Z wolnej stopy 40

Zbigniew Milewicz

Bibeloty

Jutro minie rok, jak tutaj co tydzień coś skrobię. O taką dyscyplinę nigdy bym sam siebie nie podejrzewał, więc tym bardziej w nagrodę należy mi się urlop. Oczywiście bezpłatny, jak człowiek pisze coś w czynie społecznym, to grzechem byłoby wyciągać – na przykład do Billa Gatesa – ręce po pieniądze, skoro powszechnie wiadomo, że biedak ma na utrzymaniu cały świat w walce z pandemią korona wirusa. Ponieważ dzisiaj kończy się ustanowiony przez Adminkę miesiąc Kobiet, więc w przedurlopowym prezencie podarowuję moim Czytelniczkom kilka strzał Amora, które trafiły mnie w różnych okresach życia i później wylądowały w szufladzie biurka. Mam wątpliwości, czy są one poezją, co najwyżej – westchnieniami duszy, ubranymi w romantyczne szatki słów.

Miałaś ruchy najlepszej tancerki
z haremu sułtana
głos, który mógłby zwieść na pokuszenie
nawet świętego
zwiewną suknię
a pod spodem taką rzeźbę kobiecości
że pożerając cię wszystkimi zmysłami
dziś, w czasie kontemplacji czasu przeszłego dokonanego
nie mogę sobie przypomnieć
jakie miałaś oczy

Chciałbym jeść z tobą maliny w śmietanie
jeszcze bardziej z ciebie, moje ty kochanie
rozłożyłbym na tobie obrus z malin prosty
rdzawych, jędrnych, pysznych
a z tych cierni ostrych
zrobiłbym zaporę dla wołów i osłów
bom zazdrosny wielce o Ciebie jedyna
i każdego, co tylko mizdrzyć się zaczyna
więc chodźmy w maliny póki Wenus sprzyja
piękna, ale zmienna, wolna i niczyja
jak mi się nie oddasz na malin pościeli
ze śmietaną pośpieszę do innej w niedzielę

Zmarszczek mi nie liczysz
zdrowia, szczęścia życzysz
lecz dlaczego, Pani
gdy jestem na bani
gorszaś niż pokrzywa
albo lewatywa
obie są na zdrowie
ale cierpi człowiek

Bez muzy poeta dupek
źle widzi, pisze i czuje
jeden wiersz z biedą skleci
drugi zupełnie zepsuje
pół roku z okładem chodzi zasmarkany
w nocy zamiast gzić się
przelicza barany
słonko go nie cieszy
tylko w glacę parzy
a gdy coś go wkurzy
nikt mu zmarszczek
nie zliczy na twarzy
dlatego kochajcie dziewczęta poetów
głaskajcie i chwalcie
nawet, jak rym jest do du..
bo jak im grzdylom
waszych wdzięków braknie
kto o Was napisze
tak trafnie, tak ładnie

W zamku z marzeń zbudowanym
gdzieś w Szkocji dalekiej
żyła piękna lady
dojrzała już wiekiem
malował ją Rubens
i Ingres i Goya
Alkifron listy pisał
Balzac dzieła swoje
kruszyli o nią kopie
najmężniejsi z mężnych
fortuny tracili królowie potężni
a Ona to wszystko skrzętnie notowała
i w swojej skarbnicy na klucz zamykała
zwała ją płci pamięcią
albo też mądrością,
którą włodarzyła ze swą pedantyczną
szkocką oszczędnością
dzięki niej do dziś gród stoi i kwitnie
a po lady lat nie widać
…zbyt dobitnie

Myślę o Twoich oczach
są, jak dwie filiżanki
gorącej, aromatycznej czekolady
muszę je wypić
bo umrę z pragnienia

Mówisz, że łapiesz deszcz
bo tylko on na Ciebie leci
a skąd wiesz, czy on zwykły
może w każdej kropli tkwi
zaklęty, spragniony Ciebie mężczyzna
popatrz, jak ich wielu
i każdy chce być tym jedynym
ale łączą się zgodnie
w potoki i rzeki
i spływają po twoim ciele
czasem łagodnie
kiedy indziej pożądliwie
i burzliwie
aż do sargassowego morza swojego przeznaczenia…

A ponieważ za kilka dni piękna Wielkanoc…

Nie wiem, ktoś Ty
ani skąd
lecz pamiętasz, więc dziękuję
pomyślności Ci winszuję
wiosny w sercu
smutki w kąt
Wesołych Świąt!

Frauenblick: Annette

Monika Wrzosek-Müller

Meine Lektüre: Annette, ein Heldinnenepos.

Unsere Administratorin hat diesen Monat den Frauen gewidmet; ich würde sagen, auch ein Jahr würde nicht reichen, doch begnügen wir uns mit diesem einen Monat.

Ich hätte hier jetzt gerne von weiten, ausgedehnten Reisen geschrieben; von Landschaften, die vom Boden zum Himmel reichen und noch weiter, von Städten voller Wunderwerke, von Ausstellungen, die einen zum Grübeln, Staunen und Begeistern zwingen. Von Menschen, die man dabei trifft und mit denen man sich unterhält; doch stattdessen sitzen wir/ich/sie im lock-down, der jetzt gefühlt Jahre dauert und doch wirklich vieles verhindert. Der einzige Fluchtweg öffnet sich in die Lektüre, ja in die Filme, auch mehr oder weniger erlaubte Treffen mit Freundinnen und Freunden bieten gute Ablenkungsmöglichkeiten.

Und siehe da, ein Buch mit markantem Titel, der überaus gut zu dem März-Vorhaben passt: „Annette, ein Heldinennenepos“ von Anne Weber, ist mir aus dem Bücherturm neben dem Bett aufgefallen, rausgefallen und oder hat auf mich gewartet. Ein kleines rotes Buch, 207 Seiten, hebt es sich von den dicken, opulenten Romanen mit 600 bis 800 Seiten ab; auch der schöne Umschlag sieht einladend aus. Der Titel Epos hat mich ehrlich gesagt am Anfang abgeschreckt; ich dachte schon, wieder irgendwas sehr Intellektuelles und Ausgedachtes, nicht zum Lesen, nicht zum Schmökern, denn Epos erinnert mich/uns an die großen Epen mit Göttern und Helden, mit Pathos und Höherem, Mythos bildend, was wir/ich/sie als Pflichtlektüre in der Schule einmal durchgenommen hat/haben, in Versform, manchmal gar mit Reim, sehr lebensfremd, oder doch -nah, aber irgendwie uralt und angestaubt, eher wie ein hohes Lied, mündlich vorgetragen oder erzählt. Die ersten Seiten gingen auch langsam und schwierig; das Werk erzählt in einem Troubadour-Stil, in Versform vom Leben einer Freiheitskämpferin, einer Oppositionellen, die ihr ganzes Leben dem Dienst an den Menschen, der Gerechtigkeit gewidmet hat, einer, die tatsächlich gelebt hat, von Anne Beaumanoir aus der Bretagne. Meine liebste Bretagne, ausgerechnet stammt die Heldin aus einem Örtchen, dem Fischerdorf Saint-Cast-le-Guildo, in dem wir/ich/sie vor Jahren einen Urlaub machten.

Das junge Mädchen hilft schon mit 16 Jahren, während des Krieges jüdischen Familien einen Unterschlupf zu finden; dafür bekommt sie später in Yad Vashem den Titel einer Gerechten unter den Völkern. Dann kämpft sie in der Résistance, wird zur militanten Kommunistin, will für ihre Ideen auch sterben, macht aber immer weiter, als Kurier, als Kämpferin, wechselt zur gaullistischen Résistance, arbeitet wiederum hart und hilft, wo sie nur kann. Dazwischen beginnt sie ihr Studium der Medizin, das sie nach dem Krieg zu Ende bringt; ein sehr ausgefülltes Leben, ohne Pause, ohne Ruhe, ohne an sich selbst zu denken. Im Krieg stirbt auch ihr erster Mann, auf brutalste Weise ermordet von französischen Bauern, die sich für alles, was ihnen widerfahren ist, an den Partisanen rächen. Sie rennt weiter, so als ob sie nicht anhalten könnte, auch nicht wollte; nach dem Krieg dann in den Süden des Landes, nach Marseille; bald heiratet sie noch einmal, wird Ärztin, Neurologin, Mutter von zwei Söhnen, doch das alles reicht ihr nicht, sie will sich für die Gerechtigkeit weiterhin einsetzten und hilft der Algerischen Befreiungsfront, wird zur sog. Kofferträgerin mit Geld für ihren Kampf, auch zum Kurier, dann wird sie verraten und zu zehn Jahren Haft in Frankreich verurteilt. Dazwischen bekommt sie noch ihr drittes Kind, ein Mädchen. Sie flieht verkleidet über Italien nach Nordafrika, landet in Tunis, wird zur Helferin beim Aufbau des unabhängigen Algerien (arbeitet im Resort Gesundheit) während der Präsidentschaft von Ben Bella. Inzwischen ist sie zum dritten Mal mit einem 12 Jahre jüngeren Algerier verheiratet, sieht auch einmal ihre Kinder auf einer Yacht in Mittelmeer, macht sogar einen Urlaub mit ihnen in Positano.

Bei einem Putschversuch entkommt sie knapp der Verfolgung und landet erst einmal in Rom und dann in Genf, wo sie einige Jahre in einer Klink arbeiten wird, bis das Gerichtsurteil in Frankreich aufgehoben wird. Daraufhin kehrt sie nach Frankreich zurück, um ihr Leben in einem Ort mit dem Namen Dieulefit fortzusetzten; sie besucht auch die Bretagne, wo sie ein kleines Ferienhaus hat. Inzwischen ist sie 96 Jahre alt; ihr Leben hat sie in zwei Bänden Erinnerungen festgehalten.

Die Fotos, die ich von den beiden Frauen (der Autorin und der Heldin) im Internet gesehen habe, zeigen Annette als sehr lebendige, wache Person, fast würde ich sagen, dass die Autorin, obwohl wesentlich jünger, ernsthafter aussieht. Die beiden führen lange Gespräche, mögen sich auch offensichtlich sehr. Die Wahl der literarischen Gattung, des Epos, hat, denke ich, mehrere Gründe und tut der Geschichte sehr gut. Die Autorin distanziert sich von der Heldin und ihrer Heldenhaftigkeit, schafft Raum zum Durchatmen und Innehalten, diesem Zweck dienen auch Ironie und Witz: „Pause…, Pause, Pause“, während die Heldin schon wieder weiter läuft und neue Erlebnisse anhäuft. Das Buch versinkt nicht in der mythologisierten Schwere der Beschreibung der Heldentaten, sondern schwingt mit Leichtigkeit über die Entfernungen und Probleme, die ein solches Leben mit sich bringt, hinweg; es stellt uns aber auch vor die wichtigen Fragen der Zeit: was zählt ein Menschenleben? Was bedeutet in diesem Zusammenhang Menschlichkeit? Was heißt verurteilen, entscheiden und dann mit diesen Entscheidungen leben? Was heißt letztlich ein erfülltes Leben, was gehört dazu?

Auf manche dieser Fragen gibt die Geschichte überaus interessante Antworten.

Ein sehr empfehlenswertes Buch, nicht umsonst wurde es mit dem Deutschen Buchpreis als bester deutschsprachiger Roman des Jahres 2020 ausgezeichnet.

Matematyka i kobiety

Tabor Regresywny

TWIERDZENIE: Kobiety są dwa razy mądrzejsze od mężczyzn.

ZAŁOŻENIE: Mężczyźni są dwa razy mądrzejsi od kobiet.

DOWÓD: Umysł kobiety składa się z świadomej części natury kobiecej (1 M) i podświadomej części natury męskiej (2M) natomiast umysł mężczyzny składa się z świadomej części natury męskiej (2M) i podświadomej natury żeńskiej (1M). Kobieta nie ignoruje tego co podpowiada jej intuicja czyli M( K) = 1M + 2M = 3M Mężczyźnie wystarcza jego racjonalność i nie słucha podświadomości stąd M(M) = 2M + 0M = 2 M . Mamy 3:2 dla kobiet. Dalej, kobieta używając zarówno logiki jak i intuicji z łatwością podporządkowuje sobie podświadomość męską. Stąd mamy ostatecznie M(K) = 1 M + 2M + 1M = 4M. Ostatecznie mamy 4:2.

CBDU.

WNIOSKI: Bóg stworzył kobietę by była mężczyźnie pomocą. Jak to rozumieć. Po pierwsze by pomogła mężczyźnie poznać samego siebie, a następnie pokazała na czym polega czynienie ziemi sobie poddaną, bo to co robią mężczyźni nie ma z tym nic wspólnego, natomiast woła o pomstę do nieba.
 
(Komentarz autorki bloga: Zgubiłam się na samym początku tej arytmetyki.)

1M to jednostka mądrości. Ponieważ zgodnie z założeniem mężczyzna jest 2 razy mądrzejszy stąd podświadomość kobiety będąc natury męskiej (animus) ma 2M . Kobieta korzysta zarówno ze swojej świadomości jak i podświadomości stąd 3M. Mądrość świadomości mężczyzny to 2M a jego podświadomości to 1M . Ale mężczyzna nie słucha podpowiedzi podświadomości stąd 2M to wartość całej mądrości z jakiej korzysta mężczyzna. Jego podświadomość zostaje niezagospodarowana i tu pojawia się kobieta która ją świetnie umie wykorzystać. Stąd po stronie kobiety 4M. Jedno M swojej świadomości plus 2M swojej podświadomości i 1M podświadomości mężczyzny. razem 4M a nasz biedny chłop tylko 2M.

Jeśli założyć, że kobiety są tak samo mądre jak mężczyźni to wychodzi 3:1 czyli jeszcze gorzej.

(A czy da się to twierdzenie udowodnić?)

Nie, ale to bez znaczenia. Kiedyś w Instytucie Fizyki Teoretycznej przedstawiłem pewne twierdzenie i chciałem je udowadniać, ale mi powiedzieli, żebym dał spokój, bo twierdzenie jest piękne, a zatem musi być prawdziwe. Dowód jest nieważny.

Wczoraj zakończyliśmy naszą trwającą 30 lat przygodę w Kotlinie Kłodzkiej. Zabrałem tylko książki i wózki. Książki przekazuję synowi – zostają mi tylko wózki.

(Piękne podsumowanie, też bym tak chciała, ale nie mam wózków.)

Maryla

Ewa Maria Slaska

Gdy odeszła dwa lata temu, opublikowałam TU na blogu wpis, złożony z tego, co na wiadomość o jej śmierci napisali o niej ludzie Z Berlina, Warszawy, Krakowa…

26 marca 2019 roku odeszła na zawsze znana berlińska tłumaczka, Maria Gast-Ciechomska czyli Maryla lub Marlena. Była wnuczką ostatniego sołtysa Mokotowa, germanistką i świetną tłumaczką, działaczką antykomunistyczną, członkinią Solidarności Mazowsze, działaczką ROPCiO (Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela). W czasie stanu wojennego była internowana w obozie dla kobiet w Gołdapi – była najmłodszą więźniarką stanu wojennego, internowaną w tym obozie. Później wyjechała do Berlina, gdzie nadal działała na rzecz kobiet i relacji polsko-niemieckich, między innymi w Polsko-Niemieckim Towarzystwie Literackim WIR i w Inicjatywie Kobiecej Berlin-Warszawa. Była współzałożycielką Polskiego Stowarzyszenia Feministycznego i inicjatywy Ruch Przeciw Kryminalizacji Aborcji.
Napisała książkę “Od matriarchatu do feminizmu”.
Jeszcze kilka tygodni przed śmiercią, podczas niemieckiej premiery filmu Siłaczki w Regenbogenfabrik i kinie “Lichtblick”, mogliśmy po raz kolejny zachwycić się jej kunsztem translatorskim. To bowiem ona znakomicie przetłumaczyła ścieżkę dźwiękową filmu. Maryla od zawsze angażowała się w sprawy kobiet i wydaje się znamienne, że ostatnia jej praca też była związana z tą tematyką.

Jutro zatem miną dwa lata od śmierci Maryli, czyli Marii Gast-Ciechomskiej. W zeszłym roku Ania Krenz, Iwona Dadej, Christine Ziegler i ja chciałyśmy zorganizować spotkanie o Maryli w pierwszą rocznicę jej śmierci. Spotkanie miało się odbyć w Regenbogenfabrik, ale stanęła nam na przeszkodzie pandemia, a właściwie wprowadzony 15 marca lockdown. W tym roku już z góry jedna zaproponowałyśmy spotkanie zoomowe. Z jakiegoś względu oficjalne spotkanie nie dojdzie jednak do skutku, zorganizuję je więc ja – nieoficjalnie. Odbędzie się w najbliższy poniedziałek o godzinie 19. Do udziału zaproszę i mam nadzieję, że w rozmowie wezmą udział:

Magdalena Ciechomska, (ukochana) szwagierka Maryli, polonistka, feministka
Karina Garsztecka, archiwistka, archiwum Wydziału Badań Wschodnioeuropejskich na Uniwersytecie w Bremie, feministka; osoba przechowująca archiwum Maryli
Gudrun Koch, kulturoznawczyni, organizatorka kultury, Stowarzyszenie Kobiet Europejskich, feministka
Anna Krenz, architektka wolnego zawodu, założycielka Dziewuch Berlin, Botschaft der Polinnen, współzałożycielka Polonijnej Rady Kobiet, aktywistka, feministka
Monika Wrzosek-Müller, autorka, tłumaczka

Christine Ziegler, organizatorka kultury, Regenbogenfabrik, feministka

Mam też nadzieję, że poruszymy następujące tematy:

  1. Wspomnienie o Maryli
  2. Dokonania Maryli
  3. Jak upamiętniać kobiety takie jak Maryla – zaangażowane, emancypowane, kreatywne, ale skromne i (przeto?) nie z pierwszych stron gazet?
  4. Co zrobimy na stałe, aby takie kobiety jak Maryla, zostały na trwałe w świadomości i pamięci?

Als sie vor zwei Jahren starb, veröffentlichte ich HIER einen Blogeintrag, der sich aus dem zusammensetzte, was Menschen aus Berlin, Warschau, Krakau und sonstwo her über sie geschrieben haben, als sie erfuhren, dass sie gestorben ist…

Am 26. März 2019 verstarb die bekannte Berliner Übersetzerin Maria Gast-Ciechomska, Maryla oder Marlena genannt. Sie war die Enkelin des letzten Bürgermeisters von Warschauer Stadtteil Mokotów, eine Germanistin, hervorragende Übersetzerin, antikommunistische Aktivistin, Mitglied von Solidarność Masoviens, Aktivistin der Bewegung zur Verteidigung der Menschen- und Bürgerrechte. Während des Kriegszustands wurde sie im Frauenlager in Gołdap interniert – sie war die jüngste Gefangenen in diesem Lager. Später zog sie nach Berlin, wo sie sich weiterhin für Frauen und polnisch-deutsche Beziehungen einsetzte. Sie war unter anderem in der deutsch-polnischen Literaturverein WIR tätig und in der Berlin-Warschauer Fraueninitiative. Sie war Mitbegründerin der Polnischen Feministischen Vereinigung und der Initiative Bewegung gegen die Kriminalisierung der Abtreibung.
Sie schrieb das Buch Vom Matriarchat zum Feminismus.
Einige Wochen vor ihrem Tod wurde ihre Arbeit in der Regenbogenfabrik und dann im “Lichtblick”-Kino bei der deutschen Premiere des Films von Marta Dzido und Piotr Śliwowski Siłaczki / Frauen der ersten Stunde präsentiert. Sie hat den Soundtrack des Films perfekt übersetzt. Maryla war schon immer in Frauenangelegenheiten involviert, daher ist es kein Wunder, dass ihre letzte großartige Arbeit auch mit diesem Thema zu tun hatte.

Morgen sind also zwei Jahre her, als Maria (Maryla Gast-Ciechomska) gangen ist. Letztes Jahr wollten Anna Krenz, Iwona Dadej, Christine Ziegler und ich ein Treffen zu Marias ersten Todestag in der Regenbogenfabrik organisieren; leider wurden wir durch die Pandemie oder vielmehr die am 15. März eingeführten Lockdown verhindert. In diesem Jahr schlug Iwona Dadej im Voraus ein Zoom-Meeting vor, das jedoch aus irgendeinem Grund wahrscheinlich nicht stattfinden wird. Das Treffen werde also ich ganz privat organisieren. Es wird nächsten Montag um 19 Uhr stattfinden. Ich lade Sie zur Teilnahme ein und hoffe, dass die folgenden Gesprächspartnerinnen daran teilnehmen werden:

Magdalena Ciechomska, Marylas (geliebte) Schwägerin, polnische Philologin, Feministin
Karina Garsztecka, Archivarin, Archiv der Fakultät für Osteuropastudien an der Universität Bremen, Feministin
Gudrun Koch, Kulturwissenschaftlerin, Kulturorganisatorin, Association of European Women, Feministin
Anna Krenz, freischaffende Architektin, Gründerin von Dziewuchy Berlin  und Botschaft der Polinnen, Mitbegründerin des Polnischen Frauenrats im Ausland, Aktivistin, Feministin
Monika Wrzosek-Müller, Autorin, Übersetzerin
Christine Ziegler, Kulturorganisatorin, Regenbogenfabrik, Feministin

Ich hoffe auch, die folgenden Themen zu besprechen:

  1. Erinnerung an Maria
  2. Marias Leistungen und Erfolge
  3. Wie kann man Frauen wie Maria gedenken – Frauen, die engagiert, emanzipiert und kreativ sind, aber bescheiden und (daher?) nicht von den ersten Reihen?
  4. Was werden wir tun, damit Frauen wie Maria dauerhaft in unseren Gedanken und Erinnerungen bleiben?

    I na marginesie ciekawostka – grusza posadzona we wsi Mokotów przez dziadka Maryli, Walentego Ciechomskiego w roku 1870; dziś na ruchliwym skrzyżowaniu ulic Bałuckiego i Racławickiej. / Dieser Birnbaum im Zentrum Warschaus wurde von Marias Großvater 1870 gepflanzt.

 

SI u fryzjera

Ewa Maria Slaska

Poszłam do fryzjera. W czasie pandemii to jednak wielki ewenement. Wyszłam ostrzyżona na Andę Rottenberg.

Strzygła mnie wspaniała polska anarchistka i pankówa, świetna berlińska cheerleaderka, a na dodatek fantastyczna wizażystka, która w maju będzie zdawała egzamin fryzjerski.

W Berlinie zbierało się na pierwszą wiosenną burzę z piorunami. Widok za oknem przypominał jakiś nieznany obraz Magritte’a.

Naokoło mnie cicho poruszały się jakieś ludzkie i nieludzkie istoty. Wszystkie miały blade twarze i ciemne włosy, niektóre były żywe, miały ręce i nogi, inne miały tylko głowy. Sztuczna inteligencja, pomyślałam, oto jest przyszłość, która nas czeka.

W książce Yuvala Noaha Harariego 21 lekcji na XXI wiek jest rozdział poświęcony sztucznej inteligencji, która będzie lepiej niż my wiedziała, jakie mamy wybrać studia, z kim się ożenić (lub za kogo wyjść za mąż) i jakiej chcemy słuchać muzyki. Ba, będzie nam tę muzykę komponowała tak, by to, co słyszymy, najlepiej nam odpowiadało (i, jeśli tego potrzebujemy) optymalizowało nasze nastroje (tak, byśmy zamiast cierpieć po odejściu ukochanej osoby, w pełni sił umysłowych i duchowych mogli poświęcić się w naszym miejscu pracy – jeśli jeszcze będziemy je w ogóle mieli – produkcji czekoladek – to opcja dla inżynierów lub techników, lub systemom filozoficznym programującym samochody autonomiczne – opcja dla filozofów). Tak czy owak nie będziemy sobie zawracali głowy takimi sprawami jak leczenie raka lub wybór fryzury do trumny, bo SI (Sztuczna Inteligencja) zrobi to za nas znacznie lepiej i sprawniej. Już w tej chwili możemy zdać się na komputer, po to, by algorytm ocenił naszą twarz i jakość włosów i wybrał nam optymalną fryzurę. Ale oczywiście, wszyscy to wiemy z filmów science fiction, sztuczna inteligencja na tym nie poprzestanie.

W miarę jak naukowcy będą pogłębiali wiedzę na temat sposobu dokonywania wyborów przez ludzi, pisze Harari (s. 81), pokusa zdania się na algorytmy będzie przypuszczalnie coraz silniejsza. Zhakowanie ludzkiego procesu podejmowania decyzji nie tylko zwiększy niezawodność opartych na big data algorytmów, lecz zarazem doprowadzi do tego, że mniej niezawodne staną się ludzkie uczucia. Gdy rządom i korporacjom uda się zhakować ludzki system operacyjny, zostaniemy wystawieni na potok precyzyjnie kierowanej manipulacji, reklamy i propagadny. Wpływanie na nasze opinie i emocje może stać się tak proste, że będziemy zmuszeni zdać się na algorytmy – tak samo jak pilot, który w czasie lotu dostał akurat zawrotu głowy, musi więc całkowicie zignorować to, co mu mówią własne zmysły i całkowicie zaufać aparaturze.

Podobnie jak możemy już dzisiaj uzyskać opinię algorytmu na temat naszej fryzury, makijażu czy diety, również już dzisiaj możemy się przejechać samochodem autonomicznym, zrobić zdjęcia naszej posiadłości dronem (oczywiście, jeśli “posiadamy posiadłość”) lub polecieć na Majorkę, doskonale wiedząc, że piloci siedzą tylko w kokpicie i patrzą na ekrany, a samolot prowadzi system pilotażowy zwany autopilotem. Możemy więc powiedzieć, ach co tam, po prostu to, co już znamy, udoskonali się, niedługo każdy z nas będzie miał idealnie dopasowaną do oczu fryzurę i każdy autopilot bez problemów wyląduje awaryjnie na rzece Hudson, co jeszcze w roku 2009 było uważane za niezwykły kunszt pilota Chesleya Sullenbergera. Ale, pisze dalej Harari, w niektórych krajach i niektórych kwestiach ludzie mogą nie mieć zupełnie wyboru i zostaną zmuszeni do podporządkowania się decyzjom algorytmów opartych na big data. Nawet jednak w społeczeństwach uchodzących za wolne algorytmy mogą zdobyć władzę, ponieważ doświadczenie nauczy nas ufać im w coraz większej ilości sytuacji i stopniowo stracimy zdolność samodzielnego podejmowania decyzji.

Znamy? Nic nas nie zaskoczy? To popatrzmy dokąd nas prowadzi przewidywanie Harariego. Z chwilą, gdy sztuczna inteligencja stanie się lepsza od nas w podejmowaniu decyzji w sprawie naszej kariery i naszych związków, będzie się musiało zmienić nasze pojęcie ludzkości, a nawet życia. Przywykliśmy myśleć o życiu jako o dramacie podejmowania decyzji. Demokracja liberalna i kapitalizm wolnorynkowy traktują jednostkę jako niezależny podmiot, który nieustannie dokonuje wyborów (…). Na dramacie podejmowania wyborów skupiona jest też teologia, która uzależnia wieczne zbawienie lub potępienie od naszych postępków, czyli wyborów. W świecie algorytmów to wszystko zostanie pozbawione sensu. Nawet nie będzie co czytać, bo stracimy rozeznanie, o co właściwie chodzi ludziom, o których czytamy, gdy targają nimi wątpliwości czy namiętności. Być, albo nie być? Co to za pytanie.

Ale i to jeszcze nie jest koniec wizji przedstawionej przez Harariego.

Już umiemy produkować samonaprowadzające się pociski i noktowizory, pozwalające odkryć ukryte w ciemnościach żywe istoty. Zabójcze roboty, skoro zostały wymyślone przez autorów SF, albo już naprawdę istnieją, albo zaraz zostaną stworzone, bo jak wiemy, wszystko, co człowiek pomyśli, inny człowiek może zrealizować. Uzbrojony w zabójcze roboty bezwzględny dyktator (s. 94) nie będzie musiał obawiać się, że jego żołnierze odmówią wykonania rozkazów. Roboty, twierdzi Harari, w zarodku zdusiłyby Rewolucję Francuską i Arabską Wiosnę Ludów. Jeszcze gorszy od zabijających maszyn będzie docierający wszędzie monitoring, czyli realizacja orwellowskiej powieści Rok 1984. Ale, ostrzega Harari, może się nam zdarzyć coś, czego nawet Orwell nie przewidział (s. 95) – reżim totalnej inwigilacji, który nie tylko śledzi nasze poczynania, ale będzie obserwował nasze wewnętrzne doznania. Bo np., co mógłby zrobić z użyciem takiej techniki reżim Kima w Korei Północnej. Każdy obywatel mógłby zostać zmuszony do noszenia bransoletki biometrycznej, kontrolującej wszystko, od kroku do toalety, po ciśnienie krwi. Jeśli więc u kogoś, kto spojrzy na zdjęcie dyktatora, czujniki wykryłyby charakterystyczne objawy złości – nazajutrz rano taki człowiek znalazłby się w obozie koncentracyjnym.

I tak dalej, jak w momentach, gdy wywód mógłby się stać rozwlekły i nudny, zwykł był pisać mój ulubiony autor, Kurt Vonnegut.

I tak dalej, kochani Czytelnicy.

Polka niepodległa

Anna Krenz (Dziewuchy Berlin)

List do polityków / Brief an die Politiker: 2021 bobowska list

Irena Bobowska – Die vergessene Heldin / Zapomniana bohaterka
11 March 2021
Przypominamy o brakującej połowie dziejów. Nadajemy twarz herstorii. 

W naszych działaniach mówimy często o kobietach zapomnianych, anonimowych bohaterkach, jako, że w cywilizacji opartej na patriarchacie, historia pisana jest przez zwycięzców – mężczyzn. Zapisana historia opiera się na ciągu wojen, konfliktów, przemocy, gdzie dominują bohaterowie – generałowie, przywódcy, żołnierze, papieże. Im stawia się pomniki, o nich pisze.
Dopiero od ok 100 lat kobiety są pełnoprawnymi obywatelkami, dopiero od ok 100 lat mogą studiować i pracować w zawodzie. Tym bardziej, by nadgonić stracone lata, należy pisać i mówić o bohaterkach, też tych dnia codziennego. Nikt za nas tego nie zrobi.

Przez ostatnie lata w Berlinie odbywała się debata na temat miejsc pamięci i możliwej lokalizacji pomnika polskich ofiar nazizmu. Debata była długa, toczyła się wśród mężczyzn na różnych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, szczególnie młode, nie brały w niej udziału.

Kiedy Bundestag debatował pod koniec października 2020 na temat miejsca pamięci polskich ofiar nazizmu, my odprawiłyśmy ceremonię Dziadów (1.11.2020) pod Pomnikiem Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty (Volkspark Friedrichshain), przypominając w spektaklu postaci kobiet w historii, polityce i kulturze: https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Natomiast 11 listopada, w Święto Niepodległości Polski, nieformalnie zmieniłyśmy nazwę pomnika na Pomnik Walczących o Naszą i Waszą Wolność, ujmjując i podkreślając brakującą połowę społeczeńswa – kobiety*, które również walczyły, również przyczyniły się do odzyskania niepodległości Polski, ale nie wspomina się o nich na kartach historii. Podobnie o wolność walczą kobiety w Polsce dziś. I im poświęcamy również symboliczną przestrzeń wolności.

Z powodów politycznych odmówiono nam (w ostatniej chwili) udziału w uroczystym zasadzeniu Drzewa Polonii w grudniu 2020, podczas którego planowałyśmy odczytać wiersze polskich migracyjnych poetek – w tym, Ireny Bobowskiej. Dla Biura Polonii poezja kobiet okazała się problematyczna. Dlatego…

Podczas performance, jaki zorganizowałyśmy 8 marca 2021 w Berlinie, przypomniałyśmy postać poznańskiej antyfaszystowskiej działaczki, Ireny Bobowskiej (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee). We wrześniu 1942 r. przed gilotyną w berlińskim więzieniu Plötzensee stanęła Irena Bobowska, młoda poznańska poetka, w wieku 22 lat skazana na karę śmierci za wydawanie niepodległościowej gazety Pobudka.

W wieku dwóch lat przeszła chorobę Heinego-Medina, w wyniku której do końca życia jeździła na wózku inwalidzkim. Przez rodzinę i przyjaciół nazywana była Nenią. Po klęsce wrześniowej 1939 r., już w pierwszych tygodniach okupacji Irena Bobowska przystąpiła do działalności konspiracyjnej pod pseudonimem „Wydra”. Od listopada 1939 r. stała na czele redakcji podziemnego pisma pt. Pobudka. Irena zajmowała się także pisaniem artykułów oraz powielaniem i kolportażem gazet – do tego służył jej wózek inwalidzki. Przewoziła w nim także broń.

20 czerwca 1940 r. została aresztowana przez Niemców wraz z pozostałymi członkami redakcji Pobudki i osadzona w Forcie VII w Poznaniu. Wówczas mogła jeszcze przesyłać rodzinie paczki z brudną bielizną i otrzymywać je wypełnione tylko chlebem, kilkoma dekagramami tłuszczu, cebulą oraz cukrem bądź słodkim pieczywem. Irena chowała w tych opakowaniach krótkie grypsy, w których pisała rodzinie, że wszystko jest w porządku. W Forcie VII zarekwirowano jej wózek inwalidzki, mimo że przez chorobę nie umiała chodzić. Była tam bita, głodzona i torturowana.

Następnie przeniesiono ją do więzienia we Wronkach, potem w Spandau, a w końcu do szpitala więziennego w Alt-Moabit, w Berlinie. Tam 12 sierpnia 1942 r. stanęła przed sądem wojskowym. W trakcie rozprawy pozwolono jej zabrać głos. Wypowiedź trwała 30 minut i nie było w niej ani jednego słowa usprawiedliwienia, czy prośby o ułaskawianie. Bobowska mówiła o czasie zaborów, germanizacji, okrucieństwach trwającej wojny. Otrzymała wyrok śmierci, który wykonano przez ścięcie na gilotynie 26 września 1942 r. Pozostawiła po sobie więzienne wiersze i wiele rysunków.

Wiersz Bo ja się uczę…, napisany w Forcie VII w Poznaniu, na wolność wyniosła w bucie jej ciotka, zwolniona z więzienia we Wronkach. Wiersz ten, pełen bólu, ale i nadziei, krążył anonimowo po więzieniach i obozach koncentracyjnych. Czytały go więźniarki w Oświęcimiu, czytały go więźniarki w powojennym Fordonie.

Przypominamy. Bo była istotna. Bo jest istotna.

****************
Bo ja się uczę największej sztuki życia:

Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!
Poznałam smak głodu
I bezsennych nocy (to było dawno),
I wiem, jak kłuje zimno,
Gdy w kłębek chciałbyś skulony
Uchronić się od chłodu.
I wiem, co znaczy lać łzy niemocy
W niejeden dzień jasny,
Niejedną noc ciemną.
I nauczyłam się popędzać myślami
Czas, co bezlitośnie lubi się dłużyć,
I wiem, jak ciężko trzeba walczyć z sobą,
Aby nie upaść i nie dać się znużyć
Nie kończącą zda się drogą…
I dalej uczę się największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie,
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!

(Fort VII, Poznań)

Wir erinnern Sie an die fehlende Hälfte der Geschichte. Wir geben Herstory ein Gesicht.

In unseren Aktionen sprechen wir oft über vergessene Frauen*, anonyme Heldinnen, denn in einer Zivilisation, die auf dem Patriarchat basiert, wird die Geschichte von den Siegern – Männern – geschrieben. Die aufgezeichnete Geschichte basiert auf einer Abfolge von Kriegen, Konflikten, Gewalt, in der Helden dominieren – Generäle, Führer, Soldaten, Päpste. Ihnen werden Denkmäler errichtet, über sie wird geschrieben.

Erst seit etwa 100 Jahren sind Frauen* vollwertige Bürgerinnen, erst seit etwa 100 Jahren können sie studieren und in ihren Berufen arbeiten. Um die verlorenen Jahre aufzuholen, ist es umso wichtiger, über Heldinnen zu schreiben und zu sprechen, auch über Alltagsfrauen. Niemand wird das für uns tun.

In den letzten Jahren gab es in Berlin eine Debatte über Gedenkstätten und den möglichen Standort eines Denkmals für polnische Opfer des Nationalsozialismus. Die Debatte war lang, sie fand unter Männern in verschiedenen Positionen statt, unter Politikern, im Bundestag. Frauen*, insbesondere junge Frauen*, nahmen daran nicht teil.

Als der Bundestag Ende Oktober 2020 über die Gedenkstätte der polnischen Opfer des Nationalsozialismus debattierte, veranstalteten wir am Vorabend des polnischen Soldaten und deutschen Antifaschisten (Volkspark Friedrichshain) die “Totenfeier” (1.11.2020) und erinnerten an die Figuren von Frauen* in Geschichte, Politik und Kultur in der Aufführung. > https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Am 11. November, dem Unabhängigkeitstag Polens, haben wir den Namen des Denkmals informell in Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit geändert, um die fehlende Hälfte der Gesellschaft einzufangen und hervorzuheben – Frauen*, die ebenfalls gekämpft haben, haben ebenfalls zur Wiedererlangung der Unabhängigkeit Polens beigetragen, aber Sie werden auf den Seiten der Geschichte nicht erwähnt. Frauen in Polen kämpfen heute auf ähnliche Weise für die Freiheit. Und wir widmen ihnen auch einen symbolischen Raum der Freiheit.

> https://www.dziewuchyberlin.org/2020/11/10/11-11-2020-za-nasza-i-wasza-wolnosc-fur-eure-und-unsere-freiheit/

Aus politischen Gründen wurde uns (in letzter Minute) die Teilnahme an der feierlichen Pflanzung des Polonia-Baumes im Dezember 2020 verweigert, bei der wir die Gedichte polnischer Migrantinnen Dichterinnen – darunter Irena Bobowska – lesen wollten. Für die Biuro Polonii Verein erwies sich die Poesie der Frauen* als problematisch. Deswegen…

Während der Aufführung, die wir am 8. März 2021 in Berlin organisierten, erinnerten wir an Irena Bobowska (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee), eine polnische Dichterin, die während der nationalsozialistischen Besatzung Mitgliederin von Untergrundorganisationen in Posen war.

Am 26. September 1942 stand Irena Bobowska, eine junge Dichterin aus Posen, im Alter von 22 Jahren wegen Veröffentlichung der Unabhängigkeitszeitung „Pobudka“ zum Tode verurteilt, vor der Guillotine im Berliner Gefängnis Plötzensee.

Im Alter von 2 Jahren litt sie an der Heine-Medina-Krankheit, wodurch sie bis zu ihrem Lebensende im Rollstuhl fuhr. Sie wurde von ihrer Familie und ihren Freunden Nenia genannt.

Nach der Niederlage im September 1939 begann sie in den ersten Besatzungswochen unter dem Pseudonym “Wydra” unterirdische Aktivitäten. Ab November 1939 leitete sie die Redaktion der Untergrundzeitschrift “Anreiz”. Irena schrieb auch Artikel sowie vervielfältigte und verteilte Zeitungen – dafür war ihr Rollstuhl gedacht. Sie trug auch Waffen darin.

Am 20. Juni 1940 wurde sie von den Deutschen zusammen mit anderen Mitgliedern der Redaktion von “Pobudka” festgenommen und in Fort VII in Posen inhaftiert. Zu dieser Zeit konnte sie noch Päckchen mit schmutziger Wäsche an ihre Familie senden und sie nur mit Brot, ein paar Dekagrammen Fett, Zwiebeln und Zucker oder süßem Brot gefüllt erhalten. In diesen Paketen hielt Irena kurze Nachrichten, in denen sie ihrer Familie schrieb, dass alles in Ordnung sei. In Fort VII wurde ihr Rollstuhl beschlagnahmt, obwohl sie wegen einer Kinderkrankheit nicht laufen konnte. Sie wurde dort geschlagen, verhungert und gefoltert.

Dann wurde sie in das Gefängnis in Wronki, dann in Spandau und schließlich in das Gefängniskrankenhaus in Alt-Moabit, Berlin, gebracht. Dort wurde sie am 12. August 1942 vor ein Militärgericht gebracht. Während der Anhörung durfte sie sprechen. Die Erklärung dauerte 30 Minuten und es gab kein einziges Wort der Entschuldigung oder der Bitte um Verzeihung. Bobowska sprach über die Zeit der Teilung, die Germanisierung und die Gräueltaten des andauernden Krieges. Sie wurde am 26. September 1942 durch Guillotine Schneiden zum Tode verurteilt. Sie hinterließ Gefängnis Gedichte und viele Zeichnungen.

Das Gedicht “Weil ich lerne …”, geschrieben in Fort VII in Posen, wurde von ihrer Tante, die aus dem Gefängnis in Wronki entlassen wurde, in einem Schuh aus dem Gefängnis gebracht. Dieses Gedicht, voller Schmerz und Hoffnung, verbreitete sich anonym in Gefängnissen und Konzentrationslagern. Es wurde von weiblichen Gefangenen in Oświęcim, von weiblichen Gefangenen im Nachkriegs-Fordon gelesen.

Wir erinnern an sie. Weil sie war und ist – relevant.

****************
… Weil ich die größte Kunst des Lebens lerne:

Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!
Ich kenne den Geschmack von Hunger
Und schlaflose Nächte (das ist lange her)
Und ich weiß, wie kalt es sticht
Wenn du dich zu einem Ball zusammenrollen möchtest
Dich vor Kälte schützen.
Und ich weiß, was es bedeutet, Tränen der Hilflosigkeit zu vergießen
An vielen hellen Tagen
Und einer dunklen Nacht.
Und ich habe gelernt, die Zeit voran zu treiben,
Die sich gnadenlos hinzieht,
Und ich weiß, wie hart man sich selbst bekämpfen muss
Um nicht zu fallen und nicht zu ermüden,
Dass der Weg endlos zu sein scheint…
Und ich lerne immer noch die größte Kunst des Lebens:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!

Übersetzung: Ewa Maria Slaska


Fotos: Gabriella Falana

Co wynika z prowadzenia bloga (3)

Ewa Maria Slaska

Kobiety z bloga

Od razu powiem i niech mi Bogini Matrona wybaczy – kobiety na blogu są mniej “wierne” niż mężczyźni. Każdy kiedyś odchodzi do innych zajęć, zapomina, nie ma czasu, odechciewa mu się, ale kobietom zdarza się to częściej. Ileż ich już tu było, stawały się ulubienicami Czytelników i nagle znikały. Nie będę ich wymieniać, nie należy rozdrapywać ran, ani ugryzień komara. Ostatnio naprawdę wiernymi autorkami są Ela Kargol i Teresa Rudolf, które na szczęście piszą w miarę często, oraz Krysia Koziewicz i Monika Wrzosek-Müller, które piszą rzadko.

Z Elą znamy sie od kilku lat i znajomość zaczęła sie od bloga. Widujemy się często, wciąż mamy jakieś wspólne projekty, chodzimy na spacery, w czym uczestniczy również Krysia. Z Moniką jestem zaprzyjaźniona od 35 lat i widujemy się niekiedy nawet raz na tydzień, z Teresą nigdy się nie spotkałyśmy. W zeszłym roku w marcu miałam do niej jechać do Wiednia, a stamtąd do Moniki do Pragi. Ale w grudniu ktoś w Wuhanie kupił na targu i zjadł ślicznego pancernika, a może zresztą nietoperza, a może nie zjadł, tylko wyprodukował i nie na targu tylko w laboratorium, w każdym razie wirus przeskoczył z probówki albo z zupy na człowieka i do marca następnego roku (czyli zeszłego) dowędrował i do Wiednia, i do Pragi, i nie mogłam odwiedzić obu moich wiernych autorek.

Z Moniką chodzimy ostatnio co najmniej dwa razy na miesiąc na spacery do parku przy pałacu Charlottenburg, o czym pisałam TU, natomiast z jej tekstów przywołam ten pierwszy, ten, w którym po raz pierwszy spotkałam się z oryginalną techniką narracyjną Moniki, polegającą na swobodnej zmianie tożsamości, przechodzeniu z osoby pierwszej na trzecią i z powrotem. Bardzo ciekawe.

Nawet nie pamiętam, skąd przyszła Teresa? Chyba tak jak kilka innych poetek, po prostu przysłała wiersze. Nie pamiętam również, jak to się stało, że Monika zaczęła pisać na bloga? Z Krysią widywałyśmy się “od zawsze” na jakichś imprezach polonijnych, ale naprawdę poznałyśmy się podczas wspólnego wyjazdu do Opola. Krysia wygrała wtedy konkurs na opowiadanie o Polaków losie własnym. Ela z kolei pojechała z nami, ludźmi ze Stowarzyszenia Partnerstwo Miast Szczecin-Kreuzberg/Friedrichshain, kilka lat temu na wycieczkę z okazji Dni Morza i gdy wracałyśmy już do Berlina, zapytała, czy opublikowałabym na blogu stary tekst jej taty z lat 60. Odpowiedziałam tak, jak zwykle odpowiada redaktor(ka), że nie wiem i nie mogę obiecać, ale niech przyśle… I tak to się zaczęło.

Wszystkie cztery autorki mogę dokładnie umiejscowić na blogowej osi czasu (ale już nie odtworzę, kiedy Krysia pisała do mojego poprzedniego bloga).
Krystyna, 25 maja 2013, 41 wpisów.
Monika, 21 lutego 2015 roku, 73 wpisy.
Ela, 24 czerwca 2016 roku, 69 wpisów.
Teresa, 13 listopada 2018 roku, 83 wpisy.

W pierwszym wpisie Teresy znajduję notatkę następującą:
Teresa Rudolf twierdzi, że do napisania tego wiersza zainspirował ją autoportret Fridy Kahlo z czarnym kotem i małpką, znaleziony u mnie na blogu
A potem już są wiersze. Wiersze Teresy zawsze przychodzą ze starannie dobranymi zdjęciami, albo muzyką, albo filmikami. Jak to piszę, najbardziej zdumiewam się faktem, że od pierwszej publikacji Teresy na blogu minęły niespełna trzy lata. A głowę bym dała, że jest tu już od lat co najmniej ośmiu, a może nawet dziesięciu. Teresa jest poetką, jej wpisy to często wiersze, ale publikowała już tu i prozę, i publicystykę, a poza tym jest wierną komentatorką. Bardzo dobrze jest, gdy ludzie komentują i przyznaję, że nieodmiennie mnie zdumiewa, że na tym blogu dyskusje są w większości takie niemrawe, bo w poprzednich moich blogach to właśnie w komentarzach kwitło bujne życie, nierzadko bujniejsze niż skończony wpis, złożony, jak wiadomo, ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. A w komentarzach nieważne są zasady kompozycji i nie trzeba się przejmować budową przestrzeni tekstu, dopuszczalne są pomyłki i powtórzenia, nieważna jest jedność czasu i miejsca. Teresa robi, co może, pomagają jej w tym Tibor i Zbychu, ale “dzieje się” w komentarzach, jak na moje potrzeby, stanowczo za mało.

Z różnorodnych tekstów Teresy wyszukuję jeden – ten, w którym Teresa najpierw mi przysłała piosenkę, a potem do tej piosenki dorobiła małe opowiadanko. Bardzo to było interesujące przeżycie. Oto ono: opowiadanko było zatytułowane Sąsiedzi – miało dwadzieścia odcinków, każdy zakończony kolejną piosenką. Pierwsza piosenka nosiła tytuł Otchłań czeka (Na cześć księdza Baki) i podśpiewuję ją pod nosem do dziś – Otchłań nie je, nie pije i nie daje mleka, otchłań – czeka.

Krysia zaczęła wpisem o laurkach na Dzień Matki, a ze wszystkich jej wpisów uwielbiam po prostu wpis, który na własny użytek nazwałam Chałupa, a który naprawdę zatytułowany jest Gdzie jest ten dom. Podobał mi się też “nadtytuł” pewnego jej, bardzo nieregularnego, cyklu: Z obserwatorium zwykłej baby.

Ten wpis z tekstem Taty był pierwszym wpisem Eli i myślę, że koniecznie muszę go TU przywołać. Ciekawe, że jest w nim też stara drewniana chałupa, tak (i taka) jak u Krysi Koziewicz. Podobnie jak Teresa, Ela też publikowała już na blogu bardzo różnorodne formy literackie – wiersze, reportaże, relacje, wspomnienia, opowieści. Niedawno wpisem Artystka z Turmstraße Ela osiągnęła jeden z najlepszych wyników w historii tego bloga, bo prawie tysiąc wejść pierwszego dnia.

Krysia i Ela chętnie fotografują, obie brały już też udział w różnych wystawach fotograficznych, w tym Krysia – w śmiesznej wystawie w Skolwinie (to dzielnica Szczecina), na płocie.

W roku 2020, w roku pandemii, wielokrotnie byłyśmy we trzy na spacerach, niekiedy któraś z nas o tym pisała, ale chyba najbardziej różnorodny jest wpis o Baratarii w berlińskiej dzielnicy Britz.

Były jeszcze dwie bardzo ważne autorki – Joanna Trümner i Viki Korb, ale obie umarły i nie mam siły o nich pisać.

Be old (oh, again) (reblog)

89 year old makes selfies 

Learning something new can be challenging, but sometimes, it can take you places you’d never imagine. Kimiko Nishimoto was 72 years old when she picked up a camera, and it’s transformed her life over the past 17 years. Now at 89, she’s enjoying wide-spread attention for her creative self-portrait photography.

Nishimoto pokes fun at herself through her bizarre compositions. While many people are concerned with finding their most flattering angles and wearing stylish outfits, Nishimoto chooses to dress up in strange costumes and place herself in situations that are amusingly self-deprecating—like hanging from a clothesline, being struck with a shovel, and run over by a car. The exaggerated images make you smile as well as commend Nishimoto for her willingness to be silly. Thanks to a camera and photo manipulation software, she has found her creative bliss.

International Women’s Day & Ania

Five courageous female artists

To celebrate International Women’s Day, DW correspondents around the world present female artists who inspire them with their courage and creativity. These rebellious, smart women are fighting against patriarchal structures for equal rights. One of them is Anna (Ania) Krenz from Berlin.


Foto: Maciej Soja

Zu den Film: Deutsche Welle

“My body, my choice. For months, women have been taking to the streets to protest against the tightening of Poland’s restrictive abortion laws. Artist Anna Krenz is raising her voice in support from Berlin.”
By Karin Helmstaedt / DW Deutsche Welle
Berlin ist wunderbar, schrieb auf dem FB Joanna Guttzeit, die diesen Banner irgendwo in Berlin fotografiert hat:
What plans Anna Krenz for an International Women’s Day of Polish Women in Berlin:
3D pop-up herstory comic by Anna Kren

11:00 – 13:00

Międzynarodowy Dzień Kobiet/Internationaler Frauenkampftag

Ania jest też jedną z współinicjatorek powołania do życia Polonijnej Rady Kobiet.

Polonijna Rada Kobiet powstała 2021 roku. Jest organizacją żywą, w stałym procesie kształtowania się. Jesteśmy grupą osób, które nawiązały współpracę międzynarodową w celach reprezentowania i wspierania Polek za granicą, oraz działań na rzecz równouprawnienia i praw kobiet, sprawiedliwości społecznej i praw człowieka w Polsce i na świecie.

W toku są prace nad formułowaniem szczegółowych celów, zasad etycznych i manifestu politycznego, w oparciu o innowacyjne, nowoczesne i feministyczne sposoby działania.

Ania is also one of the founder of International Council of Polish Women, which was established in 2021. It is a living organization, in constant development. We have united across boarders to represent and support Polish women abroad. We advocate for equality, women’s rights and social justice, and strongly support human rights in Poland and abroad.

Work is underway to formulate specific goals, ethical principles, and a political manifesto based on innovative, modern, and feminist modes of action.

Z wolnej stopy 36

Zbigniew Milewicz

Jedynak

Ewunia uczula swoich autorów na tematykę kobiecą w marcu; Panie mają ósmego swoje międzynarodowe święto, więc nie zawadzi mieć Je w pamięci przez cały miesiąc. Zrobi się Adminko; „Bezradność” jest rodzaju żeńskiego i o niej chciałbym dziś opowiedzieć, w trybie pilnym, bo sprawa wymaga interwencji.

Anię z Poznania poznałem kilka lat temu, na jednym ze społecznościowych portali. Nawet jeżeli nasza znajomość miała na początku charakter towarzyskiego flirtu, było dla nas jasne, że żadna z nas para nie będzie, chociażby ze względu na różnicę wieku. Dziewczyna była mniej więcej w wieku mojej córki, nosiła to samo imię, więc jej tatusiowałem. Opowiadała mi o swoich rodzicach, z którymi miała sporadyczny kontakt, o byłym mężu, co nie chciał płacić jej alimentów na dziecko, a najwięcej o swoim synu Szymku. Miał wtedy chyba 9 albo 10 lat, dobrze i łatwo się uczył, kochała go jak matka syna – jedynaka, czyli bardzo wyrozumiale; złościła się, kiedy wracał późno ze szkoły, bo podkochiwał się w pewnej koleżance i gdzieś razem chodzili, ale szybko mu wybaczała . Zgubił kurtkę, albo czapkę, to bez narzekania kupowała nowe, bo musiał je przecież mieć a kiedy brakowało pieniędzy, to brała dodatkową pracę. Jakieś dozorcostwo, sprzątanie placów zabaw, albo telemarketing. Wszystko mu dawała, co powinien mieć chłopiec w jego wieku – markowe ciuchy, buty, gry komputerowe, wszystko, co chciał.

Osobiście poznałem obydwoje jakieś trzy, cztery lata temu, kiedy leciałem na wczasy do Bułgarii. Samolot odlatywał z Poznania i skorzystałem z gościny Ani, żeby przenocować przed rejsem. Mama i syn wyglądali ładnie i sprawiali wrażenie, że mają ze sobą dobry, przyjacielski kontakt. Ich dwupokojowe mieszkanie lśniło czystością, Ania przygotowywała dla nas kolację, a Szymon bawił mnie rozmową na temat swoich życiowych planów. Bardzo elokwentny, z szybkością karabinu maszynowego wyrzucał z siebie słowa z języka dorosłych, układał je w logiczny ciąg zdań, grzecznie pytał, co o tym i tamtym myślę i kontynuował swój monolog. O ile dobrze pamiętam, chciał zostać politykiem, żeby mieć dostatnie życie i rządzić innymi. Z wyglądu – urodziwy, jasnowłosy paź, pomyślałem sobie, że z taką aparycją w przyszłości mógłby zrobić karierę w show biznessie. Ten wdzięk wydał mi się jednak jakby dziewczęcy.

Nie wiem, kiedy zaczęły się problemy Ani z Szymonem. Może wtedy, kiedy poznała Piotra*, albo już wcześniej. Kiedy okazało się, że partner jest biseksualny, przestała z nim sypiać, pozostali jednak przyjaciółmi. Był człowiekiem kulturalnym i dobrze sytuowanym; kiedy Ani brakowało pieniędzy na utrzymanie domu, pomagał finansowo, kupował Szymkowi drogie ciuchy, płacił za jego wizyty u psychologa, ale matka myśli, że nie wykorzystywał seksualnie chłopaka. Ania od lat zmaga się z chorobą alkoholową. Po terapii długo nie piła, teraz znowu jest w ciągu, do tego już nie pracuje. Kiedy poznaliśmy się, była wychowawczynią w domu dziecka i kochała to zajęcie, ale zadarła z dyrekcją i je straciła, a później z pracą było już tylko gorzej. Na domiar złego zaczęła się pandemia, siedzenie w domu. Szymon dostał fobii czystych rąk i całymi dniami stał przy umywalce i je mył. Później Anię zmógł covid 19, przeleżała kilka tygodni w domu, właściwie bez niczyjej opieki, bo syn bał się do niej zbliżyć i przebywał cały czas w swoim pokoju. Myślała, że umrze, tak źle się czuła, miała tylko całą masę pigułek od lekarza.

Kiedy z tego wyszła, zaczął jej ubliżać pod byle jakim pretekstem, później poszturchiwać, a następnie bić. Ania nie należy do ułomków, ale Szymon przewyższa ją wzrostem, mając 13 lat mierzy już ponad 180 cm., jest silny i matka zwyczajnie się go boi, z czego chłopak zdaje sobie sprawę. Dostaję mms-em zdjęcie Ani z posiniaczonymi kończynami. Mówi mi z płaczem, że najbardziej boli, jak syn bije ją po głowie i wyzywa od najgorszych. Chciałaby umrzeć, bo nie wie, co ją jeszcze od niego czeka. Może kiedyś tak uderzy, że zabije. Tak, Ania przyznaje, że pije alkohol, Żabkę mają niedaleko, co jej innego zostało? – pyta.

Tłumaczę po raz kolejny, że jest policja, która w przypadku domowej przemocy interweniuje i psychiatra a dla niej – pewnie nowa terapia odwykowa. Na policję nie zadzwoni, bo młodego wsadzą do ośrodka, a tam współmieszkańcy będą go gwałcić, bo jest niebinarny, czyli nie utożsamia się z żadną płcią. Pracowała w resocjalizacji, więc wie co się w takich ośrodkach dzieje i jako matka nie może pozwolić, żeby go to spotkało. W końcu jest jej dzieckiem i ona mu przebacza jego zachowanie, tylko zwyczajnie ma dosyć takiego życia. Pytam czy jej rodzice i ojciec Szymona wiedzą, co się u Ani dzieje ? Dziadkowie wiedzą, ale chcą mieć święty spokój, a były mąż od dawna nie odbiera od niej żadnych wiadomości, jest zablokowana w jego telefonie.

Próbuję dziewczynie pomóc, ale ponieważ mieszkamy ponad 800 kilometrów od siebie, pozostaje Internet i telefon . Najpierw do Anonimowych Alkoholików w Poznaniu; aktualnego adresu Ani nie znam, przeprowadziła się w ubiegłym roku a numer telefonu i nazwisko to trochę mało, żeby ją znaleźć, ale spróbują nawiązać z nią kontakt. Udaje się, tylko Ania nikogo obcego nie wpuści do mieszkania. Piszę więc maila na policyjną, Niebieską Linię, z prośbą o interwencję. Automat odpowiada mi, że otrzymali zawiadomienie, jednak w związku z pandemią należy się liczyć z wydłużonym czasem odpowiedzi. Faktycznie, póki co, cisza. Trochę mi się rozjaśnia dopiero po telefonie do Edytki, mojej znajomej w Warszawie, która jest emerytowaną policjantką: Nikt kobiecie prawnie nie pomoże – mówi – jeżeli sama o to nie poprosi. – Może tylko chce się komuś wypłakać, dlatego wybrała faceta, który mieszka daleko, bo nie przyjedzie za pięć minut z łomem, żeby wyważyć drzwi.

Brzmi uspokajająco, który mężczyzna zrozumie kobietę… ale, jeżeli jest to wołanie o ratunek, to nie można go lekceważyć. Ania dzwoni zawsze przez Messengera, bo darmowy. Ostatnio mi powiedziała, że syn zabrał jej ładowarkę do telefonu i klucze do mieszkania, które wcześniej zaryglował. Nie może więc z niego wyjść, a jak bateria się wyczerpie, to nigdzie zadzwonić. Słyszałem, że w Rosji jest jeszcze gorzej. Jak pobita przez męża, czy konkubenta kobieta zgłasza się ze skargą na policję, to często jej podobno mówią: zameldujcie nam o tym, jak was zabije.

  • Imię fikcyjne