Wiosenne drzewka pamięci

Teresa Rudolf


Moje drzewko

Mam swoje drzewko 
pamięci we mnie: 
te odpływające twarze
znów w swą nicość,
lub wołające tesknotą
o tę z daleka, bliskość.

Ileż teraz tych twarzy 
z czarno-białych zdjęć,
wiszących na gałęziach
półnagich mej pamięci,
trzepoczą dziś na wietrze
tiulowego wzruszenia?

Ileż też kolorowych zdjęć
depczących po piętach,
tych jakby wczorajszych
wspomnień, jakby… jakby, 
a niektóre z nich odlecą
z wilczym listem do nikąd,

…bo człowiek ma wciąż wybór, 
za kim chce płakać, tęsknić, 
albo  puścić wolno… daleko
od serca, ono wciaż wybacza, 
niestety ma pamięć słonia,
a wrażliwość mimozy…


Oczywiście, oczywiście

Tak, tak, często myśli
me, o Ciebie pytają i o Ciebie,
też i o Ciebie!


I o Was, też tych, już
z mych starych zdjęć,
jak Wam naprawdę było?


Na przykład Ty, tak Ty,
byłbyś dziś ciągle w tym
mieście, też i… z nią?


A Ty wciaż żyjąc, uwierzyłabyś
w tę niezawodną prawdę
zaufania, ale go nie miałaś?


A Ty, ta z mego tego “teraz”
ale nie tu, jesteś jeszcze
gdzieś, gdzie można Cię…


…szukać, 
by znaleźć,
i jest jeszcze, 
po co?

Majowa wiosna

Teresa Rudolf

Wiosna, wiosna

Och, wiosna zawstydzona 
zza drzewa cicho wychodzi, 
naręczem kolorowych kwiatów, 
zielenią soczystą przeprasza.   

Słonecznie ciał ludzkich
dotyka, raz dość lekko,
to znów dość nachalnie,
jakoś brakuje jej miary.

Zadumana, zamyślona pyta:
“jak co roku jestem, można
na mnie liczyć?”, samej siebie 
bezbrzeżnie bedąc niepewna.

Kimże jestem, raz podobna
jesieni, a raz bliska zimie?
Raz kochającą, a raz pełną 
podłych humorów kobietą?

Wszystkie kwiaty, owoce,
zapachy ziół, brzęczenie
pszczół na majowym stole 
dziś złożę, spóźniłam się…
…wybaczcie.

Niebezpiecznie piękny maj

Piknikowe majówki,
w kapeluszach słomkowych,
z koszami delikatesów
jak w tych starych filmach,
motyle w sercach.

Majówki pełne głosów
gromkich w kościołach,
nastrój podniosły oczyszczenia
wiosennego, sypanie kwiatów, 
by zapomnieć grzechy.

Maj zamienny z nowym
rokiem, znów odrodzenie,
mizdrzenie się przyrody
pachnącej bzem i różą, 
do człowieka na rauszu…

… często pijanego miłością,
zdradą, dziwną amnezją,
powalonego motylami
już nie tyle w sercu, 
lecz też w brzuchu…

Bez skrótów

Teresa Rudolf

Bez skrótów

Streszczenie 
książki w pigułce,
muzyka na smartfonie.

Język na skróty
w “spoko”, też”nara”, 
a opór w “olewam”.

Uznanie, to znana
łapka w górę, 
a rozwód przez online.

Seks przez telefon,
miłość… aż do następnej,
a sen po proszkach.

A tutaj proszę… Covid,
bardzo cierpliwy, 
nawet flegmatyczny,

twą skrótowatością
gra sobie jak piłeczką, 
czekając bez pośpiechu

na ważność rzeczy, 
bez skrótów, a ma
przecież dużo czasu!

A my ?…
“Spoko”
Już teraz też.

Bez-denne  roz-czarowanie

Odór rozkładu
wartości iluzyjnych,
kolorowych obrazów
wiary, nadziei, miłości.

Ból posiadacza
najdroższych dzieł sztuki,
gdy już wie,
wszystko fałszerstwem.

Katastrofa Greka Zorby, 
bez tańca, śpiewu, 
bezbrzeżnego śmiechu
i zielonego kamyka. 

Żałosna porażka
intuicji, zaufania w człowieka,
w niebo, w ziemię,
choć ona dalej…

… przecież się kręci.

Ach, to serce

Teresa Rudolf

Litość, współczucie?

Czy to była  litość,
może współczucie,
ale różnica gdzie?

Przecież powinna
wyczuć, wiedzieć,
nie kamienieć.

Patrzyła na starca
o łzach wielkich
jak leśne jagody,

Nie wiedząc: przytulić,
milczeć, płakać,
czy pieniądze ważne?

Gdzie jakiś kapelusz,
lub talerzyk gdzie,
a… tylko te łzy?

Na chodniku obok
zasiadła wygodnie,
pokażę: “mam czas”.

“Czemu, więc czemu?”
pytała, między łzami
wielkimi jego i swoimi,

“Dziś odszedł pies
mój, głodny, chory,
i stary, jak ja…”

Noc

Tajemniczość nocy
otula moje ciało
ciasno jak płaszcz.

Nogi wytresowane
jak konie, prowadzą
w miejsca stare,

a… a tam nie ma nic,
nic dawnego, nowego,
czuję tylko moje serce…

nie więcej tu warte
od tego piernikowego,
z taniego jarmarku…

Ptakiem będąc

Teresa Rudolf

Wolność

Lot we śnie dziwnym,
pruję dziobem
powietrze jak ptak,
słysząc syczący wiatr…

Lecę bez lęku,
kręcę kółeczka
w górę, w dół tańcząc,
bo jestem ptakiem.

Nieraz byłam sama
tym pięknym snem,
na pamięć znam lot,
układ mego ciała,

Wolność oplata mnie
świeżością powietrza,
odurza jak opium,
szaleję na niebie…

…aż do dzisiaj,
ktoś do mnie strzelił…

Zobacz,
ptak wariuje
z radości, w swych
piruetach zawrotnych.

Zobacz,
wiosna biało-zielona,
przebiśniegiem się
wywierca do życia.

Zobacz,
ktoś uśmiecha się
do nikogo, ot tak,
prosto w życie.

Zobacz,
koło ciebie pełnia
wszystkich kolorów
świata, w tęczy.

A też czasem
smutek, strach,
ból, cierpienie?
…musi być lepiej,

to szansa dla życia…

Marzenia o marzeniach

Teresa Rudolf

Tak sobie marzę…

Kot Moritz delikatnie
opuszkiem łapki
w policzek stuka.

Przebija się słońce
przez cienką szybę,
złodziej bezszelestny.

Kiczowatością koloru,
niebieskość nieba
razi śpiące oczy.

DZISIAJ wchodzi
przedwiosenny dzień,
drzwiami życia.

Dzień dobry, dzień dobry
krzyczeć się chce
zostań mi dobrym…


I też mi się marzy

Leciutki letni wiaterek,
z listkami kwiatów
w porannej mgle tańczący.

I te kolorowe parasolki
małych kawiarenek
pachnących kawą i lodami,

powietrze z dziecięcym
śmiechem, też te widoki
kotów na parapetach

okien, z których patrzą
ludzie tak ciekawsko
jak kiedyś, tak niedawno

…ale też i …dawno.

Marzenia o dobrej ulicy…

A mnie się marzy,
dobroć człowieka
do nielubianego
czarnego kota,
w białych bucikach

…kiedy jest głodny,

wiesz, też i do tego
w te tygrysie łatki,
i do tego rudego,
wiesz, one chcą jeść,
nie zabiora  ci niczego…

…więc nie kop!

A mnie się marzy,
dobroć człowieka
do małego brudaska,
z ulicy tak brudnej
jak on sam, biedaczek…

…nie gardź, nakarm!

I nie ma tu poezji,
tematu do wiersza,
to smutna przepaść,
z setkami miauczeń,
twarzy, to nie zły sen

…obok ciebie sytego…

to też i twoje życie,
nie uciekniesz nigdzie,
choć czegoś nie lubisz,
gardzisz, a ja marzę,
by cię dopadło…

…obok dobrobytu,

w najpiękniejszym
momencie życia…
podła jestem, tak?
Przecież to takie
proste, być podłym,

…ty i ty, znasz to!

Powrót płaczącego słonia

Teresa Rudolf

Stara łza

Patrzył na to zdjęcie
tej Jedynej, tajemnicy
jego życia…

Gdzie dziś jesteś?
Czy jeszcze jesteś?
Ty, ach Ty…

Powoli oddalało
się to “dzisiaj”,
to “teraz”…

Coraz bardziej
biło wzruszenie,
bęben w sercu…

Smutna łza, stara
jak on sam,
spłynęła…

Gdzie jesteś,
Czy jeszcze jesteś?
Ty, och Ty…

Powroty

Tamte miejsca,
tamte słowa,
pamiętał wszystko,

tę tęsknotę
za dziwną historią
sprzed lat.

Uśmiech nad
absurdem życia,
ciągle młodego.

Jak mogłem?
Jak mogłem zabić
motyla w tobie?

Słoń gruboskórny,
łka we mnie
cichym deszczem.

Słoń z motylem
na głowie, w sercu
w pamięci?…

Jakże to?
Jakże to?
A jednak…

Co zostaje w nas?

Teresa Rudolf

Aznavour i Maradona 

I znów to przedziwne
poruszenie serca,
gdy nagle znany głos,
skądś się wyłania.

Znowu gdzieś cię dopada,
ten z zaświatów dalekich
głos, duch z przeszłości,
z przemijania twego.

Wkrada się wzruszenie,
gdy tu melodia, tam obraz,
tam z dzieciństwa książka,
a tam twoje zakochanie.

Wychodzą duchy i duszki,
bez rytuałów i zaklinania,
z pamięci, z odchodzenia,
w zwykłej codzienności.

Odpłynęło tylu twórców,
idoli, tu Presley, tu Van Gogh,
tu Osiecka, a tu Maradona,
jak komuś kiedyś pisane…

…taki dzisiejszy duch…

Odpływy i przypływy

Gdy zamykam oczy,
leciutkie wspomnienia,
chmurkami przypływają
pachnąc morzem i solą,

mając swoją melodię
spowalniają moje myśli,
rozleniwienie tuli ciało,
w dal odpływające.

Jakieś dziwne wzruszenie,
przepływa przeze mnie,
niepokój kłóci się z ciszą,
dobrze mi i też niedobrze.

Przypływa coś dość znanego,
muska pamięć cichej duszy,
łaskocze, irytuje, głaszcze
pocieszając, że odpłynie…

…w mojej tęsknocie.

Obserwatorzy niebiescy

Teresa Rudolf

Słoneczne zabawy

Słońce rozsunęło chmury,
nieśmiało spojrzało,
z lękiem na ziemię.

Nic się nie dzieje,
pustki, nie wiem
po co się wyłaniać?

Drzewa nagie, ptaki
bez żadnej ambicji,
a ludzie w bezruchu?

Spojrzę do Google’a,
co tam na tej ziemi,
A może chora i w łóżku?

A to może i dobrze?
Nie trzeba myć nieba,
popływam dziś po nim,

w czyściusieńkiej, pięknej,
słonecznej wodzie
oceanu niebieskiego.

A na tej nijakiej ziemi,
niewidoczne… niech
stanie się widocznym.

Księżyc w pełni

Patrzę na Ciebie,
ty srebrny, okragły,
w półuśmiechu…

Jesteś tajemniczy,
skarbnica wiedzy,
o zagadkach świata.

Pamiętasz dinozaury,
Ikara w spadaniu,
wszystkie plagi świata?

Pamiętasz wojny,
wielkie zimy,
historyczne wiosny?

Przyglądasz się
milcząco światu
ironicznie, stąd uśmiech?

Wiesz to, człowiek
się do ciebie wybiera…
nieproszony gość?

Och, ty tajemniczy,
potrafisz się obronić,
gdy zrobi ci najazd?

Człowiek trauma,
czołg wypuszczony
na wszystko co żyje.

Patrzę na ciebie,
ty srebrny, okrągły,
widząc twą pogardę,

nad człowiekiem,
litość nad zwierzęciem,
i pełnymi kościołami

z prośbą o wybaczenie,
modłami lamentującymi
nad tym, “co nie tak!”

Ach ten człowiek,
ciągłe dziecko Boga,
z sumieniem w pampersie.

Bajka o młodości i starości

Powinnam była opublikować tę bajkę w ubiegły czwartek, kiedy w Polsce obchodziliśmy Dzień Babci, ale czwartek zaanektowała Agnieszka, bo “jej się należało”, piątek był zajęty przez Amandę Gorman i historię Januszka (dwa wpisy jednego dnia, tak!), w sobotę był dzień Lucy, Wielkiej Mistrzyni, w niedzielę musiały się ukazać Dziewuchy i tak to bajka o młodości i starości ukazuje się dziś. Ale przecież nie jesteśmy drobiazgowi, prawda?
Wasza Adminka

Teresa Rudolf

Clausyndia

Był sobie kraj zwany Clausyndią, a po naszemu Czekoladową Krainą. I nazwa ta nie ma nic wspólnego z czekoladą i słodyczami, ale pochodzi od pięknego czekoladowego koloru skóry jej mieszkańców. Skóra ich była tak nieziemsko lśniąca, że w tym kraju nie stosowano w ogóle luster, gdyż ludzie przeglądali się po prostu w innych osobach jak w lustrze.  Jak przystało na taki kraj, był też dwór i para królewska z córką królewną, która była pięknym i niezwykle próżnym dzieckiem. Ciągle słyszała w szeptach ludzi dworu i mieszkańców Clausyndii, że jest „przepiękna, aż do utraty tchu“. I tresowano również papugi, by głośno wykrzykiwały na jej powitanie: „Och, ty przepiękna aż do utraty tchu!”

Codziennie rano odbywały się apele, gdzie księżniczka mogła się przeglądać w lśniących ciałach swych poddanych, odzianych w kolorowe, skąpe szaty i podziwiać samą siebie: „Ach, jestem piękna, aż do utraty tchu”.

Któregoś dnia księżniczka zauważyła (z wrodzonej próżności dłużej się sobie przyglądając), że w ciałach ludzi starszych widzi swój obraz jakiś inny, widzi siebie pomarszczoną, bez tego połysku, który tak wspaniale odbija jej postać. Niejednokrotnie stawała przed mieszkańcami na apelu porannym i porównywała swe różne odbicia, złoszcząc się, gdy widziała tę inność kojarzącą się jej ze starszym wiekiem. Stwierdziła, że ludzie ci ze swoimi niekorzystnymi zmianami burzą tę harmonię, najważniejszą dla jej poczucia wartości.

Gdy miała piętnaście lat, zmusiła swych rodziców, by odizolowano wszystkie starsze osoby od młodych, w których teraz mogła się przeglądać przy każdej okazji, wsłuchując się w ich szepty i krzyki papug: „Piękna, aż do utraty tchu”. Młode dziewczęta zaczęły naśladować ją we wszystkim, również powielając jej skąpy, kolorowy strój, fryzurę, makijaż.

Nagle, któregoś dnia rano po obudzeniu, popatrzyła na swoją rękę i z przerażeniem zobaczyła na niej starą, pomarszczoną skórę… Ona, „piękna, aż do utraty tchu” piętnastolatka, miała bardzo starą rękę… To niemożliwe!!!  To niemożliwe!!!

Rodzice zaczęli poszukiwać najlepszych lekarzy, dermatologów z kraju i zagranicy (szczególnie z Polski), bojąc się również nieznanej i postępującej choroby. Dziewczyna marniała w oczach, codziennie patrząc i rejestrując każdą nową zmarszczkę, nie mogąc się niczym innym zająć, nic ją bowiem innego nie interesowało. Nie pokazywała się więcej na apelach porannych i zaczęła z zazdrości nienawidzić młodych i ich młodość.  Żaden młody lekarz nie znajdował jednak jakiejkolwiek rady. Ściągnięto jednego ze starszych lekarzy, który od roku wraz z innymi żył akurat w izolacji, będącej wynikiem nowej ustawy, wprowadzonej na usilne wymaganie królewny.

Zobaczył ją i ze smutkiem stwierdził głośno: „Tu się nie da nic zrobić, bo to nie jest choroba skóry, ale psychiki, tak zwany »syndrom przedwczesnego starzenia się u osób pięknych, aż do utraty tchu«. To jest fobia przed starzeniem się, może być tylko wyleczona przez konfrontację z tym, co się omija, to znaczy ze starszymi ludźmi. Królewnie może tylko pomóc przebywanie cały rok również w izolacji z jakąś starszą kobietą, którą przepiszę zaraz na receptę”.

I tak oto królewna zamieszkała w ogromnym, wspaniałym królewskim pokoju z dziewięćdziesięcioletnią kobietą, która na ogół milczała niepytana, często patrzyła rozmarzona przez okno, wsłuchiwała się w śpiewy ptaków, miedzy innymi papug, mówiących z zachwytem: „Ach, jakaż przepiękna wiosna, aż do utraty tchu”. A mówiły to pięknymi, zachwyconymi głosami, których królewna nigdy wcześniej nie słyszała. Oczywiście była zazdrosna o wiosnę i wszystko inne, co wzbudzało zachwyt.

Księżniczka zaczęła się potwornie nudzić, nigdy nie patrzyła na starszą kobietę, by się w niej nie odbić, obrażała ją, poszturchiwała, dokuczała, gdzie i kiedy tylko mogła. Jej zdrowie się nie poprawiało, więc znów odesłano lekarza. Aż któregoś dnia zniecierpliwiona kobieta, chociaż niepytana, powiedziała: „Mogę ci pomóc, po to tu jestem, ale pod jednym warunkiem. Przestań omijać swoje odbicie, a raz popatrz na zmarszczki na mojej skórze, które teraz nie różnią się akurat niczym od twoich. One opowiadają historię, są książkami, szczególnie jeśli przestaniesz się ich tak bać. Żebyś mogła być zdrowa, spróbuj mnie dotknąć z ciekawością, co cię dalej czeka”.

Królewna wpadła w szał, pobiła  kobietę za odwagę, że coś takiego mogła zaproponować. Ona miałaby dotykać tego starczego ciała! To niemożliwe!  Następnego dnia obudziła się ze skórą starszą od najstarszej staruszki, jaką w życiu widziała. Na parapecie siadła papuga mówiąca znów coś całkiem innego niż dotąd: „Próżna, próżna, aż do utraty tchu”. Po raz pierwszy dziewczyna zapytała z pokorą: „Dlaczego tak do mnie mówisz?” Papuga odparła: „A czyż tak nie jest? Nie widzisz nic, nie słyszysz nic, przerażona skupiasz się tylko na swojej przemijającej urodzie, nie słuchasz nawet rad, które mogłyby ci pomóc, byś wróciła do swego wieku, do twoich szesnastu lat”. Księżniczka spytała: „A co mam zrobić?” Usłyszała odpowiedź: „Tylko tyle: dotknij ciała tej kobiety bez lęku, z ciekawością, co może to zmienić w twoim życiu”. Dziewczyna przerażona swą sytuacją, podeszła niepewnie do kobiety i nieśmiało dotknęła jej ręki.

I nagle jedna ze zmarszczek otwarła się i zaczęła rozszerzać do ogromnych rozmiarów, ogarnęła cały jej świat, pokazując jakiś inny kraj, z inną roślinnością, z innymi ludźmi, wspaniałym zapachem róż i piwonii… „Co to wszystko znaczy?” – krzyknęła królewna. „Co to jest?” „To jest kraj z moich podróży, przepiękny, kolorowy, już nawet nie wiem, jak się nazywał. To moje wspomnienie… Wszystko się zapisuje w człowieku – to co dobre i złe, piękne i brzydkie” – odparła stara kobieta.

Królewna z ciekawością dotykała zdumiona różnych miejsc na ciele kobiety, dziwiąc się różnorodnością obrazów i historii, które widziała. Aż któregoś dnia dotknęła bardzo głębokiej bruzdy na jej czole i nagle zobaczyła sama siebie, jak na nią krzyczy, jak ją poniża, tupie nogami i ze złości ma całą twarz pokrytą niesympatycznymi, brzydkimi zmarszczkami. Ujrzała, że właśnie tę kobietę kiedyś prawie pobiła na apelu porannym i z jej powodu zmusiła swój kraj do przestrzegania absurdalnej ustawy o izolacji starszych ludzi. Zdziwiła się ogromnie, że nawet jej później nie rozpoznała. I wtedy doszło do niej, że przecież nie znała twarzy swych poddanych, gdyż używała ich jedynie jako luster, w których się przeglądała. Zrobiło jej się bardzo nieswojo, szybko zmieniła zmarszczkę, dotknęła jej i zobaczyła nagle ogrody ze wspaniałymi jabłoniami, z kwiatami nieznanymi, śpiewem ptaków: „Przepiękna wiosna, aż do utraty tchu”.

Przypomniało jej się, że znała przecież ten tekst od papug domowych, ale nie zwracała na niego uwagi, a jeśli nawet, to była wtedy raczej oburzona niż ciekawa, co by miał znaczyć. Teraz zrozumiała, że życie jej było puste, bo się nim w ogóle nie interesowała. Następnego ranka znów z lękiem spojrzała na swą rękę i spostrzegła ze zdumieniem gładką, młodą, lśniącą, czekoladową skórę szesnastolatki. Z wdzięcznością podeszła do kobiety i podziękowała za pomoc, przyznała, że wstydzi się tego, jaka była. Ta powiedziała z uśmiechem: „Najważniejsze uczyć się na błędach, bo na ogół można jeszcze coś naprawić, jeśli tylko wyjdzie się poza swą osobę, i wtedy można wszystko widzieć, starać się zrozumieć, słuchając z ciekawością historii, wspomnień, które noszą w sobie inni ludzie. Z wiekiem sami stajemy się skarbnicą różnych doświadczeń i historii, może nimi również ktoś się zaciekawi”.

Uzdrowiona królewna pokazała się znowu na apelu porannym, przemaszerowała między rzędami młodych mężczyzn i kobiet, zobaczyła z zadowoleniem swe dawno niewidziane odbicie, ale poczuła jakiś smutek w sobie, pustkę, niedosyt wrażeń, uczucie nudy, jakiego przed chorobą nigdy nie znała. I zrozumiała, że to, czego jej brakuje, to ludzie, którzy coś więcej znaczą niż młodość i uroda. Kazała z powrotem sprowadzić starsze pokolenie i znów znalazło ono swe miejsce na apelu porannym. Niejednokrotnie, patrząc w czekoladowe, pomarszczone twarze, miała ochotę podejść i dotknąć zmarszczek, by zobaczyć jakąś nieznaną historię, obrazy przepiękne, ale czasem i smutne. Nie robiła tego jednak publicznie, czując, że istnieją tajemnice, na których poznanie potrzeba specjalnego, cichego pozwolenia od tych mądrych, doświadczonych ludzi.

Królewna żyła długo i szczęśliwie. Nie bała się starości. Zapomniała dawno o swoim odbiciu i cieszyła się bardzo, gdy papugi głośno wykrzykiwały: „Mądra, mądra i piękna, aż do utraty tchu”. A i ludzie, czyli poddani, mimo jej podeszłego wieku nie przestali o niej szeptać: „Piękna, piękna i mądra, aż do utraty tchu”.

Uśmiechała się wtedy ciepło, ona, KRÓLOWA, „Piękna, piękna, aż do utraty tchu”…


Przedruk za: Teresa Rudolf, Labirynty, Wydawnictwo Poligraf, 2019, ISBN 8381590841, 9788381590846