Fioletowe myśli

Teresa Rudolf

Wierność 

Zamykała okna, 
też i drzwi,
zaklejała 
dziurki 
od kluczy.

Zatykała uszy, 
zamykała oczy,
oby tylko 
nie wpuścić
smutku,

tego

siedzącego
na wycieraczce,
...jak Lassie
wierny pies, 
który wraca...
Przeminęło z wiatrem

Kwiat samotny,
wolnokwitnący,
zadziwiony
swą planetką.

Czy są jakieś
inne kwiaty?

Koloru jak ja,
a może barwy
kamiennej...
bo ja wiem?

Czują też wiatr,
smak deszczu?

Jestem sam,
byłem zawsze?
ile mam czasu?
kim jestem?

Czy jest coś
oprócz mnie?

Oprócz insektów, 
ciepła, zimna
kamieni, nieba,
oglądania świata?

...z silnym wiatrem
uleciał fioletowo,
w szarą, jesienną 
nicość...

Reblog. Nobel z archeologii!!!

Proszę o wybaczenie Teresę, której obiecałam, że dziś umieszczę jej wiersze, ale niestety, przesuwam je na jutro, no bo dziś muszę się po prostu zachłysnąć faktem, że archeolog dostał nagrodę Nobla. Wiem, wiem, to nagroda Nobla z medycyny, ale naprawdę chlubę przynosi archeologii.

Wasza Adminka

Crazy nauka

Ola Stanisławska

Bez Svante Pääbo, który 3 października otrzymał nagrodę Nobla z medycyny, nie poznalibyśmy genomów neandertalczyka i denisowianina, no i nie umielibyśmy wskazać, jaki odsetek genów dzielimy z tymi wymarłymi krewniakami 🧬🔬🧐

To Pääbo jako pierwszy na świecie uznał, że możliwe jest zsekwencjonowanie DNA faraona sprzed 3000 lat i neandertalczyka sprzed 30 tysięcy. Wymyślił to w czasach, kiedy samo sekwencjonowanie było wyczynem, nie mówiąc już o sekwencjonowaniu genomu uszkodzonego lub, co gorsza, należącego do dawno wymarłego gatunku!

Fot. PLoS

Svante Pääbo to geniusz i prekursor w jednym. A do tego niezwykle barwna postać.

Od fascynacji egiptologią i mumiami egipskimi szwedzki naukowiec przeniósł zainteresowania na neandertalczyka i niezwykle tajemniczego człowieka z jaskini Denisowej, który okazał się jeszcze jednym wymarłym gatunkiem Homo.

To w dużej mierze dzięki drobiazgowości Pääbo zrekonstruowane zostały trasy wędrówek Homo sapiens po opuszczeniu kolebki ludzkości, Afryki.

Szwedzki naukowiec sam obsesyjnie wypracowywał metody pracy w laboratorium, z których korzystają teraz wszyscy genetycy, a które pozwoliły mu uniknąć kompromitacji wynikającej z zanieczyszczenia genomów wymarłych gatunków DNA pochodzącym od pracowników laboratorium czy też od przyniesionych przez nich bakterii. Bo jakby to było, gdyby światło dzienne ujrzał nie genom neandertalczyka czy denisowianina, tylko genom jednego z laborantów z pracowni Pääbo?

Pääbo całymi latami był uznawany za naukowca niepokornego i trochę niewygodnego, wskutek czego w zasadzie został “zesłany”, jak sam napisał w książce “Neandertalczyk”, do Instytutu Maxa Plancka w Lipsku. A następnie, ku zaskoczeniu wielu osób, wprowadził ten instytut, założony w miejscu poenerdowskiego ośrodka, do ścisłej światowej czołówki!

Pääbo to jeden z najwybitniejszych współczesnych genetyków, twórca nowej dyscypliny naukowej – paleogenomiki. To nazwisko po prostu trzeba znać.

O tym, czego dokonał Svante Pääbo przeczytajcie TU.

PS. A może to jest Don Kichot? Taki chudy. I tak robi w nauce wszystko na opak.

Z wolnej stopy 65

Zbigniew Milewicz

Wiara czyni cuda

Kult świętej Teresy z Lisieux był na Śląsku, jak pamiętam, zawsze wielki. Moja babcia i jej siostry podkreślały z szacunkiem, że ona jest od Dzieciątka Jezus, nosiły w książeczkach do nabożeństwa obrazki urodziwej zakonnicy, modliły się do niej, zwłaszcza jak była choroba w rodzinie i święta ich przeważnie wysłuchiwała. Dwie z licznych kuzynek mojej mamy nosiły też imię Teresa, ale na starszą mówili wszyscy Trautka, pewnie dlatego, żeby jej nikt nie mylił z młodszą i tylko ta druga była od Dzieciątka Jezus. Jako dziecko jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Lisieux jest we Francji, zaś Avila, z której pochodziła patronka Trautki, w Hiszpanii.

Namiętność zbierania religijnych obrazków, zwłaszcza wśród kobiet w mojej rodzinie, brała się z wielkiej wiary w to, że pomogą one w potrzebie, nieszczęściu. Traktowano je więc po trosze jak talizmany. Święty Antoni pomagał odzyskiwać zaginione, cenne przedmioty, do Matki Boskiej Częstochowskiej modliliśmy się przed podróżą, do św. Józefa przed pracą, do Matki Boskiej z Lourdes albo Jaworzyńskiej o zdrowie. Myślę, że podobnie praktykowano w innych domach, tam gdzie tradycje chrześcijańskie były jeszcze nadrzędną wartością.

Therese Neumann z Konnersreuth w Dolnej Bawarii pochodziła z biednej rodziny wiejskiego krawca. W 1918 r., jako dwudziestoletnia dziewczyna, uległa poważnemu wypadkowi. Ratując bydło z płonącej stodoły w gospodarstwie wuja, w którym najmowała się do pracy, doznała uszkodzenia kręgosłupa, w wyniku czego sparaliżowało jej nogi i straciła wzrok. Lekarze nie dawali rodzinie chorej zbytniej nadziei, dziewczyna musi się niestety pogodzić ze swoim kalectwem. 29 kwietnia 1923 r., w dzień beatyfikacji Teresy z Lisieux, odzyskała wzrok, a 17 maja 1925 r., kiedy błogosławioną karmelitankę ogłoszono świętą, Therese Neumann wróciła władza w nogach. Ani ona, ani jej najbliżsi nie mieli wątpliwości, że wymodlili u Boga cud uzdrowienia. Przywieziony przez ojca z zachodniego frontu Wielkiej Wojny, z Francji obrazek patronki dziewczyny, wisiał w domu i ku niemu się zwracali z ufnością, prosząc o wstawiennictwo.

5 marca 1926 roku u Teresy po raz pierwszy pojawiły się stygmaty. Krwawiące rany na rękach, nogach, głowie i boku, które po trzech dniach same się zasklepiły. Tydzień póżniej zdarzyło się to ponownie. Wiadomość o stygmatyczce z Konnersreuth, która była członkinią Franciszkańskiego Zakonu Świeckich, szybko rozeszła się po katolickiej Bawarii, a póżniej po innych niemieckich landach. Zainteresowały się nią gazety i Kościół. Wiadomo było, że w każdą noc z czwartku na piątek stygmaty wracają, zaś w niedzielę znowu znikają, co się pokrywało z czasem Męki Pańskiej. Kobieta przeżywała cierpienia fizyczne, a towarzyszyły jej wizje Drogi Krzyżowej Jezusa, mówiła obcymi językami, których, jako osoba niewykształcona wcześniej nie znała, między innymi aramejskim, oraz przepowiadała przyszłość. Ciekawe natomiast, że od niedzieli do czwartku nie było po niej zupełnie widać, że cierpiała, emanowała aktywnością i energią. Najbardziej kochano ją za to, że pomaga wyzdrowieć ludziom chorym, często nieuleczalnie. Do jej domu w Konnersreuth podążały całe pielgrzymki. Mówiono, że bierze na siebie ludzkie dolegliwości, modli się za nieszczęśników do Boga i wyprasza zdrowie. Najbardziej niezwykłe, przynajmniej dla mnie, było zaś to, że od 1922 roku, aż do swojej śmierci w 1962 r. miała nie przjmować żadnych płynów, ani też spożywać żadnych pokarmów oprócz codziennej Eucharystii.

Rodzina Teresy Neumann wyraziła zgodę na przeprowadzenie naukowych badań, które miały sprawdzić autentyczność stygmatów i wieloletniej głodówki. Badania poddały je w wątpliwość, ale przecież jednoznacznie nie wykluczyły. Za rządów III Rzeszy Teresa była ośmieszana i zniesławiana przez władze. Hitler wiedział, że mistyczka jest przeciwna narodowemu socjalizmowi, że przepowiada jego upadek, więc Gestapo ją obserwowało, ale dalej się nie posunęli. Zabobonny führer bał się tej kobiety.

Zmarła na skutek zawału serca i pochowano ją na cmentarzu w Konnersreuth. O tym kim była, a także kim nadal jest dla ludzi, świadczą umieszczane wokół pomnika tabliczki wotywne z wygrawerowanymi prośbami, podziękowaniami i nazwiskami darczyńców. Jej grób nawiedzany jest przez pielgrzymów z różnych krajów świata. W 2004 roku blisko 40 000 osób podpisało prośbę o jej beatyfikację. Rok później biskup Gerhard Ludwig Müller rozpoczął proces beatyfikacyjny Therese z Konnetsreuth na szczeblu diecezjalnym.

Piszę o Teresie Neumann głównie z trzech powodów. Po pierwsze 18 września minęło 60 lat od czasu jej śmierci. Po drugie, kiedy niedawno przeglądałem rodzinne pamiątki po mojej babci Jadzi, to natknąłem się na stary obrazek, przedstawiający kobietę w prostej chustce na głowie, której z oczu płynęła krew. Na odwrocie było coś napisane po niemiecku, tak zwanym “gotykiem”, ale nie chciało mi się sprawdzać, co dokładnie. Nie miałem więc pojęcia, kim jest ta kobieta z obrazka. Dziś wiem, że to Teresa Neumann, a więc była również i w mojej rodzinie poważana. Po trzecie jest ona autorką dobrej przepowiedni dla Polski, ale o tym za tydzień.

Jom Kipur

Inspiratorką tego wpisu jest Anna Dobrzyńska

Współautor(k)ami są Motty Steinmetz, Henryk Grynberg, Ewa Maria Slaska i Mareike Winnemuth

Anna napisała:

Ewo, przesyłam Ci rysunek, który narysowałam, zainspirowana utworem Mottiego Steinmetza:

Anna daje mi ten rysunek do dyspozycji. Mogę go umieścić, kiedy chcę. Wybieram dzisiejszy dzień. Dziś wigilia żydowskiego święta Wybaczenia, ale jako antopolożka kultury wiem: to starożytne święto lęku przed demonami. W końcu sam Jahwe, zanim stał się abstrakcyjnym bogiem Jedynym i Tym, Którego Imienia Się Nie Wymawia, też był takim właśnie górskim demonem. Demony mogą zrobić z nami wszystko i dlatego należy im się od nas bezwzględne posłuszeństwo, pokora, pokuta. Dlatego Jom Kippur to dzień zgrozy. Holokaust też tu przynależy. Zgroza życia.


Ponad 10 lat temu niemiecka dziennikarka, Meike Winnemuth, spędziła Yom Kippur w Tel Avivie. Myślała, że będzie to przeżycie podobne do tego, kiedy jako turysta spędzasz na przykład święto kwitnącej wiśni w Japonii – przybysz z innego świata może świętować razem z tubylcami. A tymczasem…

Ulice puste, sklepy zamknięte, restauracje nieczynne, puste plaże – to piątkowe popołudnie w przededniu najważniejszego święta żydowskiego było ciche jak cichy jest pierwszy śnieg. Jakby ktoś wyłączył cały świat i opakował go w watę. Cicho.

W dniu Jom Kippur Izrael wstrzymuje oddech. Nawet ci, którzy głoszą, że są areligini, poszczą przez 25 godzin, nawet łyka wody nie wolno wypić. Nie jeżdą pociągi i autobusy. W telewizji specjalny program, po to, żeby był jakiś program. Dzień Spokoju i Żałoby, który zaraz się zacznie, jak tylko zajdzie słońce. Same zakazy. Nie wolno uprawiać seksu, nie wolno nosić skórzanego obuwia, trzeba włożyć białe ubrania. Dzień, który wszyscy spędzą w synagodze…


Przetłumaczyłam tę piosenkę Motty’ego Steinmetza.

To było krótko po straszliwym Holokauście.

Spokojnie szedł sobie ulicami Jerozolimy
Maggid Shiur Reb Chaim, który właśnie dokończył Daf Chayomi.
Jego serce było radosne, bo za dwa dni
miał dokończy shas z pomocą jednego z nich.

I nagle zobaczył go w mroku, taki był smutny,
mężczyzna ze sklepiku na ulicy Hillela
Mówił z trudem.
Rebe, nazywam się Jankiel Broch,
czy mogę Ci zadać pytanie.

Rebe spojrzał na niego i zobaczył ból w jego oczach.
Czy przyszedłeś stamtąd?
Tak, Rebe, przyszedłem stamtąd.
Chcę Ci zadać krótkie pytanie.
Ale najpierw powiem Ci, dlaczego pytam.

Nazwano mnie Jankiel Hakones.
Pamiętam dawne wspomnienia.
I mnie pamiętają ci, co przeszli przez Buchenwald.
Urodziłem się w roku 1930.
Byłem synem rabiego Szlomi i jego żony, Gitel z Szadiku.
Niech Pan pozwoli pomścić ich krew.

Codziennie chodziłem do chederu.
Smutny i przygnębiony, bo niestety
serce było zatrzaśnięte i nie rozumiałem ani słowa
Rabi nas uczył, ale dla mnie nauka to był jeden wstyd.
Tata i mama płakali ze wstydu.

Pewnego dnia siedziałem w milczeniu
gdy tata powiedział, głuptasie, lecz powiem ci,
że przyjdzie dzień a zrozumiesz.

Odwiązał czerwony sznurek z sakiewki
i pokazał mi złotą monetę.
Dostaniesz je, gdy nauczysz się gemary na pamięć.

Od tego dnia uczyłem się każdego wieczora
po powrocie z chedaru.
Mama i tata już świątecznie ubrani
na przywitanie szabasu
czekali aż nauczę się słów na ten wieczór.

A ja codziennie uczyłem się na pamięć dwóch linijek.
Marząc o sakiewce pełnej złotych monet.

Aż pewnego wieczora, nigdy tego nie zapomnę,
wszedłem do taty, wiedząc, że wiem.
Zamknąłem oczy i wyrecytowałem wszystko,
a głos miałem donośny i czysty.

A gdy otworzyłem oczy, tata i mama płakali
jak jeszcze nigdy w życiu.
I wtedy, nagle, straszliwie, niebo pociemniało
i całe nasze miasteczko, Szadik, 
zostało wygnane, tego jednego dnia gniewu.

Tato, mamo, och, wciąż płaczę,
byłem chłopcem, i zastało mi tylko to słowo.
Pociągi wiozły nas po szynach śmierci
przez cały kraj.

Kiedy czasem myślałem, że może się nie udać,
szeptałem do siebie te linijki.
Które wtedy im powiedziałem z zamkniętymi oczami.
A cały Buchenwald mówił o mnie Jankiel Hakones.

Przyjechałem do Jerozolimy,
siadywałem w pokoiku za sklepem
i myślałem, że może nauczę się jeszcze czegoś.
Ale byłem sam, nie było mamy i taty.
Więc kto miał mieć dla mnie czas i wsparcie?
Dla mnie, słabego na umyśle?

Miałem tylko tę kartkę,
kartkę z dzieciństwa.
Każdego wieczora, po dniu ciężkiej pracy,
zamykam oczy i, tak jakbym znowu był w naszym miasteczki
jakbym był w domu
powtarzam z pamięci słowo po słowie.

Powiedz mi teraz, Reb Chaim,
Czy mogę, tylko przez dwa dni,
być z wami w gronie tych, którzy...

Bo powtarzałem to już dwa tysiące siedem razy
choć może nie tak jak trzeba

Och, tak, Jankielu, tak Jankielu,
jaka piękna jest twa mowa i twa historia, 
Umówmy się, ja wezmę to, co ty mówisz.
Ty powiedz to, co ja mam powiedzieć.

Bo piękna jest twa historia.
Teraz już na pewno dokończę nowej sza.
A ty już zawsze będziesz znał gemarę.
Chodź Jankielu, chodźmy do szkoły.

To jest tak, jakbyś był w Szadiku,
a z tobą mama i tata,
ci, których wrzucono do ognia.

Zmówimy za nich kadisz.
Zabijałeś się każdego dnia
więc poczuj się, jakbyś już tam był,
tam gdzie są  Mosze, i Chaim, i Awram, i Chana

I teraz będziemy razem śpiewać.

Przy okazji układania tego wpisu znalazłam chyba podobny wiersz Henryka Grynberga, zatytułowany

Między życiem a śmiercią
(Holokaust)

Dziadka w pobożnej jarmułce z babką w czepku cnotliwym
rozebrałeś do naga przed chamem
a gdy o pomoc wołali cyklon B im do gardła wsypałeś
a drugiemu dziadkowi entuzjazm wiary miłości nadziei
odpłaciłeś zhańbieniem najlepszej z chasydzkich córek
a gdy biegł jej na pomoc zastrzeliłeś go ręką chama
a drugiej babce jak Chamie kazałeś
patrzeć na śmierć wszystkich dzieci i świata
całego jaki miała
zanim jej pozwoliłeś by sama się położyła do grobu
a ojca mi zarąbałeś chamską siekierą w tył głowy
żeby się nie mógł obronić
a brata półtorarocznego znalazłeś
bo miał znak Twojego Przymierza (zgodnie z Twym
Przykazaniem)
nie oszczędziłeś nawet ojczyma który (wbrew Twojej woli)
z ognia getta cyklonu treblinki między oczodołami przeszedł aż
do kalifornijskiego sklepiku
gdzie bandyta strzelał a Tyś kule nosił
tylko matce przysłałeś legalnie wyrok swój przez lekarza
żeby rok w celi śmierci
bez odwołania czekała
i żebym mógł się napatrzeć na swoją własną bezradność
piękna Twoja muzyka wieniawskiego i perelmana
i wspaniałe Twoje kolory każdego kwietnia i maja
wszędzie gdzie zarzyna się dusze
ale nie dziw się że mi wszystko jedno
jakim zarżniesz mnie nożem i kiedy
bo choćbym żył wiecznie nie zdążę
opowiedzieć

[Henryk Grynberg, Rodowód, z tomu „Wśród nieobecnych”, Londyn 1983]

Sławomir Żurek* pisze o tym wierszu, że Choć Żydzi nadal pozostają w opozycji do
otaczającego świata, to pozbawieni zostają przychylności Boga. (…) poeta postępuje dalej – Bóg jest nie tylko zaangażowany emocjonalnie po stronie oprawców, ale także jest uczestnikiem wszystkich zbrodni.

* Obyczaje – Magazyn Międzynarodowy 2002, nr 9-10, s. 8-11.

Jakaś wojna w mieście Grünberg (2)

Mieczysław Bonisławski

Po zabiegu kuracjusze spędzali wieczory na świeżym powietrzu. Lekarze zalecali spacer po Parku Ludowym. Najpierw forsowna wspinaczka na szczyt Wzgórz Piastowskich, potem swobodne, relaksujące zejście w dół, ku sanatorium.
Dwa razy w tygodniu odbywało się ognisko. Rozpalano je nieopodal budynku z ornamentem z winogron, tam gdzie powstał ogród botaniczny, a tory kolei szprotawskiej szły po wysokiej grobli pomiędzy dwoma stawami. Przy ogniskach nie było konsumpcji, nic na gorąco, żadnych napojów. Tylko strawa duchowa: dużo śpiewano, opowiadano historie do śmiechu, rozkoszowano się aromatem dymu i ognia.

Kuracjuszom towarzyszyły pielęgniarki, opiekunki i młoda obsługa. Nie narzucając się, miały zbudować dynamikę grupy, zachęcić do aktywności, a po rozruszaniu towarzystwa, dyskretnie się wycofać. W zasadzie nikt nie zwracał na nie uwagi, były przezroczyste. Mogły zostać gdzieś w cieniu do końca lub wracać do swoich kwater.

Ursula nie lubiła tych, jak je nazywała, wygłupów. Brała w nich udział, bo musiała. Inaczej straciłaby pracę, o którą było tak trudno. Lilly podchodziła do ognisk lekceważąco. Z większymi nadziejami, niezmiennie płonnymi, uczestniczyły w nich Olena i Isabel. Coś tam im się roiło w młodych głowach…

Tego dnia, jak zwykle rozczarowane, szybko wracały do swych pokoi na poddaszu sanatorium.

Wydawało się, że nikt nie zwrócił uwagi na dziewczęta, które nagle zniknęły ze świetlistego kręgu. Zza drzew obserwowały je jednak rozgorączkowane, chłopięce oczy. Gdy minęły połowę wąskiej grobli, chłopcy ukazali się na jej końcu, po obu stronach toru kolejowego. Było oczywiste, że zagrodzą im drogę.

Dziewczęta zwolniły. Zbiły się w gromadkę. Chwilę trwało wzajemne tasowanie się wzrokiem. Pierwsza ruszyła w ich stronę Ursula.

– Giuseppe, poznaję cię – krzyknęła w stronę postaci w mroku. – Czego chcecie?!

Była już przy nich, stając między szynami, na podkładzie z drewna. Przytłaczała ich.

– Przepuście! – ostrzegł kumpli niewysoki południowiec o kruczoczarnych kędziorach. – To Niemka z obozu. Szalona i niebezpieczna.
– Pierre, bierz te łapy! – wrzasnęła Ursula, energicznie rozpychając się. – Macie nas zostawić. Wszystkie!

Dziewczęta popiskiwały a chłopcy gorąco, w typowy dla południowców sposób, przekrzykiwali się:

– Niemki przechodzą.
– Są tu Żydówki?
– A Ukrainki?
– Polki, czy są Polki?

Ursula kopnęła jednego i drugiego.

– Zabierać się! Wy tchórzliwe świnie.

Olena z trwogą schowała się za Lilly.

– Co oni nam zrobią?
– Nie bój się – uspokoiła ją Lilly, potrząsając lokami. – To dipisi, z obozu. Włoscy jeńcy Hitlera i francuscy kolaboranci. Uciekli do Niemiec po podpisaniu pokoju. Nie wracają do siebie, bo by ich tam sponiewierali. Gnieżdżą się w barakach po swoim obozie, na końcu Ochelhermsdorfer Straße, choć teraz nikt ich nie pilnuje.
– Na co czekają? – zdziwiła się Isabel.
– Na kolejny szwindel – cierpko skwitowała Ursula. – Na wojnę, na której niczym gówno wypłyną z szamba na powierzchnię. Myślą, że u nas, w Niemczech przeczekają. I że my, Niemcy, znów poprowadzimy Europę na Wschód.

Giuseppe, młodzieniec włoskiej urody, ujął pielęgniarkę pod rękę.

– Przecież to Żydówka. A tamta, Ukrainka – stwierdził ciepło i zakończył zdziwiony – Bronisz ich? A to przez nie byłaś w obozie.
– Popierdzieliło cię, Giuseppe. To SS–mańskie świnie zamknęły mnie w obozie. Nas obie. Żydom nic do tego.
– Wiesz, jak tu w Grünberg było ciężko? Najpierw byłam w Bolkenhain, potem w Landeshut. Ale tam przez dwa lata nikt mnie nie uderzył, a tutaj pobito mnie trzy razy. Po każdym badaniu rentgenem groziła wywózka do Auschwitz. Na śmierć.
– Jakoś żyjesz – zadrwił Pierre.
– Co ty wiesz! Wyciągnął mnie w nocy, z marszu śmierci, niemiecki chłopak, który się chyba we mnie zakochał. Ile on dla mnie ryzykował…
– Zamknij się! – ze złością rzuciła jej Ursula. – Należało się wam Żydom. A mnie, Niemki, jakoś żaden niemiecki chłopak nie zatrzymywał w Grünberg… Ale to nasze sprawy – zwróciła się znów do dipisów. – Wy, francuskie i włoskie, tchórzliwe i zdradzieckie świnie, nie macie prawa nawet o nas myśleć.
– Skąd ta pogarda? – kpiąco odpowiedział jej z tyłu wysoki i chudy Murzyn, zapewne dezerter z US-Army. – Za tobą widzę uciekinierki z Ukrainy, czym one się różnią od nas? Wy, wielcy Niemcy, ich tak samo oszukaliście jak nas.
– Stanisławów, gdzie mieszkałam, przechodził z rąk do rąk. W roku 39 sowieci, w 41 faszyści, w 43 znów sowieci. Jesienią 44 ruszyły na wschód dywizje Rommla z Francji i Sowieci ustąpili. Krótko mieliśmy niezawisłą Ukrainę. Małą, wciśniętą między Lachy i Sowiety. A teraz generał Szuchewycz uwierzył Banderze, że połączą ruskie ziemie i zaczął wojnę z Polską. I Lachy swymi czołgami z Belgii przejechały się po naszych striłcach. W Stanisławowie nie ma już Ukrainy, ale czemu ja jestem winna? Ja chciałam uczyć się, mieć męża i dzieci, a nie uciekać. Ja jeszcze w lutym nie wiedziałam, co to Grünberg?

Lilly przytuliła spłakaną Ukrainkę.

– Nie płacz. Chodźmy na kwaterę. Prześpij się, jutro będzie lepszy dzień. Zobaczysz, jak tylko się obudzisz.

*

To jutro będzie, gdy Helena obudzi się ostatni raz w swym rodzinnym mieście. Figlarne promienie słońca, z wysoka ogrzeją jej twarz. Zajrzą przez zamknięte powieki w oczy. W końcu, ostatni raz, rozbudzą ją na dobre.

Helena spojrzy w niskie okno willi, pamiętającej tych pierwszych Niemców. Tych, którzy w 1945 roku musieli pozostawić swój dom i wyjechać. Tak jak Helena teraz.

Za oknem będzie widać dziwną, długo rozciągniętą maszynerię. Helena ostatni raz spojrzy o poranku z głębi swego łóżka na ciemnozielony parowóz w czerwonych skarpetkach, rozpraszający między kominami wschodzące słońce. I na wagon osobowy za nim. Z żółtą ramą okien i bogato zdobioną kratownicą wywietrzników, wystruganych w drewnie niedługo po wojnie francuskiej kanclerza Bismarcka. I na lorę za wagonem. Z dwiema wielkimi bekami na wino, osadzonymi na metalowej kratownicy w poprzek do kierunku jazdy. I na mały, stalowozielony towarowy do przewozu na fronty I wojny światowej koni, ustawiony za winiarską lorą.

Niedługo potem Helena pójdzie po raz ostatni w tym mieście do pracy. Przejdzie między stojącymi na powietrzu przeszklonymi gablotami galerii zdjęć i minie bramkę sygnałową z dwoma karzełkowymi semaforami. Kiedy Heleny już tu nie będzie, kolejne pokolenia mieszkańców będą się wspinać na tę bramkę, by z perspektywy wiszącego nad podwójnym rozjazdem podestu, z góry oglądać przykrytą interaktywną, nieprzepuszczalną powłoką nieckę starego miasta. O tej porze dnia i przy takiej pogodzie powłoka będzie przezroczysta, na tyle, by nawet z odległości blisko pół kilometra było pod nią widać stojący pośrodku wydłużonego placu ratusz o smukłej wieży i dachy otaczających go kamienic. Będą to już jednak dzieci i obywatele Grünberg. Na powrót Grünberg, a nie jej Zielonej Góry.

Helena przeciśnie się pod drągiem rogatkowym starego szlabanu, takiego z wiszącą siatką drucianą, uciekając przed jadącym do Parku Kolei Szprotawskiej szeregiem wagoników kolei parkowej, i przejdzie między wieżowcami ku ruchliwej arterii. Na rogu będzie ta stara kamienica pocztowców z początku XX wieku. Naprzeciwko rozłożysty, piętrowy budynek z czerwonej cegły. Dalej prosty klocek szkoły i nowoczesny apartamentowiec. Potem skrzyżowanie pięciu ulic, wyciągających w różnych kierunkach macki jezdni, i już, hotel „Srebrna Góra”, z salką konferencyjną w odbudowanej, starej piwnicy winiarskiej.

Gdy tego dnia Helena po raz ostatni przywdzieje kelnerski fartuszek, zawołają ją tam, za ścianę. Gość będzie siedział nie w ogólnodostępnej części kawiarnianej, ale w wydzielonej salce konferencyjnej. I Helena przejdzie tam, na drugą stronę i stanie zdziwiona. Przy stoliku ujrzy młodą jasnowłosą Lilly.

– Obudziłaś się? – spyta zaskoczoną Helenę i skonstatowawszy niewłaściwość tego sformułowania, doda szybko – Spałaś dobrze? Czy przepłakałaś całą noc?
– Jest dobrze. Wyspałam się. Ale co ty tu robisz, Lilly?

Krągła, niewysoka blondynka o bardzo ładnej buzi okolonej zwijającymi się w serpentyny lokami zaniesie się perlistym, ale jednak nieco sztucznym śmiechem.

– Popatrz – wskaże na swą towarzyszkę przy stoliku. – To Bertha, szefowa kompanii w wojskowej misji dla uchodźców. Będę rozmawiać o tobie.

Bertha, niemiecka kobieta, taka Niemka z krwi i kości. Potężnie zbudowana, z długimi, popielatymi włosami zawiniętymi wokół głowy i w mundurze Bundeswehry. Spojrzy spode łba na deportowaną Polkę i ta, zanim Bertha jeszcze cokolwiek powie, straci wszelką nadzieję.

A Bertha krótko spyta:

– Dom do zdania przygotowany według instrukcji?
– Czy tylko o tym będziemy rozmawiać?
– A niby o czym? Nic mi do Polaków, ale wykonam dyrektywę Rady Europy, aby was przesiedlić nad Dniepr. My, wojsko, będziemy tego nadzorować.

Helena spojrzy błagalnie na Lilly.

– Bertha, ona będzie solidnie pracować. Stanie się lojalną obywatelką Grünberg, zapomni o Zielonej Górze.
– Dziewczyno! – krzyknie Bertha. – Coś między wami? Kiedy ty się opanujesz?
– Porozmawiaj z Ursulą.
– Wiem, wiem. Wasza sprawa. Ale czy Ursula toleruje to, że ty i z tą Polką?

Lilly prychnie wyniośle, na co Bertha spojrzy uważniej na Helenę:

– Dostaniesz wyprawę według przydziału, ale z sortu Bundeswehry. Jak nasi żołnierze, a nie Polacy, cywile. To ci się przyda na Ukrainie. Przynajmniej będziesz miała z czym zacząć. Wpiszę cię też do naszego eszelonu. Prześpisz wygodnie całą podróż w sypialce z naszymi żołnierkami.
– Nie będziesz się tłuc w tych autobusach, przesiadać do zatłoczonych pociągów już po tamtej stronie granicy.

Helena zrezygnowana spuści głowę i dziewczyna zawstydzona zamilknie.

– Nic mi do was, ale teraz będzie tu znów Grünberg. Jeszcze podziękujecie rządowi Niemiec, że miast oddać was Ruskom, wywalczył w Brukseli dyrektywę o polskiej kolonii w Ukrainie. – Ton Berthy złagodnieje. – To trudny czas. Nie wiadomo, co Ruski dalej zrobi, ale ty będziesz bezpieczna. Daleko, ale bezpieczna. Kiedyś poczujesz się tam, na Wschodzie, jak u siebie. Już my przypilnujemy Ukraińcóa, a bez opieki Unii Europejskiej ich państwa nie będzie.

W południe Helena po raz drugi pojawi się w pokoju dla specjalnych gości. Lilly będzie wtedy siedzieć z Ursulą i tą zielonogórską Żydówką, Elżbietą. Helena przyjdzie dopiero, gdy ją zawołaką, nie zobaczy więc jak Lilly, śliczna niczym laleczka z porcelany, przyprowadzi tu Ursulę, typową chłopczycę, ostrzyżoną na rekruta. To Elżbieta zauważy gest, gdy blondynka, podchodząc do stolika, wyciągnie rękę spod pachy Ursuli i jak siadając, otrze się udem o jej kolano.

– Obsługa – zawoła, czując się gospodynią w tym mieście. – Proszę podać napoje.

Helena dygnie i zakrząta się w kąciku barmańskim.

– To pani? – Elżbieta przywita Ursulę.
– Co ja? – opryskliwie rzuci Niemka.
– Nic – uśmiechnie zielonogórzanka – To w pani ręce oddam Park Technologii Kosmicznych w Kisielinie.
– Jestem unijnym komisarzem ds. uchodźców. Stąd przejmuję warsztaty i firmy od Polaków. Zagospodaruje je rząd niemiecki, – obruszy się Ursula.
– Pani nie lubi miejscowych?
– Nie bardzo. Nikogo ze Wschodu.
– Inwazja Rosji na Polskę jest wam na rękę.
– Oni i tak by zaatakowali. Mieli wybór, Ukraina albo wy.
– Berlin chroni Kijów przed wojną.
– Ukraina oddała się pod naszą opiekę, a Warszawa ciągle spiera się o drobiazgi.
– To dlatego zajęliście część Polski?
– To jedyny sposób na zatrzymanie marszu Rosjan w głąb Europy.
– Tym bardziej się cieszę, że moja prywatna firma nie pójdzie w wasze ręce.
– To ty nie pracujesz w Parku Kosmicznym? – zdziwi się Lilly.
– Tak, jako Dyrektor Instytutu Technologii Kwantowych. A prywatnie mam firmę, obsługującą powłokę atmosferyczną nad deptakiem. I sprzedam ją Amerykanom, nie dostanie się w wasze ręce – uśmiechnie się Elżbieta.

Helena poda napoje.

– Zakąski – rzuci za nią Żydówka.

Po południu Elżbieta zabawi się w gronie przyjaciół naukowców. Niebo spowije sztuczny zmrok, a oni, chodząc po placu wokół ratusza, będą spoglądać w górę na ulubione przez Jarka pterodaktyle. To jej wynalazek, do powłok sztucznego nieba, pozwalających sterować odczuwalną temperaturą, wiatrem i wilgotnością, doda sterownik psychowizyjny. Powstanie nieboskłon – obraz zbiorowych marzeń i nastrojów. Dzięki działaniu na podświadomość, bez niewygodnych gogli 9D. Przejazd koleją gondolową, mecz żużlowy – chcesz? Masz! Pierwszy taki parasol na świecie rozłoży na próbę tu, nad deptakiem A potem będzie milionerką.

– Jestem nomadem, żydowska krew to wędrówka. Dziadka już w Marcu wyrzucili ze Śląska. Szwecja. Ojciec jeszcze w Czerwcu wrócił tutaj. A ja z nim.
– Lubię pracę w centrum kosmicznym. To jedyne za czym będę tęsknić. Reszta, wyjazd, wojna, nie rusza mnie. Pomyślcie raczej, co przeżywa kelnerka, podająca nam w południe drinki ? Wiecie, że ona skończy dzisiejszą zmianę, a rano będzie już po tamtej stronie linii demarkacyjnej?

Ciemną kopułę nad dachami przeszyje pajęczyna rozbłysków. Dwa niby gady niby spadną im pod nogi.

– Meteoryt wilkanowski? – zdziwi się Marek – Ten incydent też dałaś w symulacji?
– Mieszasz epoki – skarci go Jarek, ulubieniec Gila, który będzie już sam profesorem. – To wyładowania od promieniowania z gwiazd.
– Pulsar? Buch i świat się zmienia, jak efekt motyla? – rzuci Radek.
– Determinista – ostudzi go Elżbieta. – Ile czasu tracisz, wybierając na ślepo, by po stwierdzeniu błędu, wrócić próbować na nowo? Entropia każe testować jednocześnie wszystkie możliwości. Słabe osiągną małe prawdopodobieństwo i ich nie kontynuujesz. Bez wracania i zaczynania od nowa.
– Świat nie idzie po sznurku. Gmatwa się w dwuwymiarowym splocie nitek tworzących tkaninę. To superpozycja, gdy po spróbowaniu wszystkiego, świadomie wybierasz to, jak TY się zachowasz. Jeden ze stanów splątanych. Nie zmieniasz przeznaczenia, zależnie od wyboru drogi dochodzisz jednak do niego z innym doświadczeniem. Na nikogo nie możesz już zwalić winy, jak przy efekcie motyla.
– Nie masz wpływu na to co jest poza tobą. Jaka będzie wojna i jej zbrodnie? Kto zostanie agresorem a kto ofiarą? Ale na to z jakim nastawieniem czynisz to co czynisz w jej trakcie, JAKIM JESTEŚ CZŁOWIEKIEM – już tak!!
– Do czego to wystarczy? – ktoś spyta.

Wojenne rekreacje Mikołajka (2)

Tibor Jagielski

Jak to było z Ośrodkiem Internowania Klasy IV B Na Ulicy Topolowej.

Świetnieśmy się bawili. Nawet Alcest, straszny łakomczuch, dzielił się z nami kruchymi ciasteczkami swojej mamy, mówiąc, że jak jesteśmy internowani to wszystko jest teraz wspólne i dodał, że szwedzką czekoladę z orzechami, którą schował w kieszeni skafandra Maskencjusz też ma na myśli.

Siedzieliśmy więc w zrobionym przez dziewczyny igloo, a raczej w Ośrodku Internowania Klasy IV B Na Ulicy Topolowej i było bardzo fajnie. Dziewczyny uwijały się jak w ukropie, podtrzymując nas na duchu: przynosiły nam komiksy z  kapitanem Klossem oraz gume do żucia i przemycały grypsy do Rufina, który jest chory na świnkę i dlatego nie mógł się z nami internować.

W grypsach pisaliśmy, że się trzymamy i nie damy, choćbyśmy mieli siedzieć tutaj do wakacji.

Rufin odpisywał, że całe podwórko patrzy na nas z podziwem i sam chętnie by się do nas dołączyl, ale mu mama nie pozwala wyjść na dwór.

Ale wszystko co dobre nie trwa dłużej niż pacierz, jak mawia mój dziadek po niedzielnym obiedzie, bo przyszedł dozorca Libuda (ten z ORMO) z panią Roztropkową (to ta, która zezuje na lewe oko i ma sztuczną szczękę) i zaczeli rozbijać łopatami nasz internat, wołajac, że to skandal i hanba, i żebyśmy sie cieszyli, że nie wezwali milicji, a to ze względu na transparent “ZIMA WASZA – WIOSNA NASZA”, zawieszony na igloo.

Euzebiusz, który ma z nas największe doświadczenie, bo jego tata strajkowal w Fabryce Urządzeń Niesamowicie Ważnych, powiedział, żebyśmy stawiali bierny opór i abym natychmiast schował korkowiec, który wyciągnałem z plecaka. Trudno.

Wobec tego chwyciliśmy się za ręce i zaczeliśmy śpiewać słynną piosenkę opozycyjną “Bo w partyzantce nie jest źle”.

Dozorca Libuda zrobił się czerwony jak flaga naszego bratniego kraju i zaczął wrzeszczeć, że nam nogi z pup powyrywa. Natomiast pani Roztropkowa, która tym razem zapomniała sztucznej szczęki, sepleniła, że zawoła zaraz dzielnicowego (tego, który przychodzi do niej wieczorami z kwiatami, a czasami nawet i z bombonierką, budząc tym zawiść Alcesta).

Wobec tak jawnej przemocy, oświadczył Euzebiusz, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko z podniesionym czołem opuscić nasz ośrodek internowania IV B, co też natychmiast uczyniliśmy, tym bardziej, że i tak niewiele z niego pozostało – parę rozwalonych brył śniegu.

Ruszyliśmy więc do odwrotu ze zrobionym przez dziewczyny transparentem (“ZIMA WASZA – WIOSNA NASZA”) i nieśliśmy też Maskencjusza, który twierdził, że jest ranny, bo trafił go odłamek lodu. Całe szczęście jego mamy nie było w domu, ponieważ stała w kolejce do rzeźnika.

Alcest powiedział, że na ciężkie obrażenia najlepsze jest kakao z miodem i ruszył natychmiast do kuchni. Usiedliśmy wokół łóżka, do którego położyliśmy Maskencjusza i byliśmy w bardzo ponurych nastrojach .

Prawdopodobnie zaczelibyśmy nawet płakać, gdyby nie Euzebiusz, który powoli wyrasta na prawdziwego przywódcę, chociaż nie posiada jeszcze wąsa. Nawet jednego włoska!

Walka trwa nadal, stwierdził, i weźmy sie w garść, bo o przyszłości należy myśleć organicznie. Co to znaczy organicznie? Zapytaliśmy się chórem.

Euzebisz podniosł palec do góry (tak jak Rosół, dyrektor naszej szkoły, kiedy ma coś ważnego do powiedzenia) i wyjaśnił, że organicznie oznacza myśleć nie tylko o rzeczach wielkich, ale i małych, na przykład o naszym odwołanym przez wybuch wojny meczu hokejowym z piątą C.

Fakt, przyznałem mu rację, zwłaszcza, że po Rufinie, który jest chory na świnkę, wypada nam z drużyny ranny Maskencjusz. Ledwo skończyłem mówić, Maskencjusz zerwał się z łóżka, wołając, że czuje się już znakomicie i nie potrzebuje nawet kakao z miodem.

Alcest wracając z kuchni rzekł, że spodziewał się takiego obrotu sprawy, więc wypił kakao sam, bo po dzisiejszych przeżyciach czuł się jakoś nieszczególnie.

Zaczęło się ściemniać, więc podjeliśmy jednomyślną uchwałę o rozejściu się do domów na kolację.

Pokolenie Solidarności (16)

Ewa Maria Slaska

Eli

Blaszany bębenek (1979)

Nie do wiary, ale znali się już dziesięć lat. Poszli do klubu Kwadratowa na pokaz filmu Güntera Grassa Blaszany Bębenek.

Polska była takim dziwnym krajem, w którym zakazany film mógł jednak zostać pokazany w klubie studenckim. Takich imprez nie wolno było nigdzie zapowiadać, ani w prasie, ani w radio, na wszelki wypadek ludzie nie informowali się również telefonicznie, ale i tak, cokolwiek by to nie było – spektakl teatralny, recital piosenki zakazanej lub zakazanego piosenkarza, wieczór autorski czy pokaz filmowy, chętnych zawsze było więcej niż miejsc. Jeden z pisarzy opowiadał kiedyś, że po takim legalno nielegalnym wieczorze autorskim podszedł do niego młody człowiek i podał mu do podpisania wszystkie jego nielegalnie wydane książki – te z wydawnictwa zagranicznego zwanego trzecim obiegiem i te opublikowane w Polsce, w nielegalnym wydawnictwie czyli tzw. drugim obiegu. Zaintrygowany pisarz zapytał, jak to się stało, że chłopak miał przy sobie wszystkie jego książki – spotkanie zostało przecież zapowiedziane trzy godziny temu i nie podano, kto będzie czytał.

Ach, powiedział chłopak, zawsze jak usłyszę, że ktoś będzie, idę do domu, mieszkam na szczęście bardzo blisko i zabieram ze sobą wszystkie książki wszystkich pisarzy opozycyjnych.

I pokazał zdumionemu autorowi ogromny wypchany plecak. Na stosach nieprawomyślnych książek leżały… ziemniaki.

– Oczywiście, powiedział Stefan, bardzo prosta historia. Wszyscy to robiliśmy. Ten skryba był durniem, że tego nie wiedział. Tyle tylko, że chodzenie po mieście z wielkim plecakiem też nie było bezpieczne, nawet z ziemniakami na wierzchu. Lub czymkolwiek innym. Trzeba było wciąż zmieniać kamuflaż w zależności od pory roku, zimą mógł to być węgiel, wiosną makulatura lub puste butelki, a czasem nawet złom. O węgiel w komunie było trudno, można więc było udawać, że się właśnie “zdobyło” parę kilo, dla siebie, dla babci, dla starej sąsiadki. Makulaturę i butelki się sprzedawało i robili to wszyscy, również profesorowie Politechniki.

A więc poszli do Kwadratowej. Była jesień 1979 roku, Volker Schlöndorf nakręcił film Blaszany bębenek w roku 1978, film w maju 1979 roku wszedł na ekrany (odznaczono go Złotą Palmą na 32 festiwalu Cannes) i ktoś przeszmuglował taśmy z zagranicy. W Gdańsku nie takie rzeczy były możliwe. Film był po angielsku, został po części nakręcony w Gdańsku i we Wrzeszczu, ale powieść Grassa była zakazana, nie można więc było oczekiwać, że władze wydadzą bezwarunkową zgodę na kręcenie w Gdańsku filmu, w którym pokazane zostanie jak Sowieci wchodzą do Gdańska w marcu 1945 roku, palą, mordują i gwałcą, a po ich tryumfalnym przejściu z pięknego miasta zostaje kupa dymiących gruzów. O dziwo władze wydały zgodę, część scen filmowych nakręcono bezpośrednio w Gdańsku, ale na przykład sceny początku wojny i słynnej obrony Poczty Polskiej – zostały nakręcone w Zagrzebiu, w Jugosławii.

Książka była zakazana we wszystkich krajach Bloku Wschodniego, siłą rzeczy zakazano więc też pokazów filmu, choć grali w nim przecież Polacy, przede wszystkim Daniel Olbrychski, kochanek głównej bohaterki i być może ojciec Oskara.
Kwadratowa naprawdę nazywała się Akademicki Klub Politechniki Gdańskiej KWADRATOWA i mieściła się w siedzibie dawnej organizacji studenckiej „Bratniak”, zbudowanej w dwudziestoleciu międzywojennym. Od samego początku tworzono tu kulturę studencką, były występy chóru, orkiestry. Mimo że po wydaniu przez studentów tak zwanej Jednodniówki w roku 1948 władze odgórnie zlikwidowały „Bratnią Pomoc”, to nazwa budynku Bratniak pozostała. Od końca lat pięćdziesiątych klub w Bratniaku przyjął nazwę Kwadratowa. Organizowano tu występy jazzowe i festiwal teatrów studenckich. Gdy Juliette Greco w maju 1962 przyjechała do Polski, występowała w Kwadratowej. Na początku lat siedemdziesiątych powstał tu Decathlon Dixieland Jazz Band później znany jako Detko Band.

Duch Święty (1979)

“Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi.” Słowa Papieża Jana Pawła II padły w Warszawie w 1979 roku. Rok później Duch porwał Polaków, zjednoczył ich i dał im siłę, by umieli powiedzieć NIE! komunistycznej władzy. Powstał 10 milionowy ruch społeczny Solidarność. Związek odmienił Polskę, a konsekwencją tych zmian była środkowoeuropejska Jesień Ludów ’89 i upadek komunistycznego reżimu. Symbolicznie to Solidarność wyzwoliła Europę, choć na tak zwanym Zachodzie nie wszyscy o tym pamiętają, chcą pamiętać i lubią pamiętać.

O tym, jaki był naprawdę Jan Paweł II, o tym, że krył pedofilów i zlikwidował kościelną opozycję, dążącą do unowocześnienia Kościoła, nikt wtedy jeszcze nie wiedział. Papież, “nasz papież”, był Bogiem, tak, takim z dużej litery, bliższym przeciętnemu Polakowi niż ten jakiś abstrakcyjny Pan Bóg tam gdzieś na górze. Hierarchia wiary polskiej była jasna – Matka Boska Królowa Polska i Papież Polak, no może jeszcze święty Stanisław, biskup zamordowany w roku 1079 przez króla Bolesława Szczodrego. Był opozycjonistą, a zamordował go władca – to oczywiście powód, by Polacy widzieli w nim swojego patrona. Legenda głosi, że król własnoręcznie poćwiartował zbuntowangeo biskupa, choć historycy twierdzą, że zrobił to jednak kat. Tak czy owak król uznany został za bezbożnika a rozbicie dzielnicowe przez wieki uważano za karę boską za świętokradczy mord. Polska została poćwiartowana tak, jak Stanisław męczennik.

2 czerwca 1979 roku Jan Paweł II rozpoczął pierwszą pielgrzymkę do Polski. Odwiedził Warszawę, Gniezno, Częstochowę, Kraków, Oświęcim, Kalwarię Zebrzydowską i Wadowice. Stefan i Basia pojechali na mszę papieską do Gniezna. Mieli już wtedy dzieci i malucha. Jechali w towarzystwie innych samochodów, udekorowanych biało-żółtymi flagami. Basia i Stefan poczuli się bardzo głupio, bo nawet dzieci zauważyły, że trzeba było powiesić na antenie jakieś kokardy w kolorach papieskich. W końcu zatrzymali się na łące, żeby odpocząć i się wysikać, a Basia uplotła wianki z rumianków i rzepaku, dla siebie, dzieci i auta. Podczas mszy dzieci tak słodko wyglądały w tych wiankach z więdnących już kwiatów, że zostały sfotografowane przez jakichś zachodnich dziennikarzy. Ale oczywiście nie wiadomo, czy zdjęcie gdzieś się ukazało.

Podczas mszy dzieci nie mogły się wysikać na jakimś trawniku czy pod jakimś drzewem. Sikały więc, a i robiły kupy, do słoików, które się zakręcało i wkładało do plecaka. Wszyscy rodzice to robili. Msza Papieska, Wielkie Przeżycie dla Całego Narodu, była po gombrowiczowsku podszyta słoikami pełnymi gówna.

W sierpniu 1980 roku, już w czasie strajków, czyli właściwie w Sierpniu, Komitet Strajkowy na Politechnice poprosił Stefana o wizytę i spotkanie ze strajkującymi. Miał opowiedzieć o życiu opozycjonisty w PRL-u. Opowiedział więc o aresztowaniach na 48 godzin, podsłuchach, inwigilacji, obserwacji, marnych pracach na wypomóżki za marne pieniądze i o tym, że nikt z nich nigdy nie zrobi kariery. Basia wiedziała, że tak jest, sama tego doświadczała na własnej skórze, a jednak zawsze się jej wydawało, że to był jakiś inny świat, oddalony o lata świetlne od zwykłego życia. Stefan mówił, że opozycjoniści nie są sami, że są setki odważnych ludzi, żyjących w każdym zakątku kraju i świetnie zorganizowanych w walce o lepsze życie.

– A co będzie potem?, zapytała Basia, kiedy wracali z Politechniki do domu. Stefan chciał się jeszcze wykąpać, zanim wróci na Stocznię.
– Co potem?, zdziwił się Stefan.
– Kiedyś to się przecież skończy. I co, przypomnicie sobie wtedy o nas? Przecież większość z was ma rodziny, narażacie więc nie tylko siebie samych, lecz również wasze żony, dzieci, rodziców.
– Jak możesz? Przecież tu chodzi o wielką rzecz, o wolność, dla nas i dla naszych dzieci. Jak możesz być taka małoduszna?
– Mogę, powiedziała Basia. Wiesz, dziś w domu u mojej mamy widziałam taki napis namalowany szminką na lustrze w windzie: Kobiety! nie przeszkadzajcie nam! My walczymy o Polskę! To ty napisałeś?
– Nie, nie ja. Jakiś inny zezłoszczony facet. Jego baba przyszła pod Bramę Stoczni, przyniosła mu bułki i kiełbasę, ale marudziła, wrócił więc na noc do domu, pobył trochę z dzieciakami, przespał się z żoną, a jak rano wychodził, zabrał jej szminkę i przekazał jej to, co miał do powiedzenia.
– Bym ci odpisała, powiedziała Basia.
– A co byś napisała?, zapytał.
– Bohaterowie, odpowiedziała. Odpalantujcie się od nas, bo naprawdę mamy co robić, mamy pracę, dom, dzieci i jeszcze was do obsłużenia.
– Naprawdę?, zapytał Stefan. Tak byś napisała?
– Tak, bo wy wcale nas nie dopuszczacie do tej waszej Wielkiej Sprawy. Jak my się mamy poczuć integralną częścią tego wielkiego zrywu, skoro nawet ty, a ty nie zgrywasz bohatera, ale nawet ty właśnie powiedziałeś tam na zebraniu, że strajki sierpniowe robią trzydziestoletni mężczyźni z brodami.
– To był żart, powiedział Stefan.
– Nie sądzę, powiedziała Basia. Bo wiesz, jestem kobietą i nie mam brody.


Za inspiracje i przypomnienia dziękuję Eli Kargol, Krystynie Koziewicz, Dickowi Verkijk i Joannie Trümner. Ponadto kieruję treść tego rozdziału do Marty Dzido, którą zawiodłam, gdy powiedziałam jej, że odezwa do kobiet, była napisana na lustrze, a nie na… Murze Stoczni. Bardzo Cię przepraszam, Marto.

Gubałówka

Ela Kargol

Gubałówka, góra gór, góra kiczu, antysymbol Zakopanego, a może właśnie symbol? Wakacyjne wspomnienia

Góra gór może obrzydzić każdemu Tatry. Jeśli ktoś nie widział nic poza Gubałówką, a z Gubałówki na pewno nic nie zobaczył – bo nie ma jak – to nie będzie chciał tu wracać. Nie pokocha Tatr, jak ja je pokochałam, szwendając się po szlakach i poza nimi, po schroniskach, śpiąc na podłogach i w szałasach, z czasem szukając już wygodniejszych noclegów, po to, by wypoczęta wyruszyć na kolejne łazęgi, wędrówki, spacery. To nie były nigdy wyrypy, nie było zaliczania, zdobywania. Atmosfera Zakopanego i Tatr zawładnęła mną całkowicie.

Pępek Świata.

Witkacy i Tadziu Ferenc, Chałubiński i chłopaki z TOPRu, Rafał Malczewski i Kielo macie godzin, ojciec Leonard z Wiktorówek i babka z Rusinowej, Szymanowski i Tejka z Roztoki, w stronę Pysznej i w stronę Białej Wody, a przede wszystkim w stronę Roztoki.

Schronisko w Dolinie Roztoki stało się dla mnie na wiele lat domem, schronem, wszystkim, radością, miłością do ludzi i gór, do ludzi gór i gór, do Tatr, przede wszystkim do Tatr Wysokich, no bo o tych Zachodnich mówiło się z pogardą Kapuściane góry.

W tym roku po dwuletniej lub dłuższej przerwie siedzenia w domu wybrałam się znowu do Zakopanego, tym razem tylko na Gubałówkę. Nie pierwszy raz i chyba nie ostatni, choć miesiąc temu przysięgałam, że nigdy więcej.

Czas goi rany i łagodzi wspomnienia.

Latem pojechaliśmy do Lachowic. Lachowice to rozległa, malownicza wioska wśród wzgórz, gór i pagórków w paśmie Beskidu Makowskiego, gdzie rzadko zatrzymuje się już pociąg, choć to odcinek kolei transwersalnej, wioska, gdzie krzyże na cmentarzu parafialnym przy ponad dwustuletnim drewnianym kościele otoczonym sobotami, pamiętają czasy zaborów austriackich, gdzie prawie co sto metrów przydrożna kapliczka wita wędrowca… Lachowice, to miejsce, do którego wracam nie tylko latem. Latem, tak jak w piosence: pachnie miętą, jest koloru malin i zielonych lasów. Tu wcale diabeł nie mówi dobranoc, tu świerszcze nie pozwalają spać.

I kiedyś po takiej nieprzespanej nocy wybraliśmy się do Zakopanego, na Gubałówkę. Z Lachowic dwie godziny pociągiem. Wycieczka, przed którą się wzbraniałam, bo sierpień, bo tłok, bo dworzec kolejowy w przebudowie i słynna kolej, której początki sięgają końca XIX wieku, nie dojeżdża nawet Zakopanego, tylko do nieznanej nikomu Spyrkówki. Czasów Luxtorpedy już nikt nie pamięta.

Gaździna z Roztoki mnie ostrzegała, odradzała, wręcz wypraszała. I miała rację. Ale my pojechaliśmy. Całe szczęście, wiedzieliśmy, jadąc pociagiem, że nie dojedziemy do Zakopanego, tylko do tej wspomnianej już Spyrkówki. Przyznać trzeba, że taksiarze, ubery i nni przewoźnicy stanęli na wysokości zadania, a tak naprawdę stanęli przed prowizorycznym dworcem i kto się zorientował, ten od razu wsiadał, tak jak my i od razu jechał. Miły kierowca rodem ze środkowej Polski chciał nas wywieźć na samą Gubałówkę, ale wybraliśmy kolejkę, nie przejmując się ogólnie znaną śpiewką,

Kasprowy, Kasprowy,
wolę Pięci Stawy,
pier..lę kolejkę
przeciem nie kulawy.

Wjechaliśmy tłumnie i w ścisku na górę. Tłum wypchnął nas z kolejki. Dzieci stwierdziły, że są głodne. Zaczęło padać. Wszyscy ruszyli do baru Gubałówka, a może to restauracja była? Dania barowe. Pokrzepieni colą, kotletem i burgerem ruszyliśmy szczytem Gubałówki przed siebie. Minęliśmy smutne kucyki, duży koń właśnie robił kupę. Wszyscy zachwyceni spoglądali na woźnicę, który nie przerywając jazdy wozem, zbierał nawóz od razu do worka. Potem była wata cukrowa i kręcone lody i obowiązkowe zdjęcie z psem i owieczką. W tym miejscu rzeczywiście można było dostrzec Giewont, bo inne miejsca widokowe pozastawiane są budami. Piękne widoki rozpościerały się na fartuszkach ustawionych rzędem i przeznaczonych dla super cioć, córek, szwagierek… Ogólnopolski wzór ludowy, który rozpanoszył się kilkanaście lat temu po całej Polsce od morza do Tatr był bardzo silnie reprezentowany na wszystkim, co miało udawać ludowość.

Wnuczce kupiłam perukę, wnukowi po długim marudzeniu – nóż. Nie żadną finkę ani scyzoryk, tylko jakąś imitację samurajskiego noża. Córka kupiła sobie kolczyki, kuzynka pluszaka i tak co kawałek coś. Ja wypiłam kilka cappucino. Przy kościółku, w zasadzie samowolce budowlanej gazdów Bachledów, zastała nas burza. Kościółek zamknięty, schowaliśmy się w maleńkiej krypcie na tyłach świątyni, miejscu spoczynku fundatorów kaplicy. Grobowa cisza, wreszcie, gdyby nie pioruny.

Po burzy przyszło słońce i wszyscy znowu ruszyli na szlak. Zatrzymaliśmy się przy grze w pieniądze. Niestety kilka prób przebiegło bez sukcesu, chyba, że sukcesem nazwać można było pozbycie się bilonu. Potem były sztuczne ścianki wspinaczkowe, gofry wegańskie, chińskie (nie jestem pewna) ciupagi, kino 5 D, a może nawet 7 D max, świat wirtualny z ofertą przeróżnych gier, manekiny ubrane, przebrane w ludowe stroje, znowu burza, znowu lody, kubki z napisem Pozdrowienia z Tatr, meksykańskie kierpce i góralskie kapelusze.

Gubałówka nie jest wysoką górą. 1123 m n.p.m, leży w Pasmie Gubałowskim, nazwa pochodzi od polany o tej samej nazwie, a ta z kolei od właścicieli polany gazdów Gubałów. Nie wiem, ilu Gubałów zamieszkuje jeszcze Gubałówkę, ale wszystkim mieszkańcom bardzo współczuję, zwłaszcza w sezonie, choć może niesłusznie, bo właśnie w sezonie można najlepiej zarobić, sprzedając choć co byle komu. Nam – ceprom. Popyt nakręca podaż.

Pod Gubałowką to samo, albo jeszcze gorzej. Szczytem paskudztwa, żeby nie nazwać szczytowaniem, są otwieracze do butelek w kształcie członka. Gdy wysłałam zdjęcie z otwieraczami admince, przypomniała mi o świętym napletku, którego święto, obchodzone 1 stycznia, dość dawno już zniesiono.
– Jak wakacje?
– Super, byliśmy w górach, wpadliśmy nawet na trzy dni do Zakopanego
– O, Zakopane!!!?
– No wiesz jeden dzień Krupówki, drugi dzień w góry, a więc Morskie Oko, dzieciaki i tak nie doszły, pojechaliśmy wozem, w obie strony. Trzeci dzień Gubałówka, wiadomo na Gubałówkę trzeba było wjechać.

I tak niektórzy, a może większość pamięta Tatry.

Wróciliśmy do Lachowic, tu jeszcze nie dotarła globalna ludowość. Stąd wywodzą się prawdziwi ludowi twórcy koników i ptaszków. Takim był brat mojego dziadka, mój ojciec, który wnukom strugał fujarki, mój kuzyn, któremu ulegnie każde drewno. Warto zajrzeć do Stryszawy do Beskidzkiego Centrum Zabawki Drewnianej i w ciszy i spokoju wejść do ogrodu kolorowych koników, bryczek, ptaszków.

Niestety, nabyć można było tylko kilka wyrzeźbionych rajskich ptaszków. Reszta pojechała z właścicielami na jarmarki, targi, festiwale, może nawet do Zakopanego.

Wśród badziewia udającego ludowość, trudno byłoby je tam zauważyć.

Sister

https://www.facebook.com/events/616585206783021

🚨

28.09.2022 ⭕️ 18:00-22:00 ⭕️

ɪɴᴛᴇʀɴᴀᴛɪᴏɴᴀʟ ꜱᴀꜰᴇ ᴀʙᴏʀᴛɪᴏɴ ᴅᴀʏ

@hausderstatistik 👉🌳WALD🌳

brought to you by @dziewuchy_berlin / part of @draussenstadt

ft. 𝕾𝖍𝖔𝖜 @berlin_strippers_collective ⚡️ @ur_barbie_boy ⚡️ @dazzzedandconfused_ 🆘 𝕽𝖎𝖙𝖚𝖆𝖑 @jexblackmore ⚡️ @jemek_jemowit 🆘 𝕮𝖔𝖓𝖈𝖊𝖗𝖙 @jemek_jemowit

Kochane Dziewuchy i Dziewuchowie,

nadszedł czas, żeby uhonorować nasze Siostry*, które wspólnie z nami walczą o prawa kobiet i LGBT w Berlinie i ponad granicami.

Już teraz zanotujcie w kalendarzach – 28.9. – Dzień Bezpiecznej Aborcji. Tym razem nie robimy klasycznego demo, ale coś innego – przyznajemy dziewuchowe nagrody, będzie też koncert i performance.

SAFE ABORTION DAY 28.9.2022

Die Zeit ist gekommen, dass wir unsere Schwestern* (Siostry) ehren. Im Jahr 2022 werden zum ersten Mal die Dziewuchy-Berlin-Preise für gute deutsch-polnische Schwesternschaft und feministische Zusammenarbeit vergeben. In Februar haben Dziewuchy Berlin einen Vertrag über Gute Schwesternschaft und Feministische Zusammenarbeit geschrieben der die Grundlage für der Siostry* Preis. Bei den Preisen handelt es sich um originelle handgezeichnete künstlerische Zeichnungen und selbstgemachtes Dziewuchy Getränk für alle Nominierten. Es sind keine finanziellen Preise vorgesehen. Aufgrund des Krieges in der Ukraine haben wir die Ausschreibung bis zum 12.6.2022 verlängert. Die Preisverleihung findet am 28. September 2022 statt, dem Internationalen Tag des sicheren Schwangerschaftsabbruchs. Jedes Jahr veranstalten Dziewuchy Berlin an diesem Tag Demonstrationen, aber dieses Jahr wird es eine ehrende und ermächtigende Veranstaltung sein, um Schwesternschaft und Zusammenarbeit für Frauen- und LGBT-Rechte aufzubauen.

Im Programm:

Siostry*Preisverleihung / Przyznanie nagród

Performance: Jemek Jemowit performt “Self-Possession Ritual” von Jex Blackmore

Performance: Berlin Strippers Collective

Konzert: Jemek Jemowit spielt “Best Off Jemek”

Mehr: https://www.dziewuchyberlin.org/28-9-2022-siostrypreis…/

#safeabortionday #wegmit218 #28Sept #SiostryPreis #DziewuchyBerlin #UrbanePraxis #draussenstadt

@projektfonds_urbanepraxis Draussenstadt

Z wolnej stopy 64

Zbigniew Milewicz

Wyższe sfery II

Ta piękna dama na zdjęciu, to Julia Hauke, prababcia Księcia Filipa, ojca Karola III, która urodziła się w Warszawie przed Powstaniem Listopadowym. O polskich korzeniach brytyjskiego monarchy pisze m.in. portal informacyjno-publicystyczny Związku Polaków na Białorusi, Znadniemna.pl. Linka podrzucił mi mój brat Mariusz, który przeczytał ostatni wpis i pomyślał, że może będę chciał go uzupełnić o dodatkowe informacje, co też zaraz zrobię. Nie wiem, jaką wartość dokumentarną mają fakty, opisane przez portal -oryginalnych dokumentów niestety nie widziałem – ale są one na tyle ciekawe, że chciałbym się obszernymi fragmentami z Państwem podzielić.

Przodkowie Julii przybyli do Polski z Holandii tuż po pierwszym rozbiorze. Fryderyk von Haacken przyjechał z Flamandii nad Wisłę, by tutaj objąć stanowisko wykładowcy w Szkole Artylerii Koronnej. Rodzina szybko się spolonizowała i odtąd znana była pod nazwiskiem Hauke.

Syn Fryderyka, Maurycy, walczył w wojnie z Rosją w obronie Konstytucji 3 Maja, a później w powstaniu kościuszkowskim. W mundurze Legionów Polskich walczył u boku Napoleona, a później w szeregach Księstwa Warszawskiego. Po upadku Napoleona, na mocy kongresu wiedeńskiego utworzono Królestwo Polskie pod carskim berłem. Liberalna konstytucja pozwalała wierzyć, że Polacy będą cieszyć się w nim dużą swobodą.

Car Mikołaj I nie zamierzał jednak przestrzegać praw polskiej konstytucji, co doprowadziło do wybuchu powstania listopadowego. Hrabia Maurycy Hauke, wówczas już w randze generała dywizji, został ministrem wojny Królestwa. Kiedy jednakowoż zaproponowano mu, a myślę, że bardziej rozkazano, aby stanął na czele wojsk polskich, odmówił. Szczerze, jako wytrawny wojskowy stwierdził, że insurekcja jest głupotą i wtedy powstańcy zastrzelili go. Mimo to w polskich szeregach w czasie powstania walczyło trzech synów Haukego.

Jego córka Julia, po śmierci matki została przygarnięta przez carski dwór. Tak zaczęła się oszałamiająca kariera „biednej polskiej sieroty”, jak w Sankt Petersburgu nazywano dziewczynę.

Julia Hauke urodziła się 12 listopada 1825 roku w Warszawie. Była córką hrabiego Maurycego Hauke i Zofii Lafontaine. Akt urodzenia Julii Hauke – prababci księcia Filipa – odnotowany został w księgach metrykalnych cyrkułu VII w Warszawie. Pod aktem nr 603, 14 października 1825 roku, odnotowano, że narodziny dziecka zgłosił Jaśnie Wielmożny Maurycy Hauke, generał dywizji, radca stanu, pełniący obowiązki Ministra Wojny, Kwatermistrz Generalny Wojska, Dowódca Korpusów Artylerii i Inżynierii, nosiciel Orderów Świętego Aleksandra Newskiego, Świętego Włodzimierza drugiej klasy, Świętej Anny z Brylantami Pierwszej klasy, Świętego Stanisława Pierwszej Klasy tudzież Krzyża Wojskowego i Legii Honorowej, mający 49 lat. Matką dziecięcia była 34-letnia Jaśnie Wielmożna Zofia z Lafontainów. Dziecko na chrzcie otrzymało trzy imiona: Julia Teresa Salomea. Jej chrzestnymi byli Wielmożny Tomasz Skrobecki – kapitan i Wielmożny Karol Grabowski – kapitan, obaj adiutantci polowi. Wszyscy stawający podpisali się pod dokumentem.

Julia została damą dworu księżnej heskiej Marii, żony następcy tronu Aleksandra i przyszłej carycy. Wkrótce dziewczyna zakochała się ze wzajemnością w innym Aleksandrze, bracie Marii. Tego mezaliansu nie mógł zaakceptować car. Zakochani w tajemnicy opuścili Rosję i pobrali się we Wrocławiu. Z pomocą przyszedł Ludwik, Wielki Książę Heski, który nadał swojej szwagierce tytuł hrabiny Battenberg.

Julia i Aleksander doczekali się piątki dzieci. Powrót na europejskie salony Battenbergowie zawdzięczali sympatii królowej Wiktorii. Brytyjska monarchini poparła związek swojej wnuczki Wiktorii z synem Julii, Ludwikiem, a parę lat później córki Beatrycze z innym Battenbergiem – Henrykiem.

Julia zmarła w 1895 roku. Jej potomkowie zasiedli na tronach Bułgarii, Szwecji i Wielkiej Brytanii. Choć całe życie spędziła poza polskimi ziemiami, nigdy nie zapomniała języka rodziców. Do dziś przetrwała jej korespondencja z przyjaciółką pisana po polsku.

Córka Ludwika i Wiktorii, Alicja, wyszła za następcę greckiego tronu Andrzeja. W 1921 roku przyszedł na świat ich syn Filip. Gdy republikańskie władze wygnały rodzinę z Grecji, Filip dostał się pod opiekę babki Wiktorii, która mieszkała w Wielkiej Brytanii. W 1939 roku poznał swoją daleką kuzynkę i przyszłą żonę Elżbietę, która dla świata miała stać się wkrótce królową Elżbietą II.

Gdyby książę Filip, mąż Elżbiety II, nie przyjął nazwiska swojej matki (Battenberg), a następnie, w 1947 roku wraz z przyjęciem brytyjskiego obywatelstwa, nie zmienił go na Mountbatten, to dziś, być może jego prawnuczęta – George i Charlotte – posługiwałyby się nazwiskiem o mało brytyjskim brzmieniu Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg.