Tibor. Rysunki, wiersze, tłumaczenia

Tibor Jagielski

momente

leyla (azubi)
erzählt in der pause
über schönheit ihrer heimat kenia (gorillas im nebel u.s.w.)
– ich bin eine giraffe –  schaltet sich die  jackie (schichtleiterin) ein
– brauche nur 4 stunden schlaf!
– du blöde kuh – denke ich
beisse die zähne zusammen
und schweige

Walter Kempowski (spolszczył Tibor Jagielski)

Wdrapałeś się do ucha
a w oczach słyszysz,
co twoje uszy widzą.
Statek widzisz od dołu,
a ptaki z góry.
Stempel podsumował wszystko.
X
Ins Ohr hast du dich verkrochen,
und in den Augen hörst du,
was deine Ohren sehen.
Das Schiff siehst du von unten,
die Vögel von oben.
Das Stempel hat alles zusammengefaßt.
Ucho przy ścianie.
Usłyszałeś cień,
kiedy przemykał.
Czy to było westchnienie?
Czy to był daleki krzyk?
X
Das Ohr an der Wand.
Du hörtest den Schatten,
als er vorüberglitt.
War es ein Seufzer?
War es ein Schrei weit weg?
Rzadkie dni światła,
wiatr potrąca harfę krat:
aż do judasza w drzwiach!
Zimno go nie powstrzyma.
X
Seltene Tage des Lichts,
Wind streicht durch die Harfe des Gitters:
bis an die Lupe der Tür!
Kälte hält ihn nicht auf.
To były wakacje!
Krzyki ponad falami
i trawa na wydmach tnąca w stopy.
X
Chętnie wspominasz burze,
porwany brezent.
Piasek w oczach.
Synem i ojcem byłeś jednocześnie.
Trzymałeś się sam za rękę.
X
Das waren Ferien!
Das rufen über den Wellen,
und Strandhafer schnitt in die Füße.
X
An das Gewitter denkst du gern,
an die gerissenen Planen.
An Sand in den Augen.
Sohn warst du und Vater zugleich.
Du hieltest dich selbst an der Hand.
Nad tobą siorbią,
a pod tobą maszerują.
Raz zawołałeś.
ale odpowiedzi nie było.
X
Über dir schlurft es,
und unter dir wird marschiert.
Einmal hast du gerufen,
doch eine Antwort kam nie.
Walter Kempowski (1929 – 2007)

z cyklu: “Langmut (Wytrwałość)” (2009)

był czlonkiem niefomalnej grupy bedacej w opozycji do hitlerjugend i hitleryzmu w ogóle
nastepna zaraza wsadziła go tutaj
https://de.wikipedia.org/wiki/Justizvollzugsanstalt_Bautzen
na ćwierc wieku, ale trzy lata po śmierci bat’ki – jak wielu innych ułaskawiony; dyrygował chórem więziennym

Powrót barda

Piękna dziś data, prawda? 02.02.2020
Zobaczcie TU
Ponadto jest to 33 dzień roku i do końca roku pozostały 333 dni

Kiedyś pisał tu co miesiąc, potem stał się bardem opozycji i zniknął, teraz wraca. Za pierwszy z opublikowanych poniżej wierszy dostał wczoraj, po raz kolejny zresztą, jak to sam określił, “bana na Facebooku”. Poczułam, że nie mam wyjścia, muszę poprzestawiać zaplanowane wpisy i natychmiast zamieścić te wiersze.

Roman Brodowski

Taka sobie polityczna rymowanka

Może ktoś mi głupiemu wyjaśni
Może ktoś mi zrozumieć pomoże
Jak to jest że nad naszą Ojczyzną
Kaczor krąży nie polski zaś orzeł.

W Sejmie PiSu czcigodni posłowie
Uczą nowych zasad konwersacji
Język płynąć ma prosto z rynsztoka
Mowa kłamstwa pomówień dewiacji

W rządzie także są sami kaczyści
Klub wzajemnej siebie adoracji
Rządzą w imię swej części narodu
Uwalniając ich z pęt demokracji.

Obiecują więc dają… na krechę
Pięćset plus dotacje socjalne…
Choć z pustego Salomon nie nalał
Oni leją – cud Tadka? – normalne?

Poza Sejmem też nowe zwyczaje
Faszyzm śmiało kroczy do wielkości
Krzyże w dłoniach różańce na szyjach
Wartko płyną słowa kat kaczo – miłości.

Może ktoś mi głupiemu wyjaśni
Bo zrozumieć nie potrafię tego
Skąd się biorą jednostki społeczne
Które mówią być z PiSem? – nic złego

Berlin 24.01.2019

A teraz kolejne wiersze już z tego roku, ale też jeszcze z ubiegłego.

To tylko sen

Przebudziłem się ciszą
Niby w domu a bezdomny
Odziany w wolność słowa
Krzywego zwierciadła prawd

Ruszyłem w ponad światy
Do ziemi bogatej w jutro
Do nowych lepszych idei
Do wspólnoty bez wad

W gniazdach bogobojnych
Plaga fałszywej miłości
Rozpoczęła kolejny już akt
Ojczyźnianej tragedii jutra

Przebudziłem się płaczem
Przodków czasem pokorny,
Głosem przestrogi wnętrza.
Pamięcią proszącą o trwanie

Berlin 07.01. 2020

Hobbysta

Wczoraj kupiłem
Czyjeś sumienie
Prawie za bezcen
Jak zużyty stary łach

Leżało przecenione
W starym koszu
A na nim napis
Towar przeterminowany

Zbędny przedmiot
A jednak to smutne
Powiedziałem ciszy
Podnosząc nabytek

Jak szalony zbieram
Sentyment wartości
Człowieczego “wczoraj”
Na pokarm filozofii

W mojej kolekcji
Jest wiele homo nihil
Pordzewiała prawda
Namiastka empatii

Jest zużyta tolerancja
I starcza życzliwość
Do oddania młodym
Jako relikt przemijania

Lecz nikt nie chce
Dziwny świat z lamusa
Stał się niemodny
Dla karłowatej pustyni

Dziś niepotrzebne
Zwierciadło bożych łask
Dobro tonie w rynsztoku
A przed nami?…. “lepszy” czas.

Berlin 09 .11. 2019

Na zawsze Ona

Odnalazłem poszarzały
Obleczony w przeszłość
List zapisany strofami
Młodzieńczego patosu

Kilka prostych rymów
W Intymności serca
Romantycznej duszy
Na przedsionku trwania

Odnalazłem czas miłości
Odziany w tęsknotę
Jęczącą pokorą wnętrza
I to pytanie – Dlaczego?

Tylko Jej uśmiech wędruje
W mroku przemijania
Moja wielka… no właśnie
A zegar wybija kolejny rok.

Berlin 22. 06. 2019

A w nowym roku inaczej

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Bo i szronu przybyło na głowie
I społecznie mniejsze przyzwolenie

Dziś po latach walki z PiS dyktatem
Walki w sprawie polskiej Konstytucji
Zrozumiałem czego chce nasz naród
Kasy, wódy, politycznej prostytucji

Znów historia zatoczyła koło
Kiedyś były “Bar” i była “Targowica”
A obecnie? – sorty – lepszy, gorszy
Władza PiSu dyktator ulica

Niepotrzebne są moim rodakom
Praworządność jedność demokracja
Dla nich ważne są treści z ambony,
Polityka dyktatu populizm dewiacja

Żal mi naszej polskiej tożsamości
Krwi ofiary przodków naszych…
Dziś historię nową pisze PiSu władza
Dumnie kroczy nacjonalizm faszyzm

Obiecałem Ojczyźnie i sobie
Że się w nowym roku zmienię
Gaśnie we mnie dusza romantyka
Pozostają: gorycz i oczu łzawienie

Berlin, Grudzień 2019

Moja Żoneczka

Moja Żoneczka jak przed laty,
Gdy ją ujrzałem po raz pierwszy
Uśmiechem kusi mnie codziennie
Więc nie żałuję dla niej wierszy

Z ochotą biorę pióro w dłonie
W myślach przytulam mą Liluszkę
I piszę strofy…. tylko dla iej
Ona jest moim dobrym duszkiem

Światełkiem w mroku mego życia
Lekarstwem na jesienny smutek
Płomieniem w czasie niepogody
I zbiorem najpiękniejszych nutek

Jest taka sama jak przed laty
Gdy ją ujrzałem tam… na kresach
Wierny Towarzysz na czas słoty
Który pociesza i rozgrzesza

Berlin 13. 04. 2019

Apokryf XXXVIl

Wiatr znów nam
Wieje ze złej strony
Znów nie tę prawdę
Purpura sprzedaje
Zmienia się wiara
Zmienia przeszłość
Płyną złowieszcze
Chmury nad krajem

Na horyzoncie
Armia zbawienia
Czeka na wiernych
Miecza i krzyża
Dzwony na alarm
Biją żałośnie
Lecz nikt nie wierzy
Że mrok się zbliża

Kroczy przed siebie
„Pierwiastek“ ludu
Z hasłem na ustach
„Bóg, honor, Ojczyzna“
A dla mnie słowa
Dumne, szlachetne
W tym towarzystwie
Brzmią jak „obczyzna“

Nie ma tam Boga
Gdzie nienawiść kwitnie
I nie ma honoru
Gdzie kłamstwo zwycięża
A Ojczyzna umiera
Gdy język wspólnoty
Miast mową przyjaźni
Jest językiem węża

Berlin, wrzesień 2019

KIG 115 (Reblog)

Ela Kargol

Tekst ze strony stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V. na FB / vom Fanpage des Vereins Städtepartner Stettin e.V. 

In Berlin und in Stettin / W Berlinie i Szczecinie

Vor 115 Jahren ist Konstanty Ildefons Gałczyński geboren, ein bekannter polnischer Dichter, der seine lyrischen Spuren sowohl in Berlin als auch in Stettin hinterlassen hat. Der Dichter arbeitete von 1931 bis 1933 als Kulturattaché bei der polnischen Botschaft in Berlin.

Er besichtigte Museen, unternahm viele Reisen und entdeckte für sich ein kleines Kabarett, nah am Potsdamer Platz.
“Die Katakombe” war ein politisch-literarisches Kabarett in Berlin, das von 1929 bis 1935 bestand.
Inge Bartsch, junge Schauspielerin und Sängerin, eine hübsche junge Frau mit roten Haaren, sang Tucholsky’s Texte: „du bist so stolz und fern, und hast mich doch so gern…”
Gałczyński war so beeindruckt, dass er über sie ein Gedicht verfasste, über sie und auch über den sich rasch entwickelnden Faschismus in Deutschland zu der Zeit.

Das ganze Gedicht ist unter diesem Link zu hören und zu sehen:
https://www.youtube.com/watch?v=3hlExHOrr_g…

Meine damals 15-jährige Tochter Helena nahm vor sieben Jahren an einem Projekt “Poesie verbindet” teil, wo sie das Gedicht rezitierte, durch Inge Bartsch’s Berlin schlenderte und in die 30er Jahre des letzten Jahrhunderts abtauchte.

Nach Stettin kam Gałczyński im Frühjahr 1948. Ihn beeindruckten die Magnolien, die gerade blühten, das neue Haus in Pogodno mit großem Garten und Veranda, auch die Straßenbahn, die vorbeifuhr, der Wind, der von der Oder wehte und… damals auch das neue Polen. Er schrieb:

Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
i dom i sad i kota – nie do wiary!
Natalia na werandzie Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary…

Hier ist mein Hafen, hier strahlt die Sonne auf meinen Stirn.
Und Haus und Garten und Katze – nicht zu Glauben!
Natalia auf der Veranda, Kira in der Schule
und Großmutter kriechen die Träume unter die Brillen.

Bevor er Szczecin nach einem Herzinfarkt verlassen hat, gründete er den Club der 13 Musen, der bis heute existiert.
In diesem Club wird jedes Jahr Gałczynskis Geburtstag gefeiert. Diesmal ist es der 115.

***
115 lat temu urodził się Konstanty Ildefons Gałczyński, poeta berliński i szczeciński.
W obu miastach nie zabawił zbyt dlugo, ale na tyle wystarczająco, żeby zostawić liryczne ślady. Berlińskim śladem oprócz słynnego „Balu u Salomona“ jest z całą pewnością „Inge Bartsch“ wiersz, nie tylko o pięknej Indze, której głosem i urodą poeta się zachwycił, ale też o rosnącym w Niemczech faszyzmie.

Inge Bartsch nie jest postacią wymyśloną, istniała naprawdę, była aktorką, piosenkarką. Poeta trafił pewnego dnia w Berlinie przy Placu Poczdamskim do kabaretu Katakombe. Na afiszu widniały dwa nazwiska: Kurt Tucholsky i Inge Bartsch. Inge o płomiennych włosach i drobnej sylwetce śpiewała niskim głosem „du bist so stolz und fern, und hast mich doch so gern…” Kabaret, który zapewniał, że jest apolityczny, takim nie był. Nie trzeba było długo czekać. W 1935 na wyraźny rozkaz Goebelsa kabaret zamknięto, a Wernera Fincka, jednego z założycieli aresztowano.
Gałczyński był już wtedy w Wilnie.

Potem była wojna, mobilizacja i cudem uniknięta śmierć w Kozielsku, obóz jeniecki w Niemczech, Kraków i w roku 1948 Szczecin.

Do Szczecina przyjechał wiosną w porze kwitnięcia magnolii. Zachwycony ukwieconymi drzewami, krzewami, wiatrem od Odry, domem na Pogodnie, i nową Polską, a nawet tramwajem „jedynką“, chciał tu pozostać na dłużej. Z żoną, córką i teściową.

Tutaj mój port, tu słońce mam na czole
i dom i sad i kota – nie do wiary!
Natalia na werandzie Kira w szkole.
A babci wchodzą sny pod okulary
Nad klombem ptaka cień przefrunął modry.
Grzmi w rękopisie moim epopeja.
Dobrze mi tu. I wieje wiatr od Odry,
odurzający i zwycięski jak nadzieja.

W Szczecinie powstał Klub 13 Muz, którego poeta, jak legenda głosi był założycielem. Klub działa do dzisiaj.
Urodziny Gałczyńskiego obchodzi się w klubie co roku. W tym roku Salon Artystyczny Seniorów „13 Muz” przygotował interpretacje wierszy poety. Panie recytowały, tańczyły, Zielona Gęś gęgała, szczecinianie bili brawo. Całości dopełnił pokaz filmu „Adresy Konstantego”, według pomysłu i scenariusza Marka Brzezińskiego, a… Konstanty, gdyby żył, może łagodniej spojrzałby na „Bożą krówkę” i nie dziwił się, że zimą jest ich coraz więcej.

Nasz autor Mieczysław Węglewicz spędził dzień 115 urodzin Gałczyńskiego w leśniczówce Pranie – zob. TU

KIG

Już rok temu, w rocznicę urodzin KIGa, autor przysłał mi wiersz. W tym roku wiersz (w nowej wersji) powrócił, a z nim opis urodzin w leśniczówce

Mieczysław Węglewicz

Urodziny poety

Jakie tajemne znaki
zwiastowały Polakom
dzielnym
że się narodzi Konstanty
poeta niebagatelny?
jak poznał lud i socjeta
że przyszedł na świat
poeta?
Nie anonse o niemowlętach
nie literackie gazety
nie blask
gwiazd
nie komety
to Wisła miała kolor zielony
pawie w królewskich
Łazienkach
rozkładały zielone ogony
to zorza była zielona
i atrament zielony podrożał
PS
Konstanty Ildefons Gałczyński urodził się w W-wie 23 01 1905 roku

Program imprezy urodzinowej
1. uwielbiać KIGa i czcić
2. opiewać gęś zieloną
3. śpiewać pieśni i wino pić
4. delektować się gęsią pieczoną

Leśniczówka z czerwonej cegły, porośnięta dzikim winem robiła wrażenie tajemniczej świątyni. Wejścia przed furtką strzegła drewniana gęś. Za furtką, druga gęś, zielona z brązu, na wysokim postumencie, witała przybyłych, szeroko rozpościerając skrzydlate ramiona. Pokornie weszliśmy na podwórze, z szacunkiem dla odchodzącego dnia. Wokół była cisza, chłód i szarość bezśnieżnej zimy. Zapadał zmierzch.
Na ławce przed drewnianym gankiem zjawił się po cichu jak leśny duch wielki, kudłaty kocur main coon.
Próbowaliśmy łasić się do niego, ale pozostawał obojetny na pieszczoty.
Uchyliły się drzwi i na ganek wyszedł wyrośniety czterdziestolatek w zimowej kurtce. Zaprosił przybyłych do leśniczówki. Na parterze w otwartym kantorku z biletami, książkami i pamiątkami, wsród kilku osób jest także pani Grażynka, zawsze uprzejma i pomocna. Droga wiodła po drewnianych schodach, które słyszą i czują każdy krok. Czasem nawet coś mówią skrzypiącym głosem.

Weszliśmy jako pierwsi do dużej izby na poddaszu z kaplicznymi rzędami krzeseł.

Przed pierwszym rzędem jak na ołtarzu stały dwie figury zielonych gęsi – duża i mała. Gęś i gąska. Mama i dziecko.

Z każdą minutą więcej i głośniej skrzypiały schody. Przybywało gości. Krzesła zostały zajęte. Niektórzy stali przy schodach. Wreszcie schody zamilkły. Natężała się cisza, niekiedy zakłócana powściągliwymi chrząknięciami.
I kiedy już wszyscy jakoś dojrzeliśmy do słuchania, poeta i dyrektor Wojciech Kass, podzielił się swoja dumą i pochwałami, że heroicznie przybywamy od sześciu lat na urodziny KIGa w Praniu.

Czysta przyjemność po naszej stronie, panie Wojciechu!

Gość honorowy 115 urodzin KIGa, pan prof. Piotr Mitzner (zdjęcie po prawej stronie), snuł ciekawą opowieść o życiu i twórczości ś.p. Jubilata, a my po cichu na huśtawce marzycieli sięgaliśmy w wyobraźni po tort urodzinowy, po herbatę i grzane wino, podane wkrótce podczas wspólnego ogniska.

Na koniec nad ognisko zleciałały się kiełbasy, które co raz to unosiły się dostojnie nad ogniem, to opadały bliżej żaru. Widowisko to obserwowali zgromadzeni wokól ogniska ludzie. Niektórzy wyglądali tak jakby kierowali ruchem kiełbas wzrokiem, u innych zaś widać było czarodziejskie różdżki.
Nocne powietrze, wilgotne i chłodne, nasycone było żywicznym kadzidłem.
Trwały czary…


Nasza autorka, Ela Kargol, pojechała na urodziny poety do Szczecina – zob. TU

“Na ten Nowy Rok”

Teresa Rudolf

Liczydło

Znów następny rok,
paciorek na moim liczydle,
na razie wciąż kolorowy,
ale czy tak zostanie?

Przekładane pacioreczki
przez nas, lub samoistnie,
jak bezwględne cięcie nożem
rok po po roku, znów rok…

Przekładany paciorek,
z planami, emocjami,
wygranymi lub straconymi,
szansami na dziś i jutro.

Chrzęst przekładanych
paciorków na świecie,
przez wszystko, co żyje,
tam moje koty, a tu ja…

A tam znów zmarła
roża, a tam miłość….
ale nadzieja zawsze,
umiera ostatnia.

W międzyczasie życia

Między-czas
szybki lub powolny
krótki lub też długi
absolutnie własny.

Między-czas
na myślenie, radość,
grzech lub modlitwę
co komu potrzebne…

Między-czas,
ucieczka od nacisku,
po ścieżkach pokrętnych,
lub prostych życia.

Mięczy-czas,
życie na pastwisku
tego, co się tu mieści,
a co się nie zmieściło.

Między-czas,
luka między jednym,
a drugim czasem,
możliwości w bród…

Między-czas,
duszek unoszący się
w próżni kolorowej,
jak balon marzeń.

Między-czas,
intymność wszelka,
gra między tym, co
musi się, a co nie powinno.

Między-czas,
wyskok na papieroska
chwili, pocałunek w biegu,
przewroty na łące życia.

Między-czas,
bieganie bez smyczy,
zapomnienie zagara
śmiech, z samego śmiechu.

Między-czas,
gwizdanie przy goleniu,
Myśl przy malowaniu oka,
ścisk zakochanego serca.

Drugie dno życia…

W oczekiwaniu na cud

Autor nie mógł wiedzieć, co napisałam we wpisie świątecznym, bo było jeszcze kilka dni przed świętami i właśnie zaczynała się Chanuka, gdy przysłał mi taką propozycję… W każdym razie pisałam, że zdarzył się cud. Dziękuję, Tiborze!

Tibor Jagielski

…jak chcesz, a kiedy – będziesz wiedziała sama
podczas oczekiwania na cud
pozdrawia

tibor

Autor: Tibor Jagielski
Mozart Don Giovanni Finale

WIERSZE  DNI ZAMACHU STANU

nasz krzyk
milknie
bogowie
przechodzą obok nas
obojętni
(16)

słońce tańczy na soplach wiszących z okapu
krople spadają na parapet
rozlewają się i zamarzają natychmiast
cisza
(17)

48

w nocy
po bezskutecznej rewizji
wzięli mnie

– wsadzimy cię do celi z pedałami
to ci dadzą popalić
ty dupo

mówili
wspierając dłonie na przytroczonych do boku kaburach
(a ten “dobry” pozwolił wziąć szczoteczkę i fajki)

jak było
pytali mnie potem
– hujowo normalnie
(18)

z cyklu “krzyk ryby”,*)
szczecin, 1981/12/20


*) wydany w opozycji do  stanu wojennego z 13/12/1981
w ilosci ok. stu egzemplarzy
tomik wierszy;
wydawałam wtedy także  moje obrazki,
powielałam (głównie techniką linorytową) i wieszałam w środkach masowej komunikacji

najlepsze rysunki i wiersze umieszczałam na ścianie mojego pokoju, ale z tej pożogi niewiele ocalalo,
może jeden napis na murze berlińskim, parę zdjęć i powyższy rysunek.

Idą Święta

Teresa Rudolf

Idą Święta ciężkim krokiem..

Idą ciężkim krokiem Święta,
stary, szary wór na plecach,
dla każdego, coś godnego.

A tu jakieś mądre zdanie,
jakiś zapach z dawnych lat,
jakiś sekrecik z kluczykiem.

Pioseneczka z dzieciństwa,
uśmiech żebraka, choć mróz,
dobre, ciepłe dotknięcie…

Dla zwierzęcia zawsze bitego,
dla dziecka samotnego, choć
zabawki nad nim i pod nim.

Gest opamiętania, gdy ręka
leci, bo to tylko umiesz,
gest przebaczania bez słów.

Tyle podarków też innych
w starym worze, na starych
plecach, starych Świąt!

Idą ciężkim krokiem Święta,
doszły już prawie, przerażone
strasznym świata zgiełkiem.

Wokoło przepych złoty,
kolorowy, ciągle migoczący,
stres szukania igły w sianie…

Wokół uszy ciągle ogłupiałe,
od też biednej “Cichej Nocy”
pieśni świata najgłośniejszej.

Idą Święta ciężkim krokiem,
jak dać rady wszystkim,
i ciepłej karmy i ciepła.

Idą Święta i płaczą, wśród zgiełku…

Muzykę do wpisu dobrała autorka wiersza

Byron o wyspach szczęśliwych (i nieszczęśliwych)

Dziękuję Agnieszce R., która mi te wiersze przypomniała


George Byron, Giaur, tłumaczył Adam Mickiewicz

Wyspy szczęśliwe! w każdej porze roku
Zarówno miłe i sercu i oku,
Gdy was przychodzień z gór Kolonny wita.
Wraz nagły urok źrenice mu chwyta,
I myśl pogrąża w dumy tajemnicze.
Tu szklane morza cichego oblicze
Na falach drobnych jak uśmiechu dołki,
Gór okolicznych odbija wierzchołki

Strzegące brzegów, z którymi łagodnie
Zdają się igrać rajskie wody wschodnie.
Jeśli się wietrzyk chwilowy prześliźnie,
I złamie szyby na modrej płaszczyźnie,
I kwiecie z brzegu przyniesione miota,
Jakaż w tym wietrze wonia i pieszczota!
Tam na skał wierzchu, u ścieku poników
Błyszczy się róża, sułtanka słowików
Jej brzmią pochwały kochankowie leśni,
Ona rumieńcem dziękuje za pieśni.
Śliczna i skromna, królowa ogrodów,
Nietknięta wichrem, niezwiędła od chłodów
Nie znając naszych zim niebezpieczeństwa,
Kwitnie świeżością wiecznego panieństwa.
Balsamy, których niebo jej udziela,
W wonnych kadzidłach ku niebu odstrzela,
Niebo wzajemnie, co dzień jej użycza
Świetnych kolorów swojego oblicza.

Tam, w polu tyle jest kwiecia dla wianków,
Tam, w lasach tyle cienia dla kochanków
Tam, groty dla nich ciosane umyśnie;
Dziś morski zbójca w te groty się ciśnie,
I nocą z małej czatuje galery
Na bezpiecznego żeglownika stery.
Skoro miesięczna zabłyśnie pochodnia,
Zabrzmi gitara morskiego przechodnia
Zbójca swój rudel zaraz na głąb pędzi
Zakryty cieniem nadbrzeżnych krawędzi,
Zahacza statek, zdobycze rozdziela;
Wrzask konających miesza pieśń wesela.
Dziwna! gdy kraj ten natura obrała
Na ogród bogów, i hojnie nań zlała,
Tyle bogactwa, piękności tak wiele
Jakby we własnym zakochana dziele,
Dziwna! że dzieła własnego się zrzeka,
I dziś natura wpuszcza tu człowieka,
Który, odwieczny miłośnik zniszczenia,
Ogród Edeński na nowo wyplenia,
I jako leśny dzik kwiecie wytłacza
Niepokropione znojami oracza
Ani znające ręki ogrodnika!
Tu kwiecie samo dokoła wynika,
Za tyle wdzięków, za taką obfitość
Uprasza tylko człowieka o — litość.
Dziwna! tu ziemia oddycha pokojem.

A serce ludzkie, chucią i rozbojem.
Czyż kraje światła na nowo ogarnie
Noc namiętności rządzących bezkarnie?
Patrząc myśliłbyś, że tu zbuntowani
Wojsko aniołów zwalczyli szatani,
I cherubinów trony dziś przywłaszcza
Tłum, który piekieł wyzionęła paszcza.
Tak śliczny kraj ten ojczyzna rozkoszy,
Tak brzydki tyran, co go dziś pustoszy!

Przyp Admin.: Bo z Wyspami tak już jest. Jeśli są naprawdę Szczęśliwe, to ich nie ma, a jeśli są, to jednak na nic ich prośby o litość, w tej ojczyźnie rozkoszy, brzydki się tyran kryje, co je dziś pustoszy…

Z nowych limeryków

Arkadiusz Łuba
LIMERYKI STAROŻYTNE (wybór)

I
Miasta Rzymu cesarz Nero
był tak naprawdę wielkie zero!
Pożeranym w Koloseum dole
niewolnikom, miast wołać im ooo-le,
nucił sobie pod nosem le-ooo!

II
Inny cesarz, Caligula:
z tego też była rajfura.
Oficjalnie nikt nie wiedział,
kto mu ciągle w tyłku siedział.
Choć może to wymysł i bzdura.

III
Plotki szły o Aureliuszu:
Seksu miał po dziurki uszu;
ale gdy mu brakowało,
wołał do się gwardię całą.
Prawdę mówisz, patrycjuszu?

IV
Cesarz Rzymu zwany Neronem
lubił bawić się kondomem;
widziano, jak go nadyma
do rozmiarów zeppelina.
Choć aż takim nie grzeszył fasonem.

V
Rzymski władca, Juliusz Cezar,
tylko by na babach leżał.
I tak leżał na dziewczynie
w wyrośniętej koniczynie:
lędźwiami orał jej przedział.

Nawet Słowacki… (Barataria)

Ewa Maria Slaska

A ta Slaska jak się uczepiła tego Bakszyszu, to nie puszcza…

Tak, przyznaję, rzadko mnie kiedy robak jaki toczył jak ta zamiana wyspy Barataria na Bakszysz w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa. Już trzeci tydzień się z tym zmagam.

Przyszło mi do głowy, że może jednak nie mam racji i że może trzeba sprawdzić, jak naprawdę ta nazwa i w ogóle sprawa wyspy dla Sancho Pansy jest osadzona w polskiej literaturze. To jeden z tych wpisów, które rozwijają się w trakcie pisania i ja, autorka, zaczynając ten wpis, nie mam pojęcia, jakie na końcu zaprezentuję wnioski.

Do dzieła zatem. A raczej do Dzieła.

Julisz Słowacki, Beniowski. Pięć pierwszych pieśni

Pieśń druga:

O! Boże! ileżbym stworzył romansów,
Gdybym chciał wszystkich d…w być zabawą,
Wyspą dla grubych naszych Sanczo Pansów,
Na której by się uczyli ze sławą
Sylabizować. Lecz z prozą aliansów
Nie chcę — do wiersza mam, jak sądzę, prawo.
Sam się rym do mnie miłośnie nagina,
Oktawa pieści, kocha mię sestyna.

Ach to ten słynny cytat. Kocha mnie sekstyna. Przypis wyjaśnia, że d…w to słowo durniów (a ja myślałam, że dupków i dlatego wykropkowane), a Sancho Pansa — postać z powieści Cervantesa Don Kichot, rubaszny giermek tytułowego bohatera; obiecano mu stanowisko gubernatora wyimaginowanej wyspy.

Pieśń trzecia:

I wnet zrozumiał rycerz, że go czeka
Awantur nowych, dziwnych, łańcuch złoty;
Zaczarowany zamek, albo rzeka
Pełna rusałek. — O! domysły trafne! —
Może w pokrzywy przemieniona Dafne;
Może Minotaur i zaklęte skarby,
Z których jak z dobrej wioski będzie przychód —

Tak młodość wszystko stroi w lśniące farby,
Nigdy się małych nie spodziewa lichot.
O gdyby nie to! — to nigdy Ikar by
Nie latał — nigdy by nie żył Don Kichot,
Nigdy by w Trzecim Maju nie urosły
Illuzje — na co dziś wrzeszczą posły.

Wprawdzie to tylko Don Kichot i Sancho Pansa, ale ale, jest i Barataria:

Słowacki w liście Do Księcia A. C., w pozorowanym dialogu zwraca się do adresata: „[…] tworzysz mnie urzędnikiem dworu swego z prawem utopii, – a nawet… obra­cając się do dworzan twoich… powiadasz: iż rad byś mię gubernatorem wyspy Baratarii uczy­nił” – i oddala ten zarzut: „Powinienem zatem dowód położyć: że utopistą nie jestem, ale chcę: aby Waszej Ks. Mości miłość Duchowi Narodowemu panowała, a moje małe gubernatorstwo na wyspie Baratarii zniszczyła… nie szkodząc wszakże duchowi mojemu, który przeciwnej so­bie materialnej sile poddać się nie chce i nie może” [JSD XII, 284]. (Podkreślenie – Słowac­kiego)

Przy okazji wertowania dokumentów dostępnych jako dokumenty cyfrowe na portalu Polona trafiam na notatkę z Wiadomości Wyścigowych ze stycznia 1932 roku, że książę Stefan Lubomirski wystawił był do wyścigu ogiera (kasztana) Lecha, którego ojciec nazywał się Buvesz, matka – Barataria. Baratarię kupił od Lubomirskiego niejaki Bronikowski, o czym donosi Goniec Wyścigowy z czerwca 1935 roku.

Wróćmy jednak do poetów. Krzyfof Paczuski, poeta współczesny. Dwa wiersze z tomiku Obłokom. Podzwonne, Lublin 2002

List wysłany z La Manchy

Dulcyneo, najsamprzód konfesją uczynię,
iże przeklęty wiatrak roztrzaskał mi kopię.
Drewnianym tedy zostanę pinokiem,
alibo inszą kukłą, by sławić twe imię.

Po tym Pansa (półgłówek) odbieżał na ośle
(bodaj kark bydlę skręcił) z takowym aliansem.
Zali mogę ostać grubym sanczopansem?
Abo błaznem, by imię twoje było głośne?

Najsłodsza, srom największy na koniec’m ostawił:
batyst szczodrze haftowan, com go z rąk twych dostał,
zasię wiatr mi go zimny spod piersi wydostał,
aże do chmur go poniósł, by imię twe sławił.

Przeto wybawiać światy przeszła mi ochota.
Za służbę daj dukatów. Nie ma Don Kichota.

Barataria

Półgłówek. Krępy, gruby — w dodatku na ośle.
Lękał się gniewu pana i czczości żołądka.
Klął na czym świat stoi (świat stoi na klątwach).
Nawet dziecko myślało od niego doroślej.

Na rzece łódź jest ważna. On marzył o wiośle.
Skąd miał wiedzieć — reguły doświadczał w wyjątkach.
W twardej czaszce leniwa budziła się mątwa.
Giermek ciągnął za panem, pan pędził na oślep.

Czy naprawdę wiatraki są złem tej planety,
gdyż ramiona oddają we władanie wiatru?
Zwycięży, kto pokona kaca i artretyzm.
Bululu sam obsłuży persony teatrów.

Miast kruszyć kopie, dożył, że wreszcie wymarli
niewolnicy ułudy z wyspy Baratarii.

Tymczasem Biblioteka Warszawska z roku 1884 donosi, że wreszcie dnia 26 listopada lord Holdernesse zaprosił do siebie posła pruskiego Michella i wręczywszy mu odpis traktatu angielsko-rosyjskiego z 30 września oświadczył gotowość zawarcia sojuszu z kró­lem pruskim. Król 7 grudnia odpowiada przychylnie. Na mocy tej instrukcyi dnia 16 stycznia r. 1756 w dwa dni po przybyciu księcia de Nivernois do Berlina, poseł pruski Michell podpisał w Westminsterze traktat, którego główny artykuł opiewał: „Gdyby wbrew wszelkim oczekiwaniom (!) i z naruszeniem pokoju w Niemczech, który obie strony tym traktatem pragną zabezpieczyć, którekolwiek obce mocarstwo pod jakim bądź pretekstem wysłało wojska do Niemiec, obie strony połączą swe siły zbrojne, aby takiemu naruszeniu pokoju w Niem­czech zapobiedz.“ Rzecz jasna, że ten „najniewinniejszy z wszystkich traktatów,“ jak go nazywają dziejopisarze pruscy, był wymie­rzony wyraźnie przeciwko Francyi. Kiedy zaś 16 stycznia r. 1756 książę Nivernois pomiędzy innemi rzeczami ofiarował Fryderykowi… zwierzchnictwo nad wyspą Tabago, król odparł, że należałoby sobie wyszukać kogoś, któryby był stosowniejszym od niego na namiestnika wyspy Baratarii (Sancho Pansa) i odmówił przedłużenia traktatu z ro­ku 1741.

A Szymon Kobyliński opublikował w roku 1994 w Życiu Warszawy “tekst paraliteracki”  (czyli po prostu felieton) pt. Don Kichot i Barataria, co jest oczywiście ciekawym pomysłem, ponieważ Don Kichot do Baratarii nigdy nie dotarł. Niestety w sieci nie ma tego tekstu, a kiedyż ci ja dotrę do Baratarii, przepraszam do biblioteki, która ma stare numery tej gazety…

No, tak czy owak, panie Wojciechu, Sancho się wszędzie w polskiej literaturze nazywa Pansa a Barataria Barataria…

Poprzednie wpisy na ten sam temat: TU i TU