Wierszom wierszem

Ewa Maria Slaska

Poezja w czasach automatycznej korekty i inne wiersze

mija nowy rok
mam napisać wiersz i choć wiem
mimo to zapominam że
mową naszą powszednią
rządzi Wielki Korektor który
mi wszystko poprawi
monday na madonnę monady mondaminy
macondo na mannę lub mcdonalda ale
mantykorę zna i nie poprawia jej na manię a
marihuany nie zamienia w mszę
ma władzę wszystko wie lepiej.

Przyszedł tomik wierszy od poetki. Znam poetkę od dziecka. Pierwszy raz przyjechała do Berlina, gdy miała 14 lat. Miała brać udział w warsztatach translatorskich wraz gromadą studentów z Polski i Berlina. Do Berlina przyjechała z mamą, a jej wiersze były tak dojrzałe, że niektórzy młodzi zawistni poeci myśleli, że to mama jej te wiersze napisała.
Potem już wiedzieli lepiej.

Czytam te wiersze w styczniową noc. Trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem.

Człowiek z papierosem na balkonie
widział światło w moim uchylonym oknie
w styczniu o trzeciej nad ranem


To, co sprawia, że czytam ten akurat wiersz
trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem
nie może być ani intuicją ani telepatią.
Nic nie wiem.
Nic nie mogę wiedzieć lepiej.
Ona też nie.
Choć wszystko sprawdza i przymierza.
Może być Hekate albo siostrą Tanatosa.
Zna wszystkie wiodące w zaświaty istoty
Może wybierać jak chce.

Wybiera Niefrasobliwą.

W tej przydrożnej kapliczce będzie Ci jak w domu,
uszyję Ci sukienkę, wykarmię dzieciątko,
a kiedyś może jeszcze zacznę od początku
gdy Syn Twój już wyrośnie z mojego pokłonu.

Sprzątnęłam Wasz ogródek w którym krzyże zwiędły,
a w czasie odpoczynku tłumaczyłam sobie –
on nie chce być strażakiem, tylko Panem Bogiem,
przecież każdy w dzieciństwie chciał być niepojęty.

Madonno, możesz tańczyć, wszak już zbawiony świat
i chyba przyznasz sama, że wyszedł na ludzi
Twój Syn, co o miłości tak wiecznie marudził.

Wam wszystkim świętym zawsze pomyślny wieje wiatr
w oczy, co im głód nieba na sucho uchodzi.
A mnie wciąż zbyt grzesznie i ciągle nie tak.

Dziwię się tym słowom, poukładanym tak, żeby się sobie dziwiły.
Które sprawiają, że można zjeżdżać na sankach z Golgoty.

***
Nasza łódź jest z bambusa
będziemy dobrze brzmieć
pośród wód przynoszonych
we wiadrach

jesień okadza nasz dom
zapachem jabłek
świętość na półeczce
obok utartej bazylii

twarda pięta
zna tajemnicę

ze zmarzliny glina
nasze drzewa bujają w doniczce

Mały świat, w którym świętość stoi na półeczce obok utartej bazylii.

To odważne tak pisać wiersze
żeby się nie bać
że Wielki Korektor
poprawi nam pietę na piętę
lub piętę na pietę

Wiecie o co chodzi bo
w każdym bądź razie
plany napięte
czy róża w życie upięta
nie jest na żarty?

Mały świat, w którym ktoś
chce dokapać się
własnej kałuży
szczęścia.

Wielki Korektor nie chce
dokapać się
możemy
okapać dokazać okazać dokopać i pokopać
mały świat

Pieta

Tyle lat pięknych i przegadanych
jak przegadane i piękne
są niektóre frazy

Zamiast zbierać kwiaty
pisałam o kwiatach

To odważne tak pisać wiersze
żeby się nie bać
że on
poprawi nam pietę na piętę
lub piętę na pietę
a młodą poetkę
na starą kobietę

***

Agnieszka Wesołowska, Niefrasobliwa

Wydawnictwo: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Warszawa

Opinie tych, którzy wiedzą lepiej niż ja:

Piotr Müldner-Nieckowski: Takich wierszy nie da się zaplanować. Kiedy autorce się zdarzały, były zapewne odkładane i czekały, aż zdecyduje się na nie jakaś szczególna książka. Okazały się traktatem o pewnym stanie psychiki, o niefrasobliwości. Ale nie beztrosce. Są czymś w rodzaju studium wolności

Krzysztof Bielecki: Ani to konstrukcja, ani dekonstrukcja świata. Agnieszkę Wesołowską pociąga świat rozproszony. Człowiek rozproszony. Ulegający baśni. Złudzeniu. Czemukolwiek, co mogłoby istnieć. W poetyckim rozmarzeniu nawet istnieć powinno, ale… nie istnieje.

Agnieszka Wesołowska urodziła się w 1984 roku. Związana była z pismem literackim Łabuź, wydawanym w Łobzie na Pomorzu Zachodnim. Tam też mieszkała od urodzenia, potem przez jakiś czas w Szczecinie, Krakowie i Poznaniu. Ukończyła Uniwersytet Pedagogiczny im. KEN w Krakowie, Wydział Pedagogiczny. Od kilku lat znowu mieszka w Łobzie. Autorka arkuszy i książek poetyckich, m.in. Ars vitae. Listy do nieszczęśliwych (Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2008); Dwuznaczny (Książnica Pomorska, Szczecin 2000; wyróżnienie im. K. Iłłakowiczówny za książkowy poetycki debiut roku); Zgubić pytania (Żebracza Inicjatywa Wydawnicza Klubu Literackiego Łabuź, Łobez 1999). Współpracowała z Polsko-Niemieckim Towarzystwem Literackim (Verein zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur) WIR. Publikowała w różnych czasopismach (m.in. w „Pograniczach”, „Zeszytach Literackich”, „Dekadzie Literackiej”). Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Pisała też czasem u mnie na blogu. Ale nie tu. Dawno. Nieprawda. Na mitycznym blogu, zwanym Kura…

Uwaga – niebieskie fragmenty wpisu to wiersze i cytaty z tomiku Niefrasobliwa Agnieszki Wesołowskiej


Trzej królowie monarchowie

… gdzie spiesznie dążycie?

Sen Trzech króli, 1120-30, fragment kapitelu z Katedry Saint-Lazare, Autun, Francja

Uwaga – wpis obrazoburczy. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Ewa Maria Slaska

Mędrcy świata, monarchowie,
gdzie śpiesznie dążycie?
Powiedzcież nam Trzej Królowie,
chcecie widzieć Dziecię?
Ono w żłobie nie ma tronu,
i berła nie dzierży,
a proroctwo jego zgonu,
już się w świecie szerzy.

Mędrcy świata, złość okrutna,
Dziecię prześladuje,
wieść okropna, wieść to smutna,
Herod spiski knuje.
Nic monarchów nie odstrasza,
do Betlejem spieszą,
gwiazda zbawcę im ogłasza,
nadzieją się cieszą.

Przed Maryją stoją społem,
Niosą Panu dary.
Przed Jezusem biją czołem,
składają ofiary.
Trzykroć szczęśliwi królowie,
Któż wam nie zazdrości?
Cóż my damy, kto nam powie,
pałając z miłości.

Oczywiście wszyscy wiemy, że Trzej Królowie to pozostałość po starożytnych triadach bogiń i bogów.
W trójcy bogiń były zawsze Dziewica, Nimfa, czyli Matka i Starucha, Pani Piekieł. Trójca męskich bogów naśladowała triady kobiece i składała się z Boga Początku, Boga Życia i Boga Śmierci. Byli to trzej osobni bogowie. Dopiero chrześcijańska Trójca Święta, ta, którą dobrze znamy, a która składa się z Ojca, Syna i Ducha Świętego, uważa te trzy elementy triady za emanacje tej samej Istoty. W gruncie rzeczy ta stosunkowo niedawna interpretacja starożytnego prototypu, tylko nieznacznie przesuwa akcenty – najważniejszy staje się Bóg Ojciec, który i daje życie, i go pilnuje i może je odebrać. Syn i Duch są tylko pobocznym uzupełnieniem, ale teologowie nic na to nie mogą poradzić, że my, ludzie z jaskiń, wciąż jeszcze potrzebujemy trzech pradawnych bogów – Boga Piorunów, Boga Polowań i Boga Śmierci. I że, jak głębiej pogrzebiemy w naszych lękach i magicznych zabiegach, to okaże się, że są to starsze od Trzech Bogów Trzy Boginie – Kora, Potnia i Hekate.

Trzy księżniczki baktryjskie

Jedyną (chyba) religią, która konsekwentnie zlikwidowała starożytne triady był ustanowiony przez faraona rebelianta – Echnatona kult Jedynego Atona, przejęty przez Mojżesza i “wyprowadzony” z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Echnaton rządził zbyt krótko, by jego koncepcja Boga Jedynego zdążyła się ugruntować i przetrwać. Ale Żydzi mieli dość czasu i to tam właśnie, w Ziemi Obiecanej, utrwaliła się religia oparta na KONCEPCJI boga, który był jedyny i którego Prawo zostało zapisane w Księdze.

Izraelici czcili więc wymyślonego jednego Boga, jednoosobowego i jedynego, o którym mówili Jahwe, który był Obcy, Daleki, Bezimienny. Był on surowy i chyba nie mógł inaczej, musiał karać za odstępstwo, bo odstępstwo było łatwe, znajome, naturalne. Trzy Boginie lub Trzej Bogowie byli zawsze, Ten Jeden Bóg był Nieznany i Obcy, co gorsza jego pierwszą wersję ich przodkowie poznali w Egipcie, Kraju Niewoli.
Ten Obcy Bóg groził karami za czczenie bogów okolicznych narodów.

Ja jestem Jahwe, Twój Bóg, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.

  1. Nie będziesz miał innych bogów obok mnie.
  2. Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!
  3. Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Jahwe, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.
  4. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań.
  5. Nie będziesz wzywał imienia Boga twego, Jahwe, do czczych rzeczy, gdyż Jahwe nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy.

My to znamy na pamięć w wersji uproszczonej do nierozpoznania: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Ci cudzy bogowie często pojawiali się jako triady, trójce bogów.

  • Fenicja: trójca mieszana Baal, Asztarte i Eszmun
  • Babilon: trójca męska Ea, Marduk i Gibil
  • Grecja: trójca kobieca Artemida, Demeter, Hekate & trójca męska Zeus, Posejdon, Hades
  • Mezopotamia: Elil, An i Enki,
  • Egipt: “triada rodzinna” (ojciec, matka, syn) Ozyrys, Izyda, Horus
  • Rzym: Trójca Kapitolińska Jowisz, Junona i Minerwa
  • Hinduizm: Brahma (Kriszna), Wisznu, Sziwa
  • Chiny: Fu Lu Shou (trójca bóstw gwiezdnych) Fuxing bóg szczęścia, Shouxing bóg długowieczności i Luxing bóg kariery

Niektóre triady zrastały się w jedną trójosobową postać, jak potrójna Hekate albo trójca prasłowiańska tzw. „Trzygłów” (Triglav)

Chrześcijaństwo przywróciło więc tylko starożytną trójcę, tracąc tym samym cechę podstawową religii monoteistycznej – Jedynego Boga. I choćbyśmy się nie wiem jak zaklinali i bożyli, że jak “bonie dydy”, wierzymy w Jednego Boga, to przypomnijmy sobie Wyznanie Wiary, czyli Credo:

Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę który mówił przez Proroków. Wierzę w jeden, Święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. I oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen.

C.b.d.o.

***

We Włoszech z kolei… ale to niech już opisze znawca Włoch, czyli cytowany już tu wielokrotnie Jacek Pałasiński:

Jesteście, P.T. Czytelnicy gotowi? Nie? No to hajże po skarpetę! Dzisiejszej nocy odwiedzi Was pewna brzydka starucha. Upewni się, czy śpicie i wedrze się do waszego domu, a jak się okaże, że głosowaliście na szajkę (tak autor określa tych, co u władzy – przyp. EMS), to do skarpety nawrzuca wam węgla. Rosyjskiego, oczywiście, z Donbasu, oczywiście, bo szajka zasiarczony węgiel z Ludowych Republik Ługańskiej i Donieckiej przedkłada ponad inne. A jeśli byliście grzeczni, chodziliście na manifestacje, dezawuowaliście przestępstwa, machlojki i oszustwa szajki, to może starucha wrzuci wam do zawieszonej na kominku skarpety cukierka.
Starucha ma na imię Befana. A „Befana”, to takie włoskie, ludowe przekoślawienie oryginału, czyli ἐπιφάνια, epifania, a epifania to objawienie. W tym wypadku objawienie boskiej natury dzieciątka Jeszua trzem mędrcom ze Wschodu, który, śledząc „gwiazdę” (Mt 2,1-12.16), przynieśli boskiemu Dziecięciu dary: złoto, kadzidło i mirrę, a kto nie wie do dziś, co zacz mirra, niech podłubie w źródłach. W suku w Damaszku straganiarze oferowali mirrę i D.O. oczywiście kupił, ale gdzieś mu się w licznych przeprowadzkach zadziała. Giotto przedstawił „gwiazdę” jako kometę, prowadzącą Trzech Mędrców (zupełnie niepoprawnie zwanych „królami”) do stajenki w Bet Lehem, co po hebrajsku oznacza dosłownie „Dom Chleba”, czyli po prostu piekarnię. No bo Giotto był w 1301 r. świadkiem „przebiegu” po nieboskłonie komety Haleya i tak mu się skojarzyło. Ale od tego czasu nikt inaczej owej „gwiazdy” betlejemskiej inaczej nie przedstawiał, jak tylko kometę, co jest bez sensu, bo gwiazda i kometa to są dwa zupełnie odmienne ciała niebieskie. Do dziś mędrcy (choć nie tamci trzej, ze Wschodu) zachodzą w głowę, cóż to mogło być za światło, które Trzech Mędrców prowadziło, bo, jakby tu powiedzieć, „gwiazda” na pewno nie. Może jakieś małe UFO?
„Epifania” to termin, używany przez Kościoły zachodnie, te wschodnie, nieco mniej od zachodnich heretyckie, na objawienie boskiej natury Jeszuy, używają bardziej precyzyjnego terminu „Teofania”. Z kolei muzułmanie używają terminu „epifania” na pojawienie się na końcu czasów ludzi wezwanych przez Allaha, którzy położą kres niesprawiedliwościom i niedoskonałościom gatunku ludzkiego. Drodzy muzułmanie, co, wy gazet nie czytacie? Tacy ludzie już się objawili, nazywają się „szajka”, a jak nie wierzycie, to obejrzyjcie wiadomości w kurwizji (https://tvn24.pl/…/afera-mailowa-nowa-odslona-mail-z…). W każdym razie we Włoszech z „epifanii” najpierw zrobili „bifanię”, a potem „befanię”, skąd już tylko krok do Befany. Befana ma źródła mało chrześcijańskie, dlatego w Kościele łatwego życia nie miała. Wywodzi się z hellenistycznej odmiany mitraizmu, dla którego 12 dni po równonocy zimowej, w Saturnaliach jako Diem Natalis Solis Invicti, obchodzono w Cesarstwie Rzymskim równocześnie, jako święto śmierci oraz święto odrodzenia Matki Natury. Rzymianie wierzyli, że przez te 12 dni (a raczej nocy) kobiety latają nad polami, by dodać im siły rozrodczej. 12 dnia umierały dla Rzymian zeszłoroczne plony, a te, przygotowane pod wiosenny zasiew, nabierały ducha, który sprawi, że w ziemi się odrodzą i rozmnożą.
I właśnie Befana była jedną z tych kobiet, latających nad polami, by dać im płodność. Bogiem a prawdą to zastąpiła Dianę, która wcześniej dokonywała tych nalotów. Befana odpoczywała w ludzkich domach i osądzała ich mieszkańców: dobrych nagradzała, złych karała. Aha: ten 6 stycznia, w którym mędrcy mieli dotrzeć do betlejemskiej stajenki, to nie jest wynalazek wczesnochrześcijański; datę tę zaproponował pod koniec IV w. święty Epifaniusz z Salaminy, przez Kościoły wschodnie uważany za ojca Kościoła. Dzisiaj by sprawiał mnóstwo kłopotów, bo energicznie przeciwstawiał się kultowi Maryi i równie energicznie zwalczał kult obrazów. (D.O. nieodmiennie namawia do przeczytania w Wikipedii hasła „Dekalog” i odbycia refleksji, jak też to się stało, że Kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza zachodni, spokojnie wyeliminowały sobie Drugie Przykazanie Boże i, żeby się liczba zgadzała, podzieliły na dwa Przykazanie Dziewiąte, każąc wiernym wierzyć, że Pan Bóg zstąpił na Ziemię, by dać rodzajowi ludzkiemu Przykazanie o treści „ani żadnej rzeczy, która jego jest”).
Ufff…
No, dobrze, możesz, Czytelniku, zapomnieć o skarpecie dla Befany, ale nie zapominaj, żeby się przyzwoicie zachowywać i nie sprzedawać ojczyzny za 500 srebrników.

***

O!, poważnie się zrobiło. Oczywiście nie sprzedamy. Obyśmy jednak nie zapomnieli, że święto to jednak święto, przypomnę tu dwa królewskie wypieki pieczone z okazji święta Trzech Króli – Ciasto Królewskie i Szczodraki:

Ten wypiek nieco przypomina rogale marcińskie – jest to ciasto francuskie nadziewane masą migdałową. Z kolei szczodraki to drożdżowe ciastka nadziewane kapustą, czyli coś w rodzaju kulebiaczków, albo czymś na słodko, np. dżemem albo masą sernikową. Czyli też jakaś odmiana rogali marcińskich.

I w szczodrakach i w cieście królewskim coś się zapieka – figurkę, migdał, ziarnko fasoli. Osoba, która znajdzie zapieczonego fanta, zostaje królem, fasolowym, migdałowym, karnawałowym. Królem. A ten król to wzór postaci Sancho Pansy i jego nadziei na gubernatorstwo wyspy. Pisałam już o tym kilkakrotnie (np. TU), ale nigdy nie zawadzi przypomnieć.

Jakob Jordaens, Fasolowy Król (1640 – 1645)

Pewien młody człowiek poinformował swoją mamę, a ona mnie, że obecnie w Berlinie pojawił się od dawna znany w Niemczech północnych nowy sposób wybierania króla karnawału: kupuje się pączki w cukierni i je się tak długo, aż się trafi na pączek nadziany musztardą. Tak się zostaje Musztardowym Królem.

***

Dodatki od Czytelniczek i Czytelników nadesłane w ciągu dnia:

Ela Kargol o naszej dzisiejszej wyprawie do malarza, Wiesława Fiszbacha – ma nas trzy sportretować, a my się postanowiłyśmy pokazać w naszej prawdziwej postaci:

Powiedzcież nam trzy królowe,
gdzie spiesznie dążycie?
do artysty, het na Neukölln
umilić mu życie!!!

(Dodatek od Adminki: poszłyśmy do Wiesława Fiszbacha, a o nim będzie na samym dole)

Mietek Węglewicz

Trzech Króli
(kolęda)

Idą mędrcy wschodu,
przez calutki świat
dookoła globu
dwa tysiące lat
Czy pustynia, czy oaza
mróz, czy żar się leje
Kacper, Melchior i Baltazar
idą do Betlejem
Baltazara boli kostka
Kacper łapie dech
Melchior mówi ,,łaska boska
że nie sam,
we trzech”
Idą trzej królowie,
dwa tysiące lat
i dziękują Bogu
za ten piękny świat

Ewa Maria Slaska upiekła szczodraki, a Ela Kargol przypomniała poprzednie świętowania Trzech Króli

To jeszcze ja, Adminka: W szczodrakach zapiekłam słodkie nadzienie z makiem, orzechami i migdałami, po to by nam się dobrze wiodło. Był też jeden cały orzech. Królową Orzechową została Krysia!

***
Trzej Królowie to nie tylko koniec okresu świątecznego w chrześcijaństwie, ale praktycznie rzecz biorąc w każdej religii na świecie, która raczyła zauważyć zjawiska na niebie i ziemi, takie jak przesilenie zimowe, czy przybywanie dnia “na barani skok”. W tradycji słowiańskiej okres ten nazywał się Szczodre Gody. Stąd szczodraki.
Niech się nam wszystkim szczodrze wiedzie!
***

A to nasz wczorajszy Karnawałowy Król, Wielki Gubernator Baratarii w Berlinie, artysta Wiesław Fiszbach:

Wiesław Fiszbach, foto: Ela Kargol

Przeszłość fotografii

Seit wann gibt es Fotografie?

Die Wurzeln der Fotografiegeschichte liegen weiter zurück, als wir annehmen: Bereits im 4. Jahrhundert vor Christus beschrieb Aristoteles die Camera Obscura. Hierbei wird ein Bild in das Innere der Lochkamera projiziert. Durch eine kleine Öffnung sieht man die auf dem Kopf stehende Projektion der Außenwelt. Die Camera Obscura gilt als Urstein fotografischer Verfahren – sie ebnete den Weg für weitere revolutionäre Erfindungen.

Wer erfand die Fotografie?

Joseph Nicéphore Niépce (auch Nièpce oder Niepce) und Louis Daguerre gelten als die Erfinder der Fotografie:

  • 1826 gelang es Joseph Nicéphore Niépce, das erste beständige Bild aufzunehmen. Dafür belichtete er eine mit Asphalt beschichtete Zinnplatte – und das 8 Stunden lang! Nièpce wählte ein naheliegendes Motiv: den Ausblick aus seinem Arbeitszimmer im französischen Saint-Loup-de-Varennes.
  • Der Maler Louis Jacques Mandé Daguerre war so begeistert von der Errungenschaft, dass er Nièpces Partner wurde. Er tüftelte weiter an der Technik und entwickelte ein Verfahren mit Kupferplatten und Quecksilberdämpfen, welches eine deutlich kürzere Belichtungszeit ermöglichte.
  • Damit fand Daguerre 1839 mit der nach ihm benannten Daguerreotypie einen Weg, Fotografie erstmals kommerziell für Portraits zu nutzen. Hier begann die bahnbrechende Erfolgsgeschichte der Fotografie.
  • William Henry Fox Talbot entwickelte wenige Jahre später das Negativ-Positiv-Verfahren. Mit seiner Hilfe konnten Fotografen nun ihre Bilder durch Negativabzüge vervielfältigen.


Fotografie Geschichte damals wie heute: Selfies und „sex sells“

Bevor Fotografie zur eigenständigen Kunstgattung aufstieg, dominierte insbesondere Malerei die Kunstszene. Noch im 19. und Anfang des 20. Jahrhunderts wurden Fotografen von Künstlern als minderwertige Rivalen angesehen. Traditionell ließ man sich zu dieser Zeit von Malern porträtieren, die nun um ihre Daseinsberechtigung fürchteten. Dennoch integrierten die ersten Künstler Fotografie in ihren Arbeitsprozess.

Das erste “Selfie” der Geschichte nahm 1839 der amerikanische Lampenhersteller und Fotografie-Enthusiast Robert Cornelius auf: mit Hilfe der Daguerreotypie. Geschäftstüchtige Fotografen erkannten sofort den kommerziellen Mehrwert der Reproduzierbarkeit der Bilder.

Aktfotografen wie Alexis Gouin oder Bruno Braquehais produzierten in den 1850er Jahren mit ihren erotischen Darstellungen die Vorläufer klassischer Pin-up-Fotos. Diese fanden reißenden Absatz, was nicht verwunderlich ist: „Sex sells“ – daran hat sich auch heute nichts geändert. Nach wie vor gehören Aktbilder zum festen Repertoire vieler Fotografen, doch nur wenige finden den schmalen Grat zwischen Ästhetik und Erotik.

______________

Aber es ist alles nicht so eine simple story, wie man sie hier, im rebblogten Text und beigefügten Film(chen) darstellt, weil eben die Camera Obscura schon in der Antike bekannt war und den findigen und pfiffigen Künstler dies zu tun ermöglichte, was von der Welt als schier Unmögliches, ergo – Wunder, ergo – Schwarz Magie, klasifiziert wurde. Eine solche Geschichte erzählt ein deutscher Schriftsteller, Mathias Gatza in seinem faszinierendem Roman Der Augentäuscher (siehe oben). Ich werde Euch nicht erzählen, worum es in diesem Buch geht. Es ist so lustig, ironisch, gesellschaftskritisch und interessant, dass Ihr es einfach lesen musst.

Frauenblick. Andrzej Stasiuk.

Monika Wrzosek-Müller

Andrzej Stasiuk – nach Jahren

Vor Jahren, als ich ganz kurz im Polnischen Kulturinstitut die Spalte: Kultur, Politik, Literatur leitete, habe ich u.a. Andrzej Stasiuk zu einer literarischen Soiree eingeladen. Schon damals fiel mir auf, wie gutaussehend und erzählbegabt der Schriftsteller war, ein Typ mit Esprit, mit Lebens- und Durchsetzungskraft. Bei dem Abend war auch sein Übersetzer Olaf Kühn anwesend, das Gespräch stützte sich vor allem auf die Erzählungen aus dem Leben des Schriftstellers, das für mehrere Romane den Stoff liefern könnte; er gab auch etwas später das Buch Jak zostałem pisarzem [Wie ich Schriftsteller wurde. Versuch einer intellektuellen Autobiographie] heraus. Irgendwie erinnerte mich seine Erzählweise und der
Versuch sich selbst zu positionieren an Lessico famigliare [Mein Familien-Lexikon], 1965, und die kurze Erzählung Il mio mestiere aus Le piccole virtú von Natalia Ginzburg. Ob er ihr Werk kannte, scheint mir eher unwahrscheinlich. Damals habe ich ihn nicht danach gefragt. Stasiuk selbst beruft sich in einem Gespräch auf seine Vorbilder wie Thomas Dylan, Joseph Brodsky oder Czesław Miłosz. Es sind also eher Dichter als Prosautoren, die ihn inspirieren. Das Poetische bleibt also ein Markenzeichen in der Stasiuks Prosa erhalten.

Andrzej Stasiuk reiht sich für viele Polen in eine Figur des gepflegten Außenseiters, der gegen vieles rebelliert und sich dem „normalen“ Leben eines Intellektuellen Schriftstellers entzieht. Schon sein Lebenslauf mit der abgebrochenen Schulbildung, einem Aufenthalt im Gefängnis wegen der Rebellion gegen den Drill und unmenschliche Behandlung während des Militärdienstes, dann der Wohnortwechsel aufs noch tiefere Land (damals noch völlig unüblich…) in das Dorf Czarne in den Niederen Beskiden klingen nach einem extravaganten, selbstbestimmten Leben, das er wie ich neulich erfahren habe, fortsetzt. Später heiratete er Monika Sznajderman und zusammen gründen sie den Verlag Czarne, der bis heute existiert und sehr gute Literatur (vor allem die aus dem sog. Mittelosteuropa und Reiseliteratur) herausbringt.

Natürlich denkt man bei Stasiuk an seine wunderschön herausgegebenen Bücher wie Dukla schon im Verlag Czarne [Die Welt hinter Dukla] in der schönen Übersetzung von Olaf Kühn, oder Kruk [Der weiße Rabe]. Später folgen viele Titel, viele gute Romane, fast jedes Jahr einer, die sehr oft weiterhin von Olaf Kühn ins Deutsche übertragen werden. Er schrieb auch über seine Lesereise in Deutschland das Buch unter dem Titel Dojczland, das mit demselben Titel in Suhrkamp 2008 erschienen war. Irgendwann wurden seine Bücher eher von Renate Schmidgall übersetzt. Der letzte Titel, der mir in Erinnerung geblieben ist, hieß Wschód [Der Osten]. Stasiuk schien sehr viel zu reisen, schien auf einem poetischen, Selbstfindungsweg zu sein. Der Osten, weite Steppen, die Wüste, menschenleere Räume, unberührt und manchmal doch grausam, die Ukraine faszinierten ihn; da suchte er seine Wurzeln und sein Verständnis der Ereignisse. Er entzog sich weiterhin dem „modernen“ Leben, benutzte kein Handy, war in keinen Netzwerken unterwegs.

Fast nebenbei, oder doch erst später fing er auch an, sich für Musik, für Jazz zu interessieren und dieses Interesse verfolgt er bis heute. Schon 2007 gab er zusammen mit Mikołaj Trzaska und anderen Musikern einen Album Kantry heraus, in dem er von der Reise über das ehemalige Jugoslawien berichtet. Bei langsamen Klängen, jazzartig werden die Szenen untermalt, kommen die Erlebnisse der Reise noch besser zur Geltung; z.B. die Stücke Istrianna und Sarajewska. Zugegeben Stasiuk verfügt über eine sehr angenehme, tiefe, melodische Stimme, fast priesterliche, ohne belehrend zu klingen.

2020 erschienen weitere zwei CD mit Trzaska Grochów głosem [Grochow (Stadtviertel von Warschau) mit der Stimme] liest Stasiuk seine frühen Texte über die Gegend (die auch teilweise in Tygodnik Powszechny veröffentlicht wurden) und wird wiederholt von den Musikern begleitet. Für die Fans dieser rechtsseitigen Weichsel Warschau ein Muss. Er beschreibt noch die erhaltenen Holzhäuser und das ärmliche, meistens Arbeiterleben und den Stolz der Bewohner, die für ihren Viertel zwar leidend doch gradestehen. Die Musik ist wirklich minimalistisch, so dass die Texte gut hörbar und nachvollziehbar sind. Dabei kommt es sehr gut heraus, worum es Stasiuk wie auch in seinen Prosawerken geht, mit vielen Beschreibungen der Natur hebt er das Poetische, Erlebte, die Landschaften, Orte nach oben; er erlebt das sehr intensiv und hautnah, dadurch wirkt alles sehr authentisch und keineswegs snobistisch und überzogen.

Später gibt es noch eine CD mit der Gruppe Haydamaken, eine sogar schon 2018 unter dem Titel: Mogiły Haremu und jetzt 2021 eine neue, in der er die Gedichte von Mickiewicz vorträgt.

Der eigentliche Anlass, warum ich über Stasiuk jetzt gerade schreibe, ist sein neues Album Opla Stasiuk Trzaska. Es ist eine Improvisation um die polnische Religiosität und Gewalttätigkeit. Stasiuk selbst hebt die Musik hervor, seine Rezitation beschränkt sich hier aufs Beten, das Beten an die heilige Maria, das Gemurmel. Das Album wurde mit großer Aufmerksamkeit in den polnischen Medien aufgenommen, es gab viele Interviews mit dem Schriftsteller; in einem sagt er sehr deutlich und unverblümt, worum es ihm geht: „Ich sage: ‘jetzt wird es über Polen und die Heilige Maria gehen’ und die Zuschauer und Zuhörer flüstern: ‘jetzt wird er PIS und die Religion mit Scheiße bewerfen.’ Wie groß war dann die Überraschung, dass ich einfach ein Gebet gesprochen hatte“. Stasiuk berührt schon interessante Seite der polnischen Religiosität, er spricht von einem fast heidnischen Kult der Maria und dazu kommt von der Musikerseite der Rhythmus von Oberek. Oberek ist ein polnischer Drehtanz, in dem sehr bewegten und raschen Tanzschritten drehen sich die Paare, immer schneller und immer wieder, man denkt fast an die Derwische, an ihre Drehfiguren und das Magische, Mystische, das dabei entsteht. Das findet auch Stasiuk, Oberek symbolisiert für ihn gut polnische Wirklichkeit, es drehe sich alles im Kreis ständig und wiederholt, und irgendwann versuche man sich loszureißen, manchmal per Zufall scheint es, als würde es für eine Weile gelingen und dann gleich danach kommt die Bauchlandung. So bleibt nach einem Fest, nach einer Hochzeit nur Kater. Die Gruppe hat diese Musik, die ganze CD den Sommer über probiert, aufgenommen, auch immer wieder aufs Neue versucht, die richtige Stimmung, den richtigen Rhythmus zu treffen.

Das, was mir bei Stasiuk gefällt, er bleibt sich selbst treu, läuft nicht mit, kritisiert auch gezielt, immer seinen Standpunkt bewahrend.

Inzwischen ist auch ein neuer Roman Przewóz [Flussfähre, Flussüberfahrt] von ihm erschienen, ein Buch über die Normalität des Krieges, das Alltagsleben unter widrigen Umständen, mit Gerüchen, Stimmungen und Atmosphäre.

Auf jeden Fall ein Schriftsteller, den man beobachten soll.

Reblog about travelling 1

https://aeon.co/essays/a-dispatch-from-the-end-of-travels-brief-troubled-golden-age
Biru, the author’s guide, beside a prayer flag near the Kuari Pass in the Garhwal Himalayas, India, 2009. All photos supplied by and © Henry Wismayer

Henry Wismayer

I am a clown … and I collect moments.
– Heinrich Böll, The Clown (1963)

The first thing I linger over, when I upturn the box onto my bedsheet, is an overexposed photograph of two skinny boys. It depicts me, aged 19, with a collegial arm slung over the shoulders of Ed, an old friend from school. The pair of us are crouched on a boulder on a beach in western Thailand, in the ungainly repose of people who have just hurried into position after setting a camera timer. The image is shot at an angle from below, and the purplish sky overhead prefigures a gathering storm. The rapturous look on my face suggests that I was either unbothered or that I hadn’t noticed. Whatever the case, I was having a good day.

The photo is one of a thousand odds and ends inside a box – specifically, a Reebok shoebox – that long ago became a reliquary for the stash of mementoes I brought home from my first independent trip abroad. It was the sort of journey that was a rite of passage for kids of a certain milieu at the turn of the 20th century, when Gap Year culture was the rage. I’m not sure what propelled me and the two friends I travelled with, beyond some vague cultural determinism; this was just what a lot of British teens did in the hiatus between school and university. Other than the starting point, Cairns, and the return flight from Bangkok, I had little idea of where we were going, or what we could expect to find when we got there.

When I arrived home – 30 pounds lighter, with a penchant for wearing baggy trousers emblazoned with a Chinese dragon, and no doubt insufferable – I transferred the trove of knick-knacks I’d accumulated in my rucksack into a plastic carrier bag from a Bangkok 7-Eleven. Then I crammed it into this shoebox and shoved it in the attic. It’s taken me 20 years to revisit the contents.

It’s anodyne stuff, mostly. There are a few banknotes and coins; street maps of obscure Vietnamese and Cambodian towns; a dozen flyers for backpackers’ bars. Emptied onto a bed, it looks like anyone else’s trash. But to me it memorialises a graduation. By the time I stashed away this box, I think I already knew that I had found an obsession, and a counteragent, potentially, for the fidgety discontent I’d carried through school.

Home, increasingly, had begun to feel like a malaise; away seemed like an instant antidote. It was the escape hatch I’d been searching for.

Sitting at a desk in London 20 years on, those rudderless months in Australia and Southeast Asia belong to an expired world.

I guess it was inevitable, as the pandemic dragged on, that many of us would be plunged into nostalgia for the journeys we took in the past. For while it may be glib to bemoan a lack of adventure in a period of global bereavement and anxiety, the drastic contraction of international movement is likely to be one of COVID-19’s most momentous cultural and economic ramifications. The old way it was practised, at vast scale, and across increasingly porous borders, has begun to look like it might be a terminal casualty. At the time of writing, there are only memories, and the work of reorienting ourselves to a more inert and less hospitable world.

The author in Chilean Patagonia in 2004

I began travelling independently with that trip in 2000, and in the period since I’ve travelled a lot, certainly more than is usual. In hindsight, the best word to describe my compulsion to move isn’t wanderlust but dromomania, because the second word better hints at its obsessive dimensions. It wouldn’t be unfair to think of it as an addiction. A consuming fixation, unthinkable for the vast span of human history, that even today, after months of immobility, I struggle to imagine living without.

Recalling those travels now, it is tempting to view them as having straddled travel’s golden age. In the first 20 years of the millennium, international tourism arrivals more than doubled, from 700 million in 2000 to almost 1.5 billion in 2019. Over that period, travel, for those of us lucky enough to enjoy it, has become synonymous with wellbeing, a vital adjunct of a fulfilling life.

As I determined to write an elegy to this era, however, I was surprised to find myself feeling not just nostalgia but also ambivalence – at once reeling from the cessation of global travel and quietly resigned to the idea that the breakneck experientialism of the pre-COVID world had to be derailed. Why, for me and others, did the desire to experience other places – to feel the joy animating my face in that old photo – evolve into such a burning need? Was there more at play than simply the decadent joy-seeking of a generation who could? Or was it merely a selfish moment in time, one that we now see, in the stark light of a pandemic’s recalibration of our priorities, for the indulgence it always was?

It seems hard to credit, in a society so utterly reconfigured by the digital revolution that was to come, but, for curious kids growing up in the late 1980s and early ’90s, the world still seemed a depthless prospect. Borders were impermeable; the nations they concealed were incomprehensibly varied and vast. It was a world that could only be glimpsed and never surveyed, in which encyclopaedias and atlases hinted at a planet still rife with mystery.

In elementary school, my favourite books were the Adventure series by Willard Price. Published between 1949 and 1980, the 14 slim novels followed the exploits of two brothers, Hal and Roger Hunt, as they travelled the globe collecting rare animals for their father’s Long Island zoo.

Hal, the elder, was the archetypal travelling hero: 17 years old, adept, absurdly brave, ‘as tall and strong as his father’. But I identified more with the younger brother, Roger, who was eager, but green and accident-prone. The stories were surreal in their eventfulness, each chapter opening on another shoot-out or dangerous animal encounter, as the boys careened from one escapade to the next. In Amazon Adventure (1949), the first book in the series, shy and rare jungle creatures – tapirs, anacondas, jaguars – materialise at their feet each time they step ashore. Together, the boys wrestle this temperamental fauna into submission and stuff it aboard a boat they anoint The Ark, upon which they drift down South America’s great river, pursued all the while by the bullets and arrows of psychopathic rivals and head-hunting ‘Indians’.

Reading it back now, it’s tempting to laugh at the narrative’s unlikelihood. We can only wonder at the rationale of the boys’ father, John Hunt, a man of presumably lunatic irresponsibility and questionable ethics, as he dispatches two teenage sons to pilfer endangered species from the four corners of the world.

However, for all their far-fetched plotlines, it occurs to me in hindsight that the books encapsulated much about the life that I, a fatherless kid, easily bored, would grow to covet. The cinematic, event-filled life. The mythic, shadow father. Hal, the surrogate, surmounting every challenge. The boy, feigning courage. It was a pulp fiction allegory for my state of mind. On page 84 of Amazon Adventure: ‘The truth is the kid was scared to death.’

For the time being, my own adventures, and indeed the mainstreaming of adventurous travel, were far in the future. During childhood, I went overseas a handful of times. But we never left Europe, and whatever happiness I found in those trips was transitory, overshadowed as they often were by my mum’s melancholy. It was on such occasions, when convention ordained that life should be at its most pleasurable, that she most felt her solitude. More often, we camped in Devon, or stayed in Welsh caravan parks. And I cajoled my mum into letting me bring friends along, so that we could spend the week sneaking off to smoke cigarettes and weed, and persuading sympathetic hippies to buy us flagons of potent West Country cider.

The truth was that foreign travel as it would grow to be enjoyed was yet to make its full debut. My parents’ generation had Interrailed around Europe. Since the early 1960s, when the first charter flights unlocked the Mediterranean’s mass tourism market, a growing cohort of British holidaymakers had started to venture south for an annual summer vacation. The bourgeoisie had discovered the joys of Alpine skiing. But as far as most Brits were concerned, the far-off places beyond western Europe could stay that way. The geopolitical volatility of the late Cold War, which presented the countries of Africa, Asia and Latin America as theatres of conflict, famine and totalitarianism, didn’t suit the brochures.

Bouncing from bus to border post, I felt restored because I also felt autonomous

Nevertheless, the seeds of my own itinerancy were germinating. It’s interesting to note that, in the argot of the time, a compulsion to travel was often described in chronic terms. A person who loved to go overseas was said to have contracted ‘the travel bug’. A person stuck at home, dreaming of foreign climes, had ‘itchy feet’. What would, within two short decades, grow into a universal pursuit was once analogous to a fungal infection. In my case, the allusion would be fitting, because my compulsion to travel was forged in pathology, even if, in the euphoria of my earliest journeys, I was enjoying myself too much to notice.

Long before it appeared in passport stamps, my itch manifested in a maudlin temper, and a deep-seated dissatisfaction with life at home. In my teenage years, I often found myself gripped by a crushing cynicism that seemed all the more unshakeable as the 21st century arrived with its oil wars, dumb politics and global warming. I had a beatnik disdain for the status quo and often felt stifled by its orthodoxies. Why aim for Oxbridge, start a pension, consider a long-term career path? In some inchoate way, I was convinced I would never harvest the spoils.

Initially, these nihilistic tendencies manifested in typical adolescent misbehaviour, in petty crime, and bongs, and street-corner booze. However, arguably the most peculiar symptom, and perhaps its most consequential, was what I can only describe as an allergy to the familiar, a reluctance to retrace intellectual or physical ground I’d covered before. Anything that was reminiscent of chapters I had already closed – driving past my old school, for instance, or bumping into an old acquaintance I’d once called a friend – made me feel stuck and panicky. After university, as I fell sideways into temporary office jobs of limited utility, sliding my knees under a desk felt like an act of submission. For a spell, walking down to the shops from my mum’s house became a source of despair.

One unfortunate offshoot of this unease was that I often felt ill. All manner of psychosomatic symptoms – that is, the physical presentation of psychological pain – afflicted me throughout my 20s. I’d already become prone to exaggerating the severity of bugs and viruses, wallowing in hypochondriac self-pity with the onset of whatever small malady. But now even minor health complaints would transmute into blue-light medical emergencies: each headache, a brain tumour; each off-colour piss, a harbinger of diabetes; each aching limb, the leading edge of some autoimmune degeneration. Still other ailments were entirely imagined.

The link between emotional anxiety and physical wellbeing was often embarrassingly explicit. I was once working in an office where a colleague related a weekend horror story about her boyfriend having to rush to Accident and Emergency with an ‘impacted testicle’. Two days later, I limped pathetically into the doctor’s office, pleading for someone to investigate an imaginary pang in my own bollock, thinking all the while that I was losing my mind.

It sounds absurdly self-aggrandising to speculate that a few months in Southeast Asia might have presented itself as a cure for this emotional maelstrom. All I can tell you is that, on the move, miraculously, the aches and anxieties would disappear.

Bouncing from bus to border post, I felt restored because I also felt autonomous. The enemy was futility, and my vulnerability was tied to it epidemiologically, like vector and disease. Only by going away, and in so doing defying society’s stifling expectations, could I evade the predestiny clawing at my back. Immobility was a capitulation, a figurative death. So I sought to be untethered.

At home, now, as I pick through the relics of that first, naive journey at the turn of the millennium, each item triggers floods of reminiscence. There’s a cut-out scrawl of a dolphin, drawn by my six-year-old sister, which she handed to me bawling as I shouldered my backpack to leave. A piece of plastic brake handle, which snapped off a hired moped when I lost control of it in a Malaysian alleyway. A page on ‘post-holiday blues’, rudely torn from a discarded Lonely Planet guidebook, which I read in a Khao San Road flophouse on the day we flew home: ‘Life on the road is challenging, exciting and fulfilling while life back home can appear bleak, boring and dreadfully lacking in meaning…’

In many ways, I had stumbled into the arena of international travel at a pivotal moment, just as the New Age backpacker culture that had lured hippies east on a cloud of mysticism and hashish smoke was being fully co-opted by the mainstream.

To be continued in one week

***

Henry Wismayer is a writer based in London. His essays and features have appeared a.o. in The New York Times Magazine, The Atlantic, The Washington Post Magazine, The Guardian and The Wall Street Journal.

Lucy Wielka Mistrzyni 5

Tibor Jagielski

Lucy i księżyc  
Pewnego wieczoru, gdy Lucy siedziała na ganku, wzszedł księżyc i zalśnił tak jasno, jak nigdy.
– Oho! – pomyślała wielka mistrzyni – czy jestem już oświecona?
Ale szybko przegoniła tę myśl, jako zbyt przemądrzałą. Lucy zastanawiała się długo, ale nie potrafiła znaleźć przyczyny tej niezwykłej jasności i rozejrzała się bezradnie dookoła, aż jej wzrok padł na małe,
kaczątko pod korzeniem kasztana, napuszone w obronie przed nocnym chłodem.
– Ha! – roześmiała się Lucy – dziękuje ci księżycu! Podniosła zagubione pisklę i zaniosła je do kaczej matki w kaczej chatce na podwórku, podczas gdy księżyc rozgościł się na białej chmurce.

Vollmond

Lucy i reinkarnacja

Podczas gdy  Lucy krzątała się w sadzie przy jabłoniach, odwiedził ją słynny uczony (a podobno bliski oświecenia) mistrz i powiedział: – Jestem pewien, że szlachetna pani mistrzyni posiada tak wysoki stopień wiedzy, iż jest w stanie przepowiedzieć, gdzie po śmierci dojdzie do pani kolejnej reinkarnacji?
– Trudno mi to przewidzieć – odpowiedziała Lucy, zrywając dorodne jabłko – co się ze mną po śmierci stanie, ale w każdym razie nie miałabym nic przeciwko temu, aby narodzić się robakiem w tym smacznym owocu z mojego ogrodu.

Vogelgrippe

Dziennik Lucy  

Zapytana, dlaczego nie prowadzi dziennika, w którym zapisywałaby swoje przemyślenia, Lucy odpowiedziała:
– Moje mądre kaczki kwaczą nieustannie, natomiast ja staram się każdego dnia pożegnać z myślami i pozostawić za sobą rzeczy niepotrzebne, to odróżnia mędrca od głupka, bo mądrość jest wśród myśli tak samo rzadka jak diament na żwirowisku.

Lucy, moja Muza…

urodziła się 80 lat temu,
pracowała jako nauczycielka w szkole dla dzieci niepełnosprawnych;
jest matką trojga dzieci i babcią sześciorga szczęśliwych wnuków.

Jak co roku, “Dzikie dzwony”

W Szwecji od wielu już lat znany aktor tradycyjnie wita Nowy Rok w muzeum Skansen w Sztokholmie wierszem Alfreda Tennysona Dzikie dzwony.

Ring Out, Wild Bells is a poem by Alfred, Lord Tennyson. Published in 1850, the year he was appointed Poet Laureate, it forms part of In Memoriam, Tennyson’s elegy to Arthur Henry Hallam, his sister’s fiancé, who died at the age of twenty-two.

According to a story widely held in Waltham Abbey, and repeated on many websites, the ‘wild bells’ in poem were the bells of the Abbey Church. Tennyson was staying at High Beach in the vicinity and heard the bells being rung on New Year’s Eve.

It is an accepted English custom to ring English Full circle bells to ring out the old year and ring in the new year over midnight on New Year’s Eve. Sometimes the bells are rung half-muffled for the death of the old year, then the muffles are removed to ring without muffling to mark the birth of the new year. In some versions of the story it was a particularly stormy night and the bells were being swung by the wind rather than by ringers, but this is highly unlikely given the method of ringing English full circle bells, which requires a considerable swinging arc before the clappers will strike the bell.

Ring out, wild bells, to the wild sky,
The flying cloud, the frosty light:
The year is dying in the night;
Ring out, wild bells, and let him die.

Ring out the old, ring in the new,
Ring, happy bells, across the snow:
The year is going, let him go;
Ring out the false, ring in the true.

Ring out the grief that saps the mind
For those that here we see no more;
Ring out the feud of rich and poor,
Ring in redress to all mankind.

Ring out a slowly dying cause,
And ancient forms of party strife;
Ring in the nobler modes of life,
With sweeter manners, purer laws

Ring out the want, the care, the sin,
The faithless coldness of the times;
Ring out, ring out my mournful rhymes
But ring the fuller minstrel in.

Ring out false pride in place and blood,
The civic slander and the spite;
Ring in the love of truth and right,
Ring in the common love of good.

Ring out old shapes of foul disease;
Ring out the narrowing lust of gold;
Ring out the thousand wars of old,
Ring in the thousand years of peace.

Ring in the valiant man and free,
The larger heart, the kindlier hand;
Ring out the darkness of the land,
Ring in the Christ that is to be.

A translation into Swedish by Edvard Fredin called ‘Nyårsklockan’ – ‘The New Year’s Bell’ – is recited just before the stroke of midnight at the annual New Year’s Eve festivities at Skansen in Stockholm. This tradition began in 1897 when the young Swedish actor Anders de Wahl was asked to recite the poem. De Wahl then performed the poem annually until his death in 1956. Since 1977 the Swedish national public TV broadcaster, SVT, has aired the event live, and the first to read the poem on television was the actor Georg Rydeberg. The show turned out to be a major success, and watching it on New Year’s Eve quickly became a nationwide tradition. Rydeberg recited the poem until his death in 1983. After that many famous Swedish actors and/or singers have recited the poem.

  • Georg Rydeberg 1977 – 1982
  • Jarl Kulle 1983 – 1996
  • Margaretha Krook 1997 – 2000
  • Jan Malmsjö 2001 – 2013
  • Loa Falkman –  2014
  • Malena Ernman – 2015
  • Pernilla August – 2016
  • Krister Henriksson – 2017

It should be noted that the Swedish translation differs significantly from the English original. Inspired by the Swedish tradition, auto manufacturer Volvo used the poem in a 2016 New Year’s Eve advertisement (TU).

***

Jaka piękna historia. Bardzo mnie kiedyś poruszyła i dlatego od kilku lat co roku publikuję na blogu wpis, w którym musi się znaleźć noworoczny poemat Alfreda Tennysona. Gdy zaczęłam tę “nową, świecką tradycję”, chciałam znaleźć polskie tłumaczenie wiersza, ale mi się nie udało. Przetłumaczyłam go więc sama i poprosiłam kilku przyjaciół o tłumaczenie. Oto nasze tłumaczenia

Dzikie dzwony

Lech Milewski

Dzwońcie dzikie dzwony, do dzikiego nieba,
Do płynącej chmury, do mroźnego światła:
Rok umiera tej nocy;
Oddzwońcie to i dajcie mu umrzeć.

Oddzwońcie precz stare, zadzwońcie na nowe,
Dzwońcie radośnie poprzez śnieg;
Rok odchodzi, dajcie mu odejść;
Oddzwońcie precz fałsz, zadzwońcie dla prawdy.

Oddzwońcie precz smutki, co zatruwają myśl
o tych, których już nie zobaczymy.
Oddzwońcie precz waśnie bogatych i biednych,
Zadzwońcie na naprawę całej ludzkości.

Oddzwońcie precz zbyt wolno umierające przyczyny
i stare formy plemiennych walk;
Zadzwońcie oznajmiając szlachetny styl życia
łagodniejsze obyczaje, czystsze prawa.

Oddzwońcie precz biedę, troskę, grzech,
bezbożne zimno naszych czasów;
Oddzwońcie precz me żałobne rymy
Zadzwońcie na poetę wyższej próby.

Oddzwońcie precz fałszywą dumę i krew,
Ludzkie oszczerstwa i złośliwości;
Zadzwońcie na miłość prawdy i sprawiedliwości,
na powszechną miłość dobra.

Oddzwońcie precz złośliwe choroby,
Oddzwońcie precz żądzę złota,
Oddzwońcie precz tysiąc lat wojen.
Zadzwońcie na tysiąc lat pokoju.

Zadzwońcie na dzielnego, wolnego człowieka,
Na wielkie serce i łagodną dłoń;
Oddzwońcie precz ciemność świata,
Zadzwońcie na nadejście Chrystusa.

Tibor Jagielski

Bijcie dzikie dzwony, w dzikie niebo,
Mroźnego światła chmura mknie;
Tej nocy rok kończy swój ostani dzień;
Bijcie dzikie dzwony, na śmierc dzwońcie jego.

Bijcie w to stare,  na nowe dzwońcie,
Bijcie, szczęśliwe, poprzez śnieg
Pozwólcie mu odejść, rok kończy bieg;
Bijcie w fałsz a prawdę głoście.

Bijcie w zgryzoty siły niszczące
Tak aby nigdy nie powróciły,
Bijcie w walki bogatych z biednymi,
Na pomoc całej ludzkości dzwońcie.

Bijcie w umierające wolno spory
i walki partii starodawnych;
Głoście szlachetne formy życia,
Miłych idei, czystych praw.

Bijcie precz grzech, strapienie, nędzę,
Niewierny i zdradziecki naszych czasów los
I w moje smutne rymy uderzajcie, bijcie,
Obudźcie lepszą w nich poezję.

Bijcie w fałszywą dumę z pochodzenia,
Bijcie i w zawiść i w nikczemność;
Dzwońcie miłości prawa  z prawdą
Dzwońcie powszechnej wierze w dobro.

Bijcie w te kształty starych plag i znoju,
Bijcie w sknerstwo i w złota chuć;
Bijcie w tysiące zakończonych wojen,
Dzwońcie na tysiąc lat pokoju.

Dzwońcie odważnym, wolnym, prawym,
O większym sercu, czulszej dłoni.
Uderzcie w ciemność w kraju naszym,
A Chrystusowi dzwońcie, aby zstąpił.

Ewa Maria Slaska

Dzwońcie dzwońcie dzikie dzwony
Pędzą chmury mroźne światło
Rok umiera rok miniony
Dzwońcie, pozwólcie mu umrzeć

Dzwońcie rok stary dzwońcie nowy
Dzwońcie radośnie w śnieżną dal
Rok odszedł a my mu odejść zwolimy
Dzwońcie prawdę dzwońcie precz fałsz

Dzwońcie precz smutek co ducha zżera
I dla tych których nie ujrzeć nam
Dzwońcie bogatym i dzwońcie biednym
Dzwońcie bo nowy świat kładzie strój

Dzwońcie niech znikną więzy stare
By starych kajdan gorset szczezł
Dzwońcie na nowe szlachetne życie
Obyczaj czysty i prawości wiek

Dzwońcie precz troski pragnienia żądze
Bieg czasu bez wiary zimny jak lód
Dzwońcie na zgubę mych smutnych rymów
Dzwońcie by nowy narodził się bard

Dzwońcie na odwrót fałszywej dumy
Przeciwko kłamstwu mściwych szuj
Dzwońcie dla prawdy dzwońcie dla dobra
Dzwońcie w imię powszechnej miłości

Dzwońcie aż zgniła zemrze zaraza
Dzwońcie na przekór tym co złota chcą
Dzwońcie na wieczny wojny pohybel
Dzwońcie na pokój i spokój u wrót

Dzwońcie na wolność dzwońcie
Hart ducha co serca otwiera i dłonie
Dzwońcie by zginął na świecie mrok
Dzwońcie by nadszedł Chrystus król

Przyszłość Europy 6

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Przyszłość Europy w rękach artystów

Kiedyś Henia „Królowa Madagaskaru” poprosiła mnie, bym pomógł przełożonej Sióstr Klarysek zanieść pakunek do klasztoru. Po drodze, by zagaić rozmowę, powiedziałem, że znalazłem dowód na istnienie Boga.
– Ciekawa jestem co to za dowód? – spytała siostra Rafaela.
– Dowodem na istnienie Boga jest ludzka głupota, coś takiego nie mogło się pojawić na drodze ewolucji – powiedziałem.
Bardzo ją to rozbawiła i stwierdziła, że to jest jedyny dowód, jaki ją przekonuje. Trochę mnie to zdziwiło i zacząłem szukać w Biblii jakichś zapisów potwierdzających. Niestety od razu trafiłem na duży problem. Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, Bogu można wiele zarzucić – bezczynność, okrucieństwo, ale nie głupotę. Coś tu nie gra. Z opresji wybawiła mnie fryzjerka mojej żony. Byłem świadkiem, jak próbowała ją uczesać i mówiła do siebie – spróbujmy to zrobić tak, nie, spróbujmy inaczej, zaraz, już wiem, zrobię to tak. Dopóki nie była pewna tego, co robi mówiła do siebie w liczbie mnogiej, a jak już wiedziała, mówiła do siebie w liczbie pojedynczej.
Gdy Bóg rozważa stworzenie człowieka mówi do siebie w liczbie mnogiej, jakby nie był pewny tego, co czyni. Wcale mu się nie dziwię. Z dzisiejszej perspektywy to na Jego miejscu zrobił bym sobie wolne już dnia szóstego. Czego się obawiał i jaki środki ostrożności podjął, że jednak nas stworzył?
Krótko po ślubie wędrowaliśmy z Ewą (czyli już żoną) po Karkonoszach. To były jej okolice, znane z dzieciństwa, wędrowaliśmy na dziko poza szlakami, trochę błądziliśmy. Wracając z tej wycieczki, trafiliśmy na jabłoń. Była jesień, na drzewie nie było prawie liści, tylko jedno jabłko prawie na samym czubku. Ewa mówi do mnie – zjadłabym to jabłko. Byłem zbyt zmęczony, by próbować po nie sięgnąć, więc mówię:
– To niech spadnie. I w tym momencie spadło.
Inna Ewa w innym miejscu zerwała jabłko, czyniąc to przemocą, zanim dojrzało. To było przedsięwzięcie o charakterze technicznym. Złapała i pociągnęła. To, co mi się przydarzyło, to było przedsięwzięcie artystyczne, nastawione na zrobienie wrażenia, z całkowitym lekceważeniem rzeczywistości. Jedyny autentyczny sposób czynienia ziemi sobie poddaną.
Stwarzając człowieka Bóg liczył się z tym, że pisaną mu karierę artystyczną człowiek poświęci dla sukcesów technologicznych i biznesowych, czym doprowadzi świat do ruiny. Za żadne skarby nie można było dopuścić do tego, by człowiek opanował cały kosmos. Co robi Bóg w tej sytuacji? Wydziela człowiekowi małą planetę gdzieś na peryferiach Mlecznej Drogi i niech tam człowiek eksperymentuje i doświadcza skutków cywilizacji, którą z dumą tworzy. Niech się zachłyśnie „Oświeceniem”, aż mu to wyjdzie gardłem, aż powróci na drogę sztuki czynienia ziemi sobie poddaną. Dopiero wtedy można go będzie wpuścić na łąki niebieskie na wędrówkę przez galaktyki, megagalaktyki i archipelagi wysp Szczęśliwych.
Wiem, że to utopia. Wiem że to niemożliwe. W Centrum Nauki Kosmicznej NASA wisi plakat z trzmielami, na którym jest napisane: ′′Ciało aerodynamiczne trzmieli nie nadaje się do latania, ale dobrze, że trzmiel o tym nie wie”. Prawo fizyki, zasada aerodynamiczna mówi, że jego szerokość skrzydeł jest zbyt mała, aby utrzymać ogromne ciało trzmiela w locie, ale on o tym nie wie, nie zna się na fizyce ani na jej logice i nadal lata.

Jednym słowem głupota to nie głupota ale terapia, która ma nas wyleczyć z wiary w postęp cywilizacyjny i wyprowadzić w kosmos. Na przygodę z jabłkiem można też spojrzeć z innej strony, bez mieszania do tego Boga. Dwa i pół tysiąca lat temu dwóch fizyków napisało dwa zupełnie sprzeczne poematy pt. O fizyce. Dopiero dziś zaczyna do fizyków docierać, że fizyka współczesna nie jest fizyką. Jest matematycznym opisem naszych wrażeń, natomiast pytanie, co jest źródłem tych wrażeń jest coraz bardziej palące i nieoczywiste.
Bracia Wachowscy uświadomili nam że źródłem naszych wrażeń może być Matrix. Matrix Wachowskich wywoływał iluzję rzeczywistości, u ludzi odciętych od rzeczywistości.
Powódź w Kłodzku przewróciła w Parku Sybiraków figurę św. Trójcy. Z cokołu wystawała jakaś dziwna konstrukcja, jak przyszedłem na drugi dzień już jej nie było. Zapamiętałem zasadę jej budowy, można ją określić jako czterdzieści i cztery. Figurę nazwijmy Matrix 44 . Odtworzyłem tę figurę na lekcjach informatyki z uczniami Szkoły Podstawowej w Bierkowicach i pokazałem na Festiwalu Nauki we Wrocławiu. Matrix 44 w połączeniu z lekcją optyki kwantowej w klasie Kucharzy Małej Gastronomii rzuciły nowe światło na przygodę z jabłkiem.
Matrix 44 jest źródłem wrażeń, a nam się tylko wydaje, że to rzeczywistość je wywołuje. Ciekawe, że Parmenides z Elei w poemacie O prawdzie i mniemaniu mówił to samo już dwa i pół tysiąca lat temu i przestrzegał przed pójściem drogą mniemania. W Apokalipsie św. Jana jest opis Nowej Jerozolimy niewiarygodnie zbieżny z Matrixem 44. Niewiarygodne, że Lucy intryguje czwórka, a wcześniej przypomina słynne „a imię jego 44”.
Ale wróćmy na ziemię. Matrix 44 pozwala zrezygnować z dowodu na istnienie Boga z powodu nieobecności Boga, ale wtedy zostaje głupota. I tak źle, i tak źle.

PS 1 od Adminki:

Oto model Niebiańskiej Jerozolimy:

Sześcian o wymiarach 6 x 6 x 6 centymetrów, wykonany z deszczułek o grubości 7 milimetrów, czyli dość grubych. Kostka jest otwieranym pudełkiem, wieczko jest umocowane na zawiaskach i zamykane na mały metalowy zameczek, w którym kulista główka wchodzi w mały otworek. W środku znajdują się bardzo praktyczne i poręczne przybory do szycia (wciąż ich używam).

Trzy ścianki kostki są pomalowane na żółto, trzy na zielono, obramowanie jest białe i czarne, narożniki czerwone i niebieskie. Całość wygląda jak przedmiot wykonany podczas lekcji prac ręcznych i, jak na taki przedmiot, jest wykonana bardzo starannie. To jak sądzę produkt ready made w stylu Duchampa.

Do kostki przynależy niebieska kartka z opisem przedmiotu i informacją.

A położenie miasta onego jest czworograniaste,
a długość jego taka jest jak i szerokość.
I pomierzył miasto ono trzciną
na dwanaście tysięcy stajań; a długość i szerokość,
i wysokość jego są równe.
Apocalypsis 21.16

Marek Włodarczak, “Złota Jerozolima”, 38 x 54, rys 3D, technika własna
Wyróżnienie

Marek przyjechał do Berlina odebrać honorarium za Historię Seksu w/g Emerytowanego Komandora Spływu Kajakowego. Przywłaszczyłam sobie tę kostkę, bo Marek pakując plecak przed wyjazdem, trzymając ją w ręku, powiedział, że chce mi coś dać w podziękowaniu za gościnę. Wyciągnęłam rękę i wzięłam od niego tę kostkę, a wtedy się okazało, że to nie to miało być, że TO to dzieło sztuki filozoficznej, że dostało nagrodę i że jest czymś w rodzaju magicznego wahadła jak na obrazie Piera della Franceski. I że to niebiańska Jerozolima.

PS 2 od Adminki:
Mnie intryguje 40; w połączeniu z czwórką Łucji (Lucy) Fice, produkujemy nasze kobiece 44.

Don Kichot podczas świąt

Ewa Maria Slaska

Dwukrotnie przed świętami spotkałam się z Don Kichotem w Berlinie – raz w operze i raz w teatrze, przypomniałam też słuchowisko i grafiki Czesława Tumielewicza. Jeśli myślicie, że to koniec, to zapewniam Was, że nie, to nie koniec.

W zakupach przedświątecznych znalazła się butelka białego hiszpańskiego wina La Mancha i wierzcie mi, nie szukałam specjalnie. Była w zwykłym sklepie.

Podczas świątecznej wizyty w muzeum zobaczyliśmy wiatrak van Gogha z roku 1886 (to ten słynny Wiatrak La Galette na Montmartrze, malowany również przez innych malarzy, w tym najsłynniejszy – Renoira) i obraz Honore Daumiera Don Kichot z Sancho Pansą z 1866 roku.

W świątecznej lekturze znalazła się natomiast taka oto informacja z Wikipedii:

Дон Кихот (Don Kichot) 4-aktowa sztuka teatralna wg Cervantesa autorstwa sowieckiego pisarza Michaiła Bułhakowa, autora kultowej powieści Mistrz i Małgorzata. Bułhakow ukończył pisanie Don Kichota 18 grudnia 1938 roku. Bułhakow znał hiszpański, czytał Cervantesa w oryginale i kochał Don Kichota. Jednak nie doczekał wystawienia swojej sztuki. Umarł 10 marca 1940 roku, a premiera odbyła się 15 marca 1941 roku w Teatrze Alexandrinskim w Leningradzie.

Jak każda współczesna wersja Don Kichota, również wersja Bułhakowa jest znacznie skrócona, zostaje oczywiście walka z wiatrakami, jeden lub dwa napady na podróżnych, które nieodmiennie kończą się wybatożeniem lub pobiciem błędnego rycerza i jego giermka oraz wizyta u księcia i księżnej, którzy mianują Sancho Pansę gubernatorem wyspy (остров Баратария). Podobnie jak u Cervantesa, giermek okazuje się sprawnym i sprawiedliwym sędzią i wyznającym ideały demokracji prawodawcą, rezygnuje jednak z funkcji i wraca do swojego pana. Natomiast oryginalnym pomysłem Bułhakowa jest wprowadzenie do akcji siostrzenicy rycerza, Antonii, która przebiera się za księżniczkę i udaje się na poszukiwanie wujaszka. Towarzyszy jej w tym przedsięwzięciu Szymon Carasko, bakałarz, który podaje się za rycerza i wyzywa Don Kichota na pojedynek. Don Kichot natychmiast się zgadza, Carasko głosi bowiem, że najpiękniejszą damą jest jego wybranka, księżniczka Antonia, podczas, gdy oczywiście tytuł ten należy się Dulcynei z Toboso. Carasko umawia się, że ten kto zwycięży, ma prawo zadecydować o dalszych losach pokonanego przeciwnika. Carasko zwycięża, Antonia zajmuje się wujem, zdradza mu, kim jest i zabiera go do domu. Po drodze Don Kichot przyznaje Antonii, że jest jednak ładniejsza niż Dulcynea.

***

No i ostatnia wiadomość przedświąteczna z Baratarii (tu):

Wyspa Piel (Poel) w Anglii (nieopodal wyspy Man) na morzu pomiędzy Anglią a Irlandią poszukuje nowego zarządcy, który musi również prowadzić pub i otrzyma tytuł… króla! Podczas intronizacji na głowę króla wylana zostanie beczka… piwa.

Wyspa ma 20 hektarów powierzchni i nikt na niej nie mieszka oprócz króla i turystów.

Stanowisko obejmuje się na dziesięć lat.

Niestety – tylko dla Brytyjczyków!

piel island

Cztery rzeczy, osiem pokoleń

Ewa Maria Slaska

Znalazłam gdzieś na półce książkę, którą mam, choć w ogóle nie wiedziałam, że tak jest, ba, mam ją pewnie od jakiegoś czasu, ale nigdy nie przeczytałam. Nawet nie wiem, skąd ją mam. Kupiłam? Dostałam? Pożyczyłam i nigdy nie oddałam, bo nie wiedziałam komu?

Książka została wydana dziesięć lat temu. Mam ją już tak długo? Ciekawe, dlaczego jej nigdy nie przeczytałam? Ciekawe skąd się wzięła?

No cóż, nie odpowiem sobie na te pytania, w zamian więc postanowiłam zacytować jej maleńki fragment i podywagować o różnych sprawach.

Boeing należący do Alitalii pędzi pasem lotniska w Sydney. Potem kolej na bezkresną panoramę miasta. Myślę o tym, co widziałem w podróży. Australia. Kontynent większy od Europy, a tylko osiemnaście milionów mieszkańców. Kraj, który robi ścisłe kontrole na granicy, a który jest jednak gotów przyjąć wietnamskich uciekinierów – boat-people. Kraj nastawiony pokojowo, wielokulturowy, o solidnej demokracji, a który wcześniej unicestwił Aborygenów. Kraj bez bomby atomowej, gdzie służba wojskowa nie jest obowiązkowa i gdzie uczniów szkół podstawowych, chłopców i dziewczęta, uczy się, oprócz innych przedmiotów, czterech rzeczy: przyszyć guzik, uprać i uprasować koszulę, posłać łóżko i przyrządzić normalny posiłek dla dwóch osób. Zdaje się z tego później egzamin.
Bye, bye, Australio.

Czytelnik, Warszawa, 2012, s. 132; tłum. Joanna Ugniewska.

Chyba wszyscy potrafią lub będą potrafili, gdy podrosną, przyszyć guzik, posłać łóżko i uprać koszulę. Inaczej jednak ma się sprawa z zadaniem, jakim jest przyrządzenie posiłku, bo przyrządzić to nie znaczy ugotować. Czy to znaczy upolować jelenia? Czy obsiać pole, zżąć i zmielić ziarno? Wyhodować kurę i zebrać jarzyny posadzone we własnym ogrodzie? A może, tak jak my to robimy, już tylko kupić produkty? A może kupić kotlety rozbite i otoczone w panierce przez rzeźnika? Czy po prostu nabyć gotowe dania i je podgrzać? Co rozumiemy, gdy odpowiadamy na takie pytanie “tak” lub “nie”. To sprawy generacyjne.

A z generacjami jest tak:


Patrzę i patrzę na tę tabelkę i początkowo wcale nie jestem pewna, że tak jest, jak na tej tabelce, i myślę, że może tak jest tylko wtedy, gdy się patrzy na świat z wyżyn świata anglosaskiego. Ale im więcej myślę o tych generacjach, tym bardziej wydaje mi się, że ta tabelka ma sens, choć może nie wszystkie nazwy pokoleniowe go mają.

Lost Generation to moja babka i jej rodzeństw, pokolenie, które urodzone podczas rozbiorów, doczekało Wolnej Polski. Na pewno by się oburzyli, gdyby się dowiedzieli, że są Straconym Pokoleniem.
Greatest Generation chyba w mojej rodzinie przepadła, pod sam jej koniec rodzą się moi rodzice, choć tak naprawdę to w całości reprezentują oni Silent Generation, łącznie z tym, że żyli milcząc o przeszłości.
Ja to Baby Boomers (w Polsce nazywano nas Wyżem Powojennym)
Generation X to mój syn.
Millenialsów w rodzinie nie ma. Mówi się, że się dorabiają i nie angażują.
Generację Z reprezentuje przyszywany wnuk, a prawdziwy wnuk i jego kuzyni i kuzynki to generacja Alfa.

Te dziury pokoleniowe biorą się stąd, że w naszej rodzinie raczej długo trwa, zanim urodzi się następna generacja. Moja babka miała 32 lata, gdy urodziła się moja mama. Moja mama ma 27 lat, gdy rodzę się ja, i podobnie – ja mam 27 lat, gdy rodzi się mój syn, a on ma lat 34, gdy rodzi się jego syn. Na przestrzeni pięciu pokoleń zgubiliśmy 32 lata – półtora pokolenia.

Lost Generation to pojęcie znane. Hemingway twierdzi, że wymyśliła je Gertruda Stein i miała na myśli ludzi, którzy za dużo pili i nie okazywali szacunku starszym. Hemingway sportretował ich w powieści Słońce też wschodzi. Byli to Amerykanie w Paryżu, ci wszyscy pisarze, którzy mieszkali tu w latach 20 i 30: Henry James, Ezra Pound, T. S. Eliot, Ernst Hemingway, F. Scott Fitzgerald. Byli częścią “wielkiej ucieczki z Ameryki”, uciekali przed miałkością kultury amerykańskiej i banalnością amerykańskich aspiracji społecznych. Uważa się, że Lost Generation to pokoleniowo ci, którzy dorastali w czasie I wojny, ale tragizmu ich losom przydała druga wojna, a nie pierwsza.
Pokolenie zwane Lost Generation już nie żyje.

Dlaczego jednak pojawiły się nazwy Silent Generation albo Greatest Generation? Ci cisi to pokolenie moich rodziców. W Polsce po wojnie na wszelki wypadek nikt o niczym nie mówił, rodziny żydowskie bały się powrotu dawnych prześladowań, rodziny akowskie – nowych prześladowań, ci, co zagrabili mienie pożydowskie – rozliczenia, rodziny niemieckie – tego, że im się przypomni ich niemieckość. Myślę, że tak samo milczało się w całym Bloku Wschodnim. Na pewno milczało się też w Niemczech Zachodnich o przeszłości nazistowskiej. Pół Europy milczało, ale czy Amerykanie to wiedzieli?

Oczywiście nie wiedzieli. Określenie narodziło się w kapitalistycznych korporacjach i oznacza, że było to pokolenie tradycjonalistów, przyzwyczajone do ciężkiej pracy i lojalności, a zatem… nie pyskujące.
Również Greatest Generation jest pojęciem amerykańskim – to ci, którzy przeżyli Wielką Depresję i walczyli z Niemcami podczas II wojny światowej.

Pokolenie B (Baby Boomers) chciało się dorabiać.
Pokolenie X, odcięło się od rodziców i nastawiło na osiągnięcie statusu.
Pokolenie Millenialsów zwane jest również pokoleniem “me” i jest przez świat traktowane jako egoistyczne, choć ja osobiście znam masę ludzi z tego pokolenia, którzy są głęboko zaangażowani w sprawę praw człowieka i praw kobiet.
Pokolenie Z to pierwsi prawdziwi ludzie cyfrowi. I pierwsi, którzy dopominają się o globalny dobrostan całej Ziemi.

Jak więc przygotowują posiłek osoby z poszczególnych pokoleń?

Lost Generation – bogaci i zamożni mieli kucharkę, mogli w ogóle nie umieć gotować. Ubodzy gotowali proste potrawy i każdy umiał je ugotować. To oznacza, że zadania wymyślone dla uczniów australijskiej podstawówki miały sens nie tylko genderowy, ale również klasowy.
Klasyfikacja: +/-
Greatest Generation – przed wojną było tak samo jak przedtem, po wojnie – każdy musiał się nauczyć coś ugotować; sztuką było ugotowanie smacznie i różnorodnie z coraz mniejszej ilości dostępnych produktów.
Klasyfikacja: +
Silent Generation – jw.
Klasyfikacja: +
Baby Boomers – jw.
Klasyfikacja: +
Generacja X – pomiędzy stołówką a sprawną matką, lub babcią, nie trzeba się uczyć gotować, choć potem w życiu umiejętność okazuje się niezbędna.
Klasyfikacja: – –>+
Millenialsi – jak nie muszą, to nie umieją (to być może dla nich szkoła australijska wymyśliła takie zajęcia w programie szkolnym)
Klasyfikacja: –
Generacja Z – nie muszą, bo w sklepach można kupić dziesiątki fajnych potraw
Klasyfikacja: – a mimo to +
Generacja Alfa – nie muszą, bo wciąż jeszcze jedzą to, co przygotują dorośli; w razie potrzeby umieją wyżywić się bananami, mlekiem i krakersami
Klasyfikacja: –

Wniosek – do końca lat 80 wszyscy musieli umieć gotować; dziś nie musi już nikt.

Na zdjęciu poniżej tradycyjne potrawy wigilijne. Być może pokolenie X jest ostatnią generacją, która jeszcze je przyrządza.