Z wolnej stopy 73

Zbigniew Milewicz

Polegli – Niepokonani

Powojenne, komunistyczne władze w Polsce do pewnego stopnia osiągnęły swój cel. O wojskowym cmentarzu na Woli, do którego wchodzi się od ulic Wolskiej i Sowińskiego, społeczeństwo miało wiedzieć jak najmniej. Do tej nekropolii zwożono głównie szczątki zmarłych, wydobyte spod gruzów stolicy, zbombardowanej przez hitlerowską Luftwaffe w czasie i po upadku Powstania Warszawskiego, czyli ludności cywilnej. Ponieważ powstańcy byli żołnierzami Armii Krajowej, siły wrogiej stalinowskiemu reżimowi, należało spuścić na ofiary zasłonę milczenia.

Cmentarz nie figurował w żadnych miejskich planach. Pod pretekstem prac porządkowych, mających nastąpić w bliżej nieokreślonym czasie, obowiązywał zakaz stawiania jakichkolwiek nagrobków, nawet prostych krzyży, ale warszawiacy i tak je stawiali. Po kryjomu, bo służby cmentarne miały polecenie usuwania wszystkich emblematów. Kto, gdzie spoczywał, wiedzieli tylko niektórzy, bo przeważały zbiorowe mogiły. Pierwsze pochówki na cmentarzu Powstańców Warszawy odbyły się w listopadzie 1945 roku i trwały do początku lat 50. Największy pogrzeb miał miejsce 6 sierpnia 1946 roku, kiedy na Wolę zwieziono 5,5 tony prochów (w 117 trumnach) osób zamordowanych i spalonych przez Niemców w pierwszych dniach Powstania, na terenach dawnego Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych, z siedziby Gestapo przy al. Szucha, a także z samej Woli. Ta dzielnica Warszawy szczególnie ucierpiała w czasie hitlerowskiej okupacji. Przypomnijmy, źe na początku sierpnia 1944 roku, oddziały SS i policji, pod dowództwem SS-Gruppenführera Heinza Reinefartha dokonały eksterminacji mieszkańców dzielnicy, która przeszła do historii pod nazwą rzezi Woli. Według polskich badań mogło w niej zginąć od 30 do 65 tysięcy osób – kobiet, mężczyzn, dzieci (w tym pacjenci i personel trzech wolskich szpitali), choć część naszych i niemieckich historyków mówi „tylko” o maksymalnie 15 tysiącach ofiar, co nie umniejsza faktu, że było to ludobójstwo. Jedna z odpowiedzi na rozkaz Hitlera, aby w odwecie za Powstanie zburzyć Warszawę i wymordować wszystkich jej mieszkańców.

Według ksiąg cmentarnych w tej wojennej nekropolii spoczywa łącznie 104 105 poległych, z których tylko około 20 procent to żołnierze. Resztę stanowią szczątki ludności cywilnej, którą Wanda Traczyk-Stawska, przewodnicząca społecznego komitetu, opiekującego się tym miejscem, określa mianem głównego bohatera Powstania Warszawskiego. Grzebano tutaj również inne ofiary niemieckiej okupacji – m.in. uczestników kampanii wrześniowej 1939, walk o Warszawę z 1945 r., Żydów rozstrzeliwanych na stadionie Skry, przy ul. Okopowej i więźniów Pawiaka, ale prochów powstańczych jest najwięcej i są one przeważnie bezimienne.

Uznawany za największy cmentarz wojenny w Polsce i jeden z największych w Europie, ten na warszawskiej Woli przez kilkanaście lat od chwili swojego założenia pozostawał w stanie skrajnego zaniedbania. Dopiero w latach 60. przeprowadzono zapowiedziane prace porządkowe, w toku których niestety część mogił została zniszczona. Władze miejskie, odpowiedzialne za cmentarz, poleciły zaorać miejsca pochówku – powstały jednolite kwatery, z lakonicznymi i często nieprawdziwymi danymi na temat pochodzenia prochów, nadal pozbawione powstańczych symboli i bezimienne, choć – jak już wspomniałem – czasami wiadomo było, kto tam spoczywa. Teren cmentarza, który pierwotnie zajmował około 13,3 ha, został zmniejszony do 4,5 ha. Dzisiaj, po kolejnych przebudowach, ma on obszar tylko półtora hektara. Grunt w stolicy jest coraz droższy, apetyty deweloperów nie maleją, jak powiesz żywemu – wynoś się, nie zawsze posłucha, a z nieboszczykiem sprawa jest prostsza. Zawsze go można pod jakimś pretekstem gdzieś przesunąć i nie zaprotestuje. To rozumowanie to oczywiście tylko moja subiektywna teoria, może inne względy przemawiały za redukowaniem obszaru nekropolii, ale nie udało mi się ich znaleźć w żadnej publikacji.

W 1973 roku, na fali kolejnej odwilży politycznej w kraju, wystawiono pierwszy, monumentalny pomnik Powstania Warszawskiego, autorstwa rzeźbiarza Gustawa Zemły. Nosi on nazwę Polegli – Niepokonani i jest usytuowany na szczycie centralnego w wolskiej nekropolii kurhanu, kryjącego prochy poległych. Tablicę z napisem, objaśniającym genezę monumentu, umieszczono jednak w takim miejscu, że bardzo trudno było ją dostrzec. W 1989 roku upadła komuna, przynajmniej formalnie, jednak pierwsze kotwice, symbole Polski Walczącej pojawiły się tutaj dopiero w 2001 r. Trzy lata później, od strony ulicy Wolskiej, odsłonięto kamienny blok z wyrytą w nim historią cmentarza, zaś przy głównej alei stanął kamienny ołtarz z krzyżem i kotwicą. Później odsłonięto tablicę, poświęconą najmłodszym żołnierzom Powstania – harcerskiej formacji Szarych Szeregów a w maju 2017 roku – Pomnik Matki.

Uczestniczka Powstania Warszawskiego Wanda Traczyk-Stawska (l) podczas uroczystości pod pomnikiem Polegli – Niepokonani na Cmentarzu Powstańców Warszawy na Woli. Warszawa, 01.08.2021. Fot. PAP/R. Pietruszka

Od 2015 r. w przylegającym do nekropolii parku Powstańców Warszawy odbywa się sezonowa wystawa plenerowa p.n. Zachowajmy ich w pamięci , którą organizuje Muzeum Powstania Warszawskiego. Trwa ona od wiosny do jesieni i ma formę 93 podświetlanych od wewnątrz filarów ze sztucznego tworzywa, zawierających ponad 57 tys. nazwisk mieszkańców Warszawy, poległych lub zaginionych podczas powstania. Ekspozycji towarzyszy internetowa baza ofiar, która jest na bieżąco aktualizowana przez Muzeum. W październiku tego roku nekropolia wzbogaciła się dodatkowo o Izbę Pamięci. Wyeksponowanym na dziedzińcu tablicom, z nazwiskami i pseudonimami poległych, towarzyszy myśl noblistki, Olgi Tokarczuk : Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wanda Traczyk-Stawska, ps. Pączek, która walczyła w 1944 r. w Szarych Szeregach, a resztę życia poświęca na ratowaniu pamięci o Powstaniu Warszawskim, nie kryje swojego pacyfistycznego nastawienia. Inaugurując działalność Izby Pamięci mówi, że przesłanie tysięcy ofiar powstania, mieszczące się w słowach – nigdy więcej wojny, nabiera dziś, w obliczu wywołanej przez Rosję wojny na Ukrainie, szczególnego znaczenia i powinno być przestrogą dla mieszkańców całego globu.

Wanda Traczyk-Stawska w sierpniu 1944 i dziś; na środkowym zdjęciu – wybuch Powstania Warszawskiego na Woli

Piszę o tym wszystkim dlatego że dzisiaj mija 77 lat od dnia poświęcenia wolskiej nekropolii. Także 29 listopada, tylko w 1830 roku, rozpoczęło się Powstanie Listopadowe. Mamy do czynienia z przypadkową zbieżnością dat, czy niezupełnie? Powstanie Listopadowe miało wyzwolić poddanych Królestwa Polskiego spod panowania carskiej Rosji i też zostało krwawo stłumione. Bilans: 40 tysięcy zabitych i rannych po polskiej stronie. O stratach, które ponieśliśmy w późniejszym Powstaniu Styczniowym i kolejnych patriotycznych zrywach, już nie piszę. A więc lepiej poddać się i jakoś tam wegetować pod butem okupanta? Nie wiem, zapytajcie o to Ukraińców albo tych nielicznych, jeszcze żyjących świadków warszawskiego sierpnia 1944 roku. Odpowiedzi na pewno będą bardzo różne.

P.S. Kata Woli, Heinza Reinefartha nie spotkała nigdy żadna kara za popełnione zbrodnie. Po wojnie zajął się polityką w Republice Federalnej Niemiec. Był burmistrzem idyllicznego, nadmorskiego kurortu Westerland, na wyspie Sylt i posłem do Landtagu Szlezwika-Holsztynu; zmarł w wieku 76 lat.

Frauenblick auf Putinland

Monika Wrzosek-Müller

Putinland“ von Leonid Wolkow

Seit dem Krieg in der Ukraine versuche ich diese Aggression zu verstehen und nachzuvollziehen, wie es in Russland dazu kommen konnte, dass ein Mann, den man allgemein für eher vernünftig und eher westlich orientiert hielt, uns allen und vor allem den Ukrainern das antun konnte. Ich weiß, dass meine Mutter immer sagte (sie hat im Zweiten Weltkrieg 8 Jahre unfreiwillig in der Sowjetunion, im heutigen Kasachstan verbracht), die Russen seien eine sehr nette, für Musik und Mathematik begabte Nation, aber ungeheuerliche Chauvinisten. Das kann man schlecht als Erklärung für diese Tat stehen lassen und so lese ich rundherum, was in den Jahren in Russland passiert ist, in denen wir uns eher für alles andere interessiert haben. So kam ich auch zu diesem Buch.

Der Untertitel enthält schon eine Information über den Inhalt: Der imperiale Wahn, die russische Opposition und die Verblendung des Westens.

Die einzelnen Kapitelüberschriften geben weiteren Aufschluss:

  • Russlands „wilde Neunziger“
  • Die Errichtung der Machtvertikale
  • Widerstandsgeist und Protestbewegung
  • Bürgermeisterwahl in Moskau
  • Nach der Annexion der Krim
  • Nawalnys Präsidentschaftswahlkampf
  • Die Schlagkraft vernetzter Opposition
  • Der Giftanschlag
  • Russland überfällt die Ukraine
  • Medienmacht und Meinungsbildung
  • Angriffsziel Internet
  • Andersdenken verboten
  • Putins Oligarchen
  • Wir gehören zu Europa
  • Nach Putin: Szenarien und Hoffnungen

Der Autor Leonid Michailowitsch Wolkow, geb. 1980, war und ist ein Freund von Alexei Nawalny, für den er als IT- Experte den Wahlkampf und die Antikorruptionsstiftung organisiert hatte. Also repräsentiert er eine Stimme von innen, aus dem Bauch Russlands (er stammt aus Jekaterinburg), auch wenn er seit 2019 im Exil, in Wilna/Litauen, lebt und von dort aus die Entwicklung in Russland weiter begleitet. Das Buch wurde aus seinen Vorträgen innerhalb von drei Monaten zusammengeschrieben, das merkt man dem Text auch an, doch der Leser erfährt viel über die Entwicklung Russlands zu einer Diktatur. Nebenbei lesen wir über die oppositionelle Szene, wie sie sich entwickelte, wie sie funktionierte, was sie erreicht hat. Den Optimismus des Autors teile ich nicht, aber es ist für uns alle gut zu wissen, dass es organisierte oppositionelle Szene in Russland gibt. Wir, dabei denke ich an die Polen, wissen gut, wie lange und wie gut die Opposition damals vor der Solidarnosc-Zeit organisiert sein musste, wie viel Organisationstalent und Wissen über die Möglichkeiten des Kampfes, wieviel Ausdauer und Durchhaltevermögen es brauchte, um das Regime zu stürzen. Natürlich gab es damals kein Internet und keine entsprechenden Möglichkeiten der Vernetzung, das erleichtert jetzt vieles, vor allem die Kommunikation, ist aber nicht immer verlässlich. Der mögliche Follower brennt nicht immer wirklich und unbedingt für die Sache; ein Klick im Handy oder am Laptop bedeutet nicht, dass derjenige auch einen Beitrag leisten und entsprechend wählen geht, ganz zu schweigen von der Teilnahme an Demonstrationen und anderen Aktionen der Opposition.

Russland hat in den letzten Jahren einen massiven Ruck Richtung Mafiastaat vollzogen; Putin gleicht einem Mafiaboss und obwohl er am Anfang des Buchs als „kleine Leuchte“ beschrieben wird, konnte er dieses riesige Land total nach seiner Vorstellung umgestalten. Dasselbe erzählt in einem Interview Boris Bondarjew, ein russischer Diplomat, der sein Amt nach 20 Jahren niedergelegt hat, in der FAZ am Sonntag: „Er hat dieses Regime errichtet. Es fußt auf Korruption, und zwar auf allen Ebenen des Staates und der Gesellschaft. Alles ist auf ihn ausgerichtet. Er ist die Säule, die alles stützt. Keiner aus seinem Zirkel kann die gleiche Autorität ausüben. Ich bin mit Alexej Nawalny einer Meinung, dass man Russland als Mafiastaat beschreiben kann. Alles beruht auf informellen Beziehungen und Vereinbarungen. Ganze Ministerien oder föderale Behörden werden für Person geschaffen. Wenn Putin in den Ruhestand träte, wäre er seinem Nachfolger ausgeliefert. Er hätte keine Garantien für seine Sicherheit.“ Die Geschichte dazu erzählt das Buch; es geschah schrittweise, immer deutlicher wurden die Anzeichen, doch wir schauten nicht hin, wollten es nicht sehen. Noch klangen in unseren Ohren die verführerischen Worte wie Perestroika, Glasnost etc…, dass in Russland Gorbatschow ganz unbeliebt war, haben wir gar nicht bemerkt. Dann, als allmählich die Protestaktionen verboten wurden, später die Gouverneure nicht mehr gewählt, sondern von oben eingesetzt wurden, hat sich auch niemand besonders aufgeregt. Dann kamen die Morde an Journalisten, Politikern; die Giftanschläge und sogar die Besetzung der Krim verliefen für Putin glimpflich, das alles finden wir in dem Buch wieder. „Im Eiltempo verwandelte sich Russland von einem hybriden autoritären Regime in ein totalitäres Regime, von einer Pseudo-Demokratie in ein vollendetes faschistisches System.“ Der Schritt zum Krieg war dann ganz nah.

Der Autor liefert aber auch die Idee und den Aufbau der Organisation, die sich gegen Putin gestellt hatte; die Bildung der „Stäbe“ Nawalnys als Einheiten des Widerstands in ganz Russland und die Antikorruptionsstiftung: „Stellen wir uns die Pyramide als einen Eisberg vor, der im Meer schwimmt: die Spitze des Eisbergs ragt heraus, aber der allergrößte Teil der Eismasse befindet sich unter Wasser. Dem Kreml ist es in den vergangenen elf Jahren nicht gelungen die Protestbewegung in Russland zu vernichten.“ Aber auch horizontale Strukturen und Kommunikationsnetze wurden geschaffen, die viele Millionen Menschen verbinden.

Schön sind die Passagen über die Allmacht der Propaganda: „Der russische Fernsehzuschauer ist kein Idiot, er ist nur daran gewöhnt, in einem toxischen Informationsmilieu zu existieren. […] In der Sowjetunion gab es ein geflügeltes Wort: In der „Iswestija“ gibt es keine Wahrheit, in der „Prawda“ keine Nachrichten („Iswestija“ bedeutet Nachrichten, „Prawda“ Wahrheit- beides die wichtigsten Zeitungen Russlands). […] Und dass die neue Propaganda keinen Deut besser ist als die alte sowjetische, wissen sie auch. Das Problem ist, dass die Skrupellosigkeit und Maßlosigkeit der neuen russischen Propaganda ihr Vorstellungsvermögen schlicht übersteigt. Jeder Mensch kann nur so weit blicken, wie sein eigener Horizont reicht… Wenn heute dem russischen Fernsehzuschauer rund um die Uhr Horrorgeschichten von den blutrünstigen Nazis in der Ukraine erzählt werden, die Kinder bei lebendigem Leib auffressen, dann findet in seinem Kopf genau dieser Denkmechanismus statt. Natürlich glaubt er nicht wörtlich, was man ihm da erzählt, er weiß ja, dass er belogen wird, ein bisschen vielleicht, oder ein bisschen mehr, egal, aber doch nicht ganz und gar. Soviel er auch abzieht und herunterrechnet, am Ende bleibt ein kleiner Rest, den er glaubt. Er denkt, na gut, das mit dem Kinderfressen muss wohl stimmen, aber bestimmt nicht roh, wahrscheinlich werden sie sie vorher kochen oder wenigstens anbraten.“

Dem Ausblick in die Zukunft, die nach Putin kommen wird, widmet der Autor ein Kapitel: Szenarien und Hoffnungen. Die wichtigste Erkenntnis für mich war, dass der Putinismus Putin nicht überleben wird. „Das System, das Putin errichtet hat, kann er niemandem vererben, es ist absolut personalisiert.“ Also ist die erste Möglichkeit einer Veränderung der Tod des Diktators; es wird Kämpfe um seine Nachfolge geben, ein mögliches Interregnum auch. Ein anderes Szenario wäre ein Aufstand der Eliten, seiner Oligarchen, die nicht mehr genug verdienen, also eine Palastrevolution. Die dritte Möglichkeit ist der Massenprotest, wenn der Leidensdruck zu groß wird, zu viele Soldaten sterben, ihre Mütter es nicht mehr ertragen können. Das könnte in einen Bürgerkrieg ausufern, nur, was erlaubt uns bei all den schrecklichen Szenarien optimistisch zu bleiben? Um mit Nawalny zu sprechen, „to see the bigger picture“. Für den Autor bleibt der Ukrainekrieg nicht nur ein Horror, er hat neue und einzigartige Wege eröffnet zur Lösung von alten Problemen. Der Wandel Russlands zu einer Demokratie ist durch den Krieg viel realistischer geworden. Denn es muss eine Reinigung und Neuausrichtung des Landes geben, die Aufarbeitung und Aufklärung aller Verbrechen. Russland muss seine Lektion lernen, es gibt keine andere Option und das berechtigt uns zum Optimismus. Wichtig erscheint auch dem Autor, wie die Ära Putin endet; am besten wäre, wenn er vor den Internationalen Strafgerichtshof in Den Hag gestellt werden könnte, dann kämen alle seine Verbrechen und Taten ans Licht, es könnte sich kein Mythos des großen russischen Helden bilden.

Leider befinden wir uns heutzutage immer noch nicht an diesem Punkt der Geschichte und viele Menschen in der Ukraine sterben, die Städte werden bombardiert und irgendwie weiß niemand, wo, wann und wie diese Geschichte enden wird.

Projekt Bobowska. Ostatni tekst (więzienia)

Tekst spóźniony. Miał być WTEDY. Jest dziś. Czasem tak bywa.

Ela Kargol

Irena Bobowska, berlińskie więzienia

Irena Bobowska 3 września 1942 roku skończyła 22 lata. W dniu swoich urodzin osadzona była w berlińskim więzieniu dla kobiet przy Barnimstraße. Wiedziała już, że 23 urodzin nie doczeka. 12 sierpnia 1942 odbyła się w Berlinie rozprawa przeciwko Irenie i jej trzem współtowarzyszom konspiracji z Poznania, współtowarzyszom więziennej niedoli i współtowarzyszom okrutnej śmierci. Wszyscy oprócz Lorkowskiego, a więc Bobowska, Michalski i Zakrzewski otrzymali wyrok śmierci, który nie podlegał kasacji, choć Irena próbowała się odwoływać, prosząc o darowanie życia, nie tyle dla siebie, ile dla jej przyjaciół z konspiracji. Wszyscy zostali oskarżeni o przygotowanie zdrady stanu.

12 lipca 1942 roku Wyższy Sąd Krajowy w Poznaniu (Oberlandesgericht Posen) skazał Irenę Bobowską na karę śmierci. Proces odbył się w Berlinie. Niestety nie udało mi się ustalić w którym budynku. Mógł to być budynek Landtagu Pruskiego lub byłego Wilhelms-Gymnasium niedaleko Potsdamer Platz lub do dziś stojący gmach sądu najwyższego (Kammergericht) w berlińskiej dzielnicy Schöneberg, gdzie zbierał się Trybunał Ludowy i gdzie wymierzono karę zamachowcom na Hitlera z 20 lipca 1944. Równie dobrze mógł to być jeden z gmachów Sądu Karnego, które znajdowały się w bezpośredniej bliskości więzienia Moabit.

Dr Bogumił Rudawski z Instytutu Zachodniego w Poznaniu na moje zapytanie, dlaczego Irena i pozostali zostali skazani przez sąd w Poznaniu, mimo, że proces odbywał się de facto w Berlinie, odpowiedział:

pod wyrokiem podpisywali się sędziowie, którzy wydali ów wyrok. To
Wyższy Sąd Krajowy w Poznaniu (Oberlandesgericht Posen) sądził te osoby;
nie ma znaczenia, gdzie się odbywała rozprawa; znaczenia ma tylko –
tylko w tym wypadku – instytucja. Wspomniany Wyższy Sąd Krajowy w
Poznaniu obradował często na sesjach wyjazdowych, np. w Berlinie czy
Breslau, ale w składzie poznańskim. Stąd też sąd ten widnieje jako organ
wydający wyrok.
Sąd ten zajmował się sprawą Bobowskiej i in., ponieważ wszyscy skazani
pochodzili z Kraju Warty (dokładnie z Poznania), poza tym sądowi temu
powierzono sprawy WOZZ, do której należeli wcześniej skazani. A ponieważ
skazani przebywali w więzieniu w Berlinie, to tam odbyły się obrady sądu.
(i w grę tu chodziły, moim zdaniem, względy logistyczne – łatwiej było
udać się sędziom do Berlina, niż przewieźć skazanych na rozprawę do
Poznania).

23 kwietnia 1941 przewieziono Irenę z więzienia we Wronkach do nieistniejącego już więzienia w Berlinie-Spandau. Tym samym transportem jechali jej ciotka Stanisława Kwiatkowska i Radziwój Zakrzewski, razem z nią stracony w Berlinie-Plötzensee. Zachował się dokument z listą osób tzw. sondertransportu z więzienia we Wronkach do więzienia w Berlinie-Spandau.

Lista jest alfabetyczna. Jedynie pięć nazwisk dopisanych jest na końcu listy, w tym Irena Bobowska i jej ciotka Stanisława Kwiatkowska, aresztowana razem z Ireną w Poznaniu w redakcji Pobudki. Dlaczego Irenę dopisano? Zwolniły się miejsca? W bardzo złej kondycji fizycznej przetransportowano ją, osobę niepełnosprawną ruchowo do następnego więzienia, więzienia w Berlinie. Czy transport do Berlina był nieunikniony? Czy, gdyby los chciał inaczej, Irena nie pojechałaby do Berlina?

Za dużo pytań.


Więzienie w Berlinie-Spandau zrównano z ziemią jesienią 1987 roku, po ponad stu latach istnienia. Zbudowane było jako więzienie forteczne dla personelu wojskowego. W latach 1914-1918 przetrzymywano w nim jeńców wojennych

W 1920 roku, po zniesieniu jurysdykcji wojskowej, zostało przekazane państwu niemieckiemu. Było jednym z sześciu więzień dla mężczyzn w Wielkim Berlinie, a od roku 1933 więzieniem dla przeciwników III Rzeszy.

Po wojnie więzienie zostało przejęte przez aliantów i umieszczono w nim siedmiu więźniów, zbrodniarzy wojennych, skazanych przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze.

Po zwolnieniu Alberta Speera i Baldura von Schiracha w 1966 roku, w więzieniu pozostał tylko jeden więzień – Rudolf Hess – jeden z najbliższych współpracowników Hitlera, który odbywał karę dożywocia.

Hess popełnił samobójstwo 17 sierpnia 1987 roku. Miał wtedy 93 lata.

Jeżdżąc w 1984 roku do pracy do Kladow, musiałam przejeżdżać obok więzienia. Nie wiem, czy sobie je przypominam. Przypominam sobie natomiast, że nasz niemiecki przyjaciel (nota bene były żołnierz Wermachtu) pokazywał nam ten budynek, mówiąc – tu siedzi Hess. Wtedy wiedziałam o Hessie tylko tyle, że musiał być wojennym zbrodniarzem, skoro został skazany w procesie norymberskim na dożywocie.

Więzienie znajdowało się w sektorze brytyjskim Berlina, ale strzeżone i prowadzone było kolejno przez cztery zwycięskie mocarstwa (Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, ZSRR i Francję). Hess spędził w nim 40 lat. Był najdroższym więźniem świata. Przez ostatnie 20 lat życia był jedynym więźniem ogromnego zakładu karnego. Po jego samobójstwie brytyjski komendant miasta kazał budynek zburzyć, by nie stał się celem pielgrzymek neonazistów. W miejscu, gdzie stało więzienie, wybudowano najpierw brytyjskie centrum handlowe (Britannia Centre Spandau), teraz w tym miejscu znajduje się niemiecki Kaufland. Czy któreś z drzew z więziennego ogrodu przetrwało do dnia dzisiejszego, trudno mi powiedzieć. Wokół stoją budynki byłych koszar i prawdopodobnie mieszkania pracowników więzienia. Legenda głosi, zresztą nie tylko legenda, również wikipedia, że po zburzeniu budynku gruzy zmielono i zatopiono w Morzu Północnym. Inną wersję podaje Johannes Fülberth w Das Gefängnis Spandau 1918–1947. Strafvollzug in Demokratie und Diktatur. Zmielone, skruszone resztki budynku przetransportowano setkami ciężarówek na lotnisko Gatow i tam zostały zakopane.

Czy naprawdę chodziło tylko o to, żeby nie powstało miejsce czci dla neonazistów, którzy w Rudolfie Hessie widzieli męczennika? Czy o coś innego?

Plac przed więzieniem nazwano nie tak dawno Placem Białej Róży (Platz der Weißen Rose), na przekór wszystkim neonazistom i innym prawicowym ekstremistom, którzy szczególnie w rocznicę śmierci Hessa stawali się w tym miejscu bardzo aktywni, biorąc sobie Rudolfa Hessa za wzór do naśladowania.

Biała Róża była niemiecką antynazistowską grupą oporu, a Sophie Scholl, jej brat, jej przyjaciele to równolatkowie Ireny Bobowskiej, kilka miesięcy później skazani na śmierć. Umarli jak Irena, pod gilotyną.

Na placu kwitną białe róże o bladoróżowym odcieniu. Nie ma żadnej informacji o więzieniu.

Wspomniany już Johannes Fülberth bardzo szczegółowo opisuje dzieje zakładu karnego w Berlinie-Spandau od czasów Republiki Weimarskiej do roku 1987. W jednym z rozdziałów pisze:

Wiosną 1941 roku gwałtownie wzrosła liczba polskich więźniów, którzy obok więźniów Wehrmachtu stanowili największą grupę więzionych w Spandau. Powodem tego było przeniesienie 260 Polaków z więzienia we Wronkach koło Poznania do Berlina. W dniach 21 kwietnia i 23 kwietnia 1941 r. do więzienia sądowego w Neukölln przeniesiono 130 polskich więźniów, a 22 i 23 kwietnia kolejnych 130 do więzienia w Spandau. Wielu z nich podejrzewano o przynależność do polskich grup oporu.

Wielu więźniów z Poznania zostało dalej przeniesionych do szpitala więziennego w Moabit.

Również Irenę Bobowską umieszczono w tym szpitalu, i stało się to krótko po po przewiezieniu jej do Berlina, nie ze względu na gruźlicę, na którą chorowało wielu więźniów przywiezionych z Wronek, ale najprawdopodobniej ze względu na jej niepełnosprawność i ogólny stan zdrowia, bardzo nadszarpnięty przez nieludzkie traktowanie we Wronkach.

Irenę Bobowską przywieziono do Berlina 22 lub 23 kwietnia 1941. Być może zanim zobaczyła swoją celę w Spandau, przeniesiono ją od razu do lazaretu więziennego w Berlinie-Moabit. 27 kwietnia pisała do rodziny, że od 5 dni jest w Berlinie, w szpitalu. Nie miała już wózka, ani szyn wspomagających chore nogi. To wszystko odebrano jej we Wronkach. Nie mogła się poruszać. Nie umiem sobie wyobrazić, ile Berlina widziała Irena, gdy przewożono, a częściowo przenoszono ją ze Spandau do Moabitu.

To Berlin ją widział:

Bajka to niby,niosło mnie w lektyce 4 niewolników, a obok kroczyła eskorta z najeżonymi bagnetami. Ogromnie wielkie i huczne ulice Berlina z podziwem spoglądały na mnie i mój pochód.

Prawie dwa lata jeździłam raz w tygodniu do lekarzy w Berlinie, w dzielnicy Moabit. Z okna gabinetu zabiegowego spoglądałam na budynek więzienia. Najpierw tylko spoglądałam, potem zaczęłam wokół niego spacerować, powoli odkrywać jego historię, choć historia nie chciała i nie chce się nadal odkryć. Nie znalazłam rzetelnych opracowań na temat tego więzienia. Internet przemilcza albo bardzo skraca historię więzienną dyktatury hitlerowskiej. Na pytania dotyczące historii budynków i jego więźniów w czasie II wojny światowej nie otrzymałam nigdy odpowiedzi. Przekierowywano mnie do innych instytucji. Mogę tylko przypuszczać, że budynek, w którym znajdował się więzienny szpital, przetrwał. Nie jest już szpitalem, bo ten przeniesiono do Plötzensee, ostatniego adresu Ireny Bobowskiej.

W jednym z listów z Moabitu Irena podaje dokładny swój adres: Berlin Moabit, Alt Moabit 12a, Abt. III 76. Późniejsze listy pisane będą na więziennym papierze listowym z adresem Alt-Moabit 12a. Do dzisiaj zakład karny nie zmienił adresu, ta sama ulica, ten sam numer. Wokół solidny płot, wieże strażnicze, drut kolczasty, za płotem sztuka nawiązująca do przeznaczenia miejsca. Ostatnio pojawił się hotel dla owadów, najprawdopodobniej dzieło któregoś z więźniów.

Irena dobrze wspomina czas spędzony w Moabicie. Żyła nadzieją, że to tylko więzienie i to nie takie straszne, jak Wronki, z którego przywieziono ją ledwo żywą. Tu ją leczono, dopasowano szyny do nóg, chodziła do dentysty. Buty mogła oddać do szewca, w więziennej bibliotece pożyczała książki. Korzystając ze słownika francusko-niemieckiego i elementarza, uczyła się niemieckiego. Francuski znała z poznańskiej Dąbrówki. Zaprzyjaźniła się ze swoją towarzyszką niedoli, współmieszkanką z celi, Erną Piasch. Być może ona pomagała Irenie pisać listy w języku niemieckim, bo tego wymagał więzienny regulamin. Gdy Ernę przeniesiono do więzienia w Cottbus, Irena uczyła się nadal niemieckiego i radziła sobie całkiem dobrze. Czytała książki, wypożyczone w więziennej bibliotece. Jedyną książką polskiego pisarza wydaną po niemiecku byli Chłopi Władysława Reymonta. Delektowała się jej czytaniem. Na święta Bożego Narodzenia mogła ustroić swoją celę gałązką jodły z lametą, postawiła przy niej aniołka z waty, śpiewała, rysowała, tęskniła za domem, czytała fragmenty Chłopów dotyczące świąt, pasterki. Uciekała w świat marzeń, choć ze swojego okna więziennej celi widziała tylko pół lub trochę więcej niż pół nieba. Zimą mróz malował na szybie wzory.

Wiosną przed oknem zakwitła akacja. Czy czuła jej zapach, gdy wynoszono ją na noszach na tak zwany spacer, czy dostrzegała jej piękno?

A potem odbył się jej proces. Potem wiedziała, że akacja już dla niej nie zakwitnie.

Więzienie przy Barnimstraße, w kolejności trzecie berlińskie więzienie Ireny, było najstarsze z czterech berlińskich więzień.

Otwarte zostało w roku 1864 jako tzw. Schuldgefängnis (więzienie dla dłużników). Już w roku 1868 roku, zostało przekształcone i rozbudowane w Królewsko-Pruskie Więzienie dla Kobiet. Więzieniem dla kobiet było aż do czasów jego likwidacji w roku 1974. Mury dostosowywały się do każdego z panujących systemów.

Podczas II wojny światowej było przystankiem dla kobiet w drodze do Plötzensee. W zasadzie pobyt na Barnimstraße przed wykonaniem wyroku trwał zaledwie kilka dni. Irena spędziła tam jednak ponad miesiąc. Możliwe, że z nadzieją na zmianę wyroku. To tam 3 września skończyła 22 lata, zaczęła 23 rok życia.

Zaczęła.

W miejscu, gdzie stał budynek więzienia, jest teraz Ogródek Ruchu Drogowego. Nie tylko rowerzyści mogą z niego korzystać. Ze słuchawkami na uszach i wskazówkami (nie zawsze zrozumiałymi) można przenieść się w czasie. Drzewa otaczające więzienie stoją wzdłuż nieistniejących już więziennych murów, a w słuchawkach brzmią wspomnienia więzionych kobiet.

Zachowało się dużo listów Ireny pisanych do rodziny i przyjaciół, pisanych po niemiecku, którego to języka Irena nauczyła się w zaskakująco szybkim czasie.

Zostały wiersze, rysunki, została jej młodość i nasza pamięć.

Sądząc po listach, czas spędzony w więzieniach berlińskich nie był złym czasem. Irenę podleczono, naprawiano jej zęby i buty, dano możliwość samokształcenia i pracy. A wszystko po to, żeby bezprawnie skazać ją na karę śmierci i wykonać wyrok, ścinając jej głowę gilotyną.

Minęło 70 lat od śmierci Ireny Bobowskiej i wielu tysięcy kobiet i mężczyzn, zamordowanych w czasach dyktatury Hitlera.

Dyktatury nie mijają, a dyktatorzy piszą nowe okrutne historie.

10 lat po śmierci Ireny narodził się nowy dyktator.

Stadt Land Fluss

Masha Pryven

Liebe alle,

ich lade euch zu unserer Fotoausstellung Stadt Land Fluss.

Das gemeinsame Thema der Ausstellung ist das Land, das Territorium und der Raum, wo sich das Politische, Soziale und Private abspielt. In meiner Arbeit Sehe Was Ich Sehe zeige ich die Fotos der Ukrainer:innen, die mir ihre Handybilder seit dem Anfang des Krieges anfingen zu schicken und die ich bis heute sammle. Ich behandele diese Fotos als ein zeitgenössisches Fotoarchiv und als eine Form der Kriegsfotografie ohne Objektivierung und Fremdbestimmung. Einerseits begleitete mich die Frage: Wer darf den Krieg zeigen? Andererseits – die Erkenntnis: der Blick der Menschen, die diesen Krieg erleben, ist radikal. Man muss sehen, was sie sehen.

Ukraine, Mai, 2022 / (c) Sergij Grychenyuk_Masha Pryven

I am kindly inviting you to our exhibition Stadt Land Fluss (old children’s game: Categories). The theme of land and territory is what the four photo series have in common. 

In my work See What I See  I am showing photos of Ukrainians who at the beginning of the war started sending me their photos taken with phones and which I later started collecting. I am treating these photos as a contemporary photo archive and as a form of war photography without objectification.

Eröffnung: 27. Oktober, ab 17 Uhr
Wo: GlogauAir Gallery,  Glogauer Str. 16, Kreuzberg

Herzlich, Masha

***

Hier noch persönlicher Text von Masha Pryven zur Ausstellung Stadt Land Fluss

SEHE WAS ICH SEHE

Am 24. Februar 2022 wurde die Ukraine erneut angegriffen. Sofort bildeten wir ein sporadisches, diffuses, globales Netzwerk aus Ukrainer:innen, um humanitäre und militärische Hilfe zu leisten. Im Zuge dessen fingen die Menschen auf der Flucht an, mir ihre Handybilder zu schicken, die ich mit der Zeit begann, gezielt zu sammeln.

Ich behandele diese Fotos als ein zeitgenössisches Fotoarchiv und als eine Form der Kriegsfotografie ohne Objektivierung und Fremdbestimmung. Einerseits begleitete mich die Frage: Wer darf den Krieg zeigen? Andererseits — die Erkenntnis: der Blick der Menschen, die diesen Krieg erleben, ist radikal. Man muss sehen, was sie sehen.

Die Telegram-Nachrichten, die diese Fotos begleiten, sind die schriftlichen Zeugenberichte dieses Krieges.
***
Fotobücher machen
Sonja Deppisch im Gespräch mit den Fotografinnen Karin Kutter und Masha Pryven sowie der Verlegerin Regelindis Westphal.
Bei Kaffee und Kuchen

Prawda – wiersze i rysunki (1)

Tibor Jagielski



Pytało babci pewne dziecię:
„Czemuż zła tyle na tym świecie?
Czemu cukierków ciągle mało,
A na podwórku w mordę walą,
I czy to prawda ustalona,
Że świat to sprawka Pana Boga?”

Odpowie babcia rezolutna:
„Ach dziecię, prawda jest okrutna,
Więc za bezczelność twą, potworze,
Na grochu będziesz klęczeć worze.”


Bożenka tak bawiła kotka,
Aż dała ducha ta istotka.

Dostała od tatusia w pupę,
Bo kotek wart był forsy kupę.
Raz przypomniała sobie piękna pani Hanka,
Że przed miesiącem skryła w szafie swej kochanka.

Więc zbladła szepcząc: „A to pech,
Na śmietnik pewnie teraz futra me.”

Z wolnej stopy 67

Zbigniew Milewicz

Workowanie

Z niepokojem obserwuję, jak ludzi wrzuca się do jednego worka. Kolorowych do pojemników z napisami: czarny, biały, żółty, bo biały to też kolor. Ci, co zajmują się i interesują polityką lądują na prawo, lewo, lub w środku, a w Polsce, bo ten kraj interesuje mnie najbardziej: w tuskolandii, albo w pisiorach. Tak z grubsza, bo są jeszcze inne ugrupowania, ale znaczącej roli na scenie politycznej nie odgrywają. Moja zorientowana praworządnie znajoma, zwana MTM-cią, dla uproszczenia tematu wrzuca wszystkie, co jej nie pasują, do jednego worka z metką: sprzedawczyki i lewacy.

Generalnie liczy się tylko władza i opozycja, albo grasz w jednej drużynie, albo w drugiej. Konkurujące ze sobą media walczą o rząd dusz i prześcigają się w zohydzeniu, albo wyśmianiu przeciwnika, nie zostawiają na nim suchej nitki. Wszystkie chwyty są dozwolone; nagrania telewizyjne są tak montowane, aby łatwiej zmanipulować odbiorców, pewne kadry powtarza się w nieskończoność, by na zawsze utkwiły w pamięci. Politycy władzy oskarżają swoich przeciwników o mowę nienawiści, ci niezmiennie odbijają piłeczkę, twierdząc, że to rządzący uprawiają hejt. Co dla jednych jest prawdą, to dla drugich ewidentne kłamstwo i na odwrót. Trwa nieustanna licytacja zasług i porażek obydwu stron, pierze się publicznie różne brudy, liczy te miliony złotych i nieruchomości, którymi mają dysponować prominenci, a wyborcy, jak to ludzie, jedni optują za PiS-em, drudzy za Platformą Obywatelską, albo innym opozycyjnym ugrupowaniem i każdy wierzy w pomyślny dla niego wynik przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Linie podziałów politycznych biegną pomiędzy poszczególnymi regionami kraju, miastami i wiejskimi gminami, ale przecinają też rodziny, grona znajomych i przyjaciół. Zdarza się, że bliscy ludzie z tego powodu przestają ze sobą rozmawiać.

Tylko co do jednego wszyscy są zgodni, że istnieje realne zagrożenie militarne ze strony Rosji, spowodowane napaścią tego kraju na Ukrainę i zaangażowaniem Polski w pomoc dla ofiar wojny. Nawet politycy, znani ze swoich prorosyjskich sympatii, są zdania, że trzeba uważać na Putina, ale są wśród nich tacy, którym za uzbrojenie na wypadek wojny wystarczyłyby chyba pistolety na wodę. Takie wrażenie sprawił na mnie między innymi Janusz Zemke, poseł do Parlamentu Europejskiego z Nowej Lewicy, który w czasie jednej z publicznych debat zapowiedział cięcia budżetowe ze strony swojej partii w polskich wydatkach na zbrojenie. W głowie nie mogły mu się pomieścić te wszystkie Himarsy, Kraby i koreańskie czołgi, co mają być na wyposażeniu naszej armii. Dla przypomnienia, w latach 2001-2005 ów eurodeputowany piastował stanowisko wiceministra obrony narodowej, a więc był osobiście odpowiedzialny za doprowadzenie polskich sił zbrojnych w przeszłości do opłakanego stanu i – cytując dawnego łacinnika z krakowskiego UJ, prof. Heinza – gdybym miał taką głowę, jak Janusz Zemke, to bym na niej siedział. Psychicznie normalni ludzie nie chcą konfliktów zbrojnych, ale pragnąc pokoju, szykuj się do wojny – mówi łacińska maksyma. Si vis pacem, para bellum. Musimy się więc zbroić, panie pośle, nawet – uważam – na wyrost i to właśnie w dobry i nowoczesny, a co za tym idzie także drogi sprzęt. Obciąć to sobie pan możesz co innego, na przykład swoją pensję eurodeputowanego i przeznaczyć ją dobroczynnie chociażby na obronność kraju. Byłaby to mała, symboliczna rekompensata za szkody spowodowane redukcją polskiej armii w czasach pańskich rządów w resorcie MON.

Wracając zaś do Rosji… Nie, nie wybieram się tam na razie. Kilka dni temu, przeglądając internet, natknąłem się na pojedynczą informację, że z domowego aresztu w Moskwie zwiała Marina Owsiannikowa. To ta dziennikarka, która w marcu b.r., po napaści Rosji na Ukrainę, wdarła się na antenę pierwszego kanału, z antyreżimowym transparentem, na którym widniał napis: „Zatrzymajcie wojnę“ i „Oni kłamią“. To była nieprzypadkowo wybrana pora wieczornych wiadomości, kiedy miliony Rosjan oglądały telewizję, śmiała dziennikarka widoczna była w obiektywach kamer zaledwie parę sekund, później jej obraz zniknął, ale ten kadr obiegł cały świat. W pierwszym, państwowym kanale za brak czujności poleciały – jak to się mówi – głowy, oczywiście Owsiannikową natychmiast zwolniono z pracy.

Za swoje brawurowe wystąpienie przed kamerami została ukarana grzywną w wysokości 30 tysięcy rubli (około 2,5 tys. zł.), ale nie dała się zastraszyć. Kontynuowała swój publiczny sprzeciw wobec „specjalnej operacji wojskowej“, jak rosyjska propaganda nazywała swoje wojenne bestialstwo na Ukrainie. Na demonstrację w Moskwie przyniosła baner z napisem „Putin jest mordercą, a jego żołnierze to faszyści”. W związku z tym w sierpniu 44-letnia dziennikarka została aresztowana i umieszczona w areszcie domowym. Pod koniec pażdziernika miał się odbyć proces i groziło jej nawet 10 lat więzienia. W poniedziałek 3 października rosyjska agencja informacyjna RT doniosła jednak, że aresztantka, wraz z 11-letnią córką uciekła. Oczywiście wielu zastanawia się – dokąd i za informację w tej sprawie FSB gotowe jest pewnie dobrze zapłacić.

Maria Owsiannikowa urodziła się w Odessie. Jej mama jest Rosjanką, ojciec – Ukraińcem, był, bo już nie żyje. Po śmierci ojca, jako ośmioletnia dziewczyna, przeprowadziła się wraz z matką do Rosji. Ma dwójkę dzieci, jej były mąż Igor jest reżyserem hiszpańskiego wydania RT. Tyle o niej wiem. Dla mnie to bardzo dzielna kobieta. Na początku marca, kilka dni po inwazji na Ukrainę, Rosja uchwaliła nowe przepisy, zabraniające dyskredytowania rosyjskiej armii, lub rozpowszechniania „fałszywych informacji“ na temat sił zbrojnych. Oznacza to, że osobom sprzeciwiającym się wojnie grozi nawet 15 lat więzienia. Warto o tym wiedzieć, zanim zaczniemy politykować i wrzucać wszystkich ruskich do wora z napisem kacapy. Wielu popiera politykę Putina, to prawda, ale podobnych Marii Owsiannikowej są tysiące. Gniją teraz w rosyjskich więzieniach i aresztach śledczych. Są bici i poniżani, o swoich zawodowych karierach mogą zapomnieć, ale dla mnie to zuchy, mołodcy i mam dla nich głęboki szacunek.

Dzięki bowiem takim ludziom jak oni Rosja będzie się mogła kiedyś odrodzić, w prawdzie i poszanowaniu ludzkiej wolności oraz dobra, co, wierzę, kiedyś nastąpi.

Projekt Irena Bobowska. Portrety (Sztuczna Inteligencja).

O Irenie Bobowskiej czytelnik znajdzie wiele wpisów na tym blogu – np. TU

W różnych miejscach na blogu umieszczone zostały obrazy, których wykonanie Konrad zlecił Sztucznej Inteligencji DALL-E. Osoba zlecająca podaje temat, DALL-E w ciągu kilku sekund produkuje dzieła. Jednym z pierwszych tematów, o jakie Konrad poprosił, była Irena Bobowska. Podane przez niego hasła brzmiały: “młoda kobieta”, “wózek inwalidzki”, “więzienie”. Oto, co powstało:

Takie obrazy powstały, gdy do zestawu haseł zostało dodane słowo “bohaterka”.

Ale niewątpliwie najbardziej niezwykły jest ten portret:

Przyznaję, że doskonałość tego obrazu wydała mi się straszna, ale zarazem poczułam, powiew optymizmu. Nie uciekniemy od tego. Jest pewne, że czeka nas świat organizowany, a może nawet sterowany, przez Sztuczną Inteligencję. Zdaniem Konrada wystarczy, że jedno państwo odda Sztucznej Inteligencji swoją armię, a po pewnym czasie inne państwa będą MUSIAŁY zrobić to samo. A ja myślę, że to, co najpierw dotyczy wojskowości, z czasem przechodzi do normalnego życia. Kapitalizm może do tego doprowadzić, bo zawsze premiuje wydajność. Kiedyś zatem Sztuczna Inteligencja zacznie sterować komunikacją czy racjonowaniem zaopatrzenia, zdominuje politykę i określi zasady życia społecznego, przejmie wychowanie dzieci, opiekę zdrowotną, handel czy cokolwiek innego. To przeraża. Bo przeraża wizja żołnierzy, których nie da się przebłagać, bomb, przed którymi nie da się uciec, społeczeństw, w których dyktator będzie mógł śledzić nasze najdelikatniejsze odruchy oporu. Przeraża myśl, że tak będzie i że to wszystko będzie okrutne i coraz okrutniejsze. Ale może tak jak dotychczas w naszym życiu, będzie coś co nas pocieszy i pomoże żyć – miłość, empatia i sztuka, nawet jeśli i one będą pochodziły od władającej nami Sztucznej Inteligencji.

Może…

Frauenblick oder…

Monika Wrzosek-Müller

…nochmal über Emmanuel Carrère

An mir nagt das Gefühl, jemandem Unrecht getan zu haben. Ich habe Emmanuel Carrères Buch Yoga hier zerrissen, ohne mich über seine anderen Werke und über seine Person gründlicher informiert zu haben. So fühle ich mich verpflichtet, seine außergewöhnliche Biographie eines russischen – ja nun, wie soll man sagen – Schriftstellers, Terroristen, auf jeden Fall eines Typen, der alle Grenzen überschritt, die Begriffe aufmischte, sein Leben immer wieder neu erfand und in den jeweiligen Rollen auch exzellent auftrat, eher eines Delinquenten als Dissidenten, nämlich über Eduard Limonow, zu würdigen und zu empfehlen. Es geht hier um Eduard Venjaminowitsch Sawenko, der sich selbst Limonow nannte, geb. 1943 in der Ukraine, in der Nähe von Charkiw, gest., 2020 in Moskau.

Natürlich gewinnt die Biografie jetzt, nach dem brutalen Angriff Russlands auf die Ukraine, eine besondere Aktualität und Scharfsicht. Hätten wir mehr solche Bücher gelesen, dann wüsten wir besser über Russland, über die Zerrissenheit der Einwohner dieses riesigen Landes, über ihre Gefühls- und Emotionslage Bescheid. Dass sie die Perestroika und Glasnost nicht immer begrüßt haben und dass es oft im Innern kochte und Widerstände gab.

Für mich ist faszinierend, wie nah der Autor eigentlich seinem Helden ist: ähnlich egozentrisch und auf sich fixiert. Das ist auch, was ihn an der Figur, an dem Menschen Limonow fesselt. Auch die Tatsache, dass er in seinen fast ausschließlich autobiografischen Büchern „ehrlich bis zur Ekstase“ ist. Da ähneln sich die beiden Helden sehr, doch lebt Carrère seine Sehnsüchte und Träume nicht so exzessiv aus. Als Sohn einer französischen, aber russischstämmigen Historikerin, Helene Carrère d´Encausse, die als eine der ersten den Untergang und Zerfall der Sowjetunion vorhersagte, hatte er schon einen besonderen Zugang zu dem Land. Limonow selbst traf er in den 80er Jahren auch persönlich in Paris; der Autor, als junger Spund, nahm damals alles in sich auf – das intellektuelle Leben der französischen Elite; das Sich-Treffen, Mischen, Austauschen, Feiern. Über den Limonow jener Tage schreibt er: „Die Freiheit seines ganzen Auftretens und seine abenteuerliche Vergangenheit imponierten uns jungen Bürgerlichen. […] Er liebte Prügeleien und hatte unglaublichen Erfolg bei Frauen.“ Der Held des Buchs, Limonow, damals in Paris gefeierter Skandalautor, gerade aus New York angekommen, und sein Buch Fuck off, Amerika, gerade auf Französisch erschienen. Ich denke, das ist auch das, was das Buch so lebendig und unterhaltsam macht. Der Autor schwankt bei der Figur zwischen Begeisterung und Ekel, sie zieht ihn an und stößt ab; er beschreibt dabei auch manchmal sich selbst, und während wir das lesen, unterliegen wir auch diesen Schwankungen, das macht auf jeden Fall den Text authentisch und überaus spannend.

Erst viel später, 2007, fährt Carrère nach Moskau, um eine Reportage über Limonow zu machen; er trifft jetzt viele Oppositionelle, die erstaunlich positiv über Limonow sprechen: „Er ist mutig!“, das ist der Tenor. Deswegen fängt auch die Biografie damit an, dass er mit den Leuten um Anna Politkowskaja sprechen will, um die Umstände ihres Todes aufzuklären, und wir lernen eine breite Szene von Moskauer Menschenrechtsaktivisten kennen; da tummelt sich dann auch der ihm schon bekannte Limonow. Schön ist auch das Eingeständnis des Autors, dass sein Held in keine eindeutige Beschreibung passt und dass „sein new wave-artiges Dissidententum erfrischend war“; er schreibt die Biografie auch anhand von dessen Büchern, interviewt ihn eigentlich nie. Er sammelt Informationen über ihn von anderen Menschen, er führte mit über dreißig Personen Gespräche über Limonow.

Der Lebenslauf des inzwischen verstorbenen Helden liest sich wie ein Krimi und ist wirklich voller Überraschungen und Wenden, die eigentlich nicht in ein „normales“ Leben reinpassen, so prall ist es gefüllt. Geboren wurde also er irgendwo in der Nähe von Charkiw; da schon als herumlungernder Poet aufgefallen, geht er nach Moskau, wo er eigentlich studieren will, aber hauptsächlich rebelliert, für Bekannte aus der Szene Hosen schneidert und gut lebt. Dann wird er 1974 aus der UdSSR ausgewiesen, heiratet ein Model und geht zusammen mit ihr nach Amerika, wo er hofft, eine große Kariere zu machen. Er gerät aber in Umstände, die alles andere als rosig sind und die er dann in dem Buch It´s Me, Eddie (auf Deutsch ziemlich schräg übersetzt als Fuck off, Amerika) beschreibt; er wird zum Dissidenten gegen das Dissidententum. So verhält er sich aber sein Leben lang. Mit seinem Buch landet er in Paris und wird dort gefeiert, kann in den besten Zeitschriften und Verlagen veröffentlichen; aber dieses bequeme bürgerlich-intellektuelle Leben passt ihm nicht und so verschwindet er dann wieder nach Moskau, wo nach dem Zusammenbruch des Kommunismus „die Dinge in eine seltsame Richtung zu laufen begannen“. Er verschwindet auf den Balkan, wo er an der Seite von Radovan Karadzic (wie der bekannte polnische Filmregisseur Pawel Pawlikowski in einem Dokumentarfilm „Serbisches Epos“ gezeigt hat), eindeutig für die Serben optiert und sogar auf Menschen im belagerten Sarajevo schießt. Entsprechend setzt er sich später für die Tschetschenen ein, dann in Abchasien gegen die Georgier, und letztendlich wird er 2001 verhaftet und verbringt einige Jahre im Gefängnis, die er auch produktiv nutzt – wo er Bücher schreibt und meditieren lernt. Dazwischen gründet er die Nationalbolschewistische Partei, gibt die Zeitschrift „Limonka“ – die Handgranate – heraus. Er umgibt sich zunächst mit Punks, dann mit faschistoiden Typen, Elementen, die mit kahlrasierten Schädeln und schwarzer Kleidung mit erhobenem Arm, oder aber auch geschlossenen Faust skandierend durch die Straßen Moskaus ziehen. Das alles tut er aber sozusagen augenzwinkernd; gleichzeitig verbandelt er sich auch mit Garri Kasparow und Boris Nemtsow gegen Putin, organisiert sogar „Märsche der Dissidenten“; auf jeden Fall ist er immer ein Star und starker Typ, immer umgeben von Frauen, immer ein Extremist, nie in Ruhe, auch nicht in der Abgeschiedenheit, in der tiefsten Provinz. Er meint, Krieg sei ein existenzielles literarisches Erlebnis und Extremismus seine persönliche Wahrhaftigkeit.

Das Buch erzählt von Limonow, aber auch von Russland und von dem Autor selbst, von dem Durcheinander und der Schnelligkeit der Ereignisse, die diese Zeit bestimmt haben, von den Wechselwirkung des Schicksals einer Persönlichkeit mit den Geschehnissen rundherum, und da sich das so leicht und beschwingt liest, meint man manchmal, es könnte erfunden sein. Am Schluss des Buches sprechen Carrère und Limonow doch direkt miteinander. Limonow: „Ich liebe den Irrsinn. Mein ganzes Leben beweist das. Ich kultiviere nicht Logik, sondern Ekstase. Meine morbiden Empfindungen verschaffen mir Freude“; da kommt es Carrère die Einsicht: „Ich denke, er könnte eine Art Guru in Zentralasien werden“.

Projekt Irena Bobowska. Poświęcenie.

Konrad Kozaczek

Logika poświęcenia. Manifest Bobowskiej.

Konrad Kozaczek jest studentem filozofii. Ma 22 lata – tyle, co Irena Bobowska w dniu, gdy została stracona. Napisał tekst o poświęceniu.

Po co nam Bobowska? Czy nadal możemy się od niej czegoś nauczyć? Imponuje nam swoją odwagą, ale może świat się zmienił? Być może dzisiejsze problemy są inne, więc wymagają odmiennych metod? Być może to my się zmieniliśmy i nie mamy już odwagi, by postępować tak jak ona? Być może nawet już w jej czasach takie poświęcenia były chybione? Może trzeba było współpracować z okupantem, ale tylko na niby? Sabotować? Umierając, tracimy przecież wszelką możliwość dalszego wpływu na rzeczywistość. A więc po co nam dzisiaj Bobowska?

Poświęcenie takie jak Bobowskiej może się nam dziś wydawać czymś odległym, dziwnym, i niezrozumiałym. Tymczasem jestem przekonany, że Bobowska wciąż jest nam bliska, a jej poświęcenie nie jest czymś odległym, dziwnym, niezrozumiałym, tylko czymś, co każdy z nas tak czy inaczej robi – również codziennie, również obecnie.

Większości ludzi wspólne jest to, że przejmują się losem innych. Człowiek to istota przejmująca się. Ponieważ przejmujemy się, czujemy się zobligowani, żeby coś zrobić – tym samym zajmujemy się etyką. Jeżeli przejmujemy się, to etyka i jej zagadnienia również powinny nas obchodzić. Etyka może nam pomóc przejmować się lepiej, może nam pomóc przekuć to „przejmowanie się” w coś produktywnego.

Czym jest więc etyka i jaka jest jej esencja? Tu właśnie łączymy się z Bobowską, ponieważ esencją etyki jest właśnie poświęcenie. Przez poświęcenie mam na myśli wszystko, na czym my sami nie zyskujemy. Wszystko, co robimy kosztem swojego dobrostanu na rzecz dobrostanu kogoś innego. Dlaczego poświęcenie jest esencją etyki? Ponieważ bez poświęcenia etyka przestałaby istnieć. Etyka istnieje, ponieważ istnieje rozdźwięk między tym co dobre dla mnie, a tym co dobre dla innych. Gdyby udało się pozbyć tego rozdźwięku – to znaczy gdyby to, co dobre dla mnie, zawsze było również dobre dla innych – to w takim świecie etyka nie byłaby potrzebna. Byłby to rodzaj nieba – świata naturalnie dobrego, świata, w którym dobro i natura, dobro i nawyk są tym samym. My jednak nie żyjemy w takim świecie. Żyjemy w świecie, w którym rzeczy dobre i przyjemne dla nas, nie zawsze są dobre i przyjemne dla innych i vice versa.

Mamy więc problem – problem zwany etyką. Jakie jest rozwiązanie tego problemu? Jest nim właśnie poświęcenie – a konkretnie takie poświęcenie, które zbliża nas do świata, gdzie każdemu będzie dobrze. Być może nigdy nie osiągniemy tego świata, ale ponieważ jesteśmy istotami przejmującymi się, chcemy się chociaż do niego zbliżać i każdy krok naprzód jest dla nas wartościowy. Problem etyki polega na tym, że żeby osiągnąć ten lepszy świat, czasami trzeba pogorszyć swój własny, indywidualny świat, swoje własne życie, czyli poświęcić się. Niektóre poświęcenia są większe (na przykład takie jak to Bobowskiej), inne mniejsze – poświęcenia dnia codziennego. Wszystkie je natomiast łączy wspólny mianownik: wynikają z przejmowania się i związanej z tym chęci niesienia pomocy.

Etyka pozostaje nierozwiązanym problemem, ponieważ poświęcenia są trudne. Mamy dostęp tylko do naszych własnych odczuć. Nawet empatia, której tyle zawdzięczamy, bywa zawodna. W przypadku niektórych rodzajów poświęcenia nie tylko my tracimy, ale także nie wiemy, czy inni zyskają. Weźmy na przykład głosowanie w wyborach. Zwykle nie myślimy o tym jak o poświęceniu, ale w istocie może to być rodzaj niewielkiego poświęcenia. Być może nie mamy czasu żeby pójść zagłosować, nie mówiąc już o czasie potrzebnym na zapoznanie się z ofertą programową różnych partii. Być może w dniu wyborów czujemy się nienajlepiej, jesteśmy zmęczeni, niewyspani, jest upał, są korki na drogach i kolejki przy urnach. Ale, pomimo tych bolączek, decydujemy się na pójście na wybory – dokonujemy poświęcenia. Pokonaliśmy pierwszą trudność związaną z poświęceniem – zgodziliśmy się na osobistą stratę. Uznaliśmy, że warto dokonać wysiłku dla wyższego celu.

Ale czy na pewno warto? Jakie jest prawdopodobieństwo, że właśnie nasz głos zaważy o wyniku wyborów? W drugiej turze ostatnich wyborów prezydenckich w Polsce zwycięski kandydat zgromadził 51% głosów wyborców – zaledwie dwa procent więcej niż kontrkandydat. Te niewielkie dwa procent to jednak aż 400 000 głosów. Gdyby jedna dodatkowa osoba postanowiła zagłosować na kontrkandydata, szansa, że jej głos zmieniłby wynik, byłaby bliska zeru. Czy w takim razie warto odmawiać sobie przyjemnego popołudnia z Netflixem? Czy warto odmawiać sobie relaksu na rzecz poświęcenia, które niemal na pewno nic nie zmieni? Nie są to błahe pytania. Problem ten doczekał się nawet swojej nazwy: “paradoks głosowania”.

Moim zdaniem poświęcenie w tym przypadku nadal ma sens. Wiemy przecież, że gdyby wszyscy dokonali takiej kalkulacji zysków i strat, a następnie stwierdzili, że ich pójście na wybory nic nie zmieni, skumulowany efekt tych decyzji miałby już całkiem realny wpływ na wynik wyborów. Jednocześnie wiemy, że każda z pojedynczych decyzji prawdopodobnie nic nie zmieni. Myślę, że jest to przykład paradoksu par excellence. I wbrew nazwie nie dotyczy on wyłącznie głosowania. Pojawia się wszędzie i jest jedną z dwóch głównych przeszkód, powstrzymujących nas przed poświęceniem (wraz z wspomnianą wcześniej kwestią, że my sami musimy ponieść stratę).

Co ważne, paradoks ten wyjaśnia po części, dlaczego tak niewielu Niemców sprzeciwiało się Hitlerowi, i dlaczego dzisiaj tak niewielu Rosjan sprzeciwia się Putinowi. Z jednej strony taki sprzeciw naraża na wiele osobistych problemów – łącznie z torturami i śmiercią. Z drugiej strony w wielu przypadkach nie wiadomo, czy poświęcenie takie rzeczywiście coś zdziała. Urzędnika, protestującego przeciwko niesprawiedliwościom, można zwolnić i zastąpić inną osobą. System poradzi sobie z pojedynczymi buntownikami. Nierzadko dopiero gdy bunt się poszerza, dokonują się faktyczne zmiany, tak jak w przypadku głosowania. Natomiast, tak jak i w przypadku głosowania, wielkie ruchy wymagają poświęceń wielu poszczególnych osób. Każda osoba musi podjąć ryzyko, że nie tylko osobiście na tym straci, ale że jej poświęcenie może okazać się niepotrzebne.

Sposobem na wygranie z paradoksem głosowania jest skupienie się na właściwych czynach, zamiast prób kalkulacji tego, co się najbardziej opłaci. Nie kalkulujmy – działajmy!

Jest to również sposób na to, jak przemóc się do poświęceń. Bobowska zapisując się do ruchu oporu nie kalkulowała, czy sama na tym zyska ani czy jej poświęcenie na pewno przyniesie pożądany skutek. Skupiła się na tym, żeby dobrze wykonać swoje zadanie. Nie każdy z nas musi być Bobowską – nie każdego z nas stać na poświęcenie tak wielkie, jak poświęcenie własnego życia. Ale każdy, kto się przejmuje, na co dzień staje przed różnymi decyzjami, w których z jednej strony możemy wybrać to, co przyjemne i pewne, z drugiej zaś mamy coś mniej przyjemnego, coś czego efekty są mniej gwarantowane, ale co przemawia do nas jako właściwe, jako to, co należałoby zrobić – to, co podpowiada nam nasze „przejmowanie się”. Stojąc przed tymi wyborami, nie różnimy się wcale tak bardzo od Bobowskiej. Jej poświęcenie było innej skali, lecz tego samego typu.

Jej działanie wynikało ze zrozumienia, że właśnie dzięki poświęceniom świat staje się lepszy. I tak jak Bobowska decydowała się poświęcać, tak i my będziemy – bo należymy do ludzi, którzy się przejmują, i rozumieją, że logiczną konsekwencją przejmowania się jest poświęcenie.


Niemiecka wersja tekstu, przetłumaczona przez Dorotę Cygan, została we fragmentach przeczytana przez tłumaczkę 13 września 2022 roku w ramach projektu Irena Bobowska, zapomniana bohaterka pod pomnikiem Walczących o Naszą i Waszą Wolność w Berlinie-Friedrichshain.

Foto: Ela Kargol

Don Kichot i fejki

Ewa Maria Slaska

Tytuł wpisu nawiązuje do tytułu książki Marii Kuncewiczowej Don Kichot i niańki, o której pisałam TU.

Ilustracji a przeto i inspiracji do tego wpisu dostarczył Arkadiusz Łuba. Dziękuję.


O ile ten po prawej (rysunek Moebiusa; zob. TU) to zaiste Don Kichot, taki któremu znudziło się donkichotowanie i donkiszoteria i który, po prawdzie tak samo jak Jezus i Syzyf (o których pisałam TU), postanowił wszystko olać, odpocząć i odciąć się od obowiązków, o tyle ten po lewej, dzieło podpisane MAJA (tak – ten Maja, inspirator mnie z góry uprzedził, że to mężczyzna), to jednak zapewne wcale nie Don Kichot, tylko jeżdżąca na ośle imitacja. Czyli fejk.

Tych pseudo Don Kichotów jest u Maja więcej, w samym wydawnictwie Austeria – dwóch. Zdobią okładki książek profesora Adama Wodnickiego. Ale, choć myślałam, że tak właśnie jest – nie przedstawiają samego profesora. Profesor, Adam Wodnicki, tłumacz literatury francuskiej i profesor ASP (Wydział Form Przemysłowych) w Krakowie, był nie dość, że mężczyzną gładko wygolonym, to jeszcze konkretnie spoglądającym na obserwatora (proszę kliknąć w linka). Tymczasem ta postać na ośle jest roztargnionym profesorem z anegdot o profesorach, skrzyżowaniem wyimaginowanego pana Ambrożego Kleksa i jego owianego legendą warszawską pierwowzoru – Franca Fiszera (też proszę kliknąć w linka). Ale Daniel Maja portretuje też pana, który jednak być może jest profesorem-autorem (po prawej):

Daniel Maja, autor tych profesorów, jest francuskim rysownikiem, autorem komiksów i rysunków satyrycznych. Od roku 2008 prawie codziennie publikuje na swoim blogu La Vie Brève jeden rysunek. Czuję tu pokrewną duszę, w końcu ja też od grudnia 2012 roku publikuję na tym blogu co noc nowy wpis. Jednak na blogu Maji niestety nie ma jednego rysunku dziennie; np. ostatni jest z lutego 2022. Maja ma dość liczne związki z Polską. Był (a może jest nadal) żonaty z polską artystką Ewą i pośród niezliczonych książek, jakie ilustrował, nie ma wprawdzie Don Kichota, ale jest na przykład Porwanie Baltazara Gąbki.

Ilustrował mnóstwo książek współczesnych, ale też Biblię, mitologię grecką i wielu filozofów. Filozofia jest, jego zdaniem, bardzo ważna.

W jednym z wywiadów (z 2008 roku) odpowiada na pytanie, dlaczego?

Mam duży szacunek dla umysłów filozoficznych, mówi Maja, dla tej potrzeby jasności, dla posuwania rzeczy do granic możliwości, dla zbliżania się do światła i czasem gubienia się w nim, dla prób dawania świadectwa temu, co się dostrzegło, w języku, który nie jest słyszalny. To wymaga odwagi i uporu. Wady filozofów są wadami wszystkich: próżność, przekonanie, że ma się zawsze rację, autyzm, miażdżenie przeciwnika i wszystkie te wspaniałe grzechy, które są tak przyjemne. Inną bardzo zabawną (ale i fascynującą) dziedziną jest filozofia uprawiana przez szaleńców, obsesjonatów, poszukiwaczy Jedynej Przyczyny, gnostyków, okultystów, heretyków, utopistów, guru, iluminatów, często niebezpiecznych sekciarzy. Antidotum na szaleństwo są Arystofanes, Rabelais, Montaigne, Voltaire, Sterne, Cervantes, Woody Allen…


I jeszcze jeden Don Kichot – w książce wydanej przez Lidię Głuchowską i nieżyjącego już Vojtecha Lachodę. Książka jest uczona, ma więc uczony tytuł:

Nationalism and Cosmopolitanism in Avant-Garde and Modernism. The Impact of World War I

Książka się niedawno ukazała i ma tę nieznośną cechę wszystkich ważnych książek wydawanych w ciągu ostatnich dziesięciu lat – jest okropnie gruba i ciężka. Nie sposób jej położyć na biurku i zerkać, na pewno nie da się jej wziąć do łóżka, nawet usiąść na fotelu się z nią nie da. Musi płasko leżeć na stole. A tymczasem na stronie 460 zaczyna się rozdział zatytułowany Don Quixote in the Trenches. Don Kichot w okopach. Narodziny hiszpańskiej poezji awangardowej pomiędzy cywilizacją a barbarzyństwem.
Don Kichot w okopach. Autor: Emilio Quintana Pareja. Autor przypomina, że obchody trzechsetnej rocznicy śmierci Cervantesa miały miejsce w roku 1916, czyli podczas Wielkiej Wojny. Nie tylko żołnierze, również poeci umierali w okopach i to w ich obronie pojawił się po latach zapomnienia smutny, szalony rycerz w misce balwierskiej na głowie. Jeździł konno i w hełmie z przyłbicą, choć wiadomo, koń nie chronił przed czołgami, przyłbica – przed gazem bojowym. Był anachroniczny. Dobrze nadawał się do roli symbolu zmagań człowieczeństwa z potęgą zbrojną. Najmniejszy z żołnierzy frontowych. Najważniejszy. Wyidealizowany. Bohater najważniejszego poematu modernistycznego w kulturze hiszpańskojęzycznej.
El Soldado desconocido (Nieznany żołnierz) Salomona de la Selva, wydany dokładnie sto lat temu, w roku 1922.


I nie łudźmy się, czy jesteśmy starzy czy młodzi, czy jesteśmy żołnierzami czy żołnierkami wszelkiej płci i niepłci, czy jesteśmy sławne czy niesławne, każda wojna, gdy już przetrawi człowieka, sprawia, że stajemy się la soldada desconocida.