konferencję, gdzie okazało się, że jedna z uczestniczek miała nawet ze sobą rzeczoną pozycję literacką.

czliprzestKupiła w antykwariacie za kilka złotych. Tak to jest, ja moje książki też odkupuję w antykwariacie za grosze. Odkupuję, bo stale je ktoś pożycza, obiecuje oddać i… no zresztą… W książce była kartka z jakiegoś sprawdzianu szkolnego, “pani” kontrolowała, co uczniowie pamiętają z rozdziału o Minotaurze, jaką nić dała Ariadna Tezeuszowi i jakiego koloru miała włosy?

Gdy Piotr pisał tę książkę, dużo rozmawialiśmy o labiryntach, o Borgesie i Piranesim, czytaliśmy te same książki… Wtedy jeszcze nie byłam ani w Santiago de Compostela, ani w Jerozolimie, ani w Knossos ani nawet w Chartres, nie chodziłam po prawdziwym labiryncie ani po kościelnych posadzkach, gdzie labirynt jest namiastką pielgrzymki dla najbiedniejszych. Dlatego nad labiryntami w kościołach wieszano dwunastoramienne świeczniki zwane Jerozolimą.

Ostatniego dnia przed wyjazdem z Gdańska idę do parku Reagana na piknik KOD-u. Dwóch fajnych (myślących? myślę, że tak) chłopaków ma stragan z book crossing.

zabicdrozda

Biorę Zabić drozda, książkę o której stosunkowo niedawno TU pisałam. W środku karteczka… Znowu! Ale tym razem jednak dla mnie!

20160606_100754

Dziękuję tym, którzy myślą i tym, którzy kochają…

Na zakręcie

Konrad Sałagan    

czyli poszukiwanie Warszawy

Przełom maja i czerwca 2016 – i oto jesteśmy trochę dalej, dwa kroki za progiem, w epoce „dobrej zmiany”, tu w Warszawie. W Polsce również, nie przeczę. Zatem jako pospolity dreptak peregrynuję sobie po Warszawie, by np. uchwycić lub wyczuć ducha epoki. Niestety nie mam ani drugiego dziecka, ni trzeciego, czyli nie należy mi się subsydium a la „dobra zmiana”. Skazany więc jestem w swych peregrynacjach na miejską komunikację. Może to i dobrze, bo bliżej do zwykłej rzeczywistości, tu i teraz, do codziennego życia mojego ukochanego miasta.

Sen o Warszawie

Tak, tak jak o Warszawie śpiewał Czesław Niemen („Sen o Warszawie”, 1969) – w pewnym sensie szukam pozostałości tej pieśni, na Bielanach (gdzie mieszkam), Żoliborzu, Mokotowie i dalej. Permanentnie szukam od lat, i muszę stwierdzić, że śladów pieśni o Warszawie Czesława Niemena, które mogłyby np. pozostać w zaułkach, zakręconych ulicach, parkach i skwerach, a przede wszystkim w twarzach ludzi, tych śladów jest coraz mniej. Indywidualne odczucie? Tak i nie.

Co ma do tego epoka „dobrej zmiany”? W ramach gry pionkami i figurami na szachownicy? Przesada. Gra toczy się wyłącznie pionkami w politycznej socjotechnice, jako prymitywne i szybkie warcaby. Co to ma do rzeczy?

Odpowiem nie wprost, z perspektywy śmietników na osiedlach – aktualnie brak selekcji śmieci, walająca się żywność, chleb, a to trwa już od epoki Gierka. Na kontenerach nie ma precyzyjnej informacji, jakie wyrzucać śmieci i gdzie – co tam dyrektywa Unii Europejskiej. Pamiętam z lat 60 śmieciarzy, którzy objeżdżali np. Marymont (Kotku, to taka elitarna zona, pełna legendy i znaczenia, kiedyś wypełniona ogrodami, sadami i prywatnymi warsztatami). Śmieciarze należeli w tamtych czasach do majętnych, z „niczego” potrafili robić pieniądze. Teraz nawet punkty skupu na wtórne materiały są nieliczne.

Legendarny, a zarazem socrealistyczny dworzec PKS Marymont rozebrano jeszcze przy końcu lat 90 XX w. vis a vis ul. Marymonckiej, początek ul. Żeromskiego. Nikogo nie pytając o zgodę. Tam w dworcowym barze leczył kaca ciemnym piwem np. Zdzisław Maklakiewicz „Maklak” (1927-1977). A przecież w latach 50 XX w. zbierano na ten budynek społeczne pieniądze, w formie tzw. cegiełek. Na tym terenie wybudowano, przełom 2014/2015, nowe i olbrzymie bloki, projektowane z szablonów komputerowych. A w pasie parteru ciąg siedzib banków (Kotku, gorący kartofel – bierz natychmiast kredyt na powyższe dziuple). Ten bankowy ornament u podstawy powtarza się w Warszawie w prężnie budowanych „na dziko” ruderach, które mają ponoć znamiona nowoczesności.

Piruety bez roweru

Jednak rower należy zostawić w domu, iść lekką stopą, nie zapominając o piruetach. Decyduje o tym nadmiar samochodów, dość podłej marki, rozsypanych wszędzie, gdzie tylko wolne miejsce na chodniku. Kierowcy takich „rzęchów”, kiedy już im się uda wytoczyć na prostą, nie honorują praw rowerzystów, ni pieszych. No rzeczywiście, ponoć w takim Kairze samochody jeżdżą na ulicach we wszystkich kierunkach świata plus dodatkowe, bliżej nieokreślone. W Warszawie jest zarejestrowanych ok. trzy razy więcej samochodów w stosunku do mieszkańców – i zagracone ulice to pokazują. Idylliczny „resorak” jako gadżet z przedszkola, fantazmat dobrobytu, trzyma w ryzach polskie społeczeństwo od 27 lat. Oczywiście, patrzę przez pryzmat Warszawy (tylko jakiej Warszawy?). To nie dzieje się samo – są to raczej efekty socjotechniki, efekty społecznych warcabów.

Oprócz nadmiaru zdezelowanej blachy, dla której właściwym miejscem jest złomowisko, a nie ulice Warszawy, znakomicie rozwija się, powiedzmy, subkultura przeglądaczy komunikatorów elektronicznych. Zjawisko, jak wydaje się, ma jakiś aspekt erotyczny, coś w konwencji psychologicznej Sigmunda Freuda. Nieprzespany sen na jawie z przykrótką koszulką nocną. Szczególnie dotyczy to homo pauperis. Ach, zapomniałbym – a do tego wszechobecna latająca budka telefoniczna, autentycznie żywa, nieprzeliczona liczba głów, zmora Warszawy tu i teraz. Piruety, uniki, omijanie łukiem są skutecznymi sposobami poruszania się po mieście, by gdziekolwiek dotrzeć, choćby do kina „Wisła” na pl. Wilsona. „Wisła” przetrwała. Tak, bo kina: „Tęcza” i „Światowid” od lat nie istnieją. Zostały zniszczone, by można było założyć wyszynki z panienkami.

Pałac Stalina i trzy kolumny

2 czerwca 2016 byłem na ul. Szkolnej, blisko od ul. Świętokrzyskiej i ul. Marszałkowskiej, Śródmieście. O godz. m/w 19, już po załatwieniu spraw spojrzałem przed wejściem do stacji Metro Świętokrzyska na Pałac Kultury i Nauki im. tow. Stalina (Kotku, nikt nie wyrzucił patrona z ewidencji). A dalej w podniebnej perspektywie trzy kolumny, hotel Marriott i dwa nowe budynki, jakieś poskręcane w tęsknocie za natchnieniem i harmonią. Pomyślałem, ot, strzelista konkurencja wobec socrealistycznego Pałacu Stalina, zarazem symbolu zniewolenia Polski, Warszawy, antytezy wobec potęgi smaku, a nawet absurdu technologicznego. Chodzi o zużycie energii oraz mediów, a także produkcję ścieków. Najwyższy wodospad ścieków w Polsce. Dwa budynki, trochę na prawo, oczywiście z mojego punktu widzenia, wydawały się jeszcze większym nieporozumieniem. Jak ktoś nie ma poczucia proporcji, wiedzy o kompozycji przestrzennej, ba, a przenosi reguły świata wirtualnego w konkretną rzeczywistość, to „masz jak w mordę”, i oto masz – ale decyzję o budowie podejmują notable i biurokraci. Oto symptomy choroby psychicznej, która stymuluje przygodność życia codziennego w Warszawie, jak przypuszczam.

Wyjście z kanału

Na stany nieważkości, te kreowane przez chaos architektoniczny Śródmieścia, jest lekarstwo. Wchodzimy do Metra, czyli wycofujemy się do kanału. W zasadzie lubię wynurzać się z warszawskiego Metra na Ursynowie (Kotku, to na południe od Śródmieścia, w prostej linii, zapytaj ludzi, to powiedzą, na której stacji kanału wyjść). Gdy już jestem na powierzchni, szukam ławki, palę papierosy i zagłębiam się w lekturę, powiedzmy, poematy chińskich mistrzów zen (Wu Yansheng, Potęga oświecenia. Poematy chińskich mistrzów zen, Warszawa 2015). Tak zakonspirowany obserwuję ludzi. Na Ursynowie często spotyka się, nawet w nadmiarze, ludzi szczupłych lub o korpulencji normalnej; piękne dziewczyny i chłopaki; z inteligentnym wyrazem twarzy ludzi starszych, w średnim wieku, młodych. Rozmawiają ze sobą, prowadzą dzieci i uczą ich świata – tu prawie nie ma latających żywych budek telefonicznych, ni otumanionego swoim gadżetem elektronicznym homo pauperis. Ursynów jest raczej zoną Carla Gustava Junga, jeśli chodzi o preferencje psychologiczne. I epoka „dobrej zmiany” może się tu nie zainstalować. Brak śmieci – pilnie więc gaszę papierosa w wyznaczonym miejscu.

Królowa pustyni

8 kwietnia 2016 byłem na premierze filmu (premierze w polskich kinach) Wernera Herzoga „Królowa pustyni” (premiera, Berlin 2015), oczywiście, że w kinie „Wisła”. Rzecz opowiada o przełomie epok, o zmianach politycznych na Półwyspie Arabskim u początku XX w., o tworzeniu granic przy pomocy ekierki, narodzin potęgi dynastii Saudów, regresie Imperium Osmańskiego – na kanwie biografii Gertrude Margaret Lowthian Bell (1868-1926) – brytyjskiej podróżniczki, pisarki, alpinistki, doradcy politycznego i archeolog. Plemiona zamieszkujące Półwysep Arabski nazywały Gertrudę Bell Królową Pustyni, jako znawczynię kultury, różnorodności etnicznej i obyczaju. Brytyjscy politycy nie słuchali zbyt uważnie Królowej Pustyni, nie korzystali z jej wiedzy o mozaice kultur Półwyspu Arabskiego. Traktowali ją raczej przedmiotowo. W efekcie złych decyzji politycznych przerwano ciąg tradycji, a konsekwencje tego uczyniły pustynię płaską i pustą. Film przedstawia przyczyny współczesnej totalnej emigracji – ludzi wykorzenionych. Przyszła więc epoka płaska i pusta, a właściwie została politycznie sprowokowana.

Czarna flaga na plaży

Warszawa przekształca się w betonową pustynię. Przestaje być również miastem, a staje się zbiorowiskiem ruder, architektury z szablonów wirtualnej przestrzeni. Na wybiegach, szczególnie na szerokim chodniku przy dawnych Domach Towarowych Centrum (wzdłuż ul. Marszałkowskiej od Rotundy PKO na północ do ul. Świętokrzyskiej) kroczą dziewczyny: zbyt chude na wysokich koturnach; te o krótkich i grubych łydkach na umiarkowanie płaskim obuwiu; bliżej nieokreślone, przebiegają staccato z naręczem pękatych toreb. Interesujący materiał, inspirująca sekwencja klatek taśmy filmowej, moim zdaniem, dla takich twórców – Peter Bogdanovich (film „Papierowy księżyc”, 1973), Werner Herzog (film „Szklane serce”, 1976), David Lynch (film „Człowiek słoń”, 1980).

Rzeczywiście (Kotku, stan z 1 czerwca 2016, godz. 21:45-22:15) nad budynkami byłych Domów Towarowych Centrum wisi papierowy księżyc. A na powierzchni przed budynkiem staccato kroków, rzeczywiście, które stymuluje szklane serce. A przy okazji, ludzie-słonie niepostrzeżenie wciągnęli na maszt czarną flagę. Pływanie i kąpiel zabronione. Tak, na naszej plaży. Jest inaczej, Kotku?
Warszawa, 5 czerwca 2016

Uzupełnienie

  1. „Kotku” – to również odniesienie do Witkacego, Stanisława Ignacego Witkiewicza (1885-1939), który wychował się w Warszawie, ul. Hoża 11 (dziś ten budynek nie istnieje), a potem w latach 20 i 30 XX w. mieszkał na ul. Brackiej 23 (zachowały się jedynie oficyny). Odniesienie do Witkacego jest tu istotne – mój sposób patrzenia na Warszawę ma charakter m/w ekspresjonistyczny. A do tego wspominam o twórcach filmowych, którzy inspirowali się i kinem ekspresjonistycznym, teatrem oraz malarstwem.
  2. Pod spodem zamieszczam specjalnie dobrany link na YouTube do utworu Czesława Niemena „Sen o Warszawie”, jego wypowiedzi jak powstał ten utwór, filmie, który pokazuje Warszawę i ludzi z okresu PRL.