Gigantyczny gigant

Podobnie jak Kapibary, które pojawią się tu za kilka dni, również Las Pando wędruje sobie w dół i w dół po kalendarzu publikacji, co i raz ustępując miejsca jakimś ważniejszym tematom, aż trafił na urodziny syna. Najlepszego, Jacku, myślę, że spodoba Ci się ten las.

Reblog+, czyli drzewo i książka

Gdy otwieram komputer, pojawia się strona Bing i podsuwa mi takie zdjęcie, codziennie inne, czasem kilka:

Myślę wtedy, ach no tak, lasy brzozowe, może w Finlandii. Ale skoro Bing się tak upiera, klikam wreszcie kiedyś na podsuwany mi wraz ze zdjęciami artykuł i zatyka mnie z wrażenia, bo to, co wygląda jak cały las, to w rzeczywistości…

Drzewo Pando

Tak, jedno drzewo! Link prowadzi do niemieckiej Wikipedii, po polsku nie ma jeszcze wpisu. Poniżej tłumaczę dla Was ten niemiecki artykuł.

Pando (z łaciny pandere „rozprzestrzeniać się“) to kolonia klonów (nie klonów-drzew, chodzi o to, że poszczególne niby-drzewa są sklonowane) topoli amerykańskiej (Populus tremuloides), która rośnie w lesie Fishlake National Forest w amerykańskim stanie Utah. Wiek kolonii szacuje się na 14.000 lat, co oznacza, że jest to jedna z najstarszych i największych znanych człowiekowi istot żyjących na Ziemi. Tak jak to napisałam w tytule: gigantyczny gigant.

Poszczególne pnie łączą się ze sobą za pomocą kłączy, tworzących jedną wielką splątaną sieć (nazywam ją żmut, o czym dalej będzie więcej), nie są więc odrębnymi egzemplarzami rośliny, lecz stanowią ten sam organizm. Pojedyncze pnie wprawdzie obumierają, ale ponieważ wciąż dorastają nowe, roślina istnieje nieprzerwanie dalej. Jest to przykład rozmnażania się bezpłciowego, co znamy oczywiście również z innych gatunków roślin.

Kolonia zajmuje około 43 hektarów i liczy około 47.000 pni. Ocenia się, że waży około 6.000 ton. Jednak pojedyncze pnie żyją znacznie krócej, bo co najwyżej 130 lat, ale sama kolonia (genet) jest jednak znacznie starsza – niewykluczone, że jej najstarsze części żyją już nawet od 80.000 lat. Jest to jednak ocena szacunkowa, potwierdzony badaniami wiek tego żmutu wynosi 14.000 lat. Ten gigantyczny drzewolas ma wrogów – są to jelenie zwane mulakami czarnoogonowymi, które wskutek (czy może – dzięki) działalności człowieka utraciły naturalnych wrogów i szybko się rozmnażają, zakłócając równowagę ekologiczną okolicy. Ich pożywieniem jest właśnie żmut topolowy. Fotografie lotnicze pando sugerują, że kolonia od około 40 lat już dalej nie przyrasta, co może oznaczać, że naprawdę powoli obumiera.

***

Ale póki co – wciąż jeszcze jest.

***

Pozwalam tu sobie na pewną zabawę – proponuję mianowicie, żeby dla owego genetu zastosować staropolskie, a może nawet starosłowiańskie słowo żmut. Owo dawno zapomniane słowo wyciągnął z niepamięci pisarz Jarosław Marek, który tak zatytułował swoją, wydanä w roku 1987 książkę o Mickiewiczu. Żmut tropi tajemnice Filomatów i Filaretów, dwóch tajnych organizacji, do których należał Mickiewicz i który za tę działalność został aresztowany i skazany na zesłanie. Z portalu Lubimy czytać dowiemy się, że jest to niezwykła książka opowiadająca o wileńskich i emigracyjnych losach Mickiewicza i jego przyjaciół, która rzuca nowe światło na życie naszego wieszcza narodowego. Pokazuje go jako żywego człowieka, a nie pomnik. Żmut – to taki splatany “kołtun” – splatany, jak losy Mickiewicza.

Portal Culture.pl uzupełnia tę informację o nieco pikantnych ciekawostek:

Pod tajemniczym tytułem (“żmut” to “bezładnie poplątane włosy, sznurki, tasiemki”, a przenośnie – kłębowisko nie do rozplątania) kryje się fascynująca, budowana na przekór romantycznej legendzie opowieść o młodzieńczych miłościach Adama Mickiewicza: o Joasi, Johasi czy może Johalce, Józi czy Zuzi, Anieli czy też może Eli, słynnej Maryli Wereszczakównie oraz znacznie mniej znanej Karolinie Kowalskiej – mężatce z czworgiem dzieci, przez historyków literatury zwanej lekceważąco “panią Kowalską” i usilnie spychanej w cień, ponieważ nie pasowała do kreowanej przez nich legendy Mickiewicza jako dziewiczego “kochanka Maryli”.

Rymkiewicz, tropiąc tajemnice uczuć pana Mićkiewicza, jak go z litewska nazywa, stworzył dzieło, które czyta się jak sensacyjną powieść, pełną śmiałych domysłów i zaskakujących hipotez – jak choćby szokujący domysł dotyczący nieślubnego dziecka Mickiewicza i Maryli. Książka napisana jest pełnym zniewalającego uroku językiem, w którym współczesna polszczyzna przeplata się z niemal doszczętnie zapomnianą już dzisiaj polszczyzną litewską.

Żmut ukazał się po raz pierwszy w 1987 roku w Instytucie Literackim w Paryżu i w drugoobiegowym krajowym wydawnictwie NOWA. Otrzymał Nagrodę Literacką paryskiej “Kultury” i nagrodę “Wiadomości” im. Mieczysława Grydzewskiego za najlepszą polską książkę wydaną na emigracji w roku 1987.

***

Na zakończenie fragment owej książki:

Co to jest żmut? Aleksander Walicki w książce Błędy nasze w mowie i piśmie ku szkodzie języka polskiego popełniane oraz prowincjonalizmy –  korzystałem z trzeciego wydania: Kra­ków 1886 – powiada, że tego wyrazu, używanego tylko na Litwie, a koroniarzom nieznanego, nie da się zastąpić jakimś innym: “wyrazu, zupełnie temu odpowiedniego, w języku naszym nie posiadamy”. Żmut to bezładnie poplątane włosy, sznurki, tasiemki. Można by ewentualnie, zamiast o żmucie, mówić o splocie, ale Walicki uważa, że splot może być również spleciony ładnie i porządnie. “Żmut zaś musi być koniecznie bezładnie zbity”. Na Litwie mówio­no – Rozplącz ten żmut nici. – Albo: – Wyrwano mu z głowy cały żmut włosów. – Słowem bliskoznacznym jest kuczma. Kuczma jest jednak czymś nieco innym niż żmut, bowiem to, co splątane, nazywano żmutem, zaś do kuczmy można to było tylko porównać. Mówiono: – Ależ włosy twoje jak kuczma jaka. – “Bo pierwiastkowo – czytamy u Walickiego – wyraz ten oznacza w języku tureckim kosmatą czapkę janczarską”. Włosów, które porównywano do kuczmy, musiało być dużo i musiały być nastroszone. Żmut natomiast to “poplątanie bez względu na ilość włosów lub nici”. Z wydobytego niedawno z papierów po Janie Karłowiczu Podręcznika czystej polszczyzny dla Litwinów i petersburszczan dowiedziałem się, że synonimem kuczmy są czupryna, chachół, kudły. Znaczenie żmutu lub żmotu Karłowicz określa nieco inaczej niż Walicki: żmut to według niego gałka, garść, garstka. To, co splątane, poplątane, zaplątane. Garść czegoś takiego. Poplątanie samo w sobie. To, nad czym pracowałem przez kilka lat, jest właśnie takim żmutem. Tego żmutu nie udało mi się rozplatać – gdybym to zrobił, nie byłby już żmutem – więc książka, która z tego wynikła, także jest czymś w rodzaju żmutu. Ponieważ to, co splątane, pozostało splątane, można by powiedzieć, że poniosłem klęskę: autor, który zajmuje się historią, powinien bowiem – takie jest chyba powszechne przekonanie – upo­rządkować dany mu materiał. A przynajmniej wykazać chęć zaprowadzenia w nim jakiegoś porządku. Wydaje mi się to dyskusyjne. Żmut, z którym miałem do czynienia, został przeze mnie przedstawiony jako żmut, i nawet jeśli wynikło to z nieładu panującego w mojej głowie lub z tego, że nie dość się starałem, jest w tym coś, co mi odpowiada.

Żmut jako obraz żmutu. Poplątanie jako obraz tego, co splątane. To, co nazywamy przeszłością albo czasem prze­szłym, jak jest nam dane? Właśnie pod postacią żmutu, z którego tu i ówdzie wystają jakieś nici czy sznurki, ale nie widać ich drugiego końca, bo wikłają się, plączą, splatają ze sobą. Umysł bezskutecznie próbuje zaprowadzić w tym jakiś porządek – wydaje mu się, nie wiadomo dlaczego, że najlepszy byłby porządek chronologiczny, linearny – ale wygląda mi na to, że żmut też ma w tej sprawie coś do powiedzenia: zachowuje się tak, jakby było w nim trochę życia i jakby wcale nie pragnął zostać rozplatany. Coś w rodzaju kołtuna, którego obcięcie w pierwszej połowie XIX wieku medycy na Litwie uważali za niebezpieczne dla życia tego, któremu skołtuniły się włosy. Kołtun był więc czymś w rodzaju żywej istoty. W Wilnie zajmował się tą problematyką profesor Feliks Rymkiewicz, autor wydruko­wanej w  “Dzienniku medycyny, chirurgii i farmacji” (rok 1823) pracy Niektóre postrzeżenia ściągające się do choroby kołtunowej z uwagami nad jej naturą. Przeszłość jako żywy kołtun, żywy żmut. Może, jeśli rozplącze się ją, czyli uporządkuje, z tego poplątania ulotni się – jak w wypadku obcięcia kołtuna – ta odrobina życia, odrobina ciepła, która przetrwała w ciemności, w centrum bezładnego żmutu? Podziwiam moją przebiegłość, bo zdaje się, że staram się usprawiedliwić czy wytłumaczyć bałagan panujący w mojej głowie albo lenistwo mojego umysłu. Ale jednak bardzo zależy mi na tej odrobinie życia, która jest tam, w głębi żmutu, kuczmy. Jeśli w ogóle warto zajmować się historią, to tylko dlatego, że niekiedy udaje się dotknąć tego ciepłego, tego, co tam jeszcze żyje. Nie może na to liczyć ten, kto myśli tylko o tym, jak by uporządkować dany mu materiał.

Żmut nie ma końca ani początku. Moja opowieść może więc zacząć się w jakiejkolwiek chwili. Wystarczy pociągnąć jedną z poplątanych nitek. Santiago, rok 1880. Kwitnące kaktusy. Ile mil, ile wiorst jest stamtąd do Polski? Na gałęzi drzewa, którego nazwy Ignacy Domeyko, przez swoich wileńskich i paryskich przyjaciół zwany Żegotą, nie zna, krzyczy ochryple ptak – błękitne podgardle, purpurowe opierzenie u nasady dzioba – i również jego nazwa nie jest Domeyce znana. Pan Ignacy siedzi w trzcinowym fotelu na tarasie i pisze list. Jego śliczna żona, Enriqueta, umarła dziesięć lat temu – miała wtedy tylko trzydzieści pięć lat – i kiedy Domeyko przerywa pisanie i patrzy na obłoki płynące w kierunku oceanu i dalej, ku Litwie, myśli o tym, czy kiedyś zobaczy jeszcze Enriquetę i gdzie się spotkają: na tym tarasie w Santiago de Chile czy raczej gdzieś na Litwie, w Zapolu lub w Zyburtowszczyźnie. Litwa. “Nie uwierzysz mi, jak tu dobrze i ciepło, choć mrozik uparty nie opuszcza nas ni dnia, ni nocą, nie odważa się jednak dotąd przecho­dzić za 6 do 8 stopni pod zero. Śniegu po uszy; biedne kuropatwy, nie mając posiłku, cisną się dokoła gumna i stodół, nie lękając się nawet ludzi. Jedyna dla mnie bieda, że nie mogę dłuższych używać przechadzek, bo brnąć po śniegu w dużych kaloszach i w futrze to niewygodnie”. To fragment innego listu, który Domeyko napisał sześć lat później, kiedy przyjechał na Litwę i mieszkał w Zyburtowszczyźnie.

Można sobie wyobrazić jego spotkanie – po latach – z Enriquetą. Stoją na śniegu, gdzieś w pobliżu gumna, wokół nich kuropatwy. Jej duch w sukni z czarnej tafty z dużym dekoltem i w czarnych koronkowych rękawi­czkach, a jego duch w futrze i w kaloszach. Jego łysa głowa na jej ramieniu, jego usta dotykające czarnego stroiku wpiętego w jej włosy. – Jak tu dobrze i ciepło – mówi po polsku Enriqueta. – El desconfiar de Dios es una maldad – mówi po hiszpańsku pan Ignacy. Jej czarny pantofelek ze srebrnym guziczkiem zapadający się w śnieg, który padał w nocy. Bo nie sądzę, żeby wówczas, kiedy już nas nie będzie, zostały nam odebrane nasze słowa, nasze futra, kalosze, suknie z czarnej tafty, pantofelki ze srebrnymi guziczkami i stroiki, które wpina się we włosy. W każdym razie bardzo bym tego nie chciał.
Ale wracam do tego listu, który Domeyko 26 października 1880 roku – upalny dzień, a na Litwie wczesne mrozy i od razu 6 do 8 stopni pod zero – pisze na tarasie swojego domu w Santiago. To, co wydarzyło się na Litwie –  w Wilnie, Kownie, Tuhanowiczach, Bolcienikach, Rucie – na począt­ku lat dwudziestych, jest już legendą i historycy literatury szukają właśnie ostatnich, jeszcze żyjących świadków tych wydarzeń, chcąc się od nich dowiedzieć, jak to było napraw­dę. W liście Domeyki do księdza Jana Siemieńskiego czytamy: “Dochodzą mnie wieści, że z owej miłości Adama i Maryli niektórzy literaci, pisarze romansów, chcą usnuć jakiś sentymentalny romans na sposób francuskich, niemiec­kich czy angielskich romansów, wymyślić coś tragicznego, gdzieby się nie mogło obejść bez pojedynku, bez jakiego zagmatwania sytuacji lub zamachów na spokojność naszych staropolskich rodzin”. Rozumiem dobrze zaniepokojenie Domeyki. Przyszłość dowiodła, że miał on po temu całkiem uzasadnione powody. Pisarze romansów – trudno zresztą powiedzieć, dlaczego – oszczędzili co prawda tych dwoje, ale historycy literatury napisali na temat miłości Adama Mickiewicza i Marii z Wereszczaków Puttkamerowej – i wszystkiego, co z tą miłością im się kojarzyło – nie­zliczoną ilość głupstw. Więc rozumiem Żegotę i doceniam jego intencję: chodziło mu przecież o to, aby legenda o miłości Mickiewicza i Maryli była budująca i aby nie przedostały się do niej jakieś niestosowne domysły, a także – i może przede wszystkim – o to, aby dobre imię jego przyjaciela nie doznało uszczerbku. Dlatego właśnie ostrze­gał nas i ostrzega z dalekiego Santiago, zza oceanu, z głębi czasu. – Jeśli chcecie opowiedzieć dzieje tej miłości – mówi – to miejcie na uwadze dobro tych dwojga i nie dawajcie wiary głupim plotkom. – Opowiadając, co mam do opowie­dzenia, postaram się pamiętać o tym ostrzeżeniu. Przede wszystkim dlatego, że sam nie wiem, jak to było naprawdę, co naprawdę wydarzyło się w Wilnie, Kownie, Bolcienikach na początku lat dwudziestych minionego wieku. A bardzo chciałbym to wiedzieć. Ale ciekawi mnie także legenda – Domeyko był jednym z jej twórców, a wiedząc więcej niż inni, niejedno przemilczał, co w znacznej mierze zadecydo­wało o jej kształcie – więc o legendzie także chciałbym opowiedzieć, bowiem uważam, że prawda jest również i w niej. Legenda komunikuje coś – jakąś prawdę – o tych, którzy ją kształtowali i którzy w nią wierzyli. Już choćby dlatego warto się nią zająć. Ale legenda mówi nam też prawdę – można by ją nazwać prawdą symboliczną – o tych, których dotyczy, których ma za przedmiot. Legenda jest figurą prawdy. Można więc iść ku prawdzie – prawdzie wydarzeń i prawdzie istnienia – także poprzez nią. Tak więc, drogi panie Ignacy, drogi mój Żegoto ostrzegający mnie zza oceanu, nie obejdzie się w mojej opowieści bez czegoś tragicznego, bez pojedynku, bez za­gmatwania sytuacji, a nawet pewnie bez zamachów na spokojność staropolskich rodzin. Ale postaram się niczego nie zmyślać, a jeśli coś zmyślę, to zaraz powiem, że to jest zmyślone. Po cóż zresztą zmyślać, jeśli to, co się wydarzyło wtedy na Litwie, było tragiczne, zagmatwane i właśnie na – sposób niemieckich, angielskich romansów. Mogły się od­być – może się odbyły? – dwa albo nawet i trzy pojedynki. Spokojność rodzin została zakłócona i można tylko mieć nadzieję – mam taką nadzieję – że ci, którzy uczestniczyli w tych wydarzeniach, po wielu latach, kiedy to wszystko było już przeszłością, spotkali się ze sobą i wszystko sobie wyjaśnili oraz wybaczyli.
Gdzie się spotkali? Przy jakimś gumnie, przy jakiejś stodole w Tuhanowiczach lub w Brażelcach, gdzie śniegu po uszy i kuropatwy cisną się dokoła. Stoją tam wszyscy w futrach i kaloszach – Mickiewicz, Zan, Odyniec, Domeyko, państwo Puttkamerowie, państwo Kowalscy, także Johasia, Józia, Flora i Antosia, także Enriqueta, ale ponie­waż nie jest zainteresowana, trochę z boku – i opowiadają sobie, jak to było, i wyjaśniają sobie, co wtedy czuli i myśleli. A potem – filareckim obyczajem – przystępują do cało­wania. Tomasz Zan do Mickiewicza po pierwszej majówce Promienistych w maju 1820 roku: “Krzyknąłem: «Przy­stąpcie do pocałowania!» Rzucili się wszyscy i pięćdziesiąt głów ucałowałem. Wystaw sobie, do czego promionki przyszły”. Ale co my wiemy o tych pocałunkach, którymi całują się umarli.

Pokolenie Solidarności 27

Ewa Maria Slaska

Luzer (1986)

Uwaga z roku 2021. Teraz użyłoby się słowa przegryw, ale za czasów Stefana jeszcze nie istniało. Podobnie jak wiele innych, nawet maczo. „Luzer” był spolszczeniem angielskiego terminu, podobnie jak killer czy cooler. Być może nawet należałoby napisać to słowo jeszcze w jego angielskiej wersji, czyli looser, ale od czasu dżazu, lejdis, skajlajtu, skajlajnu i menedżera mam wrażenie, że każdy wyraz angielski da się napisać po polsku, a potem stworzyć mu derywaty, tak by powstały „beściaki” i „bodziaki”, a zwłaszcza moje ulubione „kołcze”.

Uwaga z roku 2023. Podczas gdy pisałam tę powieść, obrazy Johannesa Vermeera van Delft były znane nielicznym miłośnikom, w tym wielu czytelnikom Marcela Prousta, bo jeden z głównych bohaterów powieści W poszukiwaniu straconego czasu, Charles (Karol) Swann zajmował się twórczością tego malarza, a inny jej bohater, Bergotte, którego pierwowzorem był Anatol France, opisywał jego obrazy, a umarł wpatrując się w niezwykły Widok Delft i widoczny po drugiej stronie rzeki fragment żółtej ściany. W tej powieści wciąż ktoś rozmawia o tych obrazach. Jednak na ogół mało kto wiedział coś bliższego o tym malarzu, który namalował trzydzieści kilka obrazów. Vermeer żył w latach 1632 – 1675 i wprawdzie namalował dwa płótna o tematyce historycznej i dwa krajobrazy, właśnie ów Widok Delft i Uliczkę, ale jego specjalnością były niewielkie scenki rodzajowe lub portrety samotnych kobiet. Artysta został na dwieście lat całkowicie zapomniany, ale jeszcze w drugiej połowie XX wieku jego nazwisko poza specjalistami nic nikomu nie mówiło. Gdy w roku 1977 Claude Goretta nakręcił film Koronczarka z Isabelle Huppert w roli głównej nikt nawet nie wspominał, że tytuł powieści Pascala Lainé i nakręconego wg niej filmu został zaczernięty z twórczości Vermeera. Dopiero powieść Tracy Chapman i nakręcony według niej film Dziewczyna z perłą Petera Webbera z 2003 roku z Colinem Firthem i Scarlett Johansson w rolach głównych, wyniosły Vermeera na pozycję jednego z najchętniej oglądanych malarzy. W roku 2023 Rijksmuseum w Amsterdamie zorganizowało zbiorową wystawę dzieł Vermeera i wylansowało go do roli super gwiazdy. Piszę to wszystko, żeby podkreślić, że gdy Stefan w latach 80 poszedł w Nowym Jorku do Frick Collection oglądać obraz Vermeera, nie było to wcale oczywistością i nie rozumiało się samo przez się. Zapewne było tam niewielu Polaków, mieszkających w tym czasie w Nowym Jorku. A może nawet żaden.

Continue reading “Pokolenie Solidarności 27”

Reblogi po 10 latach: Dzień Matki po niemiecku

laurka

W Niemczech obchodzi się dzień matki w drugą niedzielę maja i uważa się go za jedno ze świąt wprowadzonych przez Hitlera. Nie jest to prawdą, bo Międzynarodowy Dzień Matki od drugiej połowy XIX wieku usiłowały wprowadzić w życie Amerykanki, co im się w końcu udało zalegalizować w roku 1914. W Niemczech jest to oficjalne święto od roku 1923, a jego inicjatorem był Niemiecki Związek Kwiaciarzy a nie Hitler. Miało to zresztą miejsce na 10 lat przed dojściem Hitlera do władzy. Ale w Niemczech istnieje wyraźna tendencja, by negować każde święto pod jakimkolwiek pozorem – co najwyraźniej daje się odczuć przed Halloweenem i dniem świętego Walentego, ale i Boże Narodzenie nie jest wolne od antyświątecznych reakcji. W Polsce święto to obchodzi się od roku 1914 i w tym dniu dzieci rysują laurki dla mam. Na świecie są zresztą różne daty obchodzenia Dnia Matki – Polska jest jedynym krajem, w którym przypada ono na 26 maja.

Krystyna Koziewicz 

O matce i dorosłych dzieciach
“Miłość matczyna się nie starzeje” (niemieckie)

Jednym z najpiękniejszych dni w roku jest 26 maja  – DZIEŃ MATKI.
MATKA, Mama, Mamuśka, Mamcia, Matula, Mateńka… Wszystkie te słowa, którymi ją nazywamy, zawierają w sobie potężny ładunek uczuć i emocji. Kojarzą się z domem rodzinnym, którego była OPOKĄ. I choć zmieniają się ludzkie dzieje – ONA zawsze ta sama: DOBROĆ i PRZEBACZENIE, WIELKODUSZNOŚĆ i – jak mówi o ksiądz Twardowski w jednym ze swoich wierszy – “bardzo ludzka MIŁOŚĆ”…
Jej ofiarność i dobroć serca na zawsze pozostaje w pamięci tych, którzy ją mieli…
Ale oczywiście nie każdy ją miał. Bywa, że jej brakuje, a przyczyny tego są przeróżne. Jednym LOS przedwcześnie ją zabiera, innym daje, ale ona sama nie potrafi udźwignąć ciężaru odpowiedzialności, jaki spoczywa na jej barkach, zwłaszcza, gdy przyjdzie jej wychowywać dziecko czy dzieci samotnie. A wtedy, no cóż… Jedne Matki podejmują ten trud, inne, niczym kukułki, “podrzucają pisklę” do obcego gniazda, a jeszcze inne całkowicie się go wyrzekają, albo – co najgorsze – zabijają… To skrajne przypadki, ale się zdarzają. I każdy z nich ma swoją przyczynę, dlatego tak trudno jest osądzać matkę, która nie umiała być matką…

Jakkolwiek jednak by nie było, każde dziecko, i to z pełnej rodziny. i to z niepełnej, powinno darzyć matkę szacunkiem, choćby z racji tej, że dała mu życie… Powinno otoczyć ją opieką i miłością, bo może tego najbardziej brakowało jej w życiu?! Powinno… Dla wielu matek pobożne życzenie. Z odwzajemnieniem miłości bywa różnie, niejednokrotnie zastanawiamy się, skąd u dorosłych dzieci taki brak uczuć, zrozumienia dla sytuacji matki i problemów związanych ze starzeniem się, często samotnością.

Istnieje wiele sposobów, by odpędzić myśli o dzieciach, dla których jesteśmy ciężarem. Szukamy dla siebie aktywności, ale i ona nie zawsze cieszy dorosłe dzieci. Niekiedy nawet drażni. Jak więc? Czy mamy się tłumaczyć, że po prostu odrabiamy zaległości z okresu, kiedy świat był mniej kolorowy? Życie w socjalizmie nie przypominało raju, choć nasza młodość niosła prawdziwą radość i emocje, nie mieliśmy życia wirtualnego.  Dzisiaj młodzi patrzą na nas, jak na istoty z epoki dinozaurów, a może jednak ze skrywaną  zazdrością, ale, o dziwo, wcale nie radością, że życie matki ma sens.

Niejednokrotnie zdarza mi się słyszeć matki, które się żalą, że są psychicznie gnębione przez własne dzieci. Tak, tak – żadna ściema. Zdarza się, ale najbardziej szokuje, że psychiczny terror pojawia się ze strony dobrze wykształconych córek, synów. Rozumiem – dzieci nie chcą naszych rad, złoszczą się, kiedy ich zdaniem ingerujemy w ich życie, co tak naprawdę oznacza po prostu, że wypowiadamy nasze zdanie czy poglądy. Nie chcą i nie lubią rozmawiać o problemach, potrafią pouczyć matkę, że najlepiej by było, jakby się wcale nie odzywała? I co wtedy, gdy to usłyszymy? Zamilczeć i puścić koło uszu? Trudno, ale może i dałoby się zrobić, ale najczęściej to oni sami, ci co to mówią, zaczynają dyskusję trudne tematy. To straszne, że nie można przekazać naszych doświadczeń, bo one są ważne.  Dlatego dajemy dzieciom wolną rękę, niech same uczą się na własnych błędach, po co mamy z matczynej miłości i ostrzegać? Nie wrogości, jak to często  bywamy odbierane. Z miłości i życzliwości!

Nie ulega wątpliwości, że nasze dzieci nas kochają, ale to głęboko, pod spodem. A na powierzchni… Owszem, czasem zadzwonią, zapytają, co słychać. Być może w pewnym sensie uspokajają własne sumienie, albo tylko tyle serca mogą okazać. Dwa słowa: „wszystko w porządku?” lub – jeszcze gorzej – „co u ciebie, wszystko dobrze?” i koniec rozmowy. Jak można na takie pytanie odpowiedzieć, że nie, nie wszystko jest dobrze i że powodem tego są one same?

Teoretycznie więc dzieci nas kochają, ale teoretyczna wiedza nie wystarczy! Chciałoby się to poczuć. To posłuchajcie, kochane dzieci. Nadchodzi lato, czas pikników, na pewno nie raz i nie dwa w gronie rówieśników wybierzecie się nad jezioro, do Tiergarten czy na Lotnisko Tempelhof, a tam zobaczycie piknikujące tureckie rodziny. I zobaczycie, jaki jest stosunek dzieci do rodziców. Szacunek przez duże S. Nie ukrywam, że z zazdrością przyglądam się matkom, wokół których „świat się kręci”. Nie będę w tym miejscu szczegółowo opisywać i moralizować, bo nie o to chodzi. Choć właściwie, nieprawda, bo to właśnie o to chodzi. O miłość dziecka do rodziców, taką nie przesadną,  nie jakoś specjalnie wylewną, ale jednak choć trochę odczuwalną…

Przykładów lepszego lub gorszego traktowanych rodziców można by mnożyć, nie chcę pokazywać skrajności, spiszę tu tylko te typowe.

Znajomy na prośbę syna przez pół dnia pomagał w przygotowaniu ogrodowego party dla kolegów. Po wielogodzinnym wysiłku na końcu usłyszał: „Dziękuję, teraz możesz już sobie iść”. Nie załapał się nawet na jedną kiełbaskę z grilla.
Syn, zapytany delikatnie przez matkę, czy mogłaby zabrać się razem, samochodem na wycieczkę do Zakopanego (było wolne miejsce w aucie), usłyszała: „Chyba sobie żartujesz, chcesz by koledzy mnie wyśmiali?”
Córka znajomej ciągle instruuje matkę, jak ma się ubrać i zachować, gdy przyjdą koleżanki, żeby tylko jej wstydu nie narobiła. Najlepiej, gdyby wyszła z domu.
Jeśli matka mieszka daleko od dzieci, słyszy zapytanie, kiedy przyjedzie, a pytający nie zwracają uwagi na wiek, zdrowie czy koszty. Wygodniej zaprosić mamę, by się samemu nie wysilać.

Ale mimo to powinnyśmy pomagać. A jakże. Kochane dzieci potrzebują nas, matek, gdy są w potrzebie. Czasem pilnej, czasem wcale nie pilnej, ale ułatwiającej życie. A my jak te głupie owce, mimo że potrafimy doskonale rozpoznać prawdziwe i wynikające z wygodnictwa potrzeby naszych dzieci, i tak zawsze chętnie pędzimy „ku pomocy”.
Pędzimy, pomagamy, często dopłacamy, a potem, na pożegnanie i tak usłyszymy, że ułożyłyśmy życie bez sensu, że dzieci były chowane przez babcie, że tata odszedł, że nie zrobiły majątku, że nie jesteśmy obywatelami świata… tylko Polska, Polonia, Polska, Polonia!
Znam sporo osób pozytywnych przypadków, pięknych postaw, kiedy dzieci regularnie odwiedzają Matkę, zapraszają, fundują, obdarzają… Ale i tak do końca nie wiem, czy i tam, w tych pokazowych rodzinach, pod spodem nie czają się te same zdania – jesteś biedna, wstyd mi za ciebie, nie odzywaj się…

Przyjrzyjcie się tym zdaniom: jesteś biedna, wstyd mi za ciebie, nie odzywaj się…  Rozpoznajecie siebie w tym lustrze? Słyszycie, jak to mówicie? Słyszycie to wieczne poczucie, że macie rację, gdy nam to mówicie?

A przecież to my, dzielne, zaangażowane, inteligentne kobiety. Nie jesteśmy kołtunami i babsztylami z Ciemnogrodu. Jesteśmy nowoczesne, samodzielne i zaradne. Nie żądamy i nie wymagamy. DAJEMY. Zrobiłyśmy w życiu sporo, nadal sporo robimy, a mimo to mamy czas dla Was i dla Waszych dzieci.

Kochane dzieci, nam nie potrzeba wiele, by się wspólnie cieszyć, ważne by choć przez chwilę pobyć razem i NIE słyszeć wiecznych uwag!
Nawet jeśli nie zawsze spełniamy Wasze oczekiwania, to może uznacie, że jednak nic złego się Wam nie przytrafiło, a zatem jakoś nam się udało Was ochronić.
Naprawdę próbowałyśmy dać Wam MIŁOŚĆ i POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA.
Na MIŁOŚĆ nigdy nie jest za późno, a MAMĘ ma się tylko jedną, więc parafrazując słowa księdza Twardowskiego powiem:
spieszmy się cieszyć
że mamy matkę,
zanim odejdzie…

Góry Prania

Marianna Lorenc na FB 22 maja 22 roku

Za Górami Prania i za Lasami Wybujałych Pajęczyn był sobie inny świat, pełen zapachu ziół i ksiąg o pięknie historii Człowieka Szczęśliwego. Człowiek ów żył w Ogrodzie Zgody Ze Sobą, miłowany był przez tych, których kochał bezgranicznie, tak jak bezgraniczne było jego oddanie niesieniu światła szczęścia i poczucia bezpieczeństwa.

Continue reading “Góry Prania”

Ostateczne rozwiązanie

Ewa Maria Slaska i Adam Slaski

Było tak.

W roku 2021 mój siostrzeniec Adam znalazł w sieci taką reklamę:

Odkurzacz bezprzewodowy Dyson V8 Absolute jest ostatecznym rozwiązaniem kwestii odkurzania. To kompaktowe urządzenie pozwoli Ci pozbyć się brudu z wszystkich rodzajów podłóg oraz tapicerek, mebli i zakamarków. Wytrzymałość, wysoka moc ssania, poręczna i lekka budowa oraz bogaty zestaw akcesoriów sprawią, że Dyson V8 stanie się Twoim ulubionym odkurzaczem.
Siła 15 cyklonów
Firma Dyson nieprzerwanie ulepsza technikę cyklonową w swoich odkurzaczach od czasu jej wynalezienia ponad 20 lat temu. 15 cyklonów systemu 2 Tier Radial ułożonych w dwóch obręczach pracuje równolegle, aby powiększyć przepływ powietrza i wychwytywać minimalny kurz. Cyklon firmy Dyson wychwytuje więcej brudu i kurzu mikroskopijnej wielkości niżeli jakikolwiek inny. Bez worków. Bez utraty siły ssania…

Continue reading “Ostateczne rozwiązanie”

Wiersze z brodą i bez 22

Charles Bukowski (1920 – 1994)

Fasola z czosnkiem

To jest ważne, nie zapomnij
zapisać, jak się czujesz,
lepiej to niż golenie, albo 
gotowanie fasoli z czosnkiem. Ta odrobina,
którą możemy zdziałać, trochę odwagi,
aby zrozumieć samego siebie, no i
strach i szaleństwo tej wiedzy,
że jesteś częścią zegara, który
kiedyś stanie i nikt go
więcej nie nakręci.

Teraz jednak
bije coś pod twoją koszulą
a ty mieszasz fasolę
łyżką…
jedna kochanka umarła, druga odeszła,
trzecia…
Ach! Tyle kochanek jak fasolek
tak, chwileczkę, policz je wszystkie –
smutne, smutne
gdy twoje uczucia
rozgotowują się na piecyku.
Zapisz to.

Sarah Kirsch (1935 – 2013)

Sama (Alleine)

Stare kobiety przed czerwonymi domami
Czerwonymi hortensjami kalekimi drzewami
przyniosły mi herbatę. Pełne powagi
Odniosły tace i zajęły posterunki obserwacyjne i podsłuchowe
Za upstrzonymi w esyfloresy firankami.

Józef Czechowicz (1903 – 1939)

Na wsi

Siano pachnie snem
siano pachniało w dawnych snach
popołudnia wiejskie grzeją żytem
słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach
życie – pola – złotolite

Wieczorem przez niebo pomost
wieczór i nieszpór
mleczno krowy wracają do domostw
przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu.

Nocami spod krzyżów na rozdrogach
sypie się gwiazd błękitne próchno
chmurki siedzą przed progiem w murawie
to kule białego puchu
dmuchawiec

Księżyc idzie srebrne chusty prać
świerszczyki świergocą w stogach
czegóż się bać

Przecież siano pachnie snem
a ukryta w nim melodia kantyczki
tuli do mnie dziecięce policzki
chroni przed złem

MEINE MASKEN

so sieht die weisse aus


und hier eine andere


(links daneben ein teller aus kürbis)

Krystian

Zbigniew Milewicz

Krystian Cichowski, zdjęcie z albumu Polonia w obiektywie Stefana Dybowskiego, tom 2, 2009 – 2011.

Dwa biołe psy…

Rzadko rozmawialiśmy ze sobą po śląsku. U Krystiana w domu, podobnie jak w moim, mówiło się na co dzień czystą polszczyzną, co nie znaczy, że tej gwary nie znaliśmy. Żeby nadać czemuś specjalne znaczenie, coś szczególnie zaakcentować, sięgało się do śląskiej godki, zamiast przedpokoju był antryj, zamiast garbu pukiel, zamiast młodzieńca karlus itd, itd. Lubiliśmy też sobie po naszymu pośpiewać. Na ostatniej berlińskiej wycieczce na Ukrainę, zorganizowanej parę miesięcy przed pandemią covida, hitem w autobusie były dwa biołe psy, które śpiewali wszyscy, nie tylko hanysy. Z Krystianem Cichowskim już tego kawałka razem nie zaśpiewamy, bo niestety odszedł na zawsze.

Continue reading “Krystian”

Wędrówki po Westendzie

Ela Kargol

Wędrówki po zdrowie, zapach bzu i figury w parku


Dzisiaj kolejny szpital w moich wędrówkach po zdrowie, DRK Kliniken Berlin Westend w Charlottenburgu na Westendzie, dzielnicy, która swoją nazwę zawdzięcza londyńskiemu Westendowi i ma wiele wspólnego z Westendem szczecińskim. To Heinrich Quistorp, brat szczecińskiego Johannesa był jednym z założycieli berlińskiego Westendu.

Ale szpital powstał później.

Continue reading “Wędrówki po Westendzie”

Karol Wielki

Dziś w Akwizgranie (Aachen) Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zostanie odznaczony Międzynarodową Nagrodą Karola Wielkiego.

Będą obecni kanclerz Olaf Scholz i przewodnicząca KE Ursula von der Leyen, oczekiwani są prezydent Francji i przedstawiciel rządu Polski. Wśród dotychczasowych laureatów nagrody są: papieże Jan Paweł II i Franciszek, Bill Clinton, Angela Merkel, Vàclav Havel, Bronisław Geremek, Donald Tusk.

No i pięknie by było, gdyby nie problem z królem Karolem, ale nie tym koronowanym tydzień temu, tylko tym, który koronował się na cesarza w Rzymie 25 grudnia 800 roku, co było posunięciem na wskroś symbolicznym.

Ponieważ przez lata wszyscy myśleliśmy, że bardzo lubimy króla Karola, który kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego, przypomnę tu najpierw piękny wiersz o gęsiach (i królu Karolu):

Continue reading “Karol Wielki”

Wiersze z brodą i bez (21)

tofu w poznaniu

pewnego deszczowego lata i to zupełnie bez awarii
na kawą osączony displej wypływa nagle naga mata hari
inwazja! niesamowicie niebezpieczni (jak i niesamowicie mili)
ruszają japończycy hurmem i tylko po to aby w jednej chwili
zasypać ciasteczkami i oblać lukrem poznańskie kozły oraz cytadelę
i tofu, tofu, tofu, tofu, gotować od poniedziałku po niedzielę!

kran kapie

!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!
!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!
!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!
!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!
!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!
!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..

Loriot (1923 – 2011)

Jajko

On: Heleno!
Ona: Tak…
On: Jajko jest twarde!
Ona: (milczy).
On: Jajko jest twarde!!!
Ona: Słyszę…
On: Jak długo gotowało się to jajko?
Ona: Jajka są niezdrowe!
On: Pytam się, jak długo gotowało się to jajko.
Ona: Cztery i pół minuty, tak jak chcesz…
On: Wiem.
Ona: To dlaczego pytasz?
On: Bo to jajko nie mogło się przez cztery i pół minuty gotować!
Ona: Ale ja gotuję je każdego ranka cztery i pół minuty.
On: To dlaczego raz na miękko, a raz na twardo?
Ona: Nie wiem… Nie jestem kurą!
On: Aha, a skąd wiesz, że jajko jest akuratne?
Ona: Jezus,Maria, wyciągam je po czterech i pół minutach!
On: Z zegarkiem, czy jak?
Ona: Intuicyjnie, każda gospodyni ma to we krwi…
On: Intuicja? Jaka intuicja?
Ona: Mam intuicję, kiedy jajko jest miękkie…
On: Ale ono jest twarde, może twoja intuicja cię zawodzi?
Ona: Cooo… intuicja mnie zawodzi, a kto stoi cały dzień w kuchni, robi pranie, porządkuje twoje rzeczy, zajmuje się na okrągło dziecmi, a ty mówisz, że moja intuicja nie jest w porządku?
On: No, no… No, no… No, no… Jeśli jajko gotuje się, przez cztery i pół minuty, intuicyjnie, to jest to przypadek.
Ona: Czy to nie wszystko jedno jeśli jajko gotuje się przez cztery i pół minuty przypadkowo, jeżeli gotuje się przez cztery i pół minuty
On: Chciałbym po prostu jajko na miękko, a nie przez przypadek! wszystko jedno jak długo się gotuje!
Ona: Aha! To znaczy, że masz w nosie, że ja cztery i pół minuty zapieprzam w kuchni?
On: Nie – nie…
Ona: To nie jest wszystko jedno… cztery i pół minuty musi się jajko gotować!
On: Przecież powiedziałem…
Ona: …powiedziałeś przed chwilą, że jest tobie wszystko jedno!
On: Chciałbym tylko jajko na miękko…
Ona: Boże, jacy ci mężczyźni są prymitywni!
On (pod nosem): Zabiję ją, jutro ją zabiję…

————————————————————————–