Liebe Ewa, es gibt eine Puppe, die ich schon einmal ganz zu Anfang unserer Puppendienstage vorgestellt habe – Olga – die mich seit meinem 18. Lebensjahr begleitet. Diese Puppe besteht inzwischen fast nur noch aus einem immer noch ausdrucksstarken Gesicht, der Rest war mit Stroh gefüllt und zerfällt mit der Zeit. Nun habe ich sie verkleinert, d.h. in ein sehr kleines Latzhöschen gesteckt, und in dieser (Ver)Kleidung war sie mit in den Müggelbergen. Am 15.11.2013. Sehr fotogen war weder die Puppe noch der trübe Tag, aber es hat sehr viel Spaß gemacht – und hier ist das Ergebnis
Blog You Go, Girl! prowadzony jest przez osobę (piszę “osobę”, bo nie wiem, ale jestem przekonana, że jest to kobieta) skrytą za pseudonimem Loris Cli Toris, ten zaś wiąże się (dla mnie) z życiem wydawniczym i odważną świadomą kobiecością. To blog o kobietach. Jego bohaterkami są “pionierki, prekursorki, kobiety nauki, matki wynalazków”.
Poniżej motto blogu i jego aktualny header. Oba piękne. A pod spodem reblog wpisu o niezwykłej kobiecie. Uzyskałam od autorki wpisu zgodę na zreblogowanie już dawno, ale to właśnie teraz, gdy jadę na konferencję naukową we Wrocławiu, przyszła ta właściwa chwila, kiedy trzeba koniecznie napisać o Klarze Immerwahr.
“Nobody took me seriously. They wondered why in the world I wanted to be a chemist when no women were doing that. The world was not waiting for me” ~ Gertrude Elion
Clara Immerwahr
wpis opublikowany 9 czerwca 2013 by Loris Cli Toris
W czerwcu urodziny obchodziłaby Clara Immerwahr, kobieta która przede wszystkim powinna być symbolem moralnej odpowiedzialności naukowców. Mimo to w przerażającej liczbie notatek i opracowań występuje jako żona swojego męża. Wszak dorobek jej życiowego partnera jest nie byle jaki – odkrycie metody syntezy amoniaku, królestwo nawozów azotowych, wczesna sława, uznanie… i tysiące śmiertelnych ofiar. Jednak nie to ostatnie jest najczęściej wspominane w kontekście jego osoby, bowiem Fritz Haber, mąż tragicznie zmarłej chemiczki Clary Immerwahr, twórca iperytu i cyklonu B, był jednym z laureatów Nagrody Nobla.
Clara urodziła się 21 czerwca 1870 roku niedaleko Wrocławia, w żydowskiej, liberalnej rodzinie. Od dziecka razem z rodzeństwem pobierała prywatne korepetycje, po których rozpoczęła naukę w szkole dla dziewcząt. I choć interesowała ją głównie biologia i chemia, od nauczycieli przez lata słyszała jedynie o specyficznej sferze zawodów kobiecych, dalekich od jej pasji. W czasie, gdy jej siostry planowały już wyjście za mąż, Clara zazdrościła bratu możliwości studiowania i doktoryzowania się na Uniwersytecie w Berlinie.
Do Wrocławia przeprowadziła się wraz z ojcem po śmierci matki, w 1890 roku. To właśnie tam na jednej z lekcji tańca poznała swojego przyszłego męża, Fritza Habera, studenta żydowskiego pochodzenia. Ich drogi rozeszły się na ponad dekadę, gdy dziewczyna odrzuciła jego pierwsze oświadczyny. Przerażała ją wizja ekonomicznej zależności, scenariusz tak chętnie akceptowany przez kobiety jej czasów. Z myślą o nowych perspektywach postanowiła ukończyć seminarium nauczycielskie, gdzie po raz kolejny, ku uciesze ojca chemika, na każdym kroku udowadniała swoje zdolności i zapał do nauk ścisłych. Drogę do samodzielności rozpoczęła na stanowisku guwernantki. (…)
Clara Immerwahr do dziś bywa opisywana w pierwszej kolejności jako żona laureata Nagrody Nobla, człowieka którego działalność oprotestowała w ostateczny i najbardziej wymowny sposób. Historycy przywrócili jej głos dopiero w latach 70 XX wieku.
W 2011 roku Uniwersytet Wrocławski odsłonił tablicę upamiętniającą tę bezkompromisową postać.
Ich habeGertraud Pohlgebeten, mir das Material für zwei Dienstage zuzuschicken, da ich verreise. Die Antwort kam sofort. Und sehr überraschend.
Liebe Ewa,
wie könnte ich dir einen Wunsch abschlagen? weisst du, dass du astrologisch gesehen eine gradgenaue Übereinstimmung der Position deines Mondes mit meiner Sonne hast – was besagt, dass ich auf dich reagiere wie eine Mutter auf ihr geliebtes Kind? Wie gefällt dir das?
Hier also der erste Puppendienstag:
Es scheint, als könnte ich mir selber nicht “treu” bleiben – es gibt doch neue Fotos – und so werde ich der Jahreszeit entsprechend mit Bine beginnen. Wir waren am 14.11.2013 in Potsdam im Park von Sanssouci auf der Suche nach Motiven, die den grauen Herbst vergessen lassen.
Hier meine “Ausbeute”
mit sehr lieben Grüssen
Flug Berlin Antalya.Großer Schreck: wir werden den Urlaub mit dem deutschen Verwaltungsapparat verbringen. Es scheint, als ob sich die Mitarbeiter sämtlicher Job-Center und Finanzämter Brandenburgs und Sachsens in diesem Flugzeug versammelt haben.
Erster Gedanke: Smolensk! Wenn dieses Flugzeug abstürzt, kann Deutschland zumachen…
Aber, oh Wunder, Glück und Zauber: Nach einer zweistündigen Reise mit Bus und Sammeltaxi von Antalya nach Olympos, hat sich der Verwaltungsapparat in Luft aufgelöst. Stattdessen: 90 % türkische Hippie-Touristen, 7 % laut kommunizierende Amis, 3 % intellektuelle Franzosen und wir.
Ach ja, und die Russinnen. Daran zu erkennen, dass sie in romantischen Lycra-Kleidchen, die Lippen zum Kussmund, Po und Busen reckend, in den alten lykischen Ruinen posieren und sich gegenseitig fotografieren.
Olympos: Ein kleines Dorf, rechts und links von einem Bergmassiv gesäumt – eigentlich nur eine Straße.
Naturschutzgebiet und Ausgrabungsstätte zugleich.
Folge: keine Drei Sterne vier Sterne fünf Sterne Hotels aus Plastik&Beton. Statt dessen: Baumhaus-Areale.
Kein Häuschen hat mehr als ein Stockwerk. Überall weiche Podeste und Hängematten – Laden ein zum ausdösen und ausruhen – und Essen im Liegen wie die alten Römer.
Der Weg zum Strand führt durch ein Freiluftmuseum. Vorbei an 2000 Jahre alten Gräbern und Amphitheatern.
Wir wohnen im Baumhaus.
Zehn Stufen-Leiter, und im Baum ist dann das Haus, also ein Bretterverschlag.
Zwei Matratzen, eine Glühbirne, und eine Steckdose, das war’s. Aber wo anders kann man sich die Zähne putzen, im Garten, zwischen Feigenbäumen, Auberginen-Sträuchern und Granat-Äpfeln und dabei auf ein riesiges Bergmassiv gucken?
Am zweiten Tag entdecken wir Fukushima Mitarbeiterinnen am Strand. Hmmm, eigentlich sehen die Moscheen auch aus wie Atomkraftwerke, oder zumindest wie Raketen-Stützpunkte. Mit den zwei Spitzen Türmchen die scharf in den Himmel ragen.
Bei genauerem Hinsehen stellen wir fest: die AKW-Mitarbeiterinnen sind Frauen muslimischen Glaubens, die Strandburkas tragen, also Ganzkörper-Anzüge mit Kapuze – eine perfekte Mischung aus Burka und Bikini, und tatsächlich, sie heißen sogar Burkinis.
Gözleme locken. Damen mit Piratentuch und Blümchen-Hose lächeln uns wie die Sirenen von ihren Öfen aus zu. Mehrmals überlegen wir, an welchem Tag wir unserer Vollpension fremdgehen und diese türkisch native Köstlichkeit essen. Schließlich ist es soweit – zur Einstimmung summen wir schon Vormittags Gözleme,Gözleme,Gözleme… Doch was so authentisch, urwüchsig aussieht, schmeckt fader als Aldi-Toast von gestern… nein, nein, das können unsere Mädels aus der Müllerstraße im Wedding wirklich besser…
Am vierten Tag besteigen wir den Yarnatas, auch Chimaira genannt, einen Feuer spuckenden Berg. Dort hat einst die Chimäre, das Mischwesen aus Löwe, Ziege und Schlange gewohnt. – Und tatsächlich: aus den Löchern im Felsen züngelt Feuer
– das ewige Feuer! Es brennt hier schon seit der Antike. Die Türken sind praktisch veranlagt: Sie rösten über den Flammen ihre Sucuk-Wurst.
Am fünften Tag machen wir eine Bootstour.
Ein Ausflug in eine Rolex-Werbung:
wir cruizen an der türkischen Riviera entlang, planschen in einem Farbrausch aus Türkis,
zählen die 2m-grossen Carette-Schildkröten, es ist einfach technicolor, bloß echt.
Die Fenster in unserem Baumhaus sind ins Holz gesägte Löcher – natürlich ohne Glasscheiben.
Zwischen den Brettern unseres Verschlags ist Platz genug für alle Insekten der Türkei. Und sie kommen auch gern. Am letzten Tag entdecken wir, dass eine Wespe,
wir haben sie Schlamm-Wespe getauft, ein Haus auf Tanjas Jacke gebaut hat. Aus Ton. Perfektes Töpfer-Handwerk. Im Inneren zwei gelähmte Spinnen. Die sollten wohl den frisch geschlüpften Wespen als Willkommens-Dinner dienen. Schweren Herzens haben wir ihr Kunstwerk zerstört – Die Arbeit von einer Woche, auf Wespen-Zeit umgerechnet wahrscheinlich die Arbeit von einem Jahr…
Und während die Schlammwespe total desorientiert nach ihrem Haus suchte, fuhren wir ganz und gar farb-erfüllt nachhause.
Tekst zreblogowany z zaprzyjaźnionego bloga W altanie przy kawie, gdzie zostałopublikowany w poniedziałek, 14 października 2013 roku. W altanie wiersze pojawiają się w poniedziałek, u nas w niedzielę, zostańmy jednak w tytule przy poniedziałku, bo tak to autor zadecydował (Uwaga z roku 2020: Od roku 2018 blog W altanie przy kawie przestał istnieć, podobnie zresztą jak wspomniane też w zakończeniu tego wpisu blogi Qra czyli kuchnia i kultura oraz Jak udusić kurę, czyli to, czego (dziwnym trafem) panny po 30 nie wiedzą, a wiedzieć powinny. Wszystkie te blogi zniknęły na wieki, gdy Gazeta Wyborcza jedną decyzją zlikwidowała portal blox.pl i miliony stworzonych na nim blogów.)
Reblog: Wiersz na poniedziałek – Stanisław Kubicki
Pharlap
Poezja tłumaczy się sama. Poniedziałkowe wpisy poetyckie to, jak dotąd, czysta poezja, bez wyjaśnień czy komentarzy. I tu właśnie jest pies pogrzebany czy też… da liegt der Hund begraben. Niech poniższe zdjęcie wyjaśni o co mi chodzi…
Spotkaliśmy się pewnie wszyscy z powiedzeniem – lost in translation – zgubione w tłumaczeniu. Jakże to prawdziwe w odniesieniu do poezji. Dlatego warto zwrócić uwagę na Stanisława Kubickiego – poetę, który “tłumaczył sam siebie”. Okres dwujęzyczności trwał tylko trzy lata. Przedtem i potem poeta pisał wiersze w obu językach, ale już ich nie tłumaczył.
Które wersje językowe zostały napisane pierwsze, a które są tłumaczeniem? To pozostanie tajemnicą.
O wschodzie słońca w dzień świąteczny
Dzisiaj jak kryształ jestem
w Twoim ręku —
kryształ zbudzony
słonecznym promieniem.
I łono pełne mam
blasków i tęczy,
załamań światła
i barwnych obręczy.
Promienny idę Twoją myślą, Panie,
którąś we mnie wzbudził,
jak prąd w obiegu
w sąsiednich pętlinach
prądy budzi
i drgnienia poddane.
Kiedyś przez szkiełka i krople świeczników
dziecko zdziwione —
świat widziało krasny —
i po pokojach chodziło i sieniach
całe jak we śnie
i rajskich promieniach.
I myślę:
dzisiaj Bóg przez mnie patrzy
na dzieło swoje
———-
i wzrok Boga jasny.
—
Sonnenaufgang an einem Festtage
Heut bin ich wie ein Stück Glas
in Deiner Hand —
licherweckt —
Innen voll
Regenbogen
Brechungen, Kreisen
brechenden Lichts.
Leuchtend wandle ich Deinen Gedanken
den Du erweckt in mir,
ein Strom umlaufend,
der Zuckungen erregt
in benachbaren Drähten.
Ernst sah ich das erstaunte Kind
in bunten Lupen die Welt
in den Prismen and Behang
entlag der Zimmer und Flure
ganz in Traume
strahlenbetäubt
Ich denke mir:
Heut sieht Gott durch mich
Sein eigen Werk
Leuchtenden Auges —
W prezentowanej powyżej książce znalazłem bardzo znamienną informację – otóż Stanisław Kubicki odczuwał dotkliwie brak modernistycznej tradycji w języku polskim i ograniczało to mocno jego twórczość w tym języku. Jakże to zbieżne z filozofią Ludwiga Wittgensteina. Chciałoby się powiedzieć – język określa świadomość.
Ewa Maria rzuciła mi propozycję do odrzucenia – spróbuj przetłumaczyć to na angielski. Pierwsza reakcja była negatywna – nigdy nie tłumaczyłem żadnych utworów literackich, a co dopiero poezji. Do tego klimat powyższego utworu nie jest mi bliski. Uznałem jednak, że w moim wieku nie mam już wiele do stracenia i przetłumaczyłem. I tutaj zaskoczenie – we wszytkich krytycznych punktach bardzo pomocna była mi wersja niemiecka.
Wynik poniżej…
At sunrise on a Holy Day
Today, I’m like a crystal
in Your hand –
crystal awakened
by a ray of sun.
I am filled
with glitters and rainbow,
refraction of light
and colourful rims.
Radiant I follow Your thought, O Lord,
which You induced in me,
like current in the circuit
raises currents
and tremors
in neighbouring coils.
Once through glass and drops of candelabrum
wondering child –
saw a blooming world –
and wandered through rooms and hallways
all as in dream
and heavenly rays.
And I think:
today God looks through me
at his own work
———-
and his sight is bright.
Czytając wiersze często staram się znaleźć właściwą dla nich melodię. W tym przypadku nie miałem wątpliwości – Mache Dich, mein Herze rein – z Pasji wg św Mateusza…
PS. Prezentowaną na zdjęciu książkę Lidii Głuchowskiej wydało Towarzystwo Literackie WIR (MY) – założone i prowadzone w latach 1994-2014 przez Ewę Marię Slaską – Qrę Alfa, w której gnieździe wylągł się również nasz obecny blog. Często wracam do tego gniazda i jest ono dla mnie źródłem coraz to nowych odkryć. Zaglądam również do obecnego blogu Ewy Marii i właśnie tą drogą stałem się właścicielem powyższej książki. I to z autografem autorki!
Warto wracać.
Der Münchner Fund von 1400 Gemälden und Papierarbeiten in einer Schwabinger Wohnung, die zuletzt von dem 1933 geborenen Cornelius Gurlitt bewohnt wurde, beschäftigt nicht nur die Augsburger Staatsanwaltschaft, sondern auch die Kunstgeschichte. Während Ermittler der Staatsanwaltschaft, Zollfahnder und Polizisten Indizien und Beweise zusammentragen, müssen Kunsthistoriker Originale begutachten, in Datenbanken nachforschen und die Archive von Koblenz bis Washington auf den Kopf stellen. Der Münchner Fund ist ein einzigartiger Fall, wegen der Menge der Bilder: Alle stammen aus den Beständen des Kunsthändlers Hildebrand Gurlitt (1895 bis 1956), der vor allem im Nationalsozialismus Karriere machte.
Auch aus einem zweiten Grund ist der Münchner Fund einzigartig: eben weil juristische und kunsthistorische Recherche Hand in Hand gehen. Was die Ermittlungen anbetrifft, stehen zwei Personen im Zentrum: Der Leitende Oberstaatsanwalt Reinhard Nemetz und die Kunsthistorikerin Meike Hoffmann, die als Sachverständige an Bord geholt wurde und hauptberuflich Mitarbeitern und Projektkoordinatorin an der Forschungsstelle „Entartete Kunst“ der Berliner Freien Universität ist.
Wie passt das alles zusammen?
Schon jetzt hat diese Zusammenarbeit von Staatsanwaltschaft und Kunstgeschichte zum Zusammenbruch einer scheinbar unumstößlichen Großerzählung der bundesdeutschen Nachkriegszeit geführt. Der Eisberg, an dem diese Erzählung wie ein Dampfer im Meer zerschellt, ist die Person Hildebrand Gurlitts. Nichts scheint bei ihm zusammenzupassen: ein Kunsthändler mit einer jüdischen Großmutter, der wegen seiner Abstammung und seines Einsatzes für Avantgardekunst in Zwickau 1930 seinen Posten als Museumsdirektor verlor und in Hamburg 1933 den als Leiter des Kunstvereins – und der dann zu einem der erfolgreichsten Kunsthändler im Nationalsozialismus aufstieg. Der sogar in der Nachkriegszeit Kunstvereinsleiter in Düsseldorf wurde. Und seiner Familie nach dem Tod 1956 eine Kunstsammlung hinterließ, die jetzt in München aufgetaucht ist. Geht das alles auf einmal?
Es ist zu einer Floskel geworden, dass die hintergründigsten Geschichten immer noch das Leben selbst schreibt. Zu diesen Geschichten gehört eine bisher unveröffentlichte, die in das Amsterdam des Jahres 1943 zurückführt, zu dem Künstler Max Beckmann, der dort im Exil lebte. Von Beckmann befand sich in Hildebrand Gurlitts Sammlung die Gouache „Der Löwenbändiger“, die sein Sohn Cornelius im Dezember 2011 über das Auktionshaus Lempertz in Köln versteigern ließ. Was indessen nicht bekannt war ist, dass Gurlitt 1943 Beckmann in Amsterdam aufsuchte. Der Maler hatte 1937 Berlin verlassen, als in München die Propaganda-Ausstellung „Entartete Kunst“ eröffnete, in der auch zehn Gemälde und zwölf Graphiken von seiner Hand gezeigt und diffamiert wurden; aus Museumsbesitz wurden insgesamt 28 seiner Gemälde beschlagnahmt. Beckmann, darüber kann kein Zweifel bestehen, verletzten die Diffamierungen zutiefst. Bereits 1933 war er als Dozent an der Frankfurter Städelschule entlassen worden, in einem Hetzschreiben wurde er als „Judenknecht“ bezeichnet, der „Kunsthurerei“ betreibe.
„Entartete Kunst“ verkaufte sich weiterhin
Umso erstaunlicher ist dieser Besuch: Am 19.Oktober 1943, einem Dienstag, kam Hildebrand Gurlitt in Begleitung von Erhard Göpel zu Beckmann, am nächsten Tag, dem 20. Oktober, ein zweites Mal. Dass Göpel Beckmann in Amsterdam besuchte, ist bekannt. Nicht bekannt ist, dass auch Gurlitt dabei war – und das aus gutem Grund. Denn nach Recherchen, deren Unterlagen dieser Zeitung vorliegen, kamen Göpel und Gurlitt, um Kunst zu kaufen. Genannt wird dort das Gemälde einer „Frau mit weißer Jacke“. 1944, bei einem weiteren Besuch, folgen Bilder einer „Franz. Bar“, eines „Fischs“ und einer „Südl. Landschaft“. Gurlitt, das darf man nicht vergessen, war zu diesem Zeitpunkt bereits zu einem der Chefeinkäufer für Adolf Hitlers pompöses Museumsprojekt in Linz aufgestiegen. Von 1938 an gehörte er außerdem zum Kreis der Kunsthändler, die als „entartet“ beschlagnahmte Kunst ins Ausland verkaufen sollten, um Devisen zu beschaffen.
Anina Takeff
Protests Sofia – 150th day
10.11.2013, 10 000 people on the streets
heute war der 150. tag der proteste und der forderungen für neuwahlen gegen die neue erst ende mai gegruendete bulgarische regierung aus sozialisten und türkenpartei. es wurde jeden tag gegen korruption und skrupellose machtausübung demonstriert sowohl tagsüber als auch abends. seit einigen wochen fordern nun auch studenten nach neuwahlen und haben die universität von sofia besetzt. vor genau 24 jahren als die ‘wende’ kam, hat man auf eine gute zukunft gehofft, leider aber regiert die mafia seither das land.
As I prepared that post it was still friendly in Sophia. Only two days later it was already not peacefull anymore. On November 12, the 152nd consecutive day of anti-government demonstrations in Bulgaria, protesters surrounded the National Assembly, blocking MPs inside. The police cordoned off one of Sofia’s main boulevards, Tzar Osvoboditel, trying to provide free passage for MP vehicles. The following video captures police violence against protesters, who managed to break through the security lines.
da ich kein Archiv angelegt habe, um die Beiträge zu deinem Blog zu speichern, hoffe ich sehr, daß ich mich nicht wiederhole und deine Leser langweile.
Hier also Sarah, von der ich weiß, daß sie nur einmal auf einem “Gruppenbild” zu sehen war. Das erste Foto zeigt sie bei unserer ersten Begegnung auf dem Mauerpark-Flohmarkt. Sarah hat eine ganze Reihe von Aktivitäten begleitet – so war sie z.B. mit in Forst im dortigen Rosenpark.
Wenn es dir recht ist, werde ich in den nächsten Wochen über Sarah berichten – sie hat einiges erlebt in der Zeit mit mir.
Dziś w nocy obchodzimy 75 rocznicę pogromu ludności żydowskiej zwanego Nocą Kryształową. Dlatego publikuję tu słynną piosenkę Donna Donna, o cielaczku, który nie mógł być jaskółką. Każdy z nas to znał i śpiewał na rajdach lub przy ognisku. Ale czy każdy wiedział – bo ja nie wiedziałam – że podobnie jak Dance me to the end of love, również i ta piosenka była lamentem na śmierć milionów ofiar Shoah? Cielaczek, który nie ma skrzydeł i nie może cieszyć się wolnością jak jaskółka, to symbol żydowskiego losu. Piosenka powstała w czasie wojny, śpiewana była w musicalu Esterka, jej autorem był Aaron Zeitlin, muzykę skomponował Shalom Secunda. Donna Donna to inwokacja do Boga.
Adonai Adonai! Donna Donna! Panie!
Donna Donna (דאָנאַ דאָנאַ „Dana Dana“, דאָס קעלבל „Dos Kelbl“ oder „Dona Dona“) ist ein in weiten Teilen der Erde bekanntes Lied. Es handelt von einem Kälbchen, das sich nicht dagegen wehren kann, zur Schlachtbank geführt zu werden. Es ist abhängig wie ein Arbeitnehmer oder Knecht. Die Schwalbe hingegen bestimmt ihr Schicksal selbst, symbolisiert Eigenständigkeit und Selbstverantwortung. Sie ist die Freiheit. Das Lied ist entstanden in der Zeit des Dritten Reichs und reflektiert die Situation der Juden. Es wurde für das Musical Esterke (1940–1941) von den jüdischen Künstlern Aaron Zeitlin (Text) und Shalom Secunda (Musik) geschrieben. “Donna Donna” – auf hebräisch Donaj, Donaj – bedeutet Adonai, Gott.
Ich publiziere es heute am 75. Jahrestag der Kristallnacht.
Yiddish (transcription)
Dos Kelbl
Oyfn furl ligt dos kelbl
Ligt gebundn mit a shtrik
Hoykh in himl flit dos shvelbl
Freydt zikh, dreyt zikh hin un krik.
Chorus
Lakht der vint in korn
Lakh un lakht un lakht
Lakht er op a tog a gantsn
mit a halber nakht.
Hey Dona, dona, dona…
Shrayt dos kelbl, zogt der poyer
“Ver zhe heyst dikh zayn a kalb?
Volst gekert tsu zayn a foygl
Volst gekert tsu zayn a shvalb?”
Chorus
Lakht der vint in korn…
Bidne kelber tut men bindn
Un men shlept zey un men shekht
ver s’hot fligl, flit aroyf tzu
iz bay keynem nit keyn knekht
Chorus
Lakht der vint in korn…
Hebrew (transcription)
Egel rakh kashour bekhevel
al ha’agala moutal
velamala bashamayim
efroni mamri el al.
Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Lama ze tige’e?
omer ikar la egel hamoutal
lou tzamakhta shte knafayim
vehimreta gam ata.
Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Agalim bli da’at lama
el atevakh holkhim tamid
ve’asher libam lakhofesh
mamrim ke’efroni.
Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Christian Böhme:
Am frühen Morgen des 7. November 1938 nimmt die Geschichte ihren schicksalsträchtigen Lauf. Herschel Grynszpan verlässt gegen 8 Uhr 30 das Pariser Hotel Suez und betritt wenig später das Waffengeschäft „Zur scharfen Klinge“. Dort kauft der 17-Jährige für 245 Francs einen Trommelrevolver der Marke Hammerless samt Patronen. Dann macht sich der junge Mann im hellen Trenchcoat auf den Weg in Richtung deutsche Botschaft. Er will ein Zeichen setzen, seiner Empörung über das Schicksal der Familie und vielen tausend anderen Juden spektakulären Ausdruck verleihen.
Um 9 Uhr 45 betritt Grynszpan einen kleinen Raum, in dem ein gewisser Ernst vom Rath sitzt, und zögert keinen Augenblick: Er zieht seine Waffe, ruft „Sie sind ein schmutziger Deutscher, hier ist das Dokument, im Namen von 12 000 verfolgten Juden“, zielt auf die Mitte des Körpers und gibt fünf Schüsse auf den Legationssekretär ab.