Konstytucja

Ewa Karbowska

PO ZNAJOMOŚCI BO – I PATETYCZNIE PONIEWAŻ

o ile sprzyjają anioły
to kumplem, kolegą ze szkoły
ale – na ogół – bez tego – nieczęsto spotykasz Ją, Jego

no chyba że bywa sąsiadem
o wywiad poprosisz, poradę
przy odrobinie ogłady… z tym jednak też bez przesady

bez nachodzenia natrętów
szacunek
dla wagi urzędu

bo zwykle w normalnym kraju
rodacy Sędziów nie znają
z takimi to wyjątkami gdy sądów są bywalcami –

w PiS-landii?
tak nie da rady
tu razem na barykady

czyś odzian w waciak czy w togę
Ojczyzna ta sama
więc w drogę –

wszak
– choć troglodyci dziś rządzą –
wartością jest praworządność

22.08.2019

Już jesień

Teresa Rudolf

Wewnętrzny album

Wspomnienia różne
z różnych miejsc,
z różnych rozmów.

Smutek, bo było,
bo dawno, bo
tylko w nim??

Plejada osób,
tych też już tylko,
dawno ze zdjeć.

Albumy bardzo pełne,
miejsc, ludzi, czasu,
różnych pór roku.

Obudził się znów
z oczyma pełnymi łez,
jak opium gorzkich.

Za oknem już jesień,
w powietrzu jesień,
w nim też już jesień.

“Całe moje szczęście,
że we mnie jeszcze
te albumy pamięci,

z tym, co było, jest,
takie moje naprawdę,
czas niczego nie odbierze”.

Ray Charles & Mary Ann Fisher – Sweet Memories
Fragmenty filmu To Catch a Thief, z roku 1955 – romantyczny thriller Alfreda Hitchcocka; w rolach głównych Grace Kelly i Cary Grant

Taka para ciut starsza,
a jak kiedyś…

Trzymają się za rączki,
jak kiedyś, pierwszy raz,
dziś, dla pewnosci, wtedy,
by poczuć serc bicie…

Idą powoli, widząc róże
w ogrodach sasiadów,
długo stoją wdychając
ten subtelny zapach.

Stoją w lesie, słuchając
ptaków, toż to dzięcioł,
a to kukułka, to nie wiem
co za jeden, a ty?

Patrzą na rybki w małej
rzeczce, są takie szybkie,
kolor jak te kamyki,
a tam, taka malutka.

Wracają do domu tacy
znów szcześliwi, znów,
i znów, tak długo, jak
długo będzie kogo,

…trzymać za rękę.


Uwaga –  jak zawsze u Teresy Rudolf, również ten post to wpis autorski; Rudolf sama wybiera oprawę muzyczną, filmową bądź fotograficzną każdego swojego wpisu

Tryptyk

Teresa Rudolf

Z lotu ptaka

A dziś już miliony ludzików
ruszyły na podbój  dnia…
chętnie jedni, inni mniej…

Jedni sprawnie, inni mniej,
w “ludowisku” podobnie jak
i w mrowisku ogromny ruch…

Warto by sie lepiej, dokładniej
temu przyjrzeć, myślał ptak
lecący wysoko pod niebem.

Obniżał, lot  planując, by usiąść
na kolorowym dachu domu,
jakby byl z klocków Lego.

Dach stawał  się coraz większy
bliższy, już prawie osiągalny,
robilo się głośno, coraz głośniej…

Z dołu patrząc, ptak  był coraz niżej
coraz większy,  prawie osiągalny,
coraz, coraz bliższy… i padł strzał!

Krzyk ptaka i strzelającego
zlał się nagle jakoś w jedno,
a później wibrował już długo

krzyk triumpfu, ptak widział jak
uciekało, coraz szybciej, jego niebo,
oddalało się coraz, coraz dalej…

Aż  mu wszystko, pulsując, ucichło.

Patrząc w  niebo

Mały, śliczny chłopiec z krótkimi
czarnymi, włoskami i  oczyma jak
węgiel czarnymi, patrzył w niebo…

A tam dziś taki ogromny ruch…
bardzo głośno, coraz głośniej,
różne wielkie maszyny na niebie.

Wczoraj, przedwczoraj były tu,
ciągle jestem, myślał, to nic złego,
tłumaczył  sobie, bo nie było komu.

Wielkie, coraz głośniejsze maszyny,
coraz bliżej, wielkie groźne ptaki,
krążyły, by ziać ogniem i dymem…

One są jak ptaki myślał i patrzył,
ciekawy, zdumiony, kiedy nagle
poczuł strzał… niedaleko  od ziemi.

“Ptaki nie zrobiłyby tak, nie zrobiły”,
a one oddalały się, coraz mniejsze,
nawet nie widział, jak pluły  bombami.

“Ptaki by tak nie zrobiłyby, nie zrobiły…”
myślał  króciutko czarnowłosy, czteroletni,
syryjski chłopczyk, kochający  ptaki…


Friedrich Händel

Puls szybszy,
adrenalina wzrasta

Myśliwi strzelają bardzo trafnie,
do ptaków, zajęcy, lisów, dzików
do zwierząt chorych i  zdrowych,

….puls szybszy, adrenalina wzrasta.

“Mysliwi” strzelają bardzo trafnie,
do obcych, innych, słabych, “intruzów”
do ludzi chorych, zdrowych, dzieci,

….puls szybszy, adrenalina wzrasta.

Myśliwce rzucaja trafnie bomby,
na swoich, na obcych, na to co w dole,
co się rusza, a nie powinno nigdy,
na to, co “nielegalnie” ciągle  gdzieś żyje.

***

Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają. 

Kobiety i Księżyc

W imieniny 2018 roku Julita Bielak przysłała mi ten wiersz, a ja już wtedy natychmiast przygotowałam ten wpis. Ponieważ to również poniedziałek, to jest on baratarystyczny, ale gdy go zaczynam, nie wiem jeszcze, dokąd mnie ten w oryginale hiszpańskojęzyczny wiersz zaprowadzi.

1. Julita Bielak

Ewo Mario, na imieniny życzę Ci dobrych dni, bogatych w rzeczy ważne, od dawna planowane albo wymarzone, zdrowia.

Nie zakochuj się w kobiecie, która czyta,
w kobiecie, która czuje zbyt wiele,
w kobiecie, która pisze…

Nie zakochuj się w kobiecie
wykształconej, czarodziejce, rojącej, szalonej.

Nie zakochuj się w kobiecie,
która myśli, która potrafi wiedzieć, zdolnej wzbić się do lotu,
w kobiecie, która ma wiarę w siebie.

Nie zakochuj się w kobiecie,
która śmieje się lub płacze, gdy się kocha,
która potrafi przekształcić swego ducha w ciało, a nawet więcej…
w kobiecie, która kocha poezję (są one najbardziej niebezpieczne)
lub w kobiecie, która może stać pół godziny przed obrazem,
która nie może żyć bez muzyki.

Nie zakochuj się w kobiecie
intensywnej, zabawnej, błyskotliwej, zbuntowanej, zuchwałej.

Niech nigdy nie zdarzy ci się zakochać w takiej kobiecie.
Bo gdy zakochasz się w tego typu kobiecie,
czy pozostanie z tobą czy nie,
czy będzie cię kochać, czy nie,
od takiej jak ta kobiety nigdy nie wrócisz wstecz.
Nigdy.

Martha Rivera Garrido
❤️
Colin Page, olej

2. Martha Rivera Garrido

Nació en Santo Domingo, República Dominicana, el 19 de enero del 1960 y es biznieta del gran poeta dominicano Gastón Fernando Deligne. Poeta, narradora, ensayista de las que no abundan ni en las letras dominicanas ni en la Tierra toda, es nuestra. Como nuestra fue su otra forma de hablar: un largo silencio que no necesita traducciones. Mujer. Domadora de nudos. Biografía de un azar. Medida de rescate que nos privó de su bien: textos provocadores que agonizan bajo la superficie de un inequívoco lenguaje de poderosa alquimia filosófica. Impecable y desobediente, su trabajo nos inquieta y derrota. !Oportuno socorro espanta desazón, espanta desaliento! Esta es tu casa. Gracias.

A więc wyspiarka! Musiało tak być. Dziś poniedziałek. Dzień Księżyca i Baratarii. Nie zakochuj się jest najsłynniejszym wierszem Marty. Marta jest też tłumaczką z angielskiego, tłumaczyła między innymi wiersze Ann Sexton, Sylvii Plath i Williama Carlosa Williama. Feministka. Profesorka na gościnnych występach, ucząca pisania kreatywnego. Przed dwudziestu laty nakręciła film autorski Artyści Kwietnia, o artystach z czasu wojny domowej na Dominikanie w 1965 roku, zakończonej interwencją zbrojną USA.

3. Święta Ingrid

2 września to też dzień świętej Ingrid. Powiedziała mi o tym wiosnę tego roku katalońska przyjaciółka o niemieckim imieniu Ingrid. Czyli również ta część wpisu poczekała wiele miesięcy, zanim przyszedł jej czas. Zaglądam do Wikipedii. Na szczęście Ingrid nie była jedną z tych umęczonych nieszczęśnic wczesnego średniowiecza, trzymanych w lochach, łamanych kołem, poddawanych karze ognia, wody i krzyża za swą decyzję życia w cnocie. Wybacz mi Julito, ale dwie twoje patronki to były takie właśnie święte męczennice.

Ingrid, po polsku Ingryda, należała do grona tych świętych europejskiego średniowiecza, które najbardziej lubię – była jedną z tych władczyń, królowych, księżniczek, szlachcianek, zamożnych mieszczanek czy biednych praczek, które zakładały wspólnoty kobiece – beginek, tercjarek, sióstr zakonnych. Budowały kościoły i klasztory, albo jak u nas – uniwersytety. Te wszystkie Elżbiety, Hedwigi, Jadwigi, Brygidy, Katarzyny, Jutty, Ewy. To były nasze poprzedniczki i warto o nich pamiętać.

Ingryda Szwedzka (Elofsdotter), – ur. ok. 1220 lub 1235 (15 lat różnicy! nieźle!) w Skänninge, zm. 2 września lub 9 października 1282 tamże – ach to tylko miesiąc i tydzień, bagatelka) – szwedzka zakonnica, wdowa, założycielka pierwszego dominikańskiego klasztoru w Szwecji (szw. Skänninge nunnekloster) i jego pierwsza przeorysza, mistyczka i stygmatyczka, błogosławiona Kościoła katolickiego.

Urodziła się w arystokratycznej rodzinie, jako córka Elova i wnuczka (ze strony matki) szwedzkiego króla. Matka, nieznana z imienia, była siostrą arcybiskupa Folke Johanssona Angelesa. Ingryd w młodym wieku wydano za mąż, nie wiadomo jednak ani kiedy, ani za kogo. Po śmierci męża, wraz z siostrą Krystyną i innymi niewiastami, założyła grono tercjarek, pod przewodnictwem lektora Piotra z Dacji, które współpracowały z dominikanami ze Skänninge. Z przekazów Piotra wiadomo o mistycyzmie i stygmatach Ingrydy.

Pielgrzymując do Ziemi Świętej i Rzymu Ingryda uzyskała od papieża Marcina IV pozwolenie na założenie w rodzinnym mieście żeńskiego klasztoru. Uposażył go brat, Jan Elovson, reszta rodziny też go hojnie obdarowała. Uroczyste otwarcie miało miejsce w 1281 roku w obecności króla Magnusa I. Ingryda przyjęła habit dominikański i została pierwszą przeoryszą klasztoru. W rok później zmarła. Jej następczynią została jej siostra Krystyna, a ona sama została otoczona czcią.

W 1418 roku, podczas soboru w Konstancji, rozpoczęto jej proces beatyfikacyjny, który zakończył się w 1499 roku. W 1508 dokonano translacji relikwii do sanktuarium. W XVI wieku Ingryda była czczona jako święta, jednak jej kanonizacja na skutek reformacji nie doszła do skutku.

Jej wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 2 września lub 9 października.

Katolicki portal Deon dodaje, że w Polsce imię to nie występuje, ale i tak wszyscy znamy najsłynniejszą kobietę o tym imieniu – Ingrid Bergman. Jej najsłynniejszym filmem jest oczywiście Casablanka (1942), gdzie grały dwa bóstwa kina – ona i Humphrey Bogart. W roku 1978 zagrała w Sonacie jesiennej Ingmara Bergmana. Julita Bielak – tak właśnie zamykają się kręgi. Bergman cię fascynował, wiemy o tym z Księżyca myśliwych, książki, którą napisałyście razem z moją siostrą, Kasią Krenz.

Dziś pełnia Księżyca. Piękne urodziny.

Barwy tęczy

Ewa Karbowska

O BARWACH – I O NICH TEŻ

że nastała nagle pora
czas prawienia
o kolorach:

*

barwy partii
kolor kwiatu
odcień znaczeń poematu

*

w sprawie wiece i pochody
przyzwoitość kwestią mody?
dosyć licznie i masowo czerń neguje kolorowość

*

i łowickość na spódnicy
że gustowna?
sama krzyczy

*

zmysł się wdzięczy
w dniu zaręczyn
pośród tkanin pełnej tęczy

*

jednobarwność kopie w zadek
zamiar taki
czy przypadek?

Irena

W oczach przyjaciół

Pomysł, by w dniu dzisiejszym opublikować ten obraz Gerharda Richtera, na którym ta pojedyncza świeca wygląda jak fotografia, a przecież jest to obraz – podsunęła Monika Wrzosek-Müller.

Zdjęcie Ireny umieścił na Facebooku Olaf Kühl, który podał też daty jej urodzin i śmierci.

Irena 5.1.1978-24.7.2019

Piękny wiersz, specjalnie na moją prośbę, napisała Anna Dobrzyńska.


Anna Dobrzyńska

By nie zmarła nadzieja…

Puste papierki zamiast cukierków,
Zwiędła roślina zamiast bukietu,
Mycie podłogi zamiast wakacji,
Zamknięte odrzwia zamiast uśmiechu,
Pustka, bezsilność zamiast zdarzenia,
Koszta, wydatki zamiast dochodu,
Wyciąg bankowy zamiast liściku,
Ruiny, gruzy zamiast ogrodu,
Podłość zamiast męstwa,
Kamień zamiast chleba,
Ocet zamiast wody,
Piekło zamiast nieba,
Krzywda zamiast szczęścia,
Niebyt zamiast bycia,
Szatan zamiast Boga,
I śmierć zamiast życia.

/…/

Zamiast końca Słowo,
Zamiast pustki Droga,
Zamiast kłamstwa Prawda,
Zamiast śmierci Życie,
Zamiast grobu Miłość,
Zamiast mroku Światłość,
Zamiast klęski Twórczość,
Wieczne
serca bicie.


Ela Kargol

Irena

Poznałam ją w „Kater und Goldfisch“, narożnej knajpce na Weddingu. Siedziała z Ewą przy stoliku i tłumaczyły coś żarliwie, z polskiego na niemiecki. Przysiadłam się do nich, bo choć spóźniona, przyszłam na spotkanie, warsztaty transalatorskie w ramach chyba pierwszych Osteuropatage. Ewa i Irena zajmowały się prozą, Dorota z Joanną liryką. Przysłuchiwałam się chwilę jakiejś części tłumaczonego tekstu. Właściwie szło im to sprawnie. Było o dziewczynce w czerwonym płaszczyku, podeszłam do stolika z liryką.

Nie pamiętam, kiedy było drugi raz. Chyba jakieś szczecińskie spotkanie, czyli w ramach Stowarzyszenia Partnerstwa Miast Szczecin – Berlin. A potem zaczęło się już z ulicą Szczecińską, czyli z naszym projektem „Szczecińska – Berlińska“. Irena mieszkała w pobliżu, na przedłużeniu tej właśnie ulicy. No i powstał projekt, którym miałyśmy obie się zająć i który nas połączył.

Spotkałyśmy się w ogrodzie. Rozentuzjazmowane opowiadałyśmy o nowym przedsięwzięciu, o tym co można zrobić, z kim nawiązać kontakt, gdzie pojechać, co zobaczyć, co napisać. Irena szybko zabrała się do dzieła, pisząc maile do odpowiednich ludzi, nawiązując kontakty. Ruszyło wszystko jak z bicza strzelił. Aż było mi za szybko.

U mnie wszystko dojrzewa wolno, trochę z braku czasu, organizacji i ochoty.

Zarzuciła mnie wiadomościami. Spotkałyśmy się u niej w domu. Piękne, wypielęgnowane mieszkanie w brzydkim bloku. Na balkonie rósł bób. Przypomniała mi o istnieniu tej rośliny. W tym roku sama kupiłam nasiona bobu.

Wyszywała, o ile pamiętam, był to kogut. Wtedy jeszcze w trakcie, potem już chyba wisiał u niej na ścianie. Książki wręcz połykała. Nie byłabym nigdy w stanie jej dorównać. Książek, o których rozmawiałyśmy rok temu, nie przeczytałam do dzisiaj, jestem nadal w trakcie.

To ona nauczyła się wstawiać teksty na blog szczeciński. Ja do tej pory nie opanowałam tej sztuki.

Życie boli. Boli inaczej jak głowa, zwichnięta noga, wyrwany ząb, albo rwa kulszowa. Nie pomoże pigułka. Życie jest lekoodporne.

Przyjeżdżałaś rowerem do naszego ogrodu, smukła, gibka, wysportowana. Sama jeżdżę rowerem, a więc za ten rower miałaś już u mnie dodatnie punkty i za góry. Zazdrościłam tobie twoich górskich wypraw. Bo ja też miłośniczka gór, ale bardziej w schronisku, przy gitarze i wódeczce. A ty naprawdę przemierzałaś alpejskie i tatrzańskie szlaki. Pamiętasz, jak obiecałyśmy sobie wysłać kartkę z wakacji? Wiem, że od ciebie dostałam, a ja swoją do ciebie wysłałam dopiero z Berlina.

W naszym ogrodzie obrodziła śliwa, która w zasadzie rosła u sąsiada, ale sąsiad nie miał do niej dostępu, zresztą chyba nie chciał mieć dostępu. Sąsiad lubi skoszoną trawę i jak najmniej pracy z plonami ziemi. Śliwa mu przeszkadzała, powiedział, że ją zetnie i że możemy sobie zerwać śliwki. Ja, przyznaję się, jestem czasem jak ten sąsiad i też mi się nie chce. Owszem śliwki jedliśmy na bieżąco, obdarowaliśmy wszystkich przyjaciół i znajomych, ale na drzewie, na nie bardzo dostepnej jego koronie było ich nadal zatrzęsienie. Gdy się drzewem potrząsło niektóre spadały, ale nie wszystkie.

Znając twoje zamiłowanie do wypieków, zaprosiłam cię na śliwobranie. I ty, jak ta driada, do której porównała cię Ewa, weszłaś na sam czubek drzewa i zerwałaś wszystkie śliwki. Trochę zmuszona większość zabrałaś, zamroziłaś i piekłaś ciasta.

Znowu zepsuło się światło w łazience, lodówka za mocno mrozi, tłuszcz z patelni rozlał się na dywan, z urzędu finansowego przyszło drugie upomnienie, z biblioteki pierwsze i wiele innych spraw, które serwuje ci życie.
Życie.

Błahostki dnia codziennego, którym można zaradzić, które można naprawić, albo i nie, z którymi da się żyć. Żyć.

Na twojej klatce schodowej są schody z lastrika i pręty balustrady wygięte w serca. I one cię codziennie odprowadzały, gdy wychodziłaś z domu i witały, kiedy wracałaś.

Nie wiem, czy w tym roku posiałaś bób? Czy zakwitł, czy pojawiły się pierwsze strączki, a potem pęczniały od nasion? Czy porzeczka przezimowała?

Jak dużą mitregą musiało być twoje życie, Ireno Mitręgo?
Jeśli był to impuls, zły dzień, bylejakość chwili, to cholernie szkoda, że ciebie nikt nie powstrzymał, szkoda, że ten moment był na tyle długi, że spowodował, to co spowodował,
a jeśli to był twój wybór, świadomy i przemyślany, to miałaś do tego prawo i muszę to akceptować, bardzo niechętnie i wcale nie chcę tego akceptować. Nie akceptuję, nie przyjmuję.

Było spotkanie z poezją, które prowadziłaś, robiłaś to z klasą profesjonalnego moderatora.
Byliśmy zachwyceni. Wtedy dostałam od Ciebie zbiór wierszy Marka Maja i płytę „Sklepu z ptasimi piórami“, a potem przyszłaś na moje urodziny i przyniosłaś ciasto ze śliwkami, śliwkami, z mojego ogrodu, tymi których sąsiad nie chciał.
Tego też ci zazdrościłam, tej gospodarności, której u mnie brak, ale ja żyję , jak umiem, leniwie, powoli.

Nie dawałaś żadnych znaków, przynajmniej ja ich nie widziałam, nie chciałam widzieć, nie umiałam zobaczyć, zajęta własnym życiem, i jego ciężarem, nie narzucałam się, tłumacząc ciebie i siebie twoim brakiem czasu na projekty, spotkania i inne rzeczy. A może trzeba było inaczej, poznać się na twojej wrażliwości, odgadywać twoje myśli, wejść z butami
w twoje życie.
Życie.

Zapomniałaś kiedyś szalika u mnie w ogrodzie, ale ja go nie mogłam znaleźć. Już się nie dowiem, czy go znalazłaś. Mówiłaś, że był w paski.

Wycieczki kajakiem z Wenecji do Grecji nie zapomnę nigdy. To był mój kajakowy debiut,
a Wenecja była szczecińska, wyspa Grodzka, którą pomyłkowo nazwałam grecką i tak już zostało.

Potem były wystawy fotograficzne, w tym również moja w “Starej Rzeźni” w Szczecinie. Byłaś radosna, roześmiana, pomocna, kontaktowa. Nazajutrz obeszliśmy w czwórkę: ty Dorota, Tomek i ja Jezioro Szmaragdowe w Puszczy Bukowej, szukając na próżno szmaragdu na tafli jeziora.

Później były twoje urodziny, 5 stycznia.

Przyjechaliśmy punktualnie z Tomkiem, choć punktualność nie była wymagana. Serdeczna balustrada nas powitała. Dzwonek do twoich drzwi, ktoś nam otwiera i naprzeciwko nas stoi twoja siostra z córką, trzymają na patykach maski przed twarzami. Maski z twoją twarzą, twarzą jubilatki. Zaskoczyło mnie to, przez kilka sekund nie wiedziałam jak się zachować, nie jestem szybka w ripostach, ani słownych, ani sytuacyjnych.

Maski. Te maski nie dają mi spokoju.

Na balkonie był styczeń, nie było bobu. Paliliśmy papierosy, a potem z siostrzenicą zapaliłaś duże zimne ognie.
Jadłam pyszną zupę gulaszową, wszystko było smaczne.

Podarowałam ci książkę Manueli Gretkowskiej „Poetka i książę”, do książki włożyłam ten właściwy upominek, swoje zdjęcie, zrobione w fotobudce. Każdy z gości przyniósł swoje cztery fotki z automatu. Takie było twoje życzenie.

I potem już było mało ciebie w moim życiu.

Pamiętam jak rozmawiałśmy przez telefon. Stałam na przystanku Feuerbachstraße. Zaczęłaś nową pracę, nie mogłaś się w niej odnaleźć. Słysząc twój płacz w słuchawce, nie myślałam, że jest tak źle. Podzieliłam się z Tobą moją sprzed lat porażką w pracy, w której wytrzymałam miesiąc, bo nie chciałam tak jak ty płakać i zrezygnowałam. Ty w końcu też odpuściłaś, wyjechałaś w Tatry, myślałaś nawet o przekwalifikowaniu się. Ale trafiła ci się inna praca, w pobliżu mojej drogi do domu. Cieszyłam się, że będziemy się spotykać, znowu pójdziemy na piwo. W dniu, w którym dowiedziałam się o twoim wyborze, poszłam do Cafe Feuerbach, w której może byśmy się spotkały. Zamówiłam dwa piwa.

Nie znałyśmy się dobrze, byłyśmy tylko projektantkami jednego projektu. Projekt trwa.
Z projektu ma powstać książka. „Książka?, to jest to, co w życiu chciałam jeszcze zrobić”, powiedziałaś. To tak, jakbyś wiedziała, że twoje życie ograniczone jest w czasie i w tych czasowych ramach odhaczałaś kolejne punkty.
Nie znałyśmy się długo, ale co znaczą nudne lata wobec ciekawych chwil.
Schudłaś, wyładniałaś, w makijażu wyglądałaś jeszcze piękniej, przyszłaś na nasze projektowe spotkanie-wykład na Szczecińską. Nie pożegnałśmy się, bo i po co. Umówiłyśmy się na piwo po moim urlopie.

Sąsiad ściął śliwę, jakoś zimą lub wiosną, nie wiem czy było to przed twoimi urodzinami, czy już po. Wiosną byłam na jednym z niemieckich zapomnianych i dlatego może jeszcze istniejących cmentarzy w Wielkopolsce i tam był taki pomnik, podobno często stawiany w owym czasie na grobach: ucięte drzewo, dąb, tak jak ta śliwa, po której zostało trochę pnia od korzenia. Ale latem zaczęły wychodzić z ziemi jakby odnogi tej śliwy, albo wyrastają nowe z pestek. Nie wiem.

Kilka dni temu byłam znowu na Szczecińskiej, w kaplicy Berliner Stadtmission, tam gdzie miesiąc temu ostatni raz się widziałyśmy. Przy końcu nabożeństwa zaśpiewaliśmy piosenkę irlandzką:

„Möge die Straße uns zusammenführen
und der Wind in deinem Rücken sein
sanft falle Regen auf deine Felder
und warm auf dein Gesicht der Sonnenschein.”

Znalazłam polskie tłumaczenie, ale jest za bardzo sakralne. Wolałabym, żeby było weselej:

„Niech droga nas prowadzi
I wiatr nam w plecy wieje,
deszcz niech napoi pola,
A słońce w twarz się śmieje.”

Lisa (tłumaczyła z niemieckiego Monika Takacs – tekst niemiecki TU: Iri DE)

Zawsze lubiłam być z Ireną.

Była dla mnie promiennie piękna. W jej towarzystwie czułam się silna i pewna. Kiedy byłyśmy razem, tak trochę, wydaje mi się, że jej piękno przechodziło na mnie. Przy niej zawsze mogłam być sobą, swobodnie, ufnie i blisko.

Traktowała mnie – jak i wszystkich innych – od początku serdecznie i życzliwie, zawsze zainteresowana, bez cienia krytyki. Moje i innych niedoskonałości i błędy, nie miały dla niej znaczenia.

Z Ireną można było zrobić z nocy dzień i z dnia noc. Na luzie płynąc z czasem, dać porwać się ideom i poznawać się na nowo.

Kochała imprezy, przyjęcia, i nasze przygotowywania i przede wszystkim potem ich dokładną analizę. To działo się najczęściej w jednym z tych trzech miejsc między Weddingiem i Prenzlauer Berg: nad kanałem Blaumilch, w lokalu Kohlenquelle albo na moście Eselsbrücke.

Ogromną radość sprawiały jej małe odkrycia. Jakiś nieznany park między rzędami domów, który odkryła podczas jej rozległych spacerów po mieście. Albo nowa kafejka, w której humanistyczna intencja właścicieli była ważniejsza niż profesjonalna – lub nieprofesjonalna – obsługa. Polowała na artystyczne pocztówki, skrajno lewicowe naklejki, świeże graffiti, czy pamiętam raz, całymi dniami na wysprzedane w mieście finger spinnery dla Joni…

Zatracała się tak samo w polskiej księgarni w Neukölln, jak w długich wyprawach rowerowych z Andreasem i dziećmi.

Skrupulatnie przygotowywała wyczerpujące wycieczki po Berlinie dla rodziców, które później zgodnie z planem i bezkompromisowo przeprowadzała. Aż do końca.

Z dbałością o szczegóły tworzyła albumy ze zdjęciami i drobne prezenty. Całej rodzinie wyszukiwała książki na Boże Narodzenie. Wysyłała listy i pocztówki na cały świat, szczodrze ozdabiając je domalowanymi serduszkami.

Jej pasją były teksty i książki, które w trzech językach po niemiecku, polsku i rosyjsku czytała i tłumaczyła. Jej ciekawość i żądza wiedzy obejmowała i książki kontrowersyjnego Sorokina, jak i wiersze miłosne Achmatowej. Cieszyły ją szczególnie udane tłumaczenia, a z pasją potrafiła się złościć na te mniej udane.

Na wieczorach autorskich i sztukach teatralnych nie była po prostu widzem. Jej obecność była ozdobą dla tej sztuki. Sumiennie studiowała felietony, obowiązkowo odwiedzała wernisaże i muzea. Zawsze była gotowa na spontaniczną wyprawę do kina.

Jednak najważniejsi dla Ireny byli ludzie. Nie było nic, co mogłoby zająć wyższe miejsce. Troszczyła się o duży, heterogeniczny krąg przyjaciół. Chętnie i o każdej porze wpadała z wizytą na kawę lub piwo. Najczęściej z drobnym upominkiem w torebce. Z małą książeczką czy pocztówką, czy z właśnie upieczonym ciastem. Dla dzieci miała naklejki, kwiaty dla gospodyni. Bezgranicznie oddana dla przyjaciół, których naprawdę nosiła w sercu.

A kto miał szczęście, to spotkał tą cierpliwą, współczującą słuchaczkę, pełną humoru, nieskomplikowaną przyjaciółkę, która wzbogacała jego życie.

Nie było nic, czym Irena dzieliła się chętniej, niż swoją radością, sukcesami i chwilami szczęścia.

Swoje lęki, ciemność, swoją przepaść zachowała dla siebie.

Irenko, jak chętnie utkałabym sieć, która pozwoliłaby mi cię złapać.

W tej chwili nic nie może nas pocieszyć. Tak bolesna i niepojęta jest jej śmierć. Ale kiedyś, miejmy nadzieję, my co pozostaliśmy, będziemy w stanie zrozumieć to niepojęte szczęście: to szczęście, że na tej ziemi w naszym życiu była Irena.

Jakiż to wielki dar!

Jeszcze jeden wiersz na lato

Tresa Rudolf

Zabrała mnie,
jak żadna inna…

Zabrała mnie nagle,
zabrała, jak dawno żadna,
w swój świat, w swoje kino,
słowem, obrazem, uczuciem.

Mała, szczupła, skromna
bez uwodzicielstwa kobiety
świadomej swego pìękna,
bez ogromnych portretów

bez “modelowania”, bez
ścigania się z innymi,
cichutka, schludna, bez
hałasu i dla niej kampanii.

Przyszła do mnie całkiem sama,
uśmiechnąwszy się nieśmialo,
pierwszym zdaniem witając:
“kocham podróże pociągiem”…

Spojrzala figlarnie, zapytała,
“zabierzesz?”, zabiorę, zabiorę…
I nagle, zabrała mnie ona,
zabrała, jak dawno żadna…

Mała, zgrabna, zręczna,
kochająca podroże
pociągiem,
ksiażeczka…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Anna Dobrzyńska

„…lecz duszy zabić nie mogą”

Szczęściem pijani, winem upojeni,
Witają wśród siebie Wielkiego Rodaka,
Cztery tysiące lat wyglądany,
W dalekim kraju, jarzmo Polaka.
Przybywa do miasta, niewolą skutego,
W godności królewskiej, nadzieją witany,
Orzeł z Gór, Wyżyn i Szczytów w zenicie,
Najwierniejszym sługą, do końca oddany.
Orzeł po świecie Słowo roznosi,
Wlewa wśród róże światło zbawienia,
A Jego wiara czysta i dumna,
Ziemi, – tej ziemi, oblicze odmienia,
Kwiaty mu sypią, palemki pod nogi,
Jego imieniem zwą swoje dzieci,
Twarz Jego słońcem rozpromieniona,
Lampą dla sług, co w ciemności świeci.
Choć duchy beztroskie i serca otwarte,
A radość sens myślom, głębie odbiera,
Zegar na murze, co wieczność wspomina,
Ostatnie godziny pogody wydziela.
Ostatnie spotkanie, ostatnie spojrzenia,
Ostatnie chwile wspólnego pacierza,
Ostatnia śpiewana wspólnie piosenka,
Ostatnie rozmowy, Ostatnia Wieczerza.
Pośród ciemności, ogrodu, drzew mroku,
Na Skale Bawarskiej Człowiek się modli,
Samotność mu stróżem, lęk głębią, przepaścią,
Najmniejszy szmer trwoży, czas skraca i nagli,
Bracia w purpurze – daleko, posnęli,
Z krwi, ducha, narodu – rąk nie podają,
Chciał z każdym się witać, rękę wyciągał,
Oni mijają, odchodzą, nie znają,
W godzinie szarej się wilki gromadzą,
Demony duszne złem osaczają,
Jeszcze na łańcuchach, jeszcze na uwięzi,
Żelazem dzwonią, zębami szczękają,
Kroki złowrogie brzmią echem marmuru,
Bezwzględna gwałtowność przerywa ciemnicę,
Srebrzysty miecz srogi burzliwie uderza,
Nie ścina ucha, trafia w iglicę.
Niechybnie pojmany, na sąd wystawiony,
I bez przyczyny napastowany
Wie, że wypełnia się to, co spisane,
Sam, osaczony kłamstw, jadu słowami,
I mówią za Nim językiem kłamliwym,
Dawni przyjaciele są teraz wrogami,
Podstępne usta niecne w twarz plują,
Biały Włoch stoi za Jego plecami,
Gniewni niesprawiedliwie winę rzucają,
Obelgi, zniewagi, szydercze uśmiechy,
Niewinni dźwigają grzech winowajców,
I niosą na sobie oskarżeń oddechy.
Szaleństwem, żądzą, pogardą, cynizmem,
Serca ludzkości są tak przelane,
Że sędzia wbrew sobie ręce umywa,
I śmierci hańbiącej wyrok wydaje.
Zasłona rozdarta, ziemia poruszona,
Bohater miliona milionów obrazów,
Życie oddaje, ostatnie westchnienie,
W ofierze się składa na każdym ołtarzu.
Płoną kościoły ogniem paryskim,
Łańcuchy zerwane, świątynia zburzona,
Judasza srebrniki z ręki do ręki,
Sypią na pole, gdzie ziemia krwią chrzczona.
Ciało Chrystusa zmierza ku górze,
Odarte z godności, oblane trwogą,
Nie bójcie się tych, którzy zabijają
ciało,
lecz duszy zabić nie mogą.

30 lat temu upadł Mur Berliński (5)

– a dziś mija 58 rocznica rozpoczęcia jego budowy

Ela Kargol

Kaplica Pojednania w Berlinie

Jest godzina 12:00. Codziennie o tej porze w Kaplicy Pojednania przy Bernauer Straße w Berlinie odprawiane jest krótkie nabożeństwo – wspomnienie w intencji jednej z ofiar berlińskiego muru. Muru, który nie miał prawa powstać i, którego, jak zapewniał pierwszy sekretarz SED, Walter Ulbricht, „nikt nie miał zamiaru budować“, muru, który podzielił jeden naród, jedno miasto i jedną Europę. Rozdzielił rodziny, przyjaciół, ulice, dzielnice i parafie.

Jest 9 sierpnia 2019 roku, godzina 12.00, dzisiejsze modlitewne wspomnienie w Kaplicy Pojednania poświęcone jest Christianowi Buttkusowi, któremu zabrakło kilku metrów, żeby znaleźć się po drugiej stronie muru. Urodzony w Tylży w roku 1944, uciekał z rodziną z Prus Wschodnich do Niemiec. Zatrzymali się Berlinie, w Niederschönhausen, w strefie sowieckiej. Buttkus nie uznał nigdy NRD za swoją ojczyznę, a karta powołania do wojska przyspieszyła decyzję ucieczki. 4 marca 1965, trafiony 25 kulami w klatkę piersiową, zmarł na „pasie śmierci“, gdzieś między Kleinmachnow a Berlinem-Zehlendorfem.

Od 13 sierpnia 2005 roku odprawiane są w Kaplicy Pojednania nabożeństwa w intencji ofiar muru. Organizatorem ich jest ewangelicka Parafia Pojednania i Fundacja Mur Berliński.

Kościół Pojednania został wybudowany w Berlinie w 1894 roku.

Ciekawe, że był też inspiracją dla gdańszczan – kilka lat później w Gdańsku-Oliwie powstał bardzo podobny kościół pod tym samym wezwaniem i stoi do dziś, zmienił tylko gospodarza.

Ten w Berlinie działał prężnie w dzielnicy, w której musiał borykać się z wieloma problemami społecznymi. Przetrwał I Wojnę Światową, z drugiej wyszedł, choć zniszczony, ale obronną ręką.W 1950 roku odremontowany, podjął duszpasterską działalność i do roku 1961 regularnie odprawiane były tu msze. Budynek miał jednak pecha, znalazł się bowiem dokładnie na granicy sektora francuskiego i sowieckiego. Większa część parafii znajdowała się po stronie francuskiej, mniejsza wraz z kościołem  – po radzieckiej. 13 sierpnia 1961 roku odprawiono w kościele ostatnią mszę, dostępną tylko dla mieszkańców ze wschodniej części Berlina.

Kościół znalazł się w niedostępnym pasie granicznym, na obszarze tzw. „pasa śmierci.“ Nie eksploatowany, bez parafian, bez remontów, niszczał. Tylko wieża kościoła służyła długie lata żołnierzom strzegącym granicy niemiecko-niemieckiej jako punkt obserwacyjny i świetne miejsce strzelnicze.

Jednak w roku 1985 dla “zwiększenia bezpieczeństwa, porządku i czystości na granicy państwowej z Berlinem Zachodnim” kościół został zrównany z ziemią. Wysadzono go w dwóch etapach, 22 stycznia – nawę kościoła, 28 stycznia – wieżę.

Mieszkałam już wtedy z rodziną w Berlinie i pamiętam opowieść sąsiada, bardzo zaangażowanego w kościele ewangelickim, który pojechał specjalnie w pobliże Bernauer Straße, żeby być świadkiem tego haniebnego czynu. Nie bardzo mnie to wtedy interesowało. Szukanie jakiejkolwiek pracy i przedłużanie „duldungu” były ważniejsze.

Niecałe pięć lat później upadł mur berliński. Jak najszybciej próbowano pozbyć się śladów “muru hańby” i śladów podziału. I wtedy Parafia Pojednania podjęła decyzję o wybudowaniu kaplicy na miejscu zburzonego kościoła i zachowaniu części muru i innych pozostałości po niechlubnym podziale miasta ku przestrodze i pamięci dla potomnych.

Kamień węgielny pod budowę kaplicy położono 23 maja 1999 roku. Budynek składa się z dwóch części owalnych. Część wewnętrzna wybudowana jest z ubitej gliny, w której umieszczono gruz ze zburzonego kościoła, część zewnętrzną tworzą drewniane pale.
9 listopada 2000 roku, w jedenastą rocznicę upadku muru, Kaplica Pojednania została uroczyście otwarta.

Wrócił do niej ołtarz, z ostatnią wieczerzą, do której Jezus i kilku innych apostołów zasiadło bez twarzy. Wróciły trzy dzwony, krzyż z kościelnej wieży i kilka innych zachowanych fragmentów. Kapitele, które wieńczyły kolumny empory, zdemontowano przed wysadzeniem kościoła, „Baranek Boży” znajdujący się w portalu wejściowym został wydobyty z gruzów świątyni.

Wokół kaplicy zasiano żyto. I tak pole śmierci zamieniło się w pole uprawne.

Jedna z przypowieści Salomona głosi:

„Kto uprawia swoją rolę, ma dosyć chleba; lecz kto się ugania za marnościami, jest nierozumny”.

W 25 rocznicę upadku muru berlińskiego Stowarzyszenie Chleb Pokoju (FriedensBrot) zaprosiło 11 krajów ze środkowej i południowej Europy, nowych członków Unii Europejskiej, do udziału w projekcie wypieku europejskiego chleba pokoju. Ziarno pozyskano z pola przy berlińskiej Kaplicy Pojednania. Zboże trafiło do jedenastu państw Unii Europejskiej, w Polsce do Suchowoli, miejsca skąd pochodził ksiądz Jerzy Popiełuszko i miejsca, gdzie znajduje się geograficzny środek Europy. W sierpniu 2014 roku odbyły się w Suchowoli żniwa. Z ziarna zmieszanego ze zbożem z innych państw wypieczono Europejski Chleb Pokoju. I tak jest co roku.

Nowym projektem Parafii Pojednania było założenie Ogrodu na „Ziemi Niczyjej” (Der Garten im „Niemands Land“), czyli znowu symbolicznej zamiany nieużytku, wcześniej pasa śmierci, w ogród uprawny. Teren należy do Cmentarza św. Elżbiety. Podczas budowy muru część cmentarza zlikwidowano, przenosząc groby w inne miejsca. I właśnie tutaj kwitną teraz słoneczniki, malwy, a wokół nich brzęczą pszczoły. I wielu ogrodników różnych wyznań lub niewyznań pielęgnuje swoje zagony.

W polu żyta umieszczono krzyż ze starego Kościoła Pojednania, który pracownicy cmentarza odnaleźli i przechowali do czasu, gdy w 1995 roku wrócił do parafii.

Parafia od roku 1999 należy do Wspólnoty Krzyża z Gwoździ z Coventry.

28 sierpnia 2019 zegar z Kościoła Pojednania znowu zacznie odmierzać czas, po 58 latach milczenia.

Bardzo trafnie, nie tylko o zegarze, ale o bezsensownym podziale miasta, napisała w 1961 roku Milly Hilgenstock:

Die Kirche steht leer und verlassen

Es liegt an der Bernauer Straße
Inmitten der Stadt Berlin
Die Kirche, die jetzt verlassen,
Es steht eine Mauer darin.
Es mahnten so viele Stunden
Versöhnungsglocken die Stadt.
Sie klagten über die Wunden
Die Krieg uns geschlagen hat.
Nun sind die Glocken verklungen,
Vermauert die Kirchtür, das Tor.
Und wo Lieder gesungen
Schweigt jetzt Gemeinde und Chor.
Die Uhr am Kirchturm blieb stehen
Bevor es Mitternacht schlug.
Wohin Herr sollen wir gehen?
Wann ist des Wartens genug?
Was will der Zeiger uns sagen,
Der fünf vor 12 blieb stehn?
Die Mauer hat uns zerschlagen,
wir können uns nicht mehr sehn.
Wir grüßen drüben die Brüder,
Die jetzt durch die Mauer getrennt.
Wir wissen, wir sehen uns wieder,
Der Herr die Seinen doch kennt.
Die Kirche steht leer und verlassen,
Kein Licht, kein Orgelton mehr.
Und an der Bernauer Strasse
Die Steine klagen so schwer.
Die Zeit mag das Kreuz verhöhnen,
Es bleibt, wenn die Mauer zerfällt.
Dann wird uns wieder versöhnen
Gott über den Mauern der Welt.

http://uhr-der-versöhnung.de/
(Tłumaczenie: Bernauer Strasse w Berlinie)

Warto zajrzeć na stronę internetową Kaplicy Pojednania, ponieważ parafia oferuje nie tylko msze i modlitwy, ale również koncerty, teatr, wykłady, spotkania z książką i jest pomysłodawczynią wielu społecznych inicjatyw.

https://www.versoehnungskapelle.de/

Lato w wierszach

Teresa Rudolf 

Baba-Jaga i Czarny Dziad

Pastelowe wspomnienia,
delikatniutkie jak sam tiul,
marzenia kiedyś  kolorowe
utkane z nadziei pachnącej,
koloru  groszku zielonego.

Ciepło w sercu, podmuch
myśli beztroskich w kozi róg
zapędzających z niewiedzy,
radość istnienia nóg i rąk,
ruch w żywotności niebywały.

Doświadczanie siebie, świata
porządku i nieporządku jego,
coraz więcej zdziwienia nad
realnością życia, w szwach
pękającego od różnosci…

Otwieranie i zamykanie drzwi życia,
stanie w drzwiach niepewności,
co za nimi, lęk, bo tam straszy,
lęk przed Babą-Jagą dla doroslych,
przed Czarnym Dziadem, bo zabiorą…

No i zabierają różnie, niektórych
w dorosłość, niektórych już dawno
w starość, niektórych w  radość,
niektórych w smutek, zabierają
czy chcemy, czy nie…

Ale gdzieś tam na dnie duszy
pastelowe wspomnienia jak tiul,
wciąż jakieś marzenia jak ten
podmuch wiatru z wysp zakazanych…
z wysp wybranych i szczęśliwych…

Kiedy zamykam oczy …
….przed snem..
I jest  dobrze…
…bo wciąż jest…

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.