Rok 1232 – pierwsze trzy rozdziały

Mieczysław Bonisławski

I.

Wstawał letni dzień 1232 roku. Słońce nie sięgało jeszcze ponad ścianę lasu, gdy na dnie wrzecionowato rozciągniętej kotliny, środkiem której wartko płynęła rybna Postomia, kmieccy stróże przystąpili do swej ostatniej dziś czynności. Wnet tu i ówdzie rozległy się głośne pohukiwania i na głowy ospałych zagrodników posypały się kuksańce. Na okalających zewsząd osadę wzgórzach słońce osuszyło rosę, czas był wyprowadzać na łąki owce i krowy. Nim czerwcowy skwar osiągnie swe apogeum, zwierzęta muszą być po pierwszym popasie, gotowe do przeczekania tych kilku najgorętszych godzin.
Takoż i otwarły się wrota obór i do tkliwych perswazji dojarek, gardłowych pokrzykiwań oborowych i parobków dołączyły zniecierpliwione porykiwania i pobekiwania podnieconych zapachem świeżego powietrza zwierząt. Po niecałym kwadransie osada jakby chcąc objąć okolicę w swe ramiona, wyciągnęła na północ i wschód dwoje długich rąk. Z twarzą zwróconą ku słońcu poprowadzili przy wtórze dzwoneczków swe stada owczarze, a ich celem były zbocza majestatycznie wznoszącej się przed nimi Gołębiej Góry. Parujące od bydlęcych ciał ciepło rozwiewały natomiast północne podmuchy, ku którym powiedli wzdłuż rzeki swoje podopieczne pasterze krów. Wszyscy mieli się tu spotkać znowu wieczorem, gdy w czerwcowej poświacie zachodu, Sulęcin w odwiecznym rytualnym cyklu ponownie wyciągnie obie ręce, zwołując wszystkich swych mieszkańców na sen.

Stary Derwan rozejrzał się po obejściu. Dostrzegł wałęsające się psy i uwiązał je, po czym skierował się ku chacie. Otrzepawszy pod drzwiami buty, sięgnął klamki, gdy nagle z tyłu coś grzmotnęło go mocno w pochylone plecy. Nie zdążył się odwrócić a ktoś go okręcił wokoło i czmychnął do środka. Zaciekawienie wzmogło zwątlone niewyspaniem siły i słabość płynąca z zaskoczenia prysła precz. Któż to tak się krył ze swoja nieobecnością? – Derwan szarpnął się w przód z nieodłącznym sękaczem, przyjacielem każdego stróża.
Gdy wszedł do pierwszej izby, zdążył tylko usłyszeć kroki i określić w mroku kierunek. Uparcie podążył za odgłosem i stanął na progu sypialni Wyprechta. Brat zmarłego sołtysa, jak przystało na kmiecia, spał jeszcze obok swej żony. Nieco głębiej, za kamiennym paleniskiem, stała kołyska z dziecięciem Wyprechta i Judyty. Dalej pod oknem było leże domowej służki i niani; było puste… „Czyżby Racława…?” – pomyślał Derwan i rozejrzał się dokładnie.
– Czego chcesz? – doszedł go szept z zupełnie przeciwnej strony. Wysoka, jasnowłosa dziewczyna siedziała przy zwierciadle i zaplatała długi warkocz. Stary zorientował się co zaszło.
-Znowu się włóczyłaś! Nawet nie zdążyłaś się przeodziać…
– Ciszej, pobudzisz.
– I tak czas – skwitował Derwan, ale podszedł bliżej i powiedział zupełnie cicho – To nic że pani Judyta cię trzyma blisko, jesteś niewolna. A Niemiec – osadnik, wiesz co go czeka.
– To mam się rozdziewać… – prowokowała Racława.
– A idźże! – Derwan wystraszony zrobił krok do wyjścia.
Dziewczyna roześmiała się.
– A nie budzisz ich dzisiaj?
Stary urągając zawrócił.
– Głupie dziewczynisko – wymamrotał gramoląc się do śpiącej pary. Oparł lewą dłoń na kiju a prawą szarpnął Wyprechta, mocno, jakby chciał wyładować całą swoją złość albo i jakieś żale.
Racława wprzódy wzruszyła ramionami, ale w końcu przestraszona wymknęła się z izby. Dla świętego spokoju zapobiegliwie zakrzątnęła się wokół kan na wodę, zajrzała do mleka odstawionego na masło i ser. Stary powinien wprawdzie od razu pójść do siebie, na siano, ale i różnie z nim bywało; potrafił się uczepić. Niech myśli, że naprawdę solidna z niej służka, tylko co, że ostatnio wzięło ją trochę na amory.
Po chwili rzeczywiście pojawił się zmęczony stróż. Nie patrząc na dziewczynę przeszedł na ukos izbę, zatrzymał się przy garach na palenisku, ale zerknąwszy spode łba na jasnowłosą, machnął ręką i mamrocząc coś, ruszył na dwór.
Racława jęknęła i rzuciła się za nim.
– Dziadku, zjedz co, zjedz proszę. Masz tu – wepchnęła mu do ręki jabłko i szybko dołożyła jeszcze coś, co wygarnęła z wnętrza sagana.
Stary zatrzymał się na progu.
– Znowu będą gderać na mnie.
– Nie, nie! – żarliwie szeptała Racława – wyłajam Unę, niech tylko co powie, a pani też.
– No – dobrotliwie westchnął Derwan – idź tam, pani Judyta czeka już z małym Mojkiem – i pocałował ją w złociste sploty u nasady warkoczy.

II.
W całej osadzie trwała już krzątanina. Po pasterzach ze stadami pozostało wspomnienie, stróże odsypiali służbę a kmiecie pokończywszy śniadanie, ruszali do tego, co który tam miał – to brali się do przeglądu warzelni, to szykowali lód i beczki; drogi innych wiodły ku leśnym barciom. Miód, solone ryby, ser i żelazne narzędzia – to całe bogactwo Lubuskiej Ziemi.
Czas naglił, przed nocą pojawili się byli kupcy z Konstantynopola i dziś trzeba dobić z nimi targu.
Walter był rosłym blondynem, przybyłym tu kilka lat temu na wezwanie komesa Mroczka, z Saksoni. Po wypadku starego Menolda, który tylko z powodu stanu finansów komesa nie został w odpowiednim czasie zasadźcą Sulęcina, obcy osadnicy w Walterze upatrywali swego przywódcę. Młodego Saksończyka ani to obchodziło, ani wywoływało jego entuzjazm. Rozbudzona ambicja utrzymywała go jednak w stanie podniecenia, zwłaszcza teraz, gdy do osady zjechali jednocześnie i dworscy dostojnicy.
Walter skończył jeść i przywołał najstarszą ze służących.
– Matyldo, w południe przyjmuję kupców, jak tylko wrócę. Przygotuj wszystko – kobieta skinęła głową.
W sieni tymczasem pojawił się bartnik. Wsunął niepewnie głowę i oceniwszy sytuację, zameldował:
– Parobcy gotowi, panie. Siatki i dmuchawy przygotowane.
– Idziemy – Walter energicznie powstał. Wychodził już zza stołu, gdy na podwórzu wszczął się jakiś harmider i po chwili w drzwiach powstał zator. Ktoś chciał wejść, bartnik cofnął się, by go przepuścić, wpadł na drugiego i dostał w łeb. Na zewnątrz rozszczekały się psy.
Gospodarz gniewnie ryknął:
– Uspokoić te psy! Kto tu wchodzi z takim nieporządkiem i bije moich ludzi?!
W odpowiedzi do izby weszło trzech mężów. Pierwszy, rycerz, wystąpił krok przed pozostałych i wskazując na nich, rzekł:
– Pan Gaweł z Oławy, komornik księcia Jędrzycha i Bero z Landsbergu, wójt średzki.
Walter przybladł już na widok płaszczy z małymi tarczami wyhaftowanymi na ramionach, znaczącymi urzędników dworu. Teraz skłonił się i wskazawszy ławę cofnął:
– Zaszczyt to dla mnie. Zechciejcie panowie siąść.
Matylda, która nie straciła ani na moment przytomności umysłu, zdążyła natychmiast pojawić się z dzbanem piwa, na widok którego oblicza przybyłych rozjaśnił uśmiech.
Usiedli na wskazanej ławie i po kilku łykach wyłuszczyli cel swojej wizyty.
– Wiesz zapewne Walterze, że wracamy wraz z obecnym tu wójtem średzkim i rycerzem Nasławem z miasta Lubiąża, które książę Jędrzych w swej łaskawości raczył właśnie lokować?
Walter skinął głową. Komornik wychylił puchar i otarł wąsy.
– Dobre masz piwo Walterze.
Matylda, która pełniła z konieczności rolę gospodyni w obejściu nie żonatego jeszcze Saksończyka, pokraśniała i szybko napełniła puchar z powrotem.
– Słyszeliśmy Walterze – kontynuował Gaweł – że bardzo się tu z tobą liczą, masz zaufanie.
– Tylko osadnicy sprowadzeni do Sulęcina przez komesa Mroczka, bo miejscowi mnie nie lubią.
– I nie dziw to – prawa mają nierówne, to i o zazdrość łatwo. Od niej zaś do nienawiści droga bliska.
– A co ty o tym sądzisz Walterze? – spytał nieoczekiwanie milczący dotąd Bero.
– Niby o czym… – gospodarz nie był przygotowany na zajęcie stanowiska w tak ważkiej kwestii politycznej – Nie jestem pewien panie.
– No – Bero nie ustępował – chyba jednak widzisz jak szybko pozwala się wzbogacić prawo dane gościom księcia?
– Dobre, bardzo dobre piwo warzysz gospodarzu – chwalił Gaweł – Chciałbym jeszcze skosztować twego miodu. Widziałem na podwórzu, że wybierasz się do barci…?
– Tak panie, kupcy przyjechali, myślałem żeby sprzedać im miodu.
– Lecz i dla nas chyba znajdzie się z garniec? Słyszeliśmy o tobie żeś dobry gospodarz, więc masz go zapewne dużo – gwarzył komornik bacznie lustrując izbę. Zatrzymał wzrok na gospodyni, za którą kryły się jej dwie zaciekawione, ale i nieźle wystraszone, pomocnice. Matylda dała im znak, ale Gaweł powstrzymał je gestem.
– Najlepszy świeży miód. Pozwolisz Walterze, że pójdziemy z wami do lasu.
Saksończyk był zaskoczony.
– To niebezpieczne dla obcych… Ale jeżeli chcecie, panie…
Gaweł roześmiał się.
– Nalej mi jeszcze piwa – rozkazał dziewce.
Bero natomiast odstawił swój puchar.
– Przyszliśmy zaprosić cię Walterze na dzisiejszy wieczór. – mówił poważnie, patrząc rozmówcy w oczy – Młody jesteś i niezbyt obyty, ale szanują cię. Przyjdź zatem, poślemy po ciebie po kolacji.
Walter powiódł po obecnych błędnym wzrokiem. Rozemocjonowany nie był w stanie wydusić słowa. Dopiero gdy Gaweł podniósł się z ławy i dał znak do wyjścia, młodzieniec ocknął się i wrócił do swojej roli gospodarza, żegnając gości. Wymieniając, z zachowaniem różnic stanu, wzajemne grzeczności cała czwórka wyszła z chaty.
W tej samej chwili przysłuchujące się wszystkiemu dziewki obskoczyły Matyldę.
– Ojej, co to byli za wielcy panowie!
– A jak popijali…
– Czy oni naprawdę widzieli księcia? – trajkotały na zmianę aż padło pytanie, które zmroziło Matyldę:
– A po co oni wołają pana po nocy?
Gospodyni odsunęła podniecone dziewczęta i przynagliła do roboty.
– Słońce już nad kościołem a tu jeszcze nie posprzątane – ganiła a sama, tak dla siebie, westchnęła – A jednak szkoda tej młódki.
I aż przysiadła z żalu na ławie. Trzymana w ręce szmata znieruchomiała, co natychmiast wykorzystały dziewczęta.
– Matyldo, powiedz nam też! Co wiesz?
– …Jak byłam taka jak wy i nie służyłam jeszcze u naszego pana, nazywali mnie inaczej; miałam takie piękne, nasze imię – Dobiesława. To pan mi je zmienił. Nie podobało mu się, no i przezwał mnie po swojemu. Po starej pani, co to się jej zmarło niedługo po przyjeździe tutaj…
– …Widzicie, pan, to osadnik, a ona – niewolna i nie ma takiego prawa coby ich równać. A teraz, gdy nasz stary Mojko pomarł i nie ma sołtysa, i dworscy panowie posyłają po naszego pana – to i jego samego żal – no rozumiecie…
Chyba zrozumiały, bo wszystkie trzy – dołączyła w trakcie jeszcze ta co ścieliła łoże – rozbeczały się na potęgę.
Matylda spojrzała w stronę spiżarni i krzyknęła.
– Jezu, kupcy przecie przyjdą!

III.
W południe karczma zwykle bywała pusta. Stojąca nieco na uboczu, przy trakcie na Lubusz, solidna, podpiwniczona, z dębowych bali, zapełniała się wieczorem.
Rozległa świetlica pośrodku, przez którą każdy musiał wielokroć w ciągu wieczoru przechodzić, była miejscem, gdzie popijali cienkie piwo zagrodnicy. Kmiecie zasiadali pod ścianami, oddzieleni od gwarnej świetlicy niewyszukaną arkadą. Tu bywało ciszej i spokojniej, można było przy pomocy jednej czy dwóch pochodni, w razie potrzeby, zmienić mrok w jasność słonecznego poranka i odwrotnie. Naprzeciw wejścia była ściana za którą mieściły się pomieszczenia gospodarcze – tę okupowali osadnicy z zachodu: Saksończycy, Flamandowie, Turyngowie. Przy wejściu było siedlisko miejscowych – łużyckich Lubuszan i Ślązaków. Podróżnym karczma oferowała na początek świetlicę. Stamtąd, jeśli tylko ich wygląd wskazywał na niepośledni ród lub bogactwo, byli zapraszani do kompanii pod arkadę. Zdarzało się też, że otwierano dla nich komnaty gościnne, znajdujące się za wielkim kominkiem, który wychodził na świetlicę od strony mieszkania karczmarza. Tym, których nie doceniono, pozostawało uważać na kieszenie i głowę; zarówno zbyt duża ilość wypitego piwa jak i zaplątanie się między krewkich parobczaków, rozstrzygających właśnie jakąś sporną kwestię, kończyły się jadnako przykrym zubożeniem ciała i kiesy…
Dziś niemal od rana we wnętrzu karczmy odbywały się targi z kupcami. Pierwsi oczywiście pojawili się sprzedający. Co zamożniejsi kmiecie, wiejska elita i jej poplecznicy, obstawili obozowisko kupców swoimi parobkami i gawędzili teraz, z pozoru, spokojnie przy chłodnym piwie. Mniej zaradni biegali ciągle w różnych sprawach we wszystkich kierunkach, przysiadując to tu, to tam, na kwaterkę i roznosili plotki. Nawet w świetlicy wyjątkowo pomieszało się całe towarzystwo, z każdą chwilą wzrastały emocje – wnet i kmiecie poczęli w ogólnym gwarze przekrzykiwać się nawzajem z pilnującymi interesów swych gospodarzy parobkami; zaczynał się istny jarmark. Doświadczenie uczyło, że nie tu jednak zapadną najważniejsze decyzje. Miejscem poważnych rozmów były te swoiste krużganki wokoło, a transakcje zawierano zawsze w zaciszu komnat gościnnych. Płacili za nie kupcy, mimo niewątpliwej wprawy, wrażliwsi na harmider czyniony przez motłoch… – a kmiecie nie oponowali.

Wokół Wyprechta zebrało się stronnictwo byłego łużyckiego sołtysa, Mojka. Niewiele mieli do sprzedania, bo jako miejscowi osadnicy nie otrzymali wolnizny, a nadprodukcja rolna nie była zbyt duża. Tym bardziej pociągały ich inne tematy.
– Sołtys pomarł, a we wsi są urzędnicy – mówię wam, będą wybierać nowego sołtysa.
– Co wy na to Wyprechcie? Brat żeście zmarłego, idźcie, domagajcie się co wasze, a my, jak tu siedzimy, poprzemy was wszyscy, co nie chłopy? Jak Bóg na niebie, poświadczymy przed panem komornikiem, że was tylko chcemy!
Wyprecht milczał. Siorbiąc wypił piwo i głośno odstawił puchar, ale dalej nic nie mówił.
Na końcu ławy dosiadł się najstarszy z synów rybaka Cześcibora.
– Bednarz powiadają, że jeszcze nie wzięliśmy od niego beczek. Aha, i jeszcze gada, co Niemcy chcieliby poczęstować kupców świeżą rybą – zwrócił się do wszystkich i sięgnął po podany mu puchar.
Cześcibor powiódł wzrokiem po obecnych.
– Cwany ten Menold, naszymi rybami chce ubić swój interes. Damy im ryby a sami co sprzedamy?
– A musimy mieć te beczki…
– Musimy, prawda to.
– A skąd je brać? Bednarz jeden, a zapasów nie ma.
– Tęgomirze – wreszcie odezwał się Wyprecht – dużo Menold chce tych ryb?
– Z pół cetnara…
– Trzeba by wyjść na wodę. Im wszakże o świeże, nie o solone chodzi, sąsiedzi. – Przez chwilę wszyscy po kolei przyznawali mu rację, po czym Cześcibor skinął na syna.
– Weźmiesz trzech parobków, wóz i sieci, i pojedziecie na Ostrów. Wyciągniesz wczorajsze saki, wiesz które, i postanowisz nowe – polecił i szybko wyjaśnił pozostałym – Mamy tam takie jedno miejsce, gdzie się łapią same wyjątkowo duże sztuki, powinno być pół cetnara. – Chwycił puchar i rzekł do pozostałych – Jeżeli stracimy sołtysa, stracimy też i przywilej połowów, tak jak straciliśmy już karczmę i wytop rudy. Wszystkie zyski z kupców wezmą tamci. Pozwolimy im chłopy na to?
„Tamci” tymczasem w większości wstali i ruszyli do wyjścia. Menold zobaczywszy wychodzącego Tęgomira, przywołał go skinieniem.
– Będą ryby?
– Będą za niedługo. Gdzie mam was szukać? – rybarczyk wykonał gest, który oznaczał, że przecież wychodzą, nie czekając na towar.
– Zaraz wracam. Idziemy tylko pozdrowić kupców – a ojciec może przysłać już parobków po beczki…
Tegomir doskoczył do ojca, chwilę coś mu szeptał i ponaglony wybiegł z karczmy.
Cześciobor wstał.
– Sąsiedzi, nie dajmy się ubiec – kupcy już nie śpią!

Korzystając z tego, że karczma na chwilę prawie opustoszała, gospodarz pogonił całą służbę do porządków. Uwijając się biegiem wynosili brudne puchary i puste dzbany, a dziewki wycierały stoły. Karczmarz Odon osobiście obszedł ze ścierką w ręku miejsca pod arkadami. Wymienił z dyżurującymi przy stołach pozdrowienia, zapytał o interesy, polecił dobry gatunek wina.
– Słyszałem, że szykujecie poczęstunek – wycierając blat zagadnął młynarza Magnusa. Ten spojrzał nań nieco nieprzytomnym wzrokiem i potrząsnął pustym kuflem.
– Piwa karczmarzu.
– No, no – mitygował podpitego Odon, ruchem głowy posławszy jednocześnie parobka po piwo – Za ich pieniądze kupisz ich ryby – wskazał gdzieś na przeciwległą ścianę – którymi odciągniesz od nich kupców…
– Głupio gadasz – Magnus przerwał zadziwiająco trzeźwo – Moja wina, że najlepiej we wsi znam się na młynarce?
– Świeże piwo! – karczmarz szybko zmienił temat stawiając pełen pieniącej się cieczy dzban – Moja kuchnia dla was otwarta – i dodał widząc zdziwienie rozmówcy – Ta Matylda u Waltera nie przyrządzi ryb tak jak moja Kunegudna…
– W dobrym momencie przyjechali ci kupcy – rozmawiał już po drugiej stronie świetlicy. – Będą pieniądze na ucztę dla urzędników. Wyprecht powinien ich ugościć, od razu łatwiej będzie się dogadać…
Naraz poczuł za sobą czyjąś obecność. Spojrzał przez ramię i szybko dokończył:
– Robiłem już takie uczty, zapraszam do karczmy – po czym wycofał się na zaplecze.
Siedzący Tworzymir zaprosił młynarza by usiadł. Ten obejrzał się jeszcze za Odonem, pokręcił głową i sięgnął po puchar.
– Ciągle mąci ten Odon, ale nie znajdzie tego czego nie ma! – stwierdził groźnie. Tworzymir w milczeniu zachęcił, by jeszcze wypić. Magnus nie dał się prosić.
– Głupio wyszło z tymi rybami – zaczął niepewnie, nie patrząc Lubuszaninowi w oczy – Wiecie co, sąsiedzie, wasz najstarszy zdaje się ciągnie do młynarki…
– Ano, szczególnie do młynarzówny… – pokiwał z przekąsem głową Tworzymir i wyczekująco spojrzał na młynarza.
– Pozwólcie, by u mnie się uczył. Osada rozrasta się – będzie robota i dla mego i dla waszego. A da Bóg – uśmiechnął się znacząco –i nie na tym się skończy.
– A i niechby tam! Wypijmy jeszcze sąsiedzie – Tworzymir machnął ręką na dziewkę – Piwa!
– Z kupcami idą! – wpadł do karczmy z nowiną jakiś niedorostek, pokręcił się chwilę po świetlicy i wybiegł z powrotem.
– Trzeba przygotować się do targów – rzekł wstając Magnus.
– Trzeba – potwierdził Tworzymir.

Kupcy weszli poprzedzeni rozkrzyczaną dziatwą. Tę parobcy Odona od razu wyrzucili z karczmy. W wejściu Arabowie zostali jeszcze raz, oficjalnie powitani przez Wyprechta, Waltera i Menolda.
– Witam i dziękuję za przyjęcie w osadzie naszej karawany – zaczął swą odpowiedź siwy Arab w białym, żółto wykończonym chałacie – Słyszeliśmy o śmierci zacnego sołtysa, pozwólcie, że na osłodę tych ciężkich dni, podarujemy sierocie piękną wyprawę z flandryjskiej tkaniny – tu naczelnik karawany odebrał od stojącego za nim nieruchomo niewolnika cudownie haftowaną koszulę, potem spódnicę i dalsze elementy garderoby młodej panny, wszystkie z wdziękiem demonstrując zebranym. Na koniec zwrócił się do Wyprechta – Pozwólcie, że na wasze ręce, jako ręce opiekuna sieroty, złożę ten dar ze szczerego serca, ku pocieszeniu młodej duszy, płynący.
Głos zabrał teraz Menold.
– Bardzoś nas panie ujął swym darem, i wiedz, żeś pewny być winien naszej wdzięczności. I zapewnienie jej składam, oto, teraz w imieniu sieroty i naszym.
– Bolesna, po prawdzie, to dla nas strata – zmienił tymczasem ton i uczynił zapraszający gest – ale nie zapominajmy i o dniu dzisiejszym. Oto miejsce, gdzie w spokoju możemy rozważyć nasze sprawy, a potem zapraszam na skromny poczęstunek.
Arab skłonił jeszcze raz głowę przed każdym z trzech wioskowych notabli i w zadumie zakończył:
– Oby Allach był łaskaw dla naszych spraw…
I rozpoczęły się targi.
Karawana siwego al Sahina nie po raz pierwszy zawitała do Sulęcina, toteż nikt nie szukał niczego na ślepo. Jasne było, że jak po ryby – to do Cześcibora i Wyprechta; barciami zarządzał Walter do spółki z Wojcieszem, oni więc mieli miód. Zwalisty, ciężko poruszający się Bawar Witigo, ożeniony niedawno ze śliczną Ludgardą, miał z kolei prawo wytopu rudy i kuźnię; za piękne stroje dla żony o każdej porze można było u niego dostać potrzebne narzędzia. A byli jeszcze i owczarze – serowarzy, byli garbarze, byli i inni.
Nic już nie pozostało z poprzednich, powstałych przy piwie podziałów i waśni, prysła też wszelka konwencja. Kto kogo potrzebował, do tego się przysiadał i po chwili parobcy biegali po próbki towarów. Ścisły przydział branż chronił od oczywistych w takich sytuacjach bójek pomiędzy parobkami a nawet, bywało, i kmieciami. Każdy z nich wyrabiał inny towar, a jeżeli nawet zebrało się kilku rybaków czy hodowców – pradawnym łużyckim wzorem działali razem i zyski równo dzielili między siebie.
Za kupcami wprowadzono ich niewolnice, które rozsiadły się teraz po bokach ław za arkadami i grając i śpiewając czyniły harmider jeszcze większym. Ich właściciele mimo że była to karczma a nie jarmark, nie potrafili się powstrzymać od przekrzykiwania się nawzajem, energicznych ruchów i sugestywnych gestów rozpaczy lub zachwytu.

Drobniejszy handel, pomiędzy kontrahentami pośledniejszego stanu, głównie odbywający się bezpośrednio przy taborach lub przed chatami, też przeniósł się do środka. Zgiełk świetlicy sięgał swego apogeum. Tu odbywała się prawdziwa walka o byt. O ile było pewne, że skoro karawana zawitała już do Sulęcina, to Walter, Wyprecht czy Witigo sprzedadzą wszystko co przygotowali, o tyle ci sprzedający poza wioskowymi układami, musieli wpierw pokonać wzajemną konkurencję, a potem przekonać jeszcze do transakcji kupującego. A sił gardłu i zapalczywości pięściom dodawała świadomość, że to była jedyna okazja na coś więcej, niż to, co oferowała szara, zabiedzona codzienność. Los jednak sprawiał, że ciągle stawali oni na drodze pędzącym gdzieś w imieniu swych kmieci parobków, więc każdy sukces okupić było trzeba dodatkowymi kuksańcami i wyzwiskami. Oponować warto nie było, gdyż chwilę nieuwagi mógł wykorzystać konkurent lub, co gorsza, dostrzec zadaną tak sobie obrazę któryś z kmieci.
A rumoru i zamieszania przy tym wszystkim nie brakowało.
– Boże, że też kary, za krzywdę…
– Ja to wezmę!
– Srebro, chcesz za to srebrną monetę?!
– A w łeb go, w łeb, gdzie leziesz pod kufer?
Walter posłał właśnie parobka do grasujących przed karczmą ciur taborowych, by wyszukał ozdobną zapinkę. Sam konferował z Jakubem, znanym z dobrego gustu i posiadania drogich tkanin:
– Za pierwsze trzy beczki ma być dwadzieścia sztuk płótna. Potrzebuję też ładnej chusty lub zapaski…
– Żądasz zapłaty w srebrze za coś takiego? – mdlał ktoś obok.
– …Ale żeby była biała jak mleko i żeby było dużo kwiatów.
Parobczak walczył tymczasem o nakazaną ozdobę.
– Odejdź, to weźmie pan Walter! – powstrzymał jakiegoś równie chętnego zagrodnika. Arab rozłożył ręce, ale chudopachołek krzyknął groźnie:
– Ja to kupię! Trzy bobrowe futra…
– Z drogi, ser dla zacnego Wibalda!
– Uwaga, uwaga, toczą beczkę z miodem!
– Z najbogatszym gospodarzem chcesz się mierzyć?! – zaperzył się Walterowicz – Odo, Gero, bywajcież tu…!
Witigo rzucił do sąsiada:
– Ta dziewka zmarnuje Waltera. Niechby się ożenił tak jak ja… Nie, nie chcę srebra, na co mi – ma być płótno albo suknie.
– A bodaj cie – wynoś się… Proszę do mnie, proszę…
– Co to jest, przejść nie dają… Z drogi – do pana Wyprechta się idzie!
Nagle drzwi do karczmy otworzyły się z łomotem, aż wszyscy intuicyjnie ucichli. Świetlica momentalnie opustoszała z motłochu, nawet stojąca obok ław służba jakby przestała istnieć. Z brzękiem zbroi trzech, z przepychem przyozdobionych rycerzy, majestatycznie wkroczyło na środek świetlicy.
Tam dopadł ich gnąc się w pokłonach Odon. Za nim postępowała krok w krok dziewka, trzymając w wyciągniętych rękach tacę, a na niej dzban i trzy okazałe puchary.
– Szczęście to dla mnie wielkie, wielmożni panowie. Polecam przednie wino. Obecni tu kupcy przywieźli je prosto z Galii…
Pierwszy z rycerzy odegnał go ruchem dłoni i zwrócił się do al Sahina:
– Wielmożny pan kasztelan ryczyński, komes Mroczko z Pogorzeli, pragnie zaprosić zacnego naczelnika karawany kupców, al Sahina, dziś wieczorem, na uroczystą wieczerzę. – wykonał ukłon i dodał – Przysłany o zachodzie słońca posłaniec, wskaże wam drogę, panie.

Ciąg dalszy jutro

Die kleine große Welt (15)

Monika Wrzosek-Müller

Fliegen im Traum und Realität

Früher träumte sie oft vom Fliegen. Es waren sehr reale oder eher surreale Träume, in denen alles scharf, in Farbe, wirklichkeitsgetreu zu sehen war. Sie stand im Fensterrahmen brauchte eigentlich nicht einmal zu springen, sondern glitt schwerelos in die Luft, und dann war da schon die reine Wonne, über den kleinen Dörfern und Städtchen mit ihren Kirchentürmen, Straßen, Plätzen und Häusern zu fliegen, von oben auf die Landschaft zu schauen; die Menschen sah sie eigentlich kaum. Sie hatte nie Angst, dass sie abstürzen könnte; sie wusste, dass sie jederzeit innehalten konnte, unterbrechen, landen. Alles geschah mühelos und harmonisch, ihre Bewegungen waren unangestrengt und fließend. Eigentlich hatte sie auch keine richtigen Flügel, sie bewegte nur ihre Arme, manchmal auch die Beine, wie beim Schwimmen. Sie kannte nie die Gegend, es waren eher so etwas wie imaginäre Weltlandschaften, das war auch offenbar nicht wichtig, es zählte das Erleben des Fliegens. Später versuchte sie die Träume zu deuten und kam darauf, dass sie etwas mit der Freiheit, dem Gefühl von Loslassen, von uneingeschränkten Möglichkeiten zu tun hatten. Die Träume kamen in einem Zeitabschnitt geballt und dann verschwanden sie auf Nimmerwiedersehen. Sie fand das schade, denn wenigstens im Traum war das Leben leicht und angenehm.

Das Fliegen mit dem Flugzeug war eine ganz andere Sache, sie fand es eher bedrohlich; auch wenn man sich dadurch schnell von einem Ort zum anderen bewegen konnte, benutzte sie, wenn immer es ging, eher die Bahn oder das Auto. Manchmal war das Schauen von Oben auf die Wolken oder die untergehende Sonne bezaubernd und überirdisch; doch im Allgemeinen hatte das Fliegen mit dem Flugzeug für sie nichts mit dem Gefühl von Freiheit zu tun. Und doch wusste sie, dass für viele Menschen das Fliegen eben das große Versprechen der Freiheit in sich trug; die große Welt wurde immer kleiner, die Entfernungen schrumpften, man konnte überall hin, sich die Wünsche erfüllen, ausgefallenste Orte in der Welt zu besuchen . Für sie war das nicht besonders befriedigend, es ging ihr alles zu schnell, war zu laut, zu gewaltig, so von einem Ort zum anderen versetzt zu werden, ohne Vorbereitung und ohne Übergang in der Natur, dem Klima, den Menschen und ihren Bräuchen und Traditionen. Auch die Flugzeuge als fliegende Maschinen hatten nichts mit ihren Träumen zu tun, in denen das Fliegen sehr körpernah, körperlich und ohne solche Hilfsmittel geschah; die Flugzeuge waren ihr fremd, zu groß, zu hart und zu kompliziert. Die lärmenden Flughäfen mit überfüllten Abflughallen, mit Kontrollen und langen Gängen, alles das gehörte nicht zum Gefühl des Fliegens.

Erstaunlich oft beschäftigte sie das Fliegen; lag das daran, dass sie an ihren Großvater denken musste, der Flieger, Pilot und Experte für Luftrecht gewesen war? Er hatte mit anderen jungen Leuten in Polen, in Krakau, einen Areo Club gegründet und flog zum Schrecken der ganzen Familie mit kleinen Flugzeugen in Dreiecken in den Lüften, erkundete den Luftraum, bekam dafür immer wieder diverse Preise und war überhaupt ein sehr umtriebiger Mensch. Später, im Zweiten Weltkrieg kam er dann über Rumänien, Istanbul und Frankreich nach England und kämpfte in Royal Air Force, zum Ende des Krieges wurde er dann über Schottland von den Deutschen abgeschossen. Er war natürlich ein Überflieger auch in einem anderen Sinne, arbeitete an der Lemberger Universität als Dozent für Luftrecht und verpflichtete die Familie zu großen Taten und zum außergewöhnlichen Tun. Auch wenn sie ihn nicht kennengelernt hat, nicht kennenlernen konnte, war sie vielleicht dadurch immer wieder unzufrieden mit ihrem eigenen Tun; es war nie gut genug; es war nie das Fliegen, schon gar nicht das Überfliegen, sondern eher das mühsame Weiterschreiten und sich Fortbewegen und sie sehnte sich doch so sehr nach der Leichtigkeit und Unbeschwertheit der Lüfte. Doch der Traum von Fliegen existierte irgendwo im Hinterkopf und nährte ihr Tun und Leben, verhalf manchmal zu etwas mehr Leichtigkeit und Wohlfühlen, in der sonst für sie angestrengten Existenz.

Da dachte sie; die Flüchtlinge jetzt kamen fast alle mit Booten übers Wasser oder zu Fuß nach Europa. Das hatte nichts mit Leichtigkeit, mit Unbeschwertheit zu tun. Es war gefährlich, bedrohlich, ihre Wege einsam und schrecklich, verbunden mit dem Kampf ums Leben, ums Überleben. Sie zeigten Europa und der westlichen Welt, dass das Leben nicht immer nur in den Lüften und zur Befriedigung eigener Wünsche stattfinden konnte. Sie zeigten, dass noch so viel Unerledigtes und Grausames in der Welt passierte, dass die Träume vom Fliegen oder von einer Reise zum Mond und in die Lüfte beschämend waren, dass die Aufgaben tief verwurzelt auf dem Boden, auf der Erde erst einmal erledigt werden mussten, bevor man sich zu Höherem aufschwingen konnte. Die große kleine Welt war voll von Ungerechtigkeit und Missständen, die Träume von Fliegen und Leichtigkeit halfen nicht die elementaren Aufgaben zu lösen und den Menschen zu helfen. Und dann dachte sie; wie würden diese Menschen sich hier zurechtfinden nach all den Gräueln, die sie erlebt haben. Wie würden sie zurechtkommen in einer Welt, die, auf Konsum eingestellt, gierig ist und ihnen mit wenig Empathie gegenüber steht. Und sie bemühte sich zu helfen und mit ihren Möglichkeiten das Wenige zu tun, um den Flüchtlingen das Ankommen in der Gesellschaft zu erleichtern, die Sprache zu erlernen, sich zurechtzufinden. Der Traum von großen Fliegen in der kleinen Welt war sehr geschrumpft.

Gra cieni (3)

Viktoria Korb

Teluk Betung czyli gdzie pieprz rośnie

– Gloria, jutro zaczyna się doroczne pięciodniowe spotkanie Wspólnoty Pieprzu w Teluk Betung na Południowej Sumatrze – poinformował mnie Fakir Hak. – Ponieważ przygotowujemy z nimi projekt, chciałbym żebyś tam poleciała reprezentować UN PIP.
Ucieszyłam się, na co Fakir pospiesznie dodał, że być może  też tam wpadnie na jeden dzien.
– Uczestnicy niechybnie oczekują, że wygłoszę przemówienie. Nie mogę ich rozczarować – zakończył z udanym westchnieniem.
Gdy poszłam po bilet do BIUROS, agencji podróży w naszym budynku, obsługującej tylko ONZ, poproszono mnie o autoryzację podróży. Nigdy jeszcze o czymś takim nie słyszałam.
Urzędnik zadzwonił do Fakira, który nakazał:
– Wydajcie jej bilet, autoryzację załatwimy po powrocie.
Gdy wychodziłam, rozleciała mi się torebka. Szybko udałam się do “Sarinyh”, jednego z niewielu domów towarowych w Jakarcie. Był on położony naprzeciw naszego biura i droga do niego prowadziła przez most nad Jalan Thamrin. Metalowe płyty mostu klekotały i uginały się przy każdym kroku. Zastanawiałam się, kiedy się zawali, i czy pode mną, oraz co się stanie z rezydującą tam żebraczka z niemowlęciem, której czasem dawałam parę groszy. Ale nie zawsze, by nie nabrała przekonania, że ma do tego prawo.
Tym razem przejście jeszcze się udało. Nie znalazłam odpowiedniej torby, więc poszłam na pobliski bazar. Pac – jakieś błoto wylądowało na moim czole. Aha – tak płacę za bladą twarz i kolonialną przeszłość Holendrów, pomyślałam gorzko.

Nasz szofer Sejnan zawiózł Fakira, który nagle się zdecydował, i mnie na krajowe lotnisko. Nikt nie słyszał o naszej rezerwacji, więc nie dostaliśmy miejsca w samolocie. Przy niezliczonych szklankach letniej indonezyjskiej herbaty “Biały kwiat” czekaliśmy na następny lot, który nie nadchodził. Hak postanowił więc wrócić do pracy, tłumacząc się pilnymi sprawami. Nic dziwnego – na lotnisku panował tłok i dziki upał, a w biurze był miły chłodek. Na wszelki wypadek dał mi swoje czeki podróżne in blanco, bo nie miałam jeszcze własnych. Po jego odjeździe siąpałam dalej herbatę, rozglądając się czujnie dookoła, by nie przegapić odlotu. Był na to tylko jeden sposób – obserwacja koczowania innych pasażerów.
Gdy barwny tłumek wiedziony zniekształconymi zapowiedziami, odwiecznym instynktem lub ruchami na polu startowym rzucał się w jakimkolwiek kierunku, biegłam za nim pytając:
– Teluk Betung?
Po paru godzinach usłyszałam upragnione “si”. Wmieszałam się miedzy podróżników snujących się po polu startowym i palących przy tym krajową specjalność, papierosy z goździkami zwane “kretek”. Przed odlotem przeczytałam w lokalnej gazecie, wydawanej po angielsku “Indonesian Observer”, że samolot, który wczoraj wystartował z Jakarty musiał wkrótce znów wylądować z powodu problemów technicznych. Trzeba było też natychmiast ewakuować pasażerów, “co było o tyle proste, że na szczęście drzwi samolotu były wciąż jeszcze otwarte”.

W Teluk Betung powitał mnie lotnisku dyrektor Wspólnoty Pieprzu, Singhal, Hindus, który wyglądał jak kapitan Nemo z powieści Jules Verne‘a.
Oślepiona wyglądem Singhala i zmęczeniem przespałam się kilkanaście minut, umyłam spoconą głowę i z mokrymi jeszcze włosami udałam się na przyjęcie do zmrożonej klimatyzacją sali hotelowej. Zajął się mną natychmiast Singhal, za którym jak cień ojca Hamleta wlókł się jego zastępca, Malajczyk Willi Willis. Byłam jedyną kobietę na przyjęciu, poza “hostessami” w strojach narodowych – sarongach i bluzkach, z filuternymi szalami na jednym ramieniu. Po bezalkoholowym przyjęciu Singhal, znając życie oraz z niskich pobudek, zaprosił mnie do swego pokoju na Campari. Niskie pobudki były dwojakiego rodzaju – po pierwsze miał nadzieję dostać fundusze od UN PIP, a po drugie zaczął ze mną subtelny flirt.
Pochwaliłam go, że przypomina kapitana Nemo, ale niestety nigdy o nim nie słyszał. To od razu zahamowało moją ochotę na romans. Ktoś, kto nie zna Jules Verne’a? Pomijając genialność  jego pisarstwa, zawsze bardzo wiele dla mnie znaczył – mój ojciec był typem inżyniera z jego powieści – wszechstronnym i oczytanym wynalazcą.
Rzuciliśmy się w wir obrad, przejażdżek jeepem po plantażach i fabrykach pieprzu oraz przyjęć na naszą cześć. Szybko zgłębiałam tajniki pieprzu, jego choroby i techniki marketingowe.
Z dnia na dzień uczyłam się też swej roli w UN PIP. Przede wszystkim głównej zasady, a mianowicie nic nie przyrzekać, ale jednocześnie niczego nie odrzucać kategorycznie:
– Rozpatrzymy wasz wniosek i spróbujemy go zrealizować – powtarzałam co chwilę to motto każdego biurokraty.
W końcu przyleciał Fakir i uwolnił mnie od tej samotnej obrony. Wieczorem gaworzyliśmy razem z Singhalem, który znów dumnie postawił na stole butelkę Campari. Hak oczywiście odmówił picia wina, twierdząc, że podniety pobiera z kawy.
– Każda kultura ma swoje sposoby – skomentowałam tryumfalnie.
Stopniowo rozmowa zeszła na Niemcy, a po chwili oczywiście na faszyzm.
Singhal stwierdził, najwyraźniej chcąc sprawić mi przyjemność, że Hitler musiał być naprawdę  wielkim człowiekiem, aby skłonić Niemców do zrobienia tego, co zrobili w czasie wojny, a szczególnie do zagazowania milionów Żydów.
Nie pierwszy raz przeżyłam takie reakcje ze strony ludzi z Trzeciego Świata, gdy słyszeli, że mieszkam w Niemczech.
Niektórzy z nich uważali się za “prawdziwych Aryjczyków”, a więc sądzili, że wśród samych swoich można rozmawiać otwarcie.
Zawrzałam w głębi ducha, ale nie dałam się ponieść niedyplomatycznej pasji. Oświadczyłam tylko, że większość Niemców już  dawno nie sympatyzuje ani z faszyzmem ani z Hitlerem.
Fakir posumował pojednawczo:
– Zgódźmy się, że Hitler musiał co najmniej mieć ogromną charyzmę.
Spotkanie zakończyło się przyjęciem dla Wspólnoty Pieprzu u gubernatora Południowej Sumatry. Alkoholu wprawdzie i tu nie podano, ale tradycyjne tańce, w których nawet każdy ruch palca ma symboliczne znaczenie, w pełni to skompensowały. Potem ku memu zaskoczeniu Singhal, Hak i ja zostaliśmy wezwani na podium na ceremonialne przemowy. Od zawsze nienawidziłam publicznych występów, ale na szczęście poproszono o przemowę tylko Singhala, jako najstarszego, a więc i najważniejszego w hierarchii.
Singhal upajając się swoim głosem pokazał prawdziwą klasę:– To małe i pozornie niepozorne, szare ziarenko pieprzu, któremu tyle zawdzięczamy w rozwoju naszych regionów, poniesiemy w daleki świat. Od Tokio do Chicago, od Australii do Afryki, od Moskwy do Buenos Aires, wszędzie, na każdym stole znajduje się pieprz z Indii i Sumatry. Statki z pieprzem zawijają w tej chwili do wszystkich portów na świecie…

Drodzy Czytelnicy, opowieść toczy się oczywiście dalej, ale będziemy się z nią mogli zapoznać dopiero, gdy jakieś wydawnictwo ją wyda. Ktoś chętny może?

Gra cieni (2)

Viktoria Korb

Jakarta

Wychodząc z lotniska musiałam przetrzeć oczy: tłumy, tłumy i tłumy, morze ludzi czekających przed budynkiem i napierających na bariery.
Światowe przeludnienie, to, o czym się w miarę obojętnie czyta, nagle ciałem się stało.
Gdy jechałam do hotelu razem z, jak się okazało, Nurjo, asystentem Fakira i moim, zżerała mnie dalej ciekawość. Jak będę się tu czuła, co mi się tu przydarzy? Po kilku spojrzeniach na rozległe, zadrzewione aleje zdecydowałam, że będzie mi się tutaj podobać. Na ulicach panował absolutny rozgardiasz i dopiero po dłuższym wpatrywaniu udało mi się zorientować, że teoretycznie ruch uliczny jest lewostronny.
Wreszcie dotarliśmy do hotelu Sahid Jaya, należącego, jak szepnął z przekąsem Nurjo, do żony prezydenta. Hotel jest przestronny i pełen luksusu – hotele Europy wyglądają wobec niego jak przytułki Armii Zbawienia.

Do pokoju wkroczył boy hotelowy:
– Mam, czy mam otworzyć pani łóżko?
Zabrzmiało to nad wyraz obleśnie, ale zgodziłam się. Więc “otworzył”, uplasował na poduszce czekoladkę i wyszedł. Wyglądałam z okna swego pokoju na siódmym piętrze i patrzyłam na główną arterię Jakarty, zwaną na tym odcinku jalan Jeneral Sudirman. Wyjrzałam też na druga stronę, gdzie na dachu rozprzestrzeniał się basen, otoczony zwierzęco-ludzkimi posagami. Teraz byłam już pewna, że będę zafascynowana tym krajem. Nad miastem wisiała surrealistyczna atmosfera, coś z obrazów Hieronima Boscha. Ten artysta odegrał ważną rolę w moim małżeństwie z Wernerem, symbolizując naszą ucieczkę od znienawidzonej codzienności. W Indonezji nie trzeba było uciekać od banału, sama była krainą ucieczki, ogrodem rozkoszy, pełnym dziwnych kreatur.
Rano zamówiłam śniadanie do pokoju:
– Poproszę herbatę, sok z grapefruita i dwa jajka na miękko.
– Dwa jajka? – zdziwił się boy.
– Tak, dwa jajka.
– A ile tam jest osób, Mam?
– Jedna.
– A więc jedno jajko, w porządku Mam, zaraz przyniesiemy.
Poddałam się. Byłam przecież pracowniczką ONZ, tolerancyjną wobec innych kultur, a nie na przykład holenderskim kolonialistą. Jeśli więc na głowę przypada jedno jajko, to trzeba to zaakceptować, choć byłam prawie pewna, że w Indonezji nie ma racjonowania.
Boy przybył, przyniósł wszystko jak zamówione i… dwa jajka. Odłożyłam jednak rozwiązanie zagadki na później, bo już była siódma i musiałam wziąć prysznic. A przedtem znaleźć sposób, żeby przy tym nie zarazić się amebą! Jak wiadomo, ameba została wynaleziona w tej części świata, prawdopodobnie w Nepalu i zamieszkuje głównie w nieprzegotowanej wodzie.
Znajomy lekarz w Berlinie zapewniał mnie, że problem z amebą jest identyczny jak z bombą atomową. Poniżej masy krytycznej bomba nie może wybuchnąć, a ameba skutecznie zaatakować. Dopiero po wypiciu na przykład całej szklanki skażonej wody zagnieżdżają się w nas te nieuleczalne pierwotniaki. Mimo że nie całkiem przekonana, postanowiłam być dzielna i po prostu wziąć prysznic, bez takich zabezpieczeń jak na przykład zaklejenie sobie ust plastrem. Następnie też myśląc “raz kozie śmierć” bohatersko umyłam zęby wodą z kranu, nie folgując takim radom znawców tropików, jak mycie ich wodą mineralną czy whisky.
Ale i tak jadąc do pracy czułam się jak pijana. Jednak niełatwo jest przenieść się na równik. Przed budynkiem ONZ stał strażnik tylko po to, by zatrzymywać setki rykszy, rowerów, motocykli oraz samochodów i umożliwić nam wjazd do bramy i na parking. Czteropiętrowy budynek mieścił się też na głównej osi Jakarty i otoczony był luksusowymi hotelami na przemian z resztkami slumsów, chatami i cuchnącą, otwartą kanalizacją. W hali wejściowej siedziała uśmiechnięta recepcjonistka, pani Kusni, jak podawał jej identyfikator, a po lewej stronie zauważyłam stołówkę. Niebieskie strzałki wskazywały drogę do biur poszczególnych podorganizacji fachowych ONZ. I tu widać było, że higiena jest problemem numer jeden – sprzątacz z firmy Bucinco krążył  nieprzerwanie, myjąc podłogi.
Na korytarzach stały ogromne pojemniki z zimną i wrzącą wodą mineralną.
Drzwi biurowe na ogół były otwarte na oścież, amerykańskim zwyczajem przejętym przez ONZ. Miał on wspomagać komunikację, ale może też i kontrolę przez szefów – przemknęło mi przez głowę. Szofer wprowadził mnie do gabinetu Fakira, który odezwał się w doskonałym angielskim:
– Gloria? Witaj! Hilda, proszę podaj nam herbatę.
Dziobata indonezyjska sekretarka skinęła głową i wyszła bez słowa. Fakir Hak, pełniący funkcję szefa PIP w Indonezji, czyli MIAU Main Industrial Advisor of UN, był krępym mężczyzną w średnim wieku o bykowatym sex-appealu. Na środkowym palcu pobłyskiwał wielki syntetyczny szafir. Miał bujne wąsy i przypominał mi Stalina, choć był niewątpliwie bardziej przystojny.
Po uprzejmościowej rozmówce przy herbacie wysłano mnie w szaleńczy obieg po administracji, każąc wypełniać nieskończoną ilość wniosków o karty tożsamości od rządu i ONZ, pozwolenie na bezcłowy zakup samochodu, kartę do sklepu bezcłowego, kartę wstępu na lotnisko, specjalny fotel “menadżerski” i inne nudziarstwa. Na szczęście jako dyplomaci ONZ nie potrzebowaliśmy chociaż pozwolenia na pobyt, które było niemal niemożliwe do otrzymania. Dowiedziałam się, że urzędujemy od 7. 30 do 15. 30.
Rozejrzałam się po moim biurze, zwanym po indonezyjsku: kantor. Nieźle – uznałam.
Wspólny przedpokój, gdzie siedziały dwie sekretarki, prowadził w lewo do biura Fakira, a w prawo do mnie. Pośrodku urzędował Nurjo w oszklonym pomieszczeniu, przypominającym klatkę. Ucieszyłam się, że ja nie muszę siedzieć wyeksponowana w przejrzystej witrynie, lecz mogę schronić się w dużym, odizolowanym pokoju. Jednocześnie uświadomiłam sobie podrzędny status “sił lokalnych”. Przyniesiono mój fotel “menadżerski” i zauważyłam, że Nurjo takiego nie miał – następna manifestacja hierarchii.
Wtedy to przyszedł po mnie Fakir i zaproponował  kawę w moim hotelu. Wyjaśnił z ledwie ukrytą dumą, że nie może na razie zaprosić mnie do domu, bo jego żona jest w zaawansowanej ciąży.
– Ach, to ciekawe – udałam zainteresowanie zastanawiając się, jak wypada zareagować na taką nowinę.
Wreszcie przypomniałam sobie stosowne pytanie na okoliczność prokreacji:
– Czy to wasze pierwsze dziecko?
– Skąd – obruszył się Fakir. – Szóste.
Gdy otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia, wyjaśnił:
– Widzisz, my mamy tylko jednego syna.
– Aha – mruknęłam i spojrzałam na niego tępo.
Fakir wyjaśniał:
– Gdy chcieliśmy mieć następnych, rodziły się nam same dziewczynki. Musimy więc próbować dalej, aż Allah się zlituje i ześle nam następnego męskiego potomka.
Następnego dnia pokornie i bez dyskusji zamówiłam jedno jajko na śniadanie i znowu dostałam dwa.

W naszym międzynarodowym przedstawicielstwie z angielskim językiem roboczym, Fakir wyznaczył mi kilka pomniejszych projektów oraz tak zwaną “pipeline”, projekty w przygotowaniu. Z braku zapewnionego finansowania były one raczej niesprecyzowane i mogły długo lub nawet na zawsze pozostać sztuką dla sztuki. Najwyraźniej była to moja ośla łączka.
Fakir zapytał też, czy umiem pisać na maszynie. Skłamałam, że nie, pamiętając ostrzeżenie Dolores, żeby to robić tylko w domu i to przy szczelnie zasłoniętych oknach. Było powszechną tajemnicą w tak zwanym “Systemie”, że każda kobieta, która wyda się z ta umiejętnością, może szybko zostać obrócona przez szefów w sekretarkę.
Mój pierwszy list służbowy napisałam do “szanownego pana Butel”. Na szczęście Nurjo, który to zauważył, uświadomił mnie, że “Butel” to teleksowy skrót od “Bureau of Telecommunication”.
– Guten Tag – rozległ się jakiś głos od progu i niezwykle długa postać z plastykowym kubkiem z herbatą w ręku wślizgnęła się do pokoju i spojrzała na mnie rybim okiem.
– Guten Tag – burknęłam zdumiona.
– Nazywam się Ruppert von Brodatsch. Jestem asystentem ambasadora i Reprezentanta Programów UN, szefa wszystkich zatrudnionych tu w ONZ, zwanego w skrócie RZEP. Witam cię jako pierwszą rodaczkę w naszym biurze i zapraszam na kolację.
Jak zwykle gdy zbliżali się do mnie nieznani Niemcy, miałam mieszane uczucia. Przecież byłam fałszywą rodaczką. Znałam ich starannie ukrywane zdziwienie, gdy odzywałam się po niemiecku z polskim akcentem. Następnie musiałam czekać na okazję do wtrącenia na pozór obojętnie oczekiwanego przez rozmówcę wyjaśnienia tej zagadki. Zarazem i oni, i ja udawaliśmy, że jest najnormalniejszą rzeczą na świecie, że Niemcy mają polski akcent.
“Ależ Bawarczycy też mają specyficzny akcent” – dodawali niektórzy.
Przy Niemcach poniżej pięćdziesiątki nie trzeba było chociaż łamać sobie głowy nad słynnym pytaniem – “Był czy nie był” czy też “na ile był?”, jak w przypadku ich rodziców.
Na szczęście, Ruppert należał już  do młodszego pokolenia. Za to, w odróżnieniu od poprzedniej generacji, Polska była dla niego raczej egzotyczną krainą. Ale z drugiej strony, kto w Niemczech nie pochodzi z Polski?
Nienawidziłam tego momentu wyjaśnień, postanowiłam więc poczekać z tym do kolacji. W międzyczasie wzmocnię się psychicznie. Nie byliśmy już w Niemczech, gdzie byłam obojniakiem, cielakiem o dwóch głowach. Znajdowaliśmy się na neutralnym terenie, w kraju, którym mało kto wiedział, gdzie leżą Polska czy Niemcy, a co dopiero znał ich wzajemne uwikłania! A w naszej międzynarodowej organizacji nie było dziwniejsze pochodzenie z Polski niż z Libanu, Burmy, Anglii czy Stanów Zjednoczonych. Może  nawet i lepiej było pochodzić z kraju, który nie miał milionów ludzi na sumieniu.

Ruppert przyjechał po mnie do hotelu, mimo że mieszkał na drugim końcu miasta – o ile Jakarta w ogóle ma koniec. Jechaliśmy główną arterią która zaczyna się koło budynku ONZ jako jalan Thamrin, następnie zmienia nazwę na Jeneral Sudirman kolo Sahid Jaya i na końcu zwana jest jalan Fatmawati, na cześć ostatniej żony Sukarno. Jadąc ulica pełną straganów i warungów – jadłodajni składających się z paru krzeseł i drągów obwieszonych płachtami oraz znachorów – dukunów, całą kolorową i rozświetloną jarzącymi się karbidówkami, chłonęłam czar orientu i zaczynałam rozumieć określenie “malownicza nędza”.
Pojęłam, że w Indonezji nie potrzeba kina, telewizji ani innych namiastek życia. Aby zobaczyć widowisko i czary, wystarczy wyjść na ulicę. Była przy tym tylko jedna przeszkoda – brak chodników. Bogaci jeździli, a biedni nikogo nie interesowali. Ale na szczęście poza centralnymi dzielnicami nie było też odgraniczonych jezdni i można było poruszać się jak się chce. Od czasu do czasu przebiegała niemal pod kołami samochodu jednoosobowa chodząca restauracja. Jej właściciel nosił w garnkach zawieszonych na bambusowym pręcie na ramionach gorącą zupę, makaron i dodatki. Wymagało to od właściciela, czyli zarazem kucharza, kelnera i środka lokomocji w jednej osobie, lekkiego truchtu o specjalnym, posuwistym rytmie na wyprostowanych nogach, który amortyzował wstrząsy. Tylko wtedy zupy nie wylewały się. Na skinienie ręki rozpościerał swe skarby na ziemi i podawał potrawę. Podziwiałam tę mistrzowską akrobatykę w samobójczym ruchu Jakarty, gdzie nikt nie zatrzymywał się, aby umożliwić komukolwiek przejście przez jezdnię.
– Uff, dojechaliśmy – Ruppert odetchnął po pół godzinie z ulgą. –To jest jalan Madrasah, nazwana tak od pobliskiej madrasy, szkoły islamu. A ta dzielnica nazywa się Cilandak.
Nagle uświadomiłam sobie zmysłowo, że właśnie zaczęłam pracę w największym muzułmańskim kraju świata.
Małżonka Rupperta, Silvia, powitała nas, leżąc malowniczo na skraju dużego kwadratowego wgłębienia w marmurowej podłodze, w którym stał stolik z napojami. W drugim kącie ogromnego salonu kwitnął ogród nawadniany przez spore wycięcie w suficie. Dom von Brodatschów miał obok salonów, pomieszczeń dla służby i ogrodu z tarasem tylko cztery sypialnie, co, jak zaznaczył Ruppert, ambasada niemiecka uznała za domowisko na skraju nędzy.
– Z jakiej racji ambasada wsadza nos do waszych sypialni? – zdziwiłam się.
– Niemcy uważają płace w ONZ za zbyt niskie i dofinansowują swym obywatelom mieszkania, jeśli ambasada potwierdzi, że nie jest ono zbyt luksusowe – zachichotał Ruppert.
– Wprawdzie te dopłaty są sprzeczne z zasadą równości urzędników międzynarodowych ustaloną jeszcze przez poprzedniczkę ONZ, Ligę Narodów, jednak robi to kilka bogatych państw.
Szybko odkryłam, że Ruppert i jego żona, jak wielu Niemców przebywających długo za granica, byli na większym luzie niż ich rodacy w kraju. Wyjaśnienia na temat mego akcentu i życiorysu przebiegły więc szybko i bezboleśnie.
Rozpływałam się z upału, do czego wydatnie przyczyniało się moje ubranie – obowiązujący w Berlinie mundurek, czyli jeansy i bawełniana koszulka. Nie dotarło do mnie jeszcze, że w tropikach nawet wśród Niemców dozwolone jest zdjęcie tego uniformu. Patrzyłam z zazdrością na Silvię w przewiewnej sukience.
Ruppert nie brał mego biadolenia poważnie:
– Przyzwyczaisz się… Jak widzisz, my nawet nie mamy klimatyzacji w salonie. Dużo gorsze od upałów są tajfuny. Kiedyś wpadłem w taki podmuch lecąc samolotem w Bangla Desh, gdzie ostatnio pracowałem. Po tym, jak obróciło nas parę razy do góry nogami, musiałem latami brać Valium. Piłem też jak gąbka.
– Teraz też sobie chyba nie żałujesz? – spojrzałam na liczne butelki wina.
– Ale nie ma porównania z tym, co wtedy żłopał – obruszyła się Silvia. – Zresztą nie on jeden. Wielu ludzi w “systemie ONZ” i innych “expats”, cudzoziemskich rezydentów, jest na skraju alkoholizmu.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem:
– Wśród takiej elity?
– Za dużo stresów – jęknęła Silvia i łyknęła haust białego wina. – Wieczne przenosiny z kraju do kraju, dopasowywanie się do nowego otoczenia i ludzi. A jak do tego jeszcze dojdą konflikty w małżeństwie albo w biurze…Słyszałam, że masz pracować z Fakirem?
Przytaknęłam i zapytałam, czy go zna.
– Pewnie, jest naszym sąsiadem. Poza tym spotykamy go na różnych oficjalnych przyjęciach
– I co?
Silvia wzdrygnęła się:
– Strasznie śliski typ. Po rozmowie z nim czuję się, jakbym była naoliwiona i musiała się wykąpać.
– Nie uprzedzaj jej do szefa – zaprotestował Ruppert.
– Już w Wiedniu dano mi do zrozumienia, że nie jest łatwy – odrzekłam. – Ale przecież studiował w USA, jest kompetentny i niegłupi. Chyba z inteligentnym człowiekiem zawsze można się dogadać? Przecież istnieją też racjonalne argumenty.
– Wiara w racjonalność to niemiecka mania, która osiągnęła swoje szczyty za nazizmu – zawyrokował Ruppert. – A co do intelektu, to nie ma nic gorszego niż inteligentny przeciwnik.
– Czemu przeciwnik? Mógłby się na przykład ucieszyć, jeśli pomogę mu poprawić napięte stosunki z Wiedniem. Dawali mi do zrozumienia, że coś tam nie gra.
– Centrale mają tendencję do niedoceniania problemów z funkcjonowaniem “w buszu”…
Pojęłam, że chyba niełatwo jest znaleźć swoje miejsce między młotem centrali a kowadłem “biura polowego”, ale służące z jedzeniem i zaproszenie do stołu odwróciło moja uwagę.
Zwróciłam się ku nieznanej potrawie i poprosiłam o wyjaśnienie.
–Wyrafinowanie gotowany i smażony ryz, makaron z krewetkami i różnościami, typowa indonezyjska potrawa – wyjaśniła Silvia.
Patrząc na talerz przypomniałam sobie o śniadaniu:
– A właśnie, w hotelu dręczy mnie zagadka kulinarna. Pozwalają mi zamówić tylko jedno jajo, a w końcu przynoszą dwa. Niepojęte!
Ruppert wyjaśnił wreszcie tę tajemnicę:
– Znaczy to tyle, że dwójka to najmniejsza niepodzielna jednostka w indonezyjskiej kulturze, nastawionej na klan i grupę. Każdy rzemieślnik przychodzi do klienta z kolegą, każda służąca szukająca zajęcia z krewną.
– Tak więc, zamawiając jedną jednostkę jajka, zamawiam dwa egzemplarze?
– Dokładnie. A dlaczego nie? Skoro komputery funkcjonują systemem dwójkowym, to czemu nie ludzie?
Ten argument mnie przekonał.
– A propos służących, to czy zaczęłaś już szukać domu? – dopytywała się Silvia.
Westchnęłam żałośnie, że lada dzień się za to wezmę…
Ruppert zaproponował mi na to mieszkanie u nich przez święta Bożego Narodzenia, wyjeżdżali bowiem na Bali.
Podziękowałam, ale wątpiłam, bym mogła poradzić sobie z gospodarstwem w tak mi jeszcze obcym kraju.
– Nasza kucharka Citi i sprzątaczka Alba robią wszystko same. Powiedz tylko wieczorem, co chcesz jeść następnego dnia. Jeśli czegoś potrzebujesz, wyjdź na taras i syknij “Citi”, a ona się zaraz zjawi. Noszone ciuchy rzuć na podłogę, następnego dnia będą wisiały wyprane i wyprasowane w szafie – tłumaczyła mi rozbawiona moją ignorancją Silvia.
– Co za serwis!– podziwiałam. – Szczególnie, że trzeba tu kompletnie zmieniać przepocone ubranie dwa razy dziennie.
Ruppert zarzekał się:
– Nasz styl życie uchodzi na nader skromny. Większość cudzoziemców i bogatych tubylców ma więcej służby, a do tego prywatnego szofera obok biurowego oraz ogrodnika pełniącego też funkcje jagi, czyli stróża nocnego.
Uznałam to za przesadę, a Ruppert dodał:
– Wielu też nie trudzi się otwieraniem bramy wjazdowej jak ja, nawet jeśli wracają późną nocą. Służba musi na nich czekać tylko w tym celu, mimo, że wstaje o piątej rano na pierwsze modły.
Małżonka wtrąciła:
– Ale nie od razu tak się wypośrodkowaliśmy. Na początku jego kariery, gdy byliśmy w Czadzie, Ruppert miał jeszcze pełno pryncypiów – nie chciał “żyć jak neokolonialista”. Robiliśmy więc wszystko sami.
Pokręciła ironicznie głową:
– To okazało się to niewykonalne i przyjęliśmy boya. Boy jednak ledwie co robił, a do tego Ruppert kazał mi go uczyć francuskiego!
Podziwiałam ich szlachetne postępowanie.
– Niestety nasz boy okazał się znacznie mniej szlachetny i podał nas do sądu, twierdząc, że przez dwa lata nie płaciliśmy mu pensji. Mieliśmy przez to kupę zachodu, bo nie braliśmy od niego pokwitowań, ale za to Ruppert chwała Bogu pozbył się swych żelaznych zasad i skrupułów – uświadomiła mnie Silvia.
Ruppert spojrzał na nią  krzywo, ale zawyrokował, że nawet zagorzali lewicowcy oprócz kompletnych fanatyków szybko dostosowują się do panującego systemu.
Uśmiechnęłam się pod nosem, wspominając berlińskie pokolenie “rewolucjonistów `68”, a Silvia dodała:
– Ci natomiast, którzy chcą żyć w Trzecim Świecie “jak prosty naród”, łapią błyskawicznie miejscowe syfy, bo nie są na nie uodpornieni.
– Mało tego, tubylcy wcale nie łakną wokół siebie białych próbujących ich małpować. Wolą, żeby każdy był dalej sobą i trzymał się trybu życia swej klasy – poparł ją Ruppert
Byłam sceptyczna:
– Ja wprawdzie zawsze wolę mieć służbę, niż jej nie mieć, bo nienawidzę sprzątania i pichcenia, ale czy naprawdę tak trudno tu bez niej przeżyć?
– Szybko zrozumiesz, że jest to praktycznie niemożliwe. A twoi sąsiedzi dziwnie by na ciebie patrzyli, gdybyś myła ubikację…
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a on zamyślił się i zaproponował zapoznanie mnie z Felicitas, która też szukała domu. Może zechciałybyśmy zamieszkać razem.
– Felicitas? – uniosłam brwi do góry.
Ruppert pospieszył z wyjaśnieniem: – To Filipinka, która wyszła za mąż za Polaka z Ameryki, zatrudnionego w ONZ w Nowym Jorku. Potem został przeniesiony do Etiopii i tam zabity podczas napadu rabunkowego. Felicitas została sama z niemowlęciem przy piersi. Jak zwykle w takich przypadkach ONZ natychmiast ją zatrudniła, z kolei w Indonezji, jako sekretarkę w biurze Komisarza do Spraw Uchodźców.

ciąg dalszy nastąpi

Die kleine große Welt (14)

Monika Wrzosek-Müller

Zehlendorf

Sie wohnte jetzt seit einigen Monaten in Zehlendorf; die Gegend war wunderbar, alles zu Fuß zu erreichen, die S- und U-Bahn, kleine und größere Läden, viel Grün rundherum, das man nicht selbst pflegen musste, auf dem Balkon viel Platz zum Sitzen, sich sonnen, die Mitbewohner ausgesprochen sympathisch, gebildet, freundlich, ruhig, unaufdringlich und doch gesprächig. Zehlendorf-Mitte fast städtisch, menschenvoll, geschäftig, urban, aber ohne riesige Einkaufszentren, mit einem kleinem Kino, einem Heimatmuseum, einer Kirche, dem Bürgeramt und allem was dazu gehört.

Das Haus lag in einer Sackgasse, sie endete mit einem Rondell, sehr elegant und den Verkehr mindernd. Das große Gebäude selbst offensichtlich ein Relikt noch besserer Zeiten, ein schönes altes Bürgerhaus mit bröckelnder Fassade mit Kriegsschäden, noch sichtbar und nachvollziehbar, morbid, elegant und gemütlich; der Eingang gesäumt mit zwei rostroten monströsen Meerungeheuern sehr außergewöhnlich. Ihr war das alles lieb und unangestrengt, eine Gegend gewachsen mit den Jahren, wie das Grün der riesigen Bäume im Streifen zwischen der kleinen Wohn- und der großen Verkehrsstraße, alles wirklich geplant für ein glückliches, ruhiges, gelungenes Leben. Wenn man sich die Menschen dann länger und näher anschaute, bemerkte man zwei Gruppen oder Sorten; die einen waren eher ausgeprägte Individualisten; meistens allein lebend, skurril, ältlich um nicht direkt zu sagen alt, mit interessanten Berufsbildern; die anderen dagegen ganz jung mit kleinen Kindern, viele alleinstehende Mütter darunter. Es fehlte die mittlere Ebene; die war entweder gut versteckt, nicht sichtbar, oder eben nicht vorhanden. Die weit verbreiteten Stereotypen über diesen Wohnviertel stimmten für die ein paar Straßenüberhaupt nicht; es wohnten hier keine sehr reichen, versnobten Menschen, mit teuren Autos und dicken Portemonnaies.

Sie ging ihren kleinen Beschäftigungen nach, lernte ein paar von den Nachbarn kennen, nicht näher aber doch so, dass es nett sein konnte, dass man immer wieder ein paar Worte wechselte, sich immer begrüßte. So plätscherte das Leben vor sich hin, ohne dabei mühevoll zu erscheinen.

Das junge Paar aus Chile, das in dem Gebäude Hausmeister spielte, war unheimlich nett, bemüht alles richtig zu machen; sie putzten jede Woche das ganze Treppenhaus genauestens, kümmerten sich auch um den Vorgarten. Ihr kleiner Sohn war weit und breit das einzige Kleinkind, das überhaupt keine Angst vor ihrem Mini-Dackel hatte. Da dachte sie, wie kommt es, dass die im Wohlstand lebenden, in einer Großstadt erzogenen Kinder so viel Angst vor Tieren an den Tag legen. Sie versuchte mit den Kleinen darüber zu sprechen, aber meistens gab es nichts zu bereden, sie schrien sobald der winzige Hund sich ihnen näherte, die Eltern lächelten dabei schief und unsicher und erklärten, es gebe doch so viele böse Hunde. Prinzipiell würde mein Kind keinen Hund streicheln dürfen. Sie dachte; das Leben besteht aber doch nicht aus prinzipiellen Verboten und Erlaubnissen, sondern aus Einzelfällen und Zufällen, es wird immer wieder neu entschieden, neu verhandelt und neu gelebt, auch wenn dabei oft die alten Muster wirken. So könnte man doch einem kleinen Kind erlauben einen kleinen Hund zu streicheln und ihm damit die Angst nehmen.

Das Hausmeisterehepaar war wirklich außerordentlich nett und irgendwie doch auch in der deutschen Wirklichkeit verloren, so hielt sie immer wieder an und unterhielt sich mit ihnen. Da erzählten sie ihr, sie würden nach Polen in Urlaub fahren, an die Ostsee. Das hat sie natürlich sehr gefreut, sie erklärte ihnen, dass sie aus Polen stamme, aus Warschau, der Hauptstadt. Ja, sie würden auch mit einer Polin fahren, die ihre Freundin geworden sei, sie wohne in unserer Straße, habe zwei kleine Kinder und ihr Mann leite eine Firma, die wiederum lauter Polen beschäftige…; so ging das weiter und weiter. Sie erzählten auch vom Heimweh und vom Sparen für Flugticket nach Chile, von der Freude mit dem wunderbaren kleinem Jungen, vom kurzen Sommer und langen Winter in Berlin. Es waren warme, sehr fleißige und besondere Menschen, durch ihre Liebe zueinander und zu ihrem Sohn vereint. Die Polin hatte sie schon von weitem einige male gesehen; es war eine sehr hübsche, sehr junge Frau, der es offensichtlich sehr gut ging, die Kinder waren wie aus dem Bilderbuch,sehr stillsicher angezogen, gut erzogen, mit hellen Puppengesichtern, fuhren mit ihrer Mama im riesigen Mercedes in ihren Kindergarten.

Irgendwann sah sie dann auch den Mann, von weitem; in der kleinen Straße begrüßten sich eigentlich alle, auch sie grüßten einander. Er kam ihr bekannt vor, das Gesicht kannte sie aus anderen Zusammenhängen, sie musste nur darauf kommen, aus welchen. Irgendwann grüßte er sie auch auf Polnisch und da fiel es ihr ein: sie hatte in seiner Firma die Polen unterrichtet, die da arbeiteten; hatte ein Jahr lang versucht, den Menschen die Sprache ihrer nächsten Umgebung näherzubringen. Es war eine mühsame Arbeit, die meisten wollten die Sprache gar nicht lernen oder beschränkten sich nur auf das Nötigste, da sie ohnehin ihren Lebensmittelpunkt in Polen hatten, das Geld dorthin brachten, dort ihr richtiges Leben führen wollten. So blieb ihre Mühe erfolgslos, die Zahl der Kursteilnehmer sank, die Firma wollte verständlicherweise kein Geld mehr ausgeben und der Unterricht wurde eingestellt.

Sie dachte bei sich, wie es ist, wenn man in einem fremden Land nur aufs Geldverdienen aus ist, nichts rundherum wahrnehmen will oder kann, wegen Sprachschwierigkeiten, wegen all der kleinen Problemen, die dann zu großen werden und einem das Kennenlernen erschweren oder unmöglich machen. Und sie dachte, dass da niemanden eine Schuld treffe, dass die Zeit einfach zu schnell lief, dass die Prioritäten woanders lagen und das konnte sie für sich nur sehr schwer nachvollziehen und akzeptieren.

 

Reblog: Nowa polska proza z Podhala

Mariusz Koperski

Śmierć samobójcy

ROZDZIAŁ I

Wyłączył latarkę i spojrzał na zegarek. „Jeszcze minuta” – obliczył szybko. Odczekał chwilę, a potem zmrużył oczy, tak że światło, które rozbłysło w tym momencie, nie oślepiło go. „Banalna sztuczka, kto się na to nabierze? Wystarczy, że ktoś obserwuje mieszkanie przez kilka dni. Od razu wpadnie na to, że w domu nie ma żywego ducha, kiedy włącza i wyłącza się światło” – ze spokojem podszedł do nieudolnej próby zabezpieczenia domu przed włamaniem. Ale dla niego tym lepiej. Nie musiał marnować czasu na rozbrajanie alarmu, na którym zaoszczędził właściciel, no i mógł dowoli poruszać się po mieszkaniu przy zapalonym świetle nie wzbudzając podejrzeń. Musiał tylko uważać, by nie zbliżać się do okien od strony ulicy.

Rozejrzał się wokół. Uwielbiał drewniane domy. Wciągnął powietrze nosem. Ten był całkiem nowy i wyraźnie wyczuwało się jeszcze zapach drewna. Wywoływał miłe skojarzenie z sosnowym lasem. Z trudem powstrzymał się, by nie przeciągnąć palcami po grubych belkach tworzących ściany domu.

Stał w wejściu do dużego pokoju pełniącego najwyraźniej rolę salonu. Duża, czarna, skórzana kanapa na środku, przed nią mały stolik ze szklanym blatem, a dalej 32-calowy telewizor starego typu. Poza tym mnóstwo drobnych mebli i drobiazgów, które razem nie tworzyły jakiejś spójnej estetycznie całości, ale w połączeniu z ciepłem bijącym od drewnianych ścian, skutecznie budowały atmosferę przytulności.

Spojrzał w górę. Pod sufitem, przez całą szerokość salonu, przeciągnięto grubą, drewnianą belkę zdobioną rzeźbieniami z motywami ludowymi i jakimś napisem. Zmrużył oczy, ale mimo wysiłku nie udało mu się go odczytać. „To będzie dobre miejsce. W sam raz” – pomyślał uśmiechając się. Ponownie spojrzał na zegarek. Miał dokładnie dwie godziny i piętnaście minut do momentu, kiedy wyłącznik czasowy przywróci w mieszkaniu całkowitą ciemność.

Właściwie to miał być teraz na urlopie – siedzieć w jakiejś kafejce w jednym z urokliwych miasteczek Toskanii, popijać espresso lub prosecco i patrzeć na różne wcielenia Moniki Belucci. Już był spakowany i gotowy do wyjazdu, kiedy zadzwonił telefon. Dzwonił ten, któremu się nie odmawia. Przyjął zlecenie, nawet słowem nie wspominając o planowanym urlopie. Taka praca. Przez chwilę myślał nawet, żeby zrezygnować z honorarium, ale doszedł do wniosku, że byłoby to chyba przesadnym lizusostwem i przystał na swoją zwykłą stawkę. Pewnym pocieszeniem było miejsce, gdzie miało dojść do realizacji zlecenia – Zakopane. Dawno tu nie był. Lata całe. To nie to samo, co Toskania, ale też jakaś namiastka urlopu.

Włożył lateksowe rękawiczki. „No dobrze, dowiedzmy się, kim naprawdę jest pan Rylski” – zastanowił się, przekraczając próg salonu. Bardzo lubił tę fazę swojej pracy. Przygotowanie. Rozpoznanie. Poznanie. Poznanie drugiego człowieka. Ofiary. Sama egzekucja to finał i w pewnym sensie formalność. Ale trzeba do niej doprowadzić. Poznawanie drugiego człowieka, odkrywanie jego tajemnic i słabości, to było w tym wszystkim najbardziej fascynujące. Zawsze bardzo dokładnie przygotowywał się. Wszystko miało być zaplanowane ze szczegółami. Jak najmniej improwizacji, jak najwięcej perfekcjonizmu. Czasami chyba przesadzał, ale z drugiej strony wiedział, że w tej profesji błąd może wiele kosztować. Życie lub wolność.

Takie nastawienie do pracy przyniosło w końcu efekty. Od kilku lat dostawał tylko specjalne zlecenia. Szczególne przypadki, wymagające wyrafinowania i wyobraźni. Nie był zwykłym „cynglem” na usługach jakiejś mafii, rzeźnikiem, któremu zabijanie i zadawanie bólu ofiarom sprawia przyjemność. Wzywano go tylko wtedy, kiedy chodziło o coś więcej niż likwidację osoby, sprawiającej kłopoty. Dla niego było to jak osobliwa sztuka teatralna, która miał wyreżyserować. Jego zadaniem było pokierowanie aktorami spektaklu w ten sposób, by doszło do oczekiwanego finału. „Jestem artystą” – myślał o sobie, ale nigdy tego na głos nie mówił, bojąc się, że ktoś poczyta to za arogancję. Wolał uchodzić za chłodnego i powściągliwego. I tak się rzeczywiście działo.

Na lewo od wejścia znajdował się piękny kominek z ciemnozielonych kafli. Na kominku stało kilka fotografii w ramkach. Największa przedstawiała trzyosobową rodzinę, najwyraźniej małżeństwo z kilkuletnim chłopcem. Rozpoznał Rylskiego. Pociągła twarz z kilkudniowym zarostem, krótkie blond włosy z wyraźnie widocznymi już zakolami. Uśmiechał się do obiektywu obejmując żonę i syna. Chłopiec podnosił głowę spoglądając na ojca. Kobieta wtulała się z czułością w ramię mężczyzny. Wzruszające. Rodzinna idylla, która jeśli wciąż trwa, skończy się za jego sprawą.

Na ścianie obok kominka wisiały oprawione zdjęcia Rylskiego z dawnymi osobistościami świata politycznego. Byli prezydenci, byli premierzy i byli wielcy opozycjoniści. Tylko niektórzy z nich utrzymywali się ciągle jeszcze na powierzchni, sławę wielu rozwiał bezlitosny wiatr historii. Zagwizdał z podziwu. „No, no, pan redaktor był kiedyś prawdziwą gwiazdą. A kim jesteś teraz, panie Rylski? Kim jesteś naprawdę?”.

Po salonie przyszedł czas na inne pomieszczenia. Na parterze znajdował się jeszcze gabinet Rylskiego. Stało tu duże biurko z ciemnego drewna, a dwie ze ścian były zastawione regałami pełnymi książek. Zatrzymał się na chwilę przy kilku półkach z beletrystyką. Książki dużo mówią o człowieku, nawet jeśli ich nie ma. Mimowolnie uśmiechnął się widząc tam swoje ulubione Życie. Instrukcja obsługi Perec’a. Obok stało siedem tomów W poszukiwaniu straconego czasu Prousta. Z piątego wystawała kolorowa zakładka. „Brawo” – pomyślał. – „Ja doszedłem tylko do czwartego. Ciekawe, czy ktoś przeczytał wszystkie siedem?”. Poczuł nagłą sympatię do dziennikarza. Wcale mu to nie przeszkadzało. Zdarzało mu się już wcześniej polubić swoją ofiarę. Ale i tak w końcu robił swoje. Taka praca.

Na biurku panował twórczy bałagan. Mnóstwo wycinków prasowych, wydruków z komputera, kserówek. Na tych ścianach, które nie były zastawione książkami, wisiały oprawione w antyramy artykuły podpisane nazwiskiem Rylskiego i zdjęcia. Przyjrzał się temu dość dokładnie, ale nie znalazł nic ciekawego. Również wnętrze biurka nie zawierało niczego, co mogłoby mu pomóc w wykonaniu zlecenia.

Wszedł na piętro. Znajdowały się tu dwie sypialnie, jedna małżeńska z dużym podwójnym łóżkiem na drewnianej ramie, druga była właściwie pokojem dziecinnym. Automatyczne włączniki światła były podłączone tylko do dwóch lamp znajdujących się na parterze w salonie, wyjął więc z kieszeni małą latarkę.

W sypialni małżeńskiej już na pierwszy rzut oka coś się nie zgadzało. Podszedł do dużej szafy z klejonego, sosnowego drewna i otworzył ją. Od razu zauważył, czego brakowało. Były koszule, krawaty, garnitury, męska bielizna. Ale ani śladu damskiej garderoby. Zamknął starannie szafę i wyszedł z sypialni. Także w pokoju dziecinnym było coś zastanawiającego. Sam nie miał dzieci, ale wiedział dobrze, że nienaganny porządek, jaki tu zastał, nie jest czymś normalnym. Mnóstwo zabawek ustawionych porządnie na dwóch małych regałach, łóżeczko wzorowo pościelone jak na obozie harcerskim, nie, tak nie wyglądają pokoje chłopców w tym wieku. Wszystko wskazywało więc na to, że Rylski mieszkał tu sam. Żona z dzieckiem wyprowadziła się z jakiegoś powodu i on musiał ten powód poznać.

Stanął na chwilę na środku dziecięcego pokoju i zamknął oczy. Dotarły do niego stłumione odgłosy miasta żyjącego swoim wakacyjnym rytmem. Strzępy dyskotekowej melodii z jakiejś imprezy „open air”, pojedyncze pohukiwanie samochodowych klaksonów, śmiechy ludzi, którzy korzystali z atmosfery letniej, urlopowej niefrasobliwości i cieszyli się, że choć przez parę dni mogą zapomnieć o szarej codzienności. „Zakopane! Jestem w Zakopanem. Jestem w pępku świata!” – nie pamiętał już, skąd znał to określenie miasta pod Giewontem.

Nagle pośród tych dźwięków pojawił się całkiem blisko odgłos trzaśnięcia zamykanej furtki i chwilę potem usłyszał kroki na schodach prowadzących na ganek. Otworzył oczy, wyłączył latarkę i zamarł w oczekiwaniu. Ktoś otworzył drzwi wejściowe i wszedł do holu. Spojrzał na zegarek. „Tylko bez paniki! Jeszcze chwila. Chwila powinna wystarczyć” – uspokajał sam siebie. Kilka sekund później w całym domu zgasło światło, na dole ktoś potknął się o coś lub w coś uderzył, a męski głos zaklął:  – Cholera jasna z tym światłem!

Gra cieni (1)

Gra cieni to powieść o Indonezji. Viktoria Korb pracowała przez kilka lat w różnych organizacjach ONZ-u. Mimo, że wiele z jej przygód i obserwacji opiera się na doświadczeniach z tego czasu, wszystkie osoby występujące w tekście są wymyślone, a ich podobieństwa do realnych postaci są przypadkowe, lub charakterystyczne dla pewnego typu osób z organizacji międzynarodowych.

Viktoria Korb

Z Berlina do Jakarty

Motto: »Peter’s Perfect People Palliative«

Each of us is a mixture of good qualities and some, perhaps, not so – good qualities. In considering our fellowman we should remember his good qualities and realize that his faults onły prove that he is, after all, a human being. We should refrain from making harsh judgements of a person just because he happens to be a dirty, rotten, no good son-of-a-bitch.
Thomas L. Martin, Jr.: Malice in Blunderland, 1980, s. 36

1. ŻEGNAJ BERLINIE!

– Kiedy odbył się ostatni stosunek płciowy? – zapytał adwokat inkwizytorsko.
– Przed rokiem, skłamałam szybko, by mój niemiecki mąż Werner nie zdążył przyznać się, że zaledwie trzy tygodnie temu.
Wprawdzie przyrzekł, że będzie kooperował, ale miałam wątpliwości, czy dotrzyma słowa.
– Świetnie – pokiwał głową adwokat. – Po roku nie ma problemów z sądem.
Podał nam coś do podpisania, po czym Werner nagle wybiegł z kancelarii ze łzami w oczach.
– Czy on pani unika? – zdziwił się prawnik.
– Nie, wręcz przeciwnie.
Pożegnałam się i wyszłam, sama bliska płaczu, na zachodnio-berlińską ulicę. Koniec wielkiej miłości. Gdy tylko znalazłam się w domu zadzwonił Werner, który już zdążył wziąć się w karby:
– Wybacz, że tak nagle zwiałem. Czy mogę cię zaprosić na wieczór do knajpy?
– Tak mamy zacząć rozwód? Ale niech będzie – mimo wszystko poczułam się wzruszona.

Po dość smętnej kolacji Werner odprowadził mnie do naszego wspólnego dotąd mieszkania i niejako w sposób naturalny tam za mną wszedł. Głupio byłoby się certować, więc wyciągnęłam butelkę wina.
– Późno już – zrobiłam subtelną aluzję po godzinie.
– Zostanę na noc – zdecydował Werner.
– Nie.
– Tak – powtórzył i walnął pięścią w stół dokumentując swoje prawa jeszcze-małżonka.
I znowu dałam się zaskoczyć, zahipnotyzować i uwieść. Nic dziwnego, seks między nami był zawsze fenomenalny, a agresja potrafiła nawet dodać mu namiętności.
Ale czy po to się rozwodzę, żeby zostać kochanką swego byłego męża in spe? Co za szczęście, że jutro wyjeżdżam na drugi koniec świata, w przeciwnym razie dalej byśmy się rozchodzili i schodzili miotani miłością i nienawiścią. Ostatnio nieco zobojętniałam na te powtarzające się od lat podniety i rozwodem chciałam przeciąć ten nasz prywatny węzeł gordyjski . Nie wierzyłam już w żadne “poprawianie się” ani “dopasowywanie się”. Ni jego, ni swoje.

Rano Werner zapytał agresywnie:
– Będziesz do mnie pisać?
– Nie wiem.
– Kocham cię i zawsze będę cię kochał. Nikt nie biedzie cię tak uwielbiał jak ja.

Brzmiało to jak klątwa, a co najgorsze chyba prawdziwa. Niemniej byłam niezłomna po sześcioletniej szarpaninie. Wywołała ją nagła przemiana Wernera, który po ślubie z obyczajowego rewolucjonisty zmienił się w obsesyjnie zazdrosnego tyrana, i to bez żadnego powodu.
Nie zgodziłam się, by odwiózł mnie na lotnisko.
W myślach byłam już w drodze przez Wiedeń do Indonezji, do pracy w agencji ONZ, UN Programme of Industrial Progress, w skrócie UN PIP, do której zarekrutowała mnie kubańska emigrantka Dolores Delgado. W przeciwieństwie do mej ostatniej podróży do Wiednia, kiedy emigrowałam z Polski, był to triumfalny powrót na białym koniu.

Teraz czułam się jak na rauszu, co odbiło się także w zawadiackim wyrazie twarzy w mym oenzetowskim paszporcie, zwanym Laissez-Passer.
Wreszcie niebiańska nomenklatura była dla mnie łaskawa! Spojrzałam w lustro. Czy zmieniłam się radykalnie? Nie całkiem – włosy nadal półdługie i blond, oczy nadal zielone, cera różowawa, nos spory z garbkiem. Wciąż dość drobna. I ciągle jeszcze młodziutka. Ale stop – pewna zmiana była – jakbym podrosła! A co najmniej trzymałam się prościej.

2. ODLOT

Tego szarego, listopadowego poranka opuściłam mój dom wraz z siostrą i Kocicą, która zdołała w ostatniej chwili wyszabrować ode mnie radio z magnetofonem.
Kocica, starszawy polski gej, zadający się głównie z wygłodniałym seksualnie tureckimi i arabskimi ”Gastarbeiterami”, miała bowiem za cel życiowy unikanie wszelkiej harówy. Poza okazyjnymi pracami żyła więc ze świadczeń socjalnych i datków znajomych. W krytycznych momentach ratowała się gotowaniem pożywnych zupek, które przedłużała w nieskończoność wodą, sycąc nimi także swych wygłodniałych kochanków.
W tym towarzystwie udałam się do autobusu na lotnisko Schönefeld we Wschodnim Berlinie. Byłam przyzwyczajona do przekraczania granicy niemiecko-niemieckiej. Niemniej nadal odczuwałam egzotyczny dreszcz, gdy musiałam poddać się kontroli mężczyzn w szarych mundurach i czapkach wehrmachtowskiego kroju, którzy w otoczeniu zapór antyczołgowych i drutu kolczastego prowadzili na linach wilczury
I zawsze to samo, stereotypowe pytanie:
– Czy ma pani broń, amunicje, krótkofalówkę?
– Nie, a są mi potrzebne? Jest tu tak niebezpiecznie?
Urzędnik wykrzywił się.
Na lotnisku podeszłam dziarsko do kontroli z moim niemieckim paszportem. Wtedy moja biżuteria zaczęła podzwaniać w torebce i przerażona, że zaczną mnie przeszukiwać i przegapię samolot, rzuciłam na stół Laissez-Passer. Choć jeszcze słabo stałam na dyplomatycznych nogach, zaryzykowałam uwagę: – Nie macie prawa mnie kontrolować jako dyplomatki ONZ.
Zirytowany celnik zapytał, dlaczego go nie pokazałam od razu, a ja poznałam magiczne działanie tego dokumentu.
Po locie w roztrzęsionym samolocie Interflugu pojechałam do hotelu, zamówionego dla mnie i mych kolegów przez ONZ. Po tygodniowym treningu mieliśmy udać się do różnych krajów Trzeciego Świata.
W zapyziałym hotelu w zramolałym Wiedniu nie zanosiło się na podniecający wieczór.
Za to przy śniadaniu obserwowało mnie z widocznym zainteresowaniem dwóch młodych mężczyzn.
Jeden z nich zapytał po angielsku: – Też z Programme of Industrial Progress, PIP?
– Skąd wiecie? – zdumiałam się.
– Hm, widocznie zamieniamy się już w znany typ międzynarodowego urzędnika, rozpoznawalnego na pierwszy rzut oka dookoła świata. Ja mam na imię Arne, a to mój kolega Paul. Jesteśmy Holendrami. A ty? Skąd jesteś i dokąd idziesz?
– Jestem z Niemiec, ale pochodzę z Polski i jadę do Indonezji.
– Jakże ci zazdroszczę – jęknął z zachwytu przeraźliwie brzydki Arne. – Musisz koniecznie pójść do hotelu Sahid Jaya i posłuchać muzyki na gamelanie jak ja to robiłem w czasie wakacji. Dlaczego mnie tam nie wyślą? – zakończył dramatycznie.
– Nie wiem – odparłam zgodnie z prawdą. – Może dlatego, że jesteś Holendrem, a więc byłym kolonialistą. A dokąd cię wysyłają? – Na Filipiny.
– A ciebie? – zapytałam przystojnego Paula.
– Republika Dominikańska.
– Dokładnie przeciwległy kąt świata od nas – pokiwał głowa Arne i zaproponował naszej grupie, która w międzyczasie rozmnożyła się do pełnej dziewiątki, by łapać taksówkę do ONZ.
Powiewając dumnie naszymi Laissez-Passer w stronę ochroniarzy wkroczyliśmy do wiedeńskiego sanktuarium ONZ i … stanęliśmy bezradni wobec tego szklanego kolosa.
Dokąd iść i co to w ogóle jest? Piętro “minus trzy”, parkingi, bezcłowy supermarket, kioski, banki, kina, restauracje, kawiarnie, bary, służba medyczna, serwis fotograficzny, poczta zwykła, dyplomatyczna i pneumatyczna. Thomas Cook, biblioteki, archiwa, błyskawiczne, dzwoniące windy, służba bezpieczeństwa – głównie ogromni Murzyni w operetkowych niebieskich mundurach pełnych złoceń. Wózki z kawą jeżdżące po kilometrowych korytarzach, biegający nerwowo ludzie z aluminiowymi walizkami.
Szybkie zapytania: – Jak leci? oraz powszechna odpowiedź: – Przeżywam.
Wycieczki dziatek szkolnych. Młodzieniec w szortach biega na przełaj po korytarzach w imię jakiegoś dobroczynnego celu, jak głosi napis na jego koszulce.
– Tu trzeba by jeździć na hulajnodze! – wykrzykuje Paul.
Faktycznie mija nas dziwny pojazd, niestety najwyraźniej zastrzeżony dla załogi technicznej. “Prywatne spotkanie Interpolu z Komisją ONZ do spraw narkotyków”, głosi napis na następnych drzwiach.
– Jak to prywatne? Czy każdy może się tu zagnieździć? – pytam Dolores.
– Prywatne, to znaczy bez publiczności i protokołu – tłumaczy. – Ściśle tajne.
Widzimy, że dostaliśmy się do jakiegoś niecodziennego, autarkicznego świata, który niewiele ma wspólnego z naszym dotychczasowym życiem i tym, co dzieje się poza jego szklanymi ścianami.
Szybko odkrywamy, że gubienie się jest specjalnością ONZ w skali światowej. Gubią się pracownicy, eksperci, misje, stypendyści, wizyty państwowe, poczta, teleksy, listy, adresy, walizki, samochody i mózgi. A odszukiwanie się dookoła globu jest jednym z bardziej absorbujących zajęć personelu.

Poznałam wreszcie moje dwie koleżanki, wysportowaną Szwajcarkę Christine i Helgę z Niemiec. Ta proporcja, trzy kobiety, wobec sześciu mężczyzn, wywołuje nawet u nich krytyczne komentarze.
Dolores broni się, że, jesteśmy pionierkami, po których przyjdą następne.
Ja usiłuję powstrzymać się od komentarzy, na szczęście wychowałam się w Polsce, gdzie emancypacja kobiet była nieporównywalna z Zachodem. Po wylądowaniu w Zachodniej Europie przeżyłam wręcz szok, wobec niemieckiego traktowania kobiet, szczególnie słynnego 3K – czyli “Kinder, Küche, Kirche”, czyli Dzieci, Kuchnia i Kościół. Gdy szukałam pierwszej pracy w Kolonii, przydzielono mnie do działu kobiet, bo Urząd Pracy był podzielony na męski i kobiecy, i zaproponowano mi kurs pisania na maszynie… Na szczęście kierowniczka działu była na tyle przytomna, że skierowała mnie do działu mężczyzn. Tak więc zostałam facetem i kierownik działu, pochodzący ze Śląska, szybko znalazł mi pracę.
Helga tez mało nadaje się na pionierkę. Ma pełno sztucznych kwiatów w cherlawych włoskach, a ich pielęgnacja zajmuje jej cały wolny czas, który reszta z nas spędza na intensywnych rozmowach. Nasze tempo życia przyspiesza się kilkakrotnie.
Pytam Christine: – Czy loki są warte wyłączenia się z tak przedniej grupy?
– A skąd! Do tego przez te ciągłe ondulacje ona nigdy nie wie, co się dzieje i gdzie. To jest taka baba… taka baba… – dławiła się ze złości.
– No jaka baba? – zapytałam zniecierpliwiona .
– Taka … baba bez jaj – wykrztusiła wreszcie Christine.
– Baba bez jaj, to rzeczywiście ohyda – zgodziłam się. – A teraz chodźmy na ceremonię przedstawiania nas ambasadorom akredytowanym przy ONZ.

Ambasadorowie podkreślili zgodnie ogromne nadzieje, jakie ONZ pokłada w młodych APO – Associate Program Officer, czyli w nas. Dostaliśmy umowy na rok, które z pewnością będą przedłużone o następny – przysięgała Dolores. Helga miała szczególnie dużo kwiatków na głowie.
Po ceremonii Dolores zabrała nas na wino i uświadomiła, że “istotą naszej pracy jest bycie jak bogini o stu rękach.”
W hotelu, już zżyci i w szampańskich humorach, poszliśmy na następne drinki do pokoju Arne. Śmieliśmy się tak głośno, że portier zagroził wyrzuceniem nas na bruk. Gdy koło trzeciej nad ranem rozchodziliśmy się, Paul poszedł w ślad za mną, po czym wciągnął mnie do swego pokoju i łoża. Chętnie na to pozwoliłam. Spędziliśmy upojny poranek na zakończenie euforycznej nocy.
Po przebudzeniu powiedział: – Na pewno nie jesteś taka słodka, na jaką wyglądasz.
– Nie – przyznałam się.
– To dobrze, bo ja zawsze bałem się zaangażować – spojrzał na mnie badawczo.
Milczałam. Co mnie obchodzą jego strachy, skoro za kilka dni jedziemy w dwa różne końce świata? Zresztą od czasu mego małżeństwa z obsesyjnie zazdrosnym Wernerem, najlepiej czułam się właśnie z kochankami, którzy nazajutrz wyjeżdżali na przykład do Nowej Zelandii.

Biegaliśmy całymi dniami po siedzibie UN PIP, która jako młoda podorganizacja, była szczególnie dynamiczna.
W biegu rozmawiałam też po polsku z Włochem Florianem Kowalskim, który nadzorował przygotowanie indonezyjskiego projektu “Reforma przedsiębiorstw”. Nie odważyłam się go zapytać, jakim cudem został Włochem. Prawdopodobnie “znalazł się” tam w czasie wojny. Polskie losy – pomyślałam. Dał mi polskim sposobem otwartą kopertę z poufnym listem do mego przyszłego szefa w Jakarcie. Wiedziałam, rzecz jasna, że wypadało list zakleić na jego oczach, ale tego nie zrobiłam. Wytrzymałam z zimną krwią jego świdrujące spojrzenie i przeczytałam pismo już na korytarzu. Kowalski opisywał tam porażkę starego teamu i przyrzekał, że tym razem wyśle do Indonezji “naprawdę dobrego eksperta”.
Z powrotem do maratonu – teraz szczepiono nas na wszystkie możliwe i niemożliwe choroby. Odmówiłam zaszczepienia się na żółtę febrę, wiedząc, że dostaje się jej tylko od bawienia się z małpami. Nie miałam zamiaru bawić się z małpami. Skąd miałam wiedzieć, że one zamierzały bawić się z mną?
Za to zażądałam od lekarza przepisania mi pigułki antykoncepcyjnej: – ONZ chyba nie chce, żeby przez nią zaszła w ciążę?
– W żadnym wypadku nie mogę na to pozwolić – parsknął śmiechem pan doktor i wypisał mi receptę.

Dolores prowadziła zajęcia razem z Argentyńczykiem Raulem oraz Urugwajczykiem Carlosem, niechybnie jej kochankiem, jak jednogłośnie orzekli moi koledzy. Niemniej elegancki Francuz Alan mocno podejrzewał Dolores także o apetyt na Helgę.
Z kolei sama Helga najwyraźniej zagięła parol na Carlosa. Alan twierdził, że “przypadkiem przeczytał” w osobistych notatkach Dolores z wywiadów z nami, które leżały na stole, takie uwagi, jak “sexy”, “męski uścisk dłoni”. Wolałam nie zdradzać kolegom iż, mimo że nie wiem, jak wypadł mój uścisk dłoni, byłam jedyną osobą, której Dolores pozwoliła wybrać kraj docelowy. Wprawdzie nie wyszło to całkiem tak jak chciałam, bo wolałabym Indie, ale prawie… A moją teoretyczną gotowością wyjazdu do Jemenu, zaimponowałam nawet tej doświadczonej emancypantce. Nie żebym pchała się gdzieś, gdzie kobiecie jest naprawdę ciężko, ale pojęłam już dawno po praktyce na Cyprze i rozmowach z doświadczonymi ludźmi, że im bardziej kraj “rozwinięty”, tym nudniejszy.
Byłam więc wdzięczna Dolores, że zatrudniła mnie w ONZ i umożliwiła ucieczkę ze znienawidzonego między innymi przez moje nieudane małżeństwo Berlina.
Dolores była przekonana, że świetnie sobie poradzę. Podczas gdy potencjalnych niemieckich pracodawców odstraszał mój nieortodoksyjny życiorys, w Trzecim Świecie tym bardziej potrafię zabłysnąć – twierdziła. Natomiast ukochani w Europie drobnomieszczanie, nie mieli tam jej zdaniem najmniejszych szans!
Tkliwie wspomniałam więc Niemiecki Instytut Polityki Rozwojowej, który też doceniał takie zalety i przyjął licznych kursantów wyciągniętych z wieloosobowych materaców w komunach Kreuzberga. Próbowałam odgadnąć przyczyny uprzywilejowanego potraktowania mnie przez Instytut, a potem przez Dolores. Oczywiście! byłam przecież dla nich gratką – puknęłam się w głowę z nagła olśniona. Umożliwiłam im bowiem postęp w wypełnianiu niemieckiej kwoty zatrudnienia w ONZ, nie obarczając go przy tym następnym urzędnikiem z “brakiem umiejętności społecznej komunikacji”. Ten “lack of social communication skills” u Niemców, znany gdzie indziej po prostu jako “niemiecka buta”, był szeroko omawiany w publikacjach oenzetowskich i niemieckich jako powód notorycznego nie wypełniania ich kwoty narodowościowej.

Dolores zakomunikowała nam zjadliwie, że ambasada Niemiec chce wziąć udział w naszym szkoleniu i zaprasza niemieckich uczestników na następny dzień, zmuszając ją do zwolnienia nas z zajęć.
Chcąc nie chcąc musieliśmy na to przystać. Towarzyszył nam Herr Kraut, akredytowany przy UN PIP. Ambasador Hoffmann, którego przemówienia według Dolores znane były w Wiedniu jako “Opowieści Hoffmanna”, zrzucił jakieś akta na podłogę, byśmy mogli usiąść przy stole.
Herr Kraut usiłował je usłużnie podnieść, na co ambasador zaprotestował: – Ależ proszę je zostawić, ja lubię pracować na podłodze.
Ambasador był faktycznie rozmowny i dawał nam dobre rady jak przeżyć w tropikach. W szczególności radził nam zabrać odpowiedni zapas bielizny wysokiej jakości.
Gdy ambasador skończył z naszymi majtkami, Herr Kraut zaprosił nas na obiad do jednej z restauracji w VIC, zwanej ”Blue Danube”. Przyzwyczajeni byliśmy już do tej dziwacznej, angielskiej nazwy modrego Dunaju. Herr Kraut zwracał się przy obiedzie szczególnie do “obu dam” ale na szczęście wdzięki Helgi przeważyły i odwlekły jego uwagę od Frau Korb. Odetchnęłam z ulgą, gdy obiad się skończył. Za kilka dni będzie koniec z niemiecką “przytulnością”.

Po sześciu dniach i nocach w euforii ledwie zipaliśmy, a jeszcze czekał nas wieczór pożegnalny w Heurige, pijalni wina. Czuliśmy się już częścią ONZ, zniknął dystans wobec starszych kolegów. Helga już zupełnie bezwstydnie flirtowała z Carlosem. Dolores pieszczotliwie pogłaskała mnie po obnażonym karku, zanim wygłosiła mowę pożegnalną:
– Uważajcie. Jak już raz dostaniecie tej choroby ONZ-owskiej, nie potraficie się już od niej uwolnić. Ale ONZ też będzie waszą Alma Mater, która was nie porzuci.
Zamyśliliśmy się. Zabrzmiało to jak przyjęcie do tajnego sprzysiężenia, loży masońskiej czy innego braterstwa.
Nagle rozległ się trzeźwy głos Ame:
– Ale ja nie chcę żadnej Alma Mater. Mam własną matkę i zupełnie mi to wystarczy. Nie chcę zresztą z powrotem do brzucha.
Ja natomiast słuchałam Dolores w upojeniu, mając nadzieję, że to prawda i że odnajdę w ONZ-cie ponadnarodową ojczyznę, zamiast tej, która została mi brutalnie odebrana przed laty. Poczułam też ogromną sympatię do Indonezji, która miała zostać “moim krajem” i z którą miałam się zindentytikować przez dekret, choć jeszcze niedawno nie byłam pewna, na jakim kontynencie leży.

3. BANGKOK
Postanowiliśmy z Arne lecieć razem do Bangkoku, potem nasze drogi mały się rozejść. Gdy wysiedliśmy z zatłoczonego australijskiego samolotu, pełnego modlących się nieprzerwanie greckich babć, skarżyłam się, że nie wyłączono jeszcze jego motorów: – Nadal buchają żarem!
– Obawiam się – roześmiał się Ame – że to jest normalna temperatura, w której spędzisz następne dwa lata!
Po przejściu bez kolejki i kontroli dyplomatyczną ścieżką pojechaliśmy klimatyzowaną limuzyną do pobliskiego hotelu “Złoty Smok”. Siedzenia w toaletach były wysterylizowane i zapieczętowane. Nic dziwnego. Poszliśmy na suto zakrapianą kolację, ale wykończeni jetlagiem szybko wróciliśmy do swych pokoi.
Rozbierając się uświadomiłam sobie, że rozstaję się z jedyną znaną mi w tej części świata osobą. W ataku paniki dumałam co zrobić, żeby ten moment odsunąć, czyli nie spędzić tej nocy samej. Nie ma rady, stwierdziłam. Jedynym rozwiązaniem jest uwiedzenie Arne, który zresztą nieco mnie podrywał.
Konsekwentnie wyszłam więc na korytarz i zastukałam do jego drzwi.
– Co się stało? – zapytał wyrwany ze snu i poirytowany.
Najwyraźniej nie pojął mych intencji, bo i skąd, a na flirt nie było już czasu. Gorączkowo zastanawiałam się, jak się wytłumaczyć. Przeklinałam przy tym swoje polskie wychowanie, nastawione na obronę przed jurnymi samcami, a nie na robienie im awansów wymaganych w Zachodniej Europie. Bąkając, że chciałam sprawdzić, czy mój zegarek prawidłowo chodzi, wycofałam się rakiem.
Dopiero następnego ranka, zdałam sobie sprawę gdzie się znalazłam – Orient!
W samolocie siedziałam obok młodego Indonezyjczyka, podniecona pierwszym kontaktem z tubylcem starałam się być szczególnie miła i taktowna, by uszanować jego kulturę, przede wszystkim słynną “azjatycką rezerwę”. Okazało się to o dziwo zupełnie zbędne – tubylec był nad wyraz rozmowny i szybko wystąpił z agresywną krytyką swego rządu.
Zbliżając się do Jakarty, niegdyś legendarnej Batavii, lecieliśmy bardzo nisko i rzuciły mi się w oczy czerwone dachy małych domków. Ach, przecież Arne opowiadał, że gdy Indonezja była holenderską kolonią, wszystkie budynki musiały być pokryte taką dachówką, sprowadzaną z Holandii.
Lotnisko, na którym brawurowo wylądowało nasze Jumbo, otoczone było przez pola ryżowe. Gdy wysiadłam z samolotu brudna, przegrzana i spocona zastanawiałam się, kto mnie odbierze i jaki okaże się mój szef, Fakir Hak. Był Pakistańczykiem, jak wyjawił mi Raul i dodał, że ma miłą osobowość, “którą sobie starannie wypracował”. Niemniej spod niej musiała przebijać chyba dalej ta prawdziwa, mniej przyjemna. Dolores zaznaczyła bowiem kilkakrotnie, bym pisała do niej “osobiste i poufne” listy, gdybym miała z nim problemy.

W hali lotniska ujrzałam tablicę z napisem “zawiadomienia ONZ”, spod której wyłonił się uśmiechnięty, niski Indonezyjczyk:
– Madame Korb?
Skinęłam głowa i rozejrzałam się wokół. Prawie wszyscy na lotnisku byli równie drobni, jak mój rozmówca. Dotąd raczej mała, zostałam nagle niemal olbrzymką jak Guliwer w kraju Liliputów.
Człowieczek błyskawicznie przeciągnął mnie przez kontrolę paszportową i zdrowotną, podczas gdy inni pasażerowie pocili się w kolejkach, bliscy omdlenia. Potem dobiło do nas jeszcze dwóch tubylców, którzy eskortowali mnie do służbowej limuzyny, wręczając mi po drodze list mego nowego przełożonego:

“Droga Glorio, jakąż ulgą jest powitanie Pani w Indonezji po nie kończących się mękach oczekiwania! Mam nadzieję, że Pani pobyt tutaj będzie równie przyjemny co pożyteczny.
Niestety nie mogę przyjechać po Panią na lotnisko, ponieważ jak zwykle w weekend poświęcam się modłom. Jutro o ósmej rano przyjedzie po panią szofer, aby zawieźć ją do biura. Wtedy nareszcie poznamy się osobiście. Szczerze oddany
Fakir Hak”

ciąg dalszy za tydzień

Tu Radio Armii Krajowej 99,5 FM

Remigiusz Pigłowski

Tego dnia Ambasadę Francji opuszczałem w pełnym pospiechu, gdyż miałem pilną sprawę na mieście. Wychodząc z budynku zauważyłem otwierające się wrota placówki, przed którymi czekał na wyjazd służbowy Peugot ambasady. Wydobywające się spod kół kłęby dymu oraz nerwowy oddech silnika dawały do zrozumienia, że nie tylko ja mam pilna sprawę do załatwienia dziś na mieście. Bez chwili zastanowienia zapukałem w szybę, a Maciek, kierowca ambasady, bez słów zrozumiał moje intencje, precyzując jednakże, że nie jedzie daleko, że tylko do metra Politechnika, ale mnie to urządzało tym bardziej, że prócz bezspornego zysku czasowego gdzieś podświadomie zawsze marzyłem o przejażdżce samochodem na niebieskich blachach z naklejką CD.

A może moja spontaniczna decyzja wynikała po prostu z zamiłowania do ryzyka; może chciałem przez to udowodnić, że ja się nie boję jeździć z kierowcą, który cierpi na Parkinsona, może chciałem przez to zakomunikować mu, że nie jest z nim tak źle, że pomimo iż koledzy z jego działu wolą jeździć taksówką w trosce o własne bezpieczeństwo, jest jeszcze ktoś, kto chętnie wsiądzie do jego Peugota?

– Chłopakowi zostały dwa lata do emerytury i mimo Parkinsona nikt go stąd nie będzie wypieprzać. Ale mi kurde też zostały dwa lata i dlatego wolę zamawiać taksówkę – podsumował kiedyś w mało dyplomatyczny sposób Bernard, radca do spraw ekonomicznych, nałogowy palacz cygaretek, gustujący tylko w białych winach, co jak na Francuza zdaje się być rzadkością.

Brama otwarta – ruszamy! No to będzie się działo – myślę sobie – pełen lans w dyplomatycznym aucie z kierowcą z Parkinsonem. Zamarzyłem sobie, że gdyby tak przejechać przez Plac Zbawiciela, może nawet ze dwie rundki zrobić przy otwartych szybach z francuską muzyką w tle, a może by nawet poprosić Maćka, aby się na chwilę zatrzymał w zatoczce pod Planem B pod pretekstem załatwienia jakiejś sprawy, to dopiero byłoby entrée!

Przyjazd na Plac Zbawiciela białą kolarzówką bez szprych czy na wytatuowanej deskorolce są już passe. Czas wymyślić cos nowego i zdaję się, że mam argumenty. Niestety mój szofer ma z góry ustaloną trasę dojazdu do metra Politechnika, a w radiu miast transowych dźwięków rozbrzmiewa zażarta dyskusja, czy Stalin celowo wstrzymywał ofensywę podczas Powstania Warszawskiego. Na skrzyżowaniu Pięknej z Alejami Ujazdowskimi Maciek pogłośnił radioodbiornik, uściślając, że to jego ulubiona stacja – Radio Armii Krajowej 99.5 FM. Następnie stwierdził, że ta audycja jest powtórką, ale on chętnie raz jeszcze posłucha o okrucieństwach Stalina i cierpieniach warszawiaków. Miałem wrażenie, że to biczowanie się dramatem Powstania paradoksalnie dawało mu jakąś niewytłumaczalna radość, zinterpretowałem to nawet jako pewien rodzaj perwersji, o którą nigdy wcześniej nie mógł bym go podejrzewać.

Czekając na zielone światło kątem oka zauważyłem Bernarda. Skręcił w lewo w kierunku Placu na Rozdrożu. Szedł nerwowym krokiem z cygaretką w ustach, a jego vintagowa teczka nienaturalnie ciążyla mu w ręku. Gdy nasze spojrzenia wreszcie się spotkały, Bernard lekko skinął glową w miom kierunku.

– To znak do rozpoczęcia akcji – pomyślałem. Koniecznie musimy skręcić w lewo, bo z Alei Róż wyjedzie zaraz opel Franza Kutchery! Po wschodniej stronie Alei widzę także Panią Basię z sekcji konsularnej – przewiesza biały sweter na prawą rękę. Tymczasem Bernard bezradnie siłuje się z zamkiem teczki… Cóż za rekonstrukcja! Maciek na pewno się zgodzi na zmianę trasy. O ile pamiętam, operacja ta była najważniejszą zakończoną sukcesem akcją bojową AK, wymierzoną w wysokiego funkcjonariusza niemieckiego aparatu. A potem, gdy już skręcimy w Aleję Róż, nie będzie wyboru i aby dojechać do metra Politechnika nieubłagalnie przejedziemy przez Plac Zbawiciela.

Odżyły przez chwilę nadzieje na lans pod Planem B jednakże Maciej nie dosłyszał mojej propozycji, zahipnotyzowany dyskusją historyków dystyngowanym tempem opuścił skrzyżowanie, kierując się prosto na plac Konstytucji.

Przyznać muszę, że nawet przez chwilę nie odczuwałem zagrożenia, wynikającego z niesprawności ruchowej Macka, jego jazda była płynna a skupiona twarz dawała dodatkowe poczucie bezpieczeństwa. Jedynie na samym początku, tuż zanim wyruszyliśmy spod Ambasady Francji, byłem lekko przerażony na widok roztańczonej ręki na drążku zmiany biegów. Wyglądało to tak, jakby kierowca w jednej sekundzie chciał wcisnąć wszystkie biegi na raz, jednakże w trakcie jazdy okazało się, że Maciek pomimo swojej ułomności całkiem sprawnie operuje dźwignią.

I gdy już powoli godziłem się z tym, że nic się nie wydarzy, że nie będzie spektakularnego przejazdu przez Plac Zbawiciela, że podróż z kierowcą cierpiącym na zaawansowanego Parkinsona okazała się najbezpieczniejszą w świecie, wtedy właśnie, na skrzyżowaniu Pięknej z Marszałkowską przy zapalonym już czerwonym świetle Maciek brawurowym manewrem objechał czekające na skręt samochody i przy pełnych obrotach silnika skręcił w lewo w Marszałkowską tuż przed nadjeżdżającymi z naprzeciwka samochodami.

Tymczasem w radiu AK historycy zgodnie dochodzą do wniosku, że Stalin z pełną premedytacją wstrzymał ofensywę, aby wykrwawić miasto. Na koniec prowadzący audycję dziennikarz okrasza owocną dyskuję powstańczym hitem muzycznym. Mija jeszcze parę chwil po czym na wysokości Waryńskiego wyduszam z siebie.

– Maćku, nie uważasz ze to było ryzykowne, przecież te auta zatrzymały się w ostatniej chwili?

– Nie denerwuj się Arkadiusz, niebieskie blachy. Nikt by nie ryzykował – odpowiedział spokojnym głosem, po czym skręcił w Nowowiejską.

 

 

Die kleine große Welt (13)

Monika Wrzosek-Müller

Yoga Festival-Kladow

Wie jedes Jahr fuhr sie mit der Fähre nach Kladow; was wichtiger war: die Fahrt selbst oder das jährliche Event des Yoga-Festivals, wusste sie nicht. Leider war die Fähre modernisiert und die alte, die an ein Boot erinnerte – klein, mit ein paar Plätzen auf dem Dach – durch ein Monstrum aus geschlossenem Plexiglas ersetzt, das an eine breite S-Bahn erinnert. Vorbei damit, dass man den Wind spürte und auf dem Deck eng mit den anderen auf Yogamatten zusammen saß. Es war sauber, übersichtlich, mit Reihen von Sitzplätzen, wie im Kino, mit enorm viel Platz für wenige, die ihn nicht brauchten; doch sie fuhr damit.

Und wie immer war die Überfahrt ein Erlebnis für sich; sie war in ihrem Kopf noch Meilen von dem Yoga Event entfernt; schaute verträumt um sich herum, auf das Wasser, die vielen Boote, die bewaldeten Ufer des Wannsees; die schöne Seite von Berlin stimmte sie melancholisch. So lange kämpfte sie schon mit sich um ihren Platz in diesem Berlin und den Platz von Berlin in ihr; es war unendlich schwer das zu verbinden, sich zu finden als Mensch, als Ehefrau, als Mutter, als Fremde, als Germanistin, als Arbeitskraft, als Yogalehrerin, als Übersetzerin und als Deutschlehrerin. Immer wieder nagte das Gefühl an ihr, nicht dazu zu gehören, etwas verpasst zu haben; sich nicht einmischen zu wollen, das Leben von außen zu betrachten, nicht bemerkt zu werden und nicht das eigentliche Leben zu leben. Es lag an ihr, der langsame passive Gang ihres Lebens, sich vorwärts schaukeln, wie die Wellen nach vorne rollen und schnell wieder zurückkehren, sich zurücknehmen, was man schon erreicht hat, zerstören. Die Überfahrt war lang und doch kurz oder genau richtig, um nicht zu lange grübeln zu können.

Die jungen Leute um sie herum mit eingerollten Matten zogen sie an, gaben ihr den Vorwand, weiter zu machen, nicht stehen zu bleiben, lebendig zu sein. Und doch spürte sie, dass es für sie eine Außenseiterrolle im Leben war, sie war nicht drin, sondern verlor sich an den Rändern der gesellschaftlichen Aufgaben, auch um nicht allzu ernst genommen zu werden und sich nicht allzu ernst nehmen zu müssen. War das eine Art Flucht oder Ausweg aus ihrer immer wieder sich verknotenden Seele, aus der oft nicht stimmigen inneren und äußeren Welt? Mit diesen Gefühlen saß sie in der Fähre und ging dann den mit blühenden Linden gesäumten Weg zum Gutshaus Neukladow und den Park rundherum, den Abschnitt bewältigte sie mit schnellem und energischem Gang, um mit den jungen Leuten Schritt zu halten. Das Festival, fand sie, war stimmig für Yoga, für sie und für die jungen Leute mit ihren Rasta-Locken und bunten, langen Kleidern mit Tattoos, oft barfuß, aber immer nett und mit einem Lächeln auf den Lippen, es war ganz frei, ohne feste Vorgaben, wo wie und wie lange man bleiben, zuhören, mitmachen sollte. Jeder ging, übte mit, saß, sang, meditierte solange er wollte, konnte oder es ihm Spaß machte. Das fand sie gut, sogar sehr gut in der Welt der vielen Zwänge; meistens sprach sie mit völlig fremden Menschen über dieses und jenes, es waren selten die yogischen Themen, obwohl es irgendwo klar war, dass Yoga sie alle verband, als die Art, wie man das Leben verstand oder zu verstehen versuchte und sich ohne Druck im Leben voran bewegen mochte. Dieses ein bisschen verrückt sein gab ihr mehr Platz, mehr Raum und Freiheit, in der geordneten, sehr von außen gesteuerten Welt zu bestehen; sie verstand, warum so viele Immigranten Künstler waren, es blieb ihnen nichts anderes übrig, das war ihre Art mit der Außenwelt fertig zu werden, zu überleben, im Meer der Fremdheit zu schwimmen.

Sie lagen dann alle auf den bunten Matten auf der Wiese, mit ganz verschiedenen Meditationskissen oder ohne, die Reihen von Menschen, unheimlich viele: jung und älter und manchmal ganz alt, mit dem Wunsch und der Neugier sich zu bewegen oder zu spüren, wie es ist, bewegt zu sein, sich wahrzunehmen, bei sich zu bleiben. Manchen gelang das vielleicht, andere kämpften mühsam darum, entdeckten es gerade für sich; eine ganz andere Welt, emotional und sehr nah, körperlich und geistig, sehr anspruchsvoll aber für jeden erreichbar, tolerant und inspirierend. Sie beobachtete die anderen, wie weit gingen sie mit, was machten sie mit dem Atem, wie gut waren sie in den Stellungen. Es gab viele, die alle Übungen perfekt ausführen konnten, und einige, die gerade dabei waren sie zu erlernen; diejenigen schaute sie immer wieder neugierig an, heimlich aber fasziniert. An ihre Anfänge konnte sie sich nicht mehr erinnern; sie übte Yoga schon sehr lange, was nicht bedeutete, dass sie geübt war, wie immer fehlte ihr der Ehrgeiz perfekt zu sein.

Zu Mittag aß sie Falafel, seit vier Jahren an denselben Stand, mit wenig Soße, und trank dazu ihren Mango-Lassi; es schmeckte und stärkte wunderbar. Nebenan saßen zwei ältere Inder in ihren weißen Dhotis und Kurtas sehr yogisch und sehr indisch; sie erzählten, dass bei ihnen zu Hause, in der großen indischen Welt immer Männer zum Yoga kämen, sie würden lange sitzen und Pranayama üben und einige Mantras singen, manchmal meditieren, doch hier würden sie nur Frauen vor sich haben, die alle auf diese gymnastische Übungen aus wären und gar nicht zuhören wollten und ganz bestimmt nicht lange unbeweglich sitzen. Das wäre hier eine ganz andere Welt und das Yoga hätte ein ganz anderes Gesicht; und sie mischte sich ein: dass man auch hier in dieser Welt Mantras singen und zu meditieren versuchen würde, doch viele würden eben dem Körperlichen mehr Platz einräumen. Und sie waren ganz erfreut das zu hören und sagten: Yes madam, you are welcome in our class, please come and join us. Und so gingen sie in ein ganz kleines Zelt der kleinen Yoga Welt in Kladow und übten ihre Pranayama und tönten Om und kehrten irgendwann alle zufrieden nach Hause zurück.

Reblog: Heine Polinnen / Polki

Wpis zawdzięczam Agnieszce, bo to ona przypomniała mi, że przecież Heine pisał o Polkach (tekst polski niżej, pod tekstem niemieckim, niemiecki pierwszy – w końcu to oryginał) / Ich bedanke mich bei Agnieszka, die mich daran erinnerte, dass Heine über Polinnen schrieb.

Heinrich Heine, “Über Polen” (Fragment), 1822

Jetzt aber knien Sie nieder, oder wenigstens ziehen Sie den Hut ab – ich spreche von Polens Weibern. Mein Geist schweift an den Ufern des Ganges und sucht die zartesten und lieblichsten Blumen, um sie damit zu vergleichen. Aber was sind gegen diese Holden alle Reize der Mallika, der Kuwalaja, der Oschadhi, der Nagakesarblüten, der heiligen Lotosblumen, und wie sie alle heißen mögen – Kamalata, Pedma, Kamala, Tamala, Sirischa usw.!! Hätte ich den Pinsel Raffaels, die Melodien Mozarts und die Sprache Calderons, so gelänge es mir vielleicht, Ihnen ein Gefühl in die Brust zu zaubern, das Sie empfinden würden, wenn eine wahre Polin, eine Weichselaphrodite, vor Ihren hochbegnadigten Augen leibhaftig erschiene. Aber was sind Raffaelsche Farbenkleckse gegen diese Altarbilder der Schönheit, die der lebendige Gott in seinen heitersten Stunden fröhlich hingezeichnet! Was sind Mozartsche Klimpereien gegen die Worte, die gefüllten Bonbons für die Seele, die aus den Rosenlippen dieser Süßen hervorquellen! Was sind alle Calderonischen Sterne der Erde und Blumen des Himmels gegen diese Holden, die ich ebenfalls, auf gut calderonisch, Engel der Erde benamse, weil ich die Engel selbst Polinnen des Himmels nenne! Ja, mein Lieber, wer in ihre Gazellenaugen blickt, glaubt an den Himmel, und wenn er der eifrigste Anhänger des Baron Holbach war…

Weiter

Maryla Wereszczakówna, wielka miłość wieszcza Adama – w roku 1822 napisał na jej cześć słynny wiersz Do M*** / sie war die große Liebe des polnischen Nationaldichters Adam Mickiewicz; 1822 schrieb er ein Gedicht Do M*** über sie

A tu po polsku

Heinrich Heine, “O Polsce” (fragment), 1822

Lecz teraz proszę uklęknąć, lub chociaż zdjąć kapelusz – będzie mowa o polskich niewiastach. Mój duch wędruje brzegami Gangesu w poszukiwaniu najdelikatniejszych i najsłodszych kwiatów, by je z nimi porównać. Ale czymże są wobec tych piękności wszystkie powaby Malliki, Kawalaji, Oshadhi, kwiatów Nagakesar, świętych Lotosów i jakby się tam jeszcze one nie zwały – Kamalata, Pedma, Kamala, Tamala, Sirisha, itd.!! Mając pędzel Rafaela, Melodie Mozarta i mowę Calderona udałoby mi się może tchnąć w pierś twą uczucie, którego byś doświadczył, gdyby prawdziwa Polka, nadwiślańska Afrodyta, przed oczami twemi łaskawymi we własnej osobie stanęła. Czymże są jednak Rafaela kleksy wobec tych piękna malowideł, które sam Bóg wcielony w swej najweselszej godzinie nakreślił! Czym są Mozarta brzdękolenia wobec słów, dla duszy łakoci, które z tych słodkości ust różanych tryskają! Czym są wszystkie kalderońskie Ziemi gwiazdy oraz Nieba kwiaty naprzeciw tych panien nadobnych, które ja, po kalderońsku, aniołami Ziemi mianuję, gdyż aniołów samych Polkami Nieba nazywam! Tak, mój kochany, kto w ich oczy gazele spojrzy, ten w Niebo uwierzy, choćby nawet najzagorzalszym zwolennikiem barona Holbacha był…

Przetłumaczył bloger Szostka, reszta, przetłumaczona przeze mnie, TU