Na Zabajkalu

Andrzej Rejman

Banknot na pięć koni.

500_rubli_2 500_rubli_1

Znalazłem w archiwach rodzinnych banknot 500 rublowy z 1912 roku.

Sprawdzam w “Dzienniku podróży Małgorzaty Hrebnickiej”, jaką banknot ten przedstawiał wtedy wartość nabywczą.

Autorka pisze:

20 maja 1913

“…Irtysz wygląda wspaniale. Bardzo szeroki, podobny do Kamy. Most długości 322 sążni. Ten ostatni po przejeździe widać z lewej strony. Z mostu dobrze widać miasto Omsk. Na stacji spotkać można typowych Kirgizów, w niezgrabnych watowanych chałatach, z rękawami niezwykle szerokimi u góry i w wysokich uszatych czapkach ze skóry. Jest tu uralski kiosk, a w nim kupić można najróżniejsze ametysty. Ładna “szczotka” ametystów za 15 rubli…”

30 maja 1913

“….W Mysowoj na stacji zjedliśmy zupę, najęliśmy dorożkę na nasze rzeczy, a sami poszliśmy piechotą do wynajętego mieszkania. Okazało się, że to nie mieszkanie, a raptem wszystkiego jeden pokój. Zatrzymaliśmy się więc tymczasem w hotelu dla urzędników a Mejster za Stachem poszli szukać mieszkania. Wkrótce wrócili z nowiną, że wynajęli za 50 rubli trzy pokoje na lato. ….”

17 czerwca 1913

“…Ławrentij przychodził na pogawędkę. Pytał mnie, czy nie można oddać do szkoły dzieci na kazionny szczot* żeby je karmili i ubierali. Ciężko mu bardzo, ma ich pięcioro. Miał kiedyś konie, które wynajmowała kolej. Kiedy roboty się skończyły sprzedał dwa, a dwa zdechły. Ma kawałek ziemi, ale nie ma pieniędzy ani na konie, ani na chleb, więc nie może zająć się gospodarstwem. Ziarno, które przydziela rząd, w większej części stęchłe. Chciał sprzedać dom, który ma w Mysowsku, ale nikt nie kupuje, bo i tak już dużo stamtąd pouciekało (o czym świadczą domy z zamkniętymi okiennicami), nie mając z czego żyć. Niby miasto, a żadnej fabryki nie ma. Uprawiać ziemi nie opłaca się, bo zboże z powodu surowości Zabajkala źle rodzi. Ławrentij był na wojnie japońskiej. Żonom żołnierzy dawano 500 rubli na życie. (nie wiadomo, czy miesięcznie, czy w dłuższym okresie czasu – przyp. mój AR) Tymczasem jego żona otrzymała tylko sto z czymś. Kiedy Ławrentij wrócił z wojny, zaczął dopominać się o resztę pieniędzy. Kierował prośby do starej cesarzowej, która tym zawiadywała. Ta poleciła rozpatrzeć sprawę gubernatorowi Irkuckiemu. Ten zażądał metryk urodzenia dzieci, świadectwa ślubu Ławrentija i zamilkł. Kiedy Ławrentij znowu posłał podanie do cesarzowej, ta znów odesłała sprawę do gubernatora, który odpowiedział, że od 1906 r. nie wydają więcej tego rodzaju decyzji według okólnika, który wyszedł w tymże roku. Sprawa ta ciągnęła się 8 lat! …”

* z ros – казённый счёт (ros.)na koszt państwa (przyp. mój AR)

Dalej dowiadujemy się, że dobry koń kosztował 100 rubli, a po wykonaniu zadań (ekspedycja geologiczna trwała parę miesięcy) można go było odsprzedać za ok 50 – max 75 rubli.

(Małgorzata Hrebnicka – Dzienniki podróży po Zabajkalu 1913-1914- rękopis, zbiory rodzinne)

Czyli w przedrewolucyjnej Rosji można było, przynajmniej na Zabajkalu kupić za ten banknot co najmniej 5 koni.

Na banknocie napisane jest, że podlega on wymianie bez ograniczeń w Banku Państwowym Rosji na złoto, w proporcji 1 rubel = 1/15 imperiała.

Imperiał w tym czasie to moneta 15 rublowa o wadze 12, 9 grama, próbie 900.

Tak więc, jeśli przed rewolucją w Rosji banknot ten wymieniony zostałby na złoto – dziś monety te – jeśli zostałyby przechowane – miałyby wartość ok 60 tysięcy złotych.

Banknot zaś taki na niemieckim ebayu kosztuje obecnie (2015) od kilku do kilkunastu Euro.

Jeden z (oczywistych zresztą) wniosków jest taki – banknoty mają wartość jedynie przed rewolucjami.

Obrazki z Iranu 8

shirazBAdam Slaski

Sziraz wysycha

13 października

Chodziłem dziś pieszo po mieście i sam widziałem, wyschniętą rzekę, usychający ogród Eram. A ten ogród ma 1600 lat i dotąd jakoś udawało się go zawsze nawodnić, więc jeśli teraz uschnie do reszty, to będzie historyczna porażka. Na zdjęciach ogród nie wygląda tak źle, ale gdy się przyjrzeć glebie – spękana i złakniona wody.

Widziałem też fort Karim Khan. Za tymi potężnymi murami ukryty jest ogród – podoba mi się to, że Irańczycy wiedzą, co warto chronić. Niestety także tego ogrodu nie uchronili przed suszą.

shirazA

shirazcSpotkałem przyszłego irańskiego milionera. Zapytałem człowieka o drogę, okazało się, że on jest Irańczykiem, ale wychowanym w Londynie i nie zna miasta szczególnie dobrze. Zna się za to na biznesie i postanowił rozkręcić w Iranie coś w rodzaju hostel world. Był ciekaw mojej opinii, więc poszliśmy na kawę i przedyskutowaliśmy jego pomysły. Generalnie wiadomo, jaki model biznesowy przyjąć, wystarczy kopiować istniejące pomysły z Zachodu. Dokładnie tak powstały polskie fortuny w latach 90. I nie mam wątpliwości, że ten gość też ma szansę się wybić, przy odrobinie szczęścia oczywiście.

O zachodzie słońca poszedłem do meczetu posłuchać śpiewu muezina i zobaczyć muzułmanów gromadzących się na wieczornej modlitwie. Było to bardzo piękne, słuchałem w skupieniu, aż tu nagle podeszła do mnie rodzina Irańczyków i się zaczęło – where are you from, mister – lachestan good – volleyball, kurek – iran good? widać nie mieli potrzeby wysłuchiwać muezina w skupieniu

Poszedłem na kolację do okienka z zupami. Obok hotelu jest taki punkt, gdzie ustawia się zawsze długa kolejka, a facet nalewa do pojemników pyszną i pożywną zupkę.

shirazZ

Adventssonntag beginnt am Samstag

Hans-Jürgen Moder

Weihnachtliche Holzschnitzkunst aus Polen in Magdeburg

Über 20 polnische Holzschnitzer zeigen derzeit ihre sinnenfrohen wie tiefsinnigen Kunstwerke, viele davon Unikate, in der Stadt am Elbestrom. Große Namen sind darunter, von Stanisław Apriasz, Adam und Eugeniusz Zegadło, Magdalena und Andrzej Wojtczak, über Józef Szypuła, Jan Mika, Stanisław Hołda bis zu Wojciech Oleksy und anderen. Das ist eine kleine Sensation.

Ohne den Magdeburger Sammler und Liebhaber naiver Kunst Hans Gieraths hätte ganz sicher keiner der Künstler und kaum eines der Stücke je den Weg nach Magdeburg gefunden.

Der Passion des pensionierten Theologen und seiner Ehefrau Edeltraud ist es zu danken, dass ihr beider jahrzehntelange Sammelleidenschaft aus Magdeburg ein Mekka polnischer naiver Schnitz- und Malkunst im Osten der Republik gemacht hat. Aus über Jahrzehnte gewachsenen Freundschaften sind inzwischen viele und vielbeachtete Ausstellungen entstanden.

Schnitzen ist in Polen ein jahrhundertealtes und immer noch sehr lebendiges Kunsthandwerk. In vielen Dörfern zwischen den Beskiden und den Bieszczady trifft man auf Holzschnitzer. Weit über tausend Menschen sollen es noch sein. Die Berufskünstler sind vor allem im Verband der Volkskünstler organisiert. Die Laienkünstler aber leben überwiegend in abgelegenen Dörfern.

Was dort entsteht, ist selten ein Serienprodukt, sondern oft noch unverwechselbarer Individualstil. Naive Kunst eben, entstanden und verstanden als Kunst des Einzelnen und Ausdruck unkomplizierter, vereinfachter Darstellung. Der Künstler öffnet uns auf der Suche nach dem unverdorbenen Ursprünglichen sein Herz und seine Seele.

Wer darauf neugierig ist, wird im Allee-Center Magdeburg bis zum 24.12.2015 viele Entdeckungen machen können. Die dort gezeigten Kunstwerke sprechen mit uns. Ihre Botschaften lassen sich entschlüsseln: Mit dem Strom – gegen den Strom; Hoffnung und Zuversicht; Flucht und Zuflucht. Das, was uns nicht nur in der dunklen Jahreszeit, sondern über’s Jahr hinaus bewegen sollte.

schnitzkunst_alleecenter_besucher

Übrigens lässt sich ab 3.Dezember Stanisław Apriasz aus Grybów beim Schnitzen im Allee-Center über die Schulter schauen. Eine seiner Besonderheiten: Alle Skulpturen sind aus einem Stück Holz geschnitzt.

***

Das Magdeburger Allee-Center liegt an der Hauptverkehrsachse Ernst-Reuter-Allee/Breiter Weg. Das Allee-Center ist sowohl mit dem Auto als auch mit öffentlichen Verkehrsmitteln gut zu erreichen. Von Haupt- bzw. Busbahnhof sind es zu Fuß knapp 10 Minuten.

Zum Nachlesen

Naive Kunst in Magdeburg. Blogspot von Hans Gieraths, Kunstsammler

Privatmuseum der polnischen Volkskunst von Prof. Marian Pokropek. Er gilt als bester Kenner polnischer naiver Kunst

Museum Bielsko-Biała. Exzellente Volkskunstsammlungen

Museum Żywiec. Bedeutende ethnologische Abteilung und Sammlung naiver Kunst

Volkskunstmuseum Paszyn. Einzigartige sakrale und volkstümliche Schnitzkunst aus der Region Nowy Sącz |

Volkskünstler und Holzschnitzer Stanisław Apriasz

Allpolnischer Verband der Volkskünstler

Galerie der Volkskunst

Internetportal Volkskunst

Allee-Center Magdeburg

Fotos:

Alle von der Netzseite Herrn Gieraths, also sein Copyright.

***
Und dazu eine kleine Zugabe aus Berlin:

Betlehem

Exhibition “Bunt” – Expressionism – Transborder Avant-Garde in Wrocław

Bunt-Plakat-WroclawDr Lidia Głuchowska

Opening today:

November, 26th, 2015, 5 pm
Dolnośląskie Centrum Fotografii “Domek Romański”, Wrocław

Press PO POLSKU Gazeta Wyborcza Wrocław
Radio PO POLSKU POSLUCHAJ

 

2 Bunt Transborder Avant Garde

Arrangement with the posters of the first “Bunt” exhibition in Poznań in 1918 and the last one, in Berlin, 1922

The Wrocław edition of the exhibition Bunt – Expressionism – Transborder Avant-Garde. Artpieces from the Berlin Collection of Prof. Stanisław Karol Kubicki is a closing event of the touring display of donated art which includes exhibitions in essential pre-war centers of expressionism and the development of graphic arts. So far it has been shown in Poznań, Bydgoszcz and Dresden. It was organized to honour the donation received by the Leon Wyczółkowski Regional Museum in Bydgoszcz and the National Museum in Poznań from Professor Stanisław Karol Kubicki, son of the Polish-German avant-garde artists Margarete and Stanisław Kubicki.

About these tourning exhibition we already have written here, here, here, here, here and at many other places – just look in the index or searching.

The exhibition finale on 12 December 2015 will be connected with the aid of four bilingual publications accompanying the exhibition, among them the book by the curator, Lidia Głuchowska, Stanisław Kubicki – in transitu. Poeta tłumaczy sam siebie / Ein Poet überestzt sich selbst, and the premiere screening of a documentary-artistic film Bunt – Re-visions showing the entire tournée.

3 Bunt printsExhibition ”Bunt” – Expressionism – Transborder Avant-garde: prints of the group “Bunt”

The core of the exhibition consists of prints, drawings and pastels created by members of the artistic association from Poznań known as Bunt (“Revolt”), focused around the Poznań magazine Zdrój (1917-1922).

Margarete and Stanisław Kubicki, the co-founders of the group, began its cooperation with Polish and foreign galleries as well as such magazines as Die Aktion and Der Sturm from Berlin. The exhibit also includes works by other members of the group: Jerzy Hulewicz, Władysław Skotarek, Stefan Szmaj, Jan Jerzy Wroniecki and Jan Panieński. Proceeding the donation, the prints and drawings had remained abroad since the “Bunt” exhibitions in Berlin (1918-1922).

4 Bunt Szmaj

Linocuts by Stefan Szmaj

In Wroclaw it should be especially mentioned, that the first expressionist linocuts of the “Bunt” circle, among them The Tower of Babel from the poster of its first exhibition, were created by Stanisław Kubicki in Schömberg/ Chełmsko Śląskie, Silesia.

5 Kubicki Silesia linocuts

The Silesian linocuts by Stanisław Kubicki, among them The Tower of Babel

Logo of the exhibition is the linocut by Andrzej Bobrowski Transformation M/S. Just as the artists of the “Bunt” never create a group portrait, Margaret and Stanisław Kubicki never did a portrait of themselves as a couple.

2 BUNT Bobrowski A, Transformation M_S project, 2015a jpgThe linocut by Andrzej Bobrowski Transformation M/S [Transformation M(argarete)/ S(tanisław)] refers to the self-portrait of Margarete Kubicka from 1917 and the Self-portrait IV of her husband which was not preserved but is only known from the publications of Zdrój and Die Aktion magazines in 1918. This contemporary work of graphic art of a hybrid and panoramic composition in a form that refers to the banner is a reflection on the creative and personal relationship of the Kubickis. It is also a reflection on the passing of time and the details of artistic biographies receding in group memory, but also on group identity and the lack of integrity of an artifact in the epoch of its technical reproduction.

7 Bunt Flyer i PryenikaniePart of the presentation Flyer: print by Małgorzata EtBER Warlikowska and the installation Interference – Re-Integration by Karolina Ludwiczak and Marcin Stachowiak

The exhibition of these works created towards the end of World War I and shortly after is accompanied by the contemporary artistic projects: Refleks [Reflex, 2014-2015], Ulotka [Flyer] and Ich 7 [They 7, 2015], inspired by the art and ideology of “Bunt” and created by contemporary graphic artists from Poznań and Wrocław and a sculptor, Małgorzata Kopczyńska. The latter’s participation is a symbolic allusion to August Zamoyski, who was also a sculptor and a member of the Expressionist group from Poznań. In addition to works on paper, sculptures and documentary photography, the exhibition includes artistic films and a monumental glass installation Przenikanie [Interference – Re-Integration, 2015].

The contemporary artistic presentations demonstrate the stylistic and ideological influence of “Bunt” on the works of present-day artists, especially to its idea of critical art, and constitute a symbolic artistic response to the donation of works from Germany. Expressionist inspirations are particularly evident in the social involvement of the installations; the artworks unmask rigid conventions, instances of provincialism and xenophobia, combat the idealization of reality and the reinforcement of socio-political hypocrisy by the media as well as the limitations imposed on citizens by institutions.

The distribution of art through public media, a practice to which Reflex and Flyer also refer, was one of the typical modes of expression used by “Bunt” and other artists of the pre-war European avant-garde. The primary media used at that time were art books and political leaflets with informative and propaganda content. Distributed at rallies, they reinforced the message of artistic manifestos and supported the ideas of social and political emancipation.

The installation Przenikanie makes one understand the paradox related to the technique used to create it. The artifact made by Ludwiczak and Stachowiak is an example of a peculiar interdisciplinary game – the work they created is partly fine art and not a print on a flat screen. That way they also refer to the relief nature of linocut slabs out of which the Kubickis printed their images of themselves.

8 Bunt Ich 7

Presentation They 7: Prints by Jacek Szewczyk, Przemysław Tyszkiewicz and Agata Gertchen

The presentation They 7 concerns works of a larger format, programmatically and technologically inspired by “Bunt” traditions, executed by an informal group of seven artists. The works demonstrate the timelessness of avant-garde ideas and aesthetics as well as their potential for reinterpretation. The name of the project (containing the word ich, meaning “they” in Polish and “I” in German) echoes the bilingual name of “Bunt” (“Revolt”, “rebellion” in Polish, “colourful” in German), which reflected the supranational nature of Expressionist ideology.

9 Bunt Ich 7

Presentation They 7 corresponding with the architecture and life of Wroclaw. From left to the right: prints by Andrzej Bobrowski, Przemysław Tyszkiewicz and Agata Gertchen.

 The scale of the objects of the presentation They 7 similar to the installation Przenikanie. Significantly larger than the ones from the time of the classic avant-garde, is supposed to epitomise for the viewers a change of status and the recipient paradigm. In the times of “Bunt”, graphic art was reproduced in magazines which were the main media of international artistic exchange. Today the art, which is often exhibited in large formats, has gained autonomy and dominated the contemporary iconosphere.

10 Bunt ich 7

Presentation They 7 corresponding with the architecture and life of Wroclaw. From left to the right: prints by Piotr Szurek and Przemysław Tyszkiewicz

The artists of “Bunt” in their operations considered both the national and transnational perspective, constructing our network of artistic contacts from amongst all the Polish artistic groups of that time.

There are not many documents of the international cooperation between the members of the group and other artistic associations, even though the pages of Zdrój [Source] magazine, co-created by “Bunt” artists, are proof of their relationships with creative communities not only in Germany, which is widely known, but also in France, Belgium, Italy, Russia, the Czech Republic, Iceland and even India.

11 Bunt Fotos

The impressive impact of the inter-partition and international exhibitions and publishing initiatives of these artists were also documented in their personal correspondence and some photos.

The photographic re-creation of one of the Expressionist linocuts printed in Zdrój (and Die Aktion), the Self-portrait of Stanisław Kubicki from 1918 shot by Berlin ex-Dadaist Raoul Hausmann, shows an expert use of light and shadow. Although Hausmann went on to inspire the camera masters of his time, none of them documented his meetings with Kazimierz Malewicz, the theoretician of Suprematism. The a bis z magazine is the only evidence of their discussions on the internal contradictions in proletarian art. A memento mori of the fascist period is formed from the photographs proving the existence of works condemned to erasure from official artistic life and the collective memory as part of the campaign to banish “degenerate art”. These include photographs documenting such avant-garde works as the sculptures Female torso by Otto Krischer or Mother and child by Pola Lindenfeld, destroyed by the SA and SS during searches conducted in the Berlin home of Margarete and Stanisław Kubicki.

9 Kubicki Pilsudski

Stanisław Kubicki, “In memoriam” (1935–1939) statue of Józef Piłsudski and the legionaries from the “Kobylepole group” who died in 1919–1920. The monument was located in the park of the palace of Count Stanisław Mycielski in Kobylepole, destroyed in the 1940s., postcard from the 1930s

Other photographs call back from oblivion the forgotten Eternal Remembrance memorial to Józef Piłsudski and his legions, erected in the suburbs of Poznań. It was the only commissioned work of Stanisław Kubicki showing classicist influences and a testament to the widespread cult of Marshal Piłsudski in 1934 in the face of the growing power of Soviet and fascist totalitarianism, but also the fascination of the Zdrój artistic community with the idea of Polish unification in the spirit of the Jagiellonian union, a concept dating back to the days of World War I.

The photographs provide a commentary on the history of transborder contacts and the patriotic fascinations of “Bunt” members. Despite their lack of objectivity and poor state of preservation, they clearly demonstrate the artists’ ambivalent attitude, fluctuating between approval of the “new Polish state” and enthusiasm for the utopian avant-garde idea of a “new international community”.

13 Przenikanie i Ulotka

Installation Interference – Re-Integration by Karolina Ludwiczak and Marcin Stachowiak and the part of the presentation Flyer. To be seen are prints and drawings by Zuzanna Dyrda and Jacek Szewczyk

***
Initiator/curator of the tour
: Lidia Głuchowska
Financial support: Foundation for Polish-German Cooperation
XXXXXXXXXXXXXXISamorząd Województwa Dolnośląskiego

Patronage:                 International Print Triennial Society in XXXXXXXXXXXXXX Kraków
XXXXXXXXXXXXXXiWilly Brandt Center for German and XXXXXXXXXXXXXXiEuropean Studies at the University of xxxxxxxxxxxxxxxxxiWrocław

Showings of the exhibition:
National Museum in Poznań – 19.04-31.05.2015
Leon Wyczółkowski Regional Museum in Bydgoszcz – 25.06-23.08.2015
Kraszewski Museum (Museen der Stadt Dresden) in Dresden – 4.09-8.11.2015
“Roman House” Lower Silesian Photography Centre in Wrocław – 19.11-12.12.2015

Organizers:

Centre for Culture and Art in Wrocław, as part iof the Lower Silesian Art Festival

National Museum in Poznań

Leon Wyczółkowski Regional Museum in Bydgoszcz

Kraszewski Museum (Museen der Stadt Dresden) in Dresden

Reflex and Flyer curator: Maciej Kurak
Flyer coordinator in Wrocław: Jacek Szewczyk, Małgorzata ET BER Warlikowska

They 7 (graphic art and sculpture) curator: Lidia Głuchowska

Installation Interference – Re-Integration: Karolina Ludwiczak and Marcin Stachowiak

Artistic-documentary film: Lidia Głuchowska, Anna Kraśko

Tour logo:               Andrzej Bobrowski, Transformation M/S – project, linocut, 2015

Partners:

University of Arts in Poznań, Faculty of Graphic Arts and Visual Communications

Academy of Art and Design in Wrocław, Faculty of Graphic and Art of Media
University of Zielona Góra, Faculty of Arts, Institute of Visual Arts

Wroclaw Good Books Fair

“Roman House” Lower Silesian Photography Centre in Wroclaw

Rarytas Foundation, Poznań
”Zachęta“, Greater Poland Society for the Encouragement of the Fine Arts

 Photos by Lidia Głuchowska and Olga Nazarkiewicz

Halloween, Thanksgiving…

Halloween dopiero co minął, a już nadchodzi Thanksgiving (jutro!)  – dwa amerykańskie święta, potem będzie niemiecki Adwent, żydowska Chanuka i nasze chrześcijańskie święta z choinką, ale na razie wciąż jeszcze Ameryka

Joanna Trümner

Boston

„Po co im potrzebne moje odciski palców?“ – zastanawiam się, grzecznie dotykając czterema palcami miniaturowego ekranu, „A teraz kciuk” – mówi uśmiechając się do mnie młoda Meksykanka, pracowniczka urzędu emigracji USA, decydująca na lotnisku w Dublinie o tym, czy będę mogła wsiąść do samolotu do Bostonu. Stojący za mną teść, 84 lata, jest zwolniony z tej procedury. „W tym wieku już nie trzeba zostawiać odcisków palców” – informuje uśmiechnięta, sympatyczna Meksykanka, tak jakby chciała przeprosić mnie za to, że tylko osiemdziesięciolatkowie i dzieci nie są potencjalnymi terrorystami.

ameryka-boston

Następny dzień spędzamy na zwiedzaniu Bostonu – jednego z najstarszych miast Stanów. Miasto ma przepiękne, historyczne części – eleganckie, zbudowane z czerwonej cegły domy, pełne przepychu kościoły, pierwszy uniwersytet Ameryki i równocześnie jeden z najbardziej elitarnych uniwersytetów świata – Harvard i duszę metropolii. Niewiele wiem o historii tego miasta, które odegrało tak ważną rolę w walce o niezależność Stanów. Dowiaduję się o Tea Party, masakrze w Bostonie, napływie niechcianych tutaj irlandzkich emigrantów, chodząc po prowadzącej przez historyczną część miasta Ścieżce Wolności (Freedom Trail). Zaskakuje mnie ilość młodych ludzi na ulicach i brak potomków niewolników, którzy po tam, jak w Massachusetts w roku 1793 zniesiono niewolnictwo, masowo uciekali do Bostonu.

Wieloryby

Jesteśmy w Maine, płyniemy statkiem po Atlantyku w poszukiwaniu wielorybów. Pani, sprzedająca nam bilety uprzedza, że morze jest burzliwe. Nie bardzo mogę w to uwierzyć, patrząc na spokojną zatokę. Jednak w miarę pokonywanych mil morskich pogoda staje się coraz bardziej sztormowa. Zatrzymujemy się po prawie dwugodzinnej podróży. Statkiem trzęsie potwornie, rzuca człowiekiem po pokładzie. Ledwie mogę utrzymać się na nogach. W momencie, kiedy przechodzi mi przez głowę myśl, że cały ten rejs to nabijanie turystów w butelkę, w odległości pięciu metrów od statku pojawia się wieloryb, patrzy na nas z zainteresowaniem, dając czas na zrobienie zdjęć i odpływa żegnając się fontanną wody.

Wszyscy pasażerowie gromadzą się na jednej stronie statku – morze jest tak niespokojne, że gdyby teraz ktoś wyleciał za burtę, nie byłoby żadnej szansy na wyciągnięcie go z wody. Moje czarne myśli o tym, że statek z wszystkimi pasażerami zgromadzonymi na jednej stronie pokładu przechyli się i zatonie, przerywa krzyk „na lewo!” W odległości kilku metrów od burty pokazują się grzbiety trzech wielorybów. Zwierzaki opływają dookoła statek i zanurzają się prawie synchronicznie w wodzie machając płetwami – wrażenie jest niesamowite – nigdy w życiu nie zbliżyłam się na taką niewielką odległość do tak wielkich i pełnych majestatu istot.

ameryka-wieloryby

W drodze powrotnej – fale nadal rzucają statkiem niemiłosiernie – udało mi się znaleźć miejsce siedzące na jednym z pokładów. Okropnie cierpię na chorobę morską. Przypomina mi się rada znajomego i koncentruję się na uporczywym wpatrywaniu się w linię horyzontu. Gapię się w tę nieruchomą linię, myśląc o tym, że mimo wszystko był to jeden z najpiękniejszych momentów w życiu. Z dezaprobatą patrzę na trzyosobową rodzinę Chińczyków, która pokonana przez chorobę morską, przespała tą chwilę.

W drodze

Wiele godzin spędzamy w aucie, jeżdżąc po pięciu stanach Nowej Anglii – Massachussets, Maine, New Hampshire, Rhode Island i Vermont – ponad cztery tysiące przejechanych kilometrów i dziesiątki godzin spędzonych na oglądaniu wiosek i miasteczek z okna samochodu. Nie da się opisać kolorów Indian Summer – eksplozji różnych odcieni żółci, czerwieni i brązu i widoku wielkich liliowych pól – to nie wrzosy, to plantacje żurawin.

Przejeżdżamy kilometry nie widząc ani jednego domu przy drodze. Mijamy małe miasteczka z jednym lub dwoma kościołami, wśród których najbogatsze wrażenie sprawiają „Królestwa” świadków Jehowy, i cmentarze z miniaturowymi nagrobkami – przy prawie każdym stoi amerykańska flaga. Zaskakujące jest dla mnie to amerykańskie podejście do państwa, pełne dumy, zaangażowania i braku roszczeń. Na przykład akcja „adopt a highway”, w ramach której poszczególne odcinki autostrady sprzątane są przez kościoły, kluby, firmy, nikt nie czeka na to, że zrobi to państwo. Albo renciści, pracujący społecznie w centrach informacyjnych parków narodowych, z dumą opowiadający o swoim regionie.

Mijamy Berlin, Norway, Poland, Hanover, Paris – domyślam się, że nazwy te nadali pierwsi osadnicy z Europy, chcący uczcić w ten sposób swoje ojczyzny.

Obsługa w centrach informacyjnych jest tak uprzejma, że zapominam o umieszczonym na drzwiach zakazie wnoszenia broni do budynku. Trudno mi jest wyobrazić sobie sympatycznego Boba, którego przodkowie przyjechali zresztą z Polski, czyszczącego giwerę, zanim wyjdzie z domu.

Mjamy tak samotne zakątki, że dopuszczam jednak do siebie myśl, że mieszkańcy takiej np. „Least Travelled Road” („najmniej uczęszczanej ulicy” – autentyczna nazwa ulicy z jednym domem w Maine) zaraz po przebudzeniu się sprawdzają, czy broń jest jeszcze na miejscu.

A jednak miałam kontakt z bronią w Stanach. W przeddzień odlotu byliśmy świadkami strzelaniny w centrum Bostonu. Dotarliśmy tam zaraz po fakcie, kiedy na miejsce przyjechały już trzy samochody policji i dwie karetki pogotowia. Po powrocie do Berlina wstukałam do Googla hasło „strzelanina Boston listopad 2015” i otrzymałam przerażającą informację o tym, że w listopadzie codziennie się tu ktoś strzelał.

Praca

Smutnym widokiem są starsi ludzie, którzy zmuszeni są ciągle jeszcze pracować – nie społecznie, z nudów, jak to robi Bob, tylko z konieczności. Pani, u której płacę za dżinsy, ledwie trafia palcami w klawisze kasy – może mieć 75-80 lat. Starsi smażą frytki i hamburgery, sprzątają hotele, obsługują w restauracjach, sprzedają bilety wstępu do atrakcji turystycznych. Starzy i bardzo młodzi wykonują wszystkie te niewykwalifikowane prace za kilka dolarów. W telewizji słyszę o tym, że bezrobocie w Stanach spadło do 5%, wszędzie można znaleść napisy „Hiring Now” (czyli „szukamy pracowników”) – jeżeli jeszcze tylko stoisz na nogach i wiesz, jak się nazywasz to możesz pracować.

Halloween

Dzisiaj mamy do pokonania 500 kilometrów – najdłuższy etap podczas podróży po Nowej Anglii. Znad Atlantyku w Maine w góry White Mountains w Vermoncie. Na śniadanie zatrzymujemy się w McDonaldsie. O tej porze jest dosyć pusto – przy jednym ze stolików siedzi grupa roześmianych rencistów, omawiających ostatnie szczegóły planowanej na wieczór party. Na jednym z krzeseł stoją dwie plastikowe torby z napisem Wallmart.  Do krzesła podchodzi bezdomny Murzyn, ubrany w czarną koszulkę ze śmiejącą się pomarańczową dynią. „Happy Halloween!” – mówi patrząc na nasze pełne talerze. Zabiera swój cały dobytek i udaje się do toalety.

Tablica informuje mnie o tym, że nasze śniadanie ma 1360 kalorii – czyli ponad połowę dziennego zapotrzebowania na energię. Po przeczytaniu tej informacji przechodzi mi apetyt, odchodzę od stołu zostawiając na nim talerz z naleśnikami „Happy Halloween!” Uśmiecham się do Dyni.

Hallowen prześladuje nas na każdym kroku – nie ma domu, przed którym nie stałaby dynia, niektóre ogródki przed domami zmieniają się w scenę, na której stoją figury zmarłych gwiazd show-biznesu.

ameryka-halloween

Moja córka, pracująca od kilku tygodni w Bostonie, spędza ten dzień w Salem. To niewielkie miasto na północ od Bostonu, znane z polowania na czarownice w latach 1692-1693. Ponad 200 osób oskarżonych zostało o „konszachty z dziabłem”, 20 z nich skazano. Miasto, w którym zresztą przez cały rok zwiedzać można domy czarownic, zmienia się w Halloween w wielką paradę miłośników tego święta. Córka opowiada nam potem o tej wielkiej party, pokazując zdjęcia adwokatów, bankierów, policjantów i nauczycieli poprzebieranych za dynie, Frankensteinów i szkielety.

„Mayflower”

Statek z pierwszymi osadnikami wyruszył z angielskiego Plymouth we wrześniu 1620 roku. Na pokładzie znajdowało się 102 pasażerów, którzy po 66 dniach spędzonych na morzu wylądowali w w Provincetown na Cape Cod. Podczas tej podróży urodziła się dwójka dzieci. Dzisiaj zrekonstruowany statek stoi w Plymouth w stanie New Hampshire. Nie po raz pierwszy zachwycił mnie amerykański sposób przekazywania widzom historii – tu aktorzy poprzebierani w oryginalne stroje z tamtego okresu opowiadają o powodach, dla których zdecydowali się opuścić Anglię, o politycznych konstelacjach w Europie i o podróży do Nowego Świata. Nie bombarduje się słuchaczy datami i nazwiskami, a fakty historyczne przemyca w formie anegdot i ludzkich emocji.

Pierwszą zimę koloniści spędzili na statku, który wrócił do Anglii w kwietniu 1621 roku. Po zejściu na ląd połowa kolonistów zmarła w ciągu roku z głodu i gdyby nie pomoc Indian nikt z pasażerów i załogi „Mayflower” nie przeżyłby kolejnego roku. Z pomocą Wampanoagów koloniści nauczyli się uprawiania ziemi, polowania i łowienia ryb. Pod koniec pierwszego lata spędzonego na lądzie w podziękowaniu Indianom koloniści obchodzili trzydniowy festyn dożynkowy, do dzisiaj obchodzony w USA jako tzw. Thanksgiving.

Nazwiskami pierwszych osadników z „Mayflower” nazwano wiele miast w Nowej Anglii.

Polityka

Wieczorami oglądam telewizję, wiadomości z Europy prawie nie ma, natomiast amerykańska kampania przedwyborcza zajmuje tyle miejsca, że mam wrażenie, że wybory są za miesiąc a nie za rok. Przez przeoczenienie kupuję sobie pasek z serii sygnowanej przez Donalda Trumpa – najbardziej kontrowersyjnego kandydata Republikanów na prezydenta USA, który doprowadza mnie do szału arogancją i szowinizmem. Muszę teraz chodzić z paskiem z podpisem tego durnia – a swoją drogą nie wyobrażam sobie, żeby pani Merkel albo którykolwiek z przywódców krajów Unii sygnował np. buty, spodnie albo kolekcje sukienek swoim podpisem.

American Way of Life

Podczas każdego pobytu w Stanach podziwiałam tą amerykańską umiejętność szybkiego nawiązywania kontaktu i grzeczne, pozytywne, czasami naiwne i dziecięce podejście do ludzi.

Ten luz czasami przybiera absurdalne formy – podczas śniadania w hotelach niejeden z gości siedzi w spodniach od piżamy.

Śniadania podaje się na talerzach z plastiku i je się plastikowymi sztućcami, zakupy pakuje się w sklepach w bezpłatne torby plastikowe – ilość zużywanego plastiku jest niewyobrażalna. W Massachussets zaczęto segregować butelki plastikowe i puszki – poza tym w Nowej Anglii nie istnieje żadna forma sortowania śmieci.

Josh, chłopak, który stuknął w nasze auto, jest przesympatyczny. „Zagapiłem się” – mówi rozbrajająco, informując równocześnie o tym, że jego samochodem nie musimy się przejmować, bo należy do mamusi, która jest na Florydzie. W ciągu dziesięciu minut wiem o nim prawie wszystko. Decydujemy się, że nie będziemy wzywać policji, na naszym samochodzie nie ma nawet śladu tej stłuczki. Na pożegnanie Josh podaje nam swój adres i adres mamusi na Florydzie (na wszelki wypadek) i z pewnym smutkiem mówi o tym, że bardzo chciałby kiedyś zobaczyć Paryż, Londyn i Berlin. Wyślę mu na Święta widokówkę z Berlina.

Festiwal piosenki natrętnej III

Tomasz Fetzki

Śmiech

Dziś będzie o natręctwie niemalże mistycznym. Wyrosłym, by tak to ująć, na enologicznym podglebiu.

Żyjemy w kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej? Żyjemy. Jesteśmy spadkobiercami kultury grecko-rzymskiej? Jesteśmy. Należy to dziedzictwo kultywować? Należy. Toteż nie miejcie do Viatora pretensji o to, iż od czasu do czasu – nie za często przecież – kultywuje. Że przenosi swoją duszę utęsknioną do tych pagórków attyckich, drzewami oliwki porośniętych, by dołączyć do orszaku szlachetnego Dionizosa. By ująć krzepką dłonią tyrs. By w korowodzie menad i satyrów przemierzać w uniesieniu wzgórza i doliny Lidii, Frygii oraz Tracji!

Tyle, jeśli chodzi o Greków. A Rzymianie? Są i oni! Wszak pierwsi stwierdzili: in vino veritas! A prawda rzadko bywa radosna. Tym bardziej, że te smuteczki, które pragnął był Viator utopić, są, co już dawno ktoś dostrzegł, wybornymi pływakami. O czym się Wędrowiec wciąż na nowo, za każdym razem z naiwnym zdziwieniem, przekonuje. Nie on jeden. A każdy wyraża to inaczej, wszak z obfitości serca mówią usta. Może to być: słuchaj rodaku, czerwone maki, serce, ojczyzna… albo coś zupełnie innego.

Niedawno – przed miesiącem zaledwie – podczas jednego z takich nostalgicznych misteriów dionizyjskich, usta Wędrowca wypowiedziały (tak to trzeba określić; nie sam Viator, ale coś w nim, poza jego wolą, powiedziało) słowa od wielu lat zapomniane, ukryte skrupulatnie gdzieś w najciemniejszych zakamarkach mózgu: Nie umieraj, Pinokio! Skąd właśnie one? Dlaczego? Dionizos jeden raczy wiedzieć. Już samo to było tajemnicze, ale misterium miało trwać dalej. Pamięć, jakby uwolniona zaklęciem, zaczęła, zwrotka po zwrotce, wyrzucać z siebie tekst i melodię piosenki – precyzyjnie i bezbłędnie. Co jest o tyle niezwykłe, że ostatni raz słyszał Viator tę piosenkę (czy może nawet sam zaśpiewał) około trzydziestu lat temu. Od tego czasu, tak się złożyło, ani razu się z nią już nie zetknął.

Chce uwierzyć Wędrowiec, iż poczuł muśnięcie mistyki, ale nic z tego. Wie przecież, że to jedynie procesy biochemiczne, które uruchomił nieopatrznie w swych neuronach. Do bólu naturalne i doczesne, choć mimo to niezwykłe.

A piosenka? Od tamtego tajemniczego wieczora regularnie prześladuje Viatora. Nie ma w tym niczego dziwnego. Skoro tak dokładnie i długo przechowała ją pamięć, by teraz natrętnie podsuwać, należy przyjąć, iż utwór był i pozostał dla Pielgrzyma ważny. I tak jest w istocie.

Viator był młodzieńcem sympatycznym, lecz snobowatym; może nawet dość inteligentnym, ale na pewno niezbyt bystrym. O ile potrafi zrekonstruować swój ówczesny, sprzed trzech dekad, stan świadomości, musiałby chyba przyznać, że nie bardzo wiedział wtedy, kto jest autorem czy oryginalnym wykonawcą piosenki. Znał ją tylko z interpretacji starszych, obytych w świecie kolegów, którzy mu imponowali. Nieszczególnie też rozumiał jej treść. Ale mu to nie przeszkadzało. Ważny był nastój. Czysta poezja.

Czegoś się tam zapewne domyślał. Ale co może pojąć z życia oszczędzany przez nie dotąd nastolatek? Jednak to, co żółtodziób turysta przeczuwał zaledwie, Wędrowiec, który już przekroczył półmetek, rozumie znacznie lepiej – choć też nie do końca. Smarkacz mógł się niepewnie półuśmiechnąć, słysząc o umieraniu… Pinokia (no bo czemu Pinokia, u diabła?!) Pielgrzym, gdy słyszy – czemu żyć chcesz, Pinokio? – z kamienną twarzą doda: właśnie, dlaczego? Wie już przecież, jak bardzo złe potrafią być te dni i w jak długie, ponure korowody potrafią się ustawiać.

Teraz Viator rozumie, dlaczego właśnie Pinokio. I ma już świadomość, że w realnym świecie Wróżka rzadko zwycięża – znacznie częściej tryumfują Lis z Kotem. Szczerze mówiąc – tryumfują prawie zawsze.

Nie umieraj, Pinokio! Czternaście lat temu odszedł Pinokio, który napisał tekst. Nie żyje już dwóch spośród Pinokiów, wykonujących piosenkę, zaś trzeci też był bardzo blisko. My żyjemy! A miasto wciąż nam się śni.

Skąd wziąć na to wszystko siły? Autor podpowiada – z autoironii. Nie można pokonać przeznaczenia, trzeba je z twarzyczką zapłakaną wyśmiać. Na nic innego nie zasługuje.

Pinokio, jeszcze jedną noc trwaj! I jeszcze następną. Może doczekasz nocy prawdziwie mistycznej?

Zeszyty lektur

Pisałam już kiedyś o zeszytach lektur mojej Mamy. Teraz ten temat wraca. Może Czytelnicy też mają w kufrach i szufladach rodzinne zeszyty lektur i chcieliby się z nami podzielić opowieścią o nich.

Andrzej Rejman

“Dzienniki Lektury” Małgorzaty Hrebnickiej

1-2-3Malgorzata_Hrebnicka_ok_1914

Małgorzata Hrebnicka tuż przed I wojną światową. Fot. Stanisław Hrebnicki (ze zbiorów rodzinnych)

Małgorzata Hrebnicka (1889-1974) prowadziła regularne dzienniki przeczytanych lektur.

6._Dzienniki_Lektury_Malgorzaty_Hrebnickiej_1940

Mam wiele zeszytów z lat 1938-1970, w których skrupulatnie zapisywała swoje uwagi o przeczytanych książkach, opatrując je fragmentami, które ją zainteresowały lub poruszyły.

Zdjąłem z półki jeden z zeszytów (sygnowany jako “Dziennik Literatury – 7. X. 1940” ) i wynotowałem kilka fragmentów.

Jerzy Konrad Maciejewski “Pograniczne ogniska” (wyd. 1928, przyp.mój)

“…Największym szczęściem dla narodu polskiego i Rzeczpospolitej Polskiej byłoby przezwyciężenie w Polsce owej polityki nienawiści do innych narodowości.

Naród polski zyskałby na tem pod każdym względem. Rzeczpospolita nabrałaby siły i moralnego uroku. To kościół katolicki – w interesach Rzymu, to książęta kresowi – w interesach swoich majątków, to fabrykanci – w interesach swojego monopolu (… )stwarzają tę nagonkę nacjonalistyczną, i która może zgubić Polskę i ją deprawuje z każdym dniem coraz więcej…”

***

Z ciekawości sprawdzam kim był autor tych słów:

Jerzy Konrad Maciejewski urodzony w 1899 roku w Warszawie.

Dziennikarz, literat, żołnierz Wojska Polskiego, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, uczestnik odsieczy Lwowa.

Mając kilka lat wyjeżdża wraz z rodziną na Ukrainę, w okolice Mariopolu, gdzie jego ojciec otrzymuje pracę w zakładach metalurgicznych „Russkij Prowidans”. Tam kończy szkołę podstawową i rozpoczyna naukę w gimnazjum. Po śmierci ojca w 1913 r. wraca wraz z matką i rodzeństwem do Warszawy. Pod koniec listopada 1918 r. wstępuje na ochotnika do tworzącego się wojska polskiego. Wraz z XIX pułkiem piechoty „Odsieczy Lwowa” walczy na froncie ukraińskim. W 1920 r. przeniesiony na front bolszewicki. Po zakończeniu działań wojennych w III 1921 r. występuje z armii. W 1924 r. żeni się z Erną Emmą Klikar, i przenosi z Warszawy do Łodzi. W 1928 r. nakładem wydawnictwa Gebethner i Wolff ukazuje się jego pierwsza powieść pt. „Pograniczne ogniska” (wydana pod pseudonimem: K. Jotemski). W 1930 r. wraca do stolicy i rozpoczyna współpracę z „Żołnierzem Polskim. Jest też pracownikiem Wojskowego Instytutu Naukowo-Wydawniczego. W 1938 r. ukazuje się jego następna książka pt. „Złota kotwica” oraz zbiór opowiadań „Siedem Opowieści: Cykl nowel z życia żołnierskiego” (Biblioteczka Żołnierza Polskiego). We wrześniu 1939 r. przedostaje się przez Zaleszczyki do Rumunii. Stamtąd udaje się do Francji, gdzie wstępuje do II dywizji Strzelców Pieszych. W VI 1940 r. internowany w Szwajcarii. Tam redaguje pismo dla internowanych żołnierzy. Po wojnie udaje się do Szkocji, gdzie wraz z całą dywizją przechodzi demobilizację. W 1946 r. decyduje się wrócić do Polski, gdzie czekają na niego żona i syn. W latach 1946 – 1948 zostaje sekretarzem redakcji dziennika „Wieczór Warszawy”. Współpracuje z redakcją „Polski Zbrojnej” (1949). Wkrótce potem, wraz z zaostrzeniem się sytuacji politycznej w Polsce, wzywany i wielokrotnie przesłuchiwany przez Służbę Bezpieczeństwa. W powojennej Polsce jego felietony i artykuły ukazują się sporadycznie, m.in. w „Życiu Warszawy”, „Zielonym Sztandarze” oraz „Rolniku Polskim”. W ostatnich latach swojego życia związany z „Dokumentacją Prasową”. Ze względu na swój życiorys, w tym przede wszystkim uczestnictwo w wojnie polsko-bolszewickiej, wiele jego publikacji prasowych, a przede wszystkim „Dzienników”, będących żywym zapisem historiograficznym z lat 1916-1921 oraz 1939-1949, nigdy nie zostało opublikowanych. Jerzy Konrad Maciejewski zmarł w lipcu 1973 r. Pochowany na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim w Warszawie.

źródło: http://www.jerzy-maciejewski.pl/nota-biograficzna.html

***

Josef Loebel “Proszę się nie lękać”

…”Wielu badaczy widzi ostateczne podłoże wojen nie w zagadnieniach gospodarczych, ani w sporach granicznych, ani w mowach monarchów, ani w intrygach ciężkiego przemysłu, ale wyłącznie i jedynie w wybuchu tlącego się stale w podświadomości ludzkiej popędu do walki.

Dlatego też nie wierzę, że militaryzm można usunąć ze świata przez mowy, manifesty, Ligę Narodów. Wojna wojnie oznacza dla biologa walkę z instynktem, oznacza badanie wrodzonego popędu do walki i o ile można zwalczanie go. Trzeba wzbudzić nowe instynkty i przeciwstawić je tamtemu”.

***

Szukam (pobieżnie) czegoś o autorze. Jedyne co znalazłem, to wzmianka o książce z której pochodzi cytat na stronie jednego antykwariatu w Katowicach:

… “PROSZĘ SIĘ NIE LĘKAĆ”

Czterdzieści Rozdziałów Medycyny Optymistycznej

Josef Löbel Wydawnictwo J. Przeworskiego 1938

Praca porusza tematykę chorób i dolegliwości człowieka, w aspekcie nowych trendów, podejścia psychicznego do problemu, stosowania dorobku medycyny w każdym aspekcie życia codziennego – z powołaniem często na autorytety z dziedziny nauki i filozofii…

7._Dzienniki_MH

Na koniec fragment “Listu do kolegi” autorstwa Kazimierza Hrebnickiego, syna Małgorzaty Hrebnickiej. List napisany został w 1937 lub 1938 roku (Kazimierz miał wtedy 15-16 lat). Hrebnicka przepisała list do “Dzienników Lektury” w 1938 roku.

(Kazimierz Hrebnicki 1922-1944, fragment listu do kolegi, Dzienniki Lektury Małgorzaty Hrebnickiej 1938)

“Drzewa, kamienie, drogi, jeziora – wszystko białe.

Słońce lśni na sklepieniu nieba, a ziemia usłana jest brylantami, iż zdaje się, że jesteś w bajce,

a przejmująca cisza wisi nad całym światem.

Gdzieś daleko skrzypią płozy sanek i słychać dalekie głosy.

Czasem ciszę przetnie ostre ujadanie psa.

Potężne drzewa stoją nieruchomo obsypane białem szronem.

Czasem z gałęzi runie lawina białego piasku i szeleszcząc spadnie na ziemię.

Czasem sroka zaskrzeczy przeraźliwie aż drzewa dziwią się

zgorszone przerwanym snem

i gniewnie poruszają gałęziami, jakby groziły.

Czasem zając przebiegnie zostawiając za sobą długą linię śladów.

I nagle zrywa się bunt, bunt drzew.

Miotają się w lewo i w prawo, chylą ku ziemi, ze wściekłością

otrząsają z białego puchu, który przygniata im ręce do ziemi.

Niebo pokrywa się chmurami, z którego zrywa się mgła zamieci.

Białe plasterki wirują zaciekle pośród drzew. Aż na koniec opadają z jękiem wiatru na ziemię,

zmęczone i bezsilne. A na nich nowe, nowe i nowe…”

***

5._Malgorzata_Hrebnicka_wczesne_lata_60te_XX_w._WarszawaMałgorzata Hrebnicka – wczesne lata 60, Warszawa, fot. Stanisław Hrebnicki

Obrazki z Iranu 7

Adam Slaski

Stolice Persów

12 października

Poprzedniego dnia wieczorem wycieczka na pustynię, jeżdżenie na wielbłądach, zachód słońca, gwiazdy.

pustynia2 pustyniapustynia3Potem jazda nocnym autokarem do Szirazu. Jechałem niespokojny, bo byłem już wcześniej umówiony na nocleg na couchsurfingu, ale człowiek, który miał mnie gościć, odwołał. Jechałem więc bez zaklepanego noclegu. W autokarze spotkałem Francuzkę, która była w podobnej sytuacji, ale miała adres jakiegoś hostelu. Pojechaliśmy tam i zakwaterowaliśmy się. Następnie zwerbowaliśmy Niemca i jeszcze jednego Francuza i razem udaliśmy się na całodzienną wycieczkę do Pasargad i Persepolis.

przejechacprzezgoryPo drodze przejechaliśmy przez jakieś góry. “Przejechaliśmy przez góry” oznacza coś innego niż w Polsce. My mamy najpierw jakieś pogórze, wzgórze, potem małe górki i dopiero potem zaczynają się góry. W Iranie góry wyrastają wprost z płaskiej jak deska pustyni.

pasagradPasargad to starożytne miasto, z którego jednak niewiele do dziś przetrwało. Odwiedziliśmy grobowce królów.

W końcu, dotarliśmy do Persepolis, gdzie podziwialiśmy zachód słońca. Niestety w międzyczasie wyczerpała się bateria w aparacie, więc po zdjęcia odsyłam do wikipedii. Na przykład to poniżej:

persepolis-wikipediaObie starożytne stolice Persów Pasagard i Persepolis leżą w środku pustyni. Dookoła Persepolis coś jeszcze rośnie, w Pasagardach tylko osty. Zastanawiało nas, czy okolica wyglądała tak samo w czasach Cyrrusa, czy też wszystko się od tego czasu zmieniło.

Choć trzeba przyznać, że zachód słońca był w Persepolis spektakularny. Mogę zrozumieć Cyrrusa, że się tam pobudował.

A teraz jeszcze kilka słów o podróżnikach. W hotelu w Jazdzie spotkałem parę Szwajcarów i małżeństwo z Estonii. Obydwie pary ewidentnie dobrze sytuowane, sporo podróżują. Estończycy np. co roku jadą na narty do innego dziwnego kraju. Byli w Armenii, Uzbekistanie, Mongolii. Szczególnie chwalili Armenię, gdzie narciarstwo nie cieszy się popularnością, a na polecenie poprzedniego prezydenta wybudowano ogromny kurort z licznymi wyciągami. Gdy tam byli, tras było więcej niż narciarzy.

Wspomnieli też, że mają listę 60 krajów, które chcą odwiedzić, ale uznali, że jest trochę za długa, więc spisali także krótką listę – 25 krajów, która należy interpretować jako ich plan na następne 2-3 lata.

Podobnie Szwajcarzy, wymieniali kraje, w których byli. Lista była długa, szczególnie polecali Mjanmę (Birmę).

Dziś rozmawiałem z Francuzką. Jest nauczycielką, ale pracuje w systemie sześć miesięcy lekcji i drugie sześć miesięcy wakacji. W czasie wakacji podróżuje. Przyjechała do Iranu przez Gruzję i Armenię (przeważnie autostopem), dalej wybiera się (również stopem) do Turkmenistanu, Uzbekistanu i Kirgistanu.

O dziwo, mimo, że ma tak dużo czasu, jest w nieustannym pośpiechu. W Szirazie spędza tylko jedną noc, bo musi już pędzić do Kurdystanu na wiejskie wesele. A potem biegiem do Teheranu odebrać turkmeńską wizę i dalej na granicę, bo jest z kimś umówiona.

Die kleine große Welt

Monika Wrzosek-Müller

Baumwipfelpfad = Baumkronenweg, Beelitz Heilstätten

Sie kannte Beelitz Heilstätten schon aus der Zeit, als der kleine Michi da war. Die Neurologische Reha Klinik war teilweise in den alten Gebäuden der Heilstätten untergebracht, sie verfügte aber auch über einen Neubau. Schon damals fielen ihr die wunderschönen alten Häuser und Anlagen auf, die innerhalb der Reha-Klinik auch renoviert wurden, aber weiter draußen, auf der anderen Straßenseite vor sich hin rosteten, zerfielen, verfielen und auseinanderbrachen. Die Patienten konnten ausgedehnte Spaziergänge machen, auch im Rollstuhl, auch Querschnittsgelähmte, eigentlich nur diese traf man dort. Es gab verschiedene hölzerne Altane, wo man sich auch bei schlechtem Wetter aufhalten konnte, auch Liegehallen genannt, die früher für Liege- und Luftkuren genutzt wurden. Da der Weg aus Berlin schon etwas länger war, blieb sie jeweils länger, fast den ganzen Tag, und ging nach dem Besuch bei Michi über die Straße und fand immer neue Gebäude, neue Ruinen, neue Ausblicke, die ihr den Atem stocken ließen.

Manchmal sah sie in den Ruinen junge Fotographen, die ihre Freudinnen, oder waren das echte Models?, fotografierten; die Kulisse war atemberaubend, die Mädchen weniger: sie waren immer so extrem dünn, geschminkt und zurecht gestutzt, dass sie erschauerte und bei den Haaren manchmal Zuckerwatte vermutete. Neben hohen zerfallenden Räumen, kam noch das sich in Windeseile windende Grün des Hopfens und des Efeus, zwischen den Steinen und auf den Dächern um die Stahlkonstruktionen wuchsen fast neue Wälder mit Kiefern und Birken, an den breiten und langen Wänden und Mauern erschienen immer mehr Graffitis, die diese unheimliche Welt auf künstliche Weise belebten; ein Highlight für Castings und Shootings, sie sah immer mehr Fotografen und sogar Filmteams auftauchen (auf dem Gelände wurden Szenen für Polanskis „Pianist“ gedreht); daneben durchstreiften den Park auch unheimliche Wesen, auf der Suche nach esoterischen Erlebnissen. Zwar waren damals noch einige Gebäude fast intakt, manche sogar noch mit Fenstern, doch gingen die Zerstörung und der Zerfall sehr schnell voran. Sie wunderte sich, dass man so einen Komplex vor sich hin vegetieren ließ.

Die Geschichte der Heilstätten beginnt in 90er Jahren des 19. Jh.; es werden immer mehr Gebäude für Lungen- und Tuberkulosekranke gebaut, für Frauen und Männer getrennt, bis es 60 Häuser auf einer Wald/Parkfläche von 200 Ha sind. An dem Projekt arbeiten bis 1930 mehrere Architekten und es gibt mehrere Bauphasen; deswegen sehen wir da Häuser im historisierenden Stil und dann auch solche mit Jugendstil-Elementen, mit entsprechenden Kacheln und Stahlkonstruktionen, große Hallen mit imposanten Treppenaufgängen, die Wände gekachelt, mit schönen riesigen Fenstern, Bögen, Rundungen, kleinen Wandreliefs. Schon im Ersten Weltkrieg wird das Gelände mit den Gebäuden in ein Lazarett umgewandelt, genauso dann im Zweiten Weltkrieg. Nach dem Krieg bis 1994 befindet sich in den Räumen das Zentrale Militärkrankenhaus der sowjetischen Besatzungsmacht, die meisten Häuser sind erhalten, wenngleich in schlechtem Zustand.

Nach der Wiedervereinigung werden die Neurologische Rehabilitationsklinik, Parkinson-Krankenhaus, Rehabilitationsklinik für Kinder in den Gebäuden untergebracht. Doch der größte Teil bleibt brach liegen; die Versuche, durch Eigentümergesellschaft die Sanierung der Denkmalsubstanz voranzutreiben, misslingen.

Und dann eines Sonntag Morgens fuhren sie mit Freunden nach Beelitz Heilstätten, um auf dem gerade eröffneten Baumkronenweg spazieren zu gehen. Sie war etwas misstrauisch, diese Art von Events mochte sie eigentlich nicht, auch nicht, dass etwas so massiv Künstliches in eine Landschaft gestampft wurde, so wie die Skilifte und Skipisten in den Bergen, die sie doch immer wieder benutzte, oder wie Wasserrutschen und dergleichen am Strand, von denen sie sich immer fernhielt. Ihr Gefühl gab ihr Recht, von unten sah der Pfad monströs aus, eine zusammen geschweißte Konstruktion, riesig in den Park reingestellt. Es war kein besonders gutes Wetter und es gabt nicht allzu viele Menschen, sie gingen getrennt nach oben, denn der Hund musste draußen bleiben. Sie stieg die nicht enden wollenden Treppen, unzählige Stufen, nach oben zum Pfad, der in 24 m Höhe liegt. Es war gerade Herbst, die Bäume hatten die letzten Blätter noch auf den Kronen, die Färbung war eher gelblich braun, die letzten Momente der Pracht mit Grün durchwebt; plötzlich stand sie mittendrin, in der Stille, spürte die Bewegung der Bäume, das leichte Schaukeln der Konstruktion, da oben weht der Wind viel kräftiger, und war begeistert. Vielleicht fühlt man sich ähnlich, wenn man die chinesische Mauer abläuft. Ja, es ist ein Erlebnis, von oben auf diese zerfallene Landschaft, Architektur zu schauen; mit einer großen Anlage des Frauenpavillions, mit kleinen, eingerissenen WC-Häuschen, großen Ruheräumen, Zimmern, Korridoren. Man erkennt noch alles und doch verschwinden die genauen Umrisse, weil sich da schon das Grün seinen Weg bahnt. Es entsteht etwas neues, Übergänge, die man sich kaum erträumt hat; ein neuer Wald auf dem Dach, ein Birkenwäldchen in den Zimmern unten; das Grün nimmt alles in Besitz, was es unterwegs findet.

Dann stieg sie noch höher auf den Turm, der in 40 m Höhe wirklich die Sicht über die ganze Gegend erlaubt, bis nach Potsdam, Werder, Beelitz, ein offener Horizont im Meer der bläulich grünen Landschaft, mit wechselnden Wolkenbildern oben und sich bewegenden Baumkronen unten. Von den Bauten sieht man nur Türmchen, Kirchtürme und Hochhäuser weit weg. Sie stand verzaubert und berührt bei so viel freiem Himmel, Luft und Raum, man kann tief durchatmen, den Blick weit schweifen lassen. Und dann hörte sie Rufe, sah lachende Gesichter, die ihren Namen riefen; siehe da, es waren ihre zwei Yogaschüler aus Luckenwalde. Sie versicherten sich gegenseitig, dass der Ausblick fantastisch sei und dass es sich gelohnt hätte den hohen Eintrittspreis zu bezahlen und sie spürte wieder einmal: mit den beiden ist die große Welt etwas kleiner geworden.