Lato z Don Kichotem

Ewa Maria Slaska

Dziesięć dni latem 2022 roku

4 czerwca przyjechał do Berlina Teatr Globe z Poczdamu, rozstawił swe niejstniejące namioty na jeziorem Grunwaldzkim przy Zamku Myśliwskim i przypomniał Don Quijota, którego każdy z nas przecież zna, a znawcy barataryści już nawet wystawienie teatru poczdamskiego dobrze znają. A mimo to…

Ciekawe, że cała trójka w przerwach zajmuje się też czymś innym – Laurenz sprzedaje programy, Andreas rozdaje pocztówki, a Alexandra nalewa szampana.

11 czerwca w Oranżerii Pałacu Charlottenburg w Berlinie w ramach festiwalu zatytułowanego Fantazje Barokowe orkiestra pałacowa dała koncert o Don Chisciotte, choć po prawdzie wcale nie wszystkie części koncertu dotyczyły smętnego hidalga, bo pojawili się też Król Artur i przechodzień po Madrycie. Ale jednak, o tak, baratarysta, wiecznie poszukujący śladów swego gubernatora, zetknął się po raz pierwszy z operą, którą stworzył Bartolomeo Francesco Conti (1681-1732) i inną – dziełem Georga-Philippa Telemanna (1681-1767) – panowie kompozytorzy byli rówieśnikami, tyle że Telemann żył o ponad ćwierć wieku dłużej.


Cała trzygodzinna opera Contiego TU – wykonuje Akademie für Alte Musik Berlin, dyrygent: René Jacobs, podczas 29. Innsbruck Festival of Early Music 2005

Suita Telemanna Don Quichotte (Burleska) TU – Orkiestra Kameralna z Tuluzy

Następne terminy i miejsca wystawienia Don Quijota w wykonaniu Neues Globe Theater – TU


14 czerwca kupiłam sobie w szczecińskim empiku spolszczoną przez Jacka Dehnela książkę pt. Niewidzialne biblioteki. To oczywiste nawiązanie do Niewidzialnych miast Itala Calvina, utrzymane jest tak dalece w tym samym stylu spokojnej obiektywnej narracji, iż mimo iż jest – tak głosi okładka – dziełem pięciorga pisarzy (plus Tłumacza, który też jest autorem), wydaje się calvinowskim autopastiszem. Ale to albo sami autorzy tak to sobie wymyślili, albo nadał im tych calvinowskich cech tłumacz.

Autorami są Lawrence Jang – prawnik i pisarz, dla którego, jak głosi blurb na okładce, obrazem raju jest biblioteka, Monika James, bibliofilka, która pisze i kręci filmy, Danish Sheikh – pisarz, który zajmuje się teatrem, a od czasu do czasu przydusza go prawo, Amy Trautwein, która woli rośliny od książek, Inny (And Another) – wędrowny dostawca pierwszorzędnych panaceów i wreszcie Tłumacz, czyli to samo w innym języku, czyli całkowicie coś innego.

Literacka podróż po świecie wyobrażonych książek i bibliotek.
Biblioteki stworzone z ciszy, wycięte w lodzie, wyjęte z sennych koszmarów, z tomami ułożonymi według zapachów, w których za zakładkę służy oddech. Zbiory składające się z książek na wpół zjedzonych, na wpół porzuconych przez wybredne literacko mole…
Każda z opowieści zaskakuje – są wśród nich listy miłosne, łamigłówki, świadectwa nieograniczonej wyobraźni, z dużą dozą szaleństwa, groteskowych żartów i zaskoczeń. Intertekstualne wskazówki, nowe tropy, tajemnicze powiązania pełne literackich duchów. Inspiracji dostarczyli autorom przede wszystkim Italo Calvino oraz ojciec licznych intelektualnych zabaw J.L Borges i jego noty o książkach urojonych.
Znajdziemy tu zmysłowy, enigmatyczny i estetyczny świat, a autorzy tych opowieści, idąc w ślad Itala Calvina, badają bibliofilię, zwłaszcza to, jak przejawia się ona w naszych romansach z bibliotekami.  

***

Don Kichot pojawia się też na stronie 66, ale tam tylko stoi na półce, oraz – 110, ale tam się go tylko wymienia, a tymczasem na stronie 52 pojawia się cała biblioteka zwana Baratarią, czyli jak głosi przypis:
(z hiszp. barata – “taniocha”) – w Don Kichocie Miguela Cervantesa fikcyjna wyspa, której wielkorządcą zrobiono dla żartu Sancho Pansę. Jej autorem jest Lawrence Jang,

Choć minęła już prawie dekada, skóra Ibn Battuty wciąż cierpnie z przerażenia i zachwytu na myśl o tym, czego był doświadczył w bibliotece Baratarii. Żeby przygotować się do opowieści, Battuta, który znał słabość Borgesa do tej gry, zaczyna od historii wynalezienia szachów.

- Powiada się - zaczyna  Battuta - że wynalazca tej gry strategicznej, zapytany przez cesarza, jakiej życzy sobie nagrody, odpowiedział ze skromnością, która niemalże zirytowała władcę. Poprosił o ziarnko ryżu na pierwszym polu szachownicy, dwa na drugim, cztery na trzecim i tak dalej aż do pola sześćdziesiątego czwartego.

Battuta widział jak Borges liczy w głowie. Przy dwunastym polu opisał bibliotekę Baratarii, zewsząd otoczoną żyznymi ziemiami. Wydawało się, że wyrasta wprost z gleby, omotana nieskrępowanymi pnączami i gałęziami drzew. Było zatem dla Battuty niejakim zaskoczeniem, że wszedł do wielkiej sali, wypełnionej pustymi regałami, jeśli nie liczyć samotnej książki na środkowej półce w samym środku biblioteki. Jałowość biblioteki wydawała się niemal afrontem dla okolicy. Niespełna siedem godzin zajęło  Battucie - jak wspomina - przeczytanie dość nieciekawej historii o bagdadzkim żeglarzu, zagubionym na morzu. Ale kiedy tylko odłożył książkę na półkę, szykując się do opuszczenia biblioteki, dostrzegł dwie inne książki. Może nie zauważył ich wcześniej. Druga z nich wzmiankowała pewną bitwę, o której Battuta, pomimo wielkiego oczytania i podróży, nigdy nie słyszał. Chciał się dowiedzieć o niej czegoś więcej, ale skoro nie było to możliwe, przeszedł do trzeciej książki.

Wędrówki nie oszczędziły jego pleców, więc w połowie lektury zatęsknił za miękkim łóżkiem, ale wokół widział tylko krzesła z prostymi oparciami. W sali nie było ani zegara, ani okien i tylko czyste granie świerszczy obwieszczało mu, że kiedy skończył trzecią książkę, była już głęboka noc. Zwróciwszy znużone oczy ku regałom, zobaczył, że na widmowych półkach zjawiły się cztery kolejne książki.

Nie mogąc ciągnąć tego dalej, ale zarazem nie zamierzając się poddać, Battuta - wzorem najbardziej brawurowych spośród poszukiwaczy przygód - przyjął wyzwanie. Gdyby tylko znał los cesarza i jego daru dla wynalazcy szachów, być może wyjechałby nie ukończywszy siódmej książki. Jego syn miał ledwie dwa latka, kiedy Battuta ucałował go na pożegnanie, a gdy powrócił z Baratarii, niedowidząc i z trudem poruszając się o własnych siłach, powitał go młody człowiek, który trzymał na ręku chłopczyka, przypominającego nieco jego synka. Mężczyzna zwrócił się do Battuty: "Ojcze, nie było cię przez dwadzieścia siedem lat", ale jedynym, co widział Battuta, była owa daleka biblioteka, której półki uginały się pod ciężarem książek, i rosnąca góra nieprzeczytanych egzemplarzy oczekujących na jego powrót. 

Die Eiche und die Bäume von David Hockney

Monika Wrzosek-Müller

Die Eiche und die Bäume von David Hockney

Über längere Zeit fotografierte ich eine Eiche auf einem Feld in unserer paradiesischen Einsiedelei in der Uckermark, in verschiedenen Wetterlagen, in diversem Laubkleid und bei verschiedenen Lichtverhältnissen. Mir schwirrte die Idee im Kopf herum, daraus einen Kalender zu machen (leider ist es bei der Idee geblieben). Immer noch greife ich oft zum Handy, um diesen imposanten Baum zu knipsen. Die Eiche ist riesig, weitverzweigt, ausladend und sie steht mitten in einem Feld, das jedes Jahr mit anderen Pflanzen bebaut wird. So sieht es eben mal ganz Gelb um sie herum aus (da war gerade Raps dran) oder rötlich (dabei handelte es sich um Klee), oder öfter Grün. Nur Grün ist eben nicht immer Grün, mal haben die Grashalme ein gelbliches, mal ein saftiges Grün und dann auch vertrocknetes, fast ein Graugrün. Die grünen Wiesen sind nie einheitlich Grün, sie changieren zwischen allen möglichen Farbtönen; die Beobachtung dieser Phänomene brachte mich auf die Bedeutung des Wechsels in der Landwirtschaft, aber auch darauf, was das fürs Auge bedeutet. Die Farbpalette der Grüntöne erfasst unheimlich viele Farben: von Absinthgrün bis Zeisiggrün, oder malerischer: von Aquamarin bis Grüngelb, nicht zu vergessen Pistazien-, Smaragd-, Tannen-, Erbsen und Giftgrün. All diese Töne kann man bestimmt auf den weiten Wiesen um den Baum finden, doch fürs Auge bilden sie einen wunderbaren weichen Teppich, der manchmal vom Wind bewegt wird und die Farben immer wieder wechselt; ein andermal erscheint der Teppich kurz geschoren und tiefe Streifen winden sich hindurch, in denen einzelne Grashalme robust ausharren. Vor einigen Jahren wurde das Feld um den Baum auch mit Mais bebaut, das nicht allzu hochwuchs und nur mickrige Kolben trug; es hatte zu wenig geregnet. Im Jahr darauf sahen wir sogar Sonnenblumen sprießen, die aber nur halbhoch und halbreif wurden; sie eigneten sich vielleicht als Futter, genauso wie der Mais, es hatte wieder zu wenig geregnet. Jedes Jahr also bekommt das Feld ein anderes Kleid, der bewirtschaftete Boden andere Pflanze und der Baum eine andere Umgebung, in der er sich spiegelt, und das Auge eine neue Landschaft.

Der Baum besitzt eine imposante Krone, über der es einen riesigen Himmel gibt, der manchmal mit Wolken gefleckt ist, ein andermal einheitlich grau oder ganz in Himmelblau getaucht. So eine Wolke kann die Verlängerung der Krone bilden, sich aufbauschen und weiterwachsen hoch in den Himmel hinein, oder der Himmel wird nach unten gedrückt, hängt über der Krone mit dunklen Gewitter- oder Regenwolken; es gibt da unzähligen Möglichkeiten und Varianten und jede verdient betrachtet und gesehen zu werden, so entstehen auch unzählige Fotos. Wenn wir dazu noch das Wechselspiel des Laubes nehmen, das Frühlings-, Herbst-, oder Sommerlaubkleid oder die Winterkargheit, dann multiplizieren sich die Möglichkeiten ins Unendliche. Im Winter sind die Äste und der Stamm sichtbar und mächtig, für Fotos machen sich die scharf gezeichneten Konturen oft am interessantesten.

Die Eiche steht in einer Senke, Überbleibsel einer Endmoräne, einem kleinen Tümpel im Frühjahr und manchmal im Winter, der aber eher selten mit Wasser gefüllt ist, denn er liegt hoch über dem Niveau des Seespiegels oder des Baches und trocknet normalerweise im Sommer oder anderen regenarmen Perioden aus. Dahinter erstrecken sich weite Felder, meist in verschiedenen Farben, und seitlich zieht ein Streifen eines Feuchtbiotops. Zu DDR-Zeiten versuchte man die feuchten Flächen zu meliorieren, sie um jeden Preis trockenzulegen, doch nach der Wende wurden alle Entwässerungskanäle zugeschüttet und die Landschaft gewann wieder ihre alte Lebendigkeit und Farbenpracht. Sie lockt auch unheimlich viele Vogelarten an, die man von einem höher gelegenen Weg beobachten kann. Es ist überwältigend, diese Landschaft mit allen ihren Tier-, Vogel, Insektenarten zu betrachten; dafür wurden extra Bänke aufgestellt. Manchmal ist das Vogelkonzert so laut, dass es beinah stört, am liebsten würde man es leiser stellen.

Warum bedeutet mir der Lebensrhythmus eines Baumes so viel? Ich merke jedes Jahr, dass ich davon fasziniert bin; er zeigt so deutlich die Vergänglichkeit, den Wechsel, die Abhängigkeiten vom Klima, aber zugleich ist er auch der Inbegriff des Lebens. Mit dem starken Stamm symbolisiert er Kraft und Mut, das aufstreben, aber auch die Beständigkeit, mit der grünen Krone, die hoch in den Himmel ragt, die Öffnung und Freiheit, mit den tiefen Wurzeln die Verwurzelung und Stabilität. Die Liebe und Bewunderung für große alte Bäume habe ich mit den Deutschen gemeinsam. An die Landschaft ohne Bäume kann ich mich nur schwer gewöhnen und sie lieben lernen; so war für mich vor Jahren die Landschaft auf der Insel Malta erst einmal unheimlich, ich konnte mir ziemlich lange nicht erklären, was mir da fehlte und was mich störte. Letztendlich war es eben das Fehlen von jeglichen Bäumen, von Wald; die Funktion von Hainbuchen-, Thuja- oder Buchsbaumhecke übernahmen riesige Opuntien, die aber wahrlich keine Bäume waren. Auch die Landschaften an der Nordsee, wo Bäume ganz sporadisch zu treffen sind, sind mir mit ihrem peitschenden Wind unheimlich; große Landflächen, durchzogen von Kanälen, mit endlosen Wiesen sind zwar sehr malerisch, aber nicht meins.

Deswegen ging ich auch in die Ausstellung von David Hockney „Vier Jahreszeiten“, Landschaft im Dialog. Three Trees near Thixendale malte Hockney 2007/2008 während längerer Besuche bei seinen Eltern in der Grafschaft Yorkshire. Angeblich existieren auch diverse Fotos von der Gegend, die er selbst machte, um die Veränderungen der Landschaft im Wechsel der Jahreszeiten zu dokumentierten. Doch ein Kunstwerk ist kein Abbild der Wirklichkeit, auf jeden Fall kein genaues, auch wenn Hockneys Malerei schon viel mit Realismus, vielleicht magischem, vielleicht naivem Realismus zu tun hat. Er selbst meinte, die Fotografie könne die Schönheit der Landschaft in Yorkshire nicht einfangen. Das, so finde ich, wird noch deutlicher bei den Bildern von den Eltern, wo ein wirklich fiktiver Raum geschaffen, der Abstand zur Wirklichkeit unmittelbar sichtbar wird. Doch auch in den großformatigen Bildern von den Bäumen (es wurde viel gerätselt, welche Bäume Hockney dargestellt hat, ob das Berg- oder Feldahorn sei, für mich hätten es auch alte Linden sein können und auf jeden Fall mächtige Laubbäume) entsteht ein Abstand zur Wirklichkeit, zum Betrachter. Man verfolgt fasziniert die Zeichnung der Äste, der Stämme, dann des Laubes, dann das Kolorit und das Verhältnis zur wirklichen Landschaft. In diesem Moment merkte ich, dass ich selbst so oft einen Baum beobachtet hatte. Auch ein Foto bildet ein Ausschnitt, ist eine Wahl, eine Auswahl von diesen unzähligen Möglichkeiten, die ich vorhin aufgezählt und besprochen habe; hier, in dem Zyklus, beim Malen kommt noch die Technik, die Farbe, der Hintergrund und das Auge und der Wille des Künstlers hinzu.

Um diese Vorgänge besser zu verstehen, schafft die Ausstellung eine Ergänzung oder eine Art Erklärung und zeigt Bilder der Landschaften mit Bäumen aus anderen Epochen, die mögliche Vorbilder oder Anregungen sein könnten. Die Werke stammen aus den Beständen der Staatlichen Museen zu Berlin. Die Beschäftigung mit der Landschaft ist in allen Kunstepochen vorhanden. Denken wir dabei an die Weltlandschaften im Mittelalter und in der frühen Renaissance, wo sie immer den Hintergrund mit dem Fluss, den Hügeln und dem Meer bildeten. Dazu haben wir das Beispiel von Piero della Francesca. Wahrscheinlich kam die Beschäftigung mit dem einzelnen Baum seit der Zeit der Lithographie, des Kupferstichs, der Radierung. Das war die Zeit der detaillierten Darstellungen, möglichst nah an der Wirklichkeit, einer Rekonstruktion der Wirklichkeit. Als mögliches Beispiel könnte „Die Landschaft mit den drei Bäumen“ von Rembrandt van Rijn 1643 dienen. Auf jeden Fall hat Rembrandt wirklich drei Bäume am Wegesrand gezeichnet; doch es handelt sich um eine kleinformatige Radierung. Dann gibt es verschiedene holländische Maler und ihre Landschaftsbilder, wie Jacob Ruisdael „Eichen an einem See mit Wasserrosen“, Philip Koninck „Holländische Flachlandschaft“ auch Meinert Hobbema „Dorfstraße unter Bäumen“. Angeblich hat sich Hockney mit den Naturbildern von van Gogh auseinandergesetzt; in der Ausstellung wird eine Zeichnung mit Graphitstift gezeigt, „Ernte in der Provence“ 1888. Von ihm soll er die Intensität der Beschäftigung mit der Natur, seine Farbigkeit, den Pinselschwung übernommen haben. Von Monet dagegen das Prinzip der Serie: vier Bilder desselben Objekts.

Auf jeden Fall macht Hockney klar, dass das Interesse an der Landschaftsmalerei nicht nachgelassen hat, dass man mit neuen Techniken, neuen Perspektiven und Hilfsmitteln, auch ungewöhnlichen Farbkombinationen die Faszination für das Thema noch vehementer zum Ausdruck bringen kann. Mich haben die Bilder verzaubert, vor allem aber durch ihre Einzigartigkeit und vielleicht auch durch die riesigen Formate, so dass man das Gefühl hat, darin zu stehen und von ihnen umgeben zu sein. Die Inspirationen und Vorbilder taten es weniger.

Poziomki i cmentarze

Ela Kargol

Rok temu nie było nas na urodzinach Wiktorii Korb, ale chyba nie miała nas wtedy jeszcze jak ugościć. Poziomki dopiero się zadomowiały, a kamieniarz wykuł dopiero co litery i słowa. Błyszczą obsypane złotem, pod datami, imieniem i nazwiskiem jest jeszcze jedno bardzo ważne złote słowo: PISARKA
To wtedy powstała ta chyba nigdzie nie zmieszczona notatka.


U Viki w ogrodzie rośnie coraz więcej poziomek. Pchają się wszędzie. Ciekawe, czy wiosną będą znowu dojrzewać. Jest zielono, ale mało kwieciście.
Z Viki tak naprawdę zaprzyjaźniłam się po jej śmierci. Znałyśmy się wcześniej, ale dopiero teraz często ją odwiedzam. Ten nowy adres, ten na wieczność, jest dość blisko mojego miejsca zamieszkania.
Lubię ten cmentarz. Przejrzysty, z katakumbami. Mówią o nim cmentarz artystów. Jeżeli Joseph Beuys miał rację, to leżą tu sami artyści, bo artystą jest przecież każdy.
To taka przyjaźń w jedną stronę. Nie byłoby śmierci, nie byłoby przyjaźni. Pewnie, że jestem w lepszej sytuacji. Wybieram kwiaty, które lubię, odwiedzam, kiedy chcę, odchodzę, kiedy chcę. Dopiero niedawno skończyłam czytać twoją pierwszą książkę.
Lubię tu przychodzić. Gdy dowiedziałam się o tym, że mam raka, też tu przyszłam, z córkami, wnukami. Wypiliśmy kawę, zjedliśmy ciastko. Z wnukami gonilismy wiewiórki. Wiktorii Korb tu jeszcze nie było. Była już Marlena Dietrich, Helmut Newton, Yaneck, Ferruccio Busoni, Michael
Schoenholtz, Ulrich Gressieker… byli inni. Teraz jest tu Viki, pisarka.

Wiktoria Korb skończyła 11 czerwca 2022 roku 77 lat, albo skończyłaby, jeżeli w niebie liczymy lata od początku.
Fejsbuk przypomniał o urodzinach Viki, bo fejsbuk, od kiedy się pojawił, stał się nieśmiertelny.
Wprosiłyśmy się trochę na twoje urodziny. No bo jak byś miała nas zaprosić? Ale znaki dawałaś. Przypuszczałyśmy, że nas nie ugościsz, kawę i ciacho wzięłyśmy ze sobą. A tu takie miłe zaskoczenie. „Stół“ zastawiony, aż się uginał.


Najpierw uczta dla oczu, a potem modły dziękczynne do stwórcy, za to, że oprócz wielu rzeczy, które stworzył, jedne z najpiękniejszych są poziomki.

Chmiel na bezsenność
rezeda na nerwy
tymianek na nieśmiałość
chrzan co leczy chore korzonki
to wszystko tak dużo że mało
gdybyś nie stworzył poziomki,
pisał Jan Twardowski.

A więc najpierw uczta dla oczu, potem dla ciała.
Lepszego terminu na urodziny, nie mogłaś sobie wybrać, zresztą nie ty wybierałaś. Wszystko kwitnie, dojrzewa. Właściwie już lato, choć to późna wiosna. Już rok temu zauważyłam, że obok miejsca, które wybrałaś sobie na wieczność, albo wybrano je tobie, zakwitają poziomki. Jedną ci wtedy podarowałam, po prostu przesunęłam ją bardziej w twoim kierunku.

Ein Tag in Berlin, Kafka

Ewa Maria Slaska

Ich schrieb schon Mal von Kafka in Berlin, HIER. Diesmal gingen wir mit Masha, die dort beschriebenen Orte uns selber anzugucken.

Wir sollten, so war der Plan, mit dem Hotel Askanischer Hof beginnen, wo Kafka immer Quartier bezog als er nach Berlin kam, um Felice Bauer zu besuchen.

Hotel Askanischer Hof

Das Hotel ist eine Mirage. Es hat eine Internetseite. Sehr schöne und authentisch wirkend.

http://askanischer-hof.ihotelsberlin.com/de/

Es gibt es jedoch NICHT. Glaubt mir. Wir waren da vor drei Tagen! Es gibt dort kein Hotel! Auch kein, das Mal da gewesen wäre. Und offiziell es gibt es nicht seit 1923!!!!

Was ist es also da auf dieser Internetseite!? Und woher stammt dann dieses Foto unten? Es ist doch ein neues Foto, keine Antiquität aus dem Jahre 1922.

Wohnung Nr. 1, Miquelstr. 8, Steglitz

Die Verlobung mit Felice Bauer wurde aufgelöst. Kafka zieht nach Berlin mit seiner neuen Freundin, Dora Diamant, ein. Ab September 1923 wohnen sie in der Miquelstr. 8 bei Moritz Hermann. Das Haus steht nicht mehr und heute gibt es da kein Zeichen, dass Kafka dort gewohnt hat.

Wohnung Nr. 2 Grunewaldstr. 13, Steglitz

Schon zwei Monate später, am 15. November 1923 ziehen Dora Diamant und Franz Kafka in eine neue Wohnung ein, ebenfalls in Steglitz: Grunewaldstr. 13 (bei Seifert). Die neue Wohnung, schreibt Kafka an seine Schwester, ist ausserordentlich schön. Hat zwei Zimmer, Zentralheizung, elektrisches Licht und Telefon.
Auf dem Haus gibt es zwei Gedenktafel. Eine marmorene mit einem typischen Erinnerungstexts und eine metallene mit einem Zitat von Kafka:
Die Guten gehen im gleichen Schritt .
Ohne von ihnen zu wissen tanzen die Anderen um sie
die Tänze der Zeit.

Wohnung Nr. 3, Heidestr 25-26 (heute Busseallee 7-9), Zehlendorf

Im Februar 1924 ziehen sie das letzte Mal um (auf der Tafel unten steht ein anderes Datum – ich beziehe mich auf die obige Tafel und das Buch von Reiner Stach, Kafka von Tag zu Tag). Kafka ist schon sehr krank: Kehlkopftuberkulose. Danach wird noch Herzschwäche diagnostiziert.


Am 17. März 1924 reist er aus Berlin nach Prag aus, um hierher nie mehr zurückzukommen. Im April 1924 wird er in ein kleines privates Sanatorium im Dorf Kierling geliefert, wo er weiterhin von Dora gepflegt wird.

Am 3. Juni 1924 starb er. Wir begaben uns drei Tage später auf die Spurensuche von ihm.

Projekt Irena Bobowska (1)

Strona internetowa projektu TU
O Bobowskiej w Polkopedii TU

Grafika Anna Krenz


Ela Kargol

Z cyklu Chodzenie po mieście: W Berlinie i Poznaniu po śladach rodziny Bobowskich

Rodzice Ireny Bobowskiej urodzili się w Berlinie. Teodor Bobowski w roku 1889, Zofia Bobowska z domu Kraszewska w roku 1895. Podobno znali się od dziecka, a więc poznali się już w stolicy II Rzeszy, w mieście, gdzie kilkadziesiąt lat później stracono ich córkę, Irenę.

Kraszewscy wrócili do Poznania już w roku 1911, Teodor Bobowski w roku 1918, krótko przed wybuchem Powstania Wielkopolskiego. Przedtem zdążył w Berlinie zdobyć wykształcenie i założyć firmę, zajmującą się sprzedażą wyrobów tytoniowych. Żeby uniknąć służby wojskowej przeniósł się do Chicago. Przyjechał na kilka dni do Berlina w 1914 i wtedy powołanie do pruskiego wojska i tym samym na wojnę go nie ominęło.
Szukając adresu Bobowskich w starych berlińskich księgach meldunkowych, natrafiłam na kilka adresów Stanisława Bobowskiego, dziadka Ireny Bobowskiej Z rodziną dziadków Kraszewskich, a więc ze strony matki mam już problem. Możliwe, że mieszkali u rodziców babci, czyli u Prałatów. Ale to tylko przypuszczenia. Obie rodziny pochodziły z Wielkopolski, z ziem, które po II rozbiorze Polski znalazły się na terytorium Prus.

Anna Poniatowska (Polacy w Berlinie) pisze:

Po 1870, a więc po zwycięstwie Prus nad Francją, zarówno na zachodzie Niemiec, jak i w dużych miastach niemieckich, w tym też w Berlinie, w szybkim tempie rozwijał się przemysł. W Charlottenburgu, Moabicie, Weddingu, Schönebergu, Lichtenbergu, Neukölln, które to miejscowości stanowiły wówczas odrębne jednostki administracyjne (do wielkiego Berlina zostały włączone w 1920) wyrastały nowe gałęzie przemysłu – maszynowy, elektrotechniczny, chemiczny, odzieżowy, tytoniowy. Rozwijała się komunikacja, elektryfikacja, gazownictwo, wodociągi i wiele innych urządzeń komunalnych. Rosło więc zapotrzebowanie na ludzi do pracy. Polacy z Wielkopolski, Pomorza, a również i dalszych terenów, jechali na zachód szukać lepszych warunków pracy.

Do Berlina i okolicznych miejscowości przyjeżdżali polscy robotnicy kwalifikowani i niekwalifikowani, przyjeżdżało również dużo kobiet, które chętnie zatrudniał przemysł odzieżowy, tytoniowy, hotelarski, gastronomiczny i gospodarstwa domowe. Przeważnie byli to ludzie młodzi, którzy zakładali tu rodziny. 14 sierpnia 1905 “Deutsche Zeitung” pisała: “Berlin hinter Warschau die erste Polenstadt”.

Rodzice i dziadkowie Ireny Bobowskiej wrócili do Poznania, ich dalsza rodzina została w Berlinie i być może, potomkowie Bobowskich i Kraszewskich nadal tu mieszkają. Gdy Irena przebywała od kwietnia 1941 roku do śmierci 26 września 1942 roku w więzieniach na Moabicie i przy Barnimstraße, żadna z ciotek mieszkających w Berlinie nie odważyła się jej odwiedzić.

W lipcu 1918 roku rodzice Ireny mieszkają w Poznaniu i biorą ślub w kościele św. Małgorzaty na Śródce.

Średniowieczny kościół, wielokrotnie przebudowywany, stoi do dziś na nieistniejącym już Rynku Śródeckim, obok Klasztoru filipinów, naprzeciwko muralu, który wszyscy poznaniacy znają i podziwiają. Mural o bardzo opisowym tytule “Opowieść śródecka z trębaczem na dachu i kotem w tle” zdominował i kościół i klasztor i nawet trochę dalej położoną katedrę.

Młodzi Bobowscy zamieszkali przy Starym Rynku 71/72, a obok Zofia, jeszcze jako Kraszewska, prowadziła sklep i pracownię kapeluszy. Teodor Bobowski został właścicielem hurtowni i fabryki kapeluszy.

Adres niby jest, kamienice też, ale wyglądają zupełnie inaczej niż na zdjęciu zamieszczonym w książce Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej o Irenie Bobowskiej, Nenia.

Na poznańskim Starym Mieście w lutym 1945 r. uległo zniszczeniu ok. 60% budynków, pisze Mateuesz Markowski.

Na jego zestawieniu zdjęć Starego Rynku sprzed i po wojnie poznaję miejsce, które niedawno odwiedziłam. Nie mam pojęcia, co jeszcze z substancji budowlano-architektonicznej zostało do dzisiejszych czasów. Kamienice odbudowywano w latach 60. ubiegłego wieku w stylu pseudo-barokowym, renesansowym, klasycystycznym. Swoim wyglądem miały przypominać te sprzed wieków. Mnie samej, spacerującej po Starym Rynku, wydaje się, że kamienice stały tu od wieków i zawsze tak wyglądały. A to nieprawda. Większość to rekonstrukcja udana lub mniej, niektórych budynków już nie ma, niektóre wyglądają zupełnie inaczej. Z jednej przedwojennej kamienicy, w której mieszkali Bobowscy i w której mieścił się dom towarowy z 1909 roku powstały dwie. Ciekawe jest to, że odbudowując zniszczone kamienice, powrócono do planu sprzed domu towarowego, planu kiedy istniały jeszcze dwa budynki. Stąd moje dość długie porównywania zdjęć i poszukiwania.


Wszystkie zdjęcia (oprócz zlinkowanego tekstu) – Ela Kargol. Ciąg dalszy za tydzień

Masha & Ewa Maria

Foto Masha Pryven

In Combray wurde jeden Tag bereits am späten Nachmittag, lange bevor jener Augenblick kam, in dem ich würde zu Bett gehen und fern von meiner Mutter und meiner Großmutter daliegen müssen, ohne zu schlafen, mein Schlafzimmer von neuem zum schmerzlichen Angelpunkt meiner bangen Erwartungen.

(…)

Wenn ich hinaufging, um mich schlafen zu legen, so war mein einziger Trost, dass Maman, wenn ich im Bett läge, kommen würde, um mir einen Gutenachtkuss zu bringen. Doch dieses Gutenachtsagen währte so kurz, sie ging schon so bald wieder hinunter, dass der Augenblick, in dem ich hörte, wie sie heraufkam, dann, wie das leichte Rauschen ihres Gartenkleides aus blauem Musselin, an dem kleine Quasten aus geflochtenem Stroh baumelten, den Flur mit der Doppeltür entlangwanderte, für mich ein schmerzvoller Augenblick war. Er kündigte jenen an, der ihm folgen musste, jenen, in dem sie mich verlassen haben, in dem sie wieder hinuntergegangen sein würde. Das ging so weit, dass ich schließlich wünschte, dieses von mir allzu geliebte Gutenachtsagen möge so spät wie möglich stattfinden, damit sich die Gnadenfrist, in der Maman noch nicht erschienen war, verlängern würde. Manchmal, wenn sie, nachdem sie mich geküsst hatte, die Tür öffnete, um davonzugehen, wollte ich sie zurückrufen, sie bitten: »Gib mir noch einen Gutenachtkuss«, aber ich wusste, dass sie sogleich ihr verstimmtes Gesicht aufsetzen würde, denn das Zugeständnis, das sie meinem Kummer und meiner Erregung machte, indem sie heraufkam, mich in den Arm zu nehmen, mir diesen Friedenskuss zu bringen, ärgerte meinen Vater, der dieses Ritual lächerlich fand, und eher hätte sie getrachtet, mir diese Gewohnheit auszutreiben, als mich diejenige annehmen zu lassen, sie um einen weiteren Kuss anzubetteln, während sie schon auf der Türschwelle stand.
Doch sie verstimmt zu sehen machte all die Besänftigung wieder zunichte, die sie mir gerade gebracht hatte, als sie ihr liebevolles Antlitz über mein Bett beugte und es mir darreichte wie die Hostie nach dem Friedensgruß bei der Kommunion, während meine Lippen aus ihrer leiblichen Anwesenheit die Kraft zum Einschlafen schöpften.

Marcel Proust, Auf der Suche nach der verlorenen Zeit, Band 1, Auf dem Weg zu Swann, Teil 1, Combray
Übersetzung von Bernd-Jürgen Fischer

Utopie. Kobiety.

Ewa Maria Slaska

Byłam niedawno na spotkaniu kobiecym zorganizowanym bez żadnego z góry przyjętego tematu. Ta nietypowa formuła została przez organizatorki nazwana Open Space. Ponieważ nigdy o niej przedtem nie słyszałam, teraz, gdy chcę napisać o kobiecych utopiach, omówionych podczas spotkania, musiałam trochę poszukać w internecie. Natychmiast trafiłam na stronę oferującą 47 praktycznych porad, jak zorganizować naradę typu Open Space. (Uwaga to porady po niemiecku, ale na pewno są i po polsku).

Metoda Open Space to format konferencji, umożliwiający pracę nad złożonymi zagadnieniami w dużych lub bardzo dużych grupach, kiedy to w krótkim czasie można osiągnąć konkretne wyniki ukierunkowane na konkretne działania. Na konferencjach Open Space porządek obrad zostaje ustalony przez samych uczestników. Każdy ma możliwość przedstawienia własnych tematów i pytań. Wielokrotnie wypróbowany i sprawdzony w praktyce proces dochodzenia do wspólnych ustaleń, zapewnia stabilne ramy oraz wyniki, godne zaufania, które można wykorzystać w praktyce.

Polska Wikipedia powiedziała mi, że metoda ta nazywa się po polsku Open Space Technology (ha! taki to polski) i podsunęła bardzo sympatyczną opowiastkę:

W 1983 roku Amerykanin Harrison Owen organizował międzynarodową konferencję, na którą miało przybyć 250 uczestników.

Cały rok ciężko pracował, aby jak najlepiej tę konferencję przygotować. Po zakończeniu postanowił, że już nigdy więcej nie będzie robił czegoś podobnego. Wszyscy uczestnicy konferencji mówili na zakończenie, że najlepszą i najbardziej przydatną częścią spotkania były przerwy na kawę. Postawił sobie pytania: Jak można wykorzystać energię i entuzjazm, panujący podczas dobrych przerw na kawę, aby w czasie spotkania uczestnicy aktywnie angażowali się w pracę i osiągali wyniki? Jak można coś takiego zorganizować w czasie krótszym niż rok?

Z tych poszukiwań zrodziła się metoda Open Space. Harrison Owen napisał:

Dla mnie Open Space jest naturalnym laboratorium, w którym można przeżyć i obserwować, jak ludzie przerastają samych siebie i jak są zdolni do osiągania zupełnie nieoczekiwanych wyników.

I coś takiego się nam przydarzyło, gdy 10 maja poszłyśmy (my, trzy Polki) do berlińskiej Centrali Edukacji Politycznej na konferencję, przez organizatorki nazwaną entuzjastycznie: Feministischer Energy Day – Feministyczny Dzień Pełen Energii, a może raczej Dzień Energii Feministycznej. A zapewne oba znaczenia jednocześnie. Były świetne, nieoczekiwane tematy, świetne, ożywcze spotkania i świetne, nader konkretne wyniki.

A mimo to chciałam tu przedstawić protokół spotkania na najbardziej szurnięty temat – o utopiach feministycznych. Muszę przedstawić protokół, bo sama niestety w czasie gdy Claudia prowadziła grupę o utopiach, ja zajmowałam się w mojej grupie tematem “niewidzialnych cudzoziemek”. Wiadomo, kobiety “w pewnym wieku” stają się niewidzialne, teraz okazało się, że, niezależnie od wieku, jeśli jesteś emigrantką, to niejako w dwójnasób zostaniesz pominięta, zapomniana, nie zauważona, nikt cię nie dopuści do głosu, a jak się upomnisz, to ci powiedzą, że temat jest nieważny, albo że pan Schmidt już to powiedział dziesięć lat temu, albo przed pół godziną. Zanim przejdę do utopii, powiem jeszcze, że jednocześnie jesteśmy jako cudzoziemki po wielokroć widzialne (kolor skóry, oczu, wzrost) albo słyszalne (łamany niemiecki, albo po prostu akcent, którego się nigdy nie pozbędziemy). Oczywiście rozpoznaje się nas również po naszych imionach i nazwiskach, a wtedy często nie zwraca się na nie uwagi. Dlatego na przykład ja, Ewa Maria Slaska, kobieta o dwóch wybitnie kobiecych imionach i to kobiecych w wielu europejskich językach, często dostaję listy adresowane do “Herr Eva Maria Salska”. Tylko Maria się broni przed ingerencją ignorancji, niechlujstwa i nieuważności. W każdym razie podczas dyskusji siedziały obok siebie dwie kobiety: czarnoskóra studentka o hinduskim imieniu i hinduskiej urodzie z Bollywood i blada blondynka o niebieskich oczach i niemieckim nazwisku. Jedną z nich po ogólnej kolorystyce rozpoznawano na odległość jako cudzoziemkę, a była urodzoną w Niemczech Niemką, druga nie wyróżnia się w ogóle, dopóki nie otworzy ust, bo wtedy natychmiast wiadomo, że Polka.

Co z tego wynika? Niewiele, bo nic na to nie poradzimy. Społeczeństwo niemieckie jest bardzo wrażliwe i na kolory, i na akcent. Można próbować to zmienić? Oczywiście i na pewno warto próbować.

I to jest moment, w którym możemy przejść do utopii. Bo nieważne, czy osiągniemy to, co chcemy osiągnąć, ale ważne, że chcemy i że robimy wszystko, by dało się to zrealizować.

Gdy podczas przerwy na kawę (tak!) spotkałyśmy się z Claudią, zapytałam ją, czy może mi powiedzieć, o czym rozmawiały w grupie, odpowiedziała, że prawie wszystko, o czym mówiły, było szalone, a na pewno nie wszystko dałoby się w ogóle zrealizować, ale na pewno zgodziły się co do jednego – warto to robić!

Protokół obrad grupy “Utopie – Uskrzydlanie”

Propozycje:

  • dwugodzinny tydzień pracy – prawo do lenistwa
  • bezwarunkowy dochód podstawowy
  • samostanowienie (czas, priorytety)
  • więcej czasu wolnego
  • praca oparta na wykonywaniu zadań
  • elastyczność
  • żadnej pracy pod przymusem
  • nie tylko praca zarobkowa jest pracą
  • niezależność
  • bezpłatne mieszkania i komunikacja publiczna
  • równość szans bez dyskryminacji
  • demokratyczne współdecydowanie w każdej sprawie
  • model “4 w 1” Friggi Haug

WYJŚĆ Z DEFENSYWY!
JAK POKONAĆ OPORY?
JAK TAM DOJŚĆ?

I z boku na całej wysokości kartki: Radość z pracy przy realizowaniu utopii!

Tego nam wszystkim życzę!

A przy okazji, jak ktoś (ktosia) zna niemiecki, to może rzucić okiem na lekturę proponowaną przez grupę Utopie:

Perspektywa 4 w 1 – polityka kreaowana przez kobiety dla nowej lewicy

Tag der Vergissmeinnicht / Benefizkonzert Ukraine

Vor 100 Jahren

Seit genau Hundert Jahren zelebriert man den Vergissmeinnicht-Tag in den USA am 10. November. Man erinnert damit die Soldaten, die mit schweren Verwundungen oder Behinderungen aus dem Krieg zurückkehren. Erstmals wurde dieser Tag im Jahr 1922 begangen. Mit Hilfe der Feierlichkeiten sollten finanzielle Mittel zur Unterstützung der Soldaten gesammelt werden, die mit Behinderungen aus dem Ersten Weltkrieg heimkehrten. Spenden wurden unter anderem durch den Verkauf der blauen Pflanze Vergissmeinnicht gesammelt. Diese gilt generell als Symbol des Erinnerns. Am Vergissmeinnicht-Tag kann sie an andere verschenkt werden, um ihnen zu signalisieren, dass sie niemals in Vergessenheit geraten werden.


Vor 20 Jahren

Ungeachtet dessen hat man sich in Polen einen anderen Tag ausgesucht, der nun als der Tag der Vergissmeinnicht gilt: den 15. Mai. Den feiert man in Polen seit 2002. Die Idee des Tages ist, Menschen an den Wert der Natur zu erinnern, Bedeutung des Umweltschutzes zu unterstreichen und die biologische Vielfalt Polens zu erhalten. Darüber hinaus soll der Feiertag darauf abzielen, wichtige Momente im Leben, Menschen, Orte und Situationen vor dem Vergessen zu bewahren.

15. Mai 2022

Ich denke mir, dass wir 2022 die beiden Feiertagen gemeinsam zelebrieren können. Es blühen die Vergissmeinnicht überall. Es ist Krieg, Soldaten kehren mit schweren Verwundungen oder Behinderungen aus dem Krieg zurück. Sie fallen. Sie sind für unsere und Eure Freiheit in Ukraine gefallen. Wir wollen sie vor dem Vergessen zu bewahren.

Слава Україні!


All pics of flowers: Ela Kargol in Mai 2022

Chodzenie po mieście: Hanami w Berlinie

Ela Kargol

Gałązka wiśni

Gdy ci się kiedyś przyśni
na przykład gałązka wiśni,
to wiedz,

że to znaczy szczęście –
bo wiśnia we śnie znaczy,
że koniec twej rozpaczy
i że będziesz szczęśliwy
coraz częściej. (…
)

Konstanty Ildefons Gałczyński

Gałązka kwitnącej wiśni nie musiała mi się przyśnić. Pewnego dnia wyszłam z domu i ją ujrzałam, wcale nie jedną, a kilkadziesiąt lub więcej, które wyrazistym różem przyciągnęły mój wzrok.

Do najbliższej alejki kwitnących wiśni mam kilkaset metrów. Franz-Cornelsen-Weg, ścieżka nazwana imieniem założyciela wydawnictwa podręczników szkolnych Cornelsen Verlag, łączy dwie większe ulice Dillenburger i Mecklenburgischer Straße, i graniczy z budynkiem wydawnictwa. Wiśnie kwitną między niekoszoną łąką i do niedawna małą kolonią ogródków działkowych. Ogródki działkowe zredukowano do kilkunastu, a w miejscu tych, których już nie ma, pną się mury do góry. Mam nadzieję, że balkony powstaną po wiśniowej stronie.

Berlin jest wiosną miastem kwitnącej wiśni. Oprócz znanej i licznie przez turystów odwiedzanej Alei Wiśniowej w Teltow właściwie w każdym zakątku miasta rozkwitają wiśniowe kwiaty. Hanami czyli oglądanie kwiatów japońskiej wiśni trwa w Berlinie od początku kwietnia do początku maja.

W Japonii kwiaty wiśni, zwane sakura, są nieodłącznym symbolem nadejścia wiosny. Mówi się, że przynoszą pokój i ukojenie w sercach ludzi. W 1990 roku po zjednoczeniu Niemiec, japońska stacja telewizyjna TV-Asahi zorganizowała zbiórkę pieniędzy na sadzenie japońskich drzew wiśniowych w Niemczech. Zebrano wystarczającą ilość pieniędzy na ponad 9000 drzewek, z których znaczna część trafiła do Berlina. Pierwsze drzewa posadzono w listopadzie 1990 r. przy moście Glienicke, symbolicznym miejscu podziału Niemiec. Dziś wiele drzew wiśniowych można znaleźć w dawnym pasie granicznym, ale także w parkach i przy instytucjach publicznych.

https://www.berlin.de/events/4375689-2229501-kirschbluetenfest-in-den-gaerten-der-wel.html

Pojechałam na Kreuzberg na konkretną ulicę, nazwaną na cześć komendanta miasta ulicą Komendacką (Kommandantenstraße). Komendant, Generalmajor Friedrich Wilhelm, Reichsgraf von Wylich und Lottum, mieszkał pod numerem 15. Pod numerem 63 mieszkał Fritz Flato, notariusz i prawnik zaangażowany i działający w Komitecie Naukowo-Humanitarnym (niem. Wissenschaftlich-humanitäres Komitee, WhK) – pierwszej na świecie organizacji działającej na rzecz poprawy sytuacji osób LGBT, założonej 15 maja 1897 roku przez Magnusa Hirschfelda. Z powodu żydowskiego pochodzenia Flato wyemigrował w roku 1935 do Nowego Jorku. Na emigracji nie mógł się odnaleźć i w roku 1949 popełnił samobójstwo. W miejscu, gdzie znajdował się dom rodzinny Flato, w roku 2011 stanęła stela upamiętniająca jego, jego rodzinę i miejsce. Wokół nie ma już przedwojennych domów, kamienic, wszystko zniszczyła wojna. Może dlatego widok kwitnących wiśni w tym miejscu jest próbą zadośćuczenienia za wojenne zniszczenia i zbrodnie.

Gdy dwa dni temu w bardzo miłej tureckiej kafejce przy Kommandantestrasse piłam drugie cappuccino, a płatki kwiatów wiśni wpadały mi prosto do kawy, pomyślałam jeszcze raz o słowach poety:

bo wiśnia we śnie znaczy, że koniec twej rozpaczy i że będziesz szczęśliwy coraz częściej

Myślałam też o przemijaniu, pamięci i niepamięci. Naprzeciwko kawiarni był kiedyś teatr, naprawdę ogromny, teraz w tym miejscu jest kamień upamiętniający, dość szary w swej szarości. Pierwszy raz przeszłam obojętnie obok niego, zapatrzona w róż kwitnących wiśni. Dopiero za drugi razem spojrzałam i z trudem przeczytałam szare litery na szarym tle.

Hier befand sich 1836 – 1941 das Theater des Jüdischen Kulturbundes.
Gezwungen durch das Berufsverbot, gründeten die Juden in Deutschland diese Selbsthilfeorganisation mit eigenen Orchestern und Ensembles für Oper und Operette, Schauspiel und Konzert.
Die Nazi-Behörden missbrauchten den kulturbund zur Überwachung der jüdischen Künstler und ihres Publikums, das nur aus Juden bestehen durfte. 1941 wurde der Kulturbund verboten. Fast alle, die hier arbeiteten, wurden in Konzentrationslagern ermordet.

W latach 1836-1941 mieścił się tu teatr Związku Kultury Żydowskiej.
Zmuszeni zakazem wykonywania zawodu, Żydzi w Niemczech założyli
tę samopomocową organizację z własną orkiestrą i zespołami operowym, operetkowym, dramatycznym i koncertowym.
Władze nazistowskie wykorzystywały organizację Kulturbund do kontrolowania żydowskich artystów i ich publiczności, która mogła składać się wyłącznie z Żydów. W 1941 roku Kulturbund został zdelegalizowany. Prawie wszyscy, którzy tu pracowali, zostali zamordowani w obozach koncentracyjnych.

https://de.wikipedia.org/wiki/Gebr%C3%BCder-Herrnfeld-Theater

Doszłam do Alte Jacobsstraße, dalej już wiśnie nie kwitną, choć to droga muru jeszcze trochę ponad 30 lat temu dzielącego miasto. Wróciłam do początku ulicy Komendanckiej, tam gdzie się styka z ulicą Aleksandry (Alexandrinenstraße) i z Waldeckpark. Zawsze myślałam, że nazwa parku ma coś wspólnego z leśnym zakątkiem (Wald-Eck), a tu się okazało, że to „Park Waldka”. Benedikt Waldeck był niemieckim politykiem i jest uważany za jednego z czołowych lewicowych liberałów w Prusach w czasie rewolucji 1848/49 roku. Był jednym z głównych rywali politycznych Ottona von Bismarcka. Jego pomnik na dość wyeksponowanym miejscu powoli niszczeje. Przeszło 400 lat temu w tym samym miejscu znajdował się cmentarz choleryczny. Do dnia dzisiejszego zachował się dużo późniejszy już grób, zmarłego w roku 1832 Ernsta Ferdinanda Ayrera.

Waldeck spogląda na park i na kwitnące wiśniowe drzewa, których z roku na rok przybywa.

Innym miejscem różowych kwiatów wiśni jest rejon dworca przy Wollankstraße i przebiegająca tamtędy droga muru.

Stacja kolejki podmiejskiej Bahnhof Wollankstraße ze względu na swoje położenie, po wybudowaniu muru była obiektem szczególnym: Należała ona do zachodniej sieci S-Bahny, ale znajdowała się w ówczesnej dzielnicy Berlina Wschodniego – Pankow. Wyjście do sektora zachodniego było otwarte i znajdowało się bezpośrednio na linii granicznej, mogło być wykorzystywane przez pasażerów z części zachodniej bez kontroli. Informował o tym przechodniów znak umieszczony obok wejścia. Mur przebiegał bezpośrednio na wschód od stacji, a wejścia do Berlina Wschodniego były zablokowane. Początkowo z dworca roztaczał się widok na mieszkania w Berlinie Wschodnim, później na tzw. pas śmierci. W 1962 r. wzbudził on sensację, gdy po obniżeniu powierzchni peronu odkryto tunel ewakuacyjny, który został wykopany przez wiadukt S-Bahn od strony zachodniej.
https://de.wikipedia.org/wiki/Bahnhof_Berlin_Wollankstra%C3%9Fe

Tak długo, jak stał mur, stacja kolei miejskiej, Wollankstraße była jedynym przystankiem na północnej linii Gesundbrunnen w kierunku Heiligensee i Frohnau. Bezpośrednio przed północno-wschodnim wyjściem przebiegała “Kolonnenweg” (droga do patrolowania i nadzoru granicy). Dziś i ona jest obsadzona drzewami wiśniowymi i oznaczona kamieniem pamiątkowym. Nie wiem, czy to, że Wollankstraße leży na północy Berlina, ma jakikolwiek wpływ na to, że tamtejsze drzewa zakwitają dwa, trzy dni później i później przekwitają, a może jest to inny gatunek drzew wiśniowych niż te z Kreuzbergu i Schmargendorfu. Dobrze wiedzieć, że w różnych miejscach wiśnie różnie kwitną, ale prawie zawsze na różowo.

A więc spieszmy się oglądać świat na różowo, dopóki można i to bez różowych okularów.