Vor einer Woche und gestern berichteten wir (ich und Plamena Maleva) über Übersetzer Workshop, der im Rahmen der Osteuropa-Tage organisiert wurde.
Heute präsentieren wir polnische Autorin und Aktivistin der neusten Frauen- und Kampfbewegung in Polen
Monika Tichy
Die Autorin des polnischen Textes Monika Tichy hat sich am zweiten Workshop-Tag eingewählt und sich mit der polnischen Gruppe über ihren Text und über die aktuelle Lage in Polen unterhalten. Ihr machen die aktuellen Umstände in Polen rund um das Abtreibungsverbot Sorgen.
Monika Tichy (l) & Katarzyna Hajduk
Ein Video von unserem Zoom-Gespräch findest du HIER / TU Text Original / Tekst po polsku:TU / HIER
Der Ausschnitt aus der entstandenen Übersetzung (grün auf Polnisch / zielony po polsku)
Ich war mal eine ins Gebet vertiefte, Bibel lesende und drei Mal pro Woche im Gottesdienst dienende junge Frau. Sakramentale Ehefrau. Glaubend an den Schwindel des Patriarchats, verpackt in ein lyrisches Sacrum, an das mein Vater glaubt.
Vater weiß nicht, dass ich nicht mehr glaube. Ich spreche mit ihm über nichts Wichtiges, obwohl wir hin und wieder aufeinander treffen, denn meine Mutter passt manchmal auf meinen Sohn auf. In diesem Moment, so wie immer mittwochnachmittags, ist der Kleine bei der Oma, aber ich bin nicht auf Arbeit, so wie üblich. Ich streike.
Vater weiß nicht, dass mein Mann, der im Ausland arbeitet, schon jemand anderen hat und ich ebenfalls. Vater weiß nicht, welche Ethnie, welches Geschlecht, welches Alter unsere neuen Partner haben. Warum soll ich es ihm sagen, wenn ich weiß, dass er „solche“ nicht akzeptiert?
Vater weiß nicht, dass ich bei jedem lokalen und zentralen Antiregierungsprotest war, seitdem die Partei an die Macht kam. Seine Partei.
Vater ist ein Mitglied der Partei.
Also was macht er hier?
Kiedyś byłam młodą, rozmodloną panną czytającą Biblię i trzy razy w tygodniu służącą do mszy. Sakramentalną małżonką. Wierzącą w te ściemy patriarchatu, opakowane w liryczne sacrum, w które wierzy mój ojciec. Ojciec nie wie, że ja już nie wierzę. Nie rozmawiam z nim o niczym ważnym, mimo że widuję go, bo moja mama czasem zajmuje się moim synem. W tej chwili, jak zawsze w środy po południu, mały też jest u babci, ale ja nie jestem w pracy, jak zazwyczaj. Jestem na strajku. Ojciec nie wie, że mój mąż pracujący za granicą ma już kogoś innego, i że ja mam również. Ojciec nie wie, jakiej rasy, płci i wieku są nasi nowi partnerzy. Po co mam mu mówić, skoro wiem, że on „takich” nie akceptuje? Ojciec nie wie, że byłam na każdym antyrządowym proteście lokalnym i centralnym od czasu, gdy do władzy doszła Partia. Jego Partia. Ojciec jest członkiem Partii. Więc co on tu robi?
2.
Sie sind wie die Pharisäer, über die Jesus sprach: „Sie bürden den Menschen unerträgliche Lasten auf, doch sie selbst rühren keinen Finger, um diese Lasten zu tragen”. Liege in fruchtbaren Nächten neben der Ehefrau, aber fasse sie nicht mal an! Gebäre sechs! Und ziehe sie groß! Lass ihn dich schlagen, wenn er betrunken zurückkommt! Gebäre ein krankes Kind, kümmere dich um es bis Ende des Lebens und sterbe ohne Sicherheit, was mit ihm weiter sein wird! Welcher von ihnen, die da bequem im Pfarrhaus oder der Bischofsresidenz leben, roch zumindest einmal im Leben eine Windel?
Oni są jak faryzeusze, o których Jezus mówił: „Wiążą ciężary wielkie nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, a palcem ich tknąć nie chcą”. Leż obok żony w noce płodne, ale jej nawet nie dotknij! Urodź sześcioro! I wychowaj! Pozwól, by cię bił, kiedy wraca pijany! Urodź chore dziecko, zajmij się nim do końca życia i umrzyj bez pewności, co z nim będzie dalej! Który z nich, żyjących wygodnie na plebanii czy w biskupiej rezydencji, chociaż raz w życiu powąchał pieluchę?
3.
Die letzte Kraft, in der ich sie noch sehe, sind Frauen. Die Regierung weicht vor Nichts und Niemandem zurück. Demonstrationen von mehreren tausend Menschen zur Verteidigung der Verfassung oder der Medien zerschlugen sich an ihrem Hochmut wie eine Welle an einem Betonmast. Die Meinungen der EU-Organe oder der internationalen Institutionen gehen komplett an ihnen vorbei. Den einzigen Schritt rückwärts, den sie machten, war unter Druck von Frauen. Ostatnia siła, w jakiej jeszcze ją widzę, to kobiety. Rząd nie cofnął się przed nikim i niczym. Wielotysięczne manifestacje w obronie konstytucji czy mediów rozbiły się o ich butę jak fala o betonowy słup. Opinie instytucji unijnych czy międzynarodowych mają gdzieś. Jedyny krok wstecz, jaki zrobili, to pod naciskiem kobiet.
Zitate von mir als Koordinatorin:
– Der Workshop war ein großer Erfolg und das Team der Osteuropa-Tage ist sehr froh, dass wir es trotz der aktuellen Umstände geschafft haben, einen digitalen Raum für Austausch und Zusammenarbeit zwischen Übersetzer*innen zu schaffen.
– Dieses Jahr lag der Fokus des Workshops auf publizistischen Texten und wir hatten vier sehr unterschiedliche, jeweils sehr spannende Texte dabei, die vor allem für die Bevölkerung der jeweiligen Länder geschrieben sind. Die vier Gruppen, die jeweils aus dem Polnischen, Bulgarischen, Tschechischen und Russischen übersetzt haben, standen also vor der Herausforderung, gewisse kulturelle Kontexte, sowie landerspezifisches Hintergrundwissen, welches für das Verständnis der Texte notwendig ist, möglichst verständlich ins Deutsche zu übertragen, ohne dass dabei zu viele Fußnoten entstehen. Wenn man sich die entstandenen Übersetzungen anschaut, sieht man, dass alle Gruppen diese Herausforderung erfolgreich gemeistert haben.
Atmosphäre und Austausch:
Am Ende des Workshops haben sich alle Gruppen zusammengetan und sich über den Übersetzungsprozess ausgetauscht. Dabei konnte z.B. die bulgarische Gruppe, in der es keine deutschen Muttersprachler*innen gab, bei der Suche nach einem passenden Begriff wertvolle Tipps bekommen. Die Teilnehmenden konnten einen Teil von jeder Übersetzung hören und einen Eindruck von den jeweiligen spachrlichen Besonderheiten in jedem Text bekommen.
Ein besonderer Dank geht an die Referent*innen: Katarzyna Hajduk (PL), Evdokia Stoyanova-Kostova (BG), Anastasia Myasina (RU) und Ruben Höppner (CZ) für die tolle Arbeit an den Rohübersetzungen und beim Moderieren der Gruppenarbeit. Sie haben von den Workshop-Teilnehmer*innen auch viel Lob bekommen und es freut uns, als Veranstalter des Events, dass die Betreuung der Gruppen in sicheren Händen war.
Ewa Maria Slaska: To nie mój wpis. Jest niczyj, czyli wszystkich. To my go piszemy. Wy, oni.
Aktywistka feministyczna, Anna Krenz podczas demonstracji pod Instytutem Polskim w Berlinie 24.10.2020 / Foto: Javier Pimentel
Wybieram tylko ikony, foty-memy! Ich publiziere hier nur die echten Ikonen der neuen Freiheitsbewegung in Polen. Wkurwione kobiety. Es sind Frauen, die jetzt kämpfen. Es ist Wut und Mut. To jest wojna. Es ist Krieg.
Wypierdalać! bedeutet verPISst euch und verschwindet, fuck off, weg mit Euch, Arschlöcher! Ihr könnt uns mal und brav sein war gestern. Fuck you, fuck you, fuck you.
Jadę do Ojczyzny, ostrzeżona przez kilka osób, że w Polsce surowy lockdown, taki jak był wiosną, ale ostrzejszy, a główna różnica polega na tym, że ludziom po 70 nie wolno wychodzić z domu.
A ja muszę wjechać do Polski i przejechać polskimi kolejami państwowymi przez pół kraju, ze Szczecina do Gdańska.
Dojeżdżam do Szczecina w masce. Na granicy wkładam jeszcze okulary i czapkę, żeby nie było od razu i z daleka widać, że jestem stara. Oczywiście, jak ktoś mnie wylegitymuje, to żadna maskarada mi nie pomoże.
W kasie pierwsze zaskoczenie. Nie ma biletów na pociąg bezpośredni. W czasach poza pandemią to nie problem, wsiada się do Warsu… Ale Warsu nie ma, wsiąść (podobno) nie można. Po dwóch godzinach podejdę do kasy jeszcze raz i, nie wiem dlaczego, ale kupię bez problemu bilet pierwszej klasy. Na razie jednak tego nie wiem i kupuję tanie bilety na pociągi osobowe z trzema przesiadkami. Na nie też muszę czekać trzy godziny.
Trzeba zatem do miasta, a po drodze się maskować. Czy pomogło? Chyba tak, jakieś patrole przechodziły, nie kontrolowały mnie. Nie kontrolowały również innych osób, ale chyba nikt na ulicy nie miał tyle lat co ja. Czyli sytuacja podobna do wczorajszej demonstracji w Berlinie przeciwko czwartkowemu wyrokowi Trybunału. Jestem najstarszą kobietą. Dawniej tylko w kinie i na koncertach punkowych byłam najstarszą uczestniczką, potem na demonstracjach, zwłaszcza tych antyaborcyjnych i w obronie LGBT, ale żeby na ulicy!
Co zatem robić?
Mam trzy godziny czekania. Pogoda ładna, słoneczna, ale jesienna, chłodna. Maszerować przez trzy godziny można, pod warunkiem, że ma się cel, np Santiago, albo np Aleppo, ale tak się przez trzy godziny wałęsać chyba nie dam rady. Nawet czerwony liść na szarym bruku nie zajmie mnie przez trzy godziny.
Przepis stanowi, że wolno by mi było iść do pracy, ale nie pracuję w Szczecinie. Zresztą niedziela. Do sklepu też mi wolno, i nawet coś kupić, ale “pan jest moim pasterzem, niczego mi nie brak”, no a poza tym niedziela. Knajpy zamknięte, biblioteka zamknięta, postanawiam pójść do kościoła i zobaczyć, czy jakieś o pół wieku młodsze koleżanki robią jakąś zadymę pod hasłem wypierdalać. Uwaga – fota z Berlina, z sobotniej demonstracji.
Koleżanek już nie ma, ale w koszach znajduję ślady ich obecności. Wyciągam poskładane transparenty i ustawiam przy wejściu. Niech sobie wierni, którzy przyjdą na następną mszę też poczytają, a co?
To kościòł świętego Jakuba. Stąd ruszały kiedyś i ruszają znowu pielgrzymki do Santiago wśród Gwiezdnych Pól.
Nie dziwią więc tablice o drodze, czyli Camino. Ale kamień przypominający, że przez 400 lat mieszkali tu Kaszubi, jednak zaskakuje. Kaszubi mieszkają na Kaszubach. Tyle wiem. A tu jest Pomorze i to Zachodnie!
***
Myliłam się jednak, twierdząc, że w Szczecinie nie ma starych kobiet. Nie wiem, ile lat mają te dwie, które spotkałam po przyjeździe w głównej hali dworca. Może nie są tak stare jak ja, ale piękne i młode też już dawno nie są. Są ubrane w białe kitle i początkowo myślałam, że to jakiś patrol sanitarny i będą nam mierzyć temperaturę, sprawdzać, skąd jesteśmy i odsyłać na kwarantannę. Wysiedliśmy przecież z pociągu, który przyjechał z wrażego kraju, w którym “Granada” i “zaraza”. “Broni się jeszcze z wież Alpuhary Almanzor z garstką rycerzy”, ale nic mu nie pomoże, kobiety pędzą Araba jak psa, krzycząc głosem wielkim, że nie tu, nie TU, tu tylko dla kobiet, a toaleta dla mężczyzn jest TAM!
Gdy po trzech godzinach wracam na dworzec, idę TU, kobiety o czymś radzą po cichu, wychodzę, myję ręce i wyciągam z plastikowej beczułki “jak wąż kręty” cienki i lekko śliski kawałek papierowego ręcznika. Nie daje się nim nawet z grubsza osuszyć rąk, sięgam więc po drugi kawałek, ale gdzie tam! WARA, znowu wielki głos, tym razem do mnie, WARA, ile ma pani zamiar jeszcze rwać tego papieru, ciągnie i ciągnie, patrzcie państwo…
Dla moich koleżanek i dla mnie, czyli tych kobiet, które zdały maturę w okolicy marca 1968 roku (to ważna cezura, jeszcze będę do niej wracać), bycie kobietą emancypowaną, było sprawą jak najbardziej naturalną. Miałyśmy nowoczesne matki, a niekiedy również babki, nasze nauczycielki były pełnokrwistymi indywidualnościami, a na dodatek nasze młode ciotki były dla nas jeszcze wzorem urody, powodzenia, ubierania się i czesania. Nie wiem, czy któraś z nas poświęciła w ciągu lat nauki choćby jedną myśl pytaniu, co to znaczy być kobietą emancypowaną, albo czy chcemy być emancypowane? To w ogóle nie było pytanie – było oczywiste, że już jesteśmy emancypowane i nie przychodzi nam do głowy żadna inna wersja losu kobiety. Miałyśmy studiować, a potem pracować, miałyśmy być piękne, dobrze ubrane i uczesane, chciałyśmy gotować fajne potrawy z oryginalnymi jarzynami i przyprawami (nie darmo Kalkowski od lat promował w Przekroju taki styl gotowania) i mieszkać w ładnych domach lub mieszkaniach z przystojnymi mężami podobnymi do Beatlesów i grzecznymi, inteligentnymi dziećmi.
Ten świetny model wielu z nas zatruł(by) życie, uczesane włosy były(by) w dwa dni po wizycie u fryzjera znowu potargane, na kolorowych podłogach zbierał(by) się kurz, mężczyźni podobni do Johna Lennona okazali(by) się zazdrosnymi nudziarzami, a szpinaku i tak nie było ani w sklepie, ani w polu, ani w zagrodzie.
Na szczęście w międzyczasie pojawili się hippisi i nie chodzi mi o te niewielkie grupki tzw. “prawdziwych hippisów PRL-u”, tylko o ideę, modę, muzykę, taniec, pacyfizm, tolerancję, luz, lekceważenie konwenansów, wegetarianizm, kwiaty we włosach, trawkę, wolny seks, pigułkę antykoncepcyjną i radio Luxemburg, czyli wszystko, co się zgromadziło wokół słowa “hippisi”. To osłabiło szczelny perelowski model emancypowanej kobiety i, choć w mniejszym stopniu, peerlowski model “prawdziwego mężczyzny”. Oba mocno się porysowały, a w drugiej połowie lat 60 zyskały nową treść – nasyciły się polityką. Dotychczas byliśmy, tak naprawdę, istotami apolitycznymi, urodziliśmy się po wojnie, stalinizmu świadomie nie pamiętaliśmy, nasi rodzice przezornie milczeli, partia i ZMS nie miały do nas dostępu, a kościół traktował nas łagodnie, kiedyś zostaliśmy ochrzczeni, potem poszliśmy do komunii, niektórzy z nas do bierzmowania, ale na pewno nie wszyscy. Partia przymykała oczy na sprawy społeczeństwa z kościołem, kościół nie żądał od społeczeństwa, by przestrzegało przykazań i zbyt surowo odcinało się od partii – wszyscy się jakoś “zaaranżowali”. Każdy próbował na swoją modłę urządzić sobie życie, no cóż – jak najprzyjemniej.
W drugiej połowie lat 60 polityka jednak gwałtownie wtargnęła w nasze życie. Zaczęło się od tego, że Willy Brandt podpisał umowy z Polską i z PRL zaczęli oficjalnie wyjeżdżać Niemcy. Okazało się wtedy, że w Polsce są jacyś Niemcy. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z faktu, że są Niemcy, gdy w roku 1968 pojawili się Żydzi. Pawłowi Jasienicy wytknięto jakiegoś ukraińskiego Łupaszkę, a to przypomniało, że byli kiedyś Łemkowie i Bojkowie, Ukraińcy. Rzeczpospolita przestała być jednolita “jak postaw czerwonego sukna” i mocno wystrzępiła się na brzegach. W roku 1970, właśnie próbowaliśmy być (mimo Marca 1968 roku) szczęśliwymi studentami, z całą mocą spadła na nas polityka, której już nie dało się pominąć. To nie były “obrzeża i skraje”, to nie byli Niemcy (nie byliśmy Niemcami), to nie byli Żydzi (nie byliśmy Żydami), to nie byli Ukraińcy. To był sam środek naszego życia. Polityka stała się jego główną treścią i, mimo iż stale przegrywaliśmy, a od czasu do czasu partia, rząd i milicja zabijały nas i biły, czuliśmy się silni, bo byliśmy razem. To była gra MY kontra ONI, i oni mogli mieć w garści wszystko, a my i tak byliśmy lepsi. Czyli było strasznie, ale wciąż było przyjemnie, pewnie dlatego że nie mieliśmy dylematów, czyli znaliśmy odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mogło zaserwować nam życie.
I tak było do roku 1980, czyli do strajków sierpniowych i powstania Solidarności, kiedy to cały ten pięknie funkcjonujący gmach, zbudowany przez nas w procesie wzajemnego aranżowania się Partii, Kościoła, Opozycji i Społeczeństwa, runął do śmietnika historii, a z każdego kąta zaczęły wyłazić upiory. Im więcej zdobywaliśmy wolności, tym było gorzej, tym więcej upiorów wsysało się nam w szyję i wypijało krew. Rozpadło się nasze “razem”, wszędzie czaili się wrogowie, często my nimi byliśmy dla innych. To czego nie dokonała Komuna, tego dokonała Wolność. Niestety, zaczęło się od razu po podpisaniu porozumień. Jeszcze nie wiadomo było, jak ruch się będzie nazywał, a już zaczęły się pojawiać zwiastuny tego, co nas zniszczy. Ruch w Obronie Dziecka Poczętego. Albo żołnierzy wyklętych. Skąd mogliśmy wiedzieć, że trzeba je zdusić w zarodku..
Przez ostatnie 40 lat podzieliśmy się, może na zawsze, a w każdym razie na długo. Nie będę się tu zajmować “prawdziwymi Polakami”, nacjonalizmem, Obrońcami Jezusa, strefami wolnymi od uciekinierów, Żydów, gejów i gender, nie piszę rozprawy o Polsce PiSu, pozostanę zatem przy tym, co mnie dotyczy(ło) jak najbardziej bezpośrednio, czyli sprawie kobiet.
Pierwszy raz dowiedziałam się, że istnieje sprawa kobiet za czasów Solidarności. Przyjechały z Anglii dwie feministki i miałam im opowiedzieć o sprawie kobiet w Polsce. I w ogóle nie zrozumiałam, o co im chodzi. Przez cały czas mówiłam o polityce, o niesprawiedliwości społecznej, o potrzebie wolności, o skorumpowanej władzy i biedzie robotników i chłopów. A one pytały o sprawę kobiet. No to odpowiadałam, że nie ma podpasek, albo że są z ligniny twardej jak deska, że nie ma pieluch jednorazowych, ani proszku do prania pieluch z tetry. A one nadal pytały o sprawę kobiet, i nie interesowały ich nawet dziesięcioletnie kolejki po klucze do własnego mieszkania.
Wreszcie machnęły na mnie ręką.
Następne feministki spotkałam już w Niemczech. Był rok 1985. Zapytały mnie o sprawę kobiet, ale tym razem już wszystko wiedziałam. Poprosiły, żebym napisała o tym artykuł na światową konferencję kobiet w Nairobi. Czekałam na azyl polityczny w Niemczech i nie mogłam wyjechać, pojechał tylko mój referat. Nazywał się “The rights we don’t have”. Myślę, że był to taki tekst, może jedyny w moim życiu, który przeczytały miliony ludzi. Zapewne głównie kobiet. Był cytowany tak długo, że postradał i tytuł, i autorkę, a potem i sens, bo po roku 1989 wszystko się zmieniło. W referacie do Nairobi pisałam o tym, co się dzieje z prawami kobiet w kraju komunistycznym, jeśli kobieta nie należy (jak ja należałam) do uprzywilejowanej wyższej klasy średniej, nie ma emancypowanych rodziców, w miarę zamożnego życia i nie mieszka w wielkim mieście. O tym, że o obrazie świata decydowałyśmy my, inteligentne studentki z Warszawy, Gdańska, Krakowa i Poznania, a Polska wygląda zupełnie inaczej. Już Rzeszów albo Białystok są w stosunku do nich opóźnione o co najmniej 20 lat, miasta powiatowe są jeszcze bardziej zacofane, kobieta mieszkająca na wsi opóźniona była w stosunku do najbliższego miasta o kolejne 20 lat. O tym, co to jest potrójne obciążenie kobiety, czyli praca, dom i rodzina oraz, jako trzeci rodzaj zajęcia kobiety – zapewnianie zaopatrzenia, głównie stanie w kolejkach i dźwiganie siat. O źle płatnych sfeminizowanych zawodach, gdzie jednak zawsze nad całą gromadką pracownic stał kierownik lub dyrektor. O strajku głodowym pracownic fabryk włókienniczych. O wioskach, w których najbliższy ginekolog oddalony jest o 70 kilometrów, a autobus jeździ dwa razy dziennie. O szklanym suficie, czyli o tym, że dziewczęta lepiej się uczą, jest ich więcej w liceach i na studiach, a przecież ilość kobiet spada w miarę wspinania się po szczeblach kariery naukowej i że kadra profesorska to głównie mężczyźni. I że opozycja wcale nie jest lepsza, bo choć jest dużo niepokornych politycznie pisarek, to od roku 1962 do roku 1985 nagrodę Kościelskich dostało 85 osób piszących, a tylko 11 z nich to były kobiety, bo to nagroda dla polskich opozycjonistów, czyli dla mężczyzn. I że wszędzie (zresztą do dziś) przedstawia się Solidarność jako ruch brodatych mężczyzn koło 30, choć to kobiety wykonywały większość prac usługowych w Solidarności i niemal wszystkie, również przywódcze, w czasie stanu wojennego. I że w encyklopedii Solidarności nie było haseł kobieta, matka, prawa kobiet, aborcja, nierówne płace…
Był rok 1985, nie mogłam więc jeszcze napisać, że jak już w roku 1989 doszło do rozmów Okrągłego Stołu, to brała w nich udział tylko jedna kobieta, Grażyna Staniszewska.
I wtedy się okazało, że gdy odeszła Komuna, to sprawa kobiet przecież nie odeszła, ale wraz z Wolnością przyszła sprawa kobiet numer 2. Zaczęła się od odesłania kobiet do domu i publicznego głoszenia tezy, że miejscem kobiety jest rodzina. Pierwszy raz przeczytałam taką wypowiedź tuż po czerwcu 1989 roku. Właśnie tworzyliśmy zręby wolnej Polski. Powiedziała to w wywiadzie wnuczka Józefa Piłsudskiego, żona opozycjonisty i ważnego polityka nowej Polski, pierwszego cywilnego ministra obrony narodowej – Janusza Onyszkiewicza.
W roku 1993, za czasów, gdy Hanna Suchocka była premierką, wprowadzono niemal całkowity zakaz aborcji, obowiązujący do dziś i nazywany, nie wiadomo czemu – kompromisem aborcyjnym.
Poszliśmy do przodu, żebyśmy musiały się cofnąć, żeby się okazało, że tkwią w nas nauki nie tyle i nie tylko matek i babek, ale pewnie i praprababek. Gdzie one się podziewały, gdy byłam uczennicą i studentką? Skąd wychynęły?
Mężczyzna pracuje, kobieta przebywa w domu z dziećmi.
Kobieta nie odmawia seksu mężowi, nawet jeśli jest chora lub zmęczona.
Przetrwaj, przeczekaj.
Mąż może bić, poniżać i gwałcić. Wykorzystywać seksualnie dzieci.
Trzeba nieść swój krzyż.
Ale nie sięgajmy nawet do rejonów, które za moich młodych lat albo w ogóle nie istniały, albo uważałyśmy je za jakieś przeraźliwe patologie.
Bo nasze zniewolenie jest również znacznie subtelniejsze.
Mamy być powabne, ale przecież również chcemy być powabne. Zobaczcie, co robimy, jeśli do pokoju wchodzi mężczyzna. Porozwalałyśmy się z koleżankami na kanapach i fotelach, siedzimy wygodnie, naokoło nas bałagan, szklanki, gazety, ciastka. Gdy wchodzi mąż gospodyni, nagle wszystkie siadamy prosto, szybciutko uprzątamy bałagan, układamy nogi, by łydka zgrabnie się prezentowała, wciągamy brzuch…
Ale jest i na odwrót, mężczyzn w pokoju jest kilku, my dwie, a może nawet tylko jedna… Toczy się dyskusja na temat edukacji. Jedna z nas jest pedagożką i matką, miałaby coś do powiedzenia, ale póki co rezonują mężczyźni, nie ma jak dojść do głosu, wiedzą lepiej. No wreszcie, udało się, próbujemy coś powiedzieć, ale zanim to zrobimy, już się nas popędza. Właściwie może lepiej zamilknąć. Czy to znowu takie ważne, to co mamy do powiedzenia? OK, jednak udało się wygłosić jakieś zdanie, ale już ten Iksiński mi przerywa i… powtarza to, co ja właśnie powiedziałam jako swoją tezę. Tylko, że ja stosowałam wszystkie znane od tysiącleci sposoby mówienia niewolników, mówienia tak, by nie zirytować pana i jego przedstawicieli. Bo, gdy mówimy, irytujemy ich lub rozśmieszamy. Wiem, wszystkie wiemy, jak możemy próbować tego uniknąć. Mówiłam przepraszająco, ciszej, łagodniej, używałam słów chyba, może, wydaje mi się, a on po prostu zasuwa propagandową mowę z mównicy. Ale o co chodzi, przecież i tak było nienajgorzej, bo przecież mogłam usłyszeć, że nudzę i się wymądrzam, za dużo gadam, nie umiem się skracać, gdyby to było publiczne wystąpienie, można by mi było na przykład nie dać mikrofonu do ręki, tylko podetkać go pod nos lub głośnym szeptem pouczać, co mi wolno, a czego nie. To naprawdę nic trudnego publicznie mnie poniżyć i obrazić. Tak, żeby wszyscy słyszeli. A jeśli grzeczność będzie jednak wymagała przeprosin, zostanę przeproszona po cichu i prywatnie. Przez telefon albo smsem.
Ale nie mam czasu, żeby go przeczytać. Panowie stworzenia poszli na taras na papierosa. To ja tu tymczasem szybciutko trochę posprzątam… Bo przecież lubię, żeby naokoło było ładnie i powabnie.
Zasadniczo stale to robimy, automatycznie polepszamy nasz wygląd i wygląd naszego otoczenia, a pomniejszamy naszą inteligencję. Taki mechanizm obronny. Dzień w dzień próbujemy rozwiązać dylemat: mówić inteligentnie, czy ładnie wyglądać, czyli jak się nie narażać? I, moje młode, młodsze i najmłodsze, koleżanki. Nawet jeśli świadomie potraficie się temu przeciwstawić, w środku w Was tkwi wciąż ta istota, która pod atrakcyjnym wyglądem ukrywa fakt, że jest mądra. Nawet jeśli prowokujecie i mówicie jak zwyciężczynie. Przyjrzyjcie się sobie uważnie.
***
Nie mam racji? To proszę, posłuchajcie wystąpienia pastorki Pauli Stone Williams, która przeszła zmianę płci, a zatem dobrze wie jak to jest być mężczyzną, a jak kobietą. Jej całe wystąpienie jest właśnie o tym, nie o przemocy, gwałtach i niesprawiedliwości, nie, jej wystąpienie dotyczy tych subtelnych różnic:
Wystąpienie jest świetne, ale najlepsze jest zdanie: WHY DO I HAVE TO APOLOGISE FOR BEING RIGHT?
Na początku wyjaśnię tytuł. Ponieważ sami widzicie trzy obrazy w tytule i oko Was nie myli. Wehikuł czasu to książka i film – Herberta George’a Wellsa, The Time Machine, 1895 (pierwsze wyd. polskie, 1899), a film, The Time Machine, reż. George Pal, 1960 (dwie następne ekranizacje, TV 1978, film, reż. Simon Wells, 2002).
Niezbędnik patrioty odnosi się do artystycznych instalacji performace Jerzego Kosałki, współzałożyciela legendarnej, awangardowej grupy wrocławskiej Luxus (o nazwie Legendarny Luxus, 1983-1987), np. do Przybornika prawdziwego Polaka 2010.
Sekcja zwłok powinna przywoływać obraz Rembrandta Harmenszoon van Rijn (1606-1669) pt. Lekcja anatomii doktora Tulpa (1632).
Oto mamy odpowiednie „narzędzia”, by opisać, a zarazem zrozumieć sytuację Polski 2016, po politycznym przewrocie 2015 roku.
Niezbędnik patrioty
Rzeczywiście w Polsce toczy się walka o „rząd dusz”. Np. 28 czerwca 2016 w Poznaniu, w 60 rocznicę Poznańskiego Czerwca, chciano do apelu poległych dołączyć ludzi, którzy zginęli w wyniku Tragedii Smoleńskiej 2010, ponoć Katynia 2. A gdy to się nie udało, podniósł się wrzask i ryk tłumu, bodaj spontanicznie. Władze Poznania okrzyknięto profanami pamięci narodowej – to tylko jedno z określeń, powiedzmy, jeszcze w miarę literackich. O co poszło naprawdę, ukryto w medialnym przekazie. W Radomiu, 25 czerwca 2016 roku, w 40 rocznicę Radomskiego Czerwca, sprawy rozegrały się gładko. Stawiając przed faktami dokonanymi, na podstawie planu pisanego na kolanie, jak sądzę, PiS i nowe państwowe władze (właściwie, identyczne środowisko) wjechali do Radomia, dali medale komu trzeba, oszołomili tłum mitem Tragedii Smoleńskiej itd. Przypuszczam, iż obiecali również realizację planu przyszłość+ (nie ma takiego planu, Kotku, Kotku, wątpisz?) Poszło jak po maśle. Tyle, że Radom ma przetrącony kręgosłup od 1976 (patrz geneza i problemy z tzw. budynkami na Dalekiej). W Radomiu więc na każdym zakręcie, zbiegu ulic lub skrzyżowaniu, dostrzeżesz plafon wprost „straszliwych” działaczy antykomunistycznych, oczywiście, tych aktywnych po 1989. Radom jest miastem (wprost) nadmiaru kombatantów Solidarności. W tym więc kontekście Poznań, jego władze, a przede wszystkim Prezydent Poznania zachowali jeszcze twarz, wykorzystując błędy procedury administracyjnej lub dyplomatycznej. Zatem oprócz „wciskanego” nam z uporem maniakaPrzybornika prawdziwego Polaka 2010, okazało się, iż egzystują inne, alternatywne przyborniki. Byłby to w zasadzie pierwszy wyłom, jakby prolegomena do niezbędnika obywatela – by na sytuację w Polsce patrzeć racjonalnie, poza sferą emocji, poza humbugiem, poza uproszczonym schematem patriotyzmu.
Wehikuł czasu
Polityka historyczna jako wymyślony trend, by zarządzać świadomością polskiego społeczeństwa i narodu w pewnym sensie przypomina działalność Ministerstwa Prawdy, idei George Orwella (z książki, Rok 1984). W zasadzie taka prezentacja tradycji i dziejów określonej nacji (Kotku, Polacy z urzędu muszą już teraz wybić się na dumny naród) nie jest nowym zabiegiem. Władcy, despoci, autorytarne systemy polityczne, oligarchie udające demokrację, wynajmowali historyków, by ugruntować „prawdziwą” wersję historii. A w efekcie powstawały opracowania przeszłości, tej bliskiej lub odległej, z klarownie wytyczoną trasą po liniowym „suwaku” czasu. Czytelnik miał wprost niezwykłe wrażenie swobody poznania; niekończącej się podróży w czasie; dostępu do wiedzy, jeszcze niedawno zakrytej, ba, tajemnej (Kotku, specjalnie zakrytej, w naszym wypadku przez SB. A po 2015? Kotku, odwróć kota ogonem); a nawet do objawienia prawd uniwersalnych. Na co to wszystko? Oto hybris. Maska tłumu, która zasłania rzeczywiste potrzeby i rzeczywiste tendencje.
Sekcja zwłok
Nie obawiajmy się zagrożenia biologicznej egzystencji, ponieważ proceder rozgrywa się w przepastnych głębiach archiwum IPN, w wojskowych archiwach lub rozrzuconych po prywatnych pomieszczeniach byłych notabli. Na razie jeszcze nie obawiajmy się. Ot, dopiero zawiązują się połączenia przegubów pajacyka, korpusu, kończyn, głowy, myśli i sfery emocjonalnej (Kotku, pajacyk również myśli i emocjonuje się, np. gdy pociągający za sznurek tak zechce, Kotku, nie wierzysz?) Może jednak trochę obawiajmy się, bo na naszych oczach powstają: konstrukcja Polaka, zakres działalności tak sprokurowanej istoty i wewnętrzny system odniesień. Nowy lub nowoczesny system wartości, u podstaw którego m.in. leżą ekshumacje, genetyczne badania nad ofiarami stalinizmu, poszukiwanie super bandyty i super złodzieja – a do tego, jakby było jeszcze za mało, budowa pomnika znanego wizjonera politycznego w każdym mieście, miasteczku i na wsi (Kotku, ponoć ten pomnik nieuchronnie zbliża się do pomnika marszałka Józefa Piłsudskiego w Krakowie). Przydało by się wznieść wszędzie ten domyślny pomnik, by świadomość Polaków rozpuściła się w marzeniu sennym, czy raczej fantasmagorii, by powstał mit założycielski zbiorowej psyche. Oczywiście mit dynamiczny i efektywny dla prawdziwych patriotów. Powiedzmy wprost, politycznie korzystny. Takie sprawy oto wychodzą na plan pierwszy w medialnym strumieniu informacji. Ściągają uwagę i organizują przestrzeń publiczną. Zasłaniają rzeczywiste problemy. Zatem nihil novi sub sole (nic nowego pod słońcem) – czyli stara/nowa socjotechnika, lecz obecnie w postaci jakże „prawdziwej i słusznej”. Rzecz, która, w intencji twórców, ma otwierać świetlaną przyszłość Polski, społeczeństwa, narodu, cywilizacji, reindustrializacji, mocarstwa, wyprostowanych Wisły i Odry, reaktora, perpetuum mobile. Rzecz, która nosi imię „dobra zmiana”. Oto przed nami otwiera się cudowna epoka.
Rzutnik przyszłości
Zakładam, że przyszłość już wymyślono – stąd pojawił się w artykule rzutnik przyszłości, który klatka po klatce, kadr po kadrze, wyświetli na białej ścianie przed nami efekty teraźniejszych prac i „dalekosiężnych” inicjatyw. Lub prześwietli białą ścianę i wykryje oczekiwane idee. Wręcz zmusi idee, by wyszły z ukrycia – w konwencji projektu przyszłość+. Nadal wątpiącym i sceptykom sugeruję przejażdżkę wehikułem czasu (Kotku, bingo! Tak, to jest figura retoryczna). Laxigen w tym szczególnym przypadku byłby uzupełnieniem terapii antywstrząsowej. Inną nazwą rzutnika jest słowo „projektor”. I tu zbliżamy się do sedna aktualnej nowomowy. Projekcja bowiem wyłącznie dotyczy naszego umysłu – uznania czarno-białej interpretacji (Kotku, nie postawisz pomnika we własnym ogródku, to lepiej nie myśl o przyszłości – marna przyszłość, wypadłeś z obiegu). Projekcja, jak będzie wyglądała przyszłość, gdy Polacy utrzymają PiS u władzy, ma ukryć mankamenty codzienności Polski tu i teraz.
Zegar tyka miarowo. Wahadło wychyla się w jedną stronę, a potem w drugą. Zbliża się moment, jak trzęsienie ziemi, w polskim parlamencie, Sejmie RP, gdy opozycja wreszcie wypracuje skuteczną metodę – karty na stół, a rzutnik zadławi się od nadmiaru projekcji. Warszawa, 5 lipca 2016
Uzupełnienie
1. „Kotku” – to również odniesienie do Witkacego, Stanisława Ignacego Witkiewicza (1885-1939), do jego intelektualno-satyrycznej publicystyki.
Przypis Adminki:
Ten wpis ukazał się cztery lata temu, potem Siła Wyższa zadecydowała, że trzeba go zdjąć, a teraz wraca. Zapewne… powinien wrócić na swoje stare miejsce, ale to taki świetny tekst, i taki wciąż aktualny, a poza tym wraca w nieco zmienionej postaci, że postanowiłam skorzystać z okazji i jeszcze raz zaprezentować go Szanownym Czytelnikom 🙂
Ende Juli des Jahres 1980 gab es Streiks im Gdingen, dann in Lodz und Warschau.
Die Regierung versuchte durch die Erhöhung der Löhne die Situation zu dämpfen.
Es schien als ob diese Politik Früchte tragen würde; dazu kamen kosmetische Änderungen an der Parteispitze. Ich erwartete schon das Ende der Protestbewegungen.
Mitte August, wegen der ausbleibenden Lieferungen, lag mein Schiff, m/s „Dęblin“ an der Rumänischen Kai in Stettiner Hafen. Es gab keine Streiks; die meisten Matrosen nahmen Frei, und fuhren nach Hause zur Familien ins Umland.
Ohne Druck versorgte ich das Schiff und übriggebliebene Besatzung.
In der Büros trank man Kaffee, plauderte über Streiks, als ob sie auf dem Mond stattfinden würden. Doch die Ruhe war trügerisch; die Menschen waren angespannt und voller Erwartung.
Am 14. August streikten kurz die Fahrer des staatlichen Bauunternehmens Transbud.
Ich hörte abwechselnd die Auslandssender: Voice of America, Radio Free Europe, BBC London etc.
Die Landesmedien berichteten von „erhöhten Arbeitsbereitschaft“, „zusätzlichen Lieferungen“ und „sporadischen Unterbrechungen in der Arbeit“(…).
Am selben Tag kam die Nachricht vom Streik in Danziger Werft. „Streikt, streikt!“ rief ich innerlich.
Am 15. August standen an der Danziger Bucht alle Räder still. Endlich!
Alle telefonische Verbindungen wurden gekappt – unmissverständliches Zeichen, dass die Regierenden die Situation bedrohlich fanden.
Doch was wird in Szczecin? Das Wetter war regnerisch und es schien, als ob sich die Wolken immer mehr zusammenbrauen (…). Ich wusste, es wird etwas geschehen.
Am nächsten Tag traf Ministerpräsident Babiuch vor die Fernsehkameras und bezichtigte die „antisozialistische Kräfte des Aufwiegelung der arbeitendes Volkes“.
Der Erste Sekretär der polnischen kommunistischen Partei, Gierek, unterbrach sein Urlaub auf Krim und flog nach Warschau zurück.
Doch die Lawine rollte und war nicht mehr zu stoppen.
Am Sonntag waren die Kirchen überfüllt; man sang patriotische Lieder: „Freies Vaterland gib uns wieder o Herr…“; das Händedruck wurde stärker, ansonsten schwieg man (…).
Am Montag, den 18.08., fuhr ich Richtung Werft zum Lieferbetrieb „Baltona“.
Schon vor weitem sah ich weiß-rote Fahnen. Ich gab Gas.
Über dem Eingang der Parnica-Werft ragte ein Riesenaufschrift: „BESATZUNGSSTREIK“. Vor und hinter dem Tor – Arbeiter.
Ich schaute; ich schaute lange und spürte plötzlich wie mir die Tränen zu rollen anfingen.
2.
In der „Baltona“ gab es allgemeine, aber freudige Aufruhr.
„Warski–Werft steht!“ schrien die Menschen und fielen sich in die Arme.
Ich war überwältigt und entschloss mich hinzufahren.
Eine Riesenmenschenmenge stand vor dem Haupttor.
Doch es wurde noch nicht gestreikt: „Wir warten auf den Brych, das Fass ist voll“ sagten die Arbeiter (…).
Diese Nacht konnte ich nicht schlaffen.
Dienstag morgen fuhr ich zum Schiff vorbei an Warski–Werft.
Riesenaufschriften: „Streik“; „Wir solidarisieren uns mit den Danziger Werftarbeiter“; „Wir unterstützen berechtigte Förderungen”.
Am Tor, neben dem Werkschutz, standen Arbeiter mit Helmen und weiß-roten Armbinden.
Auch in Parnica-Werft wurde gestreikt.
Im Hafen angekommen bemerkte ich seltsame Ruhe; alle Kräne standen still.
An Bord wurde mir bestätigt – der Hafen steht; auch Reparaturwerft, das Stahlwerk, das Containerfabrik „Unikon“ und städtische Verkehrsbetriebe streikten.
Vor den Geschäften, trotz des Schauerwetters, bildeten sich Riesenschlangen; alle Lebensmittel, bis auf Salz, wurden restlos aufgekauft.
Ich entschloss mich zum Warski-Werft zu fahren.
Am Haupteingang stand eine Menschenmenge; manche schrieben von den an dem Tor befestigten Transparenten etwas ab… Streikförderungen!
Ich fing an mitzuschreiben: „Punkt 1. Gründung der freien und, von der Partei und Regierung,
unabhängigen Gewerkschaften…“
Ich hielt kurz inne und las noch mal… Ja! Freie Gewerkschaften. Endlich…
Dann folgten weitere 35 Punkte.
„Schnell abschreiben“ sagte ich mir „bevor die Stasi kommt“ (…).
Zu Hause angekommen setzte ich mich an die Schreibmaschine und vervielfältigte die Liste bis mir die Finger anschwollen.
Diese Nacht schlief ich wie ein Stein.
3.
Am 20. 08. gab es weiterhin schlechtes Wetter.
In den morgigen Nachrichten von RFE hörte ich Informationen über Verhaftungswelle unter Mitgliedern von KOR, KPN und ROPCiO, der oppositionellen Bewegungen.
Bis zu diesem Tag war ich eigentlich nur ein Mitläufer; zwar ein erklärter Gegner der Kommunisten, doch ohne mich organisatorisch irgendwo zu betätigen.
Ich wäre bereit auf die Barrikaden zu klettern; doch es gab kein Ruf.
Mein Betrieb war fest in der Hand der Parteimitglieder; es gab keine Streikwillige.
Vielleicht streikte man in Gdingen, doch wir wussten von nichts – es gab keine Telefonverbindungen.
Das Wetter wurde so stürmisch, das man von Schiff aus zusätzliche Leinen an das Kai binden musste. Obwohl im sicheren Hafen, tanzte das Boot wie verrückt.
Von einem Zöllner, der bei uns vorbeikam, erfuhr ich, dass gestern gegründete Interbetriebliches Streikkomitee (MKS) die Gespräche mit einer Regierungsdelegation aufgenommen hat; ich entschloss mich zum Werft zu fahren.
Das Haupttor war mit den Blumen übersät; überall National- und Papstfahnen, sowie Riesenbilder von ihm und Madonna von Tschenstochau; auf der Mauer, wo ein Lautsprecher befestigt war, saßen die Arbeiter. Es wurde eine Direktübertragung der Gespräche zwischen dem Streikkomitee und der Regierungsabgesandten vorbereitet.
Plötzlich hörten wir ein Stimme; raunen ging durch die Menge: „Das ist Jurczyk“.
„Wer ist Jurczyk?“ fragte ich. „Der Vorsitzende von MKS“, wurde mir erklärt.
Er bat für eine Schweigeminute für die Gefallenen des Dezemberaufstandes von 1970. „Genialer Schahzug“ dachte ich, „wie müssen sich wohl die Regierungsvertreter jetzt fühlen?“ Dann kamen die Streikförderungen; Punkt auf Punkt.
Die Antwort des Ministers Barcikowski klang wie kratzen auf Glas; kurz darauf wurden die Gespräche vertagt.
Ich ging an die am Tor stehenden Arbeiter, überreichte die mitgebrachten ein paar Stangen Zigaretten und versprach den Streikenden fünfzig Liter Suppe aus meiner Schiffsküche täglich, und erntete als Dank den harten Händedruck eines Hafenarbeiters.
Übersetzung aus polnischen – T.J. Fortsetzung folgt in einer Woche
Tak się czasem zdarza, że nasze myśli spotykają się gdzieś poza nami. W książce, którą akurat czytałam (Judith Schalansky, Verzeichnis einiger Verluste), której fragment we wtorek TU cytowałam, była na stronie 108 maleńka wzmianka o Billym Wilderze, a w indeksie osób informacja, że urodził się w Suchej. Pomyślałam, że muszę zapytać Elę Kargol, czy chodzi o tę Suchą, do której ona co roku jeździ, bo stamtąd pochodzi jej rodzina. Ale nie zdążyłam. Weszłam bowiem na Facebooka, a tam…
Ela Kargol o nimnapisała. Potem kilkakrotnie ten tekst przerabiała, aż powstał taki wpis:
Billy Wilder ze Suchej
Fejsbuka używam aktywnie od kilku lat. W Suchej Beskidzkiej bywam trzy razy w roku, czasem częściej, ale nie przyszło mi nigdy do głowy, aż do lipca 2020 roku, żeby oznajmić światu, że Sucha była miejscem, gdzie na świat przyszedł Samuel Wilder, nazwany przez swoją mamę Billiem, prawdopodobnie na cześć Buffalo Billa. W 1906 roku widowisko, które wyreżyserował Buffalo Bill Wild West Show pokazywano na terenach dzisiejszej Polski, między innymi w Krakowie, Tarnowie, Bielsku-Białej. Jest prawdopodobne, że Eugenia, już chyba wtedy Wilder, oglądała z zachwytem to przedstawienie o Dzikim Zachodzie. Do Samuela mówiła z niemiecka Billie, później dopiero został Billym. Po krótkiej fejsbukowej notce, że Billy Wilder jest ze Suchej, odezwali się fejsbukowi przyjaciele z komentarzami, że nie tylko Billy jest z Polski, wtedy jeszcze Austro-Węgier, ale wielu innych artystów i twórców Hollywood i z Hollywood ma polskie lub zaborowe korzenie. Najbardziej zaskakującym zdarzeniem i komentarzem były słowa adminki, która w momencie, gdy ja pisałam o Billym, o nim czytała i chciała mnie właśnie zapytać, czy ja to wiem, że Billy Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej: „Ela! To niemożliwe! Ja dziś rano odkryłam, że Wilder urodził się w Suchej i chciałam Ci to napisać, wchodzę więc na FB, a tam Ty o tym piszesz!!!!“
Wyprzedziłam jej pytanie fejsbukową odpowiedzią.
O tym, że Billy Wilder, mistrz światowego kina, urodził się w Suchej (Suchą Beskidzką została dopiero 1965 roku) wiedziałam od zawsze, a na pewno od roku 1996, od wtedy, gdy cały świat się o tym dowiedział, a jedną z ulic w Suchej Beskidzkiej nazwano ulicą Billy’ego Wildera.
Pamiętam dzień, gdy tata usłyszał o tym ważnym dla bliskiego mu miasta wydarzeniu w jakichś telewizyjnych wiadomościach. Byłam wtedy w pokoju, ale nie słuchałam głosu z telewizora. Ojciec powiedział, że bardzo znany amerykański aktor przyjedzie do Suchej i może da jakieś pieniądze miastu.
Billy Wilder do Suchej nie przyjechał.Już wtedy miał 90 lat, a miasto Sucha niewiele od niego starsze obchodziło setny jubileusz nadania praw miejskich. Odłożył przyjazd na wiosnę następnego roku, ale zdrowie nie pozwoliło mu przylecieć do miasteczka, w którym “wszystko się zaczęło. Podobno był bardzo wzruszony faktem, że w rodzinnym mieście nazwano ulicę jego imieniem i nazwiskiem. Wtedy w Suchej reprezentował go jego przyjaciel, Zbigniew Karol Rogowski, dziennikarz, publicysta, i krytyk filmowy, który całą sprawę nagłośnił i doprowadził do końca, albo początku, jak kto woli.
Ulica Billy’ego Wildera znajduje się niedaleko suskiego dworca, w górnej Suchej, tam gdzie Billy spędził dzieciństwo, a jego rodzice prowadzili dworcową restaurację albo tam gdzie mieszkali i mieli może cukiernię i prawdopodobnie tam, gdzie Billy przyszedł na świat. Pewnych faktów nie znam, w internecie krążą sprzeczne wiadomości. Często wymieniany jest budynek dworca w Suchej Beskidzkiej jako miejsce restauracji dworcowej Wilderów. Jeśli rzeczywiście to ta restauracja, to pamiętam jej elegancki jeszcze wystrój, kelnerów jakby przedwojennych i to, że rzadko tam zaglądaliśmy ze względu na wysokie ceny. Do autorki jednego z rozdziałów książki Billy Wilder, mistrz kina z Suchej Beskidzkiej, pani Barbary Woźniak, nie mogłam dotrzeć, z muzeum suskiego otrzymałam kopię artykułu, z którego pani Woźniak prawdopodobnie korzystała. I, jak sama pisze, jedynym namacalnym dowodem, że Billy Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej, są notatki suskiego lekarza, doktora Karola Spannbauera, który leczył małego Samuela.
Matka Billy’ego pochodziła z Nowego Targu, jej rodzice pracowali w branży restauracyjno-hotelarskiej, Ojciec był z Krakowa. Po ślubie zaczął prowadzić interesy z rodziną żony, otwierali kawiarnie i restauracje przy dworcach i na trasie Galicyjskiej Kolei Transwersalnej. Otwarcie tej linii kolejowej, w której budowie uczestniczyli też mój prapradziadek i jego koń, przyczyniło się do wszechstronnego rozwoju miejscowości przy trasie kolejowej, szczególnie przy dworcach, gdzie zatrzymywał się pociąg. Powstawały mieszkania dla pracowników kolejowych, rozwijał się handel. A ponieważ pociągi stały dłużej, niż jest to praktykowane obecnie, choć jeszcze dzisiaj przepina się na niektórych przystankach lokomotywę, podróżni chętnie korzystali z dworcowych jadłodajni, restauracji, kawiarni. Mały Billy pamięta, że Sucha musiała być dużym węzłem kolejowym, że postoje na dworcu podróżni wykorzystywali na krótki posiłek, a pracownik dworca dzwonkiem oznajmiał koniec postoju, a tym samym i posiłku. Billy oprócz Suchej zapamiętał Kraków i hotel, w którym grał w bilard, Nowy Targ, gdzie spędzał wakacje u dziadków, już po wyjeździe do Wiednia. Być może, że wracał do Suchej, albo przez nią przejeżdżał lub zatrzymywał się na krótki posiłek w dworcowej restauracji.
Billy Wilder zmarł w 2006 roku w Los Angeles i został tam pochowany. Do Suchej Beskidzkiej już nie przyjechał. Sucha o nim pamięta i jest dumna z faktu, że Billy Wilder tu się właśnie urodził. Organizuje się festiwale filmowe i wystawy. W stulecie urodzin oprócz przeglądu filmowego odbyły się też wybory sobowtóra Marylin Monroe, aktorki nie do końca lubianej przez reżysera Pół żartem, pół serio. W 105 urodziny reżysera wmurowano płaskorzeźbę w płytę suskiego rynku, upamiętniającą Wildera, a obok niej postawiono drogowskaz na którym wymienione zostały cztery miejsca: Wiedeń, Berlin, Paryż i Hollywood.
Szukając śladów Samuela Wildera spotkałam panią, która dokładnie wiedziała, gdzie mieszkała Maria Konopnicka, ale też przypomniała sobie opowieści swojej babci, która znała Billy’ego Wildera i opowiadała, jak przyjeżdżał do Suchej z żoną i ta żona była taka… i tu nie umiała jej określić, albo nie umiała przypomnieć sobie słów babci, ale wiem, że chciała powiedzieć coś sympatycznego o żonie Billy’ego.
Ale nie wiem, czy pani miała bujną wyobraźnię, czy po swojemu interpretowała wspomnienia babci, czy też jeszcze wiele tajemnic kryje życiorys Wildera. Pokazała mi też miejsce, gdzie była bożnica, której nadaremnie szukałam i żydowskie kamienice. Bożnica była nad rzeką Młynówką, częściowo zasypaną, a częściowo schowaną za Karczmą Rzym, którą to karczmę Billy musiał znać. Dom modlitwy zbudowano dopiero w 1914 roku, a więc już po wyjeździe Wilderów do Wiednia. Przedtem suscy Żydzi należeli do Gminy Wyznaniowej Żywiec-Zabłocie. Billy musiał znać zamek, wtedy niedostępny, ze wspaniałą biblioteką ówczesnych właścicieli Branickich, może bywał z mamą na suskim jarmarku, tak jak mój dziadek ze swoją mamą.
Naprzeciwko dworca jest stary budynek, pamiętający jeszcze czasy zaborów. Od zawsze była w nim karczma, restauracja. W tej chwili też, Kebab Ahmed, najbliższa jadłodajnia przy dworcu. Czy prowadzili ją Wilderowie albo ktoś z ich rodziny?
Kto mógł przypuszczać, że te pięć lat życia Billy’ego i te pięć lat z życia miasta będą tak ważne dla ustalenia faktów z życia artysty.
Może lepiej wszystkiego nie wiedzieć i dalej szukać.
A tu ów tekst autorki z Facebooka: Billy Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej. Jego rodzice prowadzili restaurację dworcową. Jeśli była to restauracja na piętrze, to jeszcze ją pamiętam, oczywiście tę dużo późniejszą. Inne źródła podają, że mieli cukiernię przy dworcu, którą chcieli przekazać w przyszłości synom.
Skończyło się na planach.
Wyjechali do Wiednia, a synowie nie wyrażali chęci sprzedaży ciastek.
Billy Wilder mieszkał jakiś czas w Berlinie, później wyjechał do Hollywood. W Suchej Beskidzkiej obok płaskorzeźby wmurowanej w płytę suskiego rynku, upamiętniającej reżysera, stoi drogowskaz wskazujący miejsca, z którymi związany był twórca takich filmów jak “Słomiany wdowiec”, “Pół żartem, pół serio”,”Garsoniera”, “Bulwar Zachodzącego Słońca” i wielu innych.
W Suchej jest też ulica Wildera, imię nadano jej w 1995 roku, Wildera zaproszono, ale z powodów zdrowotnych nie przyjechał. Podobno się wzruszył.
W Suchej odbywają się festiwale z jego filmami, od jakiegoś czasu Sucha jest dumna z Wildera, choć jeszcze dzisiaj na murach domów można zobaczyć antysemickie bazgroły.
Wikipedia: Nazywał się Samuel Wilder. Urodził się 22 czerwca 1906 roku. Zmarł 27 marca 2002 roku w Los Angeles. Jego ojciec Max Wilder był właścicielem krakowskiego hotelu „City“ i wielu restauracji dworcowych w okolicach Krakowa.
Uważa się go za twórcę pewnego nader indywidualnego stylu komedii filmowej. Jednak najbardziej znane jego filmy to nie tylko komedie jak Pół żartem pół serio, Raz, dwa, trzy czy Słodka Irma, lecz również dramaty: Bulwar Zachodzącego Słońca, Stracony weekend, Świadek oskarżenia, Garsoniera.
W ciągu pół wieku stworzył ponad 60 filmów. Był 21 razy nominowany do Oscara, a sześć razy otrzymał tę nagrodę, w tym w roku 1961 jednocześnie jako producent, scenarzysta i reżyser filmu Garsoniera.
Jeden z komentatorów na FB: Na Victoria-Louise-Platz w Berlinie jest tablica na domu, w którym mieszkał “odkrywca” Marylin Monroe…
Ela: podobno bardzo jej nie lubił. Spóźniała się, była rozkapryszona, zapominała tekstu. Wątpił w jej talent i intelekt. Po nakręceniu z MM filmu Pół żartem… miał powiedzieć: “Rozmawiałem z moim lekarzem i psychiatrą – obaj powiedzieli mi, że jestem zbyt stary i zbyt bogaty, by ponownie przez to przechodzić”.
Adminka:W każdym razie ma w Berlinie i tablicę pamiątkową, i ulicę, a raczej promenadę.
Tradycje jarmarków w Suchej Beskidzkiej sięgają XVIII wieku, gdy Sucha nie była jeszcze Beskidzką lub jak niektórzy żartują była Suchą bez Kicka, bo Kicek się opił i Suchą opuścił.
Nazwę wzięła Sucha od rzeki Stryszawki, która kiedyś była Suchą.
Ale wracając do jarmarków, w 1742 roku król August III nadał Suchej przywilej organizowania jarmarków, który to przywilej utrzymał w mocy po roku 1772 cesarz austriacki. Najpierw było ich osiem rocznie, potem dwanaście. Początkowo były to jarmarki końskie, w okresie miedzywojennym w co drugi wtorek, później już w każdy wtorek i tak jest do dzisiaj.
Ja nie pamiętam już koni wystawianych na sprzedaż. Pamiętam świnie, króliki, gołębie i drób. Ostatnimi laty jednak przyjeżdżam za późno i jak mam szczęście, to jeszcze przejdę obok zduszonych gdaczących w klatkach kur, kwaczących kaczek i milczących królików.
Gdy córka była mała, kupiliśmy jej na suskim targu dwa młode króliki z myślą, że podczas naszych miesięcznych wakacji w Lachowicach, niedaleko Suchej nacieszy się nimi, a potem zmienią właściciela i zamieszkają u wujka. Tylko, że my miastowi chcieliśmy wszystko przedobrzyć. Udaliśmy się do miejscowego weterynarza, żeby je zaszczepił. W tym wypadku trzeba było popierać Nieszczepionkowców.
Po końskiej dawce szczepionki, jaką otrzymały od weterynarza, króliki przeżyły jeszcze dwa dni. Inaczej było z kurami. Te dożyły sędziwego wieku. Tata z moim mężem, Tomkiem nikomu nic nie mówiąc, albo mówiąc po fakcie, kupili na suskim jarmarku gromadkę młodych kur i jak zapewniał sprzedawca młodego koguta. Przywieźli je z jarmarku do Lachowic samochodem w kartonach. Tata zbił z desek minikurnik, ogrodził kawał pola i wypuścił kury na tę ogrodzoną wolność. I jeżeli ktoś myśli, że kury nie umieją fruwać, to jest w błędzie. Nie wszystkie, ale niektóre pofrunęły. Pół dnia Tomek z moim ojcem i sąsiadami szukali zbiegłych kur. Wyłapali wszystkie. Kurom podcięto skrzydła i wtedy z pokorą przyjęły swój kurzy los. Kogut był opiekuńczy i dość szybko zaczęły pojawiać się pierwsze jajka. Wnuk miał wtedy chyba trzy lata, ale z wielką radością przynosił nam codziennie świeże jaja. Plan był taki, że gdy wyjedziemy, kury podarujemy cioci i wujkowi. I w tym momencie wszystko mogłoby się dobrze skończyć, gdyby nie głupota i zbrodnia mojego taty, przy współudziale jego siostry i mojej mamy. Kogut skończył w rosole, ale zakpił sobie ze smakoszy koguciego wywaru. Sprzedawca zachwalając swój towar przysięgałby nawet, że ten kogut znosi jajka, ale on tylko zmienił metrykę staremu kogutowi znacznie go odmładzając. Kogut był starym wygą, gotował się w rosole dwa dni i cały czas był twardy. A mnie było go bardzo żal i długo nie mogłam tego tacie wybaczyć. I to wszystko za moimi plecami, w plany zabójstwa nikt mnie nie wtajemniczył.
Później już nie kupowaliśmy żywych istot na jarmarku. Choć plany takie bywały. Tata chciał kupić owce do naturalnego koszenia trawy. Niestety po owce trzeba było jechać na jarmark do Nowego Targu, a więc na planach się skończyło.
Pamiętam jeszcze jedną jarmarkową historię. Jechaliśmy busem do Wadowic. Był wtorek, a więc dzień targowy. Dość dużo ludzi wsiadło na przystanku przy rynku w Suchej: pani z kartonem pełnym kaczuszek i pan z dość dużym workiem. Bus ruszył, kaczki zaczęły gdakać i śmierdzieć, a sznurek, którym związany był worek, nieco się poluzował. Prosiak z worka od razu poczuł wolność i wyskoczył z kwikiem. Ponieważ był wielki ścisk, ludzie dosłownie na sobie stali, a przy hamowamiu pojazdu leżeli, świnka nie miała szans, żeby przedostać się do drzwi wyjściowych.
Któryś z pasażerów chwycił ją między nogi i trzymał. Kwik i pisk był tak donośny, jakby kogoś zarzynali. Prosiak wrócił do worka i w Zembrzycach razem z właścicielem wysiadł. Kaczątka dojechały do Wadowic.
Jak mijam rynek i most na Stryszawce w Suchej i wchodzę pomiędzy pierwsze stragany, to z rozkoszą wdycham zapach jarmarku i czuję jego tętno, gwar. Urzeka mnie koloryt, bogactwo oferty, mydło i powidło. W tym roku kupiłam majtki każdemu z rodziny. Dwa lata temu kupowaliśmy wnukowi pułapki na kuny, które nigdy nie zadziałały, ale mamy aż trzy. Pan, który je sprzedaje, zawsze wyjaśnia, jak ich użyć, dzieli się też swoimi prywatnymi pomysłami. Inny sprzedawca, u którego już prawie byłam gotowa kupić pistolet strzelający gumowymi nabojami, sam odwiódł mnie od tego pomysłu, opowiadając o innym kliencie, któremu taki nabój zranił dotkliwie oko. Tomek od jakiegoś czasu kupuje konopne maści z Czech. Pani, która je zachwala, mówi, że pomagają na wszystko i że są zagraniczne, czeskie, poza tym ma jeszcze drożdże do bimbru, bo jak maści nie pomogą, to bimber na pewno. Mamie kupiliśmy buty z “plastikowej skóry, mięciutkie, wyprofilowane”, w których do dzisiaj chodzi, tata kupował scyzoryki, radzieckie wiertarki i sprzęt do czyszczenia kominów. Córka kupiła ostatnio sukienkę i “maski przeciw zarazie”, jak głosiła odręcznie napisana reklama, dwie dla dzieci z „krainą lodu“ i „tik tokiem“, a dla siebie z ogólnopolskim wzorem ludowym.
Nie ma już handlarzy koni, są konie na biegunach, na ręcznikach, na pościeli i te wystrugane w drewnie, nie ma handlujących Żydów, którzy byli liczną społecznością w Suchej, a którym moja babcia sprzedawała jajka, o oni oczywiście z jarmarczną marżą sprzedawali je znowu na targu. Jest na pewno inaczej, jest współcześnie, ale panuje wciąż ta sama jarmarczna atmosfera, dla nas miastowych też pewna egzotyka, urok i czar. W tym roku obowiązuje ogólna dezynfekcja, a policjanci pilnują zachowania 1,5-metrowych odległości. Tylko ta pani od czeskich maści z dumą i swadą demonstruje swoją maskę z dziurą w środku: „Bo jo muse godać i mom takom limitowanom, a jak gymbe zamkne, to dziury ni ma”.
Die Coronazeit, die Quarantäne hat uns auf die neuen Fernsehmöglichkeiten aufmerksam gemacht, vor allem in Prag, wo wir von öffentlich-rechtlichen Fernsehanstalten nur ARD in unserem Appartement empfangen konnten. So lernten wir Netflix kennen, manchmal auch schätzen, und schauten uns einige Produktionen an, die sonst wahrscheinlich an uns vorbeigegangen wären.
Unter den unendlich langen, in vielen Staffeln und Folgen (ja, man lernte das entsprechende Vokabular dazu kennen) und immer wieder neu gedrehten Filmen stach für mich eine kurze und spannende polnische Serie (mit nur 5 Folgen) heraus. Zugegeben, zuerst haben mich vor allem die Namen auf dem Abspann neugierig gemacht – lauter Söhne bekannter polnischen Film- und Theaterleute: Jan Holoubek, der Sohn vom Gustav Holoubek, und Magda Zawadzka (an die beiden kann sich meine Generation wunderbar erinnern), Kasper Bajon, Sohn von Filip Bajon; als Hauptdarsteller Andrzej Seweryn. Es handelt sich um eine polnische Produktion für Netflix, gedreht 2018, in Deutschland zu sehen erst ab 2020: Rojst, Witaj w polskim bagnie, [Im Sumpf] unter der Regie von Jan Holoubek.
Auch wenn ich sagen würde: der polnische Sumpf war damals vielleicht nicht so sumpfig, ist die Produktion durchaus gelungen. Man fühlt sich richtig in die frühen 80er Jahre versetzt, mit ihrer Tristesse, Hoffnungslosigkeit und Hässlichkeit; fast kam mir der Gedanke, ob es denn wirklich so schrecklich um uns herum war oder ob es um eine gewollte Überhöhung für filmische Zwecke ging, und dann gab ich mir die Antwort selbst; meine fast krankhafte Liebe und Aufmerksamkeit für das Schöne, für die Schönheit stammt wahrscheinlich daher. Im Film spielen brutale menschlichen Beziehungen, wo der Sinn für Wahrheit und moralische Normen und Menschlichkeit längst verschwunden ist (wo war denn die viel beschworene polnische katholische Kirche?) eine große Rolle. Die Natur um die Kleinstadt in Schlesien, wo die Handlung spielt, ist auch morastig und undurchdringlich, zwar nicht sumpfig (wäre noch besser), doch auf jeden Fall geheimnisvoll. Es waren die Jahre der Dunkelheit, des Kriegszustandes, in denen viele Leute aus dem Land emigrierten, fortgingen. Das alles wird fast bis ins Surreale gesteigert, dazu kommt eine Handlung, die sich für einen Krimi vielleicht zu langsam und unspektakulär entwickelt, aber die mit Fetzen der Erzählung aus der Vergangenheit, aus den direkten Nachkriegsjahren durchsetzt ist und dadurch noch geheimnisvoller wirkt. Die Geschichte von den vertriebenen Deutschen, die in einer Nacht und Nebel-Aktion aus den Häusern geholt wurden, in einen Wald, in ein Lager gezwängt und da ihrem Schicksal überlassen, litten, ist vielleicht auch zugespitzt, doch sie macht neugierig. Darüber herrscht natürlich im Film, wie tatsächlich auch in der Nachkriegswirklichkeit, großes Schweigen, nur die Namen, im Film in die Rinde der Bäume eingeritzt, mit den Jahren fast unsichtbar geworden, zeugen von den Ereignissen und das Leuchten über den Feuchtgebieten, im Wald, sendet ihre Botschaften.
Noch mal von vorne: die Handlung spielt in einer kleinen Stadt, irgendwo in Schlesien, Anfang der 80er Jahre. Im Wald nahe dem Städtchen werden ein Sportfunktionär für Jugendliche und eine Prostituierte tot aufgefunden. Die Ermittlungen dauern nicht lange und die Polizei nimmt einen Verdächtigen fest, den Mann der Prostituierten, der, mit dubiosen Methoden verhört, die Tat gesteht, so dass die Miliz den Fall ad acta legen kann. Man nimmt den angeblichen Täter fest und liefert in die geschlossene Psychiatrie ein. Doch zwei Journalisten der lokalen Zeitung, die darüber berichten wollen, stoßen auf Ungereimtheiten und neue Verdachtsmomente; wie es der Zufall will, kommt ein junger Praktikant aus Kraków, dessen Vater ein bekannter politischer Apparatschik ist, bei der Lokalzeitung zum Einsatz. Er wird von einem älteren, profilierten Kollegen betreut. Die beiden ermitteln gegen die Anweisung des Chefredakteurs in dem Fall weiter. Letztlich beschäftigt sich damit nur noch der junge, unerfahrene und naive Journalist auf eigene Faust und stößt auf einen Sumpf von Verflechtungen, Verwicklungen und bedrohlichen Situationen. Es sterben noch zwei Jugendliche und ein Metzger wird aufgehängt, der Fall endet mit einer richtig sumpfigen Lösung, die ich hier nicht verraten will.
Es ist aber nicht die kriminalistische Handlung, die für die Story den Ausschlag gibt. Es ist die Szenerie, die dunklen Bilder, die oft so düster sind, als ob sie durch einen Grauschleier gedreht worden seien; auch die Musik untermalt die dunklen Momente. Sogar die jugendliche Liebe muss diesem fatalistischen und hoffnungslosen Hauptstrang geopfert werden, sie fügt sich in die Reihe der Katastrophen, die auf dem Bildschirm passieren. Einzig der junge Journalist aus Kraków und seine schwangere Frau kommen unversehrt, wenn auch mitgenommen, aus der Geschichte heraus; sie sind der einzige Lichtblick, die einzigen Hoffnungsträger in der Geschichte. In dem ganzen Film scheint niemals Sonne über die Landschaft, es ist finster, düster aber stimmungsvoll und, wie ich am Anfang gesagt habe, wahrscheinlich so, wie es am Anfang der 80er Jahre in Polen wirklich war.
Ich kann die Serie guten Gewissens empfehlen, nicht nur polnischen Zuschauern.