13 grudnia 2020, Berlin (nadal podzielony?)

Ela Kargol

Wybrałam się z mojej zachodniej części Berlina w kierunku wschodnim do dzielnicy, która po ponownym zjednoczeniu miasta połączyła się z dzielnicą zachodnią i teraz razem nazywają się Friedrichshain-Kreuzberg. Friedrichshain od Kreuzbergu dzieli Szprewa, a most Oberbaumbrücke kiedyś dzielący miasto, państwo i Europę połączył obie dzielnice i stał się ich herbem.

Volkspark Friedrichshain jest najstarszym parkiem publicznym w Berlinie, drugim co do wielkości po Parku Tiergarten, a początek dał mu Peter Joseph Lenné w setną rocznicę koronacji Fryderyka Wielkiego. Zaprojektowany przez Johanna Heinricha Gustava Meyera rozciąga się na powierzchni ponad 52 hektarów.

Nigdy tu nie byłam. A dzisiaj jest 13 grudnia, data dla każdego Polaka bardzo ważna, bo jak powiedział szczeciński poeta Marek Maj: „Wszyscy jesteśmy trochę grudniowi…” Przyjechałam wcześniej, żeby się rozglądnąć. Chciałam koniecznie zobaczyć te baśniowe rzeźby przy baśniowej fontannie. Märchenbrunnen, fontanna zaprojektowana została przez Ludwiga Hoffmanna, a postaci z baśni braci Grimm są dłuta przede wszystkim Ignatiusa Taschnera. Nie pomyślałam, że to nie ta pora roku, że grudzień, a do tego 13. Czerwonego Kapturka, Śpiącą Królewnę, Kopciuszka i inne baśniowe figury internowano. Wsadzono do pudeł i muszą czekać do wiosny. Ja też muszę poczekać.

Z drugiej strony parku inne postaci, już nie z bajki, stoją w braterskim uścisku i stoją na straży pamięci o radzieckim wyzwolicielu, jego polskim pomocniku i dobrym Niemcu antyfaszście. Pomnik Żołnierza Polskiego i Niemieckiego Antyfaszysty pojawił się w Parku Friedrichshain w 1972 roku. Szumnie i dumnie został odsłonięty przez ówczesne władze obu krajów. W centrum pomnika stoją dwie wysokie betonowe kolumny, które u góry otacza powiewająca na wietrze flaga. Flaga jest z brązu, ale patrząc na godła państw zamieszczone poniżej, możemy się domyślać, jakie ustroje państwowe reprezentuje. Dalej, z tyłu pomnika na poziomej ścianie wykuty jest napis w dwóch językach: „Za wolność naszą i waszą”.

Zawsze ktoś będzie za naszą wolność walczył, od powstania listopadowego, kiedy te słowa Lelewela (też w dwóch językach, tym drugim był rosyjski) pojawiły się na sztandarch, aż do dzisiaj, cały czas są aktualne.
W 39 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce na ulicę nie tylko polskich miast wyszły Kobiety i to one dzisiaj stają do walki. „Dziewuchy Berlin” były inicjatorkami spotkania przy pomniku, spotkania rocznicowego z błyskawicą w tle. Brawo Dziewuchy Berlin!!!

Nad pomnikiem zagrzmiało.

Tuż za pomnikiem, jednak mocno męskim, zadbanym, wyeksponowanym jest bardzo zaniedbany ogród „Duft- und Behindertengarten“ (ogród zapachowy dla niepełnosprawnych!?!?). Od razu poczułam zapach pewnego ziela i zobaczyłam grupę młodych ludzi, którzy choć nielegalnie ze względu na pandemię i to drugie dbają o to, żeby korzystać z ogrodu zgodnie z jego przeznaczeniem, mając na uwadze pierwszą część nazwy ogrodu. Mnie zainteresowało coś innego, a mianowicie rzeźba w podobnym jak ogród zaniedbanym stanie, rzeźba kobiety z dzieckiem „Mutter mit Kind”. Autorem rzeźby jest urodzony w Szczecinie Edmund Gomanski (1854-1930, Gomanski jest też twórcą Fontanny Ceres w Opolu). Szkoda, że o matce z dzieckiem nikt nie pamięta. Nie spodziewałam się takiego zakończenia mojej wyprawy na drugi koniec Berlina. 30 lat po upadku muru odczułam, że to miasto jest ciągle podzielone.

Ale od początku. Zamawiając taksówkę we Friedrichshainie nie pomyślałam, że taksówkarz będzie też z tego fyrtla. Jechaliśmy w moim kierunku do Berlina Zachodniego, do Wilmersdorfu. Wsiadałam do taksówki tuż pod pomnikiem, z daleka słychać było głośną muzykę. Dziewuchy biły piorunami. Grzmiało. Taksówkarz zbulwersowany zapytał, czy tam odbywa się jakieś party. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie, że jest to impreza okolicznościowo-rocznicowa, nie wyjaśniając niczego.

Dojechaliśmy do Schönebergu i dalej ani rusz.
„Pani to chyba często nie jeździ taksówkami?”
„Dopiero się uczę”, odpowiadam.
„No bo takiemu taksówkarzowi z ostu trzeba chociaż w przybliżeniu dać jakiś punkt zaczepienia, gdzie ma jechać, sam adres nie wystarczy.”
Pan kierowca nie korzystał, zresztą tak samo jak ja, z najnowszych osiągnięć techniki.
„Tu już każdą ścieżkę znam, poprowadzę.”
Nie pomyślałam tylko, że znam każdą ścieżkę, ale rowerową. Pokluczyliśmy znowu trochę, szukając
drogi do domu, mojego.
„Co pani robiła w tej części miasta?”
Więc opowiadam, że najpierw chciałam zobaczyć te baśniowe figury przy Baśniowej Fontannie, że nigdy tam nie byłam, a potem poszłam pod pomnik, który znam tylko ze zdjęć i opowieści, że dzisiaj 13 grudnia, rocznica wprowadzenia stanu wojennego, że pod pomnikiem, „Dziewuchy Berlin“ (tu wyjaśniłam, co to za grupa) zorganizowały performance i rocznicowe obchody.
Chyba nie był zachwycony, w dalszym ciągu był zbulwersowany głośną muzyką, którą słyszał. Znał na pewno inne ceremonie obchodzenia rocznic.
„Żołnierze obracają się chyba w grobie. Tak nie można”, ja na to, że pod pomnikiem raczej nie jest nikt pochowany.
„Oni są wszędzie, wszędzie są ich kości, w całych Niemczech”, po chwili uściśla, „w całych wschodnich Niemczech“.
Jedziemy dalej w milczeniu, drogą główną, co by już nie błądzić.
I nagle „wschodni taksówkarz” znowu przerywa milczenie,
„Vier Panzersoldaten und ein Hund“.
Chwilę nie wiem, o co chodzi, czy znowu pogubił drogę. Nie, to przecież czterej pancerni, on ich kojarzy z tym pomnikiem.
„Skąd pan to zna?”
„To że znam, jest odpowiedzią. Myśmy ten serial bardzo chętnie oglądali.”
„My też, my chyba chętniej. Jak można oglądać chętnie film, o swoich ziomkach, którzy przegrywają wojnę, są mordercami i jakby tego było za mało na każdym kroku są wyśmiewani?”, pytam odważnie.
On na to, że w Niemczech byli też niemieccy antyfaszyści:
„Zna pani chyba historię?”
„Historią można łatwo manipulować”, odpowiadam.
Milczymy, czuję, że stąpam po kruchym lodzie, ale on też jest ostrożny.
Nagle taksówkarz zaczyna nucić, po chwili ja z nim. Mówi, że słów nie pamięta, ale to piękna piosenka. Więc zaczynam śpiewać po polsku, „Deszcze niespokojne potargały sad…”
Niemieckiej wersji nie znam, dopiero w domu znajduję.

Stürmisch ziehen Wolken
Bis zum Horizont
Und wir werden folgen
Wir ziehen an die Front.
Wird der Feind bezwungen
Ist der Sieg errungen

Und der Krieg ist aus.
Und die Welt wird schön sein
Und der Mensch wird frei sein.
Kehren wir nach Haus.

Kot, kobiety i książki

Ewa Maria Slaska

Dwie moje koleżanki, Maryna i Danusia, co i rusz albo mi podsyłają jakieś koty w sztuce, albo je po prostu umieszczają na ścianie na FB. A ja co pewien czas umieszczam je na blogu. Było ich już tak dużo, że pewna dziennikarka, z którą znamy się niewiele lepiej niż z widzenia, na pytanie wspólnej znajomej, czy czytała coś tam u mnie na blogu, miała odrzec, ach nie, nie czytam, ta Slaska to tylko o kotach. No cóż, nie zawsze można o nieśmiertelności duszy, czasem trzeba coś jeszcze bardziej niezwykłego i tajemniczego, i wtedy przychodzi taki słodki czwartek, kiedy chce się napisać coś o kotach, a i tak pisze się (samo) o kobietach i książkach. I przede wszystkim – o malarstwie.


Pierwszorzędny manieryzm. Ambrosius Benson, Kobieta z kotem.

Urodził się w roku 1495 we Włoszech, zmarł w roku 1550 w Flandrii. Mimo iż był Włochem, uważa się go za przedstawiciela północnego renesansu, mieszkał w Brugii, stolicy Flandrii, gdzie przeniósł się w wieku 20 lat. Cieszył się wielką popularności, jego obrazy dotarły nawet do Hiszpanii (ponieważ nie podpisywał swoich obrazów, przez wiele lat uważano go za Hiszpana, tzw. malarza z Segovii), malował sceny religijne i portrety. Prawdopodobnie pod wpływem Rogiera van der Weydena namalował portret czytającej Marii Magdaleny, i odtąd już bardzo często sięgał po ten motyw, dlatego uważa się go za pierwszego malarza, który wprowadził na stałe do kanonu malarstwa renesansowego, motyw kobiety z książką, co ciekawe również w ołtarzach umieszczał kobiety, które czytają.

Czytająca Maria Magdalena jest, przyznaję, że nie wiem dlaczego, dość częstym motywem w malarstwie późnośredniowiecznym i renesansowym. Z tych trzech poniżej środkową namalował Rogier van der Weyden, tę po prawej Ambrosius Benson – autor pierwszej jest nieznany.

Jeśli się zastanowić, dlaczego tak jest, trzeba odpowiedzieć, że nie wiadomo. Była towarzyszką Jezusa i apostołów, być może pochodziła z zamożnej rodziny i wspierała gromadkę finansowo. Od dawna podejrzewano, że była piękna i że mogła mieć romans z Jezusem, a nawet – że być może była jego żoną. Od VII wieku przyjęło się uważać, że była nawróconą prostytutką, a poza tym od dawna myli się ją z pustelnicą Marią Egipską, która miała ciało porośnięte włosami. Jednak żadna z przypisywanych Marii Magdalenie ról nie predestynowała jej do czytania książek. O Matce Boskiej przynajmniej (podobno) wiadomo, że chodziła do szkoły i umiała czytaś i pisać, a o Marii Magdalenie nawet tego nie wiemy.

Sporej ilości czytających Madonn dostarcza renesans włoski. Oto Rafael Santi:

Pinturicchio:

Carpaccio:

Wydaje mi się zastanawiające, że obrazy przedstawiające kobiety z książkami na dobre pojawiły się w malarstwie dopiero w renesansie, bo tak naprawdę czytające kobiety wielką rolę odegrały w średniowieczu. W rodzinach szlacheckich chłopców zatrzymywano w domu, gdzie pod okiem ojca i jego rycerzy, dworzan i wykwalifikowanych specjalistów, kształcili się w sztuce walki, polowania, wojny i, ewentualnie, ale rzadko – zarządzania majątkiem. Na rachunki, pisanie i czytanie nie było czasu. Natomiast dziewczynki często oddawano do klasztorów, gdzie uczyły się prac domowych, ale też czytać i pisać. Taka dziewczyna po szkole klasztornej była wysoko ceniona jako żona. W powszechnym wyobrażeniu widzimy średniowiecze jako epokę, w której pisać i czytać umieją tylko mnisi i księża. Tymczasem to przede wszystkim kobiety na dworach i w zamkach zajmowały się pisaniem (a zatem i czytaniem). Tym niemniej na średniowiecznych obrazach kobiety z książką, zakonnice lub święte, trzymają się z reguły na uboczu. Z jednym wyjątkiem, o którym za chwilę.

Wyjątkiem od reguły, że kobieta z książką trzyma się na uboczu, jest Matka Boska jeszcze jako panna. Przybywa do niej Archanioł Gabriel, żeby ją powiadomić o czekającym ją szczęściu i zastaje ją czytającą samotnie w komnacie. Między Maryśką a Archaniołem stoi zazwyczaj dzban z liliami, symbol dziewictwa. Dodajmy, że scena zwiastowania przedstawia sytuację niemal nie spotykaną, ani w starożyttnej Palestynie, ani w średniowieczu, ani w rensesansie. Po pierwsze rzadko kto miewał własny pokój, w którym mógł przebywać samotnie – poza tym nawet dziewczętom z arystokratycznych rodów nie wolno było się lenić. Jeśli próbujemy się domyślać, że Maria czyta, bo jest jeszcze bardzo młoda i ciągle jeszcze się uczy, to jest to domniemanie błędne, bo nikt nie uczył się sam. A jeśli Maria się nie uczyła, to mogłaby ewentualnie coś pisać, czy zapisywać np. historię rodziny albo metody leczenia, ale czytać, ot, tak sobie, raczej nie mogła. A już na pewno nie miałaby na własność żadnej książki. Ale widocznie odbiorca czy nabywca chętnie patrzył na obraz, na którym była młoda, piękna, samotna kobieta, a od czasu książki i filmu Dziewczyna z perłą wiemy, że tak było i że patrzącemu się to “kojarzyło” (lub mogło “kojarzyć”).

Od lewej: Cosimo Tura, autor nieznany, Robert Campin, Fra Angelico

Jednak nic nie może się równać z pysznym średniowiecznym obrazem, na którym Matka Boska właśnie skończyła karmić dziecko, jeszcze nie sięgnęła z powrotem po książkę, po prostu odpoczywa, a może marzy.


Robert Campin, 1440

Ciekawe, co ona czyta? Pewnie Biblię, ale kto wie. Może dzieje pięknej Meluzyny?

Tate Modern po raz drugi

Ewa Maria Slaska

Tak sobie tydzień temu napisałam trochę o Tate Modern i… poczułam niedosyt. Bo o Tate Modern można oczywiście w nieskończoność, a ja chciałam “tylko” o oknach, korytarzach, schodach i Themersonach, ale już i te chcenia wystarczyły, by znowu napisać o Tate Modern.

Okna i schody są moim ulubionym tematem w muzeach i w innych budynkach publicznych. Ale możliwe, że w muzeach przede wszystkim, bo są wytchnieniem dla oka i ducha, pozornie zajętych wchłanianiem sztuki wielkimi kęsami, a tak naprawdę coraz bardziej znużonych. Widok za oknem, pusta przestrzeń westybulu, funkcjonalność schodów przynosi ogromną ulgę. W Tate Modern świetnie to wiedzą. Naprzeciwko wielkich okien z widokiem na panoramę Londynu z Tamizą, katedrą św. Pawła i wieżowcem The Shard stoją długie ławki. Na każdej siedziała jedna osoba. Skutek pandemii czy postępującej atomizacji społecznej?

A o Themersonach muszę też koniecznie napisać, bo wydaje mi się, że ze “starej” polskiej sztuki tylko oni zostali pokazani w Tate. Z nowej wciąż się ktoś pojawia, ale ze starej nie ma nikogo, choć przecież co najmniej Witkacy świetnie by tu pasował. Albo “papież awangardy”, Tadeusz Peiper.

Themersonów znałam od dzieciństwa, bo moi rodzice i ich przyjaciele byli miłośnikami Przygód Pędrka Wyrzutka, książeczki dla dzieci, napisanej przez Stefana Themersona, a zilustrowanej przez jego żonę – Franciszkę.  Pędrek Wyrzutek był w zależności od tego, z kim rozmawiał, człowiekiem, rybą, psem i słowikiem. Ludzie widzieli w nim psa, według psów był słowikiem, a według słowików – rybą. Książeczka to seria odrębnych opowiastek o wędrówkach Pędrka i istotach które spotkał. Były to profesor-wielbłąd, karabinier, małpa, król Pingwin, kapitan Metaferejn, Subiekt sprzedający kapelusze, wilk i Mały Zafrasowany Człowieczek. Z tych historyjek najlepiej zapamiętałam świat, gdzie wszystko było udawane, ale ponieważ wszyscy się na to godzili, można było… udawać, że jest to świat prawdziwy.

Autor, z wykształcenia filozof, w tej błahej historyjce zadaje poważne filozoficzne pytania, o sens życia, o zgodę na normy, zasady i konwenanse, o to kim jesteśmy?

A skoro już jesteśmy przy pytaniu, kim jest Pędrek Wyrzutek, nie mogę nie zacytować tu wiersza Wisławy Szymborskiej Zdumienie:

Czemu w zanadto jednej osobie?
Tej a nie innej? I co tu robię?
W dzień co jest wtorkiem? W domu nie gnieździe?
W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?
Dlaczego tylko raz osobiście?
Właśnie na ziemi? Przy małej gwieździe?
Po tylu erach nieobecnosci?
Za wszystkie czasy i wszystkie glony?
Za jamochłony i nieboskłony?
Akurat teraz? Do krwi i kości?
Sama u siebie z sobą? Czemu
nie obok ani sto mil stąd,
nie wczoraj ani sto lat temu
siedzę i patrzę w ciemny kąt
– tak jak z wzniesionym nagle łbem
patrzy warczące zwane psem?

Stefan Themerson, urodził się w roku 1910 w Płocku, zmarł w roku 1988 w Londynie. Był nie tylko filozofem, ale awangardowym artystą, pisarzem, poetą, eseistą, filmowcem i kompozytorem; stworzył koncepcję poezji semantycznej i maszynę do filmowania poklatkowego. Pisał po polsku, francusku i angielsku. Jedna z recenzentek Pędrka (Marta_25) pisze: Stefan Themerson stworzył powieść uniwersalną, która do dziś nie traci na wartości. To książka trudna, wymagająca od czytelnika sporego zaangażowania i pewnej zdolności „zacierania granic” między fikcją, a rzeczywistością.

Themerson na tle obrazu swojej żony, Franciszki.

Równie niezwykłym powieściowym bohaterem Themersona co Pędrek jest też profesor Mmaa, czyli termit-antropolog, prowadzący badania nad ludźmi. Termity są bardzo dociekliwymi naukowcami, a zdobywają wiedzę pożerając książki. Wykład profesora Mmaa to kolejna opowieść utopijna o całym życiu i całym świecie, pełna odniesień do filozofii, religii i psychoanalizy.

Franciszka Themerson z domu Weinles (ur. 1907 w Warszawie, zm. 1988 w Londynie) – polska malarka żydowskiego pochodzenia, rysowniczka, ilustratorka, scenografka; wydawczyni; żona Stefana Themersona.

W Tate znaleźli się oboje głównie dzięki awangardowym filmom. Wikipedia wymienia ich siedem, ale cztery zaginęły. Dwa powstały w Londynie na zlecenie Rządu RP na Uchodźstwie. W Tate można obejrzeć film The Eye & The Ear, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – rekonstrukcję  Apteki.

W historii Themersonów wzrusza mnie też ich wzajemne przywiązanie do siebie. Byli kuzynami, poznali się, gdy Stefan miał lat 19, a Franciszka 22, pobrali się dwa lata później. Przeżyli ze sobą ponad 50 lat i jak twierdzą wszyscy, którzy ich znali, przez cały czas byli bardzo dobrym, zaprzyjaźnionym ze sobą małżeństwem. Umarli w tym samym roku, w odstępie trzech miesięcy.

Wiersze / Gedichte

Tibor Jagielski

F

faun jest dziki, faun jest zły,
faun ma ostre rogi, kły,
jeśli spotykasz fauna w gaju,
wiedz, że kluczem jest do raju.

tegel in nebel

mein flughafen blieb still heute nacht
die radarflügel
die lichter
schutdown

50 jahre sah ich zu dir hin
brachte dort jemanden
oder empfing

ich werde dich
vermissen

IX XI MMXX

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Schloss_Tegel_Sammlung_Duncker.jpg

lato czarnych stóp

lato było pełne jagód
lepiły się do stóp
ich sok tryskał obficie
i farbował wszystko na czarno

panował upał jeżyny
pęczniały od słodyczy
śliwki dojrzewały przedwcześnie
a żarłoczne osy dobierały się
im do skóry

nawet zmrok nie przynosił ulgi
nie spadła kropla na ziemię
i co raz to wybuchały pożary
zmęczeni ludzie chwytali za wiadra i sikawki
przeciwko smokom
ogień! ogień!
rozlegało się wkoło

a ja
niczym łoś wędrowałem po mokradłach i bagnach
przepływałem jeziora
by spocząć w cieniu olch

nie byłem sam
towarzyszyła mi miłość
niosła mnie ścieżka
drzewa rozwierały gałęzie
a nawet skały rozsuwały się
i wiatr dodawał skrzydeł

gwiazdy
mrugały do mnie na dobranoc
budziło słońce
tego lata obrodziły jagody
nie byłem sam

26 VIII 11/ 22 XI 20

Autor podpisał to zdjęcie / Autor gab dazu so eine Unterschrift: Amrumtasse

Czekając na śnieg

Ewa Maria Slaska

Dwa zdjęcia znalezione w sieci przypomniały mi, że bywały zimy, kiedy padał śnieg.

POLAND. Silesia region. Kalwaria Zebrzydowska village. 1981.
Religious pilgrimage during the Holy Week. Foto Bruno Barbey.

 

Jacek Szymański
na portalu Gdańsk historyczny:
Rok 1904, Jaśkowa Dolina, restauracja Forsthaus… i ten klimat 

Lubię śnieg i lubię zimę. Może dlatego lubię też białe malarstwo. Gdy jesienią tego roku byłam w Tate Modern w Londynie zachwyciłam się salą poświęconą białemu malarstwu. Są też sale o innych kolorach.

Te dwa zdjęcia zrobiłam ja, resztę biorę ze strony Tate Modern (uwaga, póki co Tate Modern jest zamknięta do odwołania, oczywiście z uwagi na koronę. Jak ja byłam, korona też była, było też przez nią mnóstwo ograniczeń, nie było szatni ani kawiarni, trzeba się było rejestrować zawczasu, ale jeszcze można było wejść; dziś, dwa miesiące później, już nie można wejść).

Achrome 1958 Piero Manzoni 1933-1963 Purchased 1974 http://www.tate.org.uk/art/work/T01871

 

Monochrome White Painting 1963 Li Yuan-chia 1929-1994 Purchased 2004 http://www.tate.org.uk/art/work/T11871

 

White Painting 1969 Michael Buthe 1944-1994 Purchased with funds provided by the Edward and Agnes Lee Acquisition Fund 2016 http://www.tate.org.uk/art/work/T14782

Oczywiście w Tate Modern nie ma Białego kwadratu (kompozycji suprematycznej) Kazimira Malewicza, bo jest w MOMA w Nowym Jorku, ale nie mogę się oprzeć, żeby go tu nie przypomnieć. Oczywiście biały kwadrat nie jest tak słynny jak czarny. Ale to tylko kwestia marketingu.

Artist Kazimir Malevich
Year 1918
Medium Oil on canvas
Dimensions 79.4 cm × 79.4 cm (31¼ in × 31¼ in)
Location Museum of Modern Art, New York City[

Jeszcze jeden biały obraz – został rok temu sprzedany za 20 milionów dolarów: Robert Ryman (b. 1930), Bridge

Ciekawy, prawda?

No i wreszcie mój ulubiony – Jacek Mydlarski (1950-2020), gdański malarz bieli, przyjaciel. Kupiłam kiedyś, dawno temu dwa jego obrazy. Przyznaję, że nie za 20 milionów dolarów. Ale ponieważ nie miałam wtedy w ogóle pieniędzy, to może symbolicznie te zakupy są sobie równe.

Te dwa jego białe obrazy towarzyszyły najpierw mi, a potem mojemu siostrzeńcowi w wędrówkach po kilkunastu naszych mieszkaniach (jesteśmy nomadami). Artysta umarł niedawno, jego niezwykłe białe prace można obejrzeć online.

Obrazy bieli

Fleck & Fleck / Boznańska / Karpiński

Ewa Maria Slaska

Przestawienie życia z realu na virtual jest właściwie nużące i męczące, człowiek aż się wzdraga, że znowu świat w czasach korony oferuje mu coś, co trzeba obejrzeć na ekranie, a każdy krok w kierunku wirtualnej rzeczywistości próbuje zmienić starszą panią (czyli mnie) w  urodzonego ze smartfonem w garści młodego człowieka. Ale jednak nawet w sytuacji przymusowej czasem się w tym surrealu trafiają fantastyczne wyjątki, bo oto Bogusław Fleck, polski artysta od lat mieszkający w Berlinie (i od lat zaprzyjaźniony) zaprasza na wystawę jego prac i taty (Fleck i Fleck), a ta wystawa jest ZNAKOMITA!

https://artspaces.kunstmatrix.com/de/exhibition/2189200/fleck-fleck

Wejdźcie i cieszcie się nią wszyscy, bo obsługa wirtualnego zwiedzania jest prosta, a nawet jeszcze prostsza, a prace są świetne. Spędzicie interesująco czas i, zapewniam, będziecie tu jeszcze wielokrotnie wracać.

***

W czasach pandemii i to właściwie w “najgłębszym” lockdownie zdarzają się jednak realne niespodzianki. Byliśmy 3 listopada na spacerze w Sopocie, zeszliśmy z góry “Monciakiem” (ulica Monte Cassino, ale to chyba aż niegrzecznie, że próbuję to wyjaśniać) i zatrzymał nas plakat tuż przed wejściem na molo z fantastycznym autoportretem Olgi Boznańskiej, podeszliśmy więc bliżej i… przeczytaliśmy, że wystawa jest czynna do 22 listopada. W Polsce obowiązywał już ścisły lockdown i właściwie nie wiem, co nas skłoniło do podjęcia próby wejścia. Bo przecież nie liczyliśmy na to, że wejdziemy. Tymczasem wystawa była czynna, zwiedzających wpuszczano w grupkach do pięciu osób (my byliśmy w czwórkę), musieliśmy tylko odkazić ręce i oczywiście mieć maski na twarzach.

Olga Boznańska, Autoportret, 1906, 49×36 cm, olej na desce; fot. dzięki uprzejmości Galerii aTak

I weszliśmy, a tam po prostu cuda… cała polska sztuka nowoczesna, i ta z kanonu (Malczewski, Wyspiański, Ślewiński, Boznańska i cała wspaniała reszta) i ta spoza, jak na przykład Mela Mutter czy Alfons Karpiński. Gdy stoimy z siostrą przed trzema ślicznymi obrazkami Karpińskiego (używam zdrobnienia, bo obrazki małe), rozmawiamy o tym, że to przecież rodzina. Nasza prababcia Jadwiga była z domu Karpińska (po mężu Krynicka), co nas łączy nie tylko z Franciszkiem (tym od Laury) i Lalą Jacka Dehnela, ale również z Alfonsem.

Dla wielu Czytelników słowo prababcia oznacza być może zamierzchłe czasy, których nikt nie pamięta, ale dla nas akurat nie, bo obie w dzieciństwie znałyśmy prababcię, chodziliśmy z tatą ją odwiedzać raz na tydzień, po niedzielnym spacerze po lesie. Prababcia była maleńka jak szpilka, a na starość jeszcze zmalała, kiedyś więc, jako mała dziewczynka, dostałam buciki, które jej kupiono, ale ją cisnęły. Mnie też cisnęły, ale małych dziewczynek we wczesnych latach 50 nikt nie pytał, czy chcą coś nosić, a zresztą oczywiście chciałam nosić buciki od prababci. Buciki zdeformowały mi co nieco palce u stóp i jak mnie dzisiaj bolą, to z czułością przypominam sobie i samą prababcię, i tabuny ciotek i wujaszków Krynickich, i piękne stare meble, i obrazy dziadka Jana Feliksa Boguckiego na ścianie, i fantastyczny zapach kawy, którą mieliło się na bieżąco w śmiesznym ręcznym młynku, wiszącym na ścianie.

“Mam gdzieś zdjęcie Alfonsa w pracowni”, powiedziałam do mojej siostry i obiecałam, że poszukam, jak wrócę do Berlina. Jednak nie znalazłam zdjęcia w komputerze, weszłam więc do sieci i znalazłam na stronie dzieje.pl i fotkę, i taką informację: “Pierwsza w Polsce galeria malarstwa Alfonsa Karpińskiego w Stalowej Woli”.

Alfons Karpiński w pracowni. 1926 r. Fot. NAC

To nie jest to zdjęcie, które miałam w komputerze, ale to jest na pewno ten sam stryjeczny pradziadek, nawet nos ma “taki rodzinny”.
Tak długo stoimy przed trzema obrazkami pradziadka, że podchodzi do nas pani pilnująca sali i mówi, że tam, gdzie wisi seria autoportretów, jest też i on. Idziemy więc i znajdujemy śliczny portret szczupłego, młodego człowieka o smutnym wyrazie twarzy. “O jej, jaki smutny”, mówię, ale moja siostra widzi na tym obrazie nie smutek, tylko skupienie artysty, który z lewej ma obraz, a z prawej patrzy w lustro. Może, może, ale smutny jest i tak. Kilkuset innych malarzy na świecie, którzy też patrzyli w lustro, nie ma aż tak smutnej miny.
Trochę go tu na tym zdjęciu mało widać, ale trudno, już nic nie odtworzę.

Jeśli mieszkacie w Trójmieście i jeśli Galerii nie zamknięto w międzyczasie, to koniecznie idźcie, nie wiadomo przecież, kiedy następnym razem trafi się taka okazja.

Ach, tu w tej notatce z FB widzę, że i owszem, zamknięto, ale podobno samą wystawę przedłużono do 3 stycznia. Czyli może jednak się Wam uda.

***

Był wspaniały jesienny dzień, taki naprawdę złoty. Po obejrzeniu wystawy kupiliśmy jeszcze w kawiarni na molo kawę i gofry, usiedliśmy na ławce i patrzyliśmy na morze. I wtedy pojawiła się Mewa Aria (to imię jest anagramem mojego, a wymyślił je znany już czytelnikom Konrad) i bardzo cierpliwie pozowała nam do zdjęć (zdjęcia zrobiła moja siostra, Kasia).

Z wolnej stopy 17

Zbigniew Milewicz

Z Waldkiem Nowakowskim o życiu, malarstwie i innych zajęciach…

Powiedzmy, że nasza rozmowa toczyła się tak:
– Co robi marynarz pod Alpami?
– Za pozwoleniem, drugi oficer
– W porządku, ale dalej nie wiem.
– Czasami prądy morskie zanoszą łajbę w różne, dziwne miejsca. Najpierw był Londyn, dopiero później Monachium.
– Zapomniałeś o wojnie z 1982 roku na Południowym Atlantyku. O ile pamiętam, zszedłeś z kolegą z macierzystego statku na Falklandach i zaciągnąłeś się do brytyjskiej armii, żeby walczyć z Argentyną, wiem to z Twoich opowieści.
– Nie zapomniałem, tylko po co wracać do tamtego czasu? Zeszliśmy ze statku, bo został wprowadzony stan wojenny w Polsce i nikt nie wiedział, co nas czeka po powrocie do kraju, a że wtedy akurat junta wojskowa w Argentynie postanowiła odebrać Anglii wyspy Malwiny, to poszliśmy na wojenkę. W sumie było nas kilkunastu Polaków, którzy zeszli ze statków rybackich i po krótkim przeszkoleniu bojowym zostali wcieleni do desantu powietrznego. Brytyjska armia potrzebowała najemników, rdzenni Angole nie palili się do tego, żeby nadstawiać głowy za jakieś ich dalekie kolonie. Na szczęście wszystko trwało zaledwie kilka miesięcy, junta przegrała.
– I przyleciałeś do Anglii w glorii zwycięzcy…
– O tak, oczywiście! Wypuszczono nas Polaków z samolotu na samym końcu, cichcem, jak skończyło się oficjalne powitanie brytyjskich bohaterów i rozeszła się orkiestra oraz fotoreporterzy.
– Za to w Londynie poznałeś Ulkę, swoją przyszłą żonę. Jak wyglądały oświadczyny?
– Poznaliśmy się w niemieckiej ambasadzie. Nie miałem ochoty zostać w Anglii, w Niemczech mieszkała już moja mama i postanowiłem do niej dołączyć, a więc potrzebowałem wizy. Ulka też, jechała na polską pielgrzymkę na kontynent, m.in. do Niemiec, była z koleżanką i od razu wpadła mi w oko. Zaprosiłem dziewczyny na piwo do pubu i kiedy z niego wychodziliśmy, powiedziałem Ulce: Ty to będziesz moją żoną… Spojrzała wtedy na mnie, jak bym z księżyca spadł, a jednak się spełniło.
– A więc nie było żadnego romantycznego lotu balonem, kolacji przy świecach, nawet bukietu kwiatów…
– Romantycznie często było później, ale kobieta musi wiedzieć, że ma do czynienia z mężczyzną, któremu na niej zależy i wszelkie ceregiele są tutaj zbędne. Powtórzyłem bezwiednie numer mojego dziadka Grzegorza, który w latach międzywojennych pomagał w Gdyni wsiąść do pociągu z bagażami pewnej pięknej nieznajomej i powiedział: Pani to będzie moją żoną. To była moja przyszła babcia Leokadia.
– Dziadek sformułował to bardziej elegancko.
– Czasy były mniej chamskie.
– W Monachium robiłeś zawodowo różne rzeczy. Byłeś między innymi dozorcą, kurierem, pracownikiem banku, przedsiębiorcą samochodowym. Nie myślałeś nigdy o tym, żeby żyć z malowania obrazów?
– Myśleć można, ale malarstwo to jest tylko moja życiowa pasja, nie poparta żadnymi studiami. Staram się doskonalić to, co robię, jednak zawodowym artystą nie jestem.
– Kiedy namalowałeś swój pierwszy obraz?
– Jako kilkunastoletni chłopak. Kochałem czytać książki Stanisława Lema i w jednej z nich, opisującej wyprawę na Andromedę, zachwyciłem się rosnącymi tam kwiatami. Tak mi one nie dawały spokoju, że zacząłem je malować. Skończyłem jeden obraz, zabrałem się za następny i kolejny; zaniosłem je w Sopocie do Złotego Ula, modnej kawiarni przy głównym deptaku, tam je wystawiono i później wszystkie sprzedano. Wyobrażasz sobie, jaki byłem z tego powodu dumny…
– My poznaliśmy się osobiście, jak zakładałeś harcerstwo przy Polskiej Misji Katolickiej w Monachium, tylko nie pamiętam kiedy to było dokładnie.
– Zaraz ci powiem, to było w 1991 roku, na spotkaniu rodziców dzieci, którzy mieli mi je powierzyć. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jaką odpowiedzialność biorę na siebie.
– Miałeś do pomocy Sławka, swojego najstarszego syna, Ankę Ratajczak, Violettę, świetnych drużynowych, którzy dobrze radzili sobie z tym trochę rozpuszczonym na początku towarzystwem.
– Fakt, ale mimo wszystko sporo ryzykowałem. Przecież, gdyby któremuś z tych dzieciaków coś się stało na biwaku, albo obozie, nie wyszedłbym z mamra.
– Wyjazdy były jednak udane i dobrze zorganizowane, zwiedziliście trochę ciekawych miejsc w Polsce, próbowałeś nauczyć swoich podkomendnych dyscypliny; w sumie lubili Cię i szanowali, jako komendanta, choć do książkowego wzoru harcerskich cnót miałeś trochę daleko…
– Przepraszam, już nie palę, a że dla “zdrowotności” lubię czasami wypić kieliszek dobrej śliwowicy, to też nie powinno nikogo gorszyć. Przed harcerzami w każdym razie nigdy tych swoich słabostek nie eksponowałem.
– Szkoda, że po jedenastu latach Szczep „Białe Orły“ przestał istnieć.
– Cóż, dzieciaki wyrosły, poszły swoją drogą. Dla nowego narybku zabrakło kadrowych, zachorował mi poważnie Sławek, do tego zacząłem mieć problemy z własną firmą, nazbierało się powodów, żeby zakończyć ten temat.
– Niektórzy twoi starzy kumple nazywają Cię „Szabla“. Skąd ta ksywa?
– Na czternastej rocznicy ślubu, kiedy mieszkaliśmy z Ulką i dziećmi nad Lerchenauersee, jeden z gości, który miał już dobrze w czubie, zachował się mocno nieelegancko wobec pań na przyjęciu. Krew mi uderzyła do głowy, porwałem ze ściany szablę, przyłożyłem mu szpic do gardła i dałem trzy sekundy czasu, żeby się wyniósł z mieszkania. Wyrwał przez okno, momentalnie, mieszkaliśmy na parterze. Nawiasem mówiąc drań przyszedł nieproszony. Stąd “szabla”.
– Skąd ją masz?
– To stara, rodzinna pamiątka, pamięta jeszcze tureckie łby pod Wiedniem.
– Wróćmy do Twojego malarstwa; w ostatnią sobotę odbył się Twój pierwszy w życiu wernisaż. Adres jest bardzo dobry, Blumenstrasse 11, to niedaleko monachijskiego Viktualienmarktu*, ale jesteś 70-letnim emerytem, czy nie za późno na publiczny, artystyczny debiut?
– Lepiej późno niż później, poza tym młodość mi towarzyszy. Eryk, mój syn, jest współgospodarzem wernisażu i jego prace są zupełnie inne niż moje. Ja lubię malarstwo krajobrazowe, on abstrakcyjne. Malował również Sławek świętej pamięci, a specjalizował się w portretach. Tylko najmłodsza córuś, Magda, nie oddziedziczyła jakoś pociągu do sztalug.
– Pamiętasz jeszcze artystę Tadzia Świniarskiego, który przez pewien czas dorabiał w twojej firmie za kółkiem? Poleciłem Ci go.
– Oczywiście, w ostatnich latach osłabił nam się kontakt, ale kiedy jeszcze mieszkał pod Monachium, udzielił mi wielu cennych rad co do malowania, pokierował trochę moim rozwojem. To jest znakomity, profesjonalny malarz, z tego co wiem, mieszka na wsi, na Dolnym Śląsku i tam tworzy.
– Oczekuję więc, że sprzedasz mi ten swój żaglowiec, który mi się tak podoba, z solidnym rabatem…
– Pomyślimy.
– To był oczywiście tylko żart, ale powiedz mi na koniec, czy te Twoje nieustanne powroty do morskiej tematyki to rodzaj starej choroby zawodowej?
– Poniekąd tak, trochę życia spędziłem na statku. Poza tym urodziłem się i wychowałem sto metrów od morza w Sopocie, w kamienicy dziadka przy ulicy Kordeckiego 14. Kiedy wychodziłem na balkon, to wydawało mi się, że stoję w morzu.


Wystawę będzie można obejrzeć jeszcze 23 i 30 października b.r.,
w godzinach od 18.00 do 22.00.

Górne zdjęcie – autor, dwa dolne – syn, reszta – ojciec.

ExpoMetro – uwaga, tylko do 19 października!

Dziś, jutro i pojutrze trzy propozycje, co robić, gdy znowu wisi nad nami Covid-19

Krystyna Koziewicz

Niezwykła galeria w berlińskim metrze – ExpoMetro

Życie kulturalne w czasach pandemii wymaga poszukiwań nowych form aktywności, które ostatnimi czasy przeniosły się do sieci lub w miejsca w przestrzeni publicznej. Coraz częściej proponuje się nam również obcowanie ze sztuką w metrze, co pozwala nam, podróżnym choć na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości i krzątaniny dnia codziennego. Stacja metra na Kreuzbegu – Mehringdamm już nieraz zaskoczyła podróżujących tą trasą znakomitą galerię zdjęć do filmu Minionki czy serialu Wiedźmin, nakręconego przez Netflix wg kultowej powieści polskiego autora SF, Andrzeja Sapkowskiego.

W tym roku team BVG przekształcił stacje metra Mehringdamm i Zoologischer Garten w galerię wystawiającą prace wielu wspaniałych, znanych i nieznanych artystów: Expo Metro. Wystawa została otwarta 9 października i potrwa jeszcze do poniedziałku, 19 października, jest zatem jeszcze czas, żeby pojechać do centrum lub na Kreuzberg i obejrzeć świetną, darmową ekspozycję.

To świetna okazja do spotkania ze sztuką, jej kontemplacji, dająca okazję do wyciszenia, refleksji, a może inspiracji. Artysta zawsze tworzy dla ludzi, po to, by dostarczyć nam nowych przeżyć, wzbogacić nasze życie duchowe. Ludzie czekający na kolejkę na tej właśnie stacji mają okazję, by zamiast nerwowego czekania i patrzenia ze złością na zegarek, bo metro właśnie znowu spóźniło się o 30 sekund, oddać się uspokojającemu i inspirującemu zajęciu podziwiania sztuki i bogactwa jej artystycznych form wyrazu.

W wystawie biorą udział profesjonalni artyści europejscy i amatorzy. We wrześniu wystawę obejrzeli paryżanie, w grudniu zostanie pokazana w Londynie.

Stacja metra: Mehrindamm U-6, U-7

Zoologischer Garten U-9

Więcej info https://expometro.co/de/exhibition/2020-berlin

Circa van Gogh und die Künstliche Intelligenz

Meistens finde ich, irgendwo in der Stadt, Bücher oder Bücherseiten, diesmal war es eine alte Zeitung in einem Café, eine Seite vom Bild, auf die ich aufmerksam geworden bin, weil das, was man sofort sah, ein Selbstbildnis von van Gogh war. Die Buchstaben der Titel sind jedoch viel größer als das Bild. Ich, hmmm, entwand die Seite und erst später stellte ich fest, dass ich am 9. Oktober die Zeitung vom 1. September fand und entwand.

Echtheit mit künstlicher Intelligenz bewiesen

Computer löst van-Gogh-Rätsel

 

 

Van Gogh oder nicht van Gogh? Das Hamburger Auktionshaus Dechow versteigerte am Dienstag 1. September 2020 online ein Gemälde zum Ausgangspreis von 500 000 Euro, das eines der frühesten Werke von van Gogh sein soll, die „Mühle von Wijk“, eine Kopie des berühmten Bilds von Jacob van Ruisdael aus dem 17. Jahrhundert. Einige Experte hielten diese Kopie für “echt Vincent”. Das Amsterdamer Van-Gogh-Museum erkennt das Bild jedoch nicht als eigenhändig an, zumal auch die Unterschrift des Künstlers anders ist als sonst. Van Gogh unterschrieb seine Werke immer als Vincent, hier gibt es jedoch einen verschnörkelten van Gogh.

Jetzt hat angeblich ein Computer das Rätsel gelöst: Wolfgang Reuter (55) von der Münchner Data-Firma „Alexander Thamm“ ließ das Gemälde ohne Auftrag des Besitzers mit Künstlicher Intelligenz (KI) untersuchen. Das Ergebnis: Es stammt mit 89 % Wahrscheinlichkeit von der Hand des van Gogh (1853-1890). Reuter sollte für 20 Künstler einen Klassifizierungs-Alghorithmus gespeichert haben, Rembrandt, Leonardo da Vinci, van Gogh. Jeder Künstler hat eigene Stilelemente und Muster, die der Alghorithmus selbst erkennt und lernt. Es ist, sagt Reuter, ein digitaler Fingerabdruck des Malers, den ein Fälscher nicht hundertprozentig nachahmen kann.

Der Alghorithmus wurde mit 1878 Werken von van Gogh trainiert.

Bei mir im Kopf klingelt es Alarm Stufe A1! 1878 Werke! Wie das? Ich glaubte zu wissen, VvG hatte 300 Bilder gemalt. Ich lag allerdings falsch, bei Wikipedia fand ich die Information, es waren 864 Gemälde und über 1000 Zeichnungen. Nun also: der Alghorithmus wurde mit allen Werken von Vincent trainiert. Bei Testen des Bilds speisste man ihm mit ca. 100 zufällig ausgewählten Bildfragmente von Mühle von Wijk. Er verglich dies mit seinem eingespeicherten Fundus und entschied: Es ist echt!

Juristisch bindend ist der Urteil nicht. Nicht desto trotz hat jemand das Bild gekauft. Das Aktionshaus sagt der Öffentlichkeit nicht, wer der Käufer war.

Wenn das Bild aber nun echte van Goghs Kopie ist, wieso bezeugt man es nur 89%ige Echtheit?

Weil es mathematisch bei der Wahrscheinlichkeitsrechnung so ist. Mein Vater, der Ingenieur war, brachte mir irgendwann bei, wie man mit einem Rechenschieber rechnet.
Das erste, was wir gemeinsam ausgerechnet haben, war fantastisches Ergebnis:
2 x 2 ist ca. 4.
Circa? fragte ich.
Circa, stimmte mein Vater zu.

Circa van Gogh wurde für 550.000 Euro erworben.

Kartofle – Erdäpfel – Potatos

W Niemczech zaczynają się właśnie wakacje jesienne, niekiedy zwane Kartoffelferien – wakacje ziemniaczane; nazwa pochodzi z czasów, gdy uczniowie pomagali dorosłym na roli. Po wprowadzeniu obowiązku szkolnego praca odbywała się przed szkołą i po lekcjach, ale w takie dni, kiedy miały miejsce wykopki, rodzice po prostu nie posyłali dzieci w ogóle do szkoły. Nie mogąc temu zapobiec, władze szkolne po prostu wprowadziły wakacje szkolne na okres zbiorów ziemniaków.

Kartofle to w sztuce piękny temat.

Pablo Neruda

Oda do frytek

We wrzącej
oliwie
pryska
radość
świata,
ziemniaczane
strugi
wędrują
na patelnię
jak śnieżnobiałe
pióra
porannych
łabędzi,
a wyskakują
na wpół złote od
płynnego bursztynu oliwek.

Czosnek
dodaj do tego
jego ziemisty zapach,
pieprz
przywiany znad zrębu gór
i tak
modnie ubrane
w kostiumy koloru kości słoniowej
lądują na  talerzu
zawsze powracająca pełnia

i wyborna prostota ziemi.

Tłumaczył Tibor Jagielski

De aardappeleters, schilderij van Vincent van Gogh, gemaakt in 1885 in Nuenen (Museum Otterlo)

Seamus Heaney
He received the Nobel Prize for Literature in 1995. 2011 he died in age of 74. I published already that poem, but it was so many years ago…

Digging

Between my finger and my thumb
The squat pen rests; snug as a gun.

Under my window, a clean rasping sound
When the spade sinks into gravelly ground:
My father, digging. I look down

Till his straining rump among the flowerbeds
Bends low, comes up twenty years away
Stooping in rhythm through potato drills
Where he was digging.

The coarse boot nestled on the lug, the shaft
Against the inside knee was levered firmly.
He rooted out tall tops, buried the bright edge deep
To scatter new potatoes that we picked,
Loving their cool hardness in our hands.

By God, the old man could handle a spade.
Just like his old man.

My grandfather cut more turf in a day
Than any other man on Toner’s bog.
Once I carried him milk in a bottle
Corked sloppily with paper. He straightened up
To drink it, then fell to right away
Nicking and slicing neatly, heaving sods
Over his shoulder, going down and down
For the good turf. Digging.

The cold smell of potato mould, the squelch and slap
Of soggy peat, the curt cuts of an edge
Through living roots awaken in my head.
But I’ve no spade to follow men like them.

Between my finger and my thumb
The squat pen rests.
I’ll dig with it.

Übersetzung ins Deutsche & Tłumaczenie na polski: HIER / TU

Jean-Francois Millet, La Récolte des pommes de terre, 1855 (Museum Baltimore)
 
O ziemniakach było już u mnie na blogu kilka wpisów, nie tylko cytowany powyżej wiersz Heaneya. Joanna Trümner, opowiadając o podróży do Peru, pisała w jednym z wpisów o ziemniakach. Pokazywałam w zeszłym roku choinki z ziemniaków. Publikowałam tekst o wielkiej innowacji agrarnej, jaką była uprawa ziemniaków, zainicjowana i wspierana na wielką skalę przez króla Prus, Fryderyka Wielkiego. Był opis wojennej wyprawy po ziemniaki autorstwa mojej ciotecznej babki. Napisałam też kiedyś wpis o Mamie i ziemniakach, a właściwie o obieraniu ziemniaków. Danusia czyli Danuta Starzyńska-Rosiecka podawała kilkakrotnie przepisy na ziemniaki (tu sałatka), a poza tym, tak jak ja, hodowała ziemniaka na balkonie (ja miałam w tym roku dwa). Ale chyba najdziwniejszym wpisem o ziemniakach jest historia o ziemniaku jako… pieniądzu. Czy muszę dodawać, że przygotowując ten wpis, obierałam jednocześnie ziemniaki, gotowałam je, kroiłam na plasterki i ubijałam jajka na hiszpański omlet z ziemniakami, zwany tortillą? Mniam…

***
Jaka smutna wiadomość. Wczoraj wieczorem umarła Joanna Trümner, tłumaczka i autorka, o której tu właśnie piszę, dosłownie w poprzednim akapicie.

Pisała dla nas o podróżach, do Peru, do Australii, pisały z Elą Kargol o Murze Berlińskim, ale na pewno wielu z nas zapamiętało ją przede wszystkim jako autorkę Stuarta, długiej opowieści o losach pewnego angielskiego nieudacznika, któremu się tak nie wiodło z kobietami i który wciąż nie mógł się zdecydować, czy woli bezpieczne i nudne życie nauczyciela matematyki, czy niepewne peregrynacje jako muzyk po trzeciorzędnych klubach i scenach muzycznych Australii. Opowieści Joanny o Stuarcie bardzo nas wszystkich zajmowały, a ponieważ historia posuwała się naprzód powoli, jako administratorka cieszyłam się na wiele lat opowieści i zawsze mówiłam, że Stuart to tacy moi Matysiakowie. W pewnym momencie przed kilku laty, niemal z dnia na dzień, Joanna przestała pisać o Stuarcie. Męczyłam ją, bo twierdziłam, że Czytelnicy (i ja) chcą się jednak dowiedzieć, co było dalej? Po jakimś czasie i z pewnymi oporami Joanna przyznała, że jej też brakuje tego Smutnego Pana. Była już chora, ale obie liczyłyśmy na to, że za chwilę podejmie przerwany wątek.
Niestety, nigdy już nie dowiemy się, co było dalej.

Żegnaj, Joasiu!