Wspomnienia o Maryli (8)

Magdalena Ciechomska

Książki

Zamiłowanie do książek, pasja czytania – to łączyło nas, mnie, mojego męża i jego siostrę, od początku. Maryla zawsze dużo czytała. Właściwie to czytała ciągle, bo jeśli akurat nie pracowała nad jakimś tłumaczeniem, to przy zwykłych, codziennych czynnościach towarzyszyła jej zawsze książka lub czasopismo. Gdy przyjeżdżała do Warszawy, zaraz na dworcu kupowała najnowszy numer Polityki i Newsweeka. W domu czekały numery Tygodnika Powszechnego z całego miesiąca, ponieważ my kupujemy go regularnie od lat. Ten najnowszy numer przeważnie mi podbierała, orientowałam się po niewczasie, gdy chcąc po niego sięgnąć, nie znajdowałam go tam, gdzie go ostatnio położyłam. Jeśli Maryla była u siebie i akurat coś jadła, to oznaczało, że ma mój Tygodnik. Jak większość moli książkowych, do których i siebie zaliczam, Maryla uwielbiała czytanie przy jedzeniu.

Pewnego razu przyjechała z Berlina i od razu oświadczyła, że jest bardzo zmęczona, niewyspana i zaraz musi się położyć. Poprzedniego dnia skończyłam czytanie książki Joanny Olczak-Ronikier pt. W ogrodzie pamięci. To historia rodzin Mortkowiczów i Horwitzów, przodków autorki. Ponieważ książka jest fascynująca, podsunęłam ją Maryli, a ona zabrała ją i poszła do siebie. Do wieczora nie pojawiła się, więc uznaliśmy, że śpi, staraliśmy się nie chodzić na górę i upomnieliśmy syna, żeby nie hałasował i nie budził zmęczonej cioci. Na drugi dzień, gdy siedzieliśmy w kuchni przy śniadaniu, a Maryla zeszła z góry, zauważyliśmy, że nie wygląda na wypoczętą. Zapytana jak się czuje, popatrzyła na mnie i powiedziała: „ Wiesz co? Dałaś mi wczoraj tę książkę, a ja zajrzałam do niej chcąc poczytać trochę przed snem… No i jak zaczęłam czytać, tak nie mogłam się od niej oderwać, przeczytałam do końca! Skończyłam nad ranem. Jest świetna! Niesamowita! A teraz coś zjem i napiję się herbaty a potem muszę się przespać.”

Maryla nieraz mawiała, że zazdrości polonistom, którzy chlubią się bogatym zasobem rozmaitych cytatów literackich na każdą okoliczność. Sama wręcz je kolekcjonowała. Ona i jej brat, a mój mąż, oboje obdarzeni doskonałą, fotograficzną pamięcią i ja jako polonistka, dorzucaliśmy stale coś nowego do naszych codziennych rozmów. Mieliśmy też ulubione lektury, z których czerpaliśmy, np. Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa, powieści Gombrowicza. Do kota, który wskoczył na stół przemawiało się słowami: Kotom nie wolno! Z kotami nie wolno! i kot natychmiast rozumiał o co chodzi. Na drugi dzień po zakrapianej imprezie witaliśmy się cytatem z Lalki: Jak to mawiał Ignacy Rzecki? Katz, stary przyjacielu! Ciemne piwnice w starym domu na Mokotowie nosiły nazwę Moria, a gdy w nowym domu na poddaszu odkryliśmy obszerną garderobę z dodatkowym schowkiem, nasz syn od razu stwierdził, że jest to stara szafa, która prowadzi do Narni.

Są takie książki, do przeczytania których zachęciła mnie Maryla. To między innymi Moby Dick Melville’a i fantastyczne opowiadania Lovecrafta, powieść Marion Zimmer Bradley Mgły Avalonu, feministyczna wersja legend arturiańskich, która tak mi się spodobała, że kupiłam w Berlinie jej niemieckie wydanie, ponieważ nie mogłam dostać polskiego przekładu. Nie przekonała mnie natomiast do twórczości Elfriede Jelinek, choć sama była nią zafascynowana. Tłumaczyła mi , że Jelinek można w pełni zrozumieć jedynie w oryginale a polskie przekłady są nie najlepsze.

Wśród wspomnień literackich pojawiają się takie, jak przednia zabawa, którą mieliśmy przy wspólnym czytaniu Lema w niemieckim przekładzie. Ale też i takie, jak wieczór poezji Wisławy Szymborskiej na berlińskim spotkaniu feministycznym. Wiersze w tłumaczeniu Karla Dedeciusa nabierały nowego znaczenia, brzmiały dla mnie jakoś bardziej dobitnie i przejmująco.

Po śmierci rodziców Maryla zajęła się porządkowaniem rodzinnych zbiorów bibliotecznych. Z czasów przedwojennych nie zostało wiele, z opowiadań teścia wiedzieliśmy, że mokotowski dom Ciechomskich po wysiedleniu rodziny został przez Niemców spalony miotaczem ognia. Gdy w 1945 roku wrócili do niego, mury stały. Teść opowiadał, że po wejściu do pokoju, w którym znajdowała się biblioteka, zobaczyli całe, stojące regały z książkami. Wszystko było czarne jak węgiel, a przy dotyku rozsypywało się w popiół… To, co przetrwało, latami leżało w szafach i pudłach, teściowie, przytłoczeni problemami codzienności nie mieli czasu, żeby się tym zająć. Maryla za każdym przyjazdem do Warszawy wydobywała woluminy, odkurzała, niektóre dawała do oprawy. Są wśród tych pamiątek pięknie ilustrowane akademickie podręczniki starszego brata mojego teścia, studenta medycyny, który zginął w obozie koncentracyjnym. Jest kilka roczników czasopisma literackiego z końca XIX wieku. Jest prawosławne wydanie Biblii pisane cyrylicą.

Po śmierci Maryli, postanowiliśmy przewieźć z jej berlińskiej biblioteki do Warszawy tylko książki w języku polskim. Niemieckie zostały rozdane wśród przyjaciół i znajomych oraz przekazane bibliotekom publicznym. Ponieważ jestem bibliotekarką, teraz przede mną zadanie uporządkowania rodzinnego księgozbioru.

PS od Adminki: Maryla (Maria Gast-Ciechomska) była też autorką; poniżej okładka jej książki z 1999 roku. Tę książkę warto nadal czytać, jest pełna świetnych opowieści.


Wspomnienia o Maryli (7)

Magdalena Ciechomska

Zaczęły się wakacje i pojawiają się takie wakacyjne wspomnienia. O tym, że Marylę i jej brata, a obecnie mojego męża, poznałam w 1983 roku, w Uniwersyteckim Klubie Turystycznym UNIKAT, już wcześniej wspominałam. To były czasy studenckich rajdów, letnich pobytów w klubowych bazach namiotowych – UNIKAT eksplorował północno-wschodnią Polskę, Suwalszczyznę i Podlasie, tereny dziś turystycznie popularne, wtedy jeszcze mało znane. Maryla swoje doświadczenia z czasów klubowych wędrówek wykorzystała później w pracy zawodowej, pilotując wycieczki z Niemiec do Polski i na Litwę. My z mężem i synem pozostaliśmy na etapie rodzinnych weekendowych wypadów do lasu i wakacyjnych wyjazdów. Maryla odbyła więcej zagranicznych podróży, była w Paryżu, w Grecji, zwiedziła niektóre niemieckie landy.

Był taki czas, że ja, ze względów zdrowotnych, wyjeżdżałam do Szczawnicy Zdroju, uzdrowiska położonego u stóp Pienin, malowniczych gór, niewysokich, jakby miniaturowych w porównaniu do stojących tuż za nimi Tatr. W Szczawnicy wynajmowałam pokój dwuosobowy, siedziałam tam za każdym razem miesiąc, a w tym czasie przyjeżdżali do mnie, raz mama, raz mój mąż, no i dołączała do nas Maryla. Wynajmowała sobie osobny pokój, ale czas spędzaliśmy wspólnie. Mnie wypełniały go głównie zabiegi, Maryla też zawsze wykupywała w uzdrowisku jakieś kąpiele czy masaże dla siebie. Czerpaliśmy wielką przyjemność z leniwych, niespiesznych spacerów po parku zdrojowym, gdzie tradycyjnie znajdowała się muszla koncertowa, w której każdego popołudnia grała niewielka orkiestra. Repertuar był klasyczny, składał się głównie z wiedeńskich walców Straussów, utworów Schuberta, Schumana. Słuchaliśmy, sącząc z dzbanków lecznicze wody, tworzył się klimat jak w przedwojennym „badzie”. Gdy zdarzył się dzień wolny od zabiegów, wędrowaliśmy w góry, bliższe i dalsze. Przeszliśmy pasmo Pienin od Trzech Koron do Sokolicy i z Wąwozu Homole na szczyt Wysokiej. Najczęściej odwiedzliśmy najbliżej położoną, niewielką, uroczą Bryjarkę, a za nią małe schronisko, w którym serwowano pyszne naleśniki z jagodami. Maryla, wtedy konsekwentna wegetarianka, zawsze lubiła wszelkie naleśniki, pierogi, kluski itp. W tym czasie schyłkowego PRL-u mięso kupowało się na kartki, więc w pensjonacie, w którym mieszkaliśmy, także oddawało się część tych kuponów. Kuchnia przygotowywała tylko tyle potraw mięsnych, na ile starczyło z „kartek”. Kucharki, rodowite góralki, wykazywały się kulinarną pomysłowością, przygotowując znakomite pierogi, naleśniki, drożdżowe bułeczki, ciasta, zapiekanki, co nam, a zwłaszcza Maryli, bardzo odpowiadało. Pamiętam, że kiedy kilka lat później byliśmy w Szczawnicy z moim synem, Maryla wyraziła swoje rozczarowanie zmianą jaka zaszła w menu stołówki naszego pensjonatu. Mięso i wędliny pojawiały się na stole codziennie, a my wzdychaliśmy do pysznych pierogów ruskich i naleśników z serem, które podawano teraz tylko w piątki. Na szczęście tradycyjne bułeczki drożdżowe do kolacji pozostały.

W lipcu 2009 roku pojechaliśmy we trójkę, ja, nasz syn Jan i Maryla, na dwa tygodnie do Rymanowa Zdroju. Mój mąż nie miał w tym czasie urlopu, a syn był uczestnikiem turnusu terapeutycznego, zorganizowanego przez ośrodek prowadzący terapię dla dzieci z autyzmem. Janek od rana do obiadu miał zajęcia, a my szłyśmy na spacer. Maryla oczywiście korzystała z zabiegów, bardzo chwaliła sobie zwłaszcza masaż ciepłymi kamieniami. Uzdrowisko Rymanów jest otoczone niewielkimi, łagodnymi wzgórzami, porośniętymi lasem mieszanym, z przewagą buczyny. Po spacerze zachodziłyśmy do kawiarenki położonej w centrum zdroju. Pośrodku kawiarnianego ogródka rosło rozłożyste drzewo. Jedząc lody obserwowałyśmy kręcące się wszędzie niewielkie, urocze ptaki, wróble, ale też inne, których nazwy nie potrafiłyśmy odgadnąć.

Maryli pobyt w Rymanowie bardzo się spodobał, stwierdziła, wyjeżdżając, że musimy częściej odbywać takie wspólne wypady „do wód”. Chyba rok później zorganizowała dla siebie i swojej cioci pobyt w Nałęczowie. Ciocia była samotną siostrą mojej teściowej. Rodzice Maryli i Tadeusza już wtedy nie żyli. Maryla opiekowała się ciocią. Ten wyjazd niespecjalnie im się udał, to był wrzesień, prawie cały czas padało. Maryla jednak korzystała jak zwykle z zabiegów kąpielowych. I znów obiecywałyśmy sobie wspólne wyjazdy. Ostatni raz rozmawiałyśmy na ten temat, gdy Maryla była już po operacji onkologicznej. Dzwoniła wtedy z ośrodka rehabilitacyjnego, w którym dochodziła do siebie. Mówiła, że to jest coś w rodzaju sanatorium. Ale kiedy jej stan zdrowia wystarczająco się poprawi, pomyślimy, żeby znów pojechać razem do jakiegoś polskiego uzdrowiska.

Z wolnej stopy 45

Zbigniew Milewicz

Rajd ozdrowieńca

Wiele miesięcy nie było mnie w Polsce. Oczywiście wszystkiemu winna corona, najpierw były obostrzenia w ruchu granicznym, nie chciałem się więc w to pakować, później sam zachorowałem, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Teraz, jako ozdrowieniec, jestem bezpieczny dla otoczenia, a ono samo może mi nagwizdać, cały czas jestem więc w ruchu i maski używam tylko w sklepie, kościele i autobusie.

Ludzie, z którymi w Tychach rozmawiam, wyliczają mi, kogo ze wspólnych znajomych zabrała pandemia, trudno mi uwierzyć, że znalazł się wśród nich między innymi nawet ogólnie lubiany Zefel, dawny właściciel piwnego baru na zecie. Dlatego spieszę się do ludzi, którzy jeszcze żyją, nie odkładam spotkań, jak zwykle, na następny raz, bo może go już nie być. Życie jawi się jak coś absolutnie jednorazowego i kruchego, takim, jakim jest w istocie, ale trzeba było dopiero śmiercionośnego wirusa, żeby to pojąć. Miłe są te nieudawane uwagi, czasami zaprawione ulgą: no, nareszcie znowu jesteś. Albo: długo Pana nie było – spotkania Marcysi z piekarniczego, dozorczyni Jańci, albo krawcowej Lusi, u której zawsze coś poszerzam, albo zwężam. Tym razem zwężam, bo corona pozbawiła mnie smaku i węchu, a przeto i apetytu.

Jadę na ulicę Gołębią, do moich starych przyjaciół, Justysi i Krystiana, oczywiście są już zaszczepieni i dziwią się, że ja mam do szczepionek sceptyczny stosunek. Ojciec Justyny był lekarzem, ona sama też nim jest, nie mam więc szans w merytorycznej dyskusji na temat, kto ma rację. Na szczęście ozdrowieńcy zaraz po chorobie się nie szczepią, bo mają własne przeciwciała i spór kończy się elegancko walkowerem.

Do Asi i Krzysia na osiedlu „A“ nie zaglądałem całe wieki, a sporo się u nich zmieniło. Gospodarz cierpi na miażdżycę, amputowano mu przez nią obydwie nogi, musiał się pożegnać z wykonywanym zawodem taksówkarza i obecnie utrzymanie całego domu spoczywa na barkach jego żony. Asia zajmuje się rozliczeniami podatkowymi, pracę ma w swoich czterech ścianach i może jednocześnie opiekować się mężem, ale łatwe to nie jest. Na szczęście czasami śpieszą im z pomocą córki, a medycznie to niezbędne minimum zapewnia terapeuta. Podziwiam ich obydwoje za hart ducha, a dodatkowo Krzysia – za niezmiennie pogodny charakter i poczucie humoru, których mimo choroby nie utracił. Obecnie wszystkie swoje siły koncentruje na wzmocnieniu mięśni kikutów nóg, aby móc przymierzyć się do protez i z serca życzę mu, aby osiągnął swój cel.

Marysia w Świerklanach, Lolek z Halinką w Ustroniu Śląskim i Stefcia w Chorzowie, których z kolei odwiedzam, też mają już za sobą szczepienia na covid, przynajmniej częściowe i tylko pierwsza z nich narzeka, że na drugi dzień bolała ją ręka. Stefcia spontanicznie organizuje w swoim mieszkaniu spotkanie klasowe. Jest nas razem czworo: ona, Helcia, Leszek i ja. Wszyscy mieszkaliśmy kiedyś przy tej samej ulicy Wesołej i chodziliśmy razem do szkoły podstawowej nr 9, róg Dąbrowskiego i Omańkowskiej. Do reszty koleżeństwa Stefcia nie umiała dotrzeć, wielu też niestety już nie żyje. Taksujemy się nawzajem życzliwie, nikt nie mówi, że na ulicy w pośpiechu to byśmy się nie rozpoznali, ale pewnie tak by było. Najważniejsze, że pamięć wszystkim nam jeszcze w miarę dopisuje i jesteśmy na chodzie. Jest wigilia polskiego Dnia Matki, jadę więc na cmentarz do Św. Ducha, żeby zmówić zdrowaśkę i zapalić u mamy znicz.

Swój ozdrowieńczy rajd po miejscach bliskich mojemu sercu zaczynam i kończę w Krakowie. Tam mieszka prawie od roku moja córka Ania z wnuczką Zosią. Mieszka pięknie, w zabytkowej kamienicy przy jednej z przecznic ulicy Karmelickiej, w samym śródmieściu; powodem zamiany Tychów na Kraków jest nowe miejsce pracy córki, więcej teraz zarabia, ale też sprawuje odpowiedzialniejszą funkcję i zadania są trudniejsze. Zosia szczęśliwie daje sobie radę w nowym liceum i środowisku, które ją w pełni zaakceptowało, w przyszłym roku będzie zdawała maturę. Chodząc po Krakowie, rozmawiamy o pracy Ani i szkole Zosi, o jej świeżych przyjaźniach i planach na przyszłość. To miasto świetnie się nadaje do takich spacerów. Idąc od Karmelickiej Parkiem Krakowskim w stronę Wisły, opowiadam im o moich pięciu latach spędzonych tutaj, o barwnych, corocznych Juvenaliach, pokazuję Collegium Paderevianum, w którym miałem zajęcia, Dom Studencki „Żak“, gdzie mieszkałem, później Collegium Novum. Wspominam o demonstracji studentów i pracowników naukowych UJ w marcu 1968 r., która miała miejsce pod tym historycznym budynkiem, a później została brutalnie spacyfikowana przez milicję i ORMO. Chłoną to wszystko, co im opowiadam, a ja czuję się trochę muzealnie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko było już bardzo dawno temu.

Rynek przypomina euforyczny Eden. Jeszcze niedawno z powodu sanitarnych rygorów świecił pustkami i martwotą, a dziś jest sobota, pierwszy dzień po zluzowaniu obostrzeń. Można nareszcie znowu usiąść z rodziną, albo przyjaciółmi w kawiarnianym ogródku, napić się piwa, lemoniady i ludzie z tego skwapliwie korzystają. Znowu są dorożki, uliczni muzykanci, są ognie w ogródkach, śmiech, gwar, uszczęśliwione buzie, improwizowane tańce na płytach rynku, stragany z wyrobami ludowymi i ponętnie wyglądającym jadłem, ale tego niestety nadal nie czuję. Nieznajomi ludzie sprawiają wrażenie, jak by znali się od dawna, toczą ze sobą miłe rozmowy, nie pamiętam, kiedy ostatnio doświadczyłem takich budujących scen.

Może ktoś w Krakowie rozpyla w powietrzu endorfiny. Na Wiślnej bowiem Ania, ni stąd ni zowąd, zaczepia jakąś kobietę i pyta, gdzie ta kupiła modne czółenka, po czym pada nazwa firmy, która mi nic nie mówi. Wywiązuje się śliczny dialog, czekam, kiedy babeczki padną sobie w objęcia, dwaj uśmiechnięci panowie z boku są tą sceną zachwyceni, my z Zosią oczywiście również. Trudno o pozytywniejsze relacje międzyludzkie, ale zapytam jeszcze raz: czy trzeba było pandemii, żeby ludzie się na siebie znowu otworzyli? I pytanie numer dwa: jak długo ten błogostan potrwa?

Fizycznie nie udało mi się powtórzyć podróży nad Wisłę, ale przed powrotem do Niemiec śniłem, że tam znowu jestem. W tym śnie byłem młodym człowiekiem, siedziałem na okrytych bujną zielenią Plantach w towarzystwie jakiejś pięknej kobiety i z czegoś śmialiśmy się serdecznie. Przecież do szczęścia niczego więcej mi nie trzeba.

Autor, na kuchennych schodach stancji przy Długiej 18, rok 1964, po jakimś egzaminie chyba, bo obowiązkowa, biała koszula i krawat.

Wspomnienia o Maryli (6)

Magdalena Ciechomska

Trwają rozgrywki Euro 2021. Dlatego początek będzie o futbolu.

Przypominam sobie, że Maryla zainteresowała się piłką nożną w czasie, gdy tłumaczyła coś dla jakiejś organizacji sportowej. Wtedy zaczęła oglądać mecze. Szybko odkryła, że naprawdę interesujące są rozgrywki dopiero od pierwszej ligi wzwyż, więc najchętniej oglądała mistrzostwa. Pamiętam Mundial w 1990 roku, już po upadku Muru Berlińskiego. Byłam wtedy w Berlinie. Niemcy przeżywali euforię jednoczenia podzielonego kraju i bardzo potrzebowali zwycięstwa, które zresztą osiągnęli. Maryla początkowo kibicowała drużynie Kamerunu, ponieważ ich mecze wyróżniały się niespotykaną dotąd dynamiką i prawie tanecznymi sekwencjami, wykonywanymi przez piłkarzy. Później jej faworytami zostali Włosi, ostatecznie jednak to Niemcy zdobyli mistrzostwo. Ten właśnie mecz oglądałyśmy razem, w mieszkaniu Romana, od którego Maryla wynajmowała pokój. Ja wtedy korzystałam z uprzejmości naszej niemieckiej znajomej, Heike, mieszkającej przy Gleditschstrasse. Transmisja skończyła się po godzinie 22, a ja musiałam dotrzeć z Kreuzbergu do mieszkania Heike. Pamiętam radosny, rozśpiewany tłum młodych ludzi w metrze, nad moją głową ktoś otworzył z hukiem butelkę szampana, a piana wylała mi się na głowę, co spowodowało chwilową konsternację i przeprosiny oraz pytania, czy się nie gniewam? Odpowiedziałam, że skądże, wcale, w takiej chwili! Jednak do wspólnego picia nie chciałam się przyłączyć. Wymówiłam się brakiem kubka, co przez przestrzegających higieny Niemców przyjęte zostało ze zrozumieniem. To był ostatni kurs metra, autobus nocny nie jechał w moim kierunku, musiałam odbyć nocny spacer po mieście. Była pogodna noc, mijałam grupki rozgadanych, wesołych ludzi. To jedno z moich najprzyjemniejszych wspomnień z Berlina. Heike przywitała mnie nachmurzona i zła. Ona, feministka, „zielona i alternatywna”, jak się wtedy mówiło, o zdecydowanie lewicowych poglądach, stwierdziła od razu, że to za dużo – i mistrzostwo świata w futbolu i zjednoczenie. Bała się „niemieckiej dumy”, która, jej zdaniem, mogła obudzić demony przeszłości. Jakoś nie podzielałam jej obaw. Przez cały ten rok mojego pobytu w Berlinie, rok po obaleniu muru, poddawałam się wszechobecnemu nastrojowi święta.

21 lipca 1990 roku na Placu Poczdamskim odbył się koncert The Wall Live in Berlin. Obie z Marylą odżałowałyśmy ciężko zarobione marki i nabyłyśmy najtańsze wejściówki. Spełniło się jedno z moich „nastoletnich” marzeń, z czasów, gdy muzyki Pink Floyd mogłam słuchać tylko z radia lub kaset do starego Grundiga. No i czułam wtedy, podrygując na trawie razem z tłumem, że dzieje się coś niezwykłego. Historia tworzyła się w rytmie rocka, myślałam wtedy, że już tak powinno zostać, żadnych murów, żadnych wojen, strzałów, bomb.

Maryla uwielbiała takie imprezy. W Polsce co roku jeździła latem do Jarocina, w Berlinie czasem wolała zaoszczędzić nawet na jedzeniu, żeby pójść na koncert. Prawdziwym cudem był wtedy dla niej walkman, mogła słuchać swojej ulubionej muzyki stale, w sklepie, na spacerze, w komunikacji miejskiej. Wtedy było to reggae, potem przyszła faza metalu. Przeplatało się to u niej z muzyką klasyczną, operową. Miała pokaźną kolekcję płyt, które zostawiła w spadku naszemu synowi. On także jest melomanem. I też słucha wszystkiego, od opery po rocka, no, może metal nie znajduje u niego specjalnego uznania.

Zainteresowanie futbolem dzieliła Maryla ze swoim partnerem, Dirkiem. Opowiadała, że przed ważniejszymi rozgrywkami międzynarodowymi, które oczywiście oglądali wspólnie, robili zakłady. Każde kibicowało jednej z drużyn. Potem razem szli na kolację, do knajpy z kuchnią kraju zwycięskiej reprezentacji, a płacił kibic drużyny, która przegrała…

Nigdy osobiście nie poznałam Dirka, znam go tylko z opowiadań i fotografii. Kilka razy, z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy dostaliśmy od niego kartkę z życzeniami. To był wolny związek dwojga ludzi o wysokim poczuciu niezależności. Dzień po pogrzebie Maryli do naszej bramy zadzwonił kurier Poczty Kwiatowej. Przekazał nam bukiet jedenastu ogromnych białych róż i kondolencje podpisane przez Dirka.

Wspomnienia o Maryli (5)

Magdalena Ciechomska

Rodzinnie

Nasz syn urodził się we wrześniu 1993 roku. Pamiętam, że był to czas pięknej, słonecznej pogody. Moja ulubiona pora roku – kiedy lato powoli przechyla się ku jesieni. Nasz stary ogród zaścielały żółto-złote liście włoskich orzechów, opadłe wcześnie, bo lato było suche i upalne.

Maryla przysłała mi z Berlina kartkę przedstawiającą posążek egipskiej bogini Izydy z małym Horusem na kolanach. Poprosiła o fotografię syna, którą zrobiono mu w szpitalu, bezpośrednio po porodzie. Na tym zdjęciu leży na szpitalnej wadze dla noworodków, kilka minut po tym, jak wyszedł z otchłani mrocznych wód. Istota z pogranicza dwóch światów, ziemno-wodna, amfibialna, która w niepojęty sposób powtarzając kolejne etapy ewolucji, od komórki do organizmu ludzkiego, w ostatnim akcie wydobyła się na stały ląd, oznajmiając początek nowego istnienia przenikliwym krzykiem, zsynchronizowanym z pierwszym oddechem. Tę fotografię Maryla umieściła na początku albumu, który później gromadził wykonane przez nią samą zdjęcia rodzinne. Fotografowała nas, naszego syna, swoich i moich rodziców, wtedy, gdy przyjeżdżała do Warszawy. Na kilku z nich widać nas w ogrodzie. Janek bawi się w bujnej trawie, kwitną peonie lub hortensje. Na innym drzewa są jeszcze bez liści, schodzimy z ganku w płaszczach, dziecko w kurtce i czapeczce. Idziemy ze święconką do kościoła, to Wielka Sobota, wczesnowiosenna, chyba marcowa Wielkanoc.

Sporo jest tych rodzinnych świąt sfotografowanych przez Marylę. Bardzo je lubiła. W ogóle była bardzo rodzinna. Może to się wydawać paradoksalne, że sama siebie nie widziała w roli żony i matki, a jednocześnie rodzina była dla niej tak ważna.

O ile dobrze pamiętam, od czasu, gdy wyjechała do Berlina , może dwa albo trzy razy nie było jej w Polsce na Wielkanoc i chyba raz na Boże Narodzenie. Z widocznym entuzjazmem przystępowała do świątecznych przygotowań, zwłaszcza kulinarnych; uwielbiała piec ciasta, za każdym razem przywoziła jakiś nowy, wyszperany skądś przepis. Chętnie ubierała choinkę, angażowała do pomocy Jaśka. A kiedy wszystko było już gotowe, z równym zapałem przystępowała do świątecznego obżarstwa, które uwielbiała. Mimo to udawało jej się zachować szczupłą sylwetkę. Ważnym tematem było kupowanie prezentów. Zwykle ustalaliśmy to wcześniej, tworząc katalog potrzeb i życzeń, ale zdarzały się niespodzianki.

Pamiętam, jak Maryla przywiozła dla Jasia prezent od naszej niemieckiej znajomej, Gudrun Koch: pluszową, bardzo kolorową papugę, mającą w brzuszku pozytywkę, która wygrywała melodię kołysanki. Janek ma tę zabawkę do dziś, choć nie wiem, czy pozytywka jeszcze działa. Często na Boże Narodzenie Maryla kupowała mu słodycze, np. czekoladowe figurki Mikołajów lub zwierzątek, bynajmniej nie te seryjne z hipermarketu, zdecydowanie z wyższej półki, starannie wykonane, w ładnych opakowaniach, z dobrej jakości czekolady, co było ważne, gdyż mały miał alergię na mleko krowie. Niestety, walory estetyczne tych cudeniek docenialiśmy tylko my, dorośli. Nasz synek błyskawicznie rozwijał mieniące się kolorami sreberka a zawartość, kawałek po kawałku, znikała w jego buzi.

Może niektórych zaskoczyć, że święta miały dla Maryli wymiar nie tylko rodzinny, ale także religijny. Była wierząca, jej uczestnictwo w bożonarodzeniowej czy wielkanocnej liturgii wcale nie sprowadzało się do tradycyjnego zwyczaju. W naszych rozmowach z nią, nie tylko tych odświętnych, problemy wiary, religii, relacji z Bogiem a zwłaszcza – wadzenia się z Nim, to był stały temat. Maryla celebrowała nabożeństwa Maryjne, zwłaszcza Nabożeństwo Majowe. Biblijne postacie kobiet interesowały ją w oczywisty sposób. Wyraźnie fascynowała ją Maryja, Miriam, Matka Jezusa, kult, który łączy Jej postać z przyrodą, charakterystyczny dla naszej ludowej pobożności, widoczne pokrewieństwo wizerunków Matki Bożej z pogańskimi bóstwami żeńskimi.

Postać Izydy z Horusem przy piersi wg religioznawców jest pierwowzorem obrazów Madonny z Dzieciątkiem – hodegetria – najbardziej znany typ ikonograficzny przedstawiający święte macierzyństwo. Matka Boża, Bogurodzica, Theotokos.

Nasze ostatnie spotkanie, to święta Bożego Narodzenia 2018 roku. Maryla była po operacji, w trakcie leczenia, mimo wszystko przyjechała. Choroba mocno nadwątliła jej organizm, patrząc na nią widziałam jej kruchość, delikatność, ale była zadowolona , ożywiona, radosna.

Nawet, swoim zwyczajem, upiekła kilka ciast. Stwierdziła, że bez tego nie poczułaby w pełni atmosfery świąt.

Z wolnej stopy 43

Zbigniew Milewicz

Pofyrtany ten Śląsk

Kiedy urodziła się moja mama, dziadek Erwin ubrał się odświętnie i poszedł do chorzowskiego magistratu, żeby to zgłosić. Niemiecki urzędnik zapisał w swojej księdze datę, dane rodziców i oczywiście zapytał o imię córki.
– Janina – odparł petent.
– Czyli Johanna – stwierdził człowiek za biurkiem i zanurzył pióro w kałamarzu.
– Janina – powtórzył pogodnie Erwin, kładąc przed tamtym pistolet.

Dziadek Erwin lubił fotografować, ale sam niechętnie pozował do zdjęć.

Dziadek był na ogół spokojnym człowiekiem. Nie wiem natomiast, czy ten pistolet należał wcześniej do jego starszego brata Jorga, albo był zdobyczny, z powstania. Jorg czuł się Niemcem i służył w Grenzschutzu, kiedy dowiedział się, że Erwin idzie walczyć za polski Śląsk i ma na uzbrojeniu jakąś małokalibrową zabawkę, ironicznie to skomentował, ale dał mu dla pewności swoją broń. Pisałem o tym w czwartym odcinku W górę rzeki. Mama Nina urodziła się 14 czerwca 1921 roku, wtedy losy III Powstania Śląskiego jeszcze się ważyły. Od dwóch dni trwało zawieszenie broni, dziadek mógł więc przyjechać do domu i powitać swoją pierworodną córkę, ale czy był przy tym, jak jego Jadka rodziła tego również nie wiem. Nie poznałem też nigdy szczegółów dotyczących jego udziału w powstaniu, które mógł spędzić w okopach pod Anabergiem, albo w obsłudze nielicznych dział, którymi dysponowali Polacy, czego się nauczył w Wielkiej Wojnie, jako pruski artylerzysta, lub siedział w jakimś sztabie, przy telefonie, czy pisaniu meldunków, bo ładnie kaligrafował. Oczywiście moja chłopięca wyobraźnia kreśliła zawsze sceny batalistyczne, bohaterskie, a mogło być różnie, skoro nikt w domu nigdy mi na ten temat niczego nie powiedział. Zawsze się tylko powtarzało: jak będziesz duży, to się dowiesz. A kiedy dorosłem, zajęło mnie własne życie.

Oddział powstańczy na ulicach Królewskiej Huty po powrocie z walk. 1921 r. Fot. CAW

III Powstanie Śląskie, o którym zwykło się mówić, że było zwycięskie, w przeciwieństwie do poprzednich dwóch, przegranych, wybuchło w nocy z 2 na 3 maja 1921 roku, walki trwały dwa miesiące. Poprzedził je marcowy plebiscyt w sprawie przynależności państwowej Górnego Śląska; w głosowaniu dopuszczono udział osób, które wcześniej wyemigrowały ze Śląska. W tym celu z Niemiec przyjechało 182 tys. emigrantów, z Polski – 10 tysięcy. Jak łatwo zatem odgadnąć, większość uprawnionych do głosowania, stanęła za pozostawieniem tego regionu w dotychczasowych granicach Niemiec, za przyłączeniem do Polski opowiedziała się mniejszość – 40,3% głosujących. W miastach większość obywateli stanęła za Niemcami, wieś była za Polską.

Międzysojusznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa z siedzibą w Opolu, w skład której wchodzili przedstawiciele Anglii, Francji i Włoch zdecydowała o przyznaniu prawie całego obszaru Niemcom – Polska miała otrzymać tylko powiaty pszczyński i rybnicki. Na to dictum dotychczasowe pojedyncze strajki niezadowolonych z materialnej biedy i bezrobocia mieszkańców regionu przekształciły się w strajk generalny, a następnie w zbrojny zryw. Znany śląski działacz społeczny, Wojciech Korfanty, który ogłosił się dyktatorem III Powstania Śląskiego napisał w odezwie do rodaków:

„Zwycięstwo osiągniemy za wszelka cenę i nie ma takiego mocarza na świecie, który by mógł nas okuć ponownie w kajdany germańskie”.

Wcześniej, jako komisarz plebiscytowy z nadania komendanta Józefa Piłsudskiego, był gorącym zwolennikiem rozwiązania konfliktu na drodze dyplomatycznej. Kiedy jednak przekonał się, że angielscy i włoscy rozjemcy nie są bezstronni i trzymają stronę Niemiec (z Polakami sympatyzowali jednak Francuzi) – zmienił zdanie. Przyznał rację swojemu oponentowi, hrabiemu Maciejowi Mielżyńskiemu – z którym w kwietniu 1921, w bytomskim hotelu „Lomnitz“, toczył burzliwe spory o to, jak odzyskać Śląsk – że trzeba chwycić za broń. Datę wybuchu powstania, z 2 na 3 maja, wybrano starannie. Duże grupy Ślązaków, szykujących się w nocy do wymarszu na powstańcze pozycje, tłumaczyły przypadające nazajutrz rocznicowe obchody Konstytucji 3 Maja, na które trzeba było zawczasu dotrzeć to tu, to tam. Zaczęto od świetnie przygotowanej akcji „Mosty”. Grupa Destrukcyjna „Wawelberga”, pod dowództwem Tadeusza Puszczyńskiego, zniszczyła w zsynchronizowany sposób około 50 przepraw na Odrze, aby uniemożliwić przeciwnikom komunikację kolejową z resztą Niemiec, czyli odciąć ich od dostaw broni, amunicji, żywności i nowych kontyngentów wojska. Zaskoczenie było totalne, dzięki temu udało się uniknąć większych strat po własnej stronie.

Grupy powstańców na pozycjach nad Olzą.

Do walki stanęli przede wszystkim Polacy z Górnego Śląska, jednak nie brakowało wsparcia i spoza kordonu. Wojskami dowodził ppłk. Maciej Mielżyński, z Wielkopolski; później zastąpił go ppłk. Kazimierz Zenkteller, również Wielkopolanin. W ciągu tygodnia, wykorzystując zaskoczenie przeciwnika, powstańcom udało się opanować cały teren plebiscytowy. Kiedy Niemcy się z grubsza pozbierali, rozpoczęli mobilizację sił samoobrony w rejonie Raciborza. Największą bitwą pierwszej fazy powstania były walki o Kędzierzyn oraz o pobliski port na Odrze, tzw. Przystań Kozielską. 10 maja 1921 roku Korfanty ogłosił zawieszenie broni, Niemcy zaś rozpoczęli mobilizację swych jednostek w rejonie Krapkowic i Kluczborka. Ich głównodowodzący, gen. Karl Hoefer, który wcześniej był komendantem straży granicznej na Górnym Śląsku, wydał rozkaz natarcia w kierunku Góry św. Anny. Ofensywa ruszyła w nocy z 20 na 21 maja. Po zaciętych walkach bataliony Freikorpsu „Oberland“ z Bawarii zajęły to ważne strategicznie wzgórze, skąd można było poprowadzić bezpośrednie natarcie w kierunku śląskiego rejonu przemysłowego.

Mimo kilkakrotnie podejmowanej kontrofensywy powstańcom nie udało się ponownie zdobyć Anabergu. Niemcy mieli przewagę w uzbrojeniu i wyszkoleniu bojowym, powstańcy rekompensowali to odwagą i sercem do walki, ale każda ofiara ma swoje granice. W maju i czerwcu toczyły się również walki o Kędzierzyn i Koźle, które ucichły po zawieszeniu broni 12 czerwca 1921 roku. Chociaż powstańcom udało się utrzymać ten strategiczny rejon, Korfanty wiedział, że Niemcy mają militarną przewagę i dalsza walka może pogorszyć sytuację jego wojsk na froncie. Rozpoczął więc negocjacje z przeciwnikiem. 26 czerwca Wojciech Korfanty i Karl Hoefer podpisali porozumienie o wycofaniu swoich wojsk z linii frontu, a 5 lipca zakończono ich ewakuację. Siły przeciwników rozdzielały oddziały alianckie. Zawarto rozejm z Niemcami, przy czym polska strona rządowa oficjalnie odcięła się od odpowiedzialności za powstanie. 12 października 1921 roku, po dyplomatycznych rozmowach, przeprowadzonych przez Korfantego z aliantami, Komisja Międzysojusznicza podjęła decyzję o korzystniejszym dla Polski podziale Górnego Śląska i to była główna wygrana tego powstania. Z obszaru plebiscytowego, czyli ponad 11 tys. km kw., zamieszkanego przez ponad 2 miliony ludzi, do Polski przyłączono 29% terenu i 46% ludności.

W Polsce znalazły się m.in. Katowice, Świętochłowice, Królewska Huta (obecny Chorzów), Rybnik, Lubliniec, Tarnowskie Góry i Pszczyna. Podział był też korzystny dla nas gospodarczo – na przyłączonym terenie znajdowały się 53 z 67 istniejących kopalni, 22 z 37 wielkich pieców oraz 9 z 14 stalowni.

„Cud nad Wisłą uratował Polskę od zguby, cud nad Odrą dał Polsce Śląsk. Cudu nad Wisłą i cudu nad Odrą nie stworzył żaden dyktator, żaden mocarz, który wziął odpowiedzialność za losy narodu, ale duch narodu, jego solidarność narodowa, duch obywatelski i poczucie odpowiedzialności każdego obywatela” – oceniał Korfanty efekty powstań.

W tym trzecim, według danych historycznych, wzięło udział około 60 tysięcy Polaków. 1218 spośród nich poległo a 794 odniosło rany. Niemieccy naziści nie darowali tym, którzy przeżyli. Kiedy we wrześniu 1939 roku Hitler napadł na Polskę, za udział w trzecim powstaniu i poprzednich karano śmiercią. Niemcy dysponowali spisami powstańców, sporządzonymi dla celów ewidencyjnych przez polską administrację i na ich podstawie docierali do kombatantów, których likwidowano później w obozach zagłady, albo zaraz po zatrzymaniu. Przykładem lista chorzowska, znajdująca się w zbiorach Muzeum Śląskiego. Widnieją na niej głównie ludzie, którzy należeli do Związku Powstańców Śląskich ; lista jest zdigitalizowana i dostępna w sieci, więc ją przeglądałem, szukając nazwiska mojego dziadka. Zrobiła na mnie ponure wrażenie, bo w rubrykach zapisanych odręcznie przez polskich urzędników, są późniejsze adnotacje ich niemieckich następców w magistracie. Pisali, kto zmienił miejsce zamieszkania, albo już zmarł śmiercią naturalną, przy niektórych nazwiskach stoją znaki zapytania, lub wykrzykniki. Na szczęście Seweryna Palucha nie znalazłem, bo w przeciwnym razie pewnie bym go nie poznał osobiście. Z tego co wiem, nigdy nie dał się namówić na oficjalne członkostwo w tym związku, bo mierziły go wewnętrzne spory między ludźmi Korfantego i zwolennikami jego największego wroga – Michała Grażyńskiego, który po powstaniu został wojewodą śląskim. Wolał nie mieć tych paru złotych dodatku kombatanckiego do emerytury, ale za to swój święty spokój. Poza tym zawsze był ostrożny, jak by znał rosyjski, to by pewnie mawiał: będziesz cichszy, to dalej pojedziesz…

Mama Nina (w kapelusiku – w wieku 19 lat)

Wczoraj minęło sto lat, jak urodziła mu się jego pierworodna córka, moja mama Nina. Może dlatego, że była powstańcza, zapamiętałem ją przede wszystkim, jako człowieka bez strachu, z wielkim sercem, zawsze gotowego spieszyć innym z pomocą. Zawsze pogodnie uśmiechnięta, miała piękny alt i lubiła śpiewać stare, harcerskie piosenki, albo te śląskie, powstańcze, a ja jej w tym chętnie towarzyszyłem. Na przykład : Już zachodzi czerwone słoneczko… Natomiast irytowało ją zawsze, jak jej siostra Irka, która bywała złośliwa, intonowała jako następny szlagier: Horst Wessel Lied. Po pierwsze bowiem była to pieśń SA, a po drugie ciocia okropnie fałszowała. Mama wykształciła się w dobrym, polskim liceum w Chorzowie, im. Marii Curie-Skłodowskiej a jej młodsza o siedem lat siostra, już w niemieckim, choć też dobrym. Mama była przedwojenną, polską harcerką, ciocia należała do Bund Deutscher Mädel i każda była przekonana, że to był najpiękniejszy czas w ich życiu. Nie pamiętam, żeby sprzeczały się między sobą o to, który był piękniejszy.

Siostry Janka i Irka, pewnie w ukochanej Bukowinie Tatrzańskiej

Kiedy ja znowu jadę z Monachium do tych swoich Tychów, wiem, że mój młodszy syn Mikołaj tylko się dziwi, bo to jest już czwarta, albo piąta podróż do Polski na przestrzeni roku, ale nic nie mówi. Tylko, żebym nie zasnął za kierownicą, bo już nie mam dwudziestu lat. Mikołaj, tak, jak ciotka Irka, lubi stare, niemieckie pieśni szturmowe i też mu tego nie mam za złe. Mieszka na bawarskiej wsi, niedaleko Glonn, gdzie po II wojnie żył ujek Jorg, starszy brat mojego dziadka, który za Hitlera służył w SA i pewnie nie raz sobie śpiewał: Die Fahne hoch… Zapamiętały to pewnie drzewa rosnące koło jego domu i kiedy mój syn pojechał tam, żeby zobaczyć, gdzie Jorg mieszkał, to mu pieśń powtórzyły i się młodemu spodobała. Taki jest pofyrtany ten Ślask i jego dzieci.

Wspomnienia o Maryli (4)

Magdalena Ciechomska

Feministki

Gdy wyszłam za Tadeusza, Maryla już działała jako feministka. Nasze pierwsze rozmowy na ten temat, nie licząc dyskusji o tym, kto właściwie powinien sprzątać, gotować lub pozmywać naczynia (tu poglądy zmieniały się zależnie od okoliczności), miały związek z literaturą. Zaczęło się od pewnej książki dla młodzieży, którą wygrzebaliśmy wśród szpargałów, zalegających w jakimś zakamarku naszego starego, mokotowskiego domu. Była to powieść z gatunku science fiction, autorstwa Andrzeja Janickiego, pt. Porwany w przestrzeń, wydana w 1959 roku w Londynie, przez katolickie wydawnictwo Veritas. Dość atrakcyjnie skonstruowana rzeczywistość fantastycznego świata przedstawionego tworzy w niej kostium dla dydaktyzmu i moralizatorskiego przesłania, w duchu katolickiego wychowania młodzieży. Rzecz dzieje się na planecie Wenus, co niewątpliwie ma znaczenie symboliczne, ponieważ tematem utworu są miłosne perypetie głównego bohatera, młodego ziemianina i atrakcyjnych mieszkanek drugiej planety Układu Słonecznego. Wenusjanie również są przedstawicielami gatunku homo sapiens, więc darmo szukać tu problematyki konfrontacji z Obcym, jaką znamy ze Star Treka. Nas interesowało przede wszystkim operowanie damsko-męskimi stereotypami obyczajowymi i ogranym schematem romansu, który dla autora stanowił pretekst do przekazania umoralniających pouczeń na temat przyzwoitości, czystości przedmałżeńskiej, a także rycerskości w stosunku mężczyzn do kobiet oraz niewinności i czułości tychże. Odkrywanie i demaskowanie tych schematów tak nas rozbawiło, że zabrałyśmy się do dalszych poszukiwań. Dobrałyśmy się do naszej narodowej klasyki. Maryla przyjęła rolę inspirującą, powiedzmy, ideowo, ja, z racji mojego zawodu nauczycielki języka polskiego, zajęłam się wyszukiwaniem przykładów literackich. W ten sposób odkryłyśmy temat: kobieta w literaturze polskiej. Uwagę skierowałyśmy przede wszystkim na twórczość romantyków i pozytywistów. No i się zaczęło! Po pierwsze dość szybko okazało się, że najtrafniej całą prawdę na ten temat wyraził Cyprian Kamil Norwid: „(…) literatura nasza nie określiła jeszcze ani jednego skończonego typu kobiety (…)”*. Po drugie, zaczęłyśmy odkrywać mizoginizm naszej dziewiętnastowiecznej literatury narodowej i tę prawdę, że, wbrew pozorom, „Polska nie jest kobietą”. Najbardziej chyba pastwiłyśmy się nad Sienkiewiczem. I świetnie się przy tym bawiliśmy, we trójkę, bo i Tadeusz dał się w to wciągnąć. W końcu Maryla podsunęła mi pomysł spisania naszych odkrywczych interpretacji.

Niedługo potem zajęła się sprawą wyjazdu do Berlina. Kiedy pojechałam do niej, zabrałam ze sobą wszystkie notatki. Właściwie nie bardzo wiedząc jeszcze po co i dla kogo, raczej „sobie a Muzom”, zaczęłam składać z nich jakąś całość. Traktowałam to jako rodzaj intelektualnego fitnessu po całodziennym trudzie pracy w „sprzątalnictwie”. Polskie książki pożyczałam od Romana, znajomego Szwajcara, studenta polonistyki. Kolejne fragmenty dawałam Maryli do przeczytania i oceny. Udało nam się wyodrębnić kilka typów, którym dałyśmy nazwy od bohaterek literackich: „dziewica-bohater”, „Matka Polka”, „niewinna Zosia”, „anielska Marynia”, „niezłomna Oleńka”, „Hajduczek”, „Siłaczka”. Najbardziej interesująca wydała mi się postać Matki Polki. Napisałam na ten temat rodzaj szkicu krytycznego; później powstał na jego podstawie tekst, z którym wystąpiłam na kilku spotkaniach poświęconych tematyce feministycznej, w Krakowie i w Berlinie. Mój udział w tych spotkaniach zawdzięczam Maryli, która nie tylko mnie tam ściągnęła, ale także tłumaczyła na żywo to, co czytałam i mówiłam.

W 1993 roku urodziłam syna. Sama zostałam Matką Polką. To był czas wielu przemian w Polsce; z postkomunistycznego śmietnika wyłaniała się nowa rzeczywistość państwa, które wracało do Europy. Feminizm odbierany był wtedy jak coś zupełnie nowego, dziwnego, choć przecież miał już swoje miejsce w naszej historii, w pismach warszawskich pozytywistów, w wystąpieniach kobiet, które po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku upomniały się o swoje prawa. Ale w Polsce lat 90 budził często zdziwienie, obawy i niechęć, zwłaszcza ze strony kościoła katolickiego i środowisk z nim związanych. Przez same kobiety był postrzegany jako zjawisko niszowe, rodzaj dziwacznego hobby wielkomiejskich intelektualistek, niemających pojęcia, jak wyglądają prawdziwe problemy tzw. „zwykłych kobiet”. Coraz częściej w rozmowach z Marylą przyjmowałam też punkt widzenia takiej zwykłej kobiety. Stawałam się coraz bardziej krytyczna; irytowała mnie elitarność ruchu, który w trudnym czasie polskiej transformacji zdawał się reprezentować interesy tylko pewnej grupy kobiet, w dodatku tych, które już były samodzielne, wykształcone, miały dobrą pracę. Maryla, pryncypialna w swoich poglądach, starała się odpierać moje zarzuty. Później przekonałam się, że jednak uważnie słuchała.

cdn

Wspomnienia o Maryli (3)

Magdalena Ciechomska

Żółte tulipany

Mam takie zdjęcie, zrobione w mieszkaniu Maryli na Nordufer; siedzę na sofie, przede mną, na stoliku stoi duży bukiet pięknych, żółtych tulipanów. Zdjęcie zrobiła Maryla, drugie, podobne, chyba ja zrobiłam jej. Te tulipany dostałyśmy od niemieckich feministek. To był rok 1996 lub 1997. Zostałam zaproszona na konferencję zorganizowaną w ramach kobiecej współpracy polsko-niemieckiej. Maryla, która już od paru lat aktywnie działała na tym polu, zaproponowała mi wygłoszenie referatu na temat pracy nauczyciela w liceum, mającym swój własny, autorski program nauczania. Od 1995 roku pracuję w warszawskim XIX LO im. Powstańców Warszawy, które wówczas realizowało taki program. Był to czas, kiedy w polskiej oświacie, uwolnionej od komunistycznej, ideologicznej cenzury, nastąpiła erupcja twórczej inwencji nauczycieli, głównie tych wcześniej związanych ze środowiskiem opozycji antykomunistycznej, teraz zrzeszonych w NSZZ Solidarność. Chodziło o to, żeby stworzyć szkołę wolną, otwartą na różne potrzeby i zainteresowania uczniów, kreatywną. Na tym spotkaniu opowiadałam właśnie o mojej szkole, która była tego przykładem. Mówiłam po polsku, Maryla tłumaczyła na żywo, na niemiecki. Na zakończenie dostałyśmy bukiet żółtych tulipanów. Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że to był marzec, chyba nawet blisko Dnia Kobiet i może stąd te tulipany? Pisząc te wspomnienia podejmuję rodzaj gry z własną pamięcią. Nie zawsze jestem pewna, czy zdarzenia, które kojarzy moja wyobraźnia, w rzeczywistości miały ze sobą coś wspólnego?

Mieszkanie na Nordufer Maryla przejęła po moim kuzynie, Jurku i był to punkt zwrotny w historii jej pobytu w Berlinie. Znalazła wreszcie stałe lokum, miejsce dla siebie. Obie znałyśmy dobrze to mieszkanie, gdyż to właśnie Jurek pomógł Maryli w przyjeździe do Berlina Zachodniego (wtedy konieczne było tzw. zaproszenie). Pomógł też znaleźć na początku pracę, polegającą na sprzątaniu mieszkań po remontach wykonywanych przez firmę, w której on sam był zatrudniony. W tym jego mieszkaniu na Nordufer ja też wcześniej bywałam, bywałyśmy tam obie. Tego wieczora siedziałyśmy więc przy stoliku, na którym stał bukiet żółtych tulipanów, w pokoju mieszkania Maryli, z poczuciem, że jesteśmy tu, w tym mieście jakby u siebie, bo już można było wsiąść w pociąg na Dworcu Centralnym w Warszawie i pojechać do Berlina bez żadnych wiz itp., bo to w końcu przecież tylko trochę dalej niż do Poznania.

Po przyjęciu Polski do UE przestrzeń dzieląca kraje i miasta kurczyła się coraz bardziej. Maryla przyjeżdżała do Warszawy systematycznie, mniej więcej co miesiąc. Przede wszystkim na święta – Boże Narodzenie, Wielkanoc. To było tak oczywiste, jak to, że my też kiedyś wybierzemy się do niej, w odwiedziny… Później działo się dużo w naszej rodzinie i czas nie sprzyjał planowaniu wycieczek. Gdy już zdołaliśmy pozbierać się po większych i mniejszych dramatach, pomyśleliśmy, że warto byłoby znów odwiedzić Berlin, zwłaszcza, że Maryla miała już swoje naprawdę własne mieszkanie. I znów stało się oczywiste, że możemy pojechać tam kiedy przyjdzie na to ochota, więc nie trzeba było się spieszyć ….

W marcu 2019 roku uświadomiłam sobie, czego nie mogłam wiedzieć tego wieczora z bukietem żółtych tulipanów, że taki berliński wieczór już się nie powtórzy.

Wspomnienia o Maryli (2)

Magdalena Ciechomska

Berlin Zachodni

Mój wyjazd do Berlina Zachodniego, do Maryli, która już tam była, miał jeden zasadniczy cel: potrzebne były nam pieniądze na remont starego, rodzinnego domu Ciechomskich. Dom na Starym Mokotowie, przedwojenny, z dużym, dość zaniedbanym i bardzo kolorowym ogrodem, kupiony przez dziadków Tadeusza i Maryli w 1939 roku, spalony częściowo w czasie wojny, później został odbudowany. Życiowe perturbacje jakie przechodzili rodzice mojego męża, sprawiły, że od czasu powojennej odbudowy właściwie nie był remontowany. Postanowiliśmy we trójkę, Tadek, Maryla i ja, że teraz my zadbamy o rodzinne gniazdo. Przyjechałam do Berlina jakieś dwa lub trzy miesiące po zburzeniu muru, z zamiarem podjęcia pracy sprzątaczki i zarobienia tym sposobem zachodnioniemieckich marek, które po przeliczeniu na złotówki miały dać kwotę potrzebną na remont domu. Praca jakoś tam się znalazła, pieniądze odkładałam, ale była to dla mnie przede wszystkim przygoda. Berlin Zachodni – brama do Europy, do wolnego świata! Miasto pełne kolorów, urzekające bogactwem form, gdzie najzwyklejsze przedmioty stawały się oryginalne, niepowtarzalne.

Mieszkałyśmy kątem u znajomego na Kreuzbergu. Maryla wówczas też pracowała w „sprzątalnictwie”. W soboty, po pracy chodziłyśmy na pływalnię. W niedzielne przedpołudnie oglądałyśmy telewizję. Odkryłyśmy kanał, na którym w tych godzinach szły tzw. „Monumentalfilmen”. Były to produkcje z lat chyba 60, kiczowate adaptacje mitologii greckiej pomieszanej z innymi tekstami starożytności, np. Biblią, co dawało zadziwiający, chwilami absurdalny i bardzo zabawny miszmasz. Był to efekt komiczny, raczej niezamierzony przez twórców owych filmów, za to nam, filolożkom, dostarczający mnóstwo inspiracji i radości. Zabawa polegała na wyszukiwaniu i szyderczym komentowaniu różnych schematów oraz absurdów, jak np. to, że wszystkie młode kobiety w tym filmowym, „antycznym” świecie chodziły w podkasanych szatach, prezentując zgrabne nogi… Najbardziej cieszyłyśmy się, gdy na planie filmowym spotykali się nagle bohaterowie, których w oryginalnych historiach mitologicznych dzieliło kilka pokoleń a greckim herosom towarzyszyli celtyccy druidzi… Miałyśmy uciechę, wymyślając, co też jeszcze można by dopisać do tych historii. Niestety, nie zapisywałyśmy naszych komentarzy i już ich oczywiście nie pamiętam. Ale przypominam sobie, że jakieś dwa lata później, podczas konferencji feministycznej w Krakowie, gdy przy kolacji Maryla opowiadała mi radośnie jakiś niedawno obejrzany „monumentalfilm”, siedząca obok kobieta zapytała: „Przepraszam, czy wy rozmawiacie o jakimś nowym filmie Monty Pythona”?

Do wspomnień berlińskich należą również wyprawy do różnych knajpek. Była wśród nich jedna, na Kreuzbergu, niedaleko naszego mieszkania, w której podawano owocowe wina domowego wyrobu. Pamiętam jak piłyśmy takie wino, w kolorze czerwonych porzeczek, nalewając je z niewielkiej, szklanej karafki. Tę knajpkę przypomniałam sobie jakieś pięć, sześć lat temu. Pomyślałam wtedy, że pewnie już jej tam nie ma, ale kiedy znów przyjadę do Berlina, to znajdziemy jakieś podobne, fajne miejsce…