Dożynki, sukkot i 3 października

Ewa Maria Slaska

A poza tym nic na działkach się nie dzieje,
śpiewała Barbara Kraftówna.
Co niedziela działkowiczów barwny tłum,
Pośród kwiatów głośno dziecię się zaśmieje,
Bo wesoło, bo beztrosko jemu tu.
Nam też było beztrosko. Przyszliśmy na ekumeniczne święto dziękczynienia “na działkach”. Był przepiękny jesienny dzień. Wszędzie kwitły przepiękne kwiaty, dalie wielkie jak talerze, aksamitki, kosmee, cynie, róże, późne jesienne malwy i rodowa roślina rodu Slaskich czyli ślaz.
Nad jednym z sąsiednich ogródków powiewała flaga niemiecka – był 3 października i, niejako przy okazji, obchodziliśmy 30 rocznicę zjednoczenia Niemiec.

W rogu ogrodu ustawiono ołtarz dziękczynienia, pełen kwiatów, jarzyn i owoców. Każdy, kto przychodził, coś tam dostawiał. A to słoik miodu, a to konfitury, a to wspaniały ogromny chleb. Z boku na grillu ktoś smażył kiełbaski, a w budynku administracji, działkowiczki sprzedawały pyszne domowe ciasta.
Na trawie bawiły się dzieci, a pilnowali ich ojcowie. Matki siedziały przy stołach, piły kawę i rozmawiały. Dość często się to obserwuje w młodych rodzinach niemieckich. Rodzice umawiają się, kto kiedy ma dyżur przy dziecku i ojcowie bardzo poważnie traktują swoje obowiązki. Matka, nawet jeśli akurat nie wyszła na piwo albo na wykłady na uniwersytecie, nie wtrąca się w to, jak tata zajmuje się dziećmi.

 

Pastor, który odprawia nabożeństwo, nazwane jednak Andacht, czyli złączenie się w modlitwie, a nie Gottesdienst, czyli nabożeństwo sensu stricte, swoje krótkie wystąpienie poświęca życiu, bo życie to wdzięczność, życie to tragedia, życie to ciągłe zaskoczenie. W ostatnich dniach autorzy blogowych wpisów, Ela Kargol i Mietek Węglewicz, napisali, że życie to wolność, co mi bardzo odpowiada, ale nie sposób nie zgodzić się z miłym pastorem, że jest to (również) coś wspaniałego, za co musimy być wdzięczni, że życie wciąż nas zaskakuje i że, oczywiście, życie to też dramat. Dramat śmierci, niesprawiedliwości, kataklizmów, wojny, epidemii, ale też samotności, braku zrozumienia i porozumienia. Zapewne, przyznaję, dużo tu “dopisałam” do myśli pastora, ale to dlatego że jego wystąpienie “dało mi”, jak to mówiliśmy w szkole, “do myślenia”. Mottem kazania był cytat z książki Alberta Schweitzera, który, jako ewangelik, nie może zostać uznany za świętego, ale, powiedział pastor, gdyby ewangelicy uznawali świętych, to Schweitzer na pewno by nim został. „Jestem życiem, które pragnie żyć, pośród życia, które pragnie żyć”. To najsłynniejsze zdanie Schweitzera oznacza, że cześć dla życia wymaga szacunku dla ludzi, zwierząt i roślin. A może i dla Ziemi, myślę, przypominając sobie niedawne rozmowy z moimi bardzo młodymi przyjaciółmi o teorii Jamesa Lovelocka. Ziemia, czyli Gaja, też jest żywym organizmem.

I też nie możemy jej krzywdzić.

Dyskretnie sprawdzam w komórce, co każdy z nas powinien wiedzieć Schweitzerze. Urodził się w roku 1875 w Niemczech, zmarł w Gabonie w roku 1965. Był filozofem, teologiem, lekarzem, organistą, jednym z najlepszych znawców Bacha na świecie. Pacyfista, działacz społeczny, prekursor ekologii, laureat nagrody Nobla, jeden z najważniejszych myślicieli XX wieku.

Po chwili namysłu oceniam, że Lovelock, choć pastor o nim nie wspomniał, też jednak zasługuje na wspomnienie tu. Z głowy pamiętam, że ma 101 lat, wciąż jeszcze żyje, jest Anglikiem, stworzył teorię żywej Ziemi, jego wynalazki znajdują zastosowanie w rakietach kosmicznych, a obecnie zajmuje się sztuczną inteligencją.

Niezwykli faceci. Jak się o nich myśli, to może fakt, że w historii liczą się tylko biali starzy faceci, przestaje aż tak uwierać. Polski zespół Łąki Łan nagrał piosenkę o Lovelocku,

a tu Albert Schweitzer gra Jana Sebastiana Bacha.

I na zakończenie – 2 października 2020 roku się zaczęło, 7 się skończy – radosne żydowskie święto zbiorów, Sukkot.

ARU

AutonomeRepublikUtopia

Ewa Maria Slaska

Kurz bevor die Deutsche Demokratische Republik Geschichte sein würde, wurde am 2. Oktober um 23.53 Uhr am Kollwitzplatz die Autonome Republik Utopia ins Leben gerufen. „Das war für uns ein symbolischer Akt“, sagt eine der Initiatoren, Julia Dimitroff heute. „Wir traten aus der DDR aus, aber wir traten nicht der Bundesrepublik bei. (…) Wir haben das Klettergerüst erklommen, ein weißes Bettlaken mit einem Loch in der Mitte gehisst und die Unabhängigkeitserklärung verlesen“.

Für eine Nacht gab es weder Zeit noch Raum. Utopia halt.

In der Erklärung der ARU (Autonome Republik UTOPIA) hieß es: „Wir sind unabhängig von Staaten und Staatsbürgerschaften, unabhängig von der Politik der Parlamente und Parteien. Die Unabhängigkeit aber fängt im Inneren jedes Kindes, jeder Frau und jedes Mannes an. So wie die Freiheit und so wie der Widerstand. In jedem Herzen steckt eine revolutionäre Zelle.“

So begann der Tag, den viele willkomen hießen, viele aber zutiefst ablehnten. Nicht umsonst hiess damals der Tag der Deutschen Einheit auch der Tag der deutschen Gemeinheit oder der deutschen Depression. Es gab einen Riesenfeier vor dem Brandenburger Tor, aber viele von uns wollten nicht hin. „Alle Hoffnung auf Veränderung wurde an diesem Tag eingefroren, die Aufbruchstimmung, die das Land im Herbst 1989 erfasst hatte, war schon lange hin.” sagte Uwe Rada, dem taz-Publizist, einer der damaligen Oppositionellen aus der DDR.
Die Zeit der Utopie ist sehr kurz gewesen. Symbolisch dauerte sie nur eine Nacht. Wie lange dauerte sie praktisch? Na ja, nicht viel länger als der Sancho Pansa auf seiner Insel Barataria regierte. Bei ihm dauerte es zehn Tage. Und bei uns? Für viele war es, obwohl doch nicht symbolisch, auch nur eine Nacht, allerdings nicht die der Vereinigung, sondern für die aus der DDR wahrscheinlich nur diese eine Nacht als sie am 9. November ungehindert an Kontrollpunkte der DDR in die freie Welt kamen. Für uns, Leute aus Westberlin, war es die Nacht, als der erste Teil Mauer runterfiel (gefallen von den DDR-Grenzsoldaten! – man muß es vollschmecken). Es war ein Freitag mit unglaublich großen Vollmond, es war fürchterlich kalt, aber die Stimmung auf den beiden Seiten der Mauer war unglaublich!

Das Beste, was die deutsche Literatur bis heute über diese Zeit hervorgebracht hat, ist, meine Meinung nach, der langatmiger, langweiliger, grandiöser Roman von Günther Grass – Das weite Feld. Grass äußere sich darin vehement gegen die deutsche Wiedervereinigung und dies hat vielen uns damals sehr gut gefallen. Wir glaubten nicht daran. Wir sehnten uns auf unsere Westberliner-Insel zurück. Der Rausch war vorbei, der Sommer der Anarchie, die Zeit zwischen Noch und Schon – endgültig vorbei.

Ganz im Sinne von Grass gingen wir an dem Tag Pilze sammeln, um sie am Abend gemeinsam zu braten und essen, und Scrabble spielen. Bloss nicht darüber zu denken, was jetzt beginnen wird.

In der Stadt ging aber interessant vor sich, was wir, Parasole essend, nicht wahr nahmen (und nicht wahr nehmen wollten). Am Alexanderplatz sammelten sich 15.000 Leute zur großen Anti-Wiedervereinigungs-Demo. Es flogen Steine, die West-Polizei, die das erste Mal den Ostdeutschen-Boden betrat, knüppelte, die Demo wurde aufgelöst. Es war die erste gesamtdeutsche Straßenschlacht in Berlin. Schaufenster wurden geschlagen, 200 Leute festgenommen. Die taz, schrieb Rada, titelte: „Glassplitter auf deutscher Einheitstorte“.

Die ARU – Autonome Republik UTOPIA – ist zerstört worden, bevor sie überhaupt entstehen konnte.

Z wolnej stopy 14

Zbigniew Milewicz

Pan Zbyszek

Ile mógł mieć lat, kiedy przyszły dowódca Luftwaffe posadził go sobie na kolanach i coś do niego powiedział po niemiecku? Chyba pięć, albo sześć. Hermann Göring przyjechał do Białowieży prywatnie, na polowanie, to była jego namiętność. Później też tam bywał, już jako dygnitarz III Rzeszy, na zaproszenie polskiego rządu. Hitlerowi zależało na tym, aby znaleźć w Polsce sojusznika przeciwko Rosji, dochodziło więc do różnych spotkań i rozmów na wysokim szczeblu, m.in. przy okazji polowań na wilki i rysie w Puszczy Białowieskiej. Tata pana Zbyszka zarządzał w Białowieży pałacykiem myśliwskim, zbudowanym jeszcze za czasów carycy Katarzyny II, dla dworskich polowań, i tam Göring się zatrzymał, a że syn wszędzie ojcu towarzyszył, to znał wszystkich gości.

Zbigniew Michał Kowalczyk był urodzonym warszawianinem. Kiedy 30 sierpnia 1939 roku wrócił z obozu harcerskiego w Rumunii do rodzinnego domu, czekało już na niego powołanie do wojska. Otrzymał przydział do ochrony starostwa w Prużanie, stamtąd wraz z oddziałem ruszył dalej na wschód, aż doszły go wieści, że do Polski wkroczyła Armia Czerwona. Wtedy, wspólnie z wycofującym się ze wschodu oddziałem płk. Antoniego Kamińskiego i grupą nadleśniczych, żołnierze Kowalczyka schronili się w Puszczy Białowieskiej. Nie spodziewali się, że tam znienacka zaatakuje ich białoruska partyzantka, sojusznik wroga, liczebnie znacznie silniejsza od nich. Złożyli broń. Chłopi oddali ich w ręce NKWD i ponad 30 żołnierzy, wraz z dowódcami zamknięto w tzw. „więzieniu Białym“ w Słonimiu.

Warunki były trudne. W celach tłoczyło się po 50 – 80 osób, co kilka dni Kowalczyka wzywano na nocne przesłuchania i bito, dopóki się nie przyznał do przynależności do Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. To śledczym wystarczyło, aby odpowiedział za antysowiecką działalność. W ostatniej dekadzie czerwca 1941, po wkroczeniu Wehrmachtu do ZSRR, NKWD rozpoczęło w więzieniu masowe rozstrzeliwania. Oto relacja Kowalczyka na temat tamtych, dramatycznych wydarzeń:

„Byliśmy zupełnie otępiali, niewrażliwi na nic, tacy jacyś zupełnie myślowo mało działający, opóźnieni jakoś w sposobie myślenia. Potem wychodziliśmy na dwór, stawaliśmy pod murem naprzeciw wejścia. Pierwszy był pułkownik, drugi byłem ja, trzeci był Karol Kamiński, potem był kapitan nadleśniczy Urban z Białowieży – razem 32 osoby. Przypuszczam, że innym, tak jak i mnie odczytano wyrok śmierci. Po kolei przychodzili pod ścianę, pod mur więzienny. Potem przyszedł eszelon do rozstrzelania nas. Do tego momentu nie mieliśmy nic ogłoszonego, żadnego wyroku. Było to przygotowane do normalnej likwidacji, tak jak zostało wykonane w Katyniu.” *

Kiedy stał przed plutonem egzekucyjnym, niemieckie samoloty akurat bombardowały okolicę i jedna z bomb spadła na więzienie, burząc mur. To był dobry prezent od „wujka” Hermanna, tym bardziej, że nieoczekiwany. Gdy później, w 1944 roku, to samo lotnictwo obracało w zgliszcza i ruiny jego ukochaną stolicę, życzył mu dla odmiany pewnie wszystkiego najgorszego. O losach Zbigniewa Kowalczyka między 1941 rokiem i Powstaniem Warszawskim niewiele wiadomo. Tyle tylko, że w 1943 roku ukończył szkołę podchorążych Związku Jaszczurczego, a z początkiem 1944 roku otrzymał awans na stopień podporucznika Narodowych Sił Zbrojnych. Aresztowany przez Niemców, wylądował na Pawiaku. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach opuścił więzienie.

W czasie powstania posługiwał się pseudonimami „Żbik”, „Żbikowski” i walczył na Starówce, w zgrupowaniu „Róg”, pod dowództwem kpt. Lucjana Giżyńskiego, ps. „Gozdawa“. W czasie walk awansuje do stopnia porucznika, jest trzykrotnie ranny. Po upadku powstania został wzięty do niewoli i wywieziony do obozu w Ożarowie, później do Lamsdorf i wreszcie do Murnau w Bawarii. Tam doczekał wyzwolenia przez Amerykanów. Kolejne etapy życia Zbigniewa Kowalczyka przypominają sensacyjny serial: wstępuje do Brygady Świętokrzyskiej, która stacjonuje w Bernardovicach, koło Pilzna, w strefie amerykańskiej, przechodzi szkolenie wywiadowcze, przybiera na stałe nazwisko Dziakoński i jedzie do Polski. Celem jego misji jest dostarczenie kryształków do budowy radiostacji szpiegowskiej. W drodze powrotnej ma pomóc przedostać się na Zachód ze strefy okupowanej przez zieloną granicę, grupie prominentnych osób, którym grożą aresztowania i śmierć ze strony funkcjonariuszy UB oraz NKWD. Wśród nich są żony czterech byłych ministrów Słowacji i osoby z polskiego establishmentu. Porucznik Dziakoński ma wspólnika – to oficer Sławomir Modzelewski „Lanc“ – którego zadaniem jest przemycenie do kraju książki szyfrów do nadawania meldunków przez radiostację. A w drodze powrotnej – wywiezienie z Polski na Zachód najbliższej rodziny gen. Władysława Andersa. Inicjatorem tych zadań jest dowództwo amerykańskie.

„Z końcem sierpnia 1945 roku Dziakoński, jako repatriant, przedostał się drogą Jerzego Kozarzewskiego „Konrada“ do Dziedzic na Śląsku – czytamy w pracy historyka i dokumentalisty, dr Łukasza Wolaka, “Ochotnik do Polski”**. Z tego samego kanału w tamtym czasie korzystali również żołnierze Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość“ (WIN) a także wywiadowcy 2 Korpusu Polskiego, w tym rtm. Witold Pilecki. W kraju Dziakoński otrzymał komplet dokumentów, które umożliwiły mu swobodne poruszanie się po Polsce.” Z dalszej treści materiału wynika, że w międzyczasie nastąpiły pewne zmiany w planach. Prominenci, którym porucznik miał pomóc wydostać się z Polski, skorzystali wcześniej z innych możliwości wyjazdu, natomiast „Lanc” niedługo po przekroczeniu granicy został aresztowany przez bezpiekę i Dziakoński musiał dodatkowo przejąć jego powrotne zadanie. Mianowicie – przeprowadzenie przez granicę żony, córki i zięcia gen. Andersa.

Spisał się na medal, choć był na krawędzi dekonspiracji. Za eksfiltrację rodziny generała Andersa został w Polsce zaocznie skazany na karę śmierci. Była to więc jego pierwsza i ostatnia polska misja.

Pisze o niej Adam Dyrko z Monachium, w swojej książce “Wygnańcze szlaki”***, traktującej losach polskich emigrantów i uchodźców w Niemczech. Narratorami poszczególnych rozdziałów są ich bohaterowie, m.in. Zbigniew Kowalczyk vel Dziakoński. Kontynuuje, co stało się później w jego życiu, jak znalazł się w oddziałach wartowniczych**** armii amerykańskiej w Dachau. W sumie jest to bardzo ciekawa opowieść, warta lektury, nie będę więc zdradzał jej wszystkich szczegółów. Wspomnę tylko, że miałem wielki zaszczyt i przyjemność osobiście poznać mojego imiennika i panią Renię, jego małżonkę, dzięki kochanej Marysi Mayerhöfer-Trzeciak, która od lat była z nimi rodzinnie zaprzyjaźniona.
Do spotkania doszło podczas ogniska świętojańskiego nad Isarą, zorganizowanego przez pana Zbyszka dla monachijskiej Polonii, parę tygodni po moim przyjeździe do Niemiec w 1988 roku. Nie zapomnę późniejszej, wspólnej wycieczki jego starym camperem do Kolonii, na jakieś polonijne święto, kiedy złapaliśmy gumę; jego spotkań z harcerzami ze szczepu Białe Orły, którym dowodził druh Waldek Nowakowski, jak w prostych słowach tłumaczył moim synom i innym dzieciakom, co to jest ojczyzna; ciepłej atmosfery mieszkania państwa Dziakońskich, przy Warngauerstrasse, w którym często gościliśmy z moją byłą żoną i dziećmi, pogody ducha gospodarzy, tego, z jaką klasą tańczyli walca na polonijnych balach oraz faktu, że zawsze każdemu i w każdej sprawie gotowi byli bezinteresownie pomóc; wreszcie tej naszej ostatniej, kilkuosobowej, wyprawy na biegówki nad Spitzingsee, gdzie nadal gibki w ruchach senior w pewnym momencie oświadczył, że chyba pora mu już skończyć z czynną karierą sportową i przejść na szkolenie młodzieży, zwłaszcza żeńskiej…

W lutym 2004 roku Zbigniew Dziakoński został awansowany do stopnia podpułkownika rezerwy WP. Zmarł 9 sierpnia 2006 roku w Polsce i spoczywa na warszawskich Powązkach, w Alei Zasłużonych. Wczoraj minęło właśnie stulecie Jego urodzin, z tej okazji o panu Zbyszku napisałem.

Panstwo Dziakońscy z wizytą u Marysi Mayerhöfer, na Blumenau, w 1971 roku. Najmłodszy to Jaś, syn gospodyni.
P.S. Nie lubił pozować do zdjęć. Mama Marysi lubiła natomiast komentować fotki różnymi uwagami…

Państwo Dziakońscy na wycieczce Polskiego Klubu Katolickiego w Monachium do polonijnego ośrodka harcerskiego w Alzacji, w okolicach Colmar, 2000 rok. Tutaj – w Strassburgu.


* Archiwum Ośrodka „Karta“, sygn.AW I/ 0148, Relacja Zbigniewa Dziakońskiego z listopada 1989 r.oku

** “Polska Zbrojna”, Historia, nr.1/2020

*** Oficyna Wydawnicza Volumen, 2007. Niestety nakład jest już wyczerpany, tylko autorowi książki zostało jeszcze nieco egzemplarzy; zamówienia proszę kierować na adres: adyrko@gmail.com

I jeszcze przypis od Adminki:

**** Akurat niedawno Tadeusz Rogala napisał dla Czytelników bloga wspaniały wpis właśnie o amerykańskich oddziałach wartowniczych, trzeba TAM koniecznie zajrzeć.

Rozmowy polskie jesienią 2020 roku

Ela Kargol i Ewa Maria Slaska

Rozmowa facebookowa 24 sierpnia po wycieczce do Szczecina. Urywany charakter rozmowy, powtarzanie się zdań i nieprzystawalność argumentów w dyskusji, bo w międzyczasie pojawiają się inne uwagi, należą do symptomów aktualnego stanu komunikacji międzyludzkiej, więc nie próbowałam tego zmienić tak, by nasza debata z Elą była jasna i czytelna. Proszę Czytelników o wyrozumiałość i podążanie za meandrowym sposobem komunikacji.

Ela: Byłyśmy z siostrą na placu Solidarności, obejrzałyśmy mural wykonany na 40 lecie sierpnia.

Ela: Byłyśmy też przy przygotowaniach do ponownego odsłonięcia muralu Iwaszkiewicza. Odsłonięty w czerwcu, po kilku dniach zamalowany czerwoną farbą, miał być odsłonięty dzisiaj i był (tylko w innej formie), bo w przeddzień został znowu potraktowany, tym razem czarną, farbą.
Ela: Mural z cytatem Iwaszkiewicza w Szczecinie zniszczony
Ela: https://images.app.goo.gl/fbVetjEsCeQrob5y8

Ela: To był ten oryginalny:

Ela: Inna sztuka pod trasą zamkową trzyma się dobrze.

Ewa: Gejowski list miłosny… oburzające akty wandalizmu i agresji anty wiadomo co. Ale z drugiej strony jest też pytanie o szacunek dla intymnych spraw innych ludzi. Ciekawe, czy Iwaszkiewicz by chciał, żeby ten list (i inne) w ogóle został opublikowany, a co dopiero z nazwiskiem jego i jego kochanka znalazł się na muralu…?
Ewa: On był dyskretny, ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. Jak Tomasz Mann. Obaj mieli żony, dzieci, pozory normalnego życia.

Ela: O tym samym myślałam w czerwcu, ale potem było mi bardziej przykro, że go zniszczyli. Teraz to będzie już taka przepychanka.
Ela: Każda z nas pisała (chyba) listy miłosne.

Podwórko koło Café Berlin w Szczecinie

Ewa: No, ale nie wiem, czy bym chciała obejrzeć cytaty z moich listów na muralu.
Ewa: Z naszymi nazwiskami i zdjęciami i informacją, że mój kochanek był o kilkanaście lat młodszym gejem.
Ewa: Oboje się tego do dziś nie wstydzimy, ale czy to ma iść na mural?

Ela: No i trochę masz rację, że to prywatne sprawy, ale one były już publikowane.
Ela: Te sprawy nie wyszły na jaw na tym muralu.
Ewa: Dla naukowców nie, ale dla zwykłych ludzi na pewno.
Ewa: Rozumiem, że to jest element walki o tolerancję, ale czuję się z tą sprawą niedobrze.

Ela: Ale to wyznanie miłosne jest piękne, mnie się w sumie pomysł podobał.
Ela: Cytujemy cały czas, że ich tak nazwę, “wipów”

Ewa: Każde prawdziwe wyznanie miłosne jest piękne, ale jako mural wydaje mi się nadużyciem.
Ewa: Trzeba było zapytać np. “Michaśkę” Witkowskiego i jego kochanka, czy by dali wyznanie, nazwiska i zdjęcia na mural!?
Ewa: Albo Dehnela i jego męża

Ela: Do moich chłopaków (dużo ich nie było) pisałam: “a gdy będę zakochana, wyślę panu list i klucz”, może teraz cytowałabym Iwaszkiewicza.

Ewa: Dla naukowców nie było to nic nowego, ale dla zwykłych ludzi na pewno.
Ela: Zwykli ludzie nie będą szukać malunków pod trasą zamkową, choć teraz po tych kolejnych zamalowywaniach media nagłośniły sprawę.

Ewa: On był dyskretny, ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. Jak Tomasz Mann, jak Marcel Proust, jak Federico Garcia Lorca.
Ela: Masz racje, tę dyskretność należałoby uszanować. Z tym szanowaniem pewnych zasad młodzi mają problem. Jest przyzwolenie na przekraczanie pewnych zasad, ale w tym przypadku nie widzę niczego złego. W dzisiejszych czasach on nie musiałby się ukrywać.

Ewa: Ale mógłby chcieć. Mam kilku znajomych, którzy to robią… Nawet w Berlinie.
Ewa: Oni nie mogą w tej sprawie sami o sobie zadecydować
Ewa: A my naruszamy ich intymność.
Ewa: Poza tym w Polsce jednak ludzie nadal się ukrywają.

Ela: Tak.

Ewa: Czy mogę zrobić wpis z tej naszej dyskusji o Iwaszkiewiczu?
Ela: Pewnie, że tak, podeślę Ci zdjęcia
Ewa: Super. Mogę napisać, że ty to ty?
Ela: Napisz, że ja to ja i że jestem za. Teraz przez to wszystko, co się stało i stanie, i jakie wipy mają w tym udział, cała rzecz się inaczej potoczy. Pomysł z chatem na komórce jest super. I tak jak chyba pisałam: sztuka, czyli te inne malunki pod trasą zamkową mają się dobrze. A jest ich dużo.

Ela: Otwarcie było w czerwcu i ja w ten dzień byłam w Szczecinie, ale o tym nie wiedziałam, no więc jak przeczytałam, że jest drugie otwarcie, chciałam zobaczyć. Do otwarcia nie dotrwałyśmy, bo siostra już nie chciała.
Ela: Jak o tym piszesz, że to zbyt osobiste… To wyobrażam sobie, że to ręka z zaświatów, albo ręce zamalowują chat, no bo inaczej nie mogą usunąć.
Ela: Ale spójrz na fb czy innego instagrama, ile tam jest treści osobistych, nie tylko naszych, wstawiamy zdjęcia dziadków, którzy nie żyją. Ja opowiadam o miłostkach moich rodziców, o tym, że za Niemca ojcu było lepiej, że dziadek budował Oświęcim… Nie wiemy, jak by Iwaszkiewicz postąpił w naszych czasach. Ten odstęp tylu lat pozwala nam inaczej na wszystko spojrzeć.
Ela: Teraz doczytałam, że wnuczka Iwaszkiewicza była też potem w Trafo (galeria, która zainicjowała namalowanie muralu o Iwaszkiewiczu – przyp. EMS). Z małej chmury duży deszcz. Teraz to już cały świat się dowiedział.

Ewa: Ale przecież o to chodziło!
Ela: Tak, tak, ale nie wiem, czy od początku o to chodziło, rozmawiałam krótko z Moniką Tichy (aktywistką LGBT w Szczecinie – przyp. EMS), pytając, co dalej. Jakoś tak krótko odpowiedziała, że sama nie wie, że wszystko potoczy się samo dalej i że to na pewno nie koniec całej akcji.

Zdjęcia: Ela Kargol

Czytamy / Wir lesen

IMMER BARATARIA

In Frühling 2014 publizierte Ewa Maria Slaska auf ihrem Blog
ewamaria.blog
zehn Gedichte ihrer Schwester, Katarzyna Krenz,
über alten Dichter, der stirbt, und sein Leben rekapituliert.

Am morgen endete der Storm.
Der A
lte Dichter lag lang auf dem Ufer, umgespült
von den Wogen, gut wissend, was geschah.
Seine Schiff ging runter, verloren, ohne Wiederkehr,
und mit der Schiff auch seine ganze Ladung.
(…)
In der Luft zitterte grünes Jungelrauschen, die Insel jedoch
schwieg. Unbekannte. Ungenannte. Niemandem gehörend.

Seit Januar 2017 publizierte Ewa Maria Slaska dreiundhalb Jahre lang auf ihrem Blog Texte (meistens eigene, manchmal aber auch von ihren Friends) über alten Rebell (und Ritter) Don Kichot, und seinem Friend (und Knappe) Sancho Pansa. Die beiden sind unzertrennlich, schon im Roman von Cervantes, seit dem aber auch in unserem Kulturerbe. Es sind nur zehn Tage, dass der Herr und sein Knappe ihren Abenteuer getrennt den Stirn bieten – das ist die Zeit Sancho Pansas als Gubernator auf einer vermeintlichen Insel Barataria.
Der alte Dichter stirbt. Er stirbt allein. Aber obwohl Don Kichote immer in Begleitung kommt und sein treuer Sancho Pansa auch im Moment des Todes bei im weilt,
sind sie doch eine und diesselbe Person.

Der alte Dichter – Don Kichote.

Wie der Zufall es eigenhandig bestimmte, wurden sowohl die Gedichte von Katarzyna als auch fast alle Texte von Ewa Maria immer Montags veröffentlicht.

Jetzt lesen beide ihre Texte in der Regenbogenfabrik.
Am Dienstag.


Katarzyna ist nicht gekommen. Christina las ihre Gedichte. Und ich erzählte über Barataria.

Foto Ela Kargol

Zdjęcia i kolaż: Aleksandra vel Ola Puciłowska i Kasia Kalin

Znalezione w pudełku sprzed dziesięciu lat

Ewa Maria Slaska

Miłość wyżera trzustkę

Jestem po ciężkiej operacji. Rzeźnickiej jak określił jeden z moich lekarzy, który grzecznie zapytał, czy mógłby obejrzeć bliznę. Mam w brzuchu węzeł, który nie chce się rozpuścić. Wściekle boli. Nie mogę się ruszać, cierpię. Lekarze (niemieccy) mówią, że przejdzie, a jak do jesieni nie przejdzie (jest wiosna!), to będzie trzeba zoperować bliznę. Dopiero polski doktor w sanatorium aplikuje mi zastrzyki, sprawia, że ból mija niemal natychmiast, a ja jak ciemna baba z ludu, gotowa jestem paść na klęczki i wielbić lekarza cudotwórcę boga. Ale to później. Na razie leżę w szpitalu po operacji i oświadczam: Nie dam się już więcej operować. Jeden zabieg za drugim. Nie chcę. Żyć a potem umrzeć. Żółta krowa uratowała mi życie.

Informuję Czytelników, że nie wiem, o co mi chodziło z tą krową. O Kandinsky’ego? Reprodukuję tu jednak nie Kandinsky’ego, lecz inną krowę: Lena Róża Wawrzyńczak. Ta krowa była już na blogu dwa lata temu, ale dopiero widzę, że to jednak byk, ale nie ten, co porwał Europę, tylko taki bardziej swojski, bo w domku w środku byka mieszka kot, Europa jest żydowskim (chyba) Wodnikiem, komin jest grzybem (a dokładniej kanią, czyli sową) i przypomina, że właśnie zaczyna się jesień (podpis z roku 2020)

Dopiero jak przestaje boleć, jestem w stanie zacząć normalnie myśleć. Sęp wyżera mi nie wątrobę jak Prometeuszowi, lecz trzustkę. Porobił w niej dziury i trzeba ją było wyciąć. Za karę. Nie wolno kochać aż do samozatraty. Za to bogowie ukarali Prometeusza. Nie za to, że zabrał im ogień, lecz za to, że kochał jak bogowie bez oglądania się na konsekwencje. Oni mogli, byli w końcu bogami. On nie. Był człowiekiem (a tak naprawdę – był człowiekiem?) I został ukarany. Gdzie jest ta skała, do której go przykuto? Kaukaz, prawda? Czy można ją obejrzeć, jak się jedzie koleją transsyberyjską?

Potrójny celtycki Biały Jeleń w Trzech Koronach urodzony pod znakiem Trzech Króli wyżarł mi trzustkę i zostawił brzuchu węzeł. Mógł być królem i symbolem, a był tylko głodnym facetem. Wiedziałam to, a przecież nie mogłam się ruszyć, nie mogłam odejść. Nie mogłam się oderwać od spektaklu, jaki mi zafundowali bogowie. Patrzeć, jak królewicz z bajki w swej prawdziwej postaci węszy po mrocznych zakamarkach, szukając żeru. Nie powinno mnie to było dotykać. Oficjalnie byliśmy tylko zaprzyjaźnieni.

Z książek sączą się wzniosłe mądrości. Na przykład – przyjaźń to miłość dwóch niezależnych duchów. To się naprawdę Mallarmemu udało. Facetowi, który zakochał się w otyłej, utlenionej utrzymance (skąd ja to wiem?) w guście dzisiejszej polskiej fryzjerki na emigracji.

W każdym razie, dopiero, gdy doktor R. rozbił węzeł, uświadomiłam sobie, że to wróci. Jak nie dziurami w trzustce, która się sama wyżera, to węzłem nierozsupłanych nici w brzuchu lub guzem w gardle. Wróci zawsze i będzie wracało, dopóki się go nie pozbędę.

Doktor R. twierdzi, że jestem wojowniczką i że z trzustką w garści wygrałam walkę ze śmiercią. Ale ja wiem, że po kilku latach beznadziejnych zmagań wreszcie wygrałam walkę z królewiczem z bajki, który przecież był tylko głodną zmorą. On był królewiczem, ja królową elfów, która się zakochała w głowie osła.


Lena Róża Wawrzyńczak, Kobieta z kotem (dopisek Adminki: czyli kobieta wyzwolona). Zaczyna się jesień, życie jest piękne. Jak to dobrze, że wszystko minęło i nie potrzebuję już królewicza z bajki.
Poniżej: tańce na łące podczas festynu w Lübars 13 września 2020 roku
(filmik Ela Kargol) – TU

Irysy / Irises

Kiedyś zbierałam wszystko, co było ozdobione irysami, uważałam, że są to najpiękniejsze kwiaty na świecie. Teraz nie byłabym już taka pewna, że naj, ale nadal uważam, że są piękne.

Vor Jahren sammelte ich alles, dass mit Iris dekoriert wurde. Ich war der Meinung, dass sie die schönsten Blumen der Welt sind. Jetzt bin ich mir nicht so sicher, dass sie die schönsten Blumen der Welt sind, schön aber schon.

Frederick Judd Waugh, New Jersey, USA1861-1940

Im Internet findet man unter diesem Bild Kommentare, dass die Irises von van Gogh doch schöner sind. Vielleicht ja, aber sicher viel öfter reproduziert.
Niektórzy uważają, że Irysy van Gogha są piękniejsze. Zapewne, ale na pewno bardziej “oklepane”.

Als ich van Gogh im Internet gesucht habe, fand ich noch Max Pechstein. / Przeglądając Internet w poszukiwaniu van Gogha znalazłam też Irysy Maxa Pechsteina.

Irises waren gern von Claude Monet gemalt. Monet bardzo chętnie malował liliowe i żółte irysy.

Irysy tak mi się podobają, że obraz Hansa Memlinga Lilie i irysy wybrałam jako winietę bloga.
Das Bild von Hans Memling, Lilien und Irises sieht man auch auf meinem Blog.

I wreszcie niespodzianka / und jetzt Überraschung…

Wer malte dieses Bild? Kto namalował ten obraz? Ich verrate nur, dass der Künstler ganz, aber wirklich ganz anders malt. Dodam tylko, że artysta jest znany z zupełnie, ale to zupełnie innych obrazów.

Za odgadnięcie zagadki będzie nagroda. Es wird einen Preis geben für die / den, die /der dieses Rätsel löst.

Berliner Spaziergänge / Berlińskie spacery (2)

Das Auto steht irgendwo in Charlottenburg und kein Mensch scheint es zu benutzen. Jemand stellt es aber ab und zu von einer Straßenseite auf die andere. Und jemand hat sich irgendwannmal Mühe gegeben, um es so liebevoll hippiearrtig zu bemalen. Man kann da Vieles entdecken, Symbole Aiurvedischer Medizin und van Gogh, Ganesh und zwei lustige Bengel aus polnischen Kinderfilme aus den 70ern: Bolek und Lolek, die auf Deutsch in der umgekehrten Reihenfolge Lolek und Bolek heißen. Ich glaube auch, Hitler gefunden zu haben.

Bitte schreib in den Kommentaren, was Ihr sieht.

Auto stoi gdzieś na Charlottenburgu, nigdy nie jeździ, choć czasem ktoś je przestawia z jednej strony ulicy na drugą. Zostało kiedyś pomalowane tak, jak 50 lat temu malowali swoje auta hippisi. Ale wydaje mi się, że zostało tak ozdobione co najmniej 20 lat później. Zastanawiam się, czy należy do kogoś z Polski, bo wśród różnych ezoterycznych i ajurvedycznych symboli, wśród memów współczesnej popkultury jak van Gogh, dinozaury czy Hitler, można też znaleźć Bolka i Lolka.

Napiszcie w komentarzach, co jeszcze zauważyliście.

 

Berlińskie spacery (1)

Ewa Maria Slaska

Wyspa umarłych

Toteninsel, tak nazwali “swój” cmentarz mieszkańcy eleganckiego osiedla willowego na Charlottenburgu, (elegancka, zachodnia dzielnica Berlina). Cmentarz Grunewald to, jak Barataria u Cervantesa, wyspa, gdzie Sancho Pansa przez dziesięć dni sprawował rządy jako gubernator, wyspa na lądzie – nie omywają jej przejrzyste wody jeziora lub rzeki, otaczają ją tory kolejki miejskiej i kolei regionalnej. Wyspa znajduje się w samym centrum miasta, jest oddalona o parę kroków od głównej ulicy zachodniego Berlina czyli Kudammu, tuż obok mają sklepy Wielcy Tego Świata, Gucci, Armani, Hermes, gdzie powyciągana posthippisowska sukienczyna potrafi kosztować sześć tysięcy euro.

Cmentarz został założony w roku 1892  i miał “obsługiwać” mieszkańców nowej dzielnicy willowej, gdzie się osiedliła zamożna klasa średnia – urzędnicy państwowi, przemysłowcy, adwokaci, lekarze i artyści (oczywiście ci, którym się powiodło). Wybitnych ludzi, którzy tu leżą, znamy jednak najczęściej z nazw przystanków autobusowych (sic transit gloria mundi):

  • Hans Delbrück (historyk, zm. 1929) – Delbrückstraße
  • Dr Carl Paul Goertz (założyciel zakładów optycznych, zm. 1923) – Goerzallee
  • Prof. Otto Lessing (stryjeczny prawnuk dramatopisarza, rzeźbiarz, zm. 1912) – Lessingbrücke (poświęcony pisarzowi, ozdobiony rzeźbami prawnuka)
  • Hermann Sudermann (pisarz, zm. 1928) – Sudermann-Park
  • Bernhard Dernburg (bankowiec, minister kolonii zagranicznych, zm.1937) – Dernburgstraße
  • Hans Geiger (fizyk, wynalazca licznika Geigera, zm.1945) – Hans-Geiger-Straße, Hans-Geiger-Schule
  • Oskar Hertwig (biolog, zm.1922) – Oscar-Hertwig-Haus

Na cmentarzu znajduje sie kilka interesujących grobów, informatory wymieniają najczęściej dwie piękne, barwne mozaiki secesyjne (grobowiec rodziny Dernburg i grób Therese Möbius).

 

Mnie jednak zainteresował ozdobiony ekspresyjną rzeźbą grób, o którym w sieci nic nie znalazłam, a pracująca na cmentarzu stara pani powiedziała, że nic nie wie, ale rzeźbę na pewno wykonał ten, kto tam leży, czyli Urs Jeschke.

R.i.P., Urs Jeschke!

Fat women (Lewandowska)

Ciekawe jak nasze blogowe rozważania starszego pana, który po prostu szczerze pisze o tym, co lubi, pokrywają się niespodziewanie z wielką polską kampanią przeciw wyśmiewaniu grubych kobiet. Sprawa zatacza szerokie kręgi, a zaczęła się od występu słynnej polskiej celebrytki, żony piłkarza, Anny Lewandowskiej, która…

Maja Staśko, znana aktywistka kobieca napisała:

Anna Lewandowska nakręciła filmik, w którym tańczy przebrana za grubą kobietę. Nazywa to „body positive”. To wyraz totalnego braku empatii. Superszczupła laska, którą stać dosłownie na wszystko, na każdy zabieg upiększający i usługę, i która ma mnóstwo czasu, by ćwiczyć – w stroju grubej osoby robi sobie żarty. No naprawdę, boki zrywać.

Lewandowska nie widzi swoich przywilejów – jako szczupła, bogata osoba nie musi się zmagać z mnóstwem problemów. Dla niej strój grubej to śmieszna odmiana, a dla innych to ciało, w którym żyją. Ciało, przez które lekarze ignorują choroby, mówiąc „schudnij”. Przez które nie dostają pracy. Przez które ludzie ich poniżają i uznają za gorszych.

Nie chodzi o wasze zdrowie. Chodzi o pieniądze

Żarty z grubych osób są tak samo śmieszne jak żarty z gwałtów. Grube osoby to ludzie, nie obiekt żartów czy inwektywa. „Grubość” to nie jest nazwa choroby, tylko wyglądu. Neutralna, nie obraźliwa, podobnie jak szczupłość. „Gruba” to nie inwektywa! Chorobą przewlekłą spowodowaną stanem zapalnym tkanki tłuszczowej jest otyłość, nie grubość. I to także nie jest inwektywa – nazwy chorób to nie sposób na obrażenie kogoś.

Grube ciała to nie są ciała „przed” – przed zmianą na te lepsze, chude. Przed życiem jako pełnowartościowa osoba. Nie – to są ciała „teraz”. Często zdrowsze niż te chude „po” – zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Jeśli miałoby chodzić o zdrowie, to dlaczego trenerki fitness nie pokazują wyników badań lekarskich „przed” i „po”? Badań krwi, ale i tych psychologicznych i psychiatrycznych? Pokazują tylko kształt ciała – kształt, który nie znaczy nic ponad to, że wpisuje się bardziej lub mniej w aktualne trendy.

Trenerki mogą powtarzać milion razy, że tu chodzi o samopoczucie i zdrowie. Ale gdy to wygląd ciała jest wyznacznikiem zmiany „przed” i „po” i to za jego pomocą trenerki motywują kobiety – to w centrum jest wygląd, a nie zdrowie. Tak to działa – obrazy realnie na nas oddziałują i wpływają na nasze samopoczucie i wartości.

Jak muszą czuć się osoby grube, gdy widzą, że są dla innych synonimem tego, co nieatrakcyjne i do zmiany? Przecież to wielka machina dręczenia grubych osób.

A jak czują się te szczupłe? Sama jestem i zawsze byłam szczupła, zmagam się z zaburzeniami jedzenia. Uwielbiam sport, trenuję gimnastykę artystyczną od piątego roku życia. Przez całe swoje życie codziennie ćwiczę – choćby brzuszki albo plank, cokolwiek. Ale gdy patrzę na kolejne zdjęcia trenerek fitness, czuję, że ciągle nie jestem wystarczająco szczupła.

Bo o to w branży trenerskiej tak naprawdę chodzi. By sprzedać jak najwięcej towarów, przemysł kosmetyczny i fitness od lat wzbudzają w ludziach wieczne poczucie niezadowolenia z własnego wyglądu. Dzięki niemu klienci nigdy się nie kończą – klientem jest każdy z nas w każdej chwili, bo zawsze czujemy, że coś jest do poprawy. Treningi mające służyć lepszemu samopoczuciu zaczynają działać jak tresura. Bo towar nie zastanawia się, jakie społeczne i psychiczne konsekwencje może mieć jego reklama – towar musi się sprzedać, jak najszerzej i za wszelką cenę.

Reklamy treningów i umięśnionych ciał u osób z zaburzeniami jedzenia mogą być olbrzymim triggerem. Zdjęcia kolejnych wyfotoszopowanych ciał przypominają o tym, że w tym momencie nie ćwiczą, a przecież Chodakowska powtarza: „Dasz radę! Dupa z kanapy!”. Więc dupa z kanapy, nawet ostatkiem sił i kosztem zdrowia. U osób cierpiących na ortoreksję to może wywołać nieprzespaną noc.

Zdjęcia idealnych, odchudzonych w programach graficznych ciał z wydłużonymi nogami dla osób zmagających się z anoreksją mogą być powodem, dla którego nie zjedzą dzisiaj obiadu. I kolacji. A jutro śniadania. Ale za to wykupią kolejną płytę z ćwiczeniami. Dla trenerek, które na tym zarabiają, to czysty zysk.

To nie jest zdrowe, prawda? Dlaczego zamiast fałszywej troski o grube osoby, podszytej w istocie pogardą do nich, nie wspieramy osób, które mają zaburzenia psychiczne właśnie przez stygmatyzowanie grubości? Bo zupełnie nie chodzi o zdrowie, tylko o pieniądze.

W komentarzach czytam, że Anna Lewandowska sama zapracowała sobie na taki wygląd. Ale to nieprawda. Dietetycy, lekarze, makijażystki, fotografowie, montażyści, graficy, osoby od social mediów, od PR-u – to wielki zespół, który sprawia, że trenerki fitness wyglądają na zdjęciach i filmikach tak, jak wyglądają. Do tego dostęp do siłowni, zabiegi upiększające, operacje chirurgiczne, dobre aparaty, studia fotograficzne, profesjonalne programy do przeróbki zdjęć i filmów – to olbrzymie pieniądze, które wkładane są w wygląd trenerek. Idealne ciało to coś, za co się sporo płaci. Batonik czy trening na płycie dają tego tylko złudzenie. Nigdy nie doprowadzą do ciała, które mają trenerki. Także dlatego, że to ich praca.

Żadna osoba, która pracuje osiem godzin dziennie na stanowisku niezwiązanym z fitnessem, nie będzie w stanie poświęcić tyle czasu ćwiczeniom. Z tego prostego faktu, że te osiem godzin musi poświęcić na coś innego. A po pracy mogą dojść dodatkowe obowiązki – opieka nad dziećmi i starszymi z rodziny, gotowanie, sprzątanie, nadgodziny, dorabianie czy studia.

Gdy nie jesteś bogaty czy bogata, nie stać cię na opiekunkę do dziecka, sprzątaczkę, kucharkę, dietę pudełkową, wypady do restauracji, prywatnego lekarza, prywatne zaoczne studia czy płatną psychoterapię, które dawałyby ci przestrzeń i czas na ćwiczenia. Sam(a) musisz zadbać o zdrowie i życie swoich najbliższych i własne.

I tak naprawdę sam(a) zapracowujesz na wszystko, co osiągasz.

Dlaczego biedni są grubi?

burger otyłość

Bardzo ciekawa w tym kontekście jest książka Sabriny Strings, Fearing the Black Body: The Racial Origins of Fat Phobia. Według niej fatfobia służy dystynkcji klasowej: oddzieleniu elit od całej reszty. Szczupłe, białe ciało to wyznacznik elit, do których dążyć ma cała reszta. Autorka przedstawia, jak elity okresu Oświecenia za wszelką cenę próbowały dowieść swojej biologicznej wyższości nad czarnymi niewolnikami. Przekonywali, że grubość jest wyrazem niższości rasowej i klasowej. To służyło dwóm celom: miało jednocześnie upokarzać czarne kobiety i dyscyplinować te białe. Wizja „grubej czarnej kobiety” – leniwej, roszczeniowej i prostackiej – miała działać tak, by białe chrześcijańskie kobiety dążyły do osiągnięcia odpowiedniej „formy” i podporządkowania ich sobie przez wyrzeczenia, odpowiednie zabiegi i dietę.

Coś wam to przypomina?

Anna Lewandowska zdecydowała się poświęcić swoją karierę wyglądowi i sprawności fizycznej ciała.

I okej, to jej wybór. Ale wywieranie presji na tych, którzy nie wybrali (i wybrać nie mogli) życia podporządkowanego temu samemu i których ciała wyglądają inaczej, jest bardzo średnim etycznie sposobem na zarabianie. Zwłaszcza pod hasłami akceptacji siebie i #bodypositive.

Bo Lewandowska nazywa swój filmik „body positive”. A to, co zrobiła, to dokładne przeciwieństwo ciałopozytywności. Oznaczanie się „body positive” przez kobietę, która swoją karierę oparła na przedstawianiu grubych osób jako tych „przed” – tych do poprawy – to już szczyt hipokryzji.

Trenerki zgarniają wielkie pieniądze na tym, że grubość jest stygmatyzowana. Mogą wcale tego nie chcieć i nie robić celowo, mogą nawet nie widzieć konsekwencji swoich działań (wierzę, że tak jest!) – ale mogą, bo mają taki przywilej, żeby tego nie widzieć. Grube osoby go nie mają. Osoby z zaburzeniami odżywiania też nie. To te osoby na własnym ciele odczuwają przemożne i bardzo bolesne konsekwencje presji przemysłu fit. Trenerki fitness wpisują się w fatfobiczne reguły, zamiast je zmieniać. Linie kosmetyków, przekąsek, kolejne płyty z treningami – odpowiednio uformowane ciało mają dawać przepustkę do lepszego życia. Tego „po”, nie „przed”.

Oczywiście, nie dają jej – to tylko chwyt reklamowy. Dawałaby ją powszechna opieka zdrowotna, darmowy dostęp do kultury czy krótszy tydzień pracy. Dzięki temu również otyłość mogłaby być lepiej leczona – osoby miałyby dostęp do specjalistów i czas na leczenie. Ale znacznie łatwiej zamiast postulatów politycznych wymagających wspólnej walki i organizowania się w celu zmiany systemu – co polepszyłyby życie wszystkich – oferować zmianę personalną, polegającą na dostosowaniu się do panujących wymogów atrakcyjności. To może polepszyć twoje życie.

Chociaż raczej tego nie zrobi – możesz mieć ciało kilka kilogramów lżejsze, ale wciąż będziesz mieszkała w wynajmowanym pokoju i pracowała w magazynie albo korpo, by przez osiem godzin dziennie wykonywać polecenia swojego szefa na śmieciówce, bez ubezpieczenia i emerytury. Więc czy jest sens zaprzęgać swoje ciało do kolejnej orki, gdy przez osiem godzin było już na usługach szefa?

Czy to oznacza, że Anna Lewandowska nie pomogła żadnej kobiecie? Skądże! Na pewno jest sporo takich kobiet – i wspaniale. Sama dobrze wiem, jak porządny trening potrafi poprawić nastrój i poczucie pewności siebie. Niestety, w tym fatfobicznym świecie nawet dobre, sportowe działanie przeradza się szybko w towar, który trzeba sprzedać. Za wszelką cenę. Nawet kosztem ludzi, ich zdrowia i życia.