Reblog: Kapoor in Berlin

Amazing! Wonderful! Przybywajcie, przybywajcie, bo w Berlinie do 24 listopada obejrzeć można najniezwyklejszą wystawę roku – wielkie obiekty woskowe i bryły wosku, w tym wspaniałego czerwonego wosku, jako produkt artystyczny a nie pszczelarski! Pojedyncze przedmioty tej sztuki są być może bez sensu, złożone w całość wystawienniczą dają produkt nadzwyczajny. Anish Kapoor, urodzony w roku 1954, syn Hindusa i żydowskiej Irakijki. Jeden z najsłynniejszych artystów XX wieku. Bilety na wystawę w Martin Gropius Haus drogie, bo po 11 euro, ale się opłaca. Instalacje Kapoora są może przeżytkiem lat 70, ale kto z nas w latach 70 był w stanie pojechać do Londynu i zobaczyć, co robią młodzi, nieznani (wówczas) twórcy. Zresztą, jeśli nawet udało się nam wtedy dotrzeć do Londynu, to zawróciła nam w głowie muzyka i moda, a jeśli dotarliśmy też do jakiejś sztuki, to paśliśmy się w British Museum i National Gallery. Więc nawet jeśli byliśmy wtedy w Londynie, to wcale nie wiedzieliśmy, że Kapoor, a tymczasem, no cóż, to było wielkie przeoczenie i dobrze, że można je teraz w Berlinie nadrobić.

Zresztą wielu z Was już to wie. Podczas ostatniego długiego polskiego weekendu na wystawie było więcej Polaków niż reszty świata. Ciekawe – wszyscy z dziećmi, aktualnymi lub in spe. A z tym pomysłem trzeba nieco ostrożnie, bo wystawa od czasu do czasu głośno strzela czerwonym woskiem z armaty i nie wszystkie dzieci to lubią. Nasze nie lubiło. Naszemu najbardziej podobał się wielki czerwony woskowy dzwon, wokół którego kręci się nóż, za każdym razem ścinający ledwie widoczną warstewkę obiektu. Dziecię chciało wiedzieć, jak długo też nóż się kręci. Aż się rzeźba skończy, brzmiała odpowiedź. Dociekliwe dalsze pytania dostarczyły jednak dziecku tej odpowiedzi, o którą mu chodziło: 17 minut. Czyli tyle co dwie bajki o kotku Filemonie, wyjaśnił Ojciec.

kapoor-berlin copy

 

Puppendienstag: Unter den Bildern

Kopf.webGertraud Pohl schrieb mir:

Liebe Ewa,

Du hast mir geschrieben, daß meine Fotos sehr viel Anklang finden – aber ich erfahre das nicht, weil niemand mich persönlich kennt und findet.

Mir fehlt die Erfahrung mit Blogs – aber wenn ich keine direkte Resonanz erhalte, verliere ich natürlich die Lust.

Kannst Du nicht Deine Leser mit einer e-mail-Adresse von mir versorgen? Damit ich ins Gespräch kommen kann?

Mein “Bärchen-Adressat” wird von mir jeden einzelnen Tag mit aktuellen Berichten und Fotos versorgt – ich glaube, daß ihn das bei der Therapie unterstützt. Möglicherweise gibt es andere Menschen, die von meiner Intuition profitieren können – sie müßten mich nur finden.

Sehr liebe Grüße

von Gertraud

 

Kopf1Krone.webMagazin-doppeltSpanien.webMagazin2.web

Per aspera ad astra!

Some months ago dr Lidia Głuchowska wrote here about Yiddishland; last week she wrote again about that topic – see Tel-Awiw. Today her next text about jewish avant-garde in Poland after 1918. And the next one, about Expressionist publication Zdrój on coming Monday.

Young Yiddish. Songs in word and image

Mir yunge, mir – a freylekhe tsezungene khalyastre
Mir geyen in an umbavustn veg,
In tife more-shkhoyredike teg
In nekht fun shrek:
Per aspera ad astra!

We young, we – a joyful, singing khalyastre –
We go an unknown way
In the deep days of melancholy
In the nights full of fear
Per aspera ad astra!

Ing_Idysz BraunerMoyshe Broderzon’s poem ‘Tsu di shtern’ (To the Stars) from the second issue of the Łódź magazine Yung-Idish. Lider in vort un tseykhenung (Young Yiddish. Songs in word and image) is in many respects representative of the entire periodical. It was written originally in Yiddish, a relic of a world that receded into the past with the Holocaust. Thanks to its emotive rhetoric it once appealed not only to readers in Łódź or Poland as a whole, but in most of Central Europe.

The style of the poem ‘Tsu di shtern’ published in Yung-Idish, is characteristic not only of texts from this first magazine of the Yiddish avant-garde, but of the entire literature of a community that survived the atrocities of World War I, and a history of pogroms and revolutions. The result was a literature less of beauty than of horror.

That the poem by Broderzon, a co-founder of the Yung-Idish group and magazine, also opened  the inaugural issue of the Warsaw almanac by Peretz Markish entitled Khalyastre  [Chaliastre] (The Gang) in 1922 symbolized the deliberate creation of a genealogy and the concerted efforts of the Yiddish avant-garde in Central and Eastern Europe and the USA. Warsaw thereby acquired the status of the European centre for Yiddish literature, with Paris and Berlin serving as its satellites.

In Khalyastre Broderzon’s text appeared next to an Expressionist linocut by Itzhak Brauner (Yitskhok/Vincent Broyner), artist connected with Ing-Idish. The avant-garde integration of word and image was best reflected in the Albatros almanac. In Yung-Idish there were more illustrations than texts, an unprecedented practice in the Jewish avant-garde periodicals in Eastern Europe or America which respected the biblical ban on images.

Yung-Idish was the mouthpiece of Yiddishism and the generation following haskalah (the Jewish Enlightenment), which accompanied the nationalisation of modernism in Europe’s ‘new states’, established mainly after the collapse of the Austro-Hungarian Empire. The genesis of the periodical is reconstructed from different perspectives by literary and art historians, who see either the poet Broderzon or the artist Jankel Adler as assuming a dominant role. Adler arrived earlier to join his colleagues, later the founders of the Yung-Idish magazine and associated group, in exhibitions of the Towarzystwo Artystów i Zwolenników Sztuk (Society of Artists and Art Lovers) in 1918. In April the venue exhibited works by Dina Matus, V. Brauner, Bartschinsky (Barciński), and Szwarc, and in December by Adler. The group was subsequently joined by the women artists Ida Brauner, Zofia Gutentag, and Pola Lindenfeld and by Broderzon’s ideological opponent, the classicist Itzhak Katzenelson, as well as Yekheskl Moyshe Nayman (Neuman), Salomon Blat and Henryk Kohn.

The elegant graphic design and layout of Yung-Idish , the vertical format of its pages and the stylised Hebrew font rivet attention from the start. The evocative subtitle of the periodical, which in direct translation means ‘songs in word and image’, highlights the demand for a synergy of  media and deviates from the biblical prohibition of creating images, evoking at the same time a communication with the sacred in pointing to the mystical objective of art. Moreover, the presence of figurative art, subject to Expressionist deformation, points to its being the manifesto of a generation. For here a cultural code was re-defined and extended into the zone of the taboo, allowing Yung-Idish to express a programme merging the tradition of Yiddish and modernism.

More in the whole version of this essay (with footnotes) published as:

Lidia Głuchowska, Poznań and Łódź: National modernism and international avant-garde. Zdrój (1917-22); Yung-Yidish (1919); and Tel-Awiw (1919-21) (Kap. 51). In: Brooker, Peter/ Thacker, Andrew/ Weikop, Christian/ Bru, Sascha u. a.  (Hg.): Modernist Magazines: A Critical and Cultural History. Vol. 3, part 2: Europe 1880-1940, Oxford University Press 2013, S. 1208-1233.

Poésie – Poesie – Poetry – Poezja / Le temps de Cerises

To, że dziś właśnie posłuchamy “Czasu wiśni” zawdzięczam(y) facebookowej grupie założonej przez Anatola Borowika: “Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. “Czas wiśni”, przypomniany przez Marynę Bersz Szturo Over, bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że piosenka w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie “Szkarłatny pilot” w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo “Le temps de Cerises” to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…

Le temps de Cerises


Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand.
Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.

Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.

Dziś, po czterech latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.

Le temps de Cerises

Quand nous chanterons, le temps des cerises
Et gai rossignol et merle moqueur
Seront tous en fête.
Les belles auront la folie en tête
Et les amoureux du soleil au coeur
Quand nous chanterons, le temps des cerises
Sifflera bien mieux le merle moqueur.

Mais il est bien court le temps des cerises
Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant
Des pendants d’oreilles,
Cerises d’amour aux robes pareilles
Tombant sous la feuille en gouttes de sang.
Mais il est bien court le temps des cerises
Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.

Quand vous en serez au temps des cerises
Si vous avez peur des chagrins d’amour
Evitez les belles!
Moi qui ne crains pas les peines cruelles
Je ne vivrai point sans souffrir un jour.
Quand vous en serez au temps des cerises
Vous aurez aussi des peines d’amour.

J’aimerai toujours le temps des cerises
C’est de ce temps là que je garde au coeur
Une plaie ouverte.
Et Dame Fortune en m’étant offerte
Ne pourra jamais fermer ma douleur,
J’aimerai toujours le temps des cerises
Et le souvenir que je garde au coeur.

Couplet ajouté pendant la guerre de 1871

Quand il reviendra le temps des cerises
Pendores idiots magistrats moqueurs
Seront tous en fête.
Les bourgeois auront la folie en tête
A l’ombre seront poètes chanteurs.
Mais quand reviendra le temps des cerises
Siffleront bien haut chassepots vengeurs.

Time of cherries

When we sing of the time of cherries,
gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate,
pretty girls will have folly in their heads,
and lovers, sunshine in their hearts.
When we sing of the time of cherries,
the mocking blackbird will sing better.

But it is very short, the time of cherries,
where some go to gather earrings in a dream,
cherries of love in similar gowns
falling beneath the leaves like drops of blood.
But it is very short, the time of cherries,
coral pendants which one gathers in a dream.

When you are in the time of cherries,
if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls.
I, who do not fear the cruel distress,
I will never live a day without suffering.
When you are in the time of cherries,
you will also have the distresses of love.

I will always love the time of cherries,
it’s from those times that I hold in my heart an open wound,
and the offerings of lady luck
can never soothe my suffering.
I will always love the time of cherries,
and the memory I hold in my heart

***

Czas czereśni

Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
słowiki, i kosy i drozdy
śpiewają – w głowie
dziewczyny szaleństwo mają
a kochankowie słońce w sercu
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
kosy i drozdy lepiej śpiewają

Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy zbieramy we śnie wiśnie
i czereśnie w podobnych sukienkach
spadające z gałęzi jak krople krwi
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy koralowe korale zbieramy we śnie

Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie
dziewczyny, wiśnie i czereśnie,
Lecz ja, ja nie lękam się goryczy
bo każdy mój dzień nosi jej smak
Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się
bo miłość może ci poranić serce.

Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad.
A to co dzisiaj daje miłość
Nie ukoi tego, czego wtedy było brak.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

Pani Irenka reloaded 4

Pani Irenka w nowej wersji czteroodcinkowej.  Od trzech tygodni w sobotę kolejne doniesienia z Brodwina. Dziś odcinek ostatni.

Karolina Kuszyk

Jak tak w tym łóżku leżałam, pani, na tych tabletkach, co mam przepisane, na wypadek jak mnie ten ból taki zaatakuje, to Dawidek sam kotki karmił, i mnie też zawsze co od synowej przyniósł, chociaż jeść prawie wcale nie mogłam. I chyba zaraz na drugi dzień tego mojego leżenia – niespodzianka, pani. Dzwonek do drzwi, wnuczek otwiera, a to ten ochroniarz od Nowakowej. Zdziwiłam się, powiem pani, strasznie, ale zaraz poprosiłam, żeby usiadł sobie na pufie i mówię: Dawidek, herbaty panu zrób. A ten ochroniarz do mnie, że pani Ireno, jak żeśmy ostatnio rozmawiali, to chyba nieuprzejmy byłem dla pani. I przyszłem przeprosić. To wszystko przez to, że mi tego spadku po Krystynie żal, to i mi się nawet mówić o tym jej testamencie nie chciało. Ja się go pytam, po jakiej Krystynie, bo jeszcze taka nie bardzo byłam i nawet nie wiedziałam, że Nowakowej tak na imię było, patrz pani. A on mówi, no przecież po mojej Krystynie, i w płacz. To ona na tego innego, zapisała, policjanta? pytam się. A on, że nie, tylko na tą świętą radiotelewizję i że on się wcale nie spodziewał. Mówię, panie kochany, co robić, trudno, wolę zmarłej uszanować trzeba. Ale co sobie pomyślałam, to pomyślałam.

I jak ten ochroniarz poszedł, to Dawidek zaraz do mnie, że to jakaś śmierdząca sprawa i że on teraz spróbuje zajrzeć do tego komputera, do tych mejli znaczy, tej świętej radiotelewizji. I zaraz do domu poleciał. Nawet herbatki nie dopił, tak mu się spieszyło. I rzeczywiście, pani. Za parę dni przychodzi i mówi: udało się. I cały taki poważny, i mówi: Babciu, dobrze by było, żeby babcia wikarego mieszkanie przeszukała. Bo mnie wydaje się, że właśnie tam szukać trzeba. A ja na to, ale jak to, Dawidek, czemu nagle do wikarego, i gdzie ja, stara, do księdza mam włamywać się? A on do mnie: Ja babcię znam, babcia na pewno coś wymyśli, i ja babcię proszę, niech babcia teraz nie pęka. Co robić, pani. Dobrze, Dawidek, mówię, coś babcia wymyśli. I jak zaraz potem w sobotę księża nasze wszystkie do biskupa do Gdańska pojechali, to ja z łóżka wstałam, kulę wzięłam, bo z kulą mi zawsze lepiej iść, i na plebanię poszłam. A znam tą, co im tam sprząta, poczciwa bardzo kobieta, i mówię, pani, ja tu u wikarego jak raz byłam z kartką na wypominki i nazwisko sąsiada muszę dopisać, bo zapomniałam. Pani mi otworzy, przecież ja stara nie będę na księdza czekać. I zaraz mi otworzyła i poszła do kancelarii sprzątać. Długo, pani, szukać nie musiałam, wikary w swoim pokoju szafkę miał na kluczyk zamykaną, a ja w torebce drucik taki z działki jeszcze miałam, to wetknęłam, poruszałam i zaraz ta szafka otworzyła się. A tam w środku, proszę pani, gotowiutki spis, chyba ze dwanaście osób, tych parafian, same takie starszawe, samotnie żyjące. Kwiatkowski zaraz pierwszy, a Nowakowa druga. Ulica podana, adres, wszystko. I jeszcze dzień, w którym umarli, zanotowany. Jak już ten dzień śmierci zobaczyłam, proszę pani, to aż się o stół oparłam i tylko tak oddychałam, bo myślę, no nie, zaraz chyba tu sama trupem padnę. W tej szafce miał jeszcze taką flaszeczkę z czymś w środku. To ja to wszystko, i ten spis, i tą flaszeczkę, haps, do torebki i do domu. Nogi miałam jak z waty, ale do klatki jakoś doszłam. Dawidek zaraz do mnie: i co, znalazła coś babcia? A ja do niego, ale tak cichutko, powoli, bo czuję, że strasznie mi ciśnienie skoczyło: Dawidek, chodź lepiej pojedziemy zaraz na milicję, policję znaczy, bo tu następna osoba w niebezpieczeństwie. Bo na tej wikarego kartce zaraz po Kwiatkowskim i Nowakowej  taka pani Janina była zapisana. Bardzo pobożna, ona to naprawdę tego świętego radia słucha, dzień w dzień, wszyscy wiedzą, bo przygłucha i strasznie głośno nastawione ma. I taki mnie strach wziął, żeby jej co nie stało się, że od razu wyszliśmy, i jak raz sto osiemdziesiąt siedem podjechało, jedziemy na Armii Krajowej i na ten komisariat zachodzimy.

Z początku to nam czekać kazali, chyba z godzinę, a potem, jak przyjęli i powiedziałam, że na parafii naszej sprawa, to mówią, że jak na parafii, to żeby nie do nich, tylko do biskupa. A Dawidek na to, czy policja ludzkie życie chce mieć na sumieniu przez niedopilnowanie obowiązków. No, proszę pani, zupełnie jakbym syna słyszała, tak im ten mój wnuczek powiedział, proszę pani, i nawet się nie zająknął, jak jakiś polityk czy aktor czy co. I proszę, zaraz nas do takiego większego pokoju poprosili. Ja im tą kartkę z nazwiskami pokazałam i flaszeczkę, co u wikarego znalazłam. Zaraz ją zabrali, niby do sprawdzenia, laboratorium znaczy, i opowiadać kazali wszystko po porządku. I pamiętam tylko, że jak żeśmy skończyli, to cicho się jak makiem zrobiło, i tak patrzą po sobie ci policjanci, a potem przychodzi taka w fartuchu z tego laboratorium czy czegoś i mówi, że w tej flaszeczce trucizna jest, a mnie się nagle tak strasznie gorąco, duszno robi… Ale co się potem, proszę pani, działo, to nic nie wiem, bo tak się zdenerwowałam, że im tam w tym komisariacie całkiem zasłabłam. Tak, pani, ze starym zawsze kłopot! Na sygnale zawieźć mnie musieli do szpitala. I tak kilka dni tam przeleżałam. Ale nic nie wiem, co, jak, nic a nic. Aż dopiero potem się na sali takiej białej ocknęłam, myślę sobie, no Irena, trudno, koniec, umarłaś, ale patrzę, a syn z synową nade mną stoją, synowa oczy takie wielkie, a syn w płacz, po rękach mnie całuje i mówi: Mamusiu, niech się mamusia już nic nie denerwuje, policja wszystkim się zajęła, już tego mordercę mają. Nerwy mu puściły i do wszystkiego przyznał się. A co do tej świętej radiotelewizji, niech mamusię o to głowa nie boli, już my nagłośnimy sprawę. Jeszcze przed wyborami!

I zaraz Dawidek przyleciał, cieszy się, że babcia żywa, nie zgłupiała ani nie sparaliżowana ani nic, i zaraz mi na takim małym komputerze pokazuje, że w Faktach o nas mówili. I patrzę, a ten przystojny dziennikarz, ten blondynek taki, u nas na Brodwinie na skwerku stoi, i do kamery wszystko opowiada: że babcia z wnuczkiem wpadli na trop dwóch morderstw i że następne udaremnili. Co, jeszcze pani nie rozumie? To tak jaśniej pani powiem: wikary ze świętą radiotelewizją razem parafian namawiali, co który trochę starszy i do kościoła chodzący, żeby na tą radiotelewizję zapisywali. Te wszystkie listy, co sobie pisali, to Dawidek w tym ich komputerze znalazł. Wikary nawet spory całkiem procent miał za każdego przekonanego. I żeby jemu ten procent szybciej dostał się, to tak wymyślił sobie, że tych, co zapisali, na tamten świat będzie wyprawiać, i na mszy im zatrutą komunię poda. Jak wymyślił, tak zrobił, pani. Najpierw Kwiatkowskiemu dał zatruty opłatek, a potem Nowakowej. Zaznaczył sobie tylko elegancko, który to, żeby się czasem nie pomylić, jak komunię podawał. I truciznę taką skądsiś miał, że wyglądało potem, że zawał. Pani, to już większego grzechu chyba nie ma na świecie – ciało Chrystusa w truciznę przemieniać! W piekle się będzie za to smażył, trudno i darmo. Do wszystkiego przyznał się, a na obronę swoją podał, że zaraz po spowiedzi ich załatwiał, czyli że w stanie łaski uświęcającej byli. Bez grzechu znaczy. Niby że prosto do nieba ich wysłał, rozumie pani?

Nie bardzo tylko wiadomo, czy ta święta radiotelewizja o tym wszystkim wiedziała. Podobnież jeszcze to badają. Bo sprawiedliwość musi być. Chociaż sprawiedliwości w tym to tak do końca nie ma, tak pani powiem, bo ta Kwiatkowskiego córka już pieniędzy ojcowskich nie zobaczy. Tego Nowakowej ochroniarza to mi aż tak bardzo nie żal, on młodszy, nieżonaty, zarobi sobie, poza tym oni w grzechu żyli, jakby nie patrzeć, pani. Ale Marzenki to mi żal. Tak harują z mężem w tych Niemczech, pobudować się chcieli tu w Sopocie. A teraz co? Wszystko przepadło i tyle.

A pani Janina, co następna na liście wikarego była, to sama nawet nie wie, że o włos śmierci uszła. Ona już w takim wieku, że niedługo i o nią kostucha się upomni, ale pewnie spokojniutko przyjdzie, po prawie. Może jak pani Janina jakiś film będzie sobie ulubiony oglądać albo jeszcze lepiej we śnie. We śnie zawsze najlepiej. Pójdę ja tam do niej i porozmawiam, żeby to, co tam ma uskładane na książeczce,  dzieciom swoim zapisała, a nie jakiejś radiotelewizji, co to jej się zdaje, że święta jest.

I po tym wszystkim to już miejsca sobie za nic w świecie nie mogłam znaleźć i co rusz, to płaczę. Aż jednego dnia do proboszcza poszłam porozmawiać. Bo ten nasz proboszcz to porządny człowiek. Zaraz mnie ładnie poprosił i pyta, pani Ireno, kawy czy herbaty. A ja, proszę pani, od razu w płacz i słowa wymówić nie mogę. Ale nasz proboszcz od razu wiedział, że mnie tak ciężko od tego wszystkiego i że nijak wytłumaczyć sobie nie umiem, że takie rzeczy teraz wyprawiają się, i to u nas na Brodwinie, na parafii, no, chyba tylko przez to, że teraz jakieś ogólne pomieszanie jest wszystkiego na świecie. I że ten Kościół to już jakby wcale nie mój, pani.

A proboszcz najpierw nic wcale nie mówi, myśli, myśli, a w końcu tak do mnie: Pani Ireno, wiem dobrze, że u pani w duszy teraz wielki niepokój jest. A na niepokój najlepsza modlitwa. Niech pani pomodli się, sama sobie z Bogiem porozmawia. I ja się modlę, pani Ireno, i o wikarego, i o tych ze świętej radiotelewizji, o dar Ducha Świętego, żeby na nich zstąpił, i żeby na oczy przejrzeli. I wiem, że zostanie im przebaczone. Bo u Pana Boga miłosierdzie nieskończone. To nawet to przebaczone będzie wikaremu, że truciznę w komunii podawał? pytam się. A on, że nawet i to. Wie pani, pani Ireno, mówi jeszcze, i tak się jakoś rozgląda, jakby się bał, że może kto usłyszy – że nawet takie myślenie jest w teologii, że pan Bóg to i diabła zbawić może? Na samym końcu czasów. Boć to przecież też anioł, tylko upadły. Pokiwałam głową, myślę, proboszcz pewnie wie, co mówi, przecież on mądry, uczony, i nawet w seminarium duchownym uczy. Ale z tym diabłem to jak dla mnie ździebko przesadził. Diabeł zbawiony? Jeszcze czego. Jednak jakaś sprawiedliwość musi być na świecie.

 Koniec

Też z Trójmiasta (Brodwino jest dzielnicą Sopotu)
Trzydzieści trzy lata temu, 16 sierpnia 1980 roku, przedstawiciele protestujących zakładów Wybrzeża powołali Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. W nocy z 16 na 17 sierpnia MKZ sformułował 21 postulatów, które zostały wypisane na sklejkach przez Arkadiusza “Arama” Rybickiego oraz Macieja Grzywaczewskiego, a następnie zawieszone na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej.

tablice

Reblogi: Sławomir Mrożek

zachod_slonca_w_litWczoraj rano, 15 sierpnia 2013 roku, w Nicei zmarł Sławomir Mrożek, dramatopisarz, prozaik i rysownik, autor m.in. “Tanga”. Miał 83 lata.

Więcej TU.

A tu jeszcze (za Facebookiem) fragment wywiadu, jaki Konrad Wojtyła, dziennikarz, redaktor i pisarz ze Szczecina przeprowadził z pisarzem wiosną tego roku: “Jestem Polakiem i umrę jako Polak. Tu nie ma nic do okazywania w kwestii patriotyzmu. Język ojczysty jest językiem najważniejszym. Polska się zmieniła, bo ludzie trochę wyjeżdżają i wracają. Potem układają sobie życie pozachodowemu. To dziwny stan. Polska mi obojętnieje trochę. Może wrócę, może nie. Teraz jestem w zasadzie sam. To znaczy z Suzanną, ale ona prawie nie mówi po polsku. Jak wrócę do Polski to zaraz zaczną się pytania, co myślę o Polsce. A ja nie chcę”.

I rysunki. Ten na górze zatytułowany “Motyw zachodu słońca w literaturze polskiej”. A ten na dole (zajumany) z internetu (dziękuję zajumanej stronie):

polskikwartet

Reblog: Słowianie

slowiankaTekst, który tu rebloguję, znalazłam w sieci już jakiś czas temu.  Przeczytałam go i – wydawało mi się – że mi się nie spodobał. Uznałam, że jest nieprofesjonalny i świadczy o (naszej) słowiańskiej zarozumiałości. Mimo to wciąż myślę o tym, co napisał autor, skrywający się za ksywką “oculus”. Nie mamy się czego wstydzić, kiedyś podbijliśmy Chiny… Nie zachwycił mnie ten wywód, a przecież tekst uporczywie mi się przypomina. W końcu postanowiłam, że podzielę się z Wami i tym tekstem, i moimi wątpliwościami.

Słowianie – tajemniczy lud.

Trafostacja

http://www.trafo.org/index/trafo

No więc tak… Trzeba tam pojechać, a jeśli się mieszka w Szczecinie – to pójść na ulicę św. Ducha 4, tuż koło dworca.

Po pierwsze – budynek. Odremontowana, zabytkowa transformatorownia. Rewelacyjna. Białe wypatroszone ze wszystkiego, trzypiętrowe wnętrze, otwarte na przestrzał od szklanej po części podłogi po więźbę dachową. Zresztą na pewno pierwsze co zrobiliście to kliknęliście linka i już wiecie, o co mi chodzi.

Po drugie – wystawa Ryszarda Waśko, Genesis. Pierwsza wystawa w nowej szczecińskiej instytucji kultury. Na stronie Trafostacji znajdziecie tylko informację, że taka wystawa jest.  Na ulotce – że trwa do 20 października. A nigdzie – że artysta właściwie nieznany, wystawa wspaniała, a obiekty zatytułowane “Pole czerwonych maków” oraz sala z fikcyjnymi zdjęciami rodzinnymi – “Portret rodziny w czasie” – niezwykłe i inspirujące.

Ryszard Waśko to polski artysta, który, po długim pobycie w Stanach, mieszka obecnie w Berlinie, znany raczej jako kurator legendarnych Konstrukcji w procesie oraz imprezy Łódź Biennale, a nie jako samodzielny twórca.

maki

“Pole maków” to całkowicie zaciemnione pomieszczenie, w którym dopiero po chwili, gdy wzrok przyzwyczai się do mroku, zauważamy kwiaty. Już wiemy, to polskie czerwone maki, te z mazowieckich pól i te spod Monte Cassino, znane zresztą (chyba) głównie z piosenki, która przez lata mojemu pokoleniu wyciskała łzy z oczu. Po omacku dotykam kwiatów ręką, głaszczę suchą, chropawą powierzchnię płatków. Kwiatów jest tu ponad trzy tysiące i są jednakowe. Na moje pytanie, czy to tak jak u Ai Weiwei – chińska produkcja, pada odpowiedź “tak” – w ciemnym pomieszczeniu Waśki dokonuje się zamiana produkowanego masowo badziewia w sztukę ready made.

Przypominam sobie obiekt oglądany kiedyś w Weimarze. Obok domku ogrodowego, w którym Goethe tak chętnie pracował, nieco w bok, pod kątem i po lewej – ustawiono kiedyś jego dokładną replikę. Po co? zapytałam. Panienka pilnująca obiektu, nauczona, że tak właśnie ma odpowiadać, trzy tysiące razy dziennie – był to rok wieszcza i przez Weimar przewalały się tłumy – poinformowała mnie, że chodzi o to, iż w dzisiejszych czasach nie ma już różnicy między kopią a oryginałem. O ile przy pomysłach na sztukę ready made, tą stworzoną przez Marcela Duchampa, jak np. jego słynny pisuar, zatytułowany (każdy wie) “Fontanna”, podobnie jak przy “Ziarnach słonecznika” Ai Weiwei, nie mam najmniejszego problemu z wyrażeniem zgody na to, że ten akurat pisuar i te sto milionów identycznych porcelanowych nasion słonecznika to naprawdę sztuka, nie mam więc też zastrzeżeń do “Pola maków” Waśki, o tyle jednak w domu, w którym pracował wieszcz poczułam zło…wieszczy dreszcz (dziękuję Jackowi Dehnelowi za tę grę słowną), bo mianowicie przeczułam, że w czasie, który miał nadejść nikt mi już nigdy i nigdzie nie zechce pokazać oryginału, i wszędzie dostanę tylko namiastkę. Papieża na ekranie bilboarda widać lepiej niż gdzieś tam daleko na końcu stadionu, pod jakimś baldachimem. Wielkie figury glinianych chińskich żołnierzy – kopia. Doktorat niemieckiego polityka – kopia.

Z kolei “Portrety rodzinne w czasie” to celowo nieudolne zdjęcia, po trzy-cztery wersje jednego motywu. Do każdej wersji dołączona jest… inna historia rodzinna. Podobna, ale odmienna, zniekształcona, przesunięta. Nie wiadomo, co jest prawdą. Czy ojciec był żołnierzem? Czy matka umarła? Czy kobieta w tle jest mężczyzną? Czy kuzyn był bratem, czy kochankiem? Czytam rozbudowane podpisy, przyjmujące formę krótkich opowiadań, przypominając sobie pewną ilość słynnych dzieł literackich, opartych o to, że tę samą historię opowiada się nam w różnych perspektywach. Thronton Wilder, “Idy marcowe”. Lawrence Durrell, “Kwartet aleksandryjski”.

Ciekawa wystawa. Ciekawe miejsce ta Trafostacja. Szkoda tylko, że ciągnie się za nim zła sława. O kierownictwo tą nową szczecińską lokalizacją upowszechniania sztuki ubiegały się szczecińskie Stowarzyszenie Zachęty Sztuki Współczesnej oraz prywatna spółka Baltic Contemporary, która wygrała przetarg, a jej współwłaścicielka, niemiecka kuratorka Constanze Kleiner, jest obecnie dyrektorką Trafo.

 

Puppendienstag: Gala & Co

Meine Lieben, wie so häufig im Leben entsteht auch jetzt im Zusammenspiel mit den Talisman-Teddies ein gewisser Domino-Effekt.

Blütentraum-doppel
Natürlich bedarf es einer kreativen Abwechslung – auch ein Teddy ist nur ein Mensch und möchte sich nicht langweilen.

Bruchstücke2.web Bruchstücke1.web
Magic.webUnd so habe ich die gerne übernommene Verpflichtung, nach “Köpfen” Ausschau zu halten, die auch eine “Aussage” versprechen.

Im Reich der Püppchen kann ein vielversprechender Kopf schon mal auf einem Körper sitzen, der “Bruch” ist (ein wenig wie im richtigen Leben, nicht wahr!), und so sammelt sich eine ungewöhnliche Gesellschaft bei mir an.

Der Mauerpark-Flohmarkt ist eine gute Quelle und die Verkaufs-Filialen der Kirche in Charlottenburg und Wilmersdorf.

Und nun ein Beispiel, was gemeint ist
mit ganz lieben Grüßen

Gertraud Pohl

Schneewittchen.web