Z wolnej stopy 39

Zbigniew Milewicz

Trudno mi się rozstać z ulubienicą Janusza Szpotańskiego, której na imię Satyra. W poprzednim wpisie znalazły się fragmenty jego utworów, dzisiaj chciałbym zaprezentować jeden w całości, napisany w więzieniu, w czasie marcowych wydarzeń 1968 roku. Jego inspiracją był życiorys Władysława Gomułki, opublikowany na łamach prasy z okazji 60 urodzin I sekretarza KC PZPR, a szczególnie fragment, mówiący o przedwojennym pobycie jubilata w więzieniu w Rawiczu, gdzie pracował w kartoflarni wspólnie z pewnym poetą ukraińskim. Dialog zatytułowano Rozmowa w kartoflarni; głównym bohaterem jest oczywiście tow. Wiesław, który występuje tu jako Gnom, pojawiający się również w innych utworach Szpotańskiego.

Rozmowa w kartoflarni

Gnom

Już my obrali ziemniaków korzec,
a może kwintal, można by orzec.

Taras

W ojczyźnie mojej — na Ukrainie
zemla uprawoj prekrasnoj słynie,
bo tam kołchozy są i sowchozy,
tam się stosuje sztuczne nawozy.
Tu zacofane są tylko dwory,
tam — progresywne w polu traktory,
stąd też kartoszki u nas kak dynie:
Nie masz, jak życie na Ukrainie!

Gnom

Z tego, co mówisz, drogi Tarasie,
konsekwencyje wyciągnąć da się.
Gdy tylko w Polsce obejmę władzę,
sztuczne nawozy zaraz wprowadzę,
gdzie grykę sieje wsteczny feudał,
tam nawozowe uczynię cuda,
wydajność upraw to nie są mrzonki!
Lecz wprzód mi powiedz, jak tam kiszonki.
Czy Ukraina także z nich słynie?

Taras

Kiszonek mnoho na Ukrainie!
Bywa, że mija za dzionkiem dzionek,
a tam nic nie ma oprócz kiszonek,
bo choć wspaniała u nas uprawa,
na polach kiśnie zboże i trawa,
gdyż wróg klasowy wciąż spuszcza deszcze,
a my silosów nie mamy jeszcze.
Stąd z paszą kłopot. Radziecka władza
makuchy musi ciągle sprowadzać,
a na to nużne cenne dewizy,
stąd też w hodowli przejściowy kryzys.

Gnom

Ach, te makuchy! Ach, te makuchy!
Toż socjalizmu są wprost złe duchy!
Gdy tylko w Polsce obejmę władzę,
szereg surowych ustaw wprowadzę:
za krowobójstwo, za świniobicie
będę odbierał mienie i życie,
a za wydajność niską uprawy
sabotażystom wytoczę sprawy.
Przewidujący żem jest gospodarz,
widzę, że wzrośnie przestępców podaż
i trza budować będzie więzienia.
Radzieckie cenne są doświadczenia,
więc mi opowiedz, drogi Tarasie,
jak z więzieniami u was rzecz ma się.

Taras

Ach, Wiesław miłyj, w ZSRRze
jest więzień tyle, że aż dziw bierze!
Gdzie dawniej były stepy, burzany,
dziś tysiąc łagrów pobudowanych.
Smotrisz wokoło, wot progres kakij —
zamiast kurhanów wszędzie baraki,
a w tych barakach żyźni swej goda
prawie połowa pędzi naroda.
I poprzez stepy pieśń rzewna płynie:
„Nie masz, jak życie na Ukrainie!”

Gnom

Piękny to obraz, drogi Tarasie!
Lecz on niestety na nic mi zda się,
do socjalizmu mam polską drogę
i naśladować was wprost nie mogę,
bo choć ogólne wspólne są cele,
ja się w szczegółach różnić ośmielę.
Nie chcę budować w stepie baraków,
będę więzienia wznosił z pustaków.

Taras

Toż prawicowe jest odchylenie!

Gnom

Zdania swojego za nic nie zmienię!

Taras

Oj, Wiesław miłyj, a znasz ty Czeka?
Czeka z decyzją nigdy nie zwleka
i odkłonienie twe nacjonalne
następstwa będzie miało fatalne!

Gnom

Tylko mnie nie strasz, drogi Tarasie,
bo tych pogróżek nie boję ja się!
A co zaś tyczy się odchylenia,
to dogmatyczny masz punkt widzenia,
gdy ja — przeciwnie — mam gospodarski,
bo chcę popierać przemysł murarski,
a inwestycje łączyć z wsadzaniem.
To idealne jest rozwiązanie!
Zdania swojego przeto nie zmienię
i będę głosił nieustraszenie:
Do socjalizmu droga Polaków
poprzez więzienia wiedzie z pustaków!

Taras

Wzgliady twe, Wiesław, cenię niezmiernie,
no sprzeciw może być w Kominternie.
A choć tam czasto nie majut racji,
bardzo nie lubiat tam innowacji.

Gnom

Słuszności mojej to będzie miernik,
że zrobię w Polsce własny październik!
A przyznać musisz, drogi Tarasie,
na pol-Lenina nadaję ja się,
bo niezrównany ze mnie orator,
co kunszt wymowy na nowy pcha tor!
To mam z Leninem wspólnego jeszcze,
że moc problemów w swym mózgu mieszczę,
a równie dobrze jak na diamacie
znam się, jak uszyć należy gacie!
Gdy tylko w Polsce obejmę władzę,
wnet kult osoby własnej wprowadzę,
by czcić mnie mogli w kraju i w świecie,
bom niezrównany jest mędrzec przecie!
A kto nie będzie Gomułki kochał,
ten będzie w lochu jęczał i szlochał!

Taras

Ach, Wiesław miłyj, kakże prekrasno
kreślisz przede mną swą przyszłość jasną!
Lecz pora rzucić cudne marzenia,
bo się naczalnik zbliża więzienia,
a trzeba jeszcze obrać ziemniaków…

Naczelnik
(rozjuszony widokiem nie obranych ziemniaków)

Ach, wy, przeklęta paro próżniaków!
Zbyt wam się dobrze w więzieniu dzieje!
Ja was nauczę pracy, złodzieje!

(Okłada Gnoma i Tarasa pięściami.)

Gnom
(kuląc się pod ciosami)

Wszystko to zniosę, wszystko to strawię,
ale zdobędę władzę w Warszawie.


Utwór ten zawdzięczam pięknemu opracowaniu twórczości autora, którego dla potrzeb internautów dokonali Salezy Eckermann i Antoni Libera. Warto się z nim zapoznać, gdyż pokazuje dorobek literacki Szpota i wiele mówi o nim samym.

Utwory Janusza Szpotańskiego w Bibliotece Literatury Polskiej w Internecie

 

 

 

 

 

Odcinek 16

Mieczysław Bonisławski

znowu kartki maszynopisu,
przeszyte dziurkaczem i wpięte do segregatora

Wnętrza rozpoczętej budowy domu kultury na osiedlu Łużyckim. Surowe sklepienie z betonu. Półmrok hali bez pełnych ścian. Piach. Słońce między słupami konstrukcji nośnej.

Pomięty papier. Płachty gazetowe poskładane w przypadkowej kolejności i nierówno. Jedna wystaje z drugiej, trzecia z czwartej. Ta rozdarta w jednej trzeciej, tamta zabrudzona tłustą, żółknącą plamą po rozlanej śmietanie.

Część gazety została zgnieciona w nieregularną bryłę i rzucona na żółty piach. Artykuł o wypadku na przejeździe został wetknięty między filar i siedzisko z nieheblowanej, grubej deski, położonej na piasku na dwóch bloczkach betonu. Strona z artykułem zachowała się w połowie, drugiego, oddartego kawałka nie było nigdzie widać. Tak się jednak złożyło, że tekst artykułu był cały. Od początku do końca.

Gdy mężczyzna przylgnął do słupa, papier zaszeleścił. Chrenowicz syknął przestraszony, ale tworzący nowy świat młody demiurg niczego w tym swoim złotym kręgu nie dosłyszał. A przynajmniej nie zareagował. Może wiedział o obecności podglądającego go mężczyzny, a tylko udawał? Demiurg przecież miał takie nadprzyrodzone moce… A może obcy człowiek mu w ogóle nie przeszkadzał? Może dla demiurga był po prostu nikim, paprochem, który istota pokroju Kreatora w każdej chwili mogła zdmuchnąć w otchłań niebytu? Czymś nieważnym, tak mało istotnym, że niech by tam sobie stał za tym filarem. I tak nie miał na nic wpływu, nie mógł zagrozić niczemu, co demiurg zaplanował i kreował. Za to, w każdej chwili, gdyby tylko takiej nadprzyrodzonej istocie przyszła taka ochota lub wynikłaby dla kogokolwiek z jego nadświata taka potrzeba, można się go było, człowieka-paprocha, bez kłopotu pozbyć. Skutecznie i nieodwołanie. Raz na zawsze, bez śladu w pamięci, w czasoprzestrzeni, w historii.

– …zmiataj stąd… W try miga…
Obcy zesztywniał. Demiurg najwyraźniej przedstawiał na swojej scenie, na matrycy Kreacji Światów jego postać, Chrenowicza.
– Za długo masz nogi przy dupie?
Słysząc swoje charakterystyczne powiedzenia, padające z obcych ust, „Czarny koń” skulił się. Do tego wydawało mu się, że z tyłu, z zewnątrz tych betonowych katakumb, dobiegły go kroki skradających się ludzi. Zgrzytnął mu obcas na szynie po której jeździł dźwig „Marian”. Poturlał się po betonowej płycie odłamek cegły pchnięty czyimś butem.
„Pułapka!” – przeraził się Wojownik i wyobraził sobie dalej – „A to są odgłosy zbliżającej się, zacieśniającej się dookoła obławy…”
Poczuł ukłucie gdzieś w boku. Z żołądka wszystko cofnęło się do przełyku.
Mężczyzna należnej postury, bez wysiłku schylił się po zmięty kawałek gazety. Chciał ją jeszcze bardziej zgnieść i poszarpać a następnie przyłożyć do ust. Zbierało mu się na wymioty, a nie miał nic innego przy sobie, w co mógłby się wyrzygać lub czym obetrzeć twarz.
Wyrzucił papier.
Długie, napakowane (pod spodniami z panterki nie można było ocenić, czy sadłem, czy też masą mięśniową) nogi wyrastające z szerokiego, zaokrąglonego tyłka, zgięły się w kolanach tak, że cała wielka postać opadła. Wielkimi, miękkimi dłońmi, wieńczącymi długie i podobnie, jak nogi, napakowane ręce sięgnął po ten drugi fragment gazety, ten zatknięty za filar. Ujął go, rozłożył i podniósł do wysokości torsu.
Oczy, zagłębione w powierzchni twarzy tylko niewiele mniej niż u ludzi ras mongolskich, bystre i rozbiegane, odczytały tytuł artykułu Demianiuka.
Mężczyzna pochylił wielką, nadnaturalnie dużą, ale regularnie uformowaną, ostrzyżoną na zapałkę głowę nad tekstem. Czytał, a na jego twarzy można było odczytać niczym w diagnozie psychologicznej, targające nim emocje.
Czuł ucisk w skroniach i zawrót głowy. Przeżywał zaskoczenie i złość, zwątpienie i głęboką litość. W końcu wydało mu się, że odkrył jakąś ważną prawdę, że zrozumiał coś ważnego. Coś, w co został uwikłany, na co ma – lub może pozwolić sobie na to, aby mieć – wpływ. Przemożny wpływ. Kilka razy oderwał wzrok od gazety i spoglądał z troską na młodego, nic nie podejrzewającego, niczego nie spodziewającego się demiurga. Demiurga? Nic nie podejrzewającego?
A może to nie był demiurg, ten klęczący przed nim w kupie piachu mały chłopiec? Gadający sam do siebie, bawiący się zabawkami, jakie kupuje się dla maluchów, a nie dla czwarto- czy piątoklasisty. Gmerający w piasku, tu w mroku budowy, w jakimś opuszczonym, strasznym zakamarku, zamiast ganiać z rówieśnikami po boisku lub robić podchody do dziewcząt huśtających się lub skaczących na placu zabaw…
W kieszeni bluzy wymacał tę pocztówkę z polskimi i niemieckimi napisami. Podniósł ją, nie wiadomo po co, wtedy gdy był tam wczoraj wieczorem. Na tym przejeździe, na którym przedwczoraj… Pocztówka leżała w trawie, niedaleko od torów. Czy miała coś wspólnego z uczestnikami kraksy? Czy też może zgubił ją któryś z kibiców już dzień po niej?
Co oni tam wygadywali – że zginął ten trener? Nie, że ten sekretarz, który jechał od Barczyńskiej, że Barczyńska to jego kochanka. Gadali, że z nimi był Januszek, cóż oni tam zresztą jeszcze nie wygadywali wczoraj?!
„Ale Januszek jest tutaj” – skonstatował Wojownik. „Ale czy to tutaj, to może być matryca nowego świata, miejsce gdzie demiurg kreuje lepszą rzeczywistość, w której on, Chrenowicz, będzie legalnie nosić mundur, zatrudni się u swego ojca, który przyjmie go do służby… Czy tak wygląda warsztat demiurga?” – zastanawiał się dalej.
Wagony z cegłówek przejechały po szynach z drutu zbrojeniowego. Parowóz, czyli blok betonu, buchnął parą, której towarzyszyły dźwięki wyartykułowane przez chłopca. Maszynista, skaczące dzieciaki okazywały się tylko gałązkami w dłoniach brzdąca. Ten niby-demiurg zostawił ten niby-skład pociągu i obok usypał dwie kupki piasku. Po prostu – dwie kupki piasku. Połączył je potem na górze kolejnymi gałązkami, które ułożył ściśle jedną przy drugiej i posypał je po wierzchu, znowu, po prostu – piaskiem.
Z tornistra wyciągnął plastikowy modelik ciężarówki star. Delikatnie ustawił na przysypanych piaskiem gałązkach ponad imitacją toru kolejowego. Imitacja parowozu pociągnęła za sobą imitację wagonów, wjechała łukiem w imitację jaru. Nie przejechała pod imitacją wiaduktu, z której spadł model ciężarówki.
Imitacja kraksy.
„Czy gdyby demiurg był rzeczywiście demiurgiem, mógłby tak niedokładnie odtworzyć zderzenie sprzed dwóch dni? Przecież to się odbyło zupełnie inaczej, tak przynajmniej opisali to w gazecie. A może demiurg to jednak demiurg, ale nie pokazywał tego, co się już wydarzyło…? A jeśli on właśnie, tu, przed chwilą, przewidział, albo wręcz wykreował kolejną, tragedię na tych torach, która w rzeczywistości jeszcze się nie wydarzyła, a dopiero będzie miała miejsce? Nie, nie wolno nigdy w niego zwątpić! Za takie sprzeniewierzenie się, brak zaufania do losu, do Obietnicy, można zapłacić jej utratą”
– A może właśnie przestałem zasługiwać na swojego demiurga?! Czy naprawdę zostałem wybrany do tego, aby odwrócić ten los, czy zostałem powołany, czy mnie stworzono po to, abym pomógł ludziom i światu? Przecież nie było mnie przy śmierci Barczyńskiej, nie pomogłem jej, nie powstrzymałem, nie zapobiegłem… A jakby tak naprawdę był tam ten Januszek i zginął razem nią? Przeze mnie? – strwożył się nie na żarty Wojownik.

Ucieczka w podziemia była dla niego jakimś ratunkiem przed wcześniejszym życiem. Wierzył w swoje posłannictwo, ale rzeczywisty świat, który go otaczał, coraz bardziej go rozczarowywał. Był przekonany o tym, że ze znajomych mu osób, tylko on jeden zrozumiał mechanizmy funkcjonowania społeczeństwa. Całe jego dotychczasowe życie było poszukiwaniem innych ludzi, którzy by podzielali z nim tę wiedzę. Ludzi, którym nie musiałby niczego tłumaczyć, z którymi by uratował Polaków od zagłady, jaka nadciągała na Europę.
Jak dotąd nie odnalazł takich ludzi. Nie chował jednak dla siebie swojej wiedzy, daru jaki otrzymał od Boga lub Natury, odkryć, jakie mu zostały dane. Dzielił się nimi ze znajomymi i nieznajomymi, z tymi wszystkimi, z którymi miał tylko okazję dłużej i bardziej szczerze porozmawiać. Niestety, słuchacze – bo tylko na takich dotąd trafiał, o nikim nie mógł powiedzieć, że był rozmówcą czy partnerem – choć bywało, że na początku jego zwierzeń pozwalali żywić jakąś nadzieję, koniec końców, znudzeni jego prawdami, uciekali od swojej miałkości i głupoty własnej w nieprzychylne mu oceny. Prędzej czy później – a zauważał to zawsze od pierwszej chwili, choć ukrywał to przed nimi, że to wie, że to dostrzegł – wszyscy przestawali mu ufać, traktować poważnie jego samego i wszelkie jego wypowiedzi (oceny, obietnice, przewidywania). Najczęściej uważali go za lekko stukniętego. Lekko i nieszkodliwie, o ile tylko ktoś nie dawał mu się wciągnąć we wspólne interesy, działania, nie zaufał mu, nie powierzył ani tajemnicy, ani zadania do zrobienia. Zyskał powszechnie opinię nieodpowiedzialnego, bujającego w obłokach, nie kończącego żadnej powziętej sprawy.

Nic dziwnego, że nigdzie, w żadnym środowisku nie czuł się u siebie. Wszędzie był jak ten Przechodzień, na którego na żadnym odcinku szlaku nikt nie czekał. Nigdzie i do nikogo nie wracał, ani znikąd i od nikogo nie odchodził. Nie miał kogo opuszczać, ani do kogo podążać. Jego trasa ani się nie zaczynała, ani nie kończyła. I może dlatego, że ciągle, nieprzerwanie był w drodze, zawsze spoglądano nań tylko jak na Przechodnia. Obcego, który przypadkowo pojawia się na chwilę i w logicznie oczekiwany sposób znika, nic nie wnosząc do mijanej rzeczywistości, do życia napotkanych ludzi.

Można go było nawet zauważyć, ale można też było, będąc zajętym swoimi sprawami, w ogóle nie dostrzec. Tak jak to bywa w autobusie, w pociągu, czy zgoła na chodniku. Byli tam jacyś ludzie, ba, może nawet wielu. Ilu z nich zapamiętaliśmy? Jakąś świetną młodą dziewczynę oryginalnej urody, tak, ją na pewno. Kogoś oryginalnie ubranego. Ktoś coś powiedział i to nas zainteresowało. Zdarzyło się coś nieoczekiwanego i ktoś wziął w tym udział. Ale cała reszta?

Przeszliśmy chodnikiem. Było to na ulicy przed naszym domem, czy ogródkiem lub obok parku gdzie codziennie od lat popijamy sobie po pracy z kolegami piwko, gdzie przeszli też i inni, nieznani nam bliżej ludzie. Ktoś z nich nas szturchnął, potrącił przez pośpiech lub nieuwagę, komuś spadła siatka z zakupami i stukła się butelka z mlekiem. Dziewczyna miała wyjątkowo krótką spódnicę, spod której wystawały długie, zgrabne nogi. Statecznym krokiem przeszedł siwy matematyk, który swojego czasu nie chciał nas przepuścić w ostatniej klasie szkoły. Za nim piłkarz, który w tym sezonie strzelił najwięcej goli w trzeciej lidze. W drużynie, której kibicujesz. Ale tylko jesienią, bo od wiosny przeszedł do tych, tam…

Widzisz? Przechodnia można było zauważyć, albo i nie. Można go przez chwilę polubić, zainteresować się nim lub jego historią, albo zdenerwować się na niego. Wszystko to jednak ulotne, tylko na chwilę.
Do tego, dla tych innych, to ty byłeś Przechodniem. Przeszedłeś obok nich, nie zatrzymali się przy tobie ani na chwilę. Poczułeś to? Przechodzień jest zawsze obcy, często nie pożądany.
Zawsze daleko od domu, od siebie, od celu. Żadnego bezpieczeństwa. Ciągły imperatyw poruszania się dalej i dalej, bez zatrzymania – bo i gdzieżby, w którym miejscu, wśród jakich ludzi?! I tylko ciągle tam – dokąd? – po prostu tam, jeszcze dalej.

W tym biegu bez początku i końca Olek tracił zwyczajne, ludzkie potrzeby. To, co wokół widział, bezwiednie wyszydzał. Każdy normalny czyn, gest, powiązany z życiem w domu, obejściu, gospodarstwie, warsztacie. Zaczęły się dlań liczyć tylko czyny wielkie, majestatyczne, bohaterskie. Naprawa studni czy wrót od stodoły, okna w mieszkaniu czy zbicie półki okazywały się zbyt przyziemne, uniemożliwiały czyny „ważne dla ludzkości”. Zabawa z małym dzieckiem, zmierzenie mu temperatury, ukołysanie na rękach stanowiło więzienie dla kogoś, kto miał walczyć o Polskę. Zaglądanie pod maskę samochodu lub traktora? Naprawa kranu lub rynny? To dobre dla skapcaniałych nieudaczników, którzy poddali się szarzyźnie codzienności, spowszednieli w swym tchórzostwie przed wymaganiami Świata. Chrenowicz mógł ich tylko wyśmiać, szyderczo im współczuć, bo na rzeczywiste współczucie nie zasługiwali. Przestali być prawdziwymi mężczyznami. Praca, gospodarstwo, rodzina, wszystko stało się bzdurą, mrzonką, głupotą. To nie dla Przechodnia.

Jedyne, co się liczyło, to możliwość pomocy Polsce i Polakom. Powstrzymanie wrogich, niszczących sił, odwrócenie destrukcyjnych tendencji, zmiana zachowań i rozbudzenie czujności rodaków, gdyż nieuchronnie zmierzali oni ku samounicestwieniu. I skoro sam nie mógł odnaleźć tych, którzy myśleli tak samo jak on, którzy doznali takiego samego olśnienia, to albo mylił się uważając, że takich jak on jest wielu, albo musiały go wesprzeć w tych poszukiwaniach siły nadprzyrodzone. Z tym pierwszym nie chciał się pogodzić, nie chciał brać na swoje barki takiego wyróżnienia, jakim by mogło być to, że tylko on jeden został wybrany, że doznał tego olśnienia na zasadzie jednostkowego wyjątku. Nie zastanawiał się dlaczego nie chce takiego wyróżnienia. Może po prostu poczułby się lepiej, gdyby jednak okazało się prawdą – a w co mocno wierzył – że tacy rozsiani po kraju ludzie, których proroczo olśniło tworzą, może nieliczną, ale zwartą, wspierającą się nawzajem i uzupełniającą wspólnotę, prawdziwą Drużynę Czarnych Koni? Tylko trzeba ten siew zebrać razem, podać hasło, ogłosić alert, do zespolenia się, odnalezienia i rozpoczęcia działania. I on, Olek Chrenowicz, „Czarny koń” numer jeden, mógłby to zrobić. Do tego był zdolny. Po to przygotowywał się całe życie, w którym był dla wszystkich śpiących Polaków, zanurzonych w gnoju codzienności, tylko anonimowym, nic nie znaczącym Przechodniem. Ale, aby przejść przez ten punkt zwrotny, potrzebował dodatkowej broni. Nie takiej stworzonej ręką człowieka. To musiał być pojedynczy akt kreacji. Czyn pozamaterialny. Wymykający się spod kontroli umysłu bazującego na bodźcach zmysłowych: dotyku, wzroku, czy słuchu. Coś spoza tego świata. Tak, jak stamtąd pochodziło olśnienie, którego doznał i dany mu nakaz odnalezienia tych nielicznych olśnionych. Iskra Boża, która miała go zapłodnić czynem. Odpalić do działania, tak jak się odpala armatę, aby wystrzeliła.

Ostatnio Olek Chrenowicz zaniedbał nieco swoją misję. Po raz pierwszy, odkąd dzięki interwencji kolegów ojca, wojskowych i myśliwych, z trudem ukończył zawodówkę, dostał w końcu jakąś pracę. Nie chciał pracować za biurkiem, zresztą nie nadawał się do tego. Pracą na budowie lub przy taśmie w fabryce gardził. Pociągał go wyłącznie jakiś fach, który mógłby wykonywać ubrany w mundur, a jeszcze lepiej – z bronią u boku. Milicja, wojsko, straż pożarna – wobec luk w wykształcenia oraz braku badań lekarskich – odpadały. Zresztą najprawdopodobniej nie przeszedł by też testów psychologicznych. Dlatego długo błąkał się po Zielonej Górze, tworząc legendę o swoich kontaktach z tajemniczymi kręgami ludzi, prawdziwie czujących się odpowiedzialnymi za Naród. Nie pracował na etacie, bo cały czas „przygotowywał coś, co nie mogło, póki co, ujrzeć światła dziennego, a o czym nie można było mówić ani głośno, ani tym bardziej oficjalnie, publicznie. Była to robota nie na zwykłe osiem godzin dziennie. Dużo bardziej mozolna, wyczerpująca, nieporównywalnej z niczym innym skali poświęcenia się. Za dnia i w nocy. Niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę pracy lub gotowości do podjęcia natychmiast nowych obowiązków”. Niemniej wśród znajomych Chrenowicza utarła się o nim opinia lenia i obiboka, lesera bujającego w obłokach, opowiadającego niestworzone historie.

Dlatego, pomimo pełnego przekonania o swojej misji, Olek przyjął propozycję pracy w Straży Ochrony Kolei. Podrzędne stanowisko, jakie mu zaoferowano, umacniało go w przekonaniu o jego sekretnym powołaniu, gdyż stało się – w jego mniemaniu – elementem doskonałego kamuflażu. Oto ostatni w szeregu strażnik, na co dzień wykonujący najbardziej nieistotne obowiązki, tak naprawdę, w tajemnicy przed światem, przygotowywał się do podjęcia roli, najpierw zwiastuna, a potem – lidera odnowy całego Narodu. A czas na to, gdy ludzie otrzymali by możliwość poznania prawdy, miał dopiero nadejść…

Ale chwilami nachodziło go zwątpienie. Miewał wrażenie, że się sprzeniewierza temu, do czego został wybrany, że jednak powinien był zacisnąć zęby i nieść dalej ten swój garb, w ogóle nie zważając na piętrzące się i pogłębiające problemy z otoczeniem, generowane taką postawą. Jednak mundur, w jaki go ubrano, możliwość awansu, wiążącego się z ewentualnym otrzymaniem w bliskiej przyszłości przydziału służbowej broni, skutecznie niwelowała obiekcje. „Ostatecznie, dzięki zdobyciu tej pracy, nawiązałem nowe kontakty wśród ludzi żyjących potrzebą walki”, tłumaczył sobie. „Rozkochanych w militariach. A jednocześnie mogę od razu zacząć oczyszczać Polskę z łobuzów i miernot, ścigać chuligaństwo, wybryki, wandalizm. Zacząłem leczyć kraj i Naród, na razie na tym, jedynym dostępnym mi, najniższym poziomie, zaledwie z małych, drobnych dolegliwości”. Czas na leczenie głównej choroby miał dopiero nadejść.

Wiarę w to, że dobrze obrał swoją drogę i prawidłowo odczytał swój los, umocnił w nim pewien dziwny przypadek. Siły, które zaplanowały jego przyszłość, siły władające całym światem, sprowadziły mu do Zielonej Góry Przewodnika. To on miał go ostatecznie przygotować, przeprowadzić przez ostatni odcinek drogi ku spełnieniu. On miał zapalić iskrę, która spowoduje inicjację Chrenowicza – siewcy, a właściwie – zbieracza siewu, żeńca. I ten Przewodnik został mu pokazany! Ukazał się w realnym świecie, jako rzeczywista postać, co oznaczało, że czas kiedy Olek miał stać się żniwiarzem i zacząć żąć plony – zbierać do kupy rozsianych po różnych zakamarkach kraju „Olśnionych”, pozostałe Czarne Konie, był już bardzo bliski.

A niełatwo było rozpoznać w małym chłopcu Przewodnika. Ta prawda była też głęboko ukryta, tak głęboko, aby doszedł do niej tylko ktoś do tego specjalnie Wybrany. Nikt niepowołany nie byłby w stanie jej odkryć, nawet za pomocą największego przypadku. I to, że to właśnie on, Olek, prawidłowo rozpoznał dopiero co objawionego w tym mieście posłannika Sił Władców, było ostatecznym dowodem, utwierdziło go w tym, co miał zrobić, kim był. A czego domyślał się od dawna, co wiedział od jakiegoś czasu i w czym się właśnie teraz, już do końca, upewnił.

Strażnik kolejowy, Olek Chrenowicz, nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, dlaczego znalazł się zimą tego roku w Zielonej Górze przed blokiem przy ulicy Waszkiewcza? Nie pamiętał ani przyczyny (dlaczego?, skąd?), ani celu (po co?). Utkwiło mu w głowie tylko to, że ujrzał szary blok, nowy, zmontowany na szybko z betonowych płyt, w technologii zwanej „wielką płytą”. Niski, czteropiętrowy, ale bardzo długi.
Chrenowicz szedł poboczem niedokończonej, osiedlowej uliczki, i szedł, i szedł. I mijał kolejne, powtarzające się jeden obok drugiego, segmenty tego bloku, i mijał je, i mijał, i nie było widać ich końca. Droga była monotonna, krok za krokiem coraz nudniejsza, wręcz przyprawiająca o depresję. Ta jednostajność bez żadnej nadziei na zmianę nie zachęcała do życia.

Tak, strażnik sobie coś przypomniał – mógł tędy wracać z roboty! Mieszkał wraz z matką na rogu Anieli Krzywoń i Gwardii Ludowej, w takim małym, parterowym poniemieckim domku. Niemal naprzeciwko wylotu ulicy Wiśniowej i długiego, nowego (niespełna dziesięcioletniego) bloku nafciarzy. A pracował na torach między Walki Młodych i Traugutta, chociaż dyżurka SOK-u była w parterowym baraczku, bliżej samego dworca. Tam gdzie, zarówno za Niemca, czyli przed wojną, jak i teraz, w tym wyjątkowym, bo wyróżnionym do wielkiego spełnienia roku, spinano składy pociągów towarowych, które potem rozwoziły towary i materiały po zielonogórskich fabrykach.
Chrenowicz rzadko przesiadywał w ciepłym pomieszczeniu dyżurki, dla niego był śnieg, deszcz i wiatr hulający ponad bocznicami. Nie biurko, tylko teren.

Najbliższa droga z pracy do mieszkania wiodła torami dawnej kolei szprotawskiej, czyli tędy, którędy od czasu do czasu Olek jeździł towarowym, chroniąc go przed wandalami i młodzieżową łobuzerką. Od stacji kolejowej Zielona Góra, obok starego zakładu Lumelu, rzeźni, składu węgla, mleczarni, fabryki dywanów „Dekora”, w okolicy odlewni „Falubazu” i fabryki wódek „Polmos”, aż do przejazdu kolejowego przez ulicę Krośnieńską i potem do góry, do ulicy Waszkiewicza i wzdłuż bloków, szedł Olek dwa razy dziennie, do pracy i po pracy. Przechodził obok rozpapranej budowy (nie wiadomo czego) na drugą stronę ulicy, przez szeroką i ruchliwą Łużycką, pomiędzy punktowcami przy Sucharskiego (gdzie mieszkał Piotrek Pasternak z czwartej klasy tej nowej szkoły przy Gwardii Ludowej) i jeszcze do góry, a już na samej górze – obok podstawówki, aż wreszcie – na końcu zaczynającego się przy niej krótkiego odcinka dwujezdniówki – stał mały domek Olka i jego matki.

Tą drogą chodziła zresztą do pracy niemal połowa miasta. Torowisko dawnej kolei powiatowej, która tuż przed pierwszą wojną światową powstała po to, aby obsługiwać jak największą ilość miejscowych fabryk, dzięki temu właśnie łączyło miejsca pracy większości robotniczej Zielonej Góry z nowymi osiedlami-sypialniami. Tyle tylko, że niekoniecznie wszyscy wracali wzdłuż bloków osiedla Łużyckiego. Dalej, jeszcze za osiedlem Łużyckim, w przeciwną stronę co dworzec i tory rozrządowe (a zatem w odwrotnym kierunku niż ten, z którego chodził Olek) tory ówczesnej bocznicy biegły bowiem jeszcze do wytwórni win, fabryki mebli, „Polskiej Wełny”, browaru, tartaku. Wzdłuż nich, porozkładały się, nie korzystające z dostaw kolejowych, pomniejsze zakłady, składziki i magazyny, szczególnie tam, gdzie kończyła się ta właściwa Zielona Góra, a zaczynał Jędrzychów, wieś dołączona do miasta w poprzedniej dekadzie. Głębokim jarem między Krośnieńską a 1 Maja (łączącym osiedle Łużyckie z osiedlem Słonecznym), obok parku przy Jaskółczej (osiedle Piastowskie), mrocznym odcinkiem wzdłuż rozgłośni radiowej kończącym się wiaduktem nad ulicą Kożuchowską, tędy to chodzili do pracy zielonogórzanie, mieszkający na osiedlach, a pracujący w południowej części miasta. Jakkolwiek by to nie było, to na pewno nikomu, wracającemu do domu po ośmiu godzinach tyrania, nie przyszłoby do głowy, aby szukać jakichkolwiek inspiracji, wędrując wzdłuż szarego bloku z betonu. Nikomu poza świeżo upieczonym SOK-istą.

I podczas któregoś takiego przejścia (a może było to jedyne, pierwsze i zarazem ostatnie takie zdarzenie?) Olek zwrócił uwagę na balkony, a miały je wszystkie mieszkania. Między rozbabraną, błotnistą jezdnią Waszkiewicza a linią bloku z balkonami był pas piachu, szeroki na jakieś piętnaście metrów. W przyszłości miał to być, idący wzdłuż bloku, zieleniec, ale póki co na miałkim, pofałdowanym w wydmy piachu rosły tylko kępy ostu i rachitycznej trawy, która przetrzymała w szczątkowym stanie od jesieni. W połowie marca, gdy wyjątkowe nawet jak na luty mrozy ustąpiły, a śniegu akurat zabrakło, bo przygrzało nieco słońce, pojawiło się sporo błota, tworząc smętne pustkowie, po którym błąkał się samotnie, schludnie ubrany chłopiec. Chodził od balkonu do balkonu, przy niektórych się zatrzymywał, schylał, chyba coś podnosił i chował po kieszeniach zimowej kurtki, podszytej siwym misiem.

Chrenowicz dostrzegł małego na samym początku bloku i szedł za nim w pewnym oddaleniu, obserwując go z perspektywy ulicy. Nie wyprzedzał, nie podchodził w stronę bloku, podążając równolegle do ścieżki chłopca.

Przyglądał się przy tym balkonom. Był to pierwszy cieplejszy dzień po kilku zimowych tygodniach. Kobiety wyrzuciły na świeże powietrze różne dywaniki, makatki i narzuty. Niektóre odważyły się powiesić pranie. W głębi balkonów stały jakieś nie schowane na zimę stoliki, krzesełka, komódki. Większe zabawki, jak koniki, rowerki, jakieś traktorki.
Chłopiec coś zbierał. Gadał przy tym do siebie, tak jakby ktoś z kimś rozmawiał. Odgrywał scenki. Czasem przystawał, wyjmował coś z kieszeni, przyklękał i układał na piasku. Dochodziło do jakichś wydarzeń, po czym chłopiec szedł pod kolejne balkony.
– Posłuchaj, co ty robisz? – zawołał w końcu Olek.
Chłopiec spojrzał na niego nieufnie. Nerwowo odwrócił się plecami, skrywając w ten sposób przed Olkiem dłonie i kieszenie. Przygarbił się, skulił cały. Chciał uciekać, ale nie odważył się zrobić tego pierwszego, zawsze najważniejszego z punktu widzenia powodzenia, susa, który poderwał by go do biegu, jak najdalej od tego nieznajomego mężczyzny.
– Cześć, jestem Olek.
Bez reakcji.
Chrenowicz zszedł z ulicy, kierując się ku blokowi i balkonom. Gdy po kilku krokach zbliżył się do chłopca, ten w nagłym tiku otworzył zaciśniętą dłoń, z której wypadł plastikowy żołnierzyk. Olek nie zrobił tego, na co miał w tamtej chwili najbardziej ochotę – nie rzucił się, aby zebrać tego żołnierzyka, ale dostrzegając kolejną taką zabawkę między suchymi trawami, pod jednym z następnych balkonów, skierował się właśnie tam. Podniósł małą figurkę i podał chłopczykowi.
– Masz, zgubiłeś jeszcze jednego.
Chłopiec milczał, jakby zawstydzony. Czyżby odczuwał zażenowanie tym, że obcy mężczyzna zdybał go na samotnej zabawie w żołnierzyki?
– No masz, przecież nie chcę ci tego zabierać – próbował ośmielić go Chrenowicz.
Mały nie podnosząc na niego wzroku, półgębkiem, na odczepnego wymamrotał:
– Ten nie jest mój. Spadł z jakiegoś balkonu…
Chrenowicz zrozumiał, że chłopiec chodził i zbierał rzeczy, które wyleciały z balkonów na zewnątrz, w dół.
– Chodzisz i zbierasz to, co ludziom spadło?
Chłopiec milczał. Zaciął się znowu w sobie.
– No co ty! Spadają jakieś ciekawe rzeczy? – nic – Zbierasz swoją armię? – chłopiec podniósł wzrok. – Masz tylko takich, samą piechotę? – mały wsadził rękę do kieszeni, chwilę pogrzebał i wyciągnął w zaciśniętej piąstce coś, co podał mężczyźnie.
To był malutki modelik transportera bojowego, metalowy, oddany bardzo realistycznie, z najdrobniejszymi szczegółami. Pomalowany skrupulatnie, z kamuflażem. Takich precyzyjnych modeli nie produkowano wtedy ani w Polsce, ani w Związku Radzieckim. To był styl modelarstwa niemieckiego i to nie tego wschodniego, ale z zachodnich Niemiec. Któryś z mieszkańców bloku musiał przebywać w RFN lub mieć tam rodzinę albo znajomych a jego synowi zabawka z zagranicy wypadła przez balkon.
– Masz takich więcej?
Chłopiec pokręcił głową.
– To co to za armia z jednym tylko transporterem?
Mały wyciągnął z kieszeni ułożone na otwartej dłoni obłocone klamerki do wieszania prania.
– Co to?
Mały przyklęknął i ułożył klamerki na piasku tak jakby to były czołgi rozwinięte w szyku bojowym.
– To będą czołgi. Jak przyjdzie czas, na dany znak zamienią się w czołgi.
– Jaki znak?
– Ważny znak.
– Skąd?
– Przyjdzie. Wtedy, kiedy będzie trzeba, dokładnie na czas.
– Dla kogo będzie ten znak? Kto go ma odebrać, ty?
Chłopiec roześmiał się Olkowi prosto w twarz.
– Czy to ty będziesz dowodził tą armią?
Mały znowu zaprzeczył i znowu sięgnął do kieszeni.
– Odnalazłem w końcu generałów i marszałka – podał coś Chrenowiczowi. Ten spojrzał i aż podskoczył, jak oparzony.
– Przecież to jakaś lalka, jakiejś dziewczynki. Do tego popsuta! Też spadła, jak klamerki?
– Jak przyjdzie czas ona się przemieni. Spadnie promień i uderzy ją prosto w głowę a wtedy ożyje w niej wódz i będzie marszałkiem armii…
Chłopiec tylko ten jeden jedyny raz objawił się pod balkonami. A może Olek po prostu przechodził tamtędy potem już wyłącznie o takich porach, gdy mały był w szkole lub jadł w domu obiad z rodzicami? I dlatego go więcej nie spotkał, bo faktycznie natknął się nań tylko raz i poza tym nigdy więcej.

Z wolnej stopy 38

Zbigniew Milewicz

Kto się boi szyderstwa…

W przeciwieństwie do swojego poprzednika, obecny miesiąc jest długi. Studencki Marzec 68 roku był jeszcze dłuższy, bo tarabaniliśmy w manifestacjach o polityczną wiosnę, a ona nie nadchodziła. Przepisując w krakowskim Żaku zabronione strofy Cichych i gęgaczy (wspominałem o tym we wpisie z 08.03.2013 r.), o ich autorze wiedziałem niewiele, ponad to, że ma na pieńku z komunistyczną władzą i za to siedzi. Janusz Szpotański był znany w Warszawie, w dysydenckich kręgach w Londynie i Paryżu, ale w Krakowie i na Śląsku jakoś się o nim mniej mówiło. Pisał także jako Władysław Gnomacki i Aleksander Oniegow, ale dla przyjaciół był to Szpot.

Spott po niemiecku znaczy szyderstwo, kpina i pseudonim pasował do człowieka. Był poetą, satyrykiem, krytykiem i teoretykiem literatury, tłumaczem niemieckiej i austriackiej literatury, szachistą z tytułem mistrza krajowego, trzykrotnym mistrzem Warszawy i drużynowym mistrzem Polski z 1959 roku. Urodził się 14 września 1929 roku w Warszawie, tam też zmarł 13 października 2001 roku. Dla ludzi, stojących w Marcu 68 przeciwko władzy, był on przede wszystkim autorem prześmiewczych poematów komicznych, w których bezpardonowo krytykował prominentnych działaczy partyjnych rządzących Polską. W pożegnaniu pisarza, zamieszczonym w Tygodniku Solidarność (nr 42/ 2001), Waldemar Żyszkiewicz pisze:

W rolę szydercy i kpiarza wtrąciła go niezgoda na peerelowską “małą stabilizację”, w której główną rolę za aprobatą najwyższych władz partyjnych odgrywali Cisi, czyli funkcjonariusze i współpracownicy najpierw Urzędu, potem Służby Bezpieczeństwa (…). Za rozpowszechnianą w recytacjach i śpiewach biesiadnych, a także w odpisach oraz nagraniach magnetofonowych, ułożoną z okazji dwudziestolecia PRL satyrę Cisi i gęgacze, która rozwścieczyła ośmieszonego w niej Gomułkę, w 1968 roku sąd skazał Szpotańskiego na trzy lata więzienia. Podczas odsiadki, ryzykując recydywę, ułożył satyry więzienne Ballada o Łupaszce i Rozmowy w kartoflarni, które znalazły się na wolności wcześniej niż ich autor, za sprawą dobrej pamięci odwiedzającego go adwokata. Dzięki swoistej ironii losu, amnestia z okazji 25-lecia PRL objęła też Szpotańskiego, ale i tak pisarz odsiedział (…) aż 31 miesięcy.

Miał niespokojną naturę i nigdzie nie zagrzewał długo miejsca. Po zakończeniu wojny poszedł do warszawskiego liceum, gdzie z nudów przysypiał w klasie i po roku, w tajemnicy przed rodzicami, opuścił szkołę. Zamiast na lekcje udawał się do siedziby YMCA (Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej) przy ul. Konopnickiej i tam rozwijał uprawianą od szóstego roku życia pasję – grę w szachy. Odwiedzał także biblioteki, w których pochłaniał stosy książek. Miał fenomenalną pamięć – raz przeczytany tekst pamiętał do końca życia. Bez trudu cytował całe partie utworów poznanych przed laty, co słuchających z reguły wprawiało w zachwyt. Czytał i obserwował szarą rzeczywistość socu. Wreszcie dla kaprysu, aby coś znowu zmienić w swoim życiu, postanowił zdobyć średnie wykształcenie. W ponad pół roku samodzielnie opanował wymagany program i najpierw zrobił tzw. małą, a później dużą maturę, jako ekstern.

Posiadając wiedzę na poziomie przewyższającym maturalne standardy, w 1950 r. zdał z wynikiem celującym wstępny egzamin na socjologię, tylko zaszkodziło mu pochodzenie. Kiedy w rozmowie podsumowującej padło pytanie o zawód ojca, zgodnie z prawdą odpowiedział, że jest on adwokatem. Nie wiedział, że mama, w rubryce kwestionariusza, wpisała mężowi „rolnik“, mając na względzie ich parcelę z sadem, w podwarszawskim Józefowie. Tak więc póki co pozostawały mu szachy i życie towarzyskie, a ono ma czasami wpływ na dalsze losy człowieka. Wtedy poznał grupę studentów i naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego, m.in. Lecha Budreckiego, Janusza Wilhelmiego, Witolda Jedlickiego i Jana Józefa Lipskiego, którzy, wbrew stalinowskiej ideologii, całą swoją uwagę skupiali na „wstecznej“ literaturze, sztuce i filozofii Zachodu. Kiedy więc ponownie wystartował o miejsce na tej uczelni, tym razem na polonistyce, jego poglądy polityczne były już zdecydowanie „reakcyjne”.

Egzamin zdał bez trudu, opanowując kilka „uwłaczających godności ludzkiego umysłu”- jak to później sam określił – dogmatów marksistowsko-leninowskich. Z uwagi na jego bogatą wiedzę skierowano go jednak na rusycystykę. Na nic zdały się protesty; szybko więc postarał się, żeby stamtąd wylecieć. Za polityczną niepoprawność. Na tym samym roku co on studiowała dziewczyna o nazwisku Widerszpil, która wszystkim zatruwała życie nieustannymi donosami do władz uczelni i kolektywu Związku Młodzieży Polskiej. Pewnego dnia, po zajęciach, ku uciesze kolegów zebranych w jednej z kawiarń, Szpot zaimprowizował satyryczny utwór na jej temat:

Taką miała w sobie parę,
że drżał każdy przed nią, a re-
akcji zaplutego karła
niewątpliwie w proch by starła,
traf chciał jednak, że umarła.
Pochowano więc w mogile
zasłużoną Widerszpilę.

Pogrzeb miała jak się patrzy,
sierp i młot na grobie na krzyż,
mów zaś pięknych było tyle,
że spłakała się w mogile.

Lecz gdy się skończyła pompa,
cicho ktoś przez cmentarz stąpa
i przystaje tuż przed grobem.
Pewnie kochał tę osobę,
bo łza spływa mu po wargach,
pierś zaś targa cicha skarga.
To nad grobem Widerszpili
cicho kwili Dżugaszwili.

Traf chciał, że przy sąsiednim stoliku siedziała przyjaciółka bohaterki wiersza, z pochodzenia Rosjanka i ten numer nie mógł mu ujść bezkarnie. Warszawska filologia straciła rusycystę, ale narodził się satyryk. Kilka lat później stanął przed możliwością powrotu na uniwerek, od razu na drugi rok ukochanej polonistyki, i ją wykorzystał. Dziekanem wydziału był prof. Zdzisław Libera, który mu sprzyjał, mimo iż Szpotański natrząsał się ze współredagowanych przez dziekana podręczników. Do szczególnie pilnych studentów nie należał, często przekładał zaliczenia i egzaminy. Pociągała go krytyka literacka, rozpoczął pisanie pracy doktorskiej o Karolu Irzykowskim, ale jej nie skończył. Poznał go osobiście jako chłopiec, przy partii szachów. W 1965 r. Państwowy Instytut Wydawniczy opublikował natomiast jego wybór recenzji teatralnych Irzykowskiego; Szpot był już wtedy znany z poematu, napisanego rok wcześniej, który przyniósł mu sławę i tak rozjuszył Gomułkę. I sekretarz występował w nim w roli Gnoma, a gęgali kolaborujący z władzą inteligenci.

Marek Nowakowski w Okopach Świętej Trójcy (Poznań 2014) napisał, że autor obnażył istotę systemu, ale też ostro potraktował tzw. twórczą inteligencję, dowodząc, że większość daje dupy systemowi, a udaje niezależną, szlachetną i wolną. Tę obłudę określił dosadnie. Nazwał gęgaczy “białymi gnidami na czerwonej szmacie”. (…) Szpot chętnie recytował fragmenty opery, kiedy zapraszano go na przyjęcia. Potrafił zmieniać głosy, świetnie naśladował Gomułkę. Sam organizowałem mu spotkania, za które dostawał honoraria do kapelusza. Jedno z nich odbywało się u jego przyjaciela Andrzeja Platera na Smolnej. Bezpieka jakąś drogą się dowiedziała. Przesłuchiwała obecnych tam ludzi. Paru się załamało i złożyło zeznania. Ponurą rolę odegrał Sandauer, który jako ekspert uznał utwór za grafomanię i wzmocnił oskarżenie.

W 1967 r., “za rozpowszechnianie informacji szkodliwych dla interesów państwa”, Szpotański poszedł do więzienia. W Marcu 68 roku, Gomułka z partyjnej mównicy osobiście go napiętnował. Odnosząc się do lutowego zebrania warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich, powiedział:

Kisielewski podjął także na tym zebraniu obronę niejakiego Szpotańskiego, który został skazany na trzy lata więzienia za reakcyjny paszkwil, ziejący sadystycznym jadem nienawiści do naszej partii i do organów władzy państwowej. Utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może się zdobyć tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoka, człowiek o moralności alfonsa.

Trzeba przyznać ówczesnemu I sekretarzowi KC PZPR, że umiał wysławiać się dosadnie oraz barwnie i tak zareklamował satyryka, że on sam by tego lepiej nie zrobił. Jego wystąpienie, transmitowane przez radio i telewizję sprawiło, że nawet za bardzo nieuczeni w piśmie Polacy zainteresowali się, kto to taki Kisiel* i Szpot, a także o co chodzi z tą „dyktaturą ciemniaków”.

Podczas odsiadki napisał wspomnianą już Balladę o Łupaszce, dedykowaną Pawłowi Jasienicy. Wiersz ten jest parodią artykułów na temat spisku rewizjonistyczno-syjonistycznego, jakie masowo ukazywały się w polskiej prasie w marcu 1968 roku.

Już wieczór zapada,
usnęły już bory
i z borów wychodzą
reakcji upiory.
Straszliwych rezunów
zbierają się hordy,
by szerzyć dokoła
pożogi i mordy.
Na czele szwadronu
ataman ich gna –
Łupaszka, Łupaszka,
Łupaszka maja!

W 1974 r. powstała Caryca i zwierciadło, satyryczna wizja dziejów Rosji i ZSRR. Generalny sekretarz, Leonid Breżniew występuje w tytułowej roli:

Przed lustrem wdzięczy się caryca,
własna uroda ją zachwyca.
To gęstych brwi unosi chaszcze,
to swych podbródków sześć pogłaszcze,
to delikatnym ruchem dłoni
poprawi bujnych włosów sploty,
to w głaz swych niezgłębionej toni
zatopi wzor pełen tęsknoty,
to znów rozchyli ust pąkowie
i ticho: “Kak krasiwa!” powie.

Później pisze Towarzysza Szmaciaka, ironiczną apoteozę Polski Ludowej i niedokończoną Banię w Paryżu, utwór drwiący z lewackiej inteligencji Zachodu. Kiedy komunistyczna władza wprowadza w Polsce stan wojenny, satyryk trafia do ośrodka dla internowanych najpierw w Darłówku, a później w Jaworzu, przeznaczonych dla opozycyjnej elity. Siedzi w tzw. celi szyderców, m.in. z Jackiem Bierezinem i Stefanem Niesiołowskim. Nowy system polityczny rehabilituje Szpota; 27 maja 1999 roku siedmioosobowy skład Sądu Najwyższego uchylił PRL-owski wyrok i uniewinnił go, uznając, że miał konstytucyjne prawo do wolności słowa.

Czy był z tego uniewinnienia zadowolony? Ponoć i tak i nie. Bez piętna karalności miał prawo czuć się w pewnym sensie zdegradowany, bo z wroga publicznego nr. 1 stał się tylko ofiarą socjalistycznej niepraworządności. Z czego więc Szpot z kpiną i szyderstwem w nazwisku miał się cieszyć? Na wszelki wypadek, aby już złośliwie nie skomentował tego wydarzenia, dopiero pięć lat po jego śmierci przyznano mu komandorię Orderu Odrodzenia Polski.

* Stefan Kisielewski – polski prozaik, publicysta, kompozytor, krytyk muzyczny i pedagog (ur. 07. 03.1911 – zm. 27.10.1991)

P.S. We wpisie korzystałem z opracowania Janusza R. Kowalczyka , zamieszczonego w marcu 2018 r., w portalu Culture.pl.

Odcinek 15

Mieczysław Bonisławski

Pstryk. Taśma zatrzymuje się. Ile mam jeszcze czasu? No, niewiele minut minęło. Czy ten Sosiński nie zawaha się, nie zdrefi, czy pójdzie na całość, tak jak jest to umówione? Czy jakiś przypadek nie… Nie, nie mogę o tym myśleć, aż mnie ręce świerzbią, nogi mi podskakują, aby coś tylko robić. Nie mogę tak bezczynnie siedzieć. Jeszcze trochę narkotyku… Pstryk, PLAY:

– Mówiłem ci, to gość wychowany na KaBeWu, „Ogień” w Gorcach, „Bir” i „Stiach” w Bieszczadach… To jego żywioły, a mały do tego – to wnuk wojskowego prokuratora.
– Jeżeli chce zemsty…
– …chce.
– …a nie ma nic do mojej pracy, to można zrobić to jeszcze inaczej. Będzie miał zemstę, a mnie da spokój.
– Co masz na myśli?
– A mam! Napuszczę na tego jego małego takiego zboczeńca, Chrenowicza. On lubi podymać sobie młodych chłopców… A potem go wystawimy staremu Makarewiczowi… Taki gwałt, bardziej boli niż jakieś wygłupy kolegów z klasy. Będzie większy powód do zemsty dla kochającego ojca, a o mnie i o Teresce stary w takich okolicznościach zapomni…
– Nie, to potrwa za długo. To musi odbyć się jutro, pojutrze. Na dniach.

Tak, na dniach. Dzisiaj. Teraz.

Przez otwarte drzwi samochodu dochodzi stukot kół, torami zbliża się pociąg. Niestety, nie widać nic na drodze… Chociaż, ależ tak! Coś jedzie od strony CPN-u, zbliża się… Nie, to żuk, niebieski, blaszany furgon z plandeką z tyłu. Mija przejazd kolejowy, nie zatrzymując się, chociaż krzyż świętego Andrzeja i znak „STOP” nakazują inne zachowanie. Czy kierowca widzi czarny, średniej wielkości parowóz, który właśnie wyłonił się zza tego nowego, betonowego wiaduktu, pokonuje go i jest już tuż tuż… Łoskot hamulców, zgrzyt żelastwa, huk… Ze trzydzieści metrów za żukiem jedzie szarobrązowy wartburg nowego typu, podąża za furgonem krok w krok, dopasował do niego swoją prędkość, nie zmieniając odległości. Żuk przejeżdża dosłownie parę metrów przed nosem parowozu, ale osobówka jest za daleko z tyłu, aby zdążyć… Wartburg, szary wartburg, jakim jeździ Sosiński. Czyżby…?

Szybkie zdjęcia prosto z katastrofy. Wschodzące, nisko zawieszone słońce oślepia, przy złym ustawieniu się niewiele widać. Tylko złotą, pomarańczową poświatę.

Zbliżenia na wykolejony parowóz, na przerażoną twarz maszynisty. Panorama składu towarowego, w kadrze zza ostatniego wagonu biegną dwaj manewrowi, odpowiedzialni za bezpieczeństwo w czasie, gdy pociąg jedzie przez miasto. Na „kleinbahnie” nie było zapór, czyli szlabanów. Gdy towarowy zbliża się do przejazdu, dwóch ludzi w pomarańczowych kamizelkach, z chorągiewką i „lizakiem” schodzi na ziemię blokować ruch, ostrzec i zatrzymać kierowców. Tym razem nie zeskoczyli na czas ze stopni ostatniego wagonu, w kluczowym momencie wcale ich tam nie było. Do torów zbliżał się samochód, a oni nie zatrzymali go i dopuścili do zderzenia. Strach walczy na ich twarzach z grymasem wściekłości… Wiedzą, że ten poranek skończy się dla nich spotkaniem z prokuratorem, sądem, a kto wie – może więzieniem…

Panorama ulicy Krośnieńskiej, której koniec niknie w morzu zieleni. Zbliżenie pokiereszowanego wartburga Sosińskiego. Zbita przednia szyba, rozharatana maska po stronie kierowcy, leżące obok, pogięte drzwi. Zbliżenie na wgniecioną czaszkę kogoś, kto przyprowadził ten wóz prosto pod koła parowozu…

Zdjęcie żuka. Kierowca widząc we wstecznym lusterku co się dzieje, zatrzymał się po drugiej stronie przejazdu i biegnie do wraku wartburga. Coś krzyczy. Krzyczą też manewrowi z obsługi pociągu, krzyczy maszynista.

Ile trupów jest w środku? Jeden czy dwa? Na co zdecydował się w końcu Sosiński…? Nurtuje mnie ciekawość, ale i niepokój. Przypominam sobie dokładniej koniec naszej wczorajszej rozmowy:
– Mam zabić Teresę?
– Osłodzę ci to.
– Po co? Ja robiłem swoje, wszystko na rozkaz. Nie trzeba jej do tego mieszać…
– Rozkazy się zmieniają.
– Nie rozumiem.
– Popatrz na to z takiej strony. Obiektywnie rzecz ujmując, działanie twojej siostry wymknęło się spod czyjejkolwiek kontroli: twojej, mojej, Pułkownika. Poniosło ją. W sumie sama jest sobie winna. Przesadziła i to niech ona za to zapłaci. Ty sam, osobiście, nie musisz.
– Przecież to pan, Redaktorze, przyszedł do mnie z tym zadaniem. Siostra miała zapaskudzić życie temu orlikowi według waszych wskazówek. Nie wiem, co wy tam macie do tego starego Makarewicza, ale myślę, że chcieli go jakoś podejść poprzez problemy syna…
– Czyżby to nie było tak, że ty sam zgłosiłeś siostrę do wykonania tego zadania? Czy to ja ją w to wplątałem?
– No nie, ja.
– Sama się do tego paliła. Zobaczyła w tym szansę na swoją własną zemstę… Całą intrygę z wykorzystaniem kolektywu klasowego wymyśliła wasza dwójka, ale wykonywała Teresa. Jako wychowawczyni chłopaka w szkole wykorzystała swoją pozycję nauczycielki… A ty masz żal do ubecji?
– W tej sytuacji…
– No, to zaaranżuj jakiś wypadek, w którym zginą oboje: Teresa i Januszek.
– Chętnie, ale… Dwa trupy i ja mam za oba odpowiadać? Tyle krwi mieć na rękach? Nie… Nie zrobię tego…
– No to oddaj go temu pedofilowi. Siostra i tak musi zapłacić ubecji swoją cenę za to, że ją poniosło, za to, co sama zrobiła. Ty, faktycznie, nie jesteś temu winien, nie możesz odpowiadać za to, że ona straciła kontrolę nad samą sobą. Możesz dalej robić swoje, dalej żyć swoim życiem. A ubecja zapłaci ci jakoś za siostrę.
– Raczej za całe moje zakichane życie, które mi zmarnowali. Może to rzeczywiście jedyna ku temu okazja? Przecież nie jestem złym człowiekiem, to tylko te szuje mnie tak wplątały, że teraz nie wiadomo, jak z tego wyjść? Jeden głupi błąd, wybryk gówniarza, a oni cap! za szyję i – koniec. A Teresa… – fakt, przesadziła, ale sama chciała…
– Rób tę akcję z chłopcami i ich ojcami w tych klubach piłki ręcznej. To naprawdę wielka sprawa, dla miasta, dla Polski… A skoro nie chcesz, aby doszło do wielkiej sensacji, że nauczycielka ginie razem z uczniem, uruchom tego zboczeńca. Wybór należy do ciebie, ale sama akcja z Teresą – jutro z rana, tak?
– Tak.

Tymczasem wokół przejazdu kolejowego mam już grupkę gapiów. Ale niewielką. Ludzie jednak spieszą się do pracy, przystają, patrzą, rzucają parę zdań komentarza i odchodzą do swoich spraw. Rozgadają się dopiero w fabryce, urzędzie, sklepie, podadzą kolegom, interesantom, klientom masę sensacyjnych, choć nie mających wiele wspólnego z tym, co się naprawdę wydarzyło, wykreowanych szczegółów. Potem może jeszcze wieczorem, przy kolacji będą tymi, co najlepiej wiedzą, tymi co widzieli na własne oczy. Jutro, pojutrze zapomną, ich uwagę przykują następne wydarzenia, kolejne plotki albo nowe, codzienne kłopoty i troski.

Ktoś przechodzi, staje, rozgląda się, postoi i odchodzi. Takich przechodniów naliczyłem już pewno ze trzydziestu: byli, są, odeszli. Ale ciągle mam wokół wraku tak pięciu do ośmiu ludzi. Kobiet, mężczyzn, robotników i pracowników biurowych, sprzątaczki i sklepowe. Cały przekrój mieszkańców nowych osiedli powyżej przejazdu.

Ulica też nie jest ani zbyt pusta, ani zbyt zatłoczona. Nie liczę ich, ale do czasu przyjazdu radiowozu milicyjnego i karetki pogotowia, będzie tego nie więcej niż z dziesięć. Wszystko osobówki.

Pogotowie i milicję wezwał maszynista ze swojej kabiny w parowozie, korzystając z jakiejś wewnętrznej, kolejowej sieci łączności. Radiowóz tarasuje teraz ulicę, stoi w poprzek jezdni przed przejazdem kolejowym. Po drugiej stronie karetka. Milicjanci robią swoje, zabezpieczają i opisują ślady, a lekarz czeka, aż skończą oględziny wraku i trupa kobiety. Wtedy będzie mógł go zabrać. W wartburgu leży tylko ciało nauczycielki Barczyńskiej. Teresy. Januszek zatem żyje i przeżywa kolejne swoje porażki. Ich pasmo nie zniknie tak od razu, kwadrans po śmierci ich sprawczyni.

Nie ma już niebieskiego żuka, a obaj manewrowi spokojnie odpowiadają na pytania śledczego. Są przeze mnie przygotowani, podobnie jak kierowca żuka:

– Zaraz przyjedzie milicja.
– Zeznam co trzeba. Widziałem wszystko w lusterku.
– Ja byłem w samochodzie, jak pan przejechał przed nosem parowozu, nie zatrzymując się na znaku stopu…
– No, wie pan… Tu tak się jeździ… Ruch mały, prosta droga przez ogrody, a pociąg, pojawia się raz na ruski rok.
– Ale dzisiaj się pojawił. Ta kobieta, pojechała na pamięć za panem. Można powiedzieć, że wciągnął pan ja pod ten pociąg…
– Nie przesadza pan?
– Nic a nic.
– To co ja mam im powiedzieć…?
– Nic, znikaj pan stąd.

Patrzę jak odjeżdża. Zapisuję nazwę i adres firmy, do której należy furgon. Zbieram materiał do artykułu…

– Nie wyskoczyliście na czas na przejazd. Powinniście być na przejeździe przed parowozem i zatrzymać tę kobietę.
– Co pan gadasz! To bzdury!
– Siedziałem w samochodzie i wszystko widziałem. Najpierw przeleciał żuk, a was nie było…
– I coś pan jeszcze widział?
– Nie było was na wagonie. Biegliście za pociągiem. Nie mogliście więc na czas być na przejeździe… Coś was zatrzymało przed wiaduktem, opuściliście posterunek. Co to było? Albo kto to był?

Patrzą po sobie i trzęsą się, cali w strachu przede mną. Uspokajam ich.

– Możecie mi powiedzieć. Nie zakapuję was na mentownię, potrzebuję tego tylko do artykułu. A potem posłuchajcie co ja powiem śledczemu i mówcie mu to samo. Uratujecie tak swoje tyłki, tylko mnie powiedzcie całą prawdę…

Słucham ich opowieści i wszystko mi się układa w spójną całość. Jest tak, jak podejrzewałem. Sosiński wszystko perfekcyjnie przygotował, na tak wielu płaszczyznach, że aż zaczynam czuć do niego podziw.
– Witam redaktora! Katastrofa w tym mieście bez pana, to tylko sen. Nie mogłaby się zdarzyć naprawdę.
– Służba nie drużba, jak to mówią, droga milicjo.
– Dziennikarski dyżur? W takim miejscu? To chyba coś bardziej z obyczajówki… Winobranie, nocne powroty na osiedla i te sprawy…
– Niestety, obywatelu chorąży, niestety. Też tak bym chciał… Ale sprawy, które śledzę są naprawdę wokół nas. I to nie są problemy z żoną wywąchującą zapach obcych perfum, jak się przyjdzie w nocy po większej wódce. To zasrane gówno, rak toczący nasze społeczeństwo… Powiem wam, ale to na razie zupełna tajemnica. Tylko po starej znajomości…
– Ależ oczywiście, redaktorze. Ma się rozumieć.
– To poważna zagwozdka. Tu będą umoczeni prokurator, sędzia i – kto wie – może personel aresztu, albo ktoś jeszcze wyżej…?
– Mieliście nockę, tam? – śledczy wskazuje ręką przed siebie, w stronę aresztu na niewidocznym stąd końcu ulicy.

Kiwam potakująco głową i przykładam palec do ust.

– Cicho, cichuteńko. Nie trzeba nic więcej. I potem, w papierach też, ani słowa o tym… To zagadnienie znika. Byłem. Po prostu byłem, nie pytać po co, dlaczego? Pan, spec w swoim fachu, na pewno rozumie powagę tajemnicy śledztwa.

Chorąży kiwa ze zrozumieniem głową. Milknie, ale tylko na moment. Zaraz obraca się i podejmuje dalej swoje dochodzenie:

– A tu, w tej sprawie? Możecie być świadkiem?
– Właśnie wracałem, tam, stamtąd. Co to wiecie – robię to, co tacy funkcjonariusze cenią sobie najbardziej – dopuszczam go tymi niedopowiedzeniami do komitywy. – I nadjechałem, akurat, wtedy, gdy ona…
– Jak wy to widzicie? Tu nie ma żadnych śladów hamowania. Jakby w ogóle nie widziała przejazdu, nadjeżdżającego pociągu. Patrząc po rejestracji, to ktoś miejscowy, pewnie nie raz tędy jechała. Czy jest możliwe, aby nie wiedziała, że tu są tory, że o tej porze przetaczają skład z nocy?
– Albo…
– Albo co? Mogła zrobić to z premedytacją, samobójstwo, to macie na myśli?
– Było tuż po deszczu. Mogła wpaść w poślizg.
– A widzieliście manewrowych, no, tych z pociągu, od zatrzymywania ruchu? – pojawia się z nowym wątkiem sierżant z wózkiem do mierzenia odległości.
– Nie, nie, ja myślę o czymś innym. Tak teraz skojarzyłem, że tuż przed nią przeleciał jak szalony furgon… Tu często kierowcy lekceważą przepisy i nie zwalniają, pomimo tego przejazdu. Utarło się, że nie warto, że tu ten towarowy raz na ruski rok jedzie… Ja myślę, że ona zapatrzyła się na tego żuka i on ją pociągnął za sobą jak na sznurku.
– Czyli, zaufała, że jak wóz przed nią jedzie tak na pewniaka, to na pewno nie ma pociągu… – rozpoczyna swoją myśl chorąży, ale jej nie kończy.
– I pewnie nawet nie spojrzała na boki – wtóruje mu sierżant, który jednak wraca do swojej poprzedniej myśli – Mnie jednak nie daje spokoju to, dlaczego nie zatrzymali ich ludzie z regulacji ruchu? Nie było ich na miejscu, czy jak? Widział ich redaktor, czy nie?
– Miejsce, gdzie by stali, zasłaniał mi najpierw ten żuk, a potem już sam pociąg. Ale chodzą słuchy, że tam, za wiaduktem, gdzieś przy Krakusa, przy fabryce dywanów można dostać dobry bimber. Podobno instruktorzy z PZMot-u robią sobie przerwy i korzystają… Mówią, że kolejarze, obsługujący te składy towarowe na dawnej szprotawiance, też.
– Robiliście zdjęcia? – przerywa mi rzeczowo śledczy.
– Tak, kilka zdążyłem pstryknąć – chwalę się, nieudolnie, w widoczny dla nich sposób, skrywając dumę pod maską skrępowania.
– Zauważyliście, skąd był ten żuk? A może na zdjęciu będzie uchwycony napis na burcie?
– Nie, nie pamiętam, ale jak tylko wywołam zdjęcia, dam wam znać. Napiszę o tym w artykule, może ktoś się zgłosi?
– Dobrze, spróbujcie redaktorze. My też sprawdzimy we wszystkich bazach w mieście…
– Musimy sprawdzić dokładnie wrak – podchodzi do nas czymś wyraźnie zaaferowany technik milicyjny. – Nie daje mi spokoju ten brak śladów, żadnej reakcji. To tak, jakby miała uszkodzone hamulce, albo układ kierowniczy… Zero hamowania, żadnej próby skręcenia w bok, ucieczki spod lokomotywy. Przecież ani ona nie pędziła, ani pociąg nie jechał szybko. Był czas, mogła zrobić wszystko…
– Jeżeli się zagapiła…
– A jeżeli nie? Trzeba dokładnie sprawdzić.
– Zaleciłbym toksykologię – wtrąca lekarz. – Awarii mógł ulec samochód, ale i organizm nie jest od nich wolny. Może miała ograniczoną reakcję pod wpływem jakichś środków, leków? Jeżeli coś wzięła, badanie to wykaże…
– Moim zdaniem pojechała na pamięć za żukiem, a potem, w tym deszczu, na tej śliskiej kostce zawahała się, czy hamować, czy skręcać obawiając się poślizgu. I jeszcze dodam, że tak jak ja to widziałem, ani ona, ani żuk wcale nie jechali wolno. Pędzili co najmniej osiemdziesiątką, jak szaleni!
– Tutaj osiemdziesiątką?! – dziwi się śledczy.
– Tak tu jeżdżą, odcinek prostej drogi, same ogrody – popiera mnie sierżant. – Zgodziłbym się, że to możliwe.
– A wy jak to opiszecie, redaktorze? Znowu jako tajemnicze i gwałtowne wydarzenia bez wyjaśnienia, niczym w „Kobrze”, czy bardziej pod kronikę towarzyską…? – próbuje sobie podkpiwać ze mnie śledczy.

„Poczekaj, zobaczysz. Zrzednie ci jeszcze mina” – syczę jadem, odgrażając mu się w duchu. Irytuje mnie tym prześmiewczym tonem – „Zdziwisz się, tak ci to napiszę. A do prawdy i tak nawet się nie zbliżysz, choćbyś się i zesrał… „

Uśmiechając się od ucha, do ucha, pstrykam jeszcze tylko kilka zdjęć milicjantom. Przydadzą się do zilustrowania dłuższego reportażu w sobotnio-niedzielnym magazynie gazety. Bo na pierwszą stronę wydania codziennego dam, oczywiście, sam moment zderzenia wartburga Sosińskiego z parowozem! I duże litery tytułu tnącego jak brzytwa. Mam go już w głowie, dobry będzie, taki aby rzucili się na niego nawet robotnicy na budowie, ojcowie rodzin i tyrani domowi, różni pijacy, niewierni seksoholicy i pomniejsi zboczeńcy, o których nikt się nie dowie. Tytuł będzie brzmiał…

karta nr 140/ 203 / 314 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

egzemplarz gazety, typowy papier gazetowy, nieco wymięty

CZY ŚMIERĆ NAUCZYCIELKI KRYJE TAJEMNICĘ?

Gdzie była obsługa ruchu? Czy tajemniczy furgon to ręka z zaświatów, która wciągnęła kobietę w okowy śmierci? Wypadek, samobójstwo, czy dobrze zaplanowane zabójstwo?
W dniu wczorajszym, w porze wzmożonych dojazdów mieszkańców Zielonej Góry do pracy, doszło do tragicznego, śmiertelnego wypadku. Osobowy samochód marki wartburg, wjechał pod lokomotywę pociągu towarowego, przetaczającego wagony do „Polskiej Wełny” i fabryki mebli „Zefam” po torach bocznicy tzw. kolei szprotawskiej. Do zdarzenia doszło na przejeździe kolejowym przy ulicy Krośnieńskiej.
Niestety, zawiadomione przez kolejarzy pogotowie ratunkowe, które przybyło wprawdzie niemal natychmiast, nie mogło już nic pomóc nieostrożnemu kierowcy samochodu. Lekarz stwierdził zgon na miejscu, na skutek rozległych i głębokich obrażeń, powstałych w wyniku zderzenia. Na zdjęciu widać skalę zniszczeń.
Czy ta tragedia to skutek nieostrożności i brawury? Zastanawiają się nad tym od wczoraj pracownicy Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej w Zielonej Górze. Wprawdzie niejednokrotnie na naszych łamach piętnowaliśmy naganne postawy kierowców, rozpędzających się do szaleńczych prędkości na niezabudowanej części ulicy Krośnieńskiej i ignorujących niestrzeżony przejazd kolejowy, to jednak prowadzący śledztwo nie są pewni, czy przyczyny tej tragedii są takie same, jak w większości podobnych przypadków.
– Musimy przeprowadzić analizę toksykologiczną ciała kierowcy oraz badania techniczne wraku samochodu – mówi szef grupy dochodzeniowej. – Wszystko pod kątem wykluczenia udziału osób trzecich.
Jak się dowiedzieliśmy, śledczych zastanawia brak śladów hamowania lub próby uniknięcia zderzenia ze strony kierowcy, poprzez nagły skręt. Do tragedii doszło w otwartym terenie, przy dobrej widoczności, co dawało czas na właściwą reakcję. Ślady na jezdni nie wskazują też na to, aby samochód wpadł w poślizg. Na zdjęciach obok prezentujemy moment zderzenia oraz funkcjonariuszy MO, badających ślady na ulicy.
Zastanawiające są zeznania nielicznych świadków. Podobno był dwa samochody, które pędziły ulicą wprost pod nadjeżdżający pociąg. Pierwszemu z nich, niebieskiej furgonetce, udało się przejechać, natomiast wartburg już nie zdążył. Czy obaj kierowcy byli ze sobą powiązani, czy jeden gonił drugiego? Może kryje się za tym zupełnie inne wydarzenie, o charakterze przestępczym? Milicja Obywatelska zwraca się z apelem do czytelników o przekazywanie informacji o każdym niebieskim furgonie marki żuk, z metalową skrzynią ładunkową, krytą plandeką, jaki był poza swoją bazą w nocy ze środy na czwartek lub wyjechał z bazy bądź wrócił na nią wczoraj wcześnie rano.

Innym tematem, jaki sprawdzają śledczy, jest właściwe zabezpieczenie przejazdu przez manewrowych, odpowiedzialnych za drogę pociągu przez miasto. Istnieje podejrzenie, że nie było ich we właściwym miejscu i we właściwej chwili, tak aby zatrzymać obu kierowców przed wtargnięciem na tory prosto pod rozpędzony pociąg.
Wątpliwości śledczych i dziwne zeznania świadków nakazują zadać pytanie, czy to był zwykły wypadek? Tajemniczy furgon, domniemane zaniedbanie służby organizacji ruchu. Nie wyklucza się też hipotezy, że mogło to być samobójstwo kierowcy. Gazeta będzie systematycznie sprawdzać postępy Milicji Obywatelskiej i informować czytelników o tej, być może najbardziej tajemniczej katastrofie, jaka wydarzyła się w Zielonej Górze w ostatnich latach.
Na zakończenie dodajmy, że samochód był własnością znanego trenera grup młodzieżowych piłki ręcznej, profesora S., w wypadku zaś zginęła nauczycielka szkoły podstawowej, Teresa B., która prowadziła jego samochód, będąc w nim jednak sama. Więcej o przebiegu wypadku, relacja z prac zespołu dochodzeniowego oraz informacje od naocznych świadków już w jutrzejszym wydaniu gazety. Być może odpowiemy na pytanie, dlaczego Teresa B. prowadziła nad ranem nie swój samochód i skąd jechała? Spróbujemy też porozmawiać z pracownikami PKP, obsługującymi przejazd feralnego składu przez zielonogórskie ulice. Czy na pewno jesteśmy bezpieczni na ulicach Zielonej Góry, tam, gdzie przechodzą tory bocznicy przemysłowej, czyli praktycznie w każdej dzielnicy miasta?

Odcinek 14

Mieczysław Bonisławski

Aż do godziny osiemnastej nic się nie będzie działo. Ot, normalna sprzedaż, zwyczajny ruch klientów. Robotnicy z pobliskiej drukarni na placu Lenina przyjdą po parę paczek „sportów”. Do papierosów wezmą po pudełku zapałek. Matka z dzieckiem przy boku, zapewne po wizycie w przychodni naprzeciwko kina „Wenus”, udobrucha synka plastikową koparką. Będzie to nagroda dla małego za dzielną postawę podczas badania przez panią doktor audiolog. Taksówkarze z postoju, ci którzy zaczną swój popołudniowy dyżur, zapolują na „Tempo” lub „Przegląd Sportowy”, inni wezmą do poczytania „Żołnierza Polskiego” albo „Życie Warszawy”. Ludzie, idący ku pobliskiej poczcie, pooglądają widokówki ze wzgórzem winnym, z korowodem z Winobrania, z domem towarowym „Centrum” lub biurowcem zakładów elektronicznych „Lumel” i czerwonym autobusem miejskim. Gdy zacznie się już ściemniać, wyskoczy szatniarz z hotelu naprzeciwko.

– „Carmeny” i zapałki…
– Ile razy mam ci mówić, abyś nie kupował u mnie tego, co masz u siebie, co sam sprzedajesz gościom. W dupę z takim kamuflażem!
– Jasne! Przepraszam szefa…
– No, już. Gadaj, co tam masz.

Za kioskiem – co bardziej wyczuję, niż zobaczę – ktoś się zatrzyma. Wyciągnie papierosa lub fajkę i zapali. Będzie tak na kogoś czekać, czając się i chowając za moją budką.
Ten ktoś drugi podejdzie akurat wtedy, gdy będę zajęty szatniarzem:

– Dziś „wieczór winobraniowy” dla prawników. W południe przyjechał prokurator z tą swoją, ze wsi, spod Międzyrzecza.
– Ta z Gościkowa, od księdza przeora?
– Ta sama, tylko dzisiaj będzie dla odmiany „jeździć” pod prokuratorem, he, he… – rozkaszle się od złośliwego śmiechu mój szatniarz.

– Witam, co jest? Tak nagle? – tu dojdzie do mnie nerwowy, głośny głos zza kiosku.
– Ciszej! – ofuknie go ten pierwszy, sepleniąc z tym czymś w ustach.
– Wzięli pokój?
– A jakże, ten sam co zawsze. Sekretarka naszego dyrektora wygadała się, że pani prokuratorowa, jego żona znaczy się, ma trzy dni delegacji w Warszawie…
– …siostra ostro działa, tak jak ustaliliśmy. Ten tu, nie domyśla się…? – zza kiosku.
– Właśnie się dowiedział.

– Co jeszcze?
– Jest nasz sędzia z wojewódzkiego, co to szef wie. Ten też wziął pokój, a zaraz obok niego, ten młody adwokat z Krosna… Będą się pedalić pewnie… – z takim domyślającym się uśmiechem na ustach, ale jednocześnie z mocno przemawiającą do słuchacza dozą niepewności zaasekuruje się staruszek.
Po drugiej stronie ulicy pojawi się jedna z kucharek, pracujących w hotelowej restauracji.
– Znikaj na razie!
– Dzień dobry, dostanę szampon? Taki do włosów blond, może jeszcze taki ziołowy, jeśli pan ma?
Zamacha mi stertą jasnych loków, od widoku i powiewu których opadły już niejedne spodnie w tym mieście. Zamruga niebieskimi oczętami, obfity, sterczący jeszcze biust wbije w ladę przy okienku. Rozniesie się przyjemny zapach.
– Ty prosto z kuchni, czy pod drodze zaliczyłaś jeszcze salon piękności? – zakpię, aby nie ulec jej powabowi.
Zaniesie się pustym śmiechem. Poprawi ręką włosy. Zafaluje tym swoim biustem.
– Dyrektor PeGieeRu z Radwanowa przywiózł w południe lewą wołowinę dla prawników. Mówią, że nasz dyrektor ma z tego jedną trzecią. W gotówce.
– Co jeszcze mówią?
– No, że zbiera na renówkę dla tej swojej…
– …żony?
– A gdzieżby dla żony?! Dla tej swojej lafiryndy!

Tymczasem za kioskiem stanie się mocno dramatycznie:

– Nie możesz tego ode mnie żądać!
– Muszę. On już nie liczy się nawet z Pułkownikiem. Pamiętaj, że to frontowiec, wystrzela nas jak kaczki. A ja nie zamierzam się poświęcać.
– Ale dlaczego ja?!

– Dobra, wracaj do garów. Rozglądaj się. Wieczorem może być ciekawie i u was, na zapleczu.
Na ulicy pojawi się szef grupy waluciarzy, znany z tego, że oprócz dolarów można u niego zaopatrzyć się w bardziej szeroki asortyment: od zagranicznych leków na prostatę, po morfinę na lepszy nastrój.
Kiwnę na niego ręką, pakując nos w okienko, ale on i bez tego skręci do mnie.

– Co ty, z dolarami pod „Orła”?
– A gdzieżby tam, szefie! Dzisiaj prawnicy. Marycha i sam cięższy kaliber. Po doktorach te papugi to najlepszy klient na te rzeczy.
– Chcę dokładnie wiedzieć kto, co i ile? Mam nadzieję, że dobrze na tym wychodzisz i nie chcesz tego tracić?
– Szefie, co szef?! – żachnie się obszczymur i zgięty w uniżonym pokłonie zniknie w drzwiach hotelu.

– Znowu mnie wrabiacie. Jak wtedy, jak zawsze – dobiegnie zza kiosku.
– Kto cię wrabia?! Sam pakujesz się jak w lepkie gówno. W pięćdziesiątym, zgłosiłeś się… Wiesz czemu. Nie Ostrowski ciebie pociągnął w dół, ale to ty pogrążyłeś jego… Pamiętasz jeszcze, że to był twój pomysł…
– Dajmy spokój.
– W Jarogniewicach, dziesięć lat później…
– Dajmy spokój… Tylko, że ja nie chcę tak skończyć… Da się coś zrobić? – zaskomlał ten drugi człowiek dobrze mi znanym głosem Sosińskiego.
– On łaknie krwi. Nic innego go nie uspokoi. Pragnie bezpieczeństwa dla syna, ale i zemsty. Bez zemsty, krwawej zemsty się nie obejdzie. Mówiłem ci, to gość wychowany w KaBeWu, „Ogień” w Gorcach, „Stiach” w Bieszczadach… To jego żywioły, a mały do tego – wnuk wojskowego prokuratora…

Od strony kina podejdzie chroniony przeze mnie „konik”.
– Dzień dobry. Butelkę wody po goleniu, poproszę.
– Może być „Przemysławka”?
– No, co pan! To dobre dla tych z budowy…
Zaśmieję się, ten gość zawsze będzie w stanie mnie rozbawić tą swoją ekstrawagancją. blichtrem na pokaz. Ale nigdy nie będę mu okazywać tej słabości do niego, bo by zaraz zagryzł. Musi być tak, że zawsze będzie czuć przede mną respekt, będzie się bać ucieczki ze smyczy.
– Masz coś dla mnie?
– Nasz profesorek z technikum dzisiaj będzie na wieczornym seansie.
– Z tą swoją…
– Iiii! Nawet dwie siksy weźmie. Obie z pierwszej klasy.
– Jakieś zupełnie nowe?
– Nie, no, ta jedna plus koleżanka. Ciekawska cipka… Chce powąchać, jak to jest ze swoim nauczycielem…
– Nieletnia…
– I to bardzo, aż zimowa.

– Może siostra? – to znowu stamtąd.
– Kto? Moja?
– Nie, moja! – żachnie się Demianiuk (poznam go po głosie). – Nie ma musu, byś to ty zginął, ale daj kogoś innego na żer. On wie, że to ona. Będzie zadowolony.
– Mam zabić Teresę?
– Osłodzę ci to
– Jak? – w tym momencie na postój zwali się stara zastawa z rozklekotanym tłumikiem. Wysiądzie z niej siwowłosy mecenas P., adwokat – senior miejscowej palestry ze świtą swoich trzech, młodych i gorących jak czerwcowa noc aplikantek. Ubrane w wieczorowe suknie, w błyszczących złoto szpilkach perlistymi wykrzyknikami zagłuszą nawet łomot tej rozwalonej rury wydechowej. Cisza miejskiego wieczoru (o ile w ogóle można mówić o takiej ciszy) wróci dopiero wtedy, gdy znikną w hotelowym foyer.
– Jakbym miał to zrobić, to z Teresą? O ile w ogóle mogło by to wchodzić w grę… Kurwa, o czym ja, kurwa, w ogóle myślę!

Zrobi się już zupełnie ciemno. Po dziewiętnastej, już tak bliżej dwudziestej, zaczną schodzić się liczniej prawnicy na swój bal winobraniowy. Kwiat wojewódzkiej palestry, sędziowie sprawiedliwie każący w imieniu ludowej władzy, prokuratorzy ścigający niegodziwców i dzięki swej skuteczności zapewniający poczucie bezpieczeństwa ludziom pracy. Sługusy na skinienie władzy, łapownicy, biorący od tych co ich stać, homoseksualiści i seksoholicy, narkomani i hazardziści, ustawiacze przy kawkach i koniaczkach.
Przed dwudziestą pierwszą ja sam zacznę się już zbierać do domu. Tuż przed zamknięciem zapuka do drzwi kiosku Redaktor.
– No, panie oficer. Załatwione.
Wyjdziemy razem przed budkę. Powoli, lekceważąc obecność tamtego, będę obracać klucz w zamku. W końcu odwrócę się ku Demianiukowi.
– Tak? Doprawdy?
– Nie wierzycie mi? – spróbuje obrócić moją reakcję w żart, ale szybko zacznie przypominać siebie. – Mam opowiedzieć jak to wszystko się odbędzie? Chcesz posłuchać, panie oficer?
– Tak, chcę – rzucę mu bezczelnie, zaczepnym tonem.
– No to, posłuchaj…

W jego głosie zabrzmi ukryte szyderstwo. To będzie znak, którego nie odczytam właściwie. A przecież „Duch” mnie ostrzegł, kazał uważać na cenę… Nie słuchałem go zbyt uważnie? Zlekceważę go? Gdybyż mogło być inaczej! Ale nie będzie, a potem – już za późno na cokolwiek… „Zanim będzie za późno” powie „Duch” na odchodne i jak zawsze będzie miał rację…
Demianiuk powtórzy się, syknąwszy niczym żmija:
– Słuchaj, tatuśku…

A w duchu pomyśli: Słuchaj… Słuchaj, jakie to przeżycie. Tobie wydaje się, że wszystko możecie, w imię wzniosłych idei. Bo za wami stoi władza, że jesteście ponad ludzkie słabości i osądy. A taki jak ja, to według ciebie kto? Najgorszy z najgorszych, bo jak ja zrobię to samo co taki jak ty, to wyjdzie brak mojego namaszczenia…? No to słuchaj prawdy i razem ze mną ją przeżywaj. Zniż się do poziomu człowieka i martw się i na przemian raduj, miej nadzieję i ją trać, bądź pewien i zaraz potem – pełen zwątpienia i strachu, przeżywaj ze mną naprawdę to teraz. No, popatrz i poczuj jak –

karta nr 128/ 191 / 302 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

Deszcz już nie pada. Całą noc tłukło o dach samochodu, ale w końcu mam spokój. Rozwidnia się. Samotny poranek przed warzywniakiem na Krośnieńskiej. Sklep jeszcze zamknięty, ruch zaczyna się już natomiast po drugiej stronie ulicy, przy kiosku „Ruchu”.

Zanosi się na gorący dzień. Uliczny bruk szybko paruje. Jest jeszcze cały mokry, śliski, ale za dwie godziny będzie suchy i nagrzany. Teraz jest najlepsza pora na wykonanie zadania, nikogo nie powinno zdziwić, że to co ma się stać, stało się na takiej śliskiej nawierzchni. Bruk po deszczu jest jeszcze bardziej zdradliwy niż asfalt. Zresztą niedługo przejedzie skład do Polskiej Wełny i browaru. Tak, to wszystko jest bardzo dobrze obmyślone. Co teraz robi ten domorosły mistrz trenerski, czy ustawia jeszcze całą akcję, czy też ma już wszystko ułożone? Czy zastanawia się do ostatniej chwili, czy gryzą go wątpliwości? Czy istnieje cokolwiek, co byłby on w stanie – już na tak końcowym etapie przygotowań – jeszcze spartolić?

Cała noc w samochodzie. Gdy nie ma przepustki, ON musiał zostać za kratami, po tamtej stronie. A to, że tu ktoś czeka i tęskni, to nic takiego klawisza nie obchodzi. Nic dziwnego, że lepszy mi taki samochód, choćby i ostukiwany deszczem, niż puste mieszkanie a w nim samotna noc, samotna pomimo tylu przygotowań. Tu, w tym blaszanym wnętrzu nie patrzy człowiek przynajmniej na tę nową pościel rozłożoną i czekającą na tego, który nie mógł przyjechać. Zapraszającą nas obu bez skutku świeżym zapachem i kolorami poszwy. Na lodówkę z pełnymi półmiskami naszych smakołyków, na ekskluzywny, tak wyśniony prezent dla NIEGO, stojący w przedpokoju…

Samochód. Czy aby nie rzuca się za bardzo w oczy? Wszyscy go widzą, szczególnie, że nie jest to byle fiacik, czy syrenka. Każdy kto przechodzi Krośnieńską musi go dostrzec i zapamiętać. Robotnicy, urzędnicy, ci wracający z pracy i ci idący do pracy. Służby miejskie z samego rana, jeszcze po ciemku i obsługa lokali, hoteli, knajp, przeżywających do późna oblężenie gości, jak to podczas dni Winobrania bywa. Po drugiej, w środku nocy była jeszcze przecież ta grupa, wracająca od strony centrum z jakiejś imprezy. Totalnie pijani, może nie zapamiętają zachodniego auta, samotnie stojącego przed sklepem? A jak zapamiętają?

Błąd, duży błąd. Takiego śladu żaden zawodowiec nie podaje organom na tacy. Jestem zupełnie rozklejony przez ten JEGO odwołany w ostatniej chwili przyjazd. Niech szlag trafi tamtego naczelnika! Szczególant z zasadami się znalazł. Z zasadami, w więzieniu. Rzeczywiście, w takim miejscu są potrzebne zasady…

Muszę koniecznie coś znaleźć, jakieś wyjaśnienie. A może tak? Mam cynk na adwokata, który zaraz po tej popijawie prawników „Pod Orłem” jeszcze przed ranem prześlizgnie się do naszego aresztu, do klienta. Poleje trochę sędziemu, trochę prokuratorowi i już razem wchodzą przez zamknięte dla innych wrota, na potajemną pogawędkę z osadzonym. Tajna, prywatna, nocna rozprawa w sali odwiedzin? Czy to nie jest zbyt grubymi nićmi szyte, czy w to można uwierzyć? Ale właśnie z takiego powodu mogę siedzieć całą noc w aucie, zaparkowanym przed tym sklepem, z widokiem wprost na bramę aresztu śledczego, która zamyka z tej strony perspektywę ulicy Krośnieńskiej.

Tak, potrzebuję czegoś co mnie podniesie na duchu. Boli głowa, ale nie od alkoholu. Moja noc, choć traumatyczna, samotna i pełna tęsknoty, była zupełnie trzeźwa. Nie popijam przed ważną robotą. Boję się kaca w takie dni, kiedy spełniają się moje wielotygodniowe przygotowania. Mam sucho w ustach, pali mnie zgaga, potrzebuję mleka lub kefiru, jakbym się przepił. Nie wychodzę jednak z wnętrza tego blaszanego sarkofagu. „Warzywniak” otworzą dopiero za jakiś czas. Czym innym mogę się jeszcze pocieszyć?

Mam! Magnetofon. Małe, japońskie cacko, na którym nagrywam swoje dziennikarskie materiały. Tranzystory, przedmiot zazdrości połowy tego miasta, na baterie, wygoda!

Wyjmuję sprzęt ze skrytki po stronie pasażera. Przewijam taśmę, szukając nagrania wczorajszej, popołudniowej rozgrywki z tym Sosińskim. Po chwili puszczam sobie fragment, który mnie uspakaja…

– …Siostra ostro działa, tak, jak ustaliliśmy. Ten tu, nie domyśla się?
– Właśnie się dowiedział.
– O czym?
– Na razie o tym, że robisz coś na boku. Mają jakiś przeciek…
-Sam Makarewicz, czy Pułkownik…
– Pułkownik też.
– Niedobrze. Dużo wiedzą…?
– Poszła fama, że wykorzystujesz swoje możliwości i kontakty dla rodziny. W prywatnej sprawie.
– Co to za świnia im nadała?! Zaraz, a Redaktor skąd wie tak wszystko?
– Niby co wiem…
– Orientują się, że chodzi o Teresę?
– Tak, powiązali ją ze sprawą.
– Ty świnio! To ty im doniosłeś!
– Spokój, siad! Od donoszenia, to ty tu jesteś… Dowiedziałem się, to i cię ostrzegam. Po starej przyjaźni. Z wdzięczności, w końcu coś dla mnie zrobiłeś. Podziękowałbyś, a nie rzucać się do gardła.
– Cholera, nerwy. Może i Redaktor ma rację. No, już dobrze, przepraszam.

Na razie starczy tego dobrego. Naciskam na klawisz, szpulka we wnętrzu nieruchomieje. Która to już godzina? Tak, czas podjechać bliżej przejazdu kolejowego.

Krośnieńska jest jedną ze starszych ulic w Zielonej Górze. Powstała po to, by wyprowadzać podróżnych z miasta do Krosna i dalej do Frankfurtu, Berlina.

Aż do wysokości więzienia, ten stary trakt wychodzący z Doliny Łęczy (dzisiejszy Rynek Starego Miasta) idzie cały czas lekko pod górę, obudowany pięknymi w skromności swych detali, acz nieubłaganie niszczejącymi secesyjnymi kamieniczkami. Stąd dawna nazwa tego jego odcinka, Obergasse, czyli Górna Uliczka. W połowie XIX wieku przemianowano ją na Berliner Straβe (obecna Jedności Robotniczej). Przy więzieniu stary trakt rozwidla się. Jego lewa odnoga wiedzie prosto, na południowy zachód, dzisiejszą ulicą Łużycką, prowadzącą właśnie przez Nowogród na Łużyce, do Żar i do Lubska, prastarych grodów Serbołużyczan. Krośnieńska, to jego prawa odnoga. Dawna niemiecka Lessener Straβe (pierwszą wsią w kierunku na Krosno jest Leśniów) odbija tu lekko na północy zachód.

Jeszcze parę lat temu to rozwidlenie dawnej Berliner Straβe na dzisiejszą Łużycką i Krośnieńską było bardzo w mieście znane i przyciągało wszystkich mieszkańców jak lep muchy. Tuż obok była sala koncertowa i drewniany podest do tańca na skraju parku, a wszystko z wyszynkiem. Tu były sylwestry i potańcówki. Tu przyjeżdżali artyści na koncerty. Miejsce nie przetrwało jednak. Dzisiaj Krośnieńska odchodzi od Łużyckiej w bok tuż przed ciasnym barem z piwem, bigosem i fasolką po bretońsku, mieszczącym się na parterze takiej małej, na wpół wiejskiej, piętrowej kamieniczki. Od wczesnego popołudnia brzęczy tu jak w ulu. Robotnicy budujący w pobliżu nowe osiedla i robotnicy fabryczni Zielonej Góry, mieszkający już na tych osiedlach, zapijają tu piwem swoje smutki i marzenia. Takie słabe echo gastronomiczno – rozrywkowych tradycji tego kwartału miasta.

Krośnieńską jeżdżą jeszcze autobusy miejskie. Nawet dwie linie („czwórka” i „szóstka”), co jak na średniej wielkości miasto, jakim jest Zielona Góra nie jest mało. Pewnie jednak już niedługo. Obie linie wożą ludzi do nowopowstałych obiektów Wyższej Szkoły Pedagogicznej oraz na pętlę przy starej elektrowni, już kawałek za miastem, w lesie. Od kiedy jednak zbudowano nowoczesną, dwujezdniową arterię Wojska Polskiego, ruch w tym kierunku wyprowadzono poza nowe osiedla przy starej Krośnieńskiej. I o ile od strony centrum, czyli przy więzieniu zachowała ona swój naturalny bieg, jako główny ciąg komunikacyjny, o tyle od strony zachodniej została rozcięta na dwie, nie stykające się ze sobą części. Jedna kończy się dochodząc z ukosa do arterii, a druga zaczyna się dwieście pięćdziesiąt metrów dalej, na nowym skrzyżowaniu i biegnie dalej znowu starą trasą. Na te dwieście pięćdziesiąt metrów Krośnieńska de facto znika. Dawny jej przebieg zaślepiono, a ten ślepy koniec poszerzono w okrągły plac i zbudowano przy nim stację benzynową (nawiązującą tradycją do takiejż stacji, zlokalizowanej dawniej na wylocie ze Starego Miasta na Krosno, tuż za murami miejskimi, między dzisiejszymi ulicami Sobieskiego a początkiem ulicy Jedności Robotniczej). Miejskie autobusy omijają teraz, wyjeżdżając z tego pierwszego odcinka Krośnieńskiej, zabudowania CPN, włączając się krótkim łącznikiem w Aleję Wojska Polskiego. Chwilę później, za skrzyżowaniem z nową ulicą Gwardii Ludowej znowu jadą dawnym przebiegiem Krośnieńskiej. Obok nowego gmachu Wyższej Szkoły Pedagogicznej i potem w las, przez przejazd kolejowy linii na Żary, aż do elektrowni, gdzie kończy się miejski odcinek trasy na Krosno. Od tego skrzyżowania wylotowa ulica jest już niezabudowana, a po obu jej stronach ciągnie się szpaler wiekowych, liściastych drzew, tak potężnie rozrośniętych nad asfaltową nitką, że nawet w najbardziej słoneczne południe samochody giną tu w półmrokach i cieniach. Pewnie niedługo te dwie linie miejskie, „czwórkę” i „szóstkę”, puszczą w całości, od starówki po WSP dwujezdniową Wojska Polskiego, usuwając je ze wschodniej, zabudowanej części Krośnieńskiej.

Póki co ten najbliższy centrum odcinek starej ulicy, od więzienia, to przedwojenna brukówka, porządnie wyłożona równo wyciętą, niemiecką kostką, pasującą do tego, jak wyobrażamy sobie XIX-wieczne miasto. Po obu stronach ulicy rośnie szpaler wyrośniętych brzóz, dając ciekawy efekt kolorystyczny. Za nimi chodniki, sąsiadujące ze starą zabudową z końca XIX i początku XX wieku. Na początku, po lewej stronie są cztery małe kamieniczki, natomiast po prawej – trzy nowe, trzypiętrowe, dwuklatkowe bloki z lat 60. Tak jest do wysokości blaszanego pawilonu warzywniaka. Dalej są już przedwojenne zabudowania fabryczne, magazyny, warsztaty i tak aż do przejazdu kolejowego. Punktem charakterystycznym jest tu wysoki, okrągły, ceglany komin fabryczny.

Przejeżdżam akurat obok niego, w tyle pozostawiwszy te trzy nieduże bloki, warzywniak i kiosk „Ruchu”. Przede mną w oddali zielenieją ogrody, a przed nimi wyłania się przejazd kolejowy.

W 1910 roku, gdy wykopano tu w morenie polodowcowej sztuczny jar, którym poprowadzono nową linię kolejową do Szprotawy, było to znaczące miejsce na mapie komunikacyjnej miasta Grünberg. Kolej do Szprotawy, chociaż była linią prywatną, lokalną, miała duże znaczenie dla kilku okolicznych powiatów. Duże zakłady Buechelta, produkujące stalowe mosty, montowane w całej Europie, wagony kolejowe i samochody, sprowadzały wyroby hutnicze ze Szprotawy pociągiem, właśnie tędy. Tą koleją rozwożono po regionie węgiel brunatny z kopalni w Słonem, wino i piwo z zielonogórskich wytwórni. Tędy dostarczano drewno do zakładów meblarskich a rolnicy wozili inwentarz i płody rolne. Choć tylko powiatowa, kolejka była bardzo istotna dla gospodarki regionu, nawet wtedy gdy od czasów Wielkiego Kryzysu przewoziła nieco mniej towarów niż na początku swego istnienia. I właśnie tutaj jej tory przecinały strategiczną drogę samochodową na Krosno, Frankfurt, Gubin i dalej w głąb Niemiec.

Do końca wojny, do 1945 roku był to zatem ważny przejazd kolejowy. Teraz mieszkańcy okolicy uważają go za nic nieznaczące, niemalże osiedlowe przejście dla pieszych i samochodów przez tory, po których mało co jeździ. Odkąd na początku lat 50 – tych zdemontowano szyny poza granicami miasta, dwa – trzy razy na dobę przetacza się tędy tylko wagony towarowe do miejscowych zakładów: włókienniczych, winiarskich, do tartaku, browaru, do magazynów i składów.

Łącząca dawniej tereny czterech powiatów linia, dzisiaj jest tylko mocno rozgałęzioną, wewnątrzmiejską bocznicą towarową. A i ruch samochodowy coraz bardziej przechodzi stąd na alternatywny szlak nowoczesnej arterii Wojska Polskiego. Bruk Krośnieńskiej, przedzielonej w najważniejszym miejscu placem manewrowym stacji benzynowej wybiera coraz mniej kierowców.

A z tego co wiem, będzie jeszcze gorzej. Widziałem plany, na których Krośnieńskiej za torami, patrząc od strony miasta, w ogóle już nie ma. Teraz do torów bruk prowadzi między małomiasteczkową, peryferyjną zabudową, a dalej, między przejazdem a stacją benzynową wiedzie przez morze zieleni: to dawne podmiejskie sady i ogrody, na zachód od granic miasta. Wśród drzew i opłotków gdzie niegdzie przebija czerwona plamka spadzistego dachu parterowej chałupy. Według planistów za kilka lat będą tu wieżowce, szkoła, przychodnia. A zamiast dawnej, wylotowej arterii, plątanina wąskich, jednokierunkowych uliczek osiedlowych. Ruch ogólnomiejski i tranzytowy całkowicie przejmie dwujezdniowa aleja Wojska Polskiego. A Krośnieńska po prostu zupełnie zniknie.

Właśnie dojeżdżam do przejazdu kolejowego. Chcę wybrać miejsce, w którym zaczekam na to co zaplanowałem, co – mam nadzieję – nieuniknione. Mam dylemat, czy stanąć tutaj, czy po drugiej stronie torów? Gdzie to ma się stać: z tej strony, czy tam dalej od stacji CPN? Skąd najlepiej to obserwować…?

Z lewej, jak okiem sięgnąć, wynosi się przede mną długą i stromą, gliniastą ścianą płaski taras z ciągnącym się bez końca czteropiętrowym mrówkowcem z wielkiej płyty. To jeden z tych bloków przy Waszkiewicza. Od tej strony nie ma podwórka dla dzieci. Przed budynkiem ułożono z betonowych płyt drogę dojazdową dla mieszkańców. Płaski teren urywa się tuż przy ulicy niemal pionową ścianą, a u podnóża urwiska wije się wśród zieleni wąska gruntówka. Kilka małych domków jest pustych, bo niedawno wysiedlono z nich dawnych powojennych pionierów. Do bloków albo… na cmentarz. Tak, czas mija, ówcześni osadnicy, którzy niegdyś szli na zachód, odchodzą na zawsze… Tym razem może w drugą stronę, może wracają tam skąd przybyli? Do miejsc za którymi do końca życia tęsknili?

Z prawej, za pojedynczym torem, na granicy opuszczonego sadu, sięga ku niebu smukły wieżowiec. Zasiedlono go dwa lata temu, zatem okna mieszkań i balkony noszą już ślady indywidualnych upodobań konkretnych pań domu. Tu kwiatek w korytku, tam palemka, leżaczek. W oknie fikuśna firanka, blade zasłony albo krzykliwie kolorowe zazdrostki.

Tuż za nim prawie gotowy, drugi, bliźniaczo podobny, ale jeszcze nieotynkowany wieżowiec. A za nim buduje się jeszcze trzeci, na razie ma tylko trzy piętra, ale stojący dźwig i sterty budulca wskazują, że niedługo dołączy do swoich braci. To już jest najświeższa zabudowa, nowej wielkomiejskiej arterii, gdyż wszystkie trzy tulą się do tej przyszłościowej Alei Wojska Polskiego. Sprawiają wrażenie, jakby odwracały się tyłem do archaicznej, brukowanej Krośnieńskiej, uciekały od niej i okalających ją jeszcze ogrodów, nie chciały, aby je utożsamiano z tymi „starociami”, z czasem, który właśnie przemija…

Przed torem trzy półwiejskie obejścia ulicy Świętej Trójcy. Otoczone parkiem przerobionym ze starego cmentarza. Widać że budowlańcy powoli wchodzą i tutaj, na zielony pas dzikiej roślinności, oddzielający te domki od nowej arterii w dole. Coś się tu zaczyna dziać, rozryty grunt, początki ogradzania drucianą siatką rozciągniętą między drewnianymi okrąglakami.

Wiem z lektury planów rozwoju miasta, ze spotkań na szczeblu, że i ten cichy, zielony zakątek ustąpi wkrótce miejsca księżycowemu krajobrazowi a potem będzie tu betonowa pustynia z wielkiej płyty, wyprodukowanej w fabryce domów w Nowogrodzie…

Narasta przygnębienie, tak nie da się czekać na to, co mocno upragnione. Która godzina? Jeszcze wcześnie. Gdzie jest ten magnetofon, o, mam. Znowu przewijam taśmę, wciskam klawisz STOP, klawisz PLAY i słucham analizując w podnieceniu każde słowo. To pozwala oderwać się od czekania, skupić się na czymś innym, konkretnym. Choćby i na tę krótką chwilę…

– …ja nie zamierzam się poświęcać.
– Ale dlaczego ja?!
– Uważają cię za bezużytecznego. A tak właśnie kończą ludzie nie potrzebni już służbom. Nie wiedziałeś o tym, zaczynając współpracę…?
– Nie zacząłem jej z własnej woli. Przecież pan Redaktorze wie, że to ja dałem granaty Towpikom, wtedy na samym początku, co to spłonął ten magazyn w Ochli…
– W Jerzmanowie.
– Niech cię licho, Jerzmanów, Ochla, jeden czort!
– Musiałeś…
– Musiałem, ale teraz jestem w porządku. Ta akcja z chłopcami, z ich rodzicami – przecież rozwija się doskonale. A to dopiero początek! Redaktorze, pan wie, ile z tego można wyciągnąć za pół roku, za rok?!
– Nie mnie o tym sądzić. Twoją sprawę tak, a nie inaczej Makarewicz przedstawił szefostwu, a szefostwo w pełni dało mu wiarę. Taki los agentów. Przejdzie ich czas i – do piachu! Nie będziesz pierwszy, masz słynnych poprzedników. Taka Mata Hari, Rosenbergowie. Mówią ci coś nazwiska kolegów po fachu…?
– To nie może się tak skończyć…
– A co, może mają cię zdekonspirować i sądzić jak złodziejaszka, czy alimenciarza? Sąd, świadkowie, zeznania co i komu doniosłeś, relacja w gazecie – tak to sobie wyobrażasz? A potem więzienie, grypsy, historia kontaktów z Pułkownikiem opowiadana kolesiom pod celą, tak, że po roku będzie trąbić o szczegółach cała ferajna na wolności? Tu za błędy płaci się od razu życiem, bez wyroku i sądu.

Odcinek 13

Mieczysław Bonisławski

Niewysoki, nieco korpulentny człowieczek w okularkach wyjdzie ze starej kamienicy. Potrze sobie dłonią dużą czaszkę z ogromnymi zakolami łysiny ponad twarzą i króciutkim, chudym kucykiem z tyłu, ledwie muskającym górny koniec jego karku. W charakterystyczny sposób wystawi na moment koniuszek języka spomiędzy wydętych warg. Zrobi krok ku chodnikowi, biegnącemu u podnóża stopni prowadzących do masywnych, drewnianych drzwi, zatrzyma się, rozejrzy wokół.

W prawo perspektywa ulicy otworzy mu się na otoczony kilkupiętrowymi kamienicami plac Lenina. Ta zamykająca horyzont, będzie miała fasadę utworzoną z przeszklonych arkad. Będą biegły wzdłuż, jedna obok drugiej, na parterze, na pierwszym i drugim piętrze, a nawet i na trzecim. Gdzieś ponad dachem, jako taki akcent tła, wystawać będzie wyniosła wieża ratusza.

W lewo jezdnia będzie biegła pomiędzy dwoma nieprzerwanymi ciągami kamienic w nieco dalszą perspektywę. Gdyby przejść przez ulicę, zobaczyłoby się po jej drugiej stronie kilka numerów dalej od miejsca, w którym stanął mężczyzna z kucykiem, wyrwę w ciągu domów, a w niej nowoczesną bryłę kina „Wenus” o fasadzie całej ze szkła. Ale nigdzie nie przechodząc, czyli sprzed samego wejścia do hotelu „Pod Orłem”, redaktor Demianiuk będzie widział w oddali zabytkową willę przychodni lekarskiej, która rozsiądzie się, niczym przekupka nad koszem jaj, vis a vis kina. Będzie stała, taka pojedyncza, otoczona ze wszystkich czterech stron wąskimi uliczkami, niczym wyspa.

Redaktor w końcu podrobi na drugą stronę ulicy Sikorskiego. Naprzeciwko gmaszyska hotelu wyjdzie na niewielki placyk, łączący ulicę, którą przekroczył, z równoległą do niej ulicą Grottgera. Placyk zaanektowany będzie w zasadzie w całości na postój dla pięciu taksówek. Ten przelot między jedną uliczką a drugą, od strony kina i przychodni ograniczony będzie murem bocznej ściany kamienicy, frontem ustawionej do Sikorskiego i idącymi w stronę Grottgera, przynależnymi do niej, budynkami gospodarczymi. Na ich końcu, przy samej ulicy ustawi się jeszcze zresztą fasadą do niej coś, co od biedy można by uznać nawet za miniaturę samodzielnego, parterowego budynku mieszkalnego.

Od strony placu Lenina będzie szeroki chodnik, rozciągnięty od postoju taksówek po fasady trzech mniejszych kamienic, pobudowanych prostopadle do głównej ulicy. W narożniku tego chodnika, w którym zbiegać się będzie jezdnia ulicy Sikorskiego z pierwszym stanowiskiem dla taksówek, naprzeciwko okien kuchni hotelu „Pod Orłem”, metr od muru Redaktor natknie się na stojącą okienkiem do ulicy budkę „Ruchu”, czyli potocznie mówiąc – kiosk.

Budka, jak budka, typowa. Drewniany stelaż od dołu obity dwustronnie płytami pilśniowymi pomalowanymi w różnych tonacjach granatu (na przemian pionowy pasek biały i granatowy). W połowie wysokości, pośrodku przedniej części kiosku, pod okienkiem sprzedawcy, wyłoni się krótki, w miarę szeroki blat, a ściany ponad nim, już na całej swej długości, będą przeszklone. Te witryny w drewnianych ramach zostaną wbudowane tylko z trzech stron, bo z tyłu, tam gdzie są drzwi wejściowe i nieco jeszcze w bok od nich, znajdzie się, tak jak poniżej, płyta, osłaniająca wnętrze kiosku od tyłu, od strony ulicy Grottgera i wokół ciasnego zaplecza z boku. To zaplecze to taka wygospodarowana w jednolitej przestrzeni wnętrza kiosku mikroskopijna kanciapka, gdzie będzie miejsce na jako taką prywatność kioskarza, a tam dzbanek, grzałka, szklanka i puszka na herbatę. Wzdłuż dolnej i górnej krawędzi szklanych witryn pobiegnie metalowa rynienka o prostokątnym przekroju, służąca do umieszczania w niej na noc metalowych krat, zabezpieczających kiosk przed włamaniem.

Całość zamknie od góry dach, pokryty grubą papą, a nad okienkiem sprzedawcy, nad owym blatem, będzie jeszcze dodatkowo wysunięty ku ulicy Sikorskiego niewielki daszek chroniący przed deszczem klientów i odbierane przez nich z okienka zakupy.

Witryny będą prezentować plastikowe modele samochodzików, takie realistyczne, jak „fiaty”, „warszawy”, „jelcze” i fantazyjne koparki, wyścigówki. Obok nich przykucną różne rodzaje lalek, misiów, jakieś klocki. Po drugiej stronie malutkiego okienka, służącego do handlowania, kioskarz rozłoży codzienną prasę i tygodniki, „Gazetę Lubuską”, „Sztandar Młodych”, „Słowo powszechne”, „Przyjaciółkę”, „Kobietę i życie”, „Żołnierza Polskiego”. Takie tytuły jak „Tempo”, „Przegląd sportowy”, „Express wieczorny” nie będą leżały, znikną z lady za szybą zanim zdążyłyby się zaprezentować oczom czytelników. Zresztą nie tylko te, taka „Panorama”, „Razem” ze zdjęciem gołej baby, „Motor”, czy „Sportowiec” też będą, wraz z tamtymi czekały na nielicznych szczęśliwców w zakamarkach kiosku w tak zwanych „teczkach”. Aha, jeszcze te dla dzieci i młodzieży, „Miś”, „Świerszczyk”, „Płomyczek” czy „Świat młodych” z komiksem o Kajku i Kokoszu… A po drugiej stronie chemia i artykuły higieniczne. Proszki do prania, „E”, „IXI”, płyn do naczyń „Ludwik”, kremy NIVEA, mydła i mydełka, żyletki „Polsilver” i „Irydium”, maszynki do golenia z kolejnej serii „Wizametu”, woda kolońska i perfumy i co tam jeszcze… Cała, bogata i skomplikowana rzeczywistość kiosku „Ruchu”!

A pośrodku tego sezamu ze skarbami, za małym okienkiem usiądę ja.

Nie będzie w tym nic z przesady. Żyletki i kremy dla pań, proszek i płyn, gazety, zabawki, tygodniki to prawdziwe skarby, szczególnie gdy po osiemnastej zamkną już większość sklepów, a człowiek znajdzie się w potrzebie… A przecież potrzeby bywają i jeszcze bardziej naglące i tylko kiosk wtedy pomoże: a papierosy, a prezerwatywy, a papier toaletowy!

Do kiosku musi prędzej czy później przyjść każdy. Na szybki zakup, na pogaduszki, za potrzebą i towarzysko. Jakiż to doskonały punkt do poznawania ludzi i ich trosk! A gdy taki kiosk postawią jeszcze naprzeciwko wejścia do najbardziej elitarnego hotelu i knajpy w Zielonej Górze…?! W miejscu okolicznościowych dancingów dla wybranych i zakrapianych nasiadówek dla aktywu? Tu nie znajdziesz robotnika (żłopie wódę w „Ratuszowej” lub „Asie”), czy cinkciarza (pije w „Topazie” a pracuje w orbisowskim „Polanie” lub „Śródmiejskim”), ale sekretarzy różnego szczebla i resortu i ich sekretarki, urzędników z magistratu, czy województwa. Tu nie będzie meneli (szukaj ich w „CePeeNie” przy Sowińskiego), czy dziennikarzy, plastyków, literatów (zajrzyj do Klubu Dziennikarza w piwnicy redakcji „Gazety Lubuskiej”), ale pijani naczelnicy i dyrektorzy z ubzdryngolonymi kochankami lub trzeźwymi żonami. Sędziowie, prokuratorzy… Ci wszyscy, którzy muszą tu odreagować przy kielichu i niezłej dupie ciężką, codzienną troskę o obywatela i załogę. O rzemieślników, robotnika, inteligenta, chłopa…

Doskonałe miejsce dla żądnego wiedzy o słabościach tak zwanych sfer władzy i aktywu oficera Milicji Obywatelskiej do spraw Służby Bezpieczeństwa. Udającego przez lata mało ambitnego i ustosunkowanego, ale za to dobrze zorientowanego i rozumiejącego życie kioskarza. Godnego Twojego zaufania, zawsze gotowego do wysłuchania Twoich zwierzeń i okazania Ci pomocy przy szukaniu taksówki, kurwy lub po prostu alibi dla żony.

I właśnie dlatego redaktor Demianiuk wyjdzie z hotelu „Pod Orłem”, przejdzie na drugą stronę ulicy Sikorskiego i podejdzie do okienka mojego kiosku „Ruchu”, mojego królestwa i pola działania.

– Jak minął dzionek? – spytam, tak niewinnie zagajając tę niezwykle istotną dla mnie rozmowę.
– Bynajmniej nie na zebraniu udziałowców spółki Kleinbahn Grünberg-Sprotttau, he, he, he… – zarechocze z własnego dowcipu redaktor.
– Zapewne, zapewne… A ten Lenz, tak w ogóle, to on jeszcze żyje?

Przed wojną ten hotel nazywał się „Schwarzer Adler” i co roku, tak w lutym, marcu odbywały się tu zgromadzenia akcjonariuszy lokalnej spółki kolejowej, zawiadującej linią do Szprotawy. Prywatną, o dużym znaczeniu dla miejscowych przedsiębiorców i rolników. Szefem szefów i jej motorem napędowym był Fryderyk Lenz, jeden z czterech głównych inwestorów w obszarze pruskich, jeszcze kajzerowskich, kolei powiatowych, zwanych kleinbahnami. Po 1945 roku spółka wyprowadziła się do Niemiec, a dwa albo trzy lata później kolejkę znacjonalizowano i przejęły ją Polskie Koleje Państwowe.

Dawne to już będą wtedy czasy, żart Demianiukowi uda się zatem średnio.

– Pułkownika albo tego Sosińskiego, Redaktor ostatnio, dzisiaj albo wczoraj może widział?
– Chyba łapię konteksty, panie oficerze…

Gestem głowy i jeszcze zachęcając ruchem ręki zaproszę Redaktora do wnętrza kiosku. Zrozumie od razu i podejdzie bez słowa do drzwi. Otworzę je od środka. Wejdzie, ale zatrzymam go na progu, w tej zakrytej, niewidocznej z zewnątrz kanciapie. Zrobimy to zresztą tak samo bodaj z setny raz, niezmiennie od trzech, czterech lat.

– Podjąłem decyzję – oznajmię stojącemu w ukryciu mężczyźnie.
– Jaką? – oczy Demianiuka z żabich, rozlazłych i bez wyrazu, zrobią się jak u polującego węża a głos nabierze nuty chorobliwej ekscytacji, stanie się jednoznacznie złowróżbny.

Sprowokuje mnie to do podjęcia z nim gry. Ciekawy, jak też daleko się zagalopuje, zanim sprecyzuję mu zadanie, wystawię go na pewną próbę. Jeśli popłynie, jeżeli nie zda tego psychologicznego testu, tym gorzej dla niego. A ja się nieźle jego kosztem zabawię… No, nie powiem, nie bez ogromnej satysfakcji.

– Sosiński stał się bezużyteczny. wygląda na to, że zacznie działać na własną rękę. Na początek tylko dla prywatnej zemsty, w rodzinnej sprawie, ale co się stanie potem, do czego się jeszcze posunie? Nikt tego nie wie, a to już niebezpieczna sytuacja.
– Cały drżę – zakpi Deminaiuk i skonkluduje całkiem rzeczowo – Ale ja nie jestem od mokrej roboty, przecież wiecie…
– Czy ja wiem?
– A czyż nie? – zaniepokoi się na poważnie.
– Ja dużo wiem, myślę, że wystarczająco dużo… – podreguluję napięcie w grze na wyższy poziom, dwuznacznie zawieszając głos i dwuznacznie nie kończąc myśli.
– Zatem nie do końca rozumiem… Czy Pułkownik za tym stoi?
– Ktoś znacznie wyżej…
– Daleko wyżej?
– A Sosińskiemu wystarczy dać sygnał. Mocny sygnał.
– Jak mocny?
– Najmocniejszy. Musi poczuć knuta i pięść, i zrozumieć, czyja ręka stoi za oboma. Musi zrozumieć, że ma słuchać i wykonywać, i nic ponad to.
– Jeżeli nie jego samego, to…?
– Może być on sam lub ktoś mu bliski.
– Siostra?
– Ta Barczyńska? W sumie załatwi to dwie sprawy: narzędzia i mózgu, który nim kieruje.

Redaktor znowu charakterystycznym ruchem dłoni pogładzi się po glacy. Wystawi koniuszek języka, obślini się. Uda głębokie zastanowienie, wahanie i wypali:

– A co ja z tego będę miał?

Z przerażeniem zauważę, że w tym momencie zdecyduje się to zrobić! Sparaliżuje mnie ta konstatacja na tyle, że tylko żachnę się, odegram zdziwienie takim brakiem rozsądku, brakiem myślenia z jego strony:

– Coś ty taki nieogarnięty? Nie widzisz do czego prowadzi działanie tego rodzeństwa? Kogo Barczyńska wypuści ze szkoły, w dorosłe życie, kogo wychowa społeczeństwu? O takie postawy walczymy? Taki ma być wzorzec socjalistycznego pracownika, członka kolektywu w zakładzie pracy?
– Nie, nie. Nie bierz mnie na takie agitacje – roześmieje się jeszcze raz Demianiuk. – Przejdźmy do konkretów. Sprzedałem ci, panie oficer, ważną dla ciebie informację…
– Odwzajemnię się taką samą monetą.
– Informacją? A jakiej informacji ja potrzebuję jeszcze w tej sytuacji…?
– Napiszesz sobie artykuł z sensacyjnego zdarzenia, które zaskoczy całe miasto i którego nikt się nie spodziewa. Wiesz już przecież, gdzie ono się wydarzy? A to, na czym będzie polegać, akurat ciebie nie zaskoczy – dodam kierowany już tylko ciekawością, licząc na to, że zaraz, teraz zdradzi mi jakieś szczegóły – No, jak zwykle w przypadku twoich felietonów i reportaży – dołożę znacząco i nie bez nuty złośliwości, zirytowany jego milczeniem – Pamiętaj, że ja WIEM.

Demianiuk zrozumie i pytanie i aluzję, chociaż wykaże się zaledwie krótkodystansową błyskotliwością – nadal nie przejrzy całej mojej gry.

– Jak zwykle, powiadasz, panie oficer?
– Za tanio? Czyżby? – postaram się, aby zabrzmiało to jak groźba.

Redaktor w odpowiedzi machnie rękoma, wskazując na coś za mną. Obejrzę się w tamtym kierunku. I w ten sposób nie dowiem się na razie, czy Demianiuk poszedłby na całość? Czy to tylko głupota, która nie da mu zachować racjonalnego spojrzenia, czy po prostu pazerność, tłumiąca wszelkie hamulce i pozwalająca bezstresowo przekraczać każdą granicę?

Przed kiosk zajedzie czarna wołga starego typu i zaparkuje na wolnym miejscu, pomiędzy taksówkami. Z tylnych drzwi wyjdzie w moim kierunku „Duch”. W żadnym wypadku nie powinni się spotkać obaj z Redaktorem. Nie w moim kiosku.

Skinę na mego gościa i Demianiuk błyskawicznie się ulotni.

– Dobrze znasz „Ducha”? – usłyszę jeszcze tylko głos mojego kapitana.
– Cały czas byliście tu obywatelu prokuratorze?
– Tak, oczywiście. I nie ukrywam, jestem rozczarowany. Co z tym twoim planem? Miałem popatrzeć – na co? Napuszczanie tej mendy, to wszystko na co cię stać? Tylko tak potrafisz ratować syna?
– Proszę, zdajcie się na tego sukinsyna. On jest mistrzem kurewstwa…
– Nie tylko on. Uważaj na tego „Ducha”. On pochodzi gdzieś z Rusi zakarpackiej. Zaczynał od spraw słowackich Żydów. Bardzo śmierdzących spraw. Jakoś się wywinął. I potem, jako Niemiec był z banderowcami i wilkołakami. I znów spadł na cztery łapy, wywindował się na aktywistę, aż w końcu wylądował u was, w UB. To wyjątkowa szuja i cwaniak. Chociaż – i to chyba jest najbardziej niebezpieczne – ma bardzo mocne plecy. Bardzo mocne… Nawet ja wszystkiego nie wiem… – jego głos zacznie cichnąć, oddalać się, aż poczuję, iż kapitana już w ogóle przy mnie nie ma. Jego nieobecność odbiorę mocno, ale będę bezsilny.

Tymczasem „Duch” okaże się niezwykle spostrzegawczy.

– Co to, widzę, były odwiedziny ze strony Redaktora? – zagai z głupia frant.
– Ano były – tylko głupi spróbuje zaprzeczyć.

Przybyły pokiwa głową, zamyśli się na chwilę.

– „Caro”, poproszę – rzuci w głąb okienka kiosku, nie ukrywając pod inną mimiką, czy tonem głosu, że będzie to pauza przed czymś poważnym, chwila na oddech, na zastanowienie. Po czym nastąpi burza.

Podam mu niewielkie, niebieskie pudełeczko. „Duch” rozerwie błyszcząca folię, rozedrze miękki papier z białym nadrukiem na niebieskim tle i wyciągnie papierosa z filtrem. Oderwie ten żółtawopomarańczowy kawałek, resztę włoży do szklanej lufki i zacznie szukać po kieszeniach marynarki zapałek lub zapalniczki.

– Cholera… – skwituje całą sytuację. Odwróci się w kierunku swojej wołgi. – Masz za tym kółkiem jakiś ogień? – spyta czekającego cały czas w aucie kierowcę, ale nie da mu nawet jakkolwiek na to zareagować. Znowu odwróci się ku okienku kiosku, klepnie głośno w blat i rzuci do środka – Dawaj stary, chodź na chwilę, klapniemy.

Pewny tego, że wyjdę do niego, zrobi trzy kroki w bok, w stronę ulicy Grottgera i stanie nad ławką. Nerwowo opuka lufkę o nadgarstek wolnej ręki i będzie chciał, podenerwowany, wyjąć niezapalonego papierosa, aby zgnieść go i rzucić na chodnik, sam sobie pod nogi.

Nie spiesząc się wyjdę z kiosku, zamknę drzwi i podejdę do ławki

– Masz, przypal sobie – podam mu zapalniczkę.

„Duch” podniesie na mnie wzrok, pokiwa głową. Pstryknie przyciskiem i umieści wolny koniec papierosa w małym płomyku. Usiądzie w końcu na ławce.

– Gadaj co z tym pedofilem – upomni się niewyraźnie, z lufką między zębami. Nie będzie krył zniecierpliwienia, choć postara się nie okazywać palącej go ciekawości.
– Nic nie wiem o żadnym pedofilu – odpowiem zgodnie z prawdą. I tym go naprawdę już zdenerwuję.
– Co ty mi tu, stary! Kogo ty chcesz wpuszczać w maliny?
– Kiedy nie wiem! Z Redaktorem gadaliśmy o tym Sosińskim i jego siostrze, nauczycielce.

„Duch” rozsiądzie się na ławce. Łapczywie zaciągnie się, dusząc w ten sposób w sobie, ogarniającą go wściekłość.
Siądę zamaszyście, pewny swego, obok niego.

– Czego ty ode mnie chcesz, nic nie wiem o żadnym pedofilu! Wystarczą mi moje kłopoty z tym Sosińskim, z tą Barczyńską i z synkiem. O dupę to wszystko…! – wybuchnę w końcu.

„Duch” spojrzy na mnie zdziwiony, ale ukryje zdziwienie pod maską litościwego niepokoju, troski, chęci pomocy, pewny, że nie dostrzegę jego gry.

– No, stary, gadaj – klepnie mnie po ramieniu. – Wygadaj się, dobrze ci to zrobi.

Sam nie wiem dlaczego, ale opowiem mu na tej ławce historię, w jaką zaplącze mnie ten cały figurant Pułkownika. I o tym, o czym rozmawiałem z Redaktorem. Naprawdę nie wiem czemu? Może nie będę chciał być z tym sam, samemu podejmować decyzji o działaniu przeciw „fabryce”? Czy będę liczył na to, że „Duch” mnie rozgrzeszy? Usprawiedliwi, zapali zielone światło dla ratowania mojej rodziny kosztem lojalności wobec służby?
Ale „Duch” zażyje mnie z zupełnie innej „mańki”. Zupełnie mnie zresztą zaskoczy. Długo będę się po tym zbierał do kupy.

– Zastanawiałeś się jaką cenę wystawi ci Redaktor? Bo chyba nie sądzisz, że zrobi to za dobre słowo? Prędzej ze strachu – masz coś na niego? Co to jest? Wystarczy według ciebie?

Nie odpowiem. Przynajmniej nie od razu. Zaskoczony będę zbierać myśli, gdy nagle z niebieskiego dużego fiata, który na moment zatrzyma się obok wołgi „Ducha”, wyskoczy mniej więcej piętnastoletnia dziewczynka. Trzaśnie drzwiczkami auta, a ono zaraz, z takim jakby delikatnym plaśnięciem opon, odjedzie dalej, skręcając w lewo, w Grottgera. Dziewczynka natomiast kilkoma długimi susami wskoczy na krawężnik i doszlusuje do naszej ławki.

– Michalina? – usłyszę znowu głos mojego kapitana, zanim obaj z „Duchem” zdążymy zareagować na niespodziewanego gościa. – A co ona tu będzie robiła? Przecież to zupełnie nie jej historia! To jeszcze nie jej czas…

Obejrzę się za prokuratorem, ale on pokiwa tylko przecząco głową i gestem wskaże na „Ducha”:

– Patrz lepiej na niego.

Dziewczynka stanie przed „Duchem” i bardzo pewna siebie wyrzuci mu z całej samej siebie:

– To pan? Mam cię!

„Duch” spojrzy na nią zupełnie zaskoczony. Lufka z nadpalonym papierosem spadnie mu na kolana. Nawet nie zauważy tego.

– Papieros, uwaga. Spali ci spodnie – nie bez satysfakcji w głosie ostrzegę go. A on machnie lekceważąco ręką, zapatrzony w dziewczynkę. Jego wzrok będzie pusty, nic nie będzie wyrażać. Przerażenie, nie. Zaskoczenie, zainteresowanie, ciekawość – nic z tych rzeczy. Niema pustka, oczekiwanie na dalszy ciąg, na to co się stanie, wreszcie coraz mniej tajona prowokacja, zachęta dla małej do działania. To ona ma odkryć karty, a mężczyzna rozegra to dalej znając już jej walory.
– Wychowawczyni chciała zabrać mi widokówkę! Tę, którą dostałam od pana… – z wyrzutem pożali się mała.
– Którą?
– Tę z hotelem „Schwarzer Adler” – wyciągnie przed siebie rękę dzierżącą niewielki, sztywny kartonik. „Duch” weźmie od niej na chwilę prezentowany skarb, obejrzy go i uśmiechnie się.
– Ale jej nie oddałaś. Brawo, zuch dziewczyna – spróbuje zmienić charakter rozmowy na nieco mniej dramatyczny, przeskoczyć na żartobliwy ton.

Dziewczynka jednak nie ustąpi. Wyraz jej twarzy pozostanie nie mniej zacięty niż od pierwszej chwili tego spotkania. W oku pojawi się łza, choć ton jej głosu nie odda tej chwili słabości, bezradności. Pozostanie niezłomny, wymagający. Nieustępliwy, ale bez nadmiernej zadziorności:

– Powiedziała, że pan jest przestępcą, a ja wspólniczką!
– Przestępcą, dlaczego?
– Bo to jest hitlerowska widokówka, a wszystko co niemieckie, to faszystowskie!

Mężczyzna znowu delikatnie uśmiechnie się, będzie już zupełnie spokojny:

– A co to, według ciebie, znaczy faszystowskie?
– Wychowawczyni mówi, że tym powinna zająć się Służba Bezpieczeństwa. Nie boi się pan mnie do tego wciągać?

Gdyby „Duch” kiedykolwiek śmiał się, akurat w tym momencie pewnie roześmiałby się pełną gębą. Ale on tylko podejmie kolejną grę:

– Czy ja się boję SB?
– Pan odwraca kota ogonem. Czy wciąga mnie pan w jakieś przestępstwo?
– Tego was nadal uczą w szkole?
– Czego?
– Tego, że każdy kontakt, to wroga działalność? Każdy pamiątkowy, historyczny przedmiot, to szpiegowskie wyposażenie? Zresztą, nieważne.

Michalina będzie patrzyła nic nie rozumiejącym wzrokiem. Zaskoczona, na chwilę zamilknie. Pokręci głową. Potem i tak „Duch” nie dopuści jej jeszcze długo do głosu:

– Spodobała ci się ta pocztówka?

Dziewczynka potwierdzi skinieniem głowy.

– Czy dlatego, że pokazuje ciekawą historię tego regionu? No widzisz – sam sobie odpowie i dalej wszystko wytłumaczy – Przed 1945 rokiem były tu Niemcy, Zielona Góra nazywała się Grünberg i była miastem niemieckim. Od 1933 roku hitlerowskim, bo takie były całe Niemcy. Jeżeli chcesz dokumentować wydarzenia w tym mieście przed wojną, historię życia tutejszych ludzi, zawsze to będą niepolskie dokumenty, tylko niemieckie, hitlerowskie.
– Od dawna znasz tę dziewczynkę? Jak się poznaliście? – nagle zaświta mi w głowie coś zupełnie nie do pomyślenia, na wskroś tak złego, że aż nie do wyobrażenia. Budzącego odrazę.

Ale odpowiedzą na to oboje na raz, tak spontanicznie i z taką dozą niewinności, zadowolenia, satysfakcji, że te domysły prysną niczym bańka mydlana. Kto wie, może znikną zbyt szybko, może należałoby to dokładniej przeanalizować? Lecz stanie się tak i nie inaczej i nic tego nie zmieni.

– Pan był w fabryce mebli w Świebodzinie, gdy my przyszliśmy tam na wycieczkę…
– Michalina wychowuje się w domu dziecka… I interesuje się tym, co dawniej budowano na Ziemi Lubuskiej i jak, i dlaczego?
– I co zostało z tego do dzisiaj?
– Porozmawiałem z radą zakładową, aby ufundowali jej książeczkę mieszkaniową.
– I pan mi powiedział, że jest kolekcjonerem. Zbiera stare widokówki. I pokazał mi taką, na której był hotel, gdzie zbierały się władze kolei z Zielonej Góry do Szprotawy…

W tym momencie ja zaśmieję się serdecznie a bez żadnego skrępowania. Wskażę ręką przed siebie, wyjaśniając:

– To był hotel „Schwarzer Adler”. Dzisiaj też jest tu hotel, tylko, że orzeł zmienił kolor. To hotel „Pod Orłem”, oczywiście białym… Masz go przed sobą, o, tutaj, patrz.

Michalina porwana swoją pasją obróci się w stronę budynku po drugiej stronie ulicy Sikorskiego. Przez dłuższą chwilę będzie porównywać widokówkę, trzymaną w wyciągniętej na wysokości oczu ręce, z realnie stojącym przed nią gmachem. Będą ochy i achy, oznaki zaskoczenia i entuzjazmu z dokonanego odkrycia, odnalezionych podobieństw. Zdawkowe komentarze do różnic w szczegółach, do zmian jakie zaszły w ciągu tych kilkudziesięciu lat w zewnętrznym wyglądzie hotelu.

– Kolekcjonujesz takie rzeczy? – spytam z nie udawanym zaskoczeniem. Nikt, aż do tamtej chwili nie będzie znał go od tej strony. Przynajmniej ja, ani nikt, z kim o nim rozmawialiśmy.
– Tak samo, jak ty znaczki. Mało razy przywiozłem ci hitlerowskie serie? – odpowie „Duch”.
– Zawsze będę ci za nie dozgonnie wdzięczny. Zebrałem już też do końca całą przedwojenną Litwę, Łotwę i Estonię – nie dam rady powstrzymać potrzeby pochwalenia się sukcesem osiągniętym po latach starań i wyrzeczeń.
– To tak samo niebezpieczne, jak te przedwojenne pamiątki i dokumenty stąd… Nie ma i nigdy nie było takich państw, które przed chwilą wymieniłeś… Przynajmniej według towarzyszy radzieckich, skąd więc takie znaczki, stary? To tylko wroga propaganda, walka z systemem…
– No tak.
– W NRD zżera ich panika jeszcze do dzisiaj. Tam patrzą na to, jak u nas przed pięćdziesiątym szóstym… Mam w Berlinie takiego zaufanego sklepikarza. Zawsze jak do niego zachodzę, zamyka sklep, dokładnie rozgląda się po ulicy, czy nikt tego nie widzi i bierze mnie na zaplecze. Żadnych okien, światło tylko elektryczne, przyciemnione. Rozumiesz, z przodu znaczki z demoludów, etykiety od zapałek, widokówki z Marksem, a od zakrystii… Te twoje znaczki z Hitlerem, moje pocztówki, bilety, karty przewozowe z fabryk Grünbergu, Sprottau, Sorau, Schwiebus i co tylko chcesz. I ciągły strach przed STASI. Tam można za to pójść na dwadzieścia lat…
– U nas też panuje zmowa milczenia o tym okresie.
– Nie gadaj, tu nie ma czego porównywać. U nas po prostu odzywa się trauma okupacji. Co najwyżej zaczną na ciebie krzywo patrzeć w pracy, stracisz paru przyjaciół jako krzewiciel tej znienawidzonej niemczyzny, ale nikt nie będzie o tym donosił do SB.
– No, a ta wychowawczyni Michaliny z domu dziecka?
– To wyjątek. Unikalny relikt w dzisiejszych czasach. Szczególnie po otwarciu granicy z NRD. Ludzie przywożą stamtąd nie tylko pornosy, buty, miksery i kolejki elektryczne, ale też coraz więcej pamiątkowych bibelotów, landszafty z jeleniem, popielniczki z różnymi Grünbergami, stare odznaki, szpargały… Siły kolekcjonowania, tak jak pociągu do hazardu i pornografii nie zdusi żadna władza, nie wypleni najlepszy system społeczny. Wiesz, co się dzieje na Pradze, na ciuchach…? Ludzie tego potrzebują, trzeba im zatem na to pozwolić, a śrubę przykręcać gdzie indziej, tam gdzie to jest ważne i rzeczywiście groźne dla państwa. A stare papierzyska z portretem faceta z wąsikiem na dnie szuflady nie są dzisiaj już dla nas takie, stary.

Michalina wróci do nas, niemal podskakując z wrażenia.

– To cudowne tak porównać stary widok z kartki, z tym jak to wygląda dzisiaj.
– Jak chcesz, to możesz mi oddać tę pocztówkę. Chyba mam w aucie inną, z tego twojego Schwiebus. Tak się wtedy nazywał Świebodzin. Nawet na kartce przekreślono niemiecką nazwę i piórem napisano ją po polsku. Tej twojej wychowawczyni z domu dziecka się spodoba…

Dziewczynka odskoczy na trzy kroki od ławki. Pocztówkę z hotelem przyciśnie do zarysowujących się już jej obficie pod swetrem piersi.

– Nie, niech zostanie u mnie. Świebodzin nie jest moim miastem, ja tam jedynie na razie jestem. A będę zbierać tylko widokówki z Zielonej Góry i Grünberg. I kiedyś tu przyjadę, na stałe. Będę stąd…
– No widzisz, stary? – „Duch” z szacunkiem skomentuje postawę młodej Michaliny, po czym szybko zmieni temat. – No, towarzyszu Makarewicz, widzicie jak to jest. My tu gadamy, a czas w drogę. Opowiesz mi o tej akcji z pedofilem następnym razem. Może będą już jakieś efekty, a nie tylko plany?
– Od razu do Warszawy?
– No, prawie. Mam tu jeszcze jedną akcję, którą poniekąd koordynujemy, choć z daleka i bez wpływu na szczegóły. O, i ta pocztówka ze Schwiebus mi się przyda. Będzie znakiem rozpoznawczym do jej rozpoczęcia…
– A…
– Ta twoja sprawa? Ja bym robił. Dla mnie to też najważniejsze, rodzina. A ty do tego ją masz… Nie to co ja, czy inni stamtąd, tam od nas… Popaprany los, popaprana ziemia. Nie, nie ma nic bardziej cennego dla mężczyzny, szczególnie teraz, gdy wszystko się wali… – zawaha się, czy to nie będzie o trzy słowa za dużo i zamiast dokończyć, zaasekuruje się, rzuci ostrzeżenie: – Ale to tylko tak prywatnie. W razie czego nie licz na nic, na żadną taryfę ulgową. Miej też coś w zanadrzu, dla przeciwwagi. Dla nas.

Odejdzie w stronę swojej wołgi. Przed wejściem do środka jeszcze zawaha się. Zawróci. Ściszonym głosem doda ostatnie zdanie i szybko wsiądzie do samochodu. Ruszy, odjedzie, zniknie.

– Pamiętaj, co ci powiedziałem o Redaktorze. Nigdy nic nie jest darmo. Cena, dowiedz się o cenę… Zanim będzie za późno.

I wtedy wrócę do kiosku.

Z wolnej stopy 35

Zbigniew Milewicz

Portret człowieka praktycznego

Kończąc dwa tygodnie temu wpis o dekomunizacji, wspomniałem, że zawdzięczam generałowi Ziętkowi mieszkanie, ale przemilczałem, że poniekąd również moje pierwsze małżeństwo.
Po co wom ajncla? – zapytał. – Wiecznie kawalerem nie bydziecie, mocie jako narzeczona?
– Narzeczonej jeszcze nie, ale mam sympatię – odparłem.
W rodzinnym domu od dziecka starano się mówić ze mną “czysto po polsku” i chociaż znałem śląską gwarę, jak ktoś godoł do mnie, automatycznie włączał mi się język literacki. Wiedziałem, że robię błędy, mówiąc po śląsku, dlatego przy rdzennym Ślązaku nigdy nie odważałem się na gwarę i tak mam do dzisiaj, ale to już odrębny temat.
Singlom w PRL-u przysługiwała przepisowo tylko spółdzielcza kawalerka, żonatym – dwupokojowe mieszkanie, więc po zastanowieniu dodałem, że myślę o tym, żeby się dziewczynie oświadczyć, co niestety nie było prawdą. Moje relacje z Kasią były tylko bardzo przyjacielskie, jednak życie zawsze wymaga ofiar. Musiałem więc przyrzec wojewodzie, że się z nią ożenię, bo inaczej nie poparłby mojego podania do „Górnika“ o wcześniejszy przydział mieszkania.
Generał słynął z pedantyczności i punktualności. Umówiony byłem na audiencję na ósmą rano, podpowiedziano mi w redakcji, żebym za wcześnie nie przychodził, bo tego nie lubi, ale spóźnialskich w ogóle nie tolerował, więc zameldowałem się w jego sekretariacie z kilkuminutowym wyprzedzeniem. Siwowłosa, schludna sekretarka o wyglądzie angielskiej bony, otaksowała mnie wzrokiem, chyba zaakceptowała wybór garnituru z elany, krawat i biel koszuli, wskazała mi krzesło i kiedy wskazówki stojącego zegara doszły do ósmej, jej szef stanął w progu gabinetu i zaprosił mnie do środka. Wnętrze urządzone było staromodnymi, ciemnobrązowymi meblami z dębu, w rozmiarach okazałych, jak on sam. Chociaż już wiedział, zapytał uprzejmie, z czym do niego przychodzę i skąd pochodzę, zatrzymał się na chwilę przy dziadku Erwinie i przeszedł do rzeczy. Rozmowa trwała krótko. Podpisał się pod moim podaniem tą swoją charakterystyczną choinką, ale zanim wyszedłem z gabinetu, jeszcze raz żartobliwie uprzedził:
Ino bez cyganienio z tym ślubem, bo wos znojda!


Jerzy Ziętek ( 10.VI.1901 – 20.11.1985) w karykaturze, ze swoją słynną “choinką”. Z archiwum Biblioteki Śląskiej.

Tak się złożyło, że później czasami obsługiwałem jego gospodarskie wizyty w regionalnych zakładach pracy, wraz koleżeństwem z innych redakcji. Z jego inicjatywy podstawiano autobus dla dziennikarskiej ekipy pod Urzędem Wojewódzkim przy Jagiellońskiej i punktualnie o ósmej rano wyruszaliśmy w teren. Każdy dostawał coś w rodzaju broszury z podstawowymi danymi na temat marszruty, zakładów, które mieliśmy zwiedzić i ich osiągnięć. Opracowania te zawierały różne dane techniczne, liczby i daty, więc nie musieliśmy później na miejscu wszystkiego gorączkowo notować ani nagrywać na magnetofony, dzięki czemu unikało się wielu błędów. To był wczesny pijar, cenna nowość w pracy dziennikarskiej. Jakże inaczej wyglądała obsługa partyjnych narad w sąsiednim Białym Domu, którym rządził cysorz, Zdzisław Grudzień; ten mówił zawsze z kapelusza i nigdy nie było wiadomo, o co mu chodzi. Na szczęście bardzo rzadko mnie tam posyłano.

Przy budowie Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku

Po części oficjalnej w każdym odwiedzanym przez nas zakładzie pracy odbywał się poczęstunek – skromniejszy, lub wystawniejszy, ale zawsze dobrze zakrapiany. Każdy dyrektor i kierownik chciał pod tym względem dobrze wypaść, ale nie zawsze trafnie odgadywał gusta konsumpcyjne przybyłych gości.
Pamiętam, że w jakimś kombinacie ogrodniczym w Częstochowskiem, na ustawionych w podkowę stołówkowych stołach, obok śledzi w śmietanie i golonek stanęły butelki bałkańskiego winiaku. Jorg spojrzał na nie krytycznie i zapytał głośno a bezosobowo: czy ktoś z wos lubi koniak? Na to sala odpowiedziała zgodnym chórem: nie, czystą! Słyszycie? – zwrócił się do gospodarzy. Oczywiście życzeniu temu w mig stało się zadość.
Jego osobistym asystentem był człowiek o nazwisku Ulfik, o którym niewiele wiem. Po którejś z gospodarskich wizyt, przy zastawionym stole, tenże przyboczny nalał pierwszy kieliszek swojemu szefowi, a Jorg trąca go kryką i pyta rozeźlony: toś ty zapomnioł, że jo ino jednego pija? Asystent bez słowa zamienił kieliszek na szklankę, napełnił ją wódką, na co Jorg udobruchany: tak, to rozumia. Lubił zakąszać szprotkami, o czym Rysiek Miemiec z Trybuny Robotniczej nie wiedział. Po którymś toaście sięgnął widelcem w stronę rybek, ale Ziętek był szybszy, przyciągnął półmisek do siebie i warknął na konkurenta: łone som moje!
Nie lubił sztywniactwa, był bezceremonialny i tych anegdot o nim jest dużo. Potrafił walnąć kryką w stół, nie przebierał w słowach. Kiedy na jakimś oficjalnym posiedzeniu, w którym uczestniczył Piotr Jaroszewicz, znudziło go przydługie wystąpienie premiera, powiedział do mikrofonu, przy pełnej sali: nie pieprzcie już, towarzyszu!
Niechętnie mówił o swoich prywatnych sprawach. Zamknięty w sobie, nieufny, umiał szybko „poznać się na człowieku”, starannie dobierał swoich współpracowników – był wobec nich lojalny. Budził respekt. Nie znosił kłamstwa, jak już wspomniałem wcześniej – spóźnialstwa, a także donosicielstwa i partactwa.

Zdzisław Grudzień, Jerzy Ziętek, Edward Gierek

Kiedy otwierano z pompą Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku w Chorzowie, niezadowolony powiedział organizatorom uroczystości: ale sam pierona czegoś ważnego brakuje…
Zaczęli jeden przez drugiego dociekać, co generał może mieć na myśli, a ten tylko kręcił przecząco głową i w końcu wypalił: sam żodnych haźli nie ma, kaj majom ludzie iść, jak im się zachce?
Rzeczywiście o toaletach w parku zapomniano i błąd ten budowlani musieli szybko naprawić.

Pod koniec lat sześćdziesiątych w Radzionkowie otwierano filię Bytomskich Zakładów Odzieżowych. Po części oficjalnej, gdy Ziętek przeciął już wstęgę, goście przeszli do dużej sali, gdzie czekał posiłek. Wojewoda rozejrzał się, spojrzał na sufit i zapytał stojącego obok dyrektora. – Wyście to budowali? – Tak jest generale – z zadowoleniem odpowiedział zagadnięty. – To jo wom powiym. Jak moja starka obciepywała sufit, to robiła to równiej – skwitował Ziętek.

Nie cierpiał malkontentów.W gospodarce planistycznej, winą za niepowodzenia wykonawcze obarczano zwykle tzw. trudności obiektywne, takie, jak sztywne przepisy, brak materiałów i niedostatek siły roboczej, a Ziętek miał niezaspokojone ambicje budowlane. Kiedy więc na pewnej naradzie dyrektorzy budów po raz kolejny tłumaczyli się przed nim z niewykonanych zadań i po staremu narzekali na zły kodeks, podsumował: – No ja, mocie racja. Przepisy trudno zmienić, ale dyrektora łatwo.

Od tamtej pory podobno budowlanka na Śląsku i w Zagłębiu zaczęła lepiej pracować.

W 2001 roku, z okazji setnej rocznicy urodzin Jerzego Ziętka (10 czerwca tego roku minie 120 lat), nakręcono o nim film dokumentalny w reżyserii Grażyny Ogrodowskiej i Leszka Furmana, p.t. Jorg. Próba portretu. Drugi z kolei; pierwszy powstał za życia bohatera, w 1978 r., w reżyserii Antoniego Halora i nosił tytuł Człowiek z laską, czyli portret człowieka praktycznego. Próbowałem znaleźć w sieci najpierw jeden, później drugi, żeby dołączyć linka do tego wpisu, niestety bezskutecznie. W Internetowej Bazie Filmu Polskiego znalazłem natomiast ciekawy, pisemny szkic do nowszej z produkcji, oto jego fragmenty:
„W czasie, gdy obalano pomniki, w 1992 roku, 26 tysięcy osób z lewicy i prawicy, głosowało na Ziętka – jako na „Ślązaka stulecia”. J. Ziętek (…) przedwojenny sanacyjny urzędnik, powstaniec śląski, wyrzucony z partii, potem członek KC, wojewoda walczący ze Zdzisławem Grudniem, przyjaciel Edwarda Gierka, makiaweliczny „lis i lew”, dyplomata, działający niekonwencjonalnymi metodami jak na owe lata. Film ukazuje dokonania J. Ziętka (…) Sprawy osobiste, ważne dla ludzi załatwiał szybko i „od ręki”. Słynna choinka – podpis Ziętka, widnieje na niejednym dokumencie przyznającym samochód, mieszkanie, zamianę lokalu, budowę domu. Gdyby nie upór, przebiegłość i, dziś powiedzielibyśmy, zdolności menedżerskie – nie byłoby Spodka. Pod koniec życia, w Ustroniu pytał smutnie z rzadka odwiedzających go przyjaciół: jak tam mój Spodek? stoi jeszcze, abo mi go już wyburzyli…? Nigdy nie przekroczył prawa, ale balansował na krawędzi przepisów, wykorzystywał luki prawne i nieścisłości. Tworzył fundacje, przelewał środki finansowe z papieru na papier, zabiegał o dofinansowywanie inwestycji w Warszawie.
Niezwykle inteligentny, nie miał wyższego wykształcenia „ino przedwojenna matura!” Szanował za to specjalistów, nie udawał nigdy, że zna się zna wszystkim, kiedy nie rozumiał czegoś, kazał sobie tłumaczyć. Niektórzy nazywają go „cynicznym graczem politycznym”, faktem jest, że umiał się dostosowywać do obowiązującego stylu politycznego. Przedwojennego śląskiego działacza sanacyjnego polecił w partyjne szeregi PPR ortodoksyjny komunista, Zagłębiak – gen. Aleksander Zawadzki. Jako naczelnik Radzionkowa (przed wojną – przyp. Z.M. ) Ziętek kazał aresztować profilaktycznie radzionkowskich komunistów – „bo to były okropne charaktery”. Znana była głęboka niechęć Zdzisława Grudnia do śląskiego wojewody, niechęć odwzajemniana. Jest fragment filmu z odwołania Ziętka ze stanowiska Wojewody – oficjalnie z powodu złego stanu zdrowia, choć wszystkim wiadomo było, że tak zatryumfował Grudzień. Generał wygląda tam na człowieka, który przegrał. Dziś wiadomo, że Ziętek nie przegrał. Stoją jego pomniki: Spodek, Ustroń, Repty, Park Śląski, Planetarium Śląskie, centrum Katowic, Nowe Tychy, osiedla mieszkaniowe, leśny pas ochronny, szkoły, drogi. Pamiętają Go ludzie”.
Reżyser Kazimierz Kutz powiedział o nim: “z administrowania w nienormalnym systemie uczynił sztukę”.

Gdy Jerzy Ziętek był już na politycznej emeryturze, sprzeciwiał się reformie administracyjnej z lat 70 i powołaniu nowych województw tłumacząc, że łatwiej utrzymać w ryzach 17 koni niż 49. Tamta reforma doprowadziła do rozrostu aparatu urzędniczego.
Swoją opowieść o Jerzym Ziętku zakończę jego wojennymi losami, o których wiem najmniej. Po agresji Niemiec na Polskę został ewakuowany wraz z innymi urzędnikami województwa śląskiego na wschód kraju, na tereny które po 17 września 1939 r. zostały zaanektowane przez sowietów. Zamieszkał we Lwowie, gdzie pracował jako portier. Deportowany latem 1940 r., trafił do obozu pracy w Rybińsku nad Wołgą, gdzie przebywał do jesieni 1941 r. Tam, po podpisaniu układu Sikorski – Majski, doczekał amnestii. Z Rybińska jedzie na Kaukaz, gdzie pracuje m.in. w fabryce octu, niedaleko Groznego. W czerwcu 1943 r. wstępuje do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR i dostaje skierowanie do szkoły oficerów polityczno-wychowawczych w Riazaniu. Po jej ukończeniu powierzają mu stanowisko zastępcy dowódcy 3 Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta; w styczniu 1945 r. wraca do Katowic. Tu, Z wolnej stopy 32, rozpocząłem o nim pisać, koło się zamknęło.

Katowiczanie tłumnie odprowadzili Wojewodę na cmentarz przy ul. Francuskiej

Odcinek 12

Mieczysław Bonisławski

karta nr 103/ 166 / 277 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

To będzie tak, że zawołam:
– Poruczniku! Wy tutaj, znowu?
– Tak, mój synu. Tak, jak widzisz.
– Ale skąd?! Przecież was… Nie, no cieszę się, to się nawet dobrze składa. Znowu potrzebuję waszego wsparcia, tak jak wtedy. Przed laty… Ale jednak…
– Przypatrz się synu… I co?
I wnet zobaczę postawnego, niemłodego już mężczyznę w „kabewiackim” mundurze. Niemal jak wtedy w czterdziestym siódmym, tuż przed wyjazdem naszego batalionu „Wrocław” w Bieszczady. Na głowie nie rogatywka, ale bliska sercu okrągła czapka garnizonowa z wysoko uniesionym, zadartym denkiem. Granatowy otok z dwoma porucznikowskimi gwiazdkami, na kołnierzu granatowe patki z białym lampasem. Szewiotowa, jakby nieco wyblakła bluza, puszczona luźno, bez wojskowego pasa, swobodnie będzie opadać poza biodra. Tylko bryczesy włożone w wysokie, skórzane oficerki, nadadzą temu spotkaniu tej sztywnej, wojskowej dyscypliny. Czy to zresztą o dyscyplinę chodzi w takich sytuacjach?
W takich, czyli w jakich?
Jak wtedy, gdy prosto ze szkółki idziesz pierwszy raz w bój, pod ostre kule nadlatujące z ciemnego lasu w twoją stronę…
Gdy nie wiesz, czy wrócisz na capstrzyk, albo na gorącą kawę, na kolację, gdy nie wiesz, czy popijesz nią kromkę żołnierskiego razowca? Czy w ogóle wrócisz, nie wiesz jak się potoczy dalej Sprawa, gdy już dla Niej zginiesz?
To nie jest kwestia dyscypliny. Dyscyplinę masz na placu musztry, przed biurkiem podoficera dyżurnego, na zajęciach z taktyki, na strzelnicy… Tu, w wagonie pociągu, pędzącym gdzieś w nieznane, w oszałamiające umysł ciemności nocy, tu, pod plandeką studebackera, rozcinającą ulatujące świtem ku niebu ostatnie płaty zmroku, tu, na spowitym kołdrą porannych mgieł stoku Chryszczatej, będącym właśnie w zasięgu erkaemów „Bira”, masz powagę śmierci a nie jakąś tam dyscyplinę…

W wysokich oficerkach w TYM wojsku nie chodziło się po knajpach i kawiarniach, tak jak przed wojną. Nie świeciło się wyglansowanymi przez różnych ordynansów cholewami w oczy kurewek i znudzonych hrabiowskich małżonek. Obłocone, z przylepionym igliwiem deptały obrywy skalne i wystające korzenie, czasem, bardzo rzadko, piasek ścieżki.
I tylko teraz, po latach, będzie można przez chwilę zastanowić się, czy bardziej było żal tego, że się nie zobaczy takiego „Bira”, „Stiacha”, „Chrina” pod szubienicą, czy tych młodych, kruczowłosych i ciemnolicych dziewczyn, które wrócą między chałupy z koszami bundzu… Ciebie dosięgła kula, ale ludzie, dzięki tobie, wrócili do siebie, gdy zapanował spokój. Nie na darmo nadstawiłeś pierś, szkoda że kula jej nie ominęła, przecież mogła… Nie musiała trafić… Nie widzisz jak dziewuchy znowu chadzają do chłopców na pieczenie koguta i może właśnie, tak naprawdę to najbardziej jest ci żal, że to nie ty okręcasz swój kij lnianym sznurkiem…
– Co ty synu pierdolisz?!! – sprowadzi mnie na ziemię mój porucznik.
Porucznik zresztą nie będzie już porucznikiem. Choć awansował tylko o jeden stopień oficerski, na pagonach przybyły mu aż po dwie gwiazdki na każdym… Takie czasy.
Lampasy na kołnierzu zmieniły się na prokuratorskie korpusówki. Zmienił się kolor na otoku, a sam mężczyzna… No cóż, pojawiły się zakola, na krótko przystrzyżonej głowie zasrebrzył się jakiś jeden i drugi siwy włos, głos mu się obniżył, stał się nieco chrypliwy.
Prokurator wojskowy, mój kapitan, obsobaczy mnie regulaminowo:
– Znowu fruwają ci skowronki po łbie. Nie zginąłeś wtedy, przeżyjesz i teraz. Żywy człowiek się liczy, nie idea. Trupy nie urzeczywistniają nawet najdoskonalszej idei, a żywi – i owszem. A żeby być przydatnym ludziom, zmieniać społeczeństwo na lepsze, trzeba mieć samemu uporządkowane życie osobiste. Trzeba dogonić własne szczęście, nikt, kto nie jest zadowolony z życia, nie będzie wartościowym członkiem partii. Coś tam znowu przeskrobał? W jakie gówno żeś synu wdepnął?
Kapitan, choć sam będzie przecież tylko zjawą, od innych duchów będzie się zatem odcinał. Całkiem ciekawy przypadek.
Czy zadam sobie najpierw pytanie, dlaczego mój mentor i – w swoim czasie – opiekun, któremu pewnie zawdzięczam życie, tak zmienił zdanie i otoczenie? Zresztą, czy rzeczywiście zmienił zdanie, czyż nie było tak, że zawsze przedkładał życie, własną historię i wygodę ponad ideę i dobro społeczne? Jak wtedy, gdy oddawał w moje ręce swoją córkę… Czy chodziło mu wtedy o mnie, o to co jeszcze zrobię dla dobra ogólnego, dla państwa, dla partii, mając taką żonę obok siebie, czy bardziej o jego spokojne sumienie, że dobrze zabezpieczył swoją latorośl na czas, gdy on już odejdzie, gdy zabraknie go przy niej…?

Zatem zamiast zadawać sam sobie niedorzeczne pytania, raczej powiem mu od razu, prosto z mostu, o co chodzi, z czym sobie nie radzę. Zresztą będzie to zupełnie w jego stylu. Historia się niemalże powtórzy, tyle tylko, że niejako w lustrzanym odbiciu.
– Wiesz, że masz wnuka? – zadam mu to niezbyt mądre pytanie.
Roześmieje mi się w nos:
– Co ty nie powiesz? Ale skoro już od tego zacząłeś, to jak z nim? W szkole w porządku, uczy się dobrze…? Dużo ma kolegów? Ile już ma lat, z dziesięć, jedenaście…? To pewnie jest już też jakaś panna do której wzdycha, mocząc nocami poduszkę, co? – klepnie mnie protekcjonalnie w ramię.
A ja będę dalej udawał taką niemotę, co to nic nie rozumie z tego, co się wokół dzieje.
– No właśnie, nic dobrego. To z nim mam kłopot.
Kapitan uda, że poważnieje.
– Dobra, opowiadaj synu. Spróbujemy razem coś zaradzić. Usiądźmy.
Gdzie to będzie? Gdzie my się spotkamy? To musi być miejsce, w którym nie zrobi sensacji widok umundurowanego prokuratora wojskowego. I odpowiedni czas. Na pewno nie połowa lat siedemdziesiątych i nie centrum wojewódzkiego miasta. Taka sceneria przypominałaby operetkę.

Może zatem to będzie tak: rower oparty o niewielki, piętrowy budynek wiejskiego dworca kolei zielonogórsko-szprotawskiej. Sto metrów dalej wzdłuż torów, w kierunku północnym, przy szosie wyłożonej kocimi łbami, dymiące jeszcze pozostałości wypalonego do gołej ziemi magazynu dworcowego. Po drugiej stronie torów płaska przestrzeń porośnięta trawą z wrakami samolotów.
I tą szosą, od tej właśnie strony, zza dawnego, hitlerowskiego lotniska pozoracyjnego, a obecnie radzieckiego wrakowiska zajedzie przed dworzec w Jerzmanowie nad Ochlą gazik. Dlaczego tędy, a nie najbliższą drogą z Zielonejgóry, tą przy ogrodzie botanicznym?
– Plutonowy! Wy tu byliście pierwszy?
– Tak jest!
– Podpalenie?
– Tak to wygląda…
– Jadę prosto z Twardosławia (tak wtedy mogłyby się nazywać Jarogniewice). Znowu problem z antyradzieckimi nastrojami, wieś od środka rozsadzają plotki o tym zniszczonym przez ruski pociąg z czołgami moście kolejowym…
– Autochtoni…?
– Skąd plutonowy wiecie?!
– Tu, przy dworcu… Mieszkają jeszcze Niemcy… Oni opowiadają taką historię sprzed wojny. Mówią, że z Ochelhermsdorf (niemiecka Ochla) wyjechał pociągiem młody chłopak do swojej dziewczyny do Hartmansdorf (niemieckie Jarogniewice). W tym dniu zawalił się mostek nad rzeczką pośrodku trasy, między tymi dwoma wsiami. Zginęło kilku ludzi, ale trupa tego młodego nie odnaleziono. Widziano jak wsiadał do pociągu… O, tu, na tej stacji… Ale trupa nie było. A po chłopaku ślad zaginął. Ta niemiecka rodzina nazywała się Werdermansch…
– I co z tego?
– Tych Werdermanschów już nie ma w Jerzmanowie (tak wtedy nazywano by Ochlę), uciekli jeszcze przed frontem. A ich obejście zajął jakiś Ostrowski… To ta trzecia chałupa od dworca… O, tamta!
– To ten Ostrowski jest podpalaczem…?
– No, niezupełnie…
– Nic nie rozumiem, gadajcież do rzeczy, plutonowy!
– Werdermansch po niemiecku to człowiek z wyspy. No a wyspa inaczej, po naszemu, to ostrów. I ci Niemcy mówią, że tamten Werdermansch teraz powrócił jako Ostrowski i się zemścił na tym odbudowanym mostku, na tej całej kolejce, no tak w ogóle…
– Synu, co ty mi tu, kurwa, pierdolicie! Ja nie mam czasu na jakieś posrane legendy i wampiry, plutonowy! Zrozumiano?
– To pierwsze obejście zajęły Towpiki, repatrianci. Mają dwóch synów, tak około dziesięć, jedenaście lat. I te dwa Towpiki dali się namówić nieco starszemu od nich synowi Ostrowskich.
– Do czego dali się namówić?
– Chcieli zobaczyć, jak się pali proch. Znaleźli jakieś granaty, czy bombę lotniczą… Wysypali ze środka do jakiejś starej miednicy, zanieśli do tego, tu… Do tego magazynu kolejowego… na dworcu… Drzwi sobie podważyli, żeby wejść… No, i… Wszystko się sfajczyło… Jak widać…
Nie, ta historia zupełnie nie będzie pasować do Januszka. Mój syn nie będzie sprawcą, tylko ofiarą. I to samotną ofiarą chłopców, którzy mogliby być jego kolegami, gdyby nie… Ale nie będą jego kolegami, a mój syn nic razem z nimi nie spsoci.
A ja nie mam bronić działania tych, co je podjęli, tylko mam atakować to ich działanie i je uniemożliwić. Mam uruchomić swoją sprawczą moc, a nie tkwić w bezsilności, w sytuacji, która mnie przerasta, uniemożliwia mi samemu działanie, paraliżuje.
Muszę spotkać prokuratora gdzie indziej.

To może to będzie tak?

Smród spalenizny. Pogorzelisko to nie parę osmalonych żerdzi na krzyż, ale wypalony spory, piętrowy dworzec kolejowy w Szprotawie. Bryła niby prosta, ale tu ściana zewnętrzna parteru wychodzi przed fasadę piętra, tam znów parterowe skrzydło wybiega w bok od piętrowego korpusu centralnej części.
Tam gdzie ściany nie wypaliły się do końca, można będzie rozpoznać jakby nutę neoklasycyzmu przy projektowaniu całego gmachu.
Deszcz już zdusi najdłużej tlące się zarzewia dogasającego ognia. I wtedy nasz gazik zajedzie od strony centrum miasta, drogą pnącą się od szprotawskiego rynku pod górę, obok basenu kąpielowego. Stanie przy boku sporego, brukowanego placu, rozciągającego się szeroko przed dworcowymi ruinami.
– Znowu ktoś zaprószył ogień w tym pogorzelisku. Który to już raz plutonowy, co?
– Przepraszam, ale nie liczę tych interwencji…
– Cóż oni sobie myślą, że za każdym razem będzie to szło na konto czerwonoarmistów…? Oni już swoje tutaj zrobili, po cóż mieli by wracać w te ruiny…
Nastąpi chwila milczenia. Co my tu będziemy mieli tak naprawdę do zrobienia? Co będziemy mogli tu zmienić albo zatrzymać, do czego nie dopuścić? Albo kogo ukarać i za co, po co?
– Sprawdźcie plutonowy, czy jest tam co nowego?
Wysiądę z gazika, przejdę się po zgliszczach.
– Żadnych nowych śladów, a ogień i deszcz… Chyba nic tu po nas…
– A byliście tam dalej, z drugiej strony torów?
– Za torami znaczy się? Przy Małym Dworcu?
– Tak.
– No, zabudowania i urządzenia kolejki do Zielonejgóry, wszystkie są całe. Parowozownia, obrotnica, pompa, Mały Dworzec – jak nowe!
– Tabor cały, przy magazynie kolejki nikt się nie kręci?
– Ha, ha… Stoją tam dwa takie małe, śmieszne parowoziki. Mają ledwo po trzy koła z każdej strony, jak większy traktor czy młockarnia, a nie lokomotywa, ale za to też aż po trzy kominy każdy…! Widział kiedy obywatel kapitan takie cudactwo!
– Wsiadajcie, plutonowy.
Gazik ruszy z powrotem, tam skąd przybył. Krótką chwilę milczenia przerwie prokurator.
– To nie sojusznicy, plutonowy. Tym razem to miejscowi, pijaczki albo szabrownicy. Dopóki tego tu się nie uporządkuje, albo – jeszcze lepiej – nie odbuduje, tak już będzie… Ale, ale, coś widzę, że nie to was zajmuje, plutonowy. O co chodzi, no walcie prosto z mostu! Coś prywatnie, w życiu osobistym…?
Tak, to będzie dobra okoliczność, abym się podzielił problemem, który mnie zaboli trzydzieści lat później. Wtedy, gdy Januszek będzie chodzić do czwartej klasy, a jego dziadka już dawno uznają za zaginionego. A mimo to, tylko on okaże się zdolny do pomocy, doradzi, poda dobre wytłumaczenie.
A zatem, to będzie tak, że obaj siądziemy w gaziku przed spalonymi ruinami szprotawskiego dworca, w których ktoś właśnie wzniecił kolejny raz w krótkim czasie pożar. On w tym swoim mundurze prokuratora sprzed lat…
– Januszek, twój wnuk, zdał do czwartej klasy. Właśnie dowiedziałem się, że koledzy mu bardzo dokuczają. Powiedziano mi też, dlaczego to robią.
– Tak? Dlaczego?
– Mamy taką wtykę. Kapitan go zna. Występował przy sprawie Ostrowskiego i wiaduktu na bocznicy szprotawskiej.
Prokurator zdejmie z głowy garnizonówkę. Rozepnie dwa guziki od bluzy, te przy kołnierzu. Weźmie głęboki oddech.
– To ta sprawa, którą ty kończyłeś… Twoja ostatnia. Wsadziłeś, zresztą, wtedy Ostrowskiego. A potem oni skończyli z tobą, a Ostrowski niedługo potem wyszedł. Zbliżał się pięćdziesiąty szósty… – przejdę ze swoim teściem na tę krótką chwilę na „per ty”.
– Ta – ak… I co z nim?
– Nie, to nie o Ostrowskiego chodzi. Ten nazywa się Sosiński. Po wyrokach na członków grupy, których wydał, w pięćdziesiątym piątym przyjechał jako figurant do Broniszowa. To ten teren, gdzie mieliśmy sygnały o odradzaniu się żywiołów banderowskich…
– Tak, pamiętam. Czy możesz prędzej…
– Sosiński… Pomógł mi wtedy z Alicją, w Lesie Broniszowskim, co to, towarzysz prokurator wie…
– Minęło niemal dwadzieścia lat. Januszek i jego koledzy to chłopcy, nie ta epoka, inne otoczenie… – będzie się dziwić kapitan.
– Tak, ale jest ktoś, kto łączy te epoki i tak różne środowiska. Siostra Sosińskiego.
Prokurator będzie bębnił palcami po kierownicy gazika. Nawet nie nerwowo. Coraz bardziej znudzony.
– Ta siostra pracuje w szkole, w tej samej do której chodzi Januszek. Jest nawet wychowawczynią Januszka. I ona, ta Barczyńska, skądś ustaliła, że Januszek, to twój wnuk. A ona, oprócz tego że siostra, to jeszcze była narzeczoną tego Ostrowskiego. No i ten Sosiński zmusza ją, aby mściła się poprzez Januszka na tobie, na mnie.
– Co mu zrobiła?
– Osobiście niewiele, ale popycha kolegów chłopaka z klasy, aby go sekowali. Januszek zamknął się w sobie, unika rówieśników, przynosi same dwóje i tróje…
– Barczyńskiej o pochodzeniu chłopca opowiedział w szczegółach sam Sosiński, ta twoja wtyka – wypali kapitan.
– Podejrzewałem to.
– A ty sam, skąd wiesz…? No, to, jak to wszystko wygląda od środka.
– Redaktor mi powiedział. W tajemnicy.
– Tak prywatnie?
– Tak, żeby Pułkownik nie wiedział.
– To on prowadzi Sosińskiego?
– Tak, Pułkownik.
Prokurator pokiwa statecznie głową. Poszuka garnizonówki, nałoży ją sobie z powrotem na głowę. Zapnie guziki. Poprawi kołnierzyk.
Będę patrzeć mu z nadzieją w oczy. On przez chwilę będzie milczał. Może będzie rozkoszować się tą chwilą, gdy ja będę odgrywać przed nim to emocjonalne uzależnienie od niego. W końcu weźmie sprawy we własne ręce i zacznie komenderować:
– Pułkownik wie?
– Chyba nie aż tak do końca…
– No to wiedz, że nie wie. Nie zna tych wszystkich zależności między wami. Tego nakładania się spraw służbowych z życiem prywatnym, do cholery!
Zapalczywość, agresja prokuratora nieco mnie w tej chwili przerazi. Nie będę na nią przygotowany.
– Służbowego nie mieszać z prywatnym…?
– Chyba nie masz co do tego wątpliwości?
– Dlatego chcę się poradzić. Tę Barczyńską trzeba powstrzymać, ale jak to zrobić, nie uderzając we wtykę Pułkownika? Przecież nie mogę tak poświęcić syna, prawda? Ale nie mogę też przejechać się po osobie prowadzonej przez Pułkownika…
– Wiesz, co się stanie z chłopcem, jak sprawę zostawisz tak jak jest, swojemu biegowi?
– Źle z nim będzie…
– Wyśmiewany przez rówieśników, odsunie się od życia kolektywu. W szkole będzie sam. Poza szkołą też, żadnych spotkań, wyjść, rozmów. Kilka suchych, nic nie znaczących słów zamienionych z innymi chłopcami, tylko w klasie, jeżeli będzie tego wymagał przebieg lekcji. Ucieknie w książki i fantazje wymyślonej rzeczywistości. Zamknie się w tym swoim świecie, a to przełoży się też na podwórko. Żadnych wspólnych zabaw, żadnych wspólnych spraw, żadnych kolegów. Rozwinie wyobraźnię, podsycaną książkami, głównie przygodowymi, ale też czytaniem opracowań i podręczników. Z pogranicza fizyki, biologii, teorii społecznych i prawa.
– Zatem wyjdzie mu to na dobre! Stanie się prymusem i…
– Gówno prawda! Tak mu będą dokuczać w szkole, że będzie łapał dwoje na klasówkach, a przy ustnych odpowiedziach będzie się jąkać, zacinać, jak ostatni osioł. Koledzy będą psuć mu opinię, wrabiać w drobne kradzieże, złośliwe uczynki przeciwko nauczycielom, niezdrowe zachowania wobec młodszych, chłopaków, dziewcząt. A dorośli w to wszystko uwierzą i zrobią z niego kozła ofiarnego. Będą odreagowywać na nim własne frustracje, kompleksy, nieudacznictwo. Wiesz ilu nieudaczników i zakompleksionych frustratów jest wśród nauczycieli…?
– To co, nawet podstawówki nie skończy?! – przerażę się.
– Skończy, przepchają go, bojąc się upierdolić syna ubeka. I chcąc się go pozbyć jak najszybciej ze szkoły, pozbyć się problemu. Ukończy ósmą klasę, jako jeden z najgorszych uczniów, z łatką ograniczonego psychicznie. Z podejrzeniem o pedalstwo, z wysnutym przypuszczeniem, że może wyrośnie z niego pedofil albo seryjny…
– Jezu!
– A ty co, wierzący się stałeś?
– Nie, no broń Panie Boże… Ożeż, kurwa…
– Załatwisz mu jednak, że go przyjmą do liceum. Nie tego najlepszego w Zielonej Górze, ale jednak to będzie ogólniak. Alicja go będzie prowadzać po przychodniach, psychologach i psychiatrach, zacznie mu trochę pomagać ta doktor Ber, a on będzie dziczał coraz bardziej. Coraz bardziej będzie oddalał się od społeczeństwa. Zacznie czytać coraz to mądrzejsze książki, spierać się w swoim świecie z najtęższymi klasykami filozofii, polityki, prawa… Zaniknie u niego popęd seksualny do rówieśnic… Czy ty wiesz kiedy kształtują się zainteresowania erotyczne? Poza okresem wczesnego dzieciństwa, oczywiście…
Nie będę miał o tym zielonego pojęcia. Ale prokurator i w tym zakresie mnie oświeci.
– Właśnie tak w wieku jedenastu-dwunastu lat chłopcy odkrywają dziewczynki, jako obiekt pożądania, fascynacji, rodzaj trofeum. I zaczynają odczuwać podnietę, chęć zdobywania tego trofeum. To wtedy zaczynają się kształtować preferencje seksualne.
Pamiętasz, dotąd bawiłeś się tylko z chłopcami, z dziewczyn to nawet się naśmiewaliście. W takiej czwartej, piątej klasie dostrzegłeś w dziewczynkach człowieka. Granice między tobą a nimi zaczęły zanikać… Ale zdarza się, że się pogłębiają.
Tak będzie z Januszkiem. Jego koledzy zaczną próbować imponować dziewczynkom, przenikać do ich odrębnego świata, pokonywać granice. Dziewczynki też zaczną ich „dostrzegać”, plotkować o tym, który co powiedział, który jest mądry a który głupi, który jest silny, który co ma w domu pięknego, wyjątkowego, czego nie mają inni?
A Januszek będzie traktowany jako ofiara losu, złodziej, nieudacznik, śmierdziel. Dziewczynki na kogoś takiego nie zwrócą uwagi, będą go ignorować. Spróbuje raz i drugi przeniknąć tę barierę, ale natnie się. Wyśmieją go chłopcy, wyniośle odtrącą dziewczynki. Urośnie między nimi a Januszkiem mur nie do przejścia. Zacznie się bać świata dziewcząt. Nie chcąc co rusz, na nowo, przeżywać bólu odtrącenia i śmieszności, zdemonizuje w swojej wyobraźni społeczność dziewcząt. Zacznie się jej bać, kojarzyć z czymś nieosiągalnym, sprawiającym wyłącznie przykrości.
Chłopcy będą się z nimi umawiać na lody, na rower, do parku a on coraz bardziej będzie się izolować. Coraz mocniej nienawidził.
Trafi wtedy na pedofila. Ten go zrozumie, wysłucha. Odnajdzie się w wyimaginowanym świecie Januszkowych wizji.
Zaczną wpływać na siebie nawzajem, inspirować się. Pedofil też się zmieni pod wpływem Januszka. Zacznie czytać i studiować te same zagadnienia, gdyż ich relacje, ich wzajemna fascynacja nie będzie tylko erotyczna, ale coraz bardziej intelektualna…
– Nie! Dosyć! Nie chcę tego słuchać.
– Poczekaj, to jeszcze nie koniec. Musisz wszystko wiedzieć…
– Wiem już wystarczająco dużo. I to zaczyna być zbyt straszne…
– Nie jesteś ciekawy tego, że jako osiemnastolatek twój syn zmieni sobie imię na Gwidon, bo to które ty mu dałeś uzna za nudne, bez żadnego wyrazu, pozbawione wszelkiej idei życia?
– Gwidon…?
– Wszystko, co związane z tobą, wyda mu się wstrętne. Twoje życie, twoja służba, ideały, ojczyzna. Do tego dojdą te jego problemy erotyczne… Nie znajdzie dziewczyny, bo nie będzie jej szukać. Kobiet będzie się bać, nawet nie spróbuje żadnej zdobyć. Zresztą z każdym straconym rokiem, będzie mu coraz trudniej przełamać lody, zainteresować sobą, znaleźć wspólny język. Zwróci swoje zainteresowania ku młodszym nastolatkom…
– Przestań!
– Nie. Jedyna dziewczynka, która porozmawia z dziesięcio – jedenastoletnim Januszkiem – Gwidonem, zrobi to kierując się odruchem opiekuńczym, bo odczuje litość do tego, którego wszyscy szykanują. Będzie mogła okazać swoją przewagę, dobroć, opiekuńczość. Kto wie, może by się to i mogło potoczyć dalej, skończyć dobrze? Lecz rówieśnicy, nienawistni wobec Januszka chłopcy i zatroskane koleżanki, wyśmieją jej postawę samarytanki, a z chłopca zrobią jeszcze większą ofiarę, co to potrzebuje litości dziewczyny, bo sam nie jest wystarczająco męski… Wszystko pierdolnie w try miga!
Dlatego, jak już umieścisz Januszka na studiach prawniczych i jak Gwidon je ukończy i wróci do Zielonej Góry, wróci też i do tych swoich niespełnionych, tak mu wstrętnych i wrogich dziesięciu-dwunastu lat. Wtedy, gdy był ich rówieśnikiem, nic mu się z dziewczynkami nie udało. Ale po latach, gdy wróci jako ten, który kończy studia – tak się im będzie na początku prezentować – student, owiany tym nimbem, zacznie z sukcesem podrywać siódmo-, ósmoklasistki. Minie rok, dwa, pięć… Dostanie posadę radcy prawnego, bo nie będzie mógł się skupić na aplikacji adwokackiej, ani prokuratorskiej. Nieułożone życie erotyczne mu i w tym przeszkodzi. Do żadnej kobiety nie podejdzie, bo to będzie dla niego za trudne. Ale wykorzystać młodszą nastolatkę będzie dużo łatwiej… Tylko, że on będzie coraz starszy i coraz bardziej brutalny. Dojdzie do przemocy. Już go nie wybronisz, ale środowisko prawnicze, na równi solidarne, co przeżarte pedofilią i pederastią, nie da mu zrobić krzywdy. Tyle tylko, że trzeba będzie za to zapłacić… Awansuje na wysokie stanowisko w lokalnej hierarchii radcowskiej i administracyjnej, ale się sprzeniewierzy, prawdzie, społeczeństwu, normalnym ludziom. Będzie wydawał decyzje na zamówienie politycznych urzędników. Niesprawiedliwe, łamiące prawo i ludzi. Cynicznie będzie gnoił służbowo ludzi w dzień, w pracy i – małe, coraz młodsze dziewczynki wieczorami, prywatnie, w ustronnych miejscach. Taki typowy, ważny urzędnik, zielonogórski radca prawny na szczycie lokalnej hierarchii…
Będę zdruzgotany słuchając tego wywodu. Czy to musi się naprawdę zdarzyć mojemu synkowi? Czy figurant Pułkownika i jego siostra doprowadzą koniec końców do tego, czy też mogę ich zatrzymać? A jeżeli mogę, to jak? Czy ośmielę się przeciwstawić wtyce Pułkownika?
– I co, podejdziesz do tego teraz służbowo, czy prywatnie?
Nagle poczuję powiew nadziei. No tak, to przecież można widzieć i w ten sposób. To będzie wyjście, ratunek na wyjście z tego gówna z twarzą!
– To co zrobią Januszkowi Barczyńska i Sosiński jest aspołeczne. Przyniesie skutki szkodliwe dla kraju. W pełni powinienem temu przeciwdziałać kapitanie!
Prokurator spojrzy na mnie z politowaniem. Może ironicznie się roześmieje, ale nie powstrzyma mnie!
– Oni umożliwią przestępcze działanie pedofilowi, temu co to z Januszkiem… Przez nich uzdolniony, młody człowiek, zamiast stać się przyszłością palestry, ciągnąć swoją pracą i zdolnościami ojczyznę ku sukcesom – stanie się zakałą, przestępcą, cynikiem i biurokratą.
Prokurator będzie tak zniesmaczony moją głupotą, że aż szpetnie zaklnie:
– Ależ ty pierdolisz!
Ale ja będę brnąć dalej, do końca broniąc swojej wiary w państwo i społeczeństwo:
– No, a ci koledzy Januszka? Przecież Barczyńska z Sosińskim pchną ich do aspołecznych czynów. Zaszczepią w nich na wskroś negatywne, niepożądane postawy – antykoleżeńskie, wrogie ludziom, destrukcyjne. Jakimi oni będą w przyszłości członkami załóg w swoich zakładach, co będą reprezentować sobą, jakie wartości w kolektywie? Czym skorupka za młodu nasiąknie…
– Po prostu, kurwa, broń swego syna, a mojego wnuka! – krzyknie w końcu na mnie kapitan. – Masz nie tylko do tego prawo, ale jest to twój zasrany obowiązek. Nie oglądaj się na Pułkownika, do kurwy nędzy!
Oniemieję. A więc to wszystko jest takie proste? Tylko gdzie są granice, dokąd mogę się posunąć?
– Mam zadenuncjować wtykę? Komu, milicji, Redaktorowi?
Prokurator spojrzy na mnie, ot tak po prostu i spokojnie, jakby mówił o wypiciu kawy, albo wyłączeniu radia, oznajmi. Krótko a zwięźle i treściwie:
– Kto jest faktycznym wykonawcą? Kto realnie, bezpośrednio stwarza zagrożenie? Nie Sosiński czy Barczyńska. Zabij ją, a zanim Sosiński znajdzie następcę, kogoś kolejnego, Januszek bezpiecznie będzie już w liceum.
Zamuruje mnie tylko na moment. Błyskawicznie stanie mi przed oczami szczegółowa wizja całej operacji. Nie, nie trzeba będzie nikogo zabijać, ani narażać się Pułkownikowi… Nauczycielka, no przecież! Nauczyciela tak łatwo wyeliminować, unieszkodliwić jego nieludzkie praktyki w ludzki sposób.
– A wie obywatel kapitan, że nawet mam już gotowy plan. Proszę tylko popatrzeć…

Rozmowy polskie zimą 2021 roku

Ewa Maria Slaska

Książka i ci, co o niej rozmawiają

Rozmowa o książce odbyła się na zoomie w dniu 8 lutego 2021 roku. Brali w niej udział sami utytułowani naukowo ludzie i ja. Moderatorka, Iwona Dadej, zaprosiła czworo autorów (ten polski rodzaj niemęskoosobowy! trzy autorki, jednego autora!) i czworo czytelników (to samo 3+1). Byłam w tym gronie jedyną osobą pamiętającą dobrze PRL. Ale ponieważ jestem stara, to pamiętam nie tylko PRL, ale również czas, kiedy rozmowa oznaczała, że spotykają się ludzie i ze sobą rozmawiają, a to oznacza, że ktoś coś mówi, a ktoś inny już niecierpliwie wierci się na krześle, bo chciałby na to odpowiedzieć, ktoś przerywa, ktoś coś wtrąca niby na boku, ale tak, żeby wszyscy słyszeli, ludzie nawiązują ze sobą kontakt, myśli latają jak trzmiele na wiosnę, a moderator to nie jest Władca Czasu i Dostępu do Mikrofonu, tylko człowiek, który ma przedstawić kolejnego rozmówcę (a bogdaj to, sami możemy to zrobić!) i zadbać o wypełnienie luki, gdyby nagle się okazało, że nikt nic nie ma do powiedzenia i zapada głucha (głupia) cisza. Choć i tak trzeba przyznać, że nasza regentka robiła, co mogła, żeby jej władza była jak najmniej dokuczliwa. Tym niemniej i ona nie mogła nic zdziałać przeciw “reżimowi” takiej rozmowy AD 2021.

No więc nie było rozmowy, tylko wystąpienia i statementy. Szkoda, bo ja bym chętnie porozmawiała tak naprawdę, szczerze i od serca z autorami tej książki. Powiedziałabym, co myślę i tak długo bym ich dręczyła, aż bym wymusiła na nich sensowne odpowiedzi i nie musiałabym się zadowalać akademicką gładką nowomową, wygłaszaną przez ludzi, którzy połknęli kij (no, nie wszyscy – pani Barbara na pewno nie połknęła kija) i przez to zapomnieli, jak się uśmiechać, przejmować i angażować w temat. Tak się zachowywała tylko mieszkająca (przebywająca) w Szwecji Białorusinka – Olga Sasunkiewicz. Ale tak poza tym było tak, jak zawsze, już od dawna, a nie tylko w czasach pandemii, był akademicki dyskurs, w którym wszyscy wszystkich chwalą i wszyscy są z siebie zadowoleni.

Przygotowałam sobie uprzednio notatki, na wypadek, gdybym zapomniała języka w gębie. Nie były mi potrzebne, pamiętałam dobrze, co chcę powiedzieć, powiedziałam znacznie mniej niż chciałam i dostałam następującą odpowiedź zbiorczą, wygłoszoną cztery razy, bo udało mi się zadać cztery pytania: mieliśmy inne założenia, nie chcieliśmy tego uwzględniać, ale może szkoda, bo może dobrze by było. Aha. W dwóch wypadkach odpowiedź uzupełniło stwierdzenie: nie mogliśmy tego uwzględnić, bo nie ma na ten temat badań!
Jak to nie ma badań?! Czy ośmioro naukowców nie odczuło wstrząsu po takiej wypowiedzi? Nie ma badań! To trzeba je było zrobić, albo odważnie sformułować tezy-hipotezy bez badań cząstkowych. OmG, nauka była kiedyś cudowną przygodą myślącego umysłu, który mógł się zająć wszystkim, czym chciał, a teraz jest żmudnym zbieraniem materiałów, mrówczym przeprowadzaniem badań, kolekcjonowaniem punktów i wymuszonym (!) odpisywaniem od innych. Bo jak inni nie zrobili badań, to nie ma czego cytować, a zatem nie możemy na ten temat pisać?

Nie pierwszy to raz, że rozpacz mnie ogarnia w obliczu tego, czym stała się nauka. Już o tym pisałam. Na przykład TU. Albo TU. I TU. I nie pierwszyto raz, że sama siebie z zachwytu klepię po ramieniu, że udało mi się uniknąć pułapki, jaką jest wysoka nauka akademicka. A mogłam byłam była (bymbyłabyła), pracowałam na uczelni, rozpoczęłam pisanie pracy doktorskiej i… ogarniało mnie przerażenie na myśl, że teraz TAK będzie wyglądało moje życie.
A przecież 45 lat temu nauka była jeszcze cudownie wolna w porównaniu z tym, czym się stała dzisiaj. Bo cóż tak naprawdę ograniczało naukowca w Polsce w pierwszej połowie lat 70?

Tylko Komuna! Phi!

Niech żyje nauka niska! nauka z rozmów i przemyśleń, tradycji i intuicji, odwagi i samodzielnego myślenia! A oto moje notatki, sporządzone przed spotkaniem zoomowym. Nie obejmują one wszystkich zagadnień, w końcu wiadomo było, że to spotkanie potrwa dwie godziny, a na pewno będzie musiało się wpowiedzieć osiem osób i ewentualnie jacyś słuchacze:

Co mi się podoba, to fakt, że powstało kompendium, obszerne, napisane wartkim językiem, interesujące. Gratuluję!

Podoba mi się też wyjściowa teza, że obraz sytuacji kobiet w PRL stworzony po roku 1989 był uproszczony i pełen luk.

Ale niestety to, co Państwo stworzyliście, jest też uproszczone i ma braki. A szkoda, bo przez następne kilkadziesiąt lat Wasza książka będzie czytana i cytowana wszędzie na świecie, gdzie badacze się zajmują sytuacją kobiet w PRL, a brakuje w niej wielu ważnych spraw i ludzi.

Posłuchajmy tej listy nazwisk:

Maria Janion
Agnieszka Holland
Krystyna Janda
Wisława Szymborska
Kora Jackowska
Magdalena Abakanowicz
Ewa Demarczyk

To były najważniejsze kobiety PRLu! To były nasze wzory zachowań, wyglądu, walki, odwagi cywilnej. Nie Zofia Grzyb, tylko Janion, Holland, Janda! Tych kobiet nie ma w tej książce. Listę można wydłużyć: nie ma Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Kuncewiczowej, nie ma rysowniczki Mai Berezowskiej, która zmieniła nasze widzenie erotyki kobiecej. Nie ma pisarek z okresu transformacji, które zapoczątkowały tzw. literaturę menstruacyjną w Polsce i które opisywały widzianą przez kobiety rzeczywistość PRL, a zatem nie ma też jednej z nich, czyli Olgi Tokarczuk.

Nie ma Krystyny Jandy, której rola w filmie Człowiek z marmuru (1977) stała się wzorem wszystkich młodych nowoczesnych kobiet. To od niej uczyłyśmy się bezkompromisowej postawy, która już kilka lat później okazała się tak potrzebna podczas strajków 1980 roku.
Ale nie ma też filmu Agnieszki Holland Kobieta samotna (1981), która ukazała tak straszny ciężar bycia kobietą w PRL, że każda z nas skłonna była na klęczkach dziękować za to, że ją spotkał jednak inny los.

To mogłoby nie mieć znaczenia w pracy naukowej, gdyby nie fakt, że sami Państwo piszecie, że sięgacie do „tekstów kultury popularnej, filmów, przedstawień plastycznych, beletrystyki“ (str. 16 i 17). I gdyby nie fakt, że akurat TE kobiety były wzorcami dla kolejnych pokoleń Polek w PRL. Nie piszecie o nich, nawet ich nie cytujecie!

Nie piszecie o religii i roli kościoła, no bo… nie piszecie.
To samo o problematyce homoseksualnej – bo nie.

Uzasadniacie to tym, że każdy rozdział książki jest propozycją autorską i że te braki to wasze „przemyślane decyzje“ – w trakcie rozmowy dowiedziałam się jeszcze, że… nie ma badań!

Niestety te braki świadczą albo o nieznajomości sytuacji w PRLu, albo (choć nie chce mi się w to wierzyć!) o podporządkowaniu Waszej wizji, obowiązującym założeniom współczesnej narracji historycznej AD 2020. Bo jak inaczej wytłumaczyć nieobecność choćby tych czterech najważniejszych kobiet z mojej listy: Janion, Holland, Janda, Tokarczuk? Czy to przypadek, że akurat wszystkie cztery są, czy były, twarzami protestu obywatelskiego przeciwko kolejnym decyzjom obecnej władzy?

To jednak niestety nie wszystkie braki:

1/ Z rozdziału o aborcji czytelnik nie dowie się nawet, od kiedy aborcja w PRL była legalna (a była legalna w latach 1956 – 1993). I oczywiście szkoda, że nie ma tu odniesienia do tego, jak dramatycznie problem aborcji wygląda w roku 2020 i 21.

2/ Brakuje rozprawienia się z popularną na Zachodzie teorią, że w Polsce nie było tzw. drugiej fali feminizmu w latach 60 i 70 – konieczna byłaby konkretna teza – była druga fala, tylko się tak nie nazywała!

3/ Przesadnie opieracie się na badaniach anglojęzycznych, które mówią o Europie Wschodniej i Polsce w kontekście Związku Sowieckiego.

4/ Nie ma osobnego rozdziału o kobietach jako inspiratorkach, twórczyniach i odbiorczyniach kultury.

5/ Zbyt intensywnie omówiona została Liga Kobiet, co zmienia w oczach Czytelnika jej funkcję w życiu społeczno-politycznym PRL.

6/ Niejednolity język – zwłaszcza w sprawie feminitywów i neologizmów

7/ Wspaniałe wprowadzenie nt. gender, ale dlaczego nie ma tam ani jednego słowa nt. tego, co w Polsce się stało z tym terminem i w jaki wstrętny sposób został wykorzystany? I to akurat w czasie, kiedy Państwo pisaliście tę książkę.

8/ No i dwa zwyczajne głupstwa:

Napisaliście, że internowane w Gołdapi chwaliły sobie internowanie, bo mogły odpocząć!
No halo!? Naprawdę?

I na koniec perełka bezsensu z rozdziału “Uroda”: twaróg produkuje się z serwatki!

Nie proszę Państwa, twarogu NIE produkuje się z serwatki, serwatka jest produktem ubocznym produkcji twarogu! I każdy człowiek zajmujący się PRL musi to wiedzieć, bo twaróg był obok ziemniaków i cebuli jednym z najważniejszych środków spożywczych w Polsce! I każdy w PRL-u umiał domowym sposobem wyprodukować twaróg ze zsiadłego mleka (teraz się nie da).

Powiecie – nieważne głupstwo! Tak, zapewne, ale jeżeli w takim głupstwie nie wiecie, o czym naprawdę piszecie, to dlaczego mamy Wam wierzyć w sprawach poważniejszych niż twaróg i serwatka!?

W worku jest ser biały, czyli twaróg, w garnku to, co odciekło, czyli serwatka 🙂

Odcinek 11

Mieczysław Bonisławski

21 grudnia sprawa sygn. akt ….. (nie do odczytania – numer zamazany ołówkiem kopiowym) odczytanie dowodu nr ….. (nie da się odczytać numeru, w tym miejscu nakładające się kilkukrotne skreślenia i poprawki długopisem) opracował: psycholog, biegły sądowy, mgr …… (imię i nazwisko zamazane ołówkiem kopiowym, nieczytelne) karta nr 93 / 153 / 264 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

Byłem strażnikiem kolejowym. Wyrzucili mnie, nie wiem sam czemu? Może ktoś mi pomoże to zrozumieć? Może pani mi pomoże…? Czy uwzięli się na mnie? Ci chuligani i złodzieje. Wszędzie ich pełno, mogą mieć dojścia… No bo byłem na nich zbyt dobry, dawałem im radę… A może to ktoś z nadania partyjnego, po linii politycznej…? Poznałem ostatnio takiego jednego redaktora, on chyba współpracuje z SB? Wydaje się, że to mocno niepewny gość… Kazali mi spotykać się z lekarzem, jakieś badania robili. I po co, skoro i tak wiedzieli, że mnie wyrzucą? I wyrzucili, jak psa. Czuję się jak pies wyrzucony z pędzącego wagonu na tory. Leżę z głową przy szynach, na ostrych kamieniach i wdycham zapach smołowanych drewnianych podkładów nagrzanych w słońcu. Mój ulubiony zapach… Unosi się z podkładów, kręci nad nimi, nad zieloną łąką i nad kwiatami… Taki mocno duszący, aż świdruje pod czaszką… Ogłusza mnie, ale właśnie teraz, gdy odbiera mi rozum, chce mi się konkretnie coś stworzyć, wstać i podejść do ludzi, wziąć się razem z nimi do pracy, oddać ich rytuałom… Przeżywać cokolwiek razem z nimi… Mogli by przybiec z osiedla mali chłopcy, ale oni grają w piłkę na asfaltowym boisku między blokami. Nie przyjdą. Nikt nie przyjdzie na tory, aby mnie pocieszyć, pomóc mi wstać, stanąć na nogi. Nawet ci mali chłopcy, tacy inni od ich napuszonych ojców i łobuzujących starszych braci… Niby niewinni, a jednak już… Już tacy podobni do nich – nie chcą do mnie podejść, pomóc. Też już mnie odrzucili, jak wszyscy tamci. Leżę jak wyrzucony stary worek, nikomu nie potrzebny. Wiatr targa mną niczym zużytą, zakurzoną płachtą brezentu. Tak, kurzy się na mnie zewsząd… A gdy jest mokro, oblepia mnie błoto. Straszliwe błoto… Jak ja nie cierpię tego błota, jak ja się boję tego błota… Tego że mnie oblepi i się od niego nie odlepię, że mnie zakryje, zasłoni, że mnie pod nim w końcu już zabraknie, zniknie pod nim cała prawda o mnie. Że mnie nie będzie i nikt mnie nie odnajdzie, nawet ja sam siebie nie odnajdę pod tym błotem… To już wolę ten kurz i ten wiatr, i jego dotyk na sobie, na całym ciele… Ale… uwaga… Czuje to pani? Ni stąd ni zowąd, w miejsce tego lekkiego powiewu, pojawia się nacisk. Taki naokoło, ze wszystkich stron. Nie, nie ucisk, który czuć, tak jak wtedy gdy coś się panoszy, narasta gdzieś w tobie i tak od środka zadaje ból. Nacisk. Coś się dzieje na zewnątrz. Pusta do tej pory przestronność wokół czymś się zapełnia. Czuć to coś, poprzez ten nacisk właśnie. To odczucie… Wyrywa z tego co było dotąd. Co to było…? Coś się działo, ale jakie to było? Przyjemne? Czy straszne? Na czym polegała przyjemność? Z czego wynikał strach? Zbyt szybko to się dzieje, aby zapamiętać. Nacisk wyrywa z tamtej przyjemności lub z tamtego strachu tak nagle, że cała tamta, przeszła, rzeczywistość nie ma już treści, kształtów, barw. Zamiast nich – ciemna, lita zasłona, a jak tylko próbuje się ją podnieść, odsłonić, to na piersiach zaraz coś siada, dusi, nie daje oddychać! Ogarnia gęste coś, jakby się nurkowało nie w toń jeziora, ale w oleistą maź, pochłaniającą całe ciało, kawałek po kawałku. Przylepia się do skóry rąk, nóg i tułowia, wciska się do ust, oczu i nosa. Nic nie widać, a maź, która zatkała oczy, wlewa się ustami do przełyku, aż chcesz zwymiotować. Maź zatyka nozdrza, brakuje powietrza, nie możesz złapać oddechu, tchu… Dusisz się. Trzeba zawracać, cofnąć się od tego co było przedtem, do tego, co jest teraz. Ale co jest teraz? Wokół ciemność. Przestronna, nie taka oleista, jak ta z przeszłości, pachnie świeżym powietrzem znad łąki. Tchnie wilgotnym wiatrem znad lasu. Kryształowa niczym kryształowe powietrze. Pusta, przestronna ciemność i te naciski, z prawa, z lewa, na piersi. Nacisk w głowę i między łydkami. W prawy bok i w lewy bok. Co to jest to teraz? Ale wystarczy otworzyć oczy, aby zobaczyć. Zobaczyć jak obute stopy grzęzną w brązoworudej posypce z tępokanciastych kamiennych ułamków. Jak wyciągnięta gdzieś przed siebie noga zahacza o stalową szynę kolejową. Nad szyną wyłania się daleka perspektywa, ale widoczna przestrzeń poprzetykana jest płaskimi słupkami metalowej barierki wiaduktu. W dole idzie przed siebie, prosto jak strzelił asfaltowa szosa. Jej perspektywę po bokach wyznacza szpaler święcących latarni. Mokry od deszczu asfalt odbija gwieździstymi rozbryzgami blasku każdy pojedynczy element szpaleru. Widać to tak z lewa na prawo: srebrzyste światło odbite w asfalcie – ciemny pasek barierki – świetlny blask – ciemna smuga słupka – srebrzysty rozbryzg na ciemnym asfalcie – i tak dalej aż po granicę wąskiego widnokręgu. Wolna przestrzeń między pasem tłucznia z balami podkładów kolejowych i szynami a krawędzią wiaduktu, zaakcentowaną metalową barierką, powoli wypełnia się kilkoma, kilkunastoma, a w końcu – nieprzebraną ilością trampek, lakierków, kamaszy, gumiaków. Jedne obłocone, inne przybrudzone tylko pyłem spomiędzy podkładów kolejowych, wszystkie mokną w deszczu i obmywane z gliny, kurzu i piasku, mokre zaczynają odbijać padające na nie od dołu światło ulicznych latarni. Potrzeba tylko, aby istniejący ponad nimi człowiek stąpnął stawiając nogę w odpowiednim miejscu pomiędzy prześwitem słupków barierki i pod odpowiednim kątem do smugi światła. Te obute nogi, dziesiątki nóg, zasłaniają wszelki widok. Aby cokolwiek zobaczyć, trzeba podnieść się z kolan, powstać i stanąć między tłoczącymi się ludźmi. To mieszkańcy Krakusa, Wiejskiej, Zacisza, Węglowej, Rymarskiej i ulic przyległych. Wspięli się na wysoki, wygięty w łuk nasyp dawnej kolei szprotawskiej, okalający tu fabrykę dywanów „Dekora”. A potem tym nasypem, przechodząc górą, po zasypanym prześwicie w miejscu dawnego, małego wiaduktu nad zaślepioną przed paru laty ulicą Krakusa, przybyli gromadnie na ten nowy, betonowy wiadukt, „z tamtej strony”. Od strony nowej, zielonogórskiej strefy przemysłowej. Ale są też mieszkańcy Krośnieńskiej, Miodowej i bloków na Waszkiewicza, II Armii, Findera, Sucharskiego, Jóźwiaka. Ci z kolei, wyszli „z tej strony” na ów nowy wiadukt nad Aleją Wojska Polskiego, przechodząc przez głęboki jar. Kończy się on przy przejeździe kolejowym „Krośnieńska”, a prowadzi od strony strefy mieszkalnej, na którą składają się świeżo budowane osiedla: Łużyckie i Słoneczne. Ci ludzie są tu może nawet jeszcze większą gromadą niż tamci z drugiej strony Wojska Polskiego, tamci zza nowego wiaduktu. Nie wszyscy mieszczą się w przestrzeni betonowej konstrukcji, rozciągniętej ponad dwoma jezdniami nowoczesnej arterii, zbudowanej, by połączyć starówkę z nowymi osiedlami w zachodniej części „Winnego Grodu”, tego miasta winnic i dawnych winiarzy. Część tłumu wylewa się po „tamtej stronie” mostu, na porośnięte trawą, strome stoki nasypu. Inni, ci co przyszli z dzieciakami, palą nerwowo papierosy, stojąc wzdłuż szyn „z tej strony”, aż do miejsca, gdzie kończy się krótki, 150-metrowy odcinek płaskiego i zaczyna się długi wjazd do sztucznie wykopanego w 1910 roku jaru. To wtedy budowniczowie kolei z Grünbergu do Sprottau musieli tu wgryzać się w wał polodowcowego wzgórza, aby przebić się z torami przez morenę czołową Wału Zielonogórskiego. Dzieciaki ganiają zresztą jeszcze kawałek dalej od krańca tego wąwozu, aż do miejsca gdzie skręca on w lewo, a horyzont zamyka metalowa kładka. Z jednego zbocza na drugie przerzucono po niej wielką rurę, dostarczającą gorącą wodę z ciepłowni przy Miodowej do kaloryferów w blokach na Waszkiewicza i II Armii. Tłum zanurza się w ciemnościach wrześniowego wieczoru. Nie są to takie ciemności, że oko wykol, latarnie wzdłuż Alei Wojska Polskiego, bądź co bądź, je rozpraszają. Ludzie jednak pozostają nierozpoznawalni, bez indywidualnych cech, żadnych szczegółów odróżniających tego faceta z Waszkiewicza, od tamtego z Krakusa, odlewnika z Falubazu od spawacza z Zastalu, elektryka z Lumelu od palacza z Polskiej Wełny. Są jak wielkie stado baranów na redyku, czy tabun bydła na pegeerowskim pastwisku. Jednakowo rozmazani w półmroku, w ciemnych garniturach lub ortalionowych płaszczach, w nieeleganckich kapeluszach lub jeszcze mniej wykwintnych kaszkietach, spod których ciężko dojrzeć ich oczy, twarze, charaktery, radości i strapienia. Cokolwiek dojrzeć, co bądź w nich rozpoznać. Ich dzieciaki jednakowo dokazują na wypłaszczeniu przejazdu kolejowego przez Krośnieńską lub wspinają się stromymi zboczami jaru na kładkę z rurą z ciepłowni i biegają po niej ryzykując skręcenie karku, a oni coś między sobą gadają. Bez emocji i uniesień, bez okrzyków i porywów. Bez wzniosłych tyrad i głębokich odniesień. Nie ma tematów i nie ma indywidualnych wypowiedzi. To stado wydaje z siebie tylko jednolity, acz pochodzący z setek gardeł szmer. No, może pomruk. Na jednej nucie, przeciągający się aż do zupełnej ciszy, nic nie dający pomruk. Nic nie wnoszący, nic nie mogący zmienić pogłos o niczym… Tło dźwiękowe dla tego tłumu bez własnej osobowości, szum tlącego się gdzieś pod powłoką biologicznego przetwarzania substancji pokarmowych w odchody i tlenu w dwutlenek węgla. To wszystko, to oczywiście gówno prawda. Pasuje do wyobrażeń Pułkownika, Redaktora, ale to gówno prawda, tak jak gówniany jest sam M., K. czy nawet i ten R., z ich wysokimi stanowiskami na czele. A smrodu gówna tak naprawdę to nie czuć. Tylko zapach wody kolońskiej lub tej po goleniu oraz palących się papierosów, „sportów”, „klubowych”, rzadziej „zefirów” czy „Caro”. Błyskają też światłami ręczne latarki.
– Jadą już? – zaczyna się konkretna gadka setki chłopów, zjednoczonych teraz w tym jednym.
– Nie, mieli zacząć o szóstej, ale jest jak zwykle…
– Dobrze, że mają opóźnienie… Ja biegnę tu prosto z żużla. A za mną jeszcze kupa luda.
– Dzisiaj jeździli, w czwartek? Z kim?
– Z Lesznem.
– I ile… – 53 do 43. Do przodu.
– A jak ten młody, z Raculi? Ten co się połamał…
– Huszcza…? Trzy jedynki.
I rzeczywiście. Wiadukt zapełnia się grupkami mężczyzn idącymi od strony jaru i tego drugiego wiaduktu przy Łużyckiej (jeszcze kawałek dalej za zakrętem, za tą kładką z ciepłowni). To tradycyjna, piesza droga ze stadionu Lubtouru przy Wrocławskiej, gdzie ścigają się żużlowcy. Ale tutaj narastają emocje kolarskie i zniecierpliwienie. Wprawdzie to nocne kryterium i powinno być ciemno, ale opóźnienie sięga już półtorej godziny. Nagłośnienie nie działa i ludzie nie mają nawet skąpych wieści z pierwszej ręki, czy kolarze w ogóle wystartują w tym deszczu?
– Coś wiadomo, czy Szozda przyjechał do Zielonej Góry?
– Szurkowskiego na pewno nie będzie.
– Słyszałem, że dwóch z drużyny olimpijskiej miało przyjechać na kryterium winobraniowe.
– Ponoć bardzo chciał Mytnik. I Nowicki.
– Ja specjalnie przyszedłem zobaczyć Szozdę. W zeszłym roku, jak wygrał u nas Wyścig Pokoju, miałem akurat drugą zmianę… No i nie mogłem zobaczyć… –
A ile razy przejadą pod wiaduktem…?
– Jadą, jadą! Patrzcie…
Kryterium kolarskie Święta Prasy z okazji Winobrania polega na przejechaniu nocą jedną nitką dwujezdniowej Alei Wojska Polskiego, zawróceniu na jej zachodnim końcu, tam gdzie zaczyna się osiedle, przejechaniu drugą nitką z powrotem na starówkę, zawróceniu – i tak kilkanaście razy…
Wszyscy pchają się do barierki wiaduktu od strony centrum miasta… W dole, gdzieś na końcu ulicy pojawia się kolarski peleton… Czy jedzie w nim Szozda? Albo inni srebrni medaliści zakończonej dwa miesiące temu Olimpiady w Montrealu? Dyrektor od lekkiej atletyki, Jan Strychalski rozpowiada, że jak ich razem z Grzegorzem Kurkiewiczem zaprosili na wręczanie odznaczeń w Warszawie do centrali, to tam załatwili, że za tydzień, na winobraniowym mityngu lekkoatletów będą Szewińska, Wszoła, Ślusarski, Podlas i Malinowski, czyli niemal wszyscy nasi medaliści z olimpijskiej bieżni i skoczni. Miłośnicy kolarstwa chcą tego samego, zwłaszcza że, aby zobaczyć olimpijczyków na stadionie przy Sulechowskiej trzeba zabulić dziesięć złociszów… To jedna piąta ceny pół litra czystej wódki, a kolarzy można oglądać za darmo. No i ten Szozda, dwa lata temu, gdy jechał w Wyścigu Pokoju był na mecie w Zielonej Górze drugi, a rok temu – już pierwszy…
– Widział pan ten wypadek na Krośnieńskiej? – ktoś zniecierpliwiony rzuca z innej beczki.
– Nie, czytałem tylko w „zielonogórskiej”…
– Ja słyszałem, że w tym fiacie zginął ten trener od piłkarzy ręcznych. Profesor ze szkoły sportowej. Sosiński…
– Żona jest pielęgniarką, osobiście widziała trupy. Tam zginęła kobieta. I dzieciak. Żadnego faceta nie było.
– Od kochanka jechała…
– Z dzieciakiem?
– To nie był ten trener, tylko jego żona. Zdradzała go z sekretarzem z Komitetu Wojewódzkiego, z tym Wytrykusem, co to na polowania jeździ.
Januszek, patrzy na swą kolarzówkę. Rower leży na bruku Krośnieńskiej, na boku, tuż przed przejazdem kolejowym. Wyciąga rękę. Trąca pedał, który kręci się chwilę.
– To nieprawda. Ja żyję! Jestem tutaj.
– Ty, tam zdaje się twoja wychowawczyni zginęła?
– Pani Barczyńska? – dziwi się mały, o którym dużo jeszcze Pani powiem. I to rzeczy, że ho!
– To naprawdę była żona trenera Sosińskiego? – nie mogą uwierzyć młodzi szczypiorniści. Trzech starszych chłopaków, ósmoklasistów z bloków na Krośnieńskiej, tych naprzeciwko warzywniaka, którzy chodzą do tej drugiej szkoły, na Długiej, otacza leżącego przy rowerze Januszka. Prowadzi ich Zenek z bloku Januszka, który razem z nimi trenuje u Sosińskiego.
– Nie wiedzieliśmy, że kobieta mu się puszcza.
– I to z samym sekretarzem z Komitetu!
– Patrzcie, ale chłop ma przerąbane.
– Te, mały, puszcza się ta twoja wychowawczyni z sekretarzem, czy nie?!
– Chłopaki, to wcale nie jest tak.
– A jak?
– Wytrykus tego dnia… Z moim Ojcem, u nas w domu… Posłuchajcie jak to było, ja to przecież widziałem. Byłem wtedy pod stołem… – prawie płacząc oponuje Januszek.

karta nr 98 / 161 / 272 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

Największy pokój w mieszkaniu spółdzielczym typu M4 miewał zwykle tak między szesnaście a dwadzieścia metrów kwadratowych. Cztery metry na cztery, cztery i pół metra… W przedpokoju były płytki PCV w kolorze jasnobrązowym, ale już w pokoju – „krótkowłosa” wykładzina podłogowa o barwie brudnoszmaragdowej. To była taka warstwa gęstego, twardego materiału dywanopodobnego, przyklejona na sztywno do wylanego na całej powierzchni pokoju betonu. Nici były zbite w litą masę, powierzchnia całkiem płaska, choć pod ręką czuło się takie łaskotanie, gdy przejeżdżało się dłonią wzdłuż czy wszerz. Sprzątało się to, odkurzało takim ręcznym odkurzaczem mechanicznym, nazwanym przez producenta „Gośka”. „Gośka” szurała po wykładzinie metalowym, płaskim pudłem, od spodu wyposażonym w obrotowe szczotki, zgarniające mechanicznie paprochy z podłogi. Pod ścianami dużego pokoju stały czeskie segmenty na wysoki połysk. Utrzymane w ciemnej tonacji, przeszklone: biblioteczka z czterotomową encyklopedią PWN, leksykonem, słownikiem języka polskiego i literaturą faktu o tematyce wojskowej, witryna z kryształami, kieliszkami i filiżankami o złoconych brzegach oraz zamykanym na drzwiczki barkiem (pod nim zamykana szafka, a obok niej cztery szuflady), niska komoda na pościel z ułożonymi na jej połyskującym blacie pamiątkami z wczasów w górach i nad morzem. W narożniku pokoju, przy wyjściu na balkon stał czarno-biały telewizor, a po środku pokoju – duży stół, rozkładany do jeszcze większych rozmiarów przy okazji imienin, urodzin, Wielkanocy czy Wigilii. Szeroki i długi biały obrus, obszyty na brzegach wąską gipiurą, zwisał z blatu i spływał aż do brudnoszmaragdowej wykładziny dywanowej, tworząc pod stołem zamkniętą przestrzeń. Skrytą przed wzrokiem zgromadzonych powyżej statecznych kobiet w kokach i ważnych mężczyzn z poluzowanymi pod szyją krawatami, zasiadających na dwunastu krzesłach. Wymarzony świat dla jedenastolatka.

Gdy przychodzili goście do Matki i Ojca, jedenastolatek mógł się tam chować i – choć przeganiany do swojego pokoju – też, na swój sposób, uczestniczyć. Na tym bliskim podłodze poziomie takie towarzyskie spotkanie przy wódce kojarzyło mu się głownie z czterema, masywnymi nogami stołu i będącymi w ciągłym ruchu nogami od tych dwunastu krzeseł. Na granicy owej niszy między blatem a tymi nogami szurały, podskakiwały, przydeptywały się, stawały kantem szpilki, szpileczki, czółenka i botki, i brązowe lakierki, kamasze, pantofle. Panował przyjemny półmrok i mimo niedogodności, taka – pustka, swoboda, wolność od wścibstwa, obowiązków i zakazów. Powyżej, na przykrytym obrusem blacie i ponad nim dźwięczały z daleka, szklano i porcelanowo talerze, talerzyki, literatki, kieliszki, półmiski, salaterki, otwarte słoiki, karafki, półlitrówki. Noże, widelce, łyżki, łyżeczki, korkociąg wydawały metaliczne odgłosy. Ponad nimi, między nimi, obok nich, ćwicząc chłopcu wyobraźnię, pochylały się twarze, żujące, ciamkające, przełykające, plujące śledzikami, sałatką jarzynową, bigosem, ogórkami, pomidorami, grzybkami, baleronem, tatarem, kaszanką (na gorąco), herbatą, oranżadą, wodą grodziską, żytnią, jarzębiakiem, żubrówką, winem i ajerkoniakiem. Tam – o czym jedenastolatek wiedział skądinąd – światło było ostre, padało z pięcioramiennego żyrandola, mieszało się z poświatą telewizora i blaskiem odbitym od biżuterii pań i okularów panów. Jedenastolatek wyobrażał sobie ich twarze w tym świetle. Między przełykaniem, mlaskaniem, siorbaniem twarze, głowy, usta – nie anonimowe bynajmniej – wydawały mniej lub bardziej artykułowane dźwięki, układające się w ciągi niosących konkretne treści słów i zdań. Każda twarz miała swoisty, identyfikowalny przez jedensatolatka tembr wydawanego głosu, tempo składania artykułowanych głosek, sposób oddychania podczas wypuszczania z siebie fali dźwiękowej, inaczej wkładała w wypowiedzi emocje i uczucia. Taki Wytrykus, na przykład.
– Doskonała sałatka. Alka, naprawdę. Będzie co pamiętać, aż do następnego spotkania. – pochwalił Matkę swoim tubalnym głosem. Do tego powiedział to bardzo wyraźnie i zdecydowanie.
– A ten tatarek, z jelonka? – indagował cichym głosem, rozwlekając samogłoski Redaktor. – Jak tam, sekretarz, to ostatnie polowanie? Ci z eNeRDe nie postrzelali się z towarzyszami radzieckimi? – mimo dłuższego, złożonego zdania spytał jednostajnym tonem, równo na jednym przydechu, bez żadnej intonacji emocjonalnej.
– Ty to masz z czego żartować! – obruszył się Wytrykus, który jako sekretarz Komitetu Wojewódzkiego służbowo i jako zapalony myśliwy, prywatnie, organizował wieczory i poranki wszystkim delegacjom partyjnym odwiedzającym województwo zielonogórskie. Niepartyjnym, czyli branżowym, kulturalnym, wojskowym również.
– A co tam, z tą twoją Warszawą? – zagaił Ojciec ze znanym wszystkim, swoistym kresowym akcentem, siedzącego obok Redaktora, Mamaka. Tą nagłą zmianą tematu osiągnął cel, jakim było zażegnanie wyraźnie narastającej niezręcznej sytuacji.
– Na razie, to nie jest ona wcale moja – odrzekł były przewodniczący miejskiej rady, stonowanym, ciepłym głosem, bardzo starannie intonując frazy, w zależności od ich ładunku emocjonalnego i powolnie akcentując kolejne słowa. Powiedział to cicho, ale jego głos zniewolił jak zwykle wszystkich słuchaczy, oderwał od otaczającej rzeczywistości.
– Może w ogóle nie wyjadę. Pozostanę w Zielonej Górze, szkoda mi opuszczać to miasto. Chciałbym na co dzień oglądać jak inni kończą to, co ja sam rozpocząłem.
– A jak doktorat? – zasyczał Redaktor. – Co z waszym doktoratem, towarzyszu przewodniczący?
– Ostręga chwalił się ostatnio, że zaraz zaczynają to nowe osiedle po drugiej stronie Gwardii Ludowej – beznamiętnie i rzeczowo wtrącił Wytrykus. Mimo to nikt nie nabrał się na to, że nie było to podszyte irytacją i chęcią sprowadzenia złośliwej uwagi Redaktora do niebytu. Ten ostatni nie poddawał się jednak: – Ostręga to już nie byle kto, prezydent. Nie to co przewodniczący jakiegoś prezydium…
– Cieszę się z tego, że moi następcy konsekwentnie realizują mój plan budowy tych osiedli z zachodniej strony Zielonej Góry. Osiedle Łużyckie już stoi, to po drugiej stronie Łużyckiej, chyba już też. Teraz przyszła naturalna kolej na zabudowę tych nieużytków na górze, za Gwardii Ludowej – spokojnie puentował Mamak.
– Zaczynają osuszać już mokradła. Zaraz zasypią też chyba glinianki? Biegam tam z „Agatem”, bardzo dobre miejsce dla spaniela ułożonego na kaczki… Ale to już niedługo jak się okazuje? – stwierdził Wytrykus.
– A chłopcy z okolicznych osiedli nie będą mieli gdzie chodzić, łapać traszki i żaby – zaczął z nutą krytyki Redaktor.
– Czy traszki nie są aby pod ochroną? Słyszałem też, że nie będzie tam wieżowców? – Tak, tylko bloki do wysokości czwartego piętra – pospieszył z wyjaśnieniem Mamak. – To są tereny pokopalniane, wyższe domy pozapadałby się w głąb wyrobisk.
– Czy warto budować osiedle nad byłą kopalnią? Niszcząc przy tym ciekawą przyrodniczo enklawę? Może lepszy byłby tu park z wodą, dla mieszkańców tych nowych okolicznych osiedli? – spytała zdziwiona Matka
– A co z tym domem kultury na osiedlu Łużyckim? Ta budowa ślimaczy się już kilka dobrych lat…? – podjudzał dalej Redaktor.
– Wystarczy wyjrzeć przez okno. Gdyby było widno, zobaczylibyście te sterty piachu, desek, dźwig… I żadnego efektu – pożaliła się Matka – Wokół tylko glina, kałuże a z samego rana budzi wszystkich wokoło ten dźwig. „Marian” się nazywa i skrzypi na całe osiedle, aż ciarki przechodzą…
– Opiekę nad domem kultury przejmie fabryka wykładzin dywanowych, „Novita” – oznajmił z zadowoleniem w głosie Wytrykus. – To ta nowa fabryka, która się buduje? – pojawił się nowy głos, taki trochę skrzekliwy, podchodzący pod rytm stukających o szyny kół pociągu, a z drugiej strony jakby ze śpiewną nutą kresową. Początek zdania silny, zdecydowany, na końcu jednak cichutko, jakby glos miał zaniknąć, jakby to mówił duch…
– Tak, projekt jej powstania przeforsowano w centrali, w Warszawie, jeszcze za mojej kadencji – pospieszył z wyjaśnieniami Mamak. – To ma być sztandarowa inwestycja dekady w skali kraju.
– To jak to będzie? Ci co budują „Novitę”, wesprą tę budowę przed naszymi oknami? – ucieszyła się Matka. – Już nie mogę patrzeć na te rozbabraną budowę. Postawili jakieś słupy z betonu, zaczęli układać między nimi te dziwne, białe cegły, ale chyba wszystko przerwali? Piętro zrobili, a parter zostawili…
– Ta strefa przemysłowa z „Novitą”, to był, Kazik, zdaje się, od samego początku, twój pomysł? – „Duch” zwrócił się do byłego przewodniczącego.
– Tak, ja wymyśliłem nową strefę dla zakładów i magazynów. Na północ od miasta, za terenami kolejowymi.
– Tam coś będzie jeszcze takiego większego, oprócz tej „Novity”?
– Głównie magazyny i obsługa. Nowej produkcji niewiele, ale to i tak dobrze, że Warszawa zgodziła się zlokalizować u nas choć te jedne wiodące zakłady. Polityka inwestycyjna państwa idzie w zupełnie innym kierunku: jakieś zaniedbane Mazury, Bieszczady, nowe zagłębia węglowe…
– Czyli miastu nie przybędzie środowiska robotniczego, takiego typowego, wielkoprzemysłowego…? – Jeśli chodzi o zagrożenie ekscesami robotniczymi, to Zielona Góra zostanie bezpieczna. Tak jak w Czerwcu, na uboczu głównych nurtów – potwierdził tezę „Ducha” Ojciec.
– A jak wasze rozeznanie w terenie?
– Duże nadzieje wiążemy z tym Sosińskim. To „wtyka” samego Pułkownika.
– On zdaje się był długo poza branżą?
– Tak, ale teraz ma dobre kontakty, szerokie, w różnych środowiskach. Zrobiliśmy z niego znanego i szanowanego trenera sportu młodzieżowego. Robi masowe nabory po szkołach do tej swojej sekcji, dzięki czemu łatwo nawiązuje osobiste kontakty z rodzicami chłopców. Z wielu, różnych – praktycznie ze wszystkich możliwych – środowisk na terenie miasta i okolicznych miejscowości.
– Gratuluję. Przyda się, zwłaszcza teraz… – zawiesił głos „Duch”.
– Szykujecie coś nowego? – zainteresował się Wytrykus.
– Z tym księdzem Kotlarzem, to prawda, co mówiła Wolna Europa? – poszedł na całość Ojciec. „Duch” westchnął. Nabrał powietrza, wahał się. Ale w końcu zaczął:
– Ten Kotlarz za bardzo podskakiwał. Najpierw tam w Radomiu, a ostatnio jeszcze w Lublinie. Uciszyliśmy go my, albo i nie my, ale przekaz do hierarchów poszedł jednoznaczny. Już są sygnały, że kościół się pohamuje. Jakiś tam apel o uspokojenie, o mniejsze pałowanie, ale to wszystko!
– Pamiętam sześćdziesiąty u nas… I księdza Michalskiego – zaczął Ojciec, ale przerwał mu Wytrykus:
– A co z uspokojeniem społeczeństwa?
– Najgorsze że Moskwa zakazała podwyżek. Jesteśmy w czarnej dupie. Ponoć sam Breżniew dzwonił do „Pierwszego”.
– Ale rozwiązań siłowych nie będzie?
– Kowalczyk bardzo napierał, stąd te całe manewry „Lato”. Ale i tak był tym razem zakaz używania ostrej amunicji, a w końcu kazali Stachurze odwołać całą akcję. Tu, u was, było zdaje się zupełnie spokojnie?
– Tak, żadnych ekscesów.
– No właśnie, my powstrzymujemy takich Kowalczyków, Stachurów, a tamci szykują coś większego. Z tego co wiemy, a niestety wiemy o wiele za mało. Ten cały Lipski, może Olszewski, a na pewno Kuroń i te jego harcerzyki, studenci, jakiś Maciarewicz, szyją nam niezłe buty. Coś ma być jeszcze teraz, we wrześniu… Mówi się o jakimś komitecie… Mogą się zorganizować, huje niemyte! Nastała dłuższa cisza. Nikt nie odważył się przerwać tego milczenia, aż „Duch” uderzył nagle z innej, zupełnie niespodziewanej strony: – Tak chwalicie tego Sosińskiego, ale dochodzą słuchy, że ta wtyka zamieszana jest w jakąś śmierdzącą sprawę. Możecie powiedzieć coś więcej? Mamak już dawno odciął się od rozmowy, która zeszła na obce mu obszary. Teraz wstał z rumorem od stołu Wytrykus.
– Alka, mam do ciebie pytanie – zawołał na Matkę i wyszedł z pokoju, podążając do kuchni za kobietami. Zostali tylko we trzech: Ojciec, Redaktor i „Duch”. Pierwszy odezwał się znowu „Duch”:
– Coś z pedofilią? Jakaś afera w szkole? Ojciec chrząknął. Głośno przełknął ślinę. Milczał jednak. „Duch” naciskał:
– Słyszałem, że powstał jakiś plan. Pedofilia to podatny, praktyczny hak na każdego. Co konkretnie zamierzacie? Wy, redaktorze…?
– Nie, nie… – Redaktor zmieszany coś zabulgotał niewyraźnie. „Duch” zwrócił się do Ojca:
– A ty, stary, powiesz mi w końcu o co chodzi? Ojciec jednak milczał. Ostre światło oślepiało go. W jego oczach można było dostrzec jakąś nieobecność. Może przyczynił się do tego wypity tego wieczoru alkohol, a może uczyniło to zupełnie coś innego, ale jakby stracił kontakt z Redaktorem, „Duchem”, innymi. Sprawiał wrażenie nieobecnego. Dokądś odleciał. Zaczął wyobrażać sobie… jak to będzie… Jak to z nim będzie, gdy tylko spotka swoją przeszłość… swoją przyszłość… A wyobrażał je sobie jakby to była codzienność… A przecież to były tylko alkoholowe fantazje… to co zaczął przeżywać niczym prawdę…