Paul Celan

Paul Celan. Urodził się w rodzinie żydowskiej w 1923 roku w Czerniowcach, mieście które wówczas znajdowało się w Rumunii, a dziś na Ukrainie, zabił się skacząc do Sekwany 20 kwietnia 1970 roku. Naprawdę nazywał się Paul Antschel lub Ancel, Celan to anagram prawdziwego nazwiska. Uważany za jednego z najważniejszych poetów języka niemieckiego, a jego wiersz Fuga śmierci, za najistotniejszy wiersz o zagładzie. Fugę zaprezentuję w niedzielę, dziś zaproszenie na… na co właściwie? Koncert muzyki klezmerskiej? Recital poetycki? Wieczór poezji śpiewanej? Nic z tego, a zarazem wszystko na raz. Dwóch artystów – aktor i muzyk – stworzyło wieczór poezji Celana z najsłynniejszego jego tomu wierszy Mak i pamięć (1952).

Zusammen_Feidman_Becker_2_c_F.Broede_u_A.MeisterGiora Feidman und Ben Becker: Zweistimmig

Wczoraj w Berlinie odbyła się premiera – w ramach tegorocznych Dni Kultury Żydowskiej. Giora Feidman jest znakomitym klarnecistą, o pokolenie młodszy Ben Becker – aktorem i piosenkarzem. Beckera znamy przede wszystkim z filmu Josepha Vilsmaiera Brat snu według powieści Roberta Schneidera (1995), a obaj artyści spotkali się też w brawurowym filmie muzycznym tegoż reżysera Comedian Harmonist (1997), autentycznej historii o sześciu muzykach z Berlina w latach 30.

Uwaga Administratorki z roku 2020: dalsza część wpisu jest już dziś całkowicie niepotrzebna, Ben Becker zagrał w międzyczasie świetną rolę w filme Dzieło bez autora (Werk ohne Autor)  Floriana Henckela von Donnersmarcka (2018), powiem więc przy okazji, że jeśli nie obejrzeliście tego filmu w kinach, koniecznie poszukajcie go na DVD albo jednym z licznych portali streamingowych. Tylko na Boga! – nie czytajcie recenzji ani zwiastunów filmu. Zdradzą Wam, o co i o kogo chodzi w ciągu piwrwszych 10 sekund, i na zawsze odbiorą ciekawość, z jaką ogląda się to świetne kino, nie wiedząc… Po prostu oglądając.

A kto chce posłuchać Giory Feidmana (starszy pan, urodzony w roku 1936, wciąż jeszcze świetnie gra), to proszę bardzo: TU.

Reblog: Kapoor in Berlin

Amazing! Wonderful! Przybywajcie, przybywajcie, bo w Berlinie do 24 listopada obejrzeć można najniezwyklejszą wystawę roku – wielkie obiekty woskowe i bryły wosku, w tym wspaniałego czerwonego wosku, jako produkt artystyczny a nie pszczelarski! Pojedyncze przedmioty tej sztuki są być może bez sensu, złożone w całość wystawienniczą dają produkt nadzwyczajny. Anish Kapoor, urodzony w roku 1954, syn Hindusa i żydowskiej Irakijki. Jeden z najsłynniejszych artystów XX wieku. Bilety na wystawę w Martin Gropius Haus drogie, bo po 11 euro, ale się opłaca. Instalacje Kapoora są może przeżytkiem lat 70, ale kto z nas w latach 70 był w stanie pojechać do Londynu i zobaczyć, co robią młodzi, nieznani (wówczas) twórcy. Zresztą, jeśli nawet udało się nam wtedy dotrzeć do Londynu, to zawróciła nam w głowie muzyka i moda, a jeśli dotarliśmy też do jakiejś sztuki, to paśliśmy się w British Museum i National Gallery. Więc nawet jeśli byliśmy wtedy w Londynie, to wcale nie wiedzieliśmy, że Kapoor, a tymczasem, no cóż, to było wielkie przeoczenie i dobrze, że można je teraz w Berlinie nadrobić.

Zresztą wielu z Was już to wie. Podczas ostatniego długiego polskiego weekendu na wystawie było więcej Polaków niż reszty świata. Ciekawe – wszyscy z dziećmi, aktualnymi lub in spe. A z tym pomysłem trzeba nieco ostrożnie, bo wystawa od czasu do czasu głośno strzela czerwonym woskiem z armaty i nie wszystkie dzieci to lubią. Nasze nie lubiło. Naszemu najbardziej podobał się wielki czerwony woskowy dzwon, wokół którego kręci się nóż, za każdym razem ścinający ledwie widoczną warstewkę obiektu. Dziecię chciało wiedzieć, jak długo też nóż się kręci. Aż się rzeźba skończy, brzmiała odpowiedź. Dociekliwe dalsze pytania dostarczyły jednak dziecku tej odpowiedzi, o którą mu chodziło: 17 minut. Czyli tyle co dwie bajki o kotku Filemonie, wyjaśnił Ojciec.

kapoor-berlin copy

 

Poésie – Poesie – Poetry – Poezja / Le temps de Cerises

To, że dziś właśnie posłuchamy “Czasu wiśni” zawdzięczam(y) facebookowej grupie założonej przez Anatola Borowika: “Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. “Czas wiśni”, przypomniany przez Marynę Bersz Szturo Over, bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że piosenka w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie “Szkarłatny pilot” w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo “Le temps de Cerises” to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…

Le temps de Cerises


Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand.
Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.

Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.

Dziś, po czterech latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.

Le temps de Cerises

Quand nous chanterons, le temps des cerises
Et gai rossignol et merle moqueur
Seront tous en fête.
Les belles auront la folie en tête
Et les amoureux du soleil au coeur
Quand nous chanterons, le temps des cerises
Sifflera bien mieux le merle moqueur.

Mais il est bien court le temps des cerises
Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant
Des pendants d’oreilles,
Cerises d’amour aux robes pareilles
Tombant sous la feuille en gouttes de sang.
Mais il est bien court le temps des cerises
Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.

Quand vous en serez au temps des cerises
Si vous avez peur des chagrins d’amour
Evitez les belles!
Moi qui ne crains pas les peines cruelles
Je ne vivrai point sans souffrir un jour.
Quand vous en serez au temps des cerises
Vous aurez aussi des peines d’amour.

J’aimerai toujours le temps des cerises
C’est de ce temps là que je garde au coeur
Une plaie ouverte.
Et Dame Fortune en m’étant offerte
Ne pourra jamais fermer ma douleur,
J’aimerai toujours le temps des cerises
Et le souvenir que je garde au coeur.

Couplet ajouté pendant la guerre de 1871

Quand il reviendra le temps des cerises
Pendores idiots magistrats moqueurs
Seront tous en fête.
Les bourgeois auront la folie en tête
A l’ombre seront poètes chanteurs.
Mais quand reviendra le temps des cerises
Siffleront bien haut chassepots vengeurs.

Time of cherries

When we sing of the time of cherries,
gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate,
pretty girls will have folly in their heads,
and lovers, sunshine in their hearts.
When we sing of the time of cherries,
the mocking blackbird will sing better.

But it is very short, the time of cherries,
where some go to gather earrings in a dream,
cherries of love in similar gowns
falling beneath the leaves like drops of blood.
But it is very short, the time of cherries,
coral pendants which one gathers in a dream.

When you are in the time of cherries,
if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls.
I, who do not fear the cruel distress,
I will never live a day without suffering.
When you are in the time of cherries,
you will also have the distresses of love.

I will always love the time of cherries,
it’s from those times that I hold in my heart an open wound,
and the offerings of lady luck
can never soothe my suffering.
I will always love the time of cherries,
and the memory I hold in my heart

***

Czas czereśni

Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
słowiki, i kosy i drozdy
śpiewają – w głowie
dziewczyny szaleństwo mają
a kochankowie słońce w sercu
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
kosy i drozdy lepiej śpiewają

Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy zbieramy we śnie wiśnie
i czereśnie w podobnych sukienkach
spadające z gałęzi jak krople krwi
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy koralowe korale zbieramy we śnie

Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie
dziewczyny, wiśnie i czereśnie,
Lecz ja, ja nie lękam się goryczy
bo każdy mój dzień nosi jej smak
Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się
bo miłość może ci poranić serce.

Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad.
A to co dzisiaj daje miłość
Nie ukoi tego, czego wtedy było brak.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

Reblogi: Sławomir Mrożek

zachod_slonca_w_litWczoraj rano, 15 sierpnia 2013 roku, w Nicei zmarł Sławomir Mrożek, dramatopisarz, prozaik i rysownik, autor m.in. “Tanga”. Miał 83 lata.

Więcej TU.

A tu jeszcze (za Facebookiem) fragment wywiadu, jaki Konrad Wojtyła, dziennikarz, redaktor i pisarz ze Szczecina przeprowadził z pisarzem wiosną tego roku: “Jestem Polakiem i umrę jako Polak. Tu nie ma nic do okazywania w kwestii patriotyzmu. Język ojczysty jest językiem najważniejszym. Polska się zmieniła, bo ludzie trochę wyjeżdżają i wracają. Potem układają sobie życie pozachodowemu. To dziwny stan. Polska mi obojętnieje trochę. Może wrócę, może nie. Teraz jestem w zasadzie sam. To znaczy z Suzanną, ale ona prawie nie mówi po polsku. Jak wrócę do Polski to zaraz zaczną się pytania, co myślę o Polsce. A ja nie chcę”.

I rysunki. Ten na górze zatytułowany “Motyw zachodu słońca w literaturze polskiej”. A ten na dole (zajumany) z internetu (dziękuję zajumanej stronie):

polskikwartet

Reblog: Słowianie

slowiankaTekst, który tu rebloguję, znalazłam w sieci już jakiś czas temu.  Przeczytałam go i – wydawało mi się – że mi się nie spodobał. Uznałam, że jest nieprofesjonalny i świadczy o (naszej) słowiańskiej zarozumiałości. Mimo to wciąż myślę o tym, co napisał autor, skrywający się za ksywką “oculus”. Nie mamy się czego wstydzić, kiedyś podbijliśmy Chiny… Nie zachwycił mnie ten wywód, a przecież tekst uporczywie mi się przypomina. W końcu postanowiłam, że podzielę się z Wami i tym tekstem, i moimi wątpliwościami.

Słowianie – tajemniczy lud.

Trafostacja

http://www.trafo.org/index/trafo

No więc tak… Trzeba tam pojechać, a jeśli się mieszka w Szczecinie – to pójść na ulicę św. Ducha 4, tuż koło dworca.

Po pierwsze – budynek. Odremontowana, zabytkowa transformatorownia. Rewelacyjna. Białe wypatroszone ze wszystkiego, trzypiętrowe wnętrze, otwarte na przestrzał od szklanej po części podłogi po więźbę dachową. Zresztą na pewno pierwsze co zrobiliście to kliknęliście linka i już wiecie, o co mi chodzi.

Po drugie – wystawa Ryszarda Waśko, Genesis. Pierwsza wystawa w nowej szczecińskiej instytucji kultury. Na stronie Trafostacji znajdziecie tylko informację, że taka wystawa jest.  Na ulotce – że trwa do 20 października. A nigdzie – że artysta właściwie nieznany, wystawa wspaniała, a obiekty zatytułowane “Pole czerwonych maków” oraz sala z fikcyjnymi zdjęciami rodzinnymi – “Portret rodziny w czasie” – niezwykłe i inspirujące.

Ryszard Waśko to polski artysta, który, po długim pobycie w Stanach, mieszka obecnie w Berlinie, znany raczej jako kurator legendarnych Konstrukcji w procesie oraz imprezy Łódź Biennale, a nie jako samodzielny twórca.

maki

“Pole maków” to całkowicie zaciemnione pomieszczenie, w którym dopiero po chwili, gdy wzrok przyzwyczai się do mroku, zauważamy kwiaty. Już wiemy, to polskie czerwone maki, te z mazowieckich pól i te spod Monte Cassino, znane zresztą (chyba) głównie z piosenki, która przez lata mojemu pokoleniu wyciskała łzy z oczu. Po omacku dotykam kwiatów ręką, głaszczę suchą, chropawą powierzchnię płatków. Kwiatów jest tu ponad trzy tysiące i są jednakowe. Na moje pytanie, czy to tak jak u Ai Weiwei – chińska produkcja, pada odpowiedź “tak” – w ciemnym pomieszczeniu Waśki dokonuje się zamiana produkowanego masowo badziewia w sztukę ready made.

Przypominam sobie obiekt oglądany kiedyś w Weimarze. Obok domku ogrodowego, w którym Goethe tak chętnie pracował, nieco w bok, pod kątem i po lewej – ustawiono kiedyś jego dokładną replikę. Po co? zapytałam. Panienka pilnująca obiektu, nauczona, że tak właśnie ma odpowiadać, trzy tysiące razy dziennie – był to rok wieszcza i przez Weimar przewalały się tłumy – poinformowała mnie, że chodzi o to, iż w dzisiejszych czasach nie ma już różnicy między kopią a oryginałem. O ile przy pomysłach na sztukę ready made, tą stworzoną przez Marcela Duchampa, jak np. jego słynny pisuar, zatytułowany (każdy wie) “Fontanna”, podobnie jak przy “Ziarnach słonecznika” Ai Weiwei, nie mam najmniejszego problemu z wyrażeniem zgody na to, że ten akurat pisuar i te sto milionów identycznych porcelanowych nasion słonecznika to naprawdę sztuka, nie mam więc też zastrzeżeń do “Pola maków” Waśki, o tyle jednak w domu, w którym pracował wieszcz poczułam zło…wieszczy dreszcz (dziękuję Jackowi Dehnelowi za tę grę słowną), bo mianowicie przeczułam, że w czasie, który miał nadejść nikt mi już nigdy i nigdzie nie zechce pokazać oryginału, i wszędzie dostanę tylko namiastkę. Papieża na ekranie bilboarda widać lepiej niż gdzieś tam daleko na końcu stadionu, pod jakimś baldachimem. Wielkie figury glinianych chińskich żołnierzy – kopia. Doktorat niemieckiego polityka – kopia.

Z kolei “Portrety rodzinne w czasie” to celowo nieudolne zdjęcia, po trzy-cztery wersje jednego motywu. Do każdej wersji dołączona jest… inna historia rodzinna. Podobna, ale odmienna, zniekształcona, przesunięta. Nie wiadomo, co jest prawdą. Czy ojciec był żołnierzem? Czy matka umarła? Czy kobieta w tle jest mężczyzną? Czy kuzyn był bratem, czy kochankiem? Czytam rozbudowane podpisy, przyjmujące formę krótkich opowiadań, przypominając sobie pewną ilość słynnych dzieł literackich, opartych o to, że tę samą historię opowiada się nam w różnych perspektywach. Thronton Wilder, “Idy marcowe”. Lawrence Durrell, “Kwartet aleksandryjski”.

Ciekawa wystawa. Ciekawe miejsce ta Trafostacja. Szkoda tylko, że ciągnie się za nim zła sława. O kierownictwo tą nową szczecińską lokalizacją upowszechniania sztuki ubiegały się szczecińskie Stowarzyszenie Zachęty Sztuki Współczesnej oraz prywatna spółka Baltic Contemporary, która wygrała przetarg, a jej współwłaścicielka, niemiecka kuratorka Constanze Kleiner, jest obecnie dyrektorką Trafo.

 

Poetry – Poezja – Poesie / Coleridge

Najpiękniejszy angielski wiersz romantyczny – tajemniczy, oniryczny “Kublaj Chan”, zapis wizji opiumowej. Napisany (spisany) w roku 1798, opublikowany, za namową Byrona, w roku 1816.

Xanadu, Szanadu lub Cianadu to letnia stolica Kublaj Chana, mongolskiego władcy Chin (1215 – 1294), znanego nam przede wszystkim z opowieści Marco Polo, który odwiedził go w roku 1266. Czarna dziura na powierzchni Tytana, jednego z księżyców Saturna, została nazwana Xanadu. Tak zatytułowana jest też płyta Oliwii Newton John i tak nazwano pewien gatunek filodendrona i pewien – marihuany oraz sporo różnych hoteli na bajkowych plażach i wiele miejsc w opowieściach fantasy.

Wiersz Coleridge`a jest podobno jedynym dowodem na to, że po opium można mieć kolorowe wizje.

***
Kubla Khan was written in 1798, but it was first published in 1816. Coleridge was addicted to laudanum which brought him visions and agonies with constipation which he thought of as retribution. Laudanum addiction was common because people resorted to it to relieve toothache, which was a part of everyday life in those days.

Kubla Chan
Widzenie miane we śnie

W Xanadu Kubla Chan rozkazu mocą
Pałac rozkoszy wzniósł wspaniały
Gdzie rzeka Alph swe święte wody toczy
W grot głębi, gdzie się gubią ludzkie oczy
Ku morzu, które słońca nie zaznało.
Ziemi dwakroć mil pięć bogatej płodami
Otoczył krąg wyniosły murów z wieżycami.
W środku strumienie kręte na ogród blask lały
Gdzie kwitły mnogie drzewa kadzidlane
I odwieczne jak wzgórza lasy otaczały
Rozsłonecznione polany.

O! tu rozpadlina wskroś cedrów okrycie
Do głębi tnie zielone wzgórze romantycznie
O, dzikie miejsce! Tak święte i zaklęte
Jakby natchniona zanikiem księżyca
Kobieta łkała za kochankiem demonicznym.
Z przepaści, w której wrzawa wciąż w zamęcie trwała
Jakby ziemia powietrze łapczywie wdychała
Przepotężna fontanna co chwila wytryska
I pośród jej wybuchów nagłych, przerywanych
Odłamy skalne jak grad o ziemię miotany
Skaczą, jak omłot w spichrzu na klepisku
I pośród skał tych tańca bez końca, burzliwie
Wystrzela święta rzeka nurtem natarczywym
Pięć mil poprzez meandry i zakola kręte
Lasami, dolinami święte wody toczy
Wpada do grot, gdzie się gubią ludzkie oczy
Z łoskotem z morza martwym łączy się odmętem.
I słyszał Kubla z dali w łoskocie niespokojnym
Jak głosy przodków nową wieszczą wojnę!

Pałacu się unosił cień
Falami kołysany
I mieszał się fontanny dźwięk
Z dźwięcznymi pieczarami
I to był cud dotąd nie widziany
Słoneczny pałac z lodowymi pieczarami

Widzenie kiedyś miałem
Dzieweczki z Abisynii
I grała ona na cymbałach
O górze Abora śpiewała
O, niechaj mi się dziś przypomni
Jak cymbał brzmi, pieśni jej ton
To sprawi piękna radość nieprzytomna
Że razem z brzmieniem rozgłośnym jak dzwon
Wzniosę ten pałac powietrzem objęty
Słoneczny pałac! Jaskinie lodem ścięte!
Ci, którym dźwięki nie są obojętne
Ujrzą je i krzykną widokiem przejęci:
Włos jego falujący, źrenice ogniem zdjęte.
Po trzykroć kręgiem go jak wieńcem
Otoczmy. Niechaj zaćmi nasze oczy
Świętości lęk; bo rosy on utoczył
Miodowej, w Raju mleko pił zaklęte.

przełożył Ludwik Dorn

In Xanadu schuf Kublai Khan
ein Traumschloss, stolz und hehr,
Dort brach der Urquell Alph sich Bahn
durch Grotten, die kein Mensch ersann,
zum sonnenlosen Meer.

Wehrturm und Wall umringen stolz
zehn Morgen reiches Gartenland,
wo Fliederduft und Sandelholz
sich mischt mit Nachtigallenschlag
aus einem Hain, der dort schon stand,
im Licht vom ersten Schöpfungstag.

Im Zederndunkel teilt die Schlucht
den Hügel wie ein Schlangenleib
halb heiligend, halb wie verflucht,
als ob beim Sichelmond ein Weib
beschwört des Höllenliebsten Leib.

Aus dieser Schlucht, die ewig dröhnt
als ob das Land gleich Drachen stöhnt
schnellt sich ein Springquell hoch, erbricht
gezackten Fels und Kies ins Licht
der teils als Hagel auf die Welt,
teils wie die Spreu vom Flegel fällt.

Vom Tanz der Felsen unterm Dom
des Himmels fließt der heilge Strom
määndernd wohl fünf Meilen quer
durch Auen, Gärten, reichen Tann,
zu Grotten die kein Mensch ersann,
stürzt dann sich in ein totes Meer.
Und Kublai hört darin von weit
Kampf, den ein Vorfahr prophezeit.

Der Schatten des Palastes streicht
die Wogen sacht im Spiegelbild,
und Quell und Grotte mischt sich leicht
zum Lied des Wassers, murmelnd mild,
das leis verklingt mit Widerhall,
im Schloss aus Licht und Eiskristall.

In einer Vision ersah
ich dort bei süßem Harfenklang
aus fernem Abessinia
ein Mädchen sitzen und ihr Sang
erzählt vom Berge Abora.

Könnt ich zum Leben dieses Lied
in mir erneuern irgendwie
Musik und Stimme, Gras und Ried
dann ließe mich die Harmonie
das Schloss erbauen in der Luft
das Schloss aus Licht und Eiskristall
so dass es jeder sieht— und ruft:

Gebt acht auf ihn: Sein Lockenhaar
umwallt ihn dreifach und sein Blick
gleicht einer Flamme die versehrt
so weicht vor ihm zurück, zurück
den Honig wilder Bienen nährt
der Milch aus Edens Quellen trinkt.

Poezja – Poetry – Poesía / Llach

Lluis Llach

Najsłynniejsza piosenka Solidarności – “Mury” (A mury runą…) przetłumaczona i śpiewana przez Jacka Kaczmarskiego, została napisana za czasów dyktatury Franco przez Lluisa Llacha po katalońsku, ma mniej lub bardziej inną treść, a jej tytuł oznacza… “Słup”.

Poniżej wersja katalońska i hiszpańska, a pod spodem polska i angielska, która jest tłumaczeniem polskiej.

Czy wiecie, że wydźwięk tej piosenki jest strasznie pesymistyczny? Wydaje mi się, że nikt z nas nie chce tego pamiętać!

L’ESTACA

L’avi Siset em parlava
de bon matí al portal
mentre el sol esperàvem
i els carros vèiem passar.

Siset, que no veus l’estaca
on estem tots lligats?
Si no podem desfer-nos-en
mai no podrem caminar!

Si estirem tots, ella caurà
i molt de temps no pot durar,
segur que tomba, tomba, tomba
ben corcada deu ser ja.

Si jo l’estiro fort per aquí
i tu l’estires fort per allà,
segur que tomba, tomba, tomba,
i ens podrem alliberar.

Però, Siset, fa molt temps ja,
les mans se’m van escorxant,
i quan la força se me’n va
ella és més ampla i més gran.

Ben cert sé que està podrida
però és que, Siset, pesa tant,
que a cops la força m’oblida.
Torna’m a dir el teu cant:

Si estirem tots, ella caurà…

Si jo l’estiro fort per aquí…

L’avi Siset ja no diu res,
mal vent que se l’emportà,
ell qui sap cap a quin indret
i jo a sota el portal.

I mentre passen els nous vailets
estiro el coll per cantar
el darrer cant d’en Siset,
el darrer que em va ensenyar.

Si estirem tots, ella caurà…

Si jo l’estiro fort per aquí…

LA ESTACA

El viejo Siset me hablaba
al amanecer, en el portal,
mientras esperábamos la salida del sol
y veíamos pasar los carros.

Siset: ¿No ves la estaca
a la que estamos todos atados?
Si no conseguimos liberarnos de ella
nunca podremos andar.

Si tiramos fuerte, la haremos caer.
Ya no puede durar mucho tiempo.
Seguro que cae, cae, cae,
pues debe estar ya bien podrida.
Si yo tiro fuerte por aquí
y tú tiras fuerte por allí,
seguro que cae, cae, cae,
y podremos liberarnos.

¡Pero, ha pasado tanto tiempo así !
Las manos se me están desollando,
y en cuanto abandono un instante,
se hace más gruesa y más grande.

Ya sé que está podrida,
pero es que, Siset , pesa tanto,
que a veces me abandonan las fuerzas.
Repíteme tu canción.

Si tiramos fuerte…

El viejo Siset ya no dice nada;
se lo llevó un mal viento.
– él sabe hacia donde -,
mientras yo continúo bajo el portal.

Y cuando pasan los nuevos muchachos,
alzo la voz para cantar
el último canto que él me enseñó.

Si tiramos fuerte…

MURY

On natchniony i młody był, ich nie policzyłby nikt
On im dodawał pieśnią sił, śpiewał, że blisko już świt.
Świec tysiące palili mu, znad głów podnosił się dym,
Śpiewał, że czas by runął mur…
Oni śpiewali wraz z nim:

Wyrwij murom zęby krat!
Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!

Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść, dreszcze na wskroś serc i głów.
Śpiewali więc, klaskali w rytm, jak wystrzał poklask ich brzmiał,
I ciążył łańcuch, zwlekał świt…
On wciąż śpiewał i grał:

Wyrwij murom zęby krat!
Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas,
I z pieśnią, że już blisko świt szli ulicami miast;
Zwalali pomniki i rwali bruk – Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam ten nasz najgorszy wróg!
A śpiewak także był sam.

Patrzył na równy tłumów marsz,
Milczał wsłuchany w kroków huk,
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg…

Patrzy na równy tłumów marsz,
Milczy wsłuchany w kroków huk,
A mury rosną, rosną, rosną
Łańcuch kołysze się u nóg…

WALLS

He was inspired and young, they were a legion
He gave them strength with his song, singing that the dawn is near.
They’d light thousands candles for him, smoke rising over their heads,
He sang it was time for the wall to fall…
They sang together with him:

Pull the teeth of bars from the walls!
Tear off the chains, break the whip!
And the walls will fall, will fall, will fall
And will bury the old world!

Soon they knew the song by heart and just the melody without the words
Carried the old meaning, shivers through hearts and heads.
So they sung, clapped to the rhythm, their applause sounding like gunshots,
And the chain was a burden, the dawn was dawdling…
And he still sung and played:

Pull the teeth of bars from the walls!
Tear off the chains, break the whip!
And the walls will fall, will fall, will fall
And will bury the old world!

And they saw their numbers, they felt their strength and the time,
And singing that the dawn is near, they marched into the streets;
They destroyed monuments and uprooted pavements
— This one is with us! This one is against us!
Who’s alone is our worst enemy!
And the singer was also alone.

He looked at the steady march of the crowds,
Silent he listened to the thunder of their steps,
And the walls grew, grew, grew
The chain dangled at the feet…

He looks at the steady march of the crowds,
Silent he listens to the thunder of their steps,
And the walls are growing, growing, growing
The chain dangles at the feet…

Poezja – Poesía / Como Acordeón

Piosenka zespołu La Troba Kung-Fú z Barcelony – zespół gra Rumbę, Cumbię, Dub, Blues… Na koncertach budzi niekłamany entuzjazm.

Na akordeonie gra Joan Garriga, który również śpiewa, stąd te aluzje w tytule i tekście do tego instrumentu: http://www.latrobakungfu.net/index.php/fotos

Uwaga: tu nagranie na Youtubie, którego NIE WOLNO odsłuchać (tak! dobrze czytacie – nie wolno nawet odsłuchać) w Niemczech.
http://www.youtube.com/watch?v=2qQ_pnIZDbc

A jest to o tyle śmieszne, że na stronie zespołu są wszystkie (WSZYSTKIE) posenki z nanowszej płyty “Santalegria” w tym również ów Akordeon. Trzeba po prostu kliknąć na strzałeczkę po prawej stronie od tytułu piosenki:

trobakungfuhttp://latrobakungfu.net/santalegria/temes/

COMO ACORDEÓN
Te abrazaré toda la noche,
te cantaré y te bailaré,
te encontraré tus mil botones
como si fueras acordeón.
Respiraré con tu compás,
caminaré siguiendo el paso
dejando el peso en tu regazo
como si fueras un danzón.
Y la noche cantará
qué bonito bailas.
Y regarás todos mis ríos
bombeando en clave de pasión,
serás el ritmo de mi brío
como si fueras mi corazón.
Y seguiré medio dormido
sabiendo que tu lejanía
me robará toda alegría
como si fueras una ilusión.
Y la noche llorará
porque tú te marchas.
Apareciendo en la sorpresa
a mi boca sin previo aviso
resistirás siempre el olvido
como si tú fueras canción.
Y la noche cantará
qué bonito bailas tu.
JAK AKORDEON
Będę cię obejmował przez całą noc
śpiewał ci i tańczył,
odnajdę u ciebie tysiąc przycisków
jak gdybyś była akordeonem.
Będę oddychać w twoim rytmie,
pójdę za twymi krokami
obejmując cię w pasie
jak gdybyś była tańcem.
I noc zaśpiewa,
że tak pięknie tańczysz.
Nawodnisz wszystkie moje rzeki
z namiętnością,
staniesz się napędzającą mnie energią
jak gdybyś była moim sercem.
I tak będę trwać w półśnie
wiedząc, że twoje oddalenie
zabierze mi całą radość
jak gdybyś była tylko złudzeniem.
I noc zapłacze
że odchodzisz.
Pojawiając się niespodzianie
u moich ust
zawsze oprzesz się zapomnieniu
jak gdybyś była piosenką.
I noc zaśpiewa,
że tak pięknie tańczysz.
Przekład KwikTV

Reblog: Laura Makabresku i Aëla Labbé

Dorota Groyecka

„Wyglądasz, jak twoje zdjęcia” – fotografka Aëla Labbé słyszała wielokrotnie od zaskoczonych osób, gdy ją poznawały. Również Laurze Makabresku nieraz zadawano pytanie, jak wygląda jej prawdziwe życie, czy jest takie, jak na fotografiach?

laura1Mgliste analogowe zdjęcia dwóch młodych fotografek, Polki Laury Makabresku i Francuzki Aëli Labbé wiele łączy: baśniowość, klimat melancholii i grozy, często poruszany temat śmierci i istnienia fantastycznych postaci oraz sił nadprzyrodzonych. Ale przede wszystkim autentyczność, zgodność tworzonych obrazów z ich wizerunkami, z ich osobowościami, które wynurzają się z licznych autoportretów, zapisków codzienności oraz wywiadów. Makabresku powtarza za Kafką: „nie mam ze sobą nic wspólnego”, ma jednak wiele punktów wspólnych z historiami, które opowiada – strach, odosobnienie, wrażliwość i przede wszystkim ucieczka od rzeczywistości w baśniowość.

laura3podwojonaZarówno Makabresku, jak i Labbé, same nauczyły się sztuki fotografii. Kilka lat temu wpadł im w ręce aparat, początkowo głównie zapisywały codzienne wydarzenia, eksperymentowały, dziś tworzą złożone sesje zdjęciowe, każda z nich wypracowała swój własny, rozpoznawalny styl. Młode fotografki na początku zaczęły zdobywać popularność w internecie, obecnie mają już na swoim koncie pierwsze publikacje w prasie i pierwsze ważne imprezy – zdjęcia Makabresku zostały pokazane m.in. na zeszłorocznym Miesiącu Fotografii, a pod koniec stycznia jej prace ponownie zostaną wystawione w Krakowie w dużym formacie wzdłuż ulicy Koletek. Labbé w lutym weźmie udział w Międzynarodowych Targach Sztuki w Madrycie (Just Madrid International Art Fair).

I dalej:

Laura Makabresku i Aëla Labbé. Kolekcjonerki wspomnień, marzeń i snów – Magazyn O.pl.

Reblog za zgodą portalu Magazyn O.pl; wszystkie zdjęcia Laura Makabresku – za zgodą autorki, która zdjęcia z motylami opatrzyła opisem: fairy tale about a girl, who hanged herself in the attic. she was hanging there for so long, that her sweet scent enticed butterflies. these coated her livid body and now it looks like she was only a chrysalis, swayed calmly by a draught.