Psychogeografia w praktyce

Teresa Rudolf

Wiedeń, czyli praliny, praliny, praliny…

Sezamie, otwórz się tu i teraz – powiedziałam do siebie. Tu i teraz! Gdzie skręcisz, idziesz prosto? Dzisiaj po Wiedniu chodzisz, a nie jeździsz. I dziś bez celu. Zobacz, dokąd prowadzą cię dziś nogi!

Na ogół mam swoją stałą trasę. Kiedy chcę iść pieszo przez Wiedeń, wtedy idę tak jak jeździ metro numer 3, od Westbahnhof, czyli Mariahilfer Strasse do Stephansplatz. To jest kawał drogi, ale idzie się przyjemnie, czuć rytm miasta, kocham to. Po drodze wchodzę do mojej kawiarenki z pralinami, a nawet tortami bezglutenowymi. Dramatycznie niebezpieczna sprawa, bo chociaż bez glutenu, ale TAAAAAKIE, ogromne, no i te nadzienia w nich!

Continue reading “Psychogeografia w praktyce” →

Reblogi po 10 latach: Między nami cygankami

Dorota Cygan

Między nami cygankami

Dzień po berlińskim Karnawale Kultur, w słoneczne południe Międzynarodowego Dnia Różnorodności Kulturowej podeszła do mnie w centrum Wrocławia cyganka. A dokładniej mówiąc to mnie zwyczajnie ‘podeszła’. Przyszło jej to łatwo, bo wzrok miałam nieobecny, a  ręce obwieszone siatkami zakupów dla tej, tamtej i innej duszy, a także dla owego i Iksińskiego, tudzież dla zaprzyjaźnionej psinki. Różnorodność Kulturowa nieomylnym instynktem wyczuła łatwy łup i otworzyła przemowę najskuteczniejszym wytrychem na świecie: „pani, parę złotych na chleb dla dzieci”. Bezdzietne kobiety w pewnym wieku miewają nieczyste sumienie – nawet jeśli się starają omijać wzrokiem wózki dziecięce, jedna najbanalniejsza statystyka demograficzna potrafi im przypomnieć o powinnościach wobec społeczeństwa tak skutecznie, że są gotowe obdarować lalkami Barbie nawet bezczelne dzieciaki z sąsiedztwa. Na chleb? Niech będzie, może być i na trzy. Każdy przytomny człowiek wie, że ta melodyjna inwokacja do sumień ludzkich (Paaani, poooomóż  Paaani… ) absolutnie zawsze  jest zaledwie przygrywką do reszty przedstawienia, skromną uwerturką do opery żebraczej o ściśle określonej wymogami gatunku strukturze i z góry wiadomym zakończeniu. Wie może każdy – ale przecież nie ktoś z takim nazwiskiem – ja się z tego obowiązku czuje w każdym razie zwolniona. Można tu oczywiście powątpiewać również w kompetencje wróżbiarskie ‘mojej’ cyganki, skoro nie wyczula nijakiego, choćby naciąganego, powinowactwa między nami i nie odstąpiła od swojego procederu. Ale nie stawiajmy w niekorzystnym świetle Różnorodności Kulturowej z czystej, bratniej zazdrości o profesjonalizm.

Powaliła mnie pierwszym chwytem: „A pani to taka szlachetna do ludzi, niewiele w zamian dostaje i takie ma życie pełne smutków…” Któżby się oparł takiemu dictum? A pewnie, że smutne, już od wczesnego dzieciństwa przezywali mnie cyganichą. Nikt człowiekowi nie odpuścił, najwyżej ci, co mieli jeszcze bardziej obce kulturowo nazwiska. Nie wiem, czy Inność Kulturowa wyczuła podskórną solidarność, czy tylko sądziła po numerze rejestracyjnym, że jak ktoś obcy, to łatwiejszy do „skrojenia”, w każdym razie obydwa czynniki na pewno były sprzyjające. Zrobiło się sympatycznie. Karty co prawda wychodziły chyba niespecjalne, przewaga czarnego i żadnych figur, nie budziły więc we wróżącej jakiejś euforii, ale poradziła sobie. Prognozę na przyszłość zakreśliła bowiem konstruując zręczne obejście: Zamiast czasu przyszłego i nieskończonych synonimów dla odmalowania udanego życia w przyszłości złożyła wypowiedź z samych zdań celowych: „Wyrywamy włos z Głowy, ŻEBY go spalić, ŻEBY odczynić tym uroki, ŻEBY życie potoczyło się szczęśliwiej. Chuchamy na grosik, ŻEBY go zaraz włożyć do schowka, ŻEBY go nie wydać, ŻEBY pieniądze się człowieka trzymały. Większy  zaś banknot z portfela puszczamy w obieg, ŻEBY się pozbyć złego pieniądza. Największy zaś banknot kładziemy cygance na dłoni, ŻEBY … (tę frazę możecie sobie dokończyć sami, skoro przećwiczyliśmy już gramatykę zdań celowych).

A jednak, lżejsza o te dwa deko, poczułam się mocno poruszona. Nie żeby odchudzenie mojego portfela miało takie działanie jak prawdziwa dieta. Strata banknotu nie spowoduje przecież ani przymusowej głodówki ani nawet minimalnych zmian żywieniowych. Ten banalny akt pozabankowego transferu gotówki poruszył jednak coś zupełnie innego. I kto by pomyślał? Przyprószone codziennością, zawalone obowiązkami i zaszczute własnymi myślami wydostało się na chwile na powierzchnię … moje ego (nawet teraz, w trakcie pisania, było tak nieśmiałe, że myślałam, czy nie powinnam dać go w cudzysłów). Nikt by się nie spodziewał, że się tak znienacka pojawi. Ani wielkiej okazji po temu typu ‘nowa praca’ ani typu ‘stara obrona dyplomu’. A tu jak po małym trzęsieniu ziemi. „Co będzie? Czy ja chcę żyć tak, jak do tej pory?”  Proste pytania, bez obudowy teoretycznej, sztafażu i przekłamań, autokreacji i  autokorekty, samooszukiwania i całej tej samoczynnej oczywistości,  wprzęgającej zniewolone ego w codzienny tryb zadań do wykonania. „Więc co dalej?”

Cyganka zapytała jeszcze, czym wierząca (proszę, nawet statystyki nie są jej obce) i inteligentnie zauważyła, że racja, Bóg wysoko ponad ludźmi, ale ona może chociaż odczynić uroki. I przystąpiła do dzieła.

Co tam uroki! Zrobiła w 10 minut więcej niż cykliczna i odnawialna lista postanowień noworocznych,  życzenia urodzinowe składane rok w rok samemu sobie, awans od skruszonego pracodawcy oraz spowiedź wielkanocna przed 20 laty razem wzięte.

(Tu w tekście jest pauza, czyli miejsce na myślową aktywność  Szanownego Czytelnika).

hanemann

Nie ucałowałam cyganki na koniec. Pamiętam zaledwie jej twarz z góry – ogorzałą, pomarszczoną cerę i czarne, mądre oczyska. Wrażenie wystarczające, by twierdzić, że tym się różni profesjonalizm starej cyganki od profesjonalizmu sprawnego żebractwa ulicznego, że jedno  pozwala nam być wielkodusznym, drugie zaś  zajrzeć sobie do duszy. Zrozumiałam po fakcie z tekstu pt.  Korrektes Betteln  Ulego Heinemanna  (Neulich in Neukölln, 2008), znudzonego rozbudowaną retoryką  żebrzących i proponującego redukcje tejże do eleganckiego „proszę,  dziękuję, dzień dobry”, że autor ma pecha, bo może w tym mieście  jedynie obserwować lepszy lub gorszy performance. A nie zobaczyć siebie. Jako berlińczyk pozbawiony jest jednego istotnego elementu autentycznej różnorodności kulturowej, która siedzi od po wojnie we Wrocku, a nawet spoczywa w wystawnych grobach przy głównej alei największego cmentarza. (No, chyba że znacie w Berlinie prawdziwe, zasiedziałe od pokoleń, miejscowe cyganki wróżące po niemiecku?) Do Berlina można przyjeżdżać i pisać doktorat o dramaturgii żebrania ulicznego (poznałam kiedyś taką osobę) – ale do pisania o głębokiej  filozofii wróżenia przez cygankę trzeba się udać za Odrę.

A jak ze szczęściem? Zapomniałam o szczęściu? Może i tak. Ale pewnie cyganka mu się w moim imieniu przypomni. Na początek wsiadłam dziś w pośpiechu do pociągu bez biletu – i nie było żadnej kontroli. Jak mnie to rozzuchwali, to wygram w totka i zasponsoruję jednorazowo tabory cygańskie. Więcej postanowień nie mam – no, może oprócz tego jednego, żeby nie spychać więcej mojego grzecznego ego na sam dół trzewi.

Jako że tekst może się kończyć apelem, powiem tak: Nie przeganiajcie cyganek. Zaproście je do stołu. Będzie to najmądrzej zainwestowana stówa – bo zainwestowana we własną  mądrość. Skuteczniejsza niż wydatki na psychoterapeutę, okulistę i krawca. Cyganka prawdę Wam powie.

Wasza C.

Pokolenie Solidarności 28

Ewa Maria Slaska

Azbest (1987)

W Nowym Jorku było kilka bardzo różnych grup Polaków. Była na przykład tak zwana “stara Polonia”, potomkowie tych górali, którzy wywędrowali do „Hameryki” za chlebem w XIX wieku i do chwili obecnej pielęgnowali polski język i tradycję, choć i język, i tradycja się w ciągu tych stu lat dziwacznie zdegenerowały.

Symbolem “tej “starej Polonii” był na pewno Mały Władzio, czyli Walter Jagiełło, Polak, urodzony w roku 1930 już w Ameryce. Śpiewał polską muzykę etniczną, ale zasłynął polkami, które choć, jak wiadomo, są muzyką czeską, kojarzyły się jednak słuchaczom z Polską. Od lat 60 mały Władzio znany był też w Polsce, a jego polki, podobnie jak całą muzykę, której się słuchało, nagrywano na pocztówki dźwiękowe.

Powojenni przybysze kręcili nosami na starą Polonię i jej upodobanie do sentymentalizmu i folkloru. „Ci od Małego Władzia” mówili o starych „ci powojenni”. Byli to ci, którzy dostali się tu już po wojnie i to w bardzo różny sposób, czasem nader spektakularny. Jednym z najbardziej znanych „powojennych” był Józef Światło, współpracownik peerelowskiej bezpieki, ale w większości nie byli to ludzie znani, raczej tacy, którym się „udało”, marynarze, który zeszli ze statku, jacyś komunistyczni ekonomiści, którzy do Ameryki przylecieli służbowo, żeby za dolary kupić części do statków, co to je potem, jako nasz największy hit eksportowy, za ruble sprzedawaliśmy do Związku Sowieckiego. Byli artyści, aktorzy, piosenkarze, muzycy. Byli uciekinierzy pomarcowi, wcale niekoniecznie wszyscy Żydzi, byli wreszcie solidarnościowcy. Ci zresztą też nie byli grupą jednorodną, dzielili się na tych, którzy z pierwszym podmuchem wolności w kraju wyjechali od razu i potem opowiadali, że mieli wrócić, ale zatrzymał ich stan wojenny. I byli ci, którzy, jak Stefan, przeżyli upadek Solidarności w Polsce i przyjechali jako „prawdziwi” wygnańcy polityczni, czasem wręcz, podobnie jak ci „marcowi”, z paszportem w jedną stronę.

Continue reading “Pokolenie Solidarności 28” →

Wczoraj płynąłem z synem Odrą…

pisze Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

…z Portu Uraz do portu Ścinawa. Nie był to rejs dla przyjemności. Płynęliśmy w celach czysto handlowych. Rano kupiłem łódź w Urazie, a wieczorem sprzedałem ją w Ścinawie. Była wspaniała. Twarda męska wyprawa bez szukania przyjemności w jakiś bezsensownych celach wypoczynkowych.


Przepłynęliśmy z Marcinem w ciągu jednego dnia 57 kilometrów Odrą w celach czysto handlowych. Nie było zmiłuj się, ale było pięknie. Józef Conrad uważał, że jachting to przyjemności życia a żeglarstwo w celach handlowych to samo życie. Żeglowanie w celach handlowych to zupełnie inna jakość żeglowania. Karen Blixen po powrocie do Danii nigdy nie wzięła do ręki sztucera ani nie dosiadła konia. Rozumiem ją. Nie sięgała po namiastki po Pożegnaniu z Afryką. Coraz więcej pracujemy, by stać nas było na namiastki. Tych namiastek jest coraz więcej dookoła. A co z życiem?

“O mały włos nie rozjechałem łódką jednej z tych dziewczyn”, napisał autor. “Na pamiątkę zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie”

Ale zacznijmy od początku. Trzeciego dnia mojego udziału w Marszu dla Odry pojechałem do Kotowic. Odebrałem moją łódź Maleńka od gospodarzy którzy zgodzili się przechować ją przez noc i ruszyłem w kierunku Brzegu Dolnego. Po krótkim czasie dogonił mnie jakiś samochód, wyskoczył jakiś mężczyzna. Okazało się mąż liderki Marszu w tym dniu. Powiedział, że oni idą brzegiem rzeki i dał mi telefon do liderki. Ja wybieram drogi asfaltowe. Trudno ciągnąć łódź na kółkach po chaszczach. Idąc mam w zwyczaju podnosić z ziemi dwa śmieci, takie które najmocniej kłują w oczy. Jeden to była puszka po piwie, a drugi – kawałek kartonu walający się na drodze. Doszedłem do Portu Uraz i zatrzymałem się na dłuższy odpoczynek. Bosman portu widząc moje pół łodzi na kółkach, pokazał mi łódkę i powiedział, że jest do sprzedania. Miała bardzo ładne kształty, ale nie miałbym jej gdzie trzymać, podziękowałem. Zadzwoniłem do liderki Marszu i umówiliśmy się, że będę na nich czekał. Miejsce tak im się podobało, że ciężko było ruszyć dalej. Jak wstaliśmy, prawie nadepnąłem na następną puszkę po piwie. W zasadzie nie powinienem jej podnosić, ale stwierdziłem, że jest to okazja, by coś powiedzieć o zbieraniu śmieci. No to zgniotłem ją moim sposobem i zabrałem.

Autor nie skończył swoich relacji, ale wydaje mi się, że ktoś kupił jednak tę łódkę w Porcie Uraz i autor popłynął nią z synem do Ścinawy, natomiast “Maleńka”, czyli widoczne na filmie i zdjęciu pół łodzi domowej roboty, została na przechowanie w Porcie Uraz. Ale może było zupełnie inaczej. Jako córka żeglarza wiem, co to są tzw. “morskie opowieści”. Czytelnikom nie radzę brać ich zbyt dosłownie, w końcu, jak wiemy, w literaturze najważnieszy jest przekaz uniwersalny, a nie jakaś tam pedantyczna zgodność z faktami.

Don Quijote, who comes from the VR

EMS: Look, what I found in still opened links in my computer. Did I open it and forget to close? Or did it opened itself?

John Hunt

My Joyce Project

In addition to the more obvious literary models for the protagonists of Ulysses found in the Greek Odyssey, the English Hamlet, and the Italian Divine Comedy, it may make sense to ponder also the Spanish Don Quixote. In a stray remark in Scylla and Charybdis, someone suggests that “Our national epic” will be written by drawing inspiration from this hugely influential early novel. Stephen, who has been thinking about how Shakespeare exemplifies the creative process, may well take the hint if he becomes the artist he aspires to be.

Continue reading “Don Quijote, who comes from the VR” →

Wiersze z brodą i bez (23)

Wiktor Woroszylski (1927 – 1996)

Podsłuchane

zdałeś ten łom
no zdałem
ja nie zdałem
trzeba było zdać
co będę zdawał i brał
zdawał i brał

„dziennik internowania I (białołęka-jaworze, zima 1981-1982)”
„aneks”, londyn 1984


do towarzyszy odysa

nie wrócimy
choć grecja w naszych sercach
jeden wybrał krainę lotofagów, innego oczarowała circe

nie wrócimy
(może to i lepiej patrzac na kolegę agamemnona)

nie wrócimy
pozostaje tylko
tułaczka

agnieszce holland…

ich schwöre
ziemia to szpital na peryferiach drogi mlecznej
wszyscy  pacjenci od mgławicy magellana do obłoku andromedy (diagnoza: nieuleczalny)
kierowani  są tutaj
ordynator
(zwany też czasem demiurgiem)
wyszukuje odpowiedni oddział
i jak ktoś ma pecha
to ląduje mentalnie w bagnach prypeci
nieustannie

fishsong

16 kwietnia o godz. 23:40

raz leszcz rozsierdził się na pstrąga,
że ten w kwartecie gra, a drąga
pod reką nie znajdując wali
na odlew płetwą i po fali.
zakotłowało się w akwarium:
flądra – uciekam do solarium!
sum oponuje – drogie panie,
wszak nie wypada jak piranie…
a korzystając z z zamieszania
zabulgotały też okonki,
że najważniejsze są ogonki.
co na to powie akwarysta?
być może uzna, że nieczysta,
stała się sprawa, no i mimochodem,
z akwarium spuści całą wodę.

Kapibary

Konradowi

Biedne kapibary! To jeden z tych wpisów przygotowanych pod wpływem chwili, całkiem nieważnych, które tygodniami przesuwają się w dół w kalendarzu publikacji, no bo są takie nieważne. Napisałam o nich 15 kwietnia, dziś jest 2 czerwca. Biedne stworki, doprawdy.

Ewa Maria Slaska

To już dobry kęs czasu temu, jak byłam w Berlinie na koncercie Kwiatu jabłoni. Koncert był świetny, a odbywał się w klubie i nie było krzeseł. Usiadłam sobie na brzeżku podestu dla technika, obok usiadły dwie polskie dziewczyny, takie klasyczne dzisiejsze dziewczyny, wysokie, nie roztyte, ale jednak co tu dużo gadać, duże i tęgie. Mają zrobione przy pomocy maszynki regularne, zaczesane do góry szerokie brwi, długie plastikowe przezroczyste panokcie we wzory, sztucznie powiększone usta, sztuczne rzęsy i gładkie czarne włosy lub równie gładkie blond włosy. Te były czarnowłose. Piszę to wszystko na marginesie głównego tematu, bo zauważyłam, że właśnie na naszych oczach zmienił się ideał piękności. Są już memy na ten temat.

Zniknęły niewysokie, szczupłe dziewczyny o kręconych włosach. Od czasów hippisów to one dominowały w życiu towarzyskim. Były bardzo starannie zrobione, ale wszystko miało wyglądać, jakby były naturalne. Teraz odeszły, a przyszły te równie starannie zrobione, które mają wyglądać jak sztuczne. Dziewczyny z tiktoka. Te dwie oglądają na instagramie filmiki z kapibarami.
– One są cudowne, mówi jedna z nich.
– Och tak, potwierdza druga.
Zerkam. Nie znam akurat tego filmiku, ale jest taki jak te, które znam. Poniżej jeden z tysięcy filmików, które można znaleźć w Sieci.

Continue reading “Kapibary” →

Don Kichot? Niestety nie. Wpis na Dzień Dziecka.

Ale popatrzcie sami:


Zobaczyłam ich z okna autobusu, gdy w piękny, słoneczny, majowy dzień jechałam ze stacji Alt Mariendorf do Ogrodu Britz, obejrzeć tulipany. Byłam przekonana, że to ON, więc wróciłam na piechotę, żeby GO sfotografować. Czyż ta rzeźba nie wygląda jak dwóch dziwacznych facetów? To jako żywo oni obaj, jeden w trójkątnym kapeluszu, na koniu i z długą lancą, toż to don Kichot, a ten drugi, obły jak gruby ptak (“grubel” – gruby wróbel) – jest przecież naszym Brzuchaczem.

Jest jednak inaczej, ba, sam autor twierdzi, że to ojciec, matka i dziecko. Niestety artysta już nie żyje (1947 Barcelona – Berlin 1998), nie mogę więc spróbować go przekonać, że się myli.

A zatem DZIECKO! Dziecko na Dzień Dziecka.

Continue reading “Don Kichot? Niestety nie. Wpis na Dzień Dziecka.” →

In Shadow of the Cross

Book Launch of Cross Purposes 

June 6, 2023, 18:00

The Center for Anthropological Research on Museums and Heritage and the Institute for European Ethnology of the Humboldt University in Berlin cordially invite you to a book launch of: Cross Purposes: Catholicism andthe Political Imagination in Poland by Magdalena Waligórska (Cambridge
University Press, 2023) to take place on June 6, at 18:00 CEST.
Please,  join us for a discussion with the author, chaired by Prof. Magdalena Buchczyk (HU Berlin), with comments by: Prof. Felix Ackermann (Fernuniversität Hagen) and Dr. Karolina Wigura (FU Berlin). The
discussion will be followed by a small reception.

The event takes place at the CARMAH Center for Anthropological Research on Museums and Heritage, Mohrenstr. 40-41, 10117 Berlin, Room 408.

Link: https://www.carmah.berlin/events/48173/

About Cross Purposes:

No other symbol is as omnipresent in Poland as the cross. This multi-layered and contradictory icon features prominently in public spaces and state institutions. It is anchored in the country’s visual history,
inspires protest culture, and dominates urban and rural landscapes. The cross recalls Poland’s historic struggles for independence and anti-Communist dissent, but it also encapsulates the country’s current
position in Europe as a self-avowed bulwark of Christianity and a champion of conservative values. It is both a national symbol – defining the boundaries of Polishness in opposition to a changing constellation of the country’s Others – and a key object of contestation in the creative arts and political culture. Despite its long history, the cross has never been systematically studied as a political symbol in its capacity to mobilize for action and solidify power structures. Cross Purposes is the first cultural history of the cross in modern Poland, deconstructing this key symbol and exploring how it has been deployed in different political battles.

-- 
PD Dr. Magdalena Waligórska

Institut für Europäische Ethnologie
Center for Anthropological Research on Museums and Heritage
Humboldt-Universität zu Berlin
Anton-Wilhelm-Amo-Str.41
10117 Berlin

NEW PUBLICATION:
Cross Purposes: Catholicism and the Political Imagination in Poland (CUP, 2023)

https://www.cambridge.org/core/books/cross-purposes/72E707A0DE6E82457D62EFE5E0D1A2B0

Cross Purposes is the first cultural history of the cross in modern Poland, deconstructing this key symbol and exploring how it has been deployed in different political battles. Historians of Eastern Europe will find in it a compelling cultural history of Poland’s major political upheavals.

Magdalena Waligórska is a cultural historian and sociologist. Her fields of interest include contemporary Polish and Belarusian history, nationalism and national symbols, Jewish heritage, Jewish/non-Jewish relations, and memory studies. She is currently leading a research group at the Department of European Ethnology of the Humboldt University in Berlin. She has published extensively on nationalism, Jewish culture, and Jewish-non-Jewish relations in journals including East European Politics and Societies, Holocaust Studies, East European Jewish Affairs and POLIN. Her first book, Klezmer’s Afterlife: An Ethnography of the Jewish Music Revival in Poland and Germany, was published 2013.