Poniemieckie, pobabcine, podziadkowe, porodzinne

Ela Kargol

Przyznaję, też uległam modzie na poniemieckie. Choć poniemieckość interesowała mnie już dużo wcześniej. Poniemieckość była na wyciągnięcie ręki, mimo że Poznań i Wielkopolska, skąd mój ród ze strony matki, niepodległość uzyskała po Powstaniu Wielkopolskim, a poniemieckość według słownika PWN dotyczy „mienia, ziemi: pozostałych po Niemcach, którzy do II wojny światowej mieszkali na zachodnich terenach dzisiejszej Polski“ czyli ziem tzw. „odzyskanych”. Moje znaczenie poniemieckiego mocno rozszerzam, dla swoich potrzeb.

Urodziłam się w Poznaniu w szpitalu zaprojektowanym przez niemieckiego architekta Heinricha Grüdera. Szpital do dziś jest szpitalem, jak kilka innych szpitali poniemieckich w Poznaniu. W poznańskim Pałacu Kultury, dawnym Zamku Cesarskim – wybudowanym dla cesarza, przebudowanym dla Führera – chodziłam co roku na baliki noworoczne i na zajęcia taneczno-plastyczne. Na poznańskiej Cytadeli bawiliśmy się w poniemieckich fortyfikacjach, na poczcie przy Kościuszki, której budynek zaprojektował ten sam niemiecki architekt, który projektował Zamek Cesarski w Poznaniu, pracowała moja ciocia. A Dąbrówka, (VII Liceum Ogólnokształcące im. Dąbrówki w Poznaniu) za kilka lat będzie obchodzić jubileusz 200-lecia istnienia szkoły, szkoły założonej w roku 1830 jako Luisenschule, najpierw prywatnej, a potem przejętej przez pruski system oświaty. Szkołą polską stała się w roku 1919.

Nie pamiętam niemieckich cmentarzy w Poznaniu. Ten, na którym powstało w latach 60. ubiegłego wieku Osiedle Wielkiego Października, później Pod Lipami, poznałam dużo później, już nie jako cmentarz, ale park, a ten naprzeciwko poniemieckiego szpitala (Evangelische Diakonissen-Krankenanstalt) Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Poznaniu, jeszcze później.

Ale pamiętam inny cmentarz niemiecki, w Sośnicy koło Pleszewa, na który chętnie biegaliśmy i wśród znikających poniemieckich nagrobków uczyliśmy się zaciągać pierwszmi kradzionymi u wujka papierosami. A gdy zabrakło papierosów, skręcaliśmy je z cmentarnej trawy i zdziczałych roślin nagrobnych opakowanych w jakąś PRL-owską gazetę.

Michu, kundel przychodził z nami. Czasem musiał udawać Szarika, a my pancernych. Niemcy leżeli w grobach. Wyobraźnia podpowiadała różne rozwiązania wygranej walki, ba, wojny. Odznaczenia też mieliśmy poniemieckie, prawdziwe, z prawdziwej wojny, tej pierwszej, tej wielkiej, tej dziadkowej w pruskim mundurze. Brat dziadka był za młody, został w domu, w tym domu, niedaleko cmentarza, domu, którego już nie ma, zostało po nim kilka kamieni, które mam sobie odebrać, bo zbieram ślady. Brat dziadka zginął w Powstaniu Wielkopolskim, gdzieś pod Gnieznem, a dziadek wrócił do Polski z żelaznym krzyżem i z Błekitną Armią Hallera.

Ktoś z przytomnych rodziców pozbierał te odznaczenia, te krzyże żelazne, oddał dziadkowi. Dopiero kilka lat temu przepadły.

Moi dziadkowie urodzeni w zaborze pruskim posługiwali się równie dobrze językiem polskim jak i niemieckim. Nawet mama urodzona przed wojną, tą drugą, w Polsce, pracując u Niemca w czasie wojny, nauczyła się języka.

Poniemiecki język bardzo się przydał, gdy ja jeszcze go nie znałam. Posługiwano się nim jak szyfrem. Wszystkie ważne sprawy, które chciano w mojej obecności przemilczeć, omawiane były w języku właśnie poniemieckim, no bo jak go inaczej nazwać? A ja siedziałam jak na tureckim kazaniu. Gdy już zaczęłam uczyć się niemieckiego w szkole, zauważyłam w domu poniemieckie książki, encyklopedie Brockhausa, leksykony Meyersa, powieści, bajki. Nawet Mein Kampf między dziełami Lenina i starymi rocznikami Przekroju był odłożony na piwniczną półkę. Dzieła Lenina oddałam na makulaturę. Przekroje i dzieło Adolfa zostały, tak jak poniemiecki elementarz mojej mamy.

W pierwszej klasie mama uczyła się pisać rysikiem na tabliczce. To było jeszcze w polskiej szkole, w Nowym Tomyślu. W drugiej klasie, w roku 1939, dostała elementarz, który zachował się do dnia dzisiejszego: Die Fibel für den Reichsgau Wartheland Hirt’s Schreiblesefibel. Ferdinand Hirt był prężnym wydawcą. Wydawnictwo działało we Wrocławiu od 1847 roku. W czasie wojny musiało współpracować z reżimem, skoro ukazywały się takie właśnie elementarze z nazistowskimi treściami i ilustracjami.

Na okładce jest zdjęcie Zamku Cesarskiego w Poznaniu, zamku poniemieckiego, o którym już wspominałam. Obok ratusza to jeden z bardziej rozpoznawalnych budynków miasta. Architektem był Franz Schwechten, ten od Poczty Polskiej w Poznaniu, od Kościoła Pamięci w Berlinie, od ruin Anhalter Bahnhof tamże i ruin Wieży Quistorpa w Szczecinie, ten od budynków poniemieckich i niemieckich, które są i których już nie ma, ten od ruin.

Kilka lat temu odwiedziliśmy z moją mamą jej starą szkołę w Ośnie Lubuskim (dawniejsze Drossen), szkołę, w której mama zdała w roku 1951 maturę, szkołę z czerwonej cegły, dawne Królewskie Ewangelickie Seminarium Nauczycielskie (Das Königliche Lehrer – Seminar). Mama opowiadała o poniemieckich cyrklach i mapach. Myślę, że pomocy naukowych mogło być dużo więcej. Ostatnio takie poniemieckie szkolne skarby, mapy, tablice, filmy, zwierzątka w formalinie oglądałam w szczecińskim liceum, dawnym Stadtgymnasium, obecnie I Liceum Ogólnokształcące im. Marii Skłodowskiej-Curie w Szczecinie.

Jest jeszcze worek na kartofle. Ja go tak pamiętam, długo po wojnie był u nas w domu używany właśnie do przechowywania ziemniaków. Kojarzyłam go z pocztą. Niedawno dowiedziałam się, co znaczy skrót widoczny na worku, że był to tzw. Heeresverpflegungssack (worek zaopatrzenia armii).

Mieliśmy też naczynia, sztućce, niektóre ze swastyką. Przepadły albo zmieniły właściciela. Oprócz jednej popielniczki wmurowanej w filar podpierający taras naszego poznańskiego domu. Była i jest dla niektórych solą w oku. Dla mojego ojca, twórcy tej niezwykłej mozaiki, żartem poniemieckim, wśród skorup chodzieskiej porcelany.

Tak jak żartem jest okładka nacjonalistycznego poradnika dla niemieckich matek: Die deutsche Mutter und ihr erstes Kind, skrywająca w sobie dość intymny pamiętnik mojego taty. Pamiętnik / książkę znalazłam dopiero po jego śmierci.

Tata był również budowniczym domu, tego z popielniczką ukrytą w mozaice. Fundamenty mojego rodzinnego domu stoją na poniemieckiej cegle. Po cegłę jeździłam z ojcem do któregoś z pruskich fortów poznańskich na Winiarach.

Najcenniejszą dla mnie pozostałością poniemieckich czasów jest karmel, karmel ze Zbąszynia, z roku 1940 lub 1941. Cukier dostała babcia od Wilhelmki, jednej z tych „dobrych Niemców”, w tym wypadku Niemki.

Gdy dom w Nowym Tomyślu zajęli Niemcy, a inni Niemcy wyrzucili dziadka z magistratu, to „dobry Niemiec” znalazł dziadkom pracę i mieszkanie w Zbąszyniu. Tam mieszkali jakiś czas w pięknym “pałacyku”. W pałacyku był bank, w którym dziadek pracował, a babcia sprzątała. W pałacyku mieszkała też Niemka Wilhelmka, której mąż był na froncie, syn inwalida, rozczarowany wojną i Hitlerem mieszkał z matką, a drugi syn, wielbiący Hitlera, podczas urlopu odwiedzał brata i matkę. Była jeszcze córka Inga, studiująca w Poznaniu, a gdy weszli Rosjanie chowała się razem z moją mamą pod materace. Babcia razem z Wilhelmką robiły czasem karmelki, z „niemieckiego” cukru. Wilhelmka dzieliła się z wszystkimi wszystkim, co miała.

Nakrętka jest mocno powojenna, ja pamiętam, że butelka miała korek.

Jest jeszcze walizka, która, prawdopodobnie tak jak wyżej wspomniana popielniczka, przyjechała do Poznania z Nowego Tomyśla. Mama opowiadała, że z tą walizką uciekali we wrześniu 1939 z Nowego Tomyśla do Poznania. Inne walizki zostały na dworcu. Była najlżejsza i przy Hände hoch ojciec mamy mógł ją udźwignąć do góry. Resztę musieli zostawić.

W Nowym Tomyślu miałam kuzynki. Każde lato spędzałam kilka tygodni u nich i nigdy nie przyszło mi do głowy, że gospodarstwo ich dziadków stało się ich własnością dopiero po wojnie. Pamiętam poniemiecki piec chlebowy i smak chleba już polskiego, i duże liście chrzanu, w które był zawijany. Dom i zabudowania gospodarcze stoją do dzisiaj. Niedawno pozbierałam stare kafle zburzonego już pieca, kafle produkowane w Fürstenwalde.

Te wszystkie sprzęty wracają pomału do Berlina.

A więc przestają być poniemieckie, stają się znowu niemieckie?

Heim ins Reich, chciałoby się rzec, ale chyba nie do końca.

Chichot historii? Prędzej.

Ja w końcu też wybrałam Berlin, wtedy jeszcze murem podzielony. Poniemieckie historie zostawiłam w Polsce, wybrałam niemieckie.

Powrotne książki zajmują miejsce w szafie Martina, naszego sąsiada, byłego żołnierza Wehrmachtu, którym opiekowaliśmy się w Berlinie aż do jego śmierci, a któremu Polacy zaraz po wojnie uratowali życie. Szafę z książkami i kilka innych mebli zapisał nam w testamencie.

W mojej berlińskiej piwnicy znalazłam właśnie niekompletny miśnieński serwis do kawy. Nie wiem, czy należał do Martina? Córki wstawiły już zdjęcie filiżanek do sprzedaży na ebayu.

Kilka lat temu odkryłam Szczecin i jego stettińską historię. Dzięki szczecińskim pasjonatom, takim jak Michał Rembas, Monika Szymanik, Siłaczka Wiesia, Artur Skiwski, Zuzanna Gonera, Dorota Pundyk i wielu innych szukam śladów, śladów poniemieckiej przeszłości.

Ten krótki mój tekst ukazał się kiedyś na stronie stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V.

Ponieważ stronę przebudowano i linka do tekstu znaleźć nie mogę, cytuję go tu:

W Muzeum Historii Szczecina stoi rower, piękna zielona damka wyprodukowana na licencji szczecińskiej fabryki Stoewer-Werke AG. Aż chciałoby się wsiąść i pojechać, tym bardziej, że wypożyczenie roweru miejskiego przekracza moje możliwości, a właściwie umiejętności i mój stan posiadania gadżetów typu dobry smartfon, aplikacje, online banking itp.

A więc z tęsknotą i zachwytem spoglądam na rower z zakładów Stoewera.

Fabryka ta bardzo dobrze prosperowała przed wojną, produkując nie tylko rowery, ale także maszyny do szycia i pisania, a przede wszystkim szeroko pojęte automobile. Podczas wojny fabryka uległa prawie całkowitemu zniszczeniu. Po odbudowie stała się Szczecińską Wytwórnią Sprzętów Metalowych, później Szczecińską Fabryką Motocykli, a przed upadkiem Fabryką Mechanizmów Samochodowych POLMO.

Rower jest częścią stałej wystawy Hans Stettiner i Jan Szczeciński. Życie codzienne w Szczecinie w XX wieku.

Życie Hansa i Jana ukształtowała wojna. Hans opuszczał w pośpiechu Szczecin, swoją fabrykę lub inne miejsce pracy. Jeśli miał „szczęście”, to został i pomagał Janowi uruchamiać miasto, by w końcu i tak wyjechać. A Jan uczył się miasta od podstaw, zajmując mieszkanie Hansa, które uniknęło cudem alianckiego bombardowania.

Był jeszcze Iwan, który wywoził z miasta co cenniejsze, a potem na długie lata został i pilnowal porządku przez siebie ustanowionego.

Jeżeli zaś, nazwijmy go, Jankiel, jakimś cudem przetrwał wojnę w Szczecinie lub po wojnie do niego przybył, długo tu nie zagościł. Emigrował dalej.

Mogło być tak, jak u naszego kuzyna, którego matka Jadwiga osiadła w Szczecinie, szukając szczęścia i męża na ziemiach odzyskanych. Nie wszystko jej się udało, ale poniemieckie mieszkanie, które przypadło im w udziale, było porządne, jak na tamte czasy. Jan mieszka w nim do dziś. Po śmierci brata stoczniowca, który zginął w grudniu 1970 roku, Hans zacząl wysyłać Janowi paczki z żywnością i lekarstwami. Niedawno wnuk Hansa, szukając śladów dziadka, stanął przed kamienicą przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego, dawnej Beringstraße. Zapukał do drzwi mieszkania Jana, drzwi z otworem na Listy/Briefe, które pamiętają z pewnością jeszcze Hansa.

Szczecin i jego przedwojenna i powojenna historia pochłonęły mnie bardzo.

Wiem, że może tego nie powinnam robić, ale spacerując po Arkońskim Lesie (dawniejszym Eckerberger Wald) w Szczecinie, podchodząc do ruin Wieży Quistorpa zabrałam do plecaka cegłę, których jeszcze tu dużo. Cegłę Schwechtena, której architekt prawdopodobnie nigdy nie miał w ręku. Kiedyś może zamiast kwiatka położę ją na jego berlińskim grobie.

Poniemieckie było z nami tak długo, jak żyli rodzice, uszczuplone przez wojenne tułaczki, przeprowadzki, przez zbieraczy i naciągaczy, przez nas samych, którzy obrastamy w rzeczy i często pozbywamy się tych, których może pozbyć się nie powinniśmy.

Dzisiaj, gdy stoję krótko przed sprzedażą rodzinnego domu i przed pozbyciem się sprzętów, tych, co przetrwały obie wojny, nie tylko tych poniemieckich, ale tych pobabcinych, podziadkowych, porodzinnych i innych, chciałabym je wszystkie zatrzymać, albo umieć zatrzymać te ważne, tak jak zrobili to dziadkowie i rodzice.

Prawdopodobnie niektóre z nich ocalę od zapomnienia, ale kto ocali je potem?

***

Ilustracje

1. Budynki Schwechtena w Poznaniu, Berlinie, Szczecinie


2. Poniemiecki cmentarz w Sośnicy

3. Poniemiecki elementarz, worek, karmel, mozaika…


4. Poniemieckie gospodarstwo w Nowym Tomyślu, tam gdzie bawiłam się z kuzynkami

5. Poniemiecka szkoła mojej mamy w Ośnie Lubuskim


6. Szczecin


7. Szafa Martina 

Czas ogórków małosolnych i węzy pszczelej

Ela Kargol


Czas ogórków małosolnych zaczyna się w Biedronce już na początku maja.
Na półkach obok humusu i guacamoli pojawiają się małe plastikowe wiaderka z małosolną ogórkową zawartością. Każde wiaderko jest na swój sposób nieszczelne i podczas transportu zaznacza wszędzie swoją obecność.
Pochłaniam te biedronkowe małosolniaki aż do sierpnia. W międzyczasie sama coś ukiszę, ale życie małosolnych jest ulotne, trwa za krótko, potem są tylko kiszone i to one zostają mi w kamiennym garnku z koprem, czosnkiem, chrzanem i wspomnieniem po małosolnych, z propozycją na zupę ogórkową.

Zaopatrzona w małosolne wyruszam na tylnym siedzeniu toyoty do krainy jeży i rukonków, pszczół i komarów, starych domów i jeszcze starszych dębów, nieistniejących już pałaców i dworów, rodów szlacheckich i tych bez przedrostka von, do krainy której już nie ma na mapie, ale ciągle gdzieś tam jeszcze jest, we wspomnieniach i wyobraźni, w pamięci drugich, trzecich pokoleń, w pamięci internetu i ludzi z tych stron, przybyłych po roku 1945 i tych, którzy po 1945 stąd wyjechali.

Continue reading “Czas ogórków małosolnych i węzy pszczelej”

Pozdrowienia dla Don Kichota (wiatraki)

Ela Kargol, Krysia Koziewicz, Ewa Maria Slaska

Żary i okolice

Amsterdam

Berlin

Bredstedt (Fryzja Północna)


Fragment mojej powieści Sen amerykański. Pokolenie Solidarności. Fragment zupełnie niezwiązany z tematem i treścią tej powieści.

Continue reading “Pozdrowienia dla Don Kichota (wiatraki)”

Wędrówki po Westendzie

Ela Kargol

Wędrówki po zdrowie, zapach bzu i figury w parku


Dzisiaj kolejny szpital w moich wędrówkach po zdrowie, DRK Kliniken Berlin Westend w Charlottenburgu na Westendzie, dzielnicy, która swoją nazwę zawdzięcza londyńskiemu Westendowi i ma wiele wspólnego z Westendem szczecińskim. To Heinrich Quistorp, brat szczecińskiego Johannesa był jednym z założycieli berlińskiego Westendu.

Ale szpital powstał później.

Continue reading “Wędrówki po Westendzie”

Don Kichot, który przyszedł. Sen Don Kichota.

Dziękuję Eli Kargol za znalezienie tej piosenki, która jest polską interpretacją słynnego zakończenia musicalu The Man of Mancha (The impossible Dream). Słowa polskie Andrzej Saciuk, muzyka (musical) Mitch Leigh, opracowanie muzyczne (piosenka po polsku) Henryk Debich, śpiewa po polsku Jerzy Połomski.

Don Kichot umiera. Jest przy nim tylko zapłakany, nieutulony w żalu Sancho Pansa. Jego pan go pociesza.

wezwij mnie, kiedy dotrę do gwiazd

Chcę gnać, chociaż pada już koń, 
do gwiazd chcę wyciągać mą dłoń  
i łez nie wylewać nad sobą, 
ach być jeszcze prędszym niż wiatr.


I drwić z niespokojnych tych lat,
jak dom przebudować ten świat 
i kpić sobie z tych, co się modlą,
i nieść tę nadzieję jak kwiat.


Oto mój krzyk i oto mój cel
kto wie, jak daleko,
czy dojdę, czy nie,
zacznę dawać, 
gdy już nie zostanie mi nic.


Pragnę walczyć na śmierć,
aby honor mój dalej mógł żyć.
Wiem już dziś, że niełatwy to szlak 
i że nie chciałbym tak, 
by mój sen był silniejszy niż ja,
był silniejszy niż ja.


Wezwij mnie, gdy wypiję do dna, 
wezwij mnie, kiedy dotrę do gwiazd,
o, daj, bym do śmierci aż marzył,
by sen był silniejszy niż ja.

The Impossible Dream (The Quest) piosenka napisana przez Mitcha Leigha do musicalu Człowiek z Manchy, którego autorem był Dale Wasserman. Najpierw Wasserman na podstawie powieści Cervantesa napisał w roku 1959 sztukę teatralną, która opowiadała i o Don Kichocie, i o Cervantesie, stającym przed sądem inkwizycji. W roku 1965 Wasserman przerobił swą sztukę na musical, grany na Broadwayu. Partię Don Kichota śpiewał m.in. Elvis Presley, a piosenka The Impossible Dream stała się dzięki niemu znana na całym świecie. Od momentu premiery, czyli od prawie 60 lat śpiewały ją dziesiątki piosenkarzy, m.in. Sarah Connor, która umieściła cover Snu na płycie Soulicious. W roku 2019 Andy Williams  zaśpiewał jej cover w filmie John Wick: Kapitel 3  Lista interpretatorów Snu znajduje się TU. Lista nie jest pełna. Połomskiego na niej nie ma. Poniżej pierwszy Człowiek z Manczy, tak jak pojawił się na Broadwayu, Richard Kiley:

A tu Elvis:

Don Kichot w Amsterdamie

Ela Kargol

Chciałam zrobić admince przyjemność, sobie zresztą też, bo odkąd poznałam Ewę, niepoprawną Donkiszotkę, sama się nią po trochu stałam i ciągle szukam, jak nie Don Kichota, to Baratarii.
Pod koniec marca pojechaliśmy do Amsterdamu, rodzinnie. Plan zwiedzania był dość napięty, choć nie uwzględniał hitu sezonu czyli wystawy Vermeera.

Skoro już nie obejrzałam Vermeera, nie pojechałam do Delftu, miasta narodzin i śmierci artysty (to akurat było w planie, a odnośnie deklinacji, to podobno ma tak być – do Delftu – choć ja napisałabym do Delft), pomyślałam, że do widoku amsterdamskich wiatraków przydałby się Don Kichot lub jego brak.

Continue reading “Don Kichot w Amsterdamie”

Chodzenie po mieście, żonkile…

Dziś zapraszamy na krótkie spotkanie na stacji Grunewald z okazji 80 rocznicy wybuchu powstania w Getcie Warszawskim.
O godzinie 11 przejdziemy na peron 17 (Gleis 17) i pod pomnik koło stacji, aby chwilą milczenia uczcić żywych i umarłych oraz położyć im żonkile.

Ten wprowadzony przez Marka Edelmanna zwyczaj coraz bardziej się rozpowszechnia. W Polsce już wszędzie znaleźć można kwitnące lub papierowe żonkile. Z inicjatywy Autorki tego wpisu powoli upowszechniamy go również w Berlinie.

Ela Kargol

KGA. Reblog z Facebooka z 12 kwietnia 2019 roku.

Umówiłam się z koleżanką na kawę w KGA. Kto zna Berlin i tam był, wie co ten skrót oznacza. Königliche Gartenakademie (Królewska Akademia Ogrodnicza) oddalona jest od miejsca, w którym mieszkam, o kilka rzutów kamieniem. Aż wstyd się przyznać, że jeszcze nigdy tam nie byłam. Przejeżdżałam obok dziesiątki razy, jadąc rowerem do pracy wzdłuż ogrodu botanicznego i kilka razy nawet spojrzałam w tym kierunku, myśląc, że to jakieś kolejne centrum ogrodnicze.

Koleżanka spotkanie odwołała, ale ja zaciekawiona jej opowieściami o KGA, wyruszyłam w nieznane. Tomek chciał kupić krzew derenia jadalnego, krzew trochę zapomniany, podobny do wiśni, o którym dziadek mówił, że to kornelówka (po niemiecku Kornelkirsche) i którego kwiaty zwabiają roje pszczół i innych owadów,

Kawiarnia w KGA usytuowana jest w zabytkowych szklarniach pełnych roślinności. Ruch był duży. Niedzielny brunch przyciągnął tłumy. Również kupujących rośliny i inne ogrodowe akcesoria nie brakowało. Wszystko utrzymane jest w angielskim stylu i w stylu wysokich cen. Kupiliśmy bratki na cmentarz, kornelówka okazała się zbyt droga, ale sprzedawca, bardzo kompetentny i życzliwy, długo i ze znawstwem opowiadał o tym miododajnym krzewie.

Kawy nie wypiłam, gwar mi nieco przeszkadzał, a Tomkowi jeszcze bardziej.

Ruszyliśmy w stronę rowerów, gdy nagle naszą uwagę przyciągnęła altana, w zasadzie altanka, do której można było wejść i drugą stroną wyjść, do… tajemniczego ogrodu.

Przejście było niezwykłe; z gwaru, zgiełku, śniadaniowego zapachu do ciszy, spokoju, szumu wiatru, skrzypienia starych drzew, świergotu ptactwa i spoglądających na nas zza żywopłotu popiersi wybitnych architektów krajobrazu.

Ogród, do którego weszliśmy, solidnie już okrojony, należał do dawnej uczelni ogrodniczej, której początki sięgają roku 1824. Königliche Gärtner Lehranstalt założona została przez prekursora sztuki ogrodniczej, Petera Josepha Lenné, w Poczdamie. Na początku XX wieku przeniesiona została do Dahlem w Berlinie. Na 6,5 hektarach założono ogrody warzywne, sady, szklarnie, ogrody różane i bylinowe. W roku 1903 powstały budynki, w dużej części zachowane do dzisiaj. W głównym budynku mieści się wydział technologii żywienia i chemii spożywczej Uniwersytetu Technicznego (Technische Universität).

Szkoła pod kierownictwem Theodora Echtemeyera szczyciła się sławą międzynarodową. Z wybitnych absolwentów wymieńmy Karla Förstera, Hertę Hammerbacher, Roberto Burle Marxa, było jednak wielu innych.

Dopiero w 1995 roku całość wpisano do rejestru zabytków. W roku 2006 przeprowadzono rekonstrukcję ogrodu, opierając się na starych planach.

Kto posiada wyobraźnię, lubi spokój, ciszę, melancholię bluszczu, zeszłoroczne liście na buczynowym żywopłocie i przycięte róże bez róż, ten powinien przyjść właśnie teraz, gdy nagie dzikie wino okalające pergole nie wypuściło jeszcze pierwszych liści, róże w rosarium czekają na wyższe słońce, a wiosenne kwiaty zapowiadają wielkie letnie kwitnienie.

Chodzenie po mieście: Don Kichot

Postanowiłam, że Don Kichot pojawiać się będzie nadal, ale tylko ten znaleziony, przeze mnie lub moich przyjaciół, niezależnie od tego czy na ławce, jak poprzednio, czy tak jak dziś, na zdjęciach Eli Kargol wykonanych w Poznaniu. Rzeźba Don Kichota koło biblioteki na osiedlu Pod Lipami, w dzielnicy Winogrady. Ela odkryła ją tego samego dnia, gdy ja się tu na blogu żegnałam z Rycerzem Smętnego Oblicza. Uparty jest, nie chce się dać wyrzucić. No więc jednak nie wyślę go na całkowitą banicję. Jeśli przyjdzie, to pozwolę mu być.

Autor: ………………….. | Tytuł pracy: Don Kichot | Data powstania: ………….. | Zdjęcia: Ela Kargol

Przeszukałyśmy obie sieć i nie znalazłyśmy informacji, kto jest autorem tej rzeźby. Napisałam też do Stowarzyszenia Rzeźbiarzy Poznańskich, ale póki co z odpowiedzi wynika, że nie wiedzą. Nawet chyba nie wiedzieli, że rzeźba istnieje, bo poprosili o zdjęcie. Oczywiście wysłałam, a teraz czekamy.

Ela już kilka lat temu pisała o innym poznańskim Don Kichocie, tamten jednak jest betonowy i stoi na Cytadeli.

Autor: Tadeusz Dobosz | Tytuł pracy: Don Kichot | Data powstania: 1970 | Zdjęcia: Ela Kargol

Tadeusz Dobosz (ur. 1937 r.) – rzeźbiarz, specjalizujący się w rzeźbie pomnikowej, małych formach rzeźbiarskich i medalierstwie. W latach 1957–1963 studiował na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie otrzymał dyplom w 1963 roku w pracowni prof. Jerzego Bandury.

Brał udział w licznych wystawach w Zielonej Górze, Orońsku, Poznaniu i Wrocławiu. Jest autorem wielu znanych pomników i rzeźb, m.in. pomnika Władysława Jagiełły w Skwierzynie (1970), rzeźb Baby i Rodzina oraz pomnika Janusza Korczaka w Zielonej Górze (1976); obelisku w postaci płonącej świecy na terenie obozu jenieckiego w Goerlitz (1976).

***

Tu też jest, słuchajcie uważnie. Piosenkę podsunęła mi Kinga. Piosenka jest (wątpliwą) pochwałą nauki 😉