Zachciało mi się jako admince, by ten jesienny weekend na granicy października i listopada, gdy cmentarze zamknięte, stał pod znakiem poezji. Mietek i Teresa grzecznie nadesłali jesienne wiersze funeralne (czytajcie jutro i pojutrze), Tibor stawiał opory, w końcu nadesłał jeden wiersz. Poszukałam zatem wśród jego wierszy, tych, które przez te lata u nas opublikował, tych o śmierci i jesieni. W inkryminowanym dniu nadeszły jeszcze dwa wiersze i nagrobek. Jeden z dawnych wierszy jest na dziś.
Tibor Jagielski
endmorene/zagrycha
ciepło się zrobiło i deszczowo
brzozy i lipy zrzucają ostatnie liście
miłorząb szasta iglastą feerią
tak, aż maślaki wyskakują mu pod korzeni
zbieram je
i wekuję w słoikach
złociste pamiątki jesieni
okruszki słońca to go
t.j. X 20
syrakuzy, p.n.e.
w związku z ukończeniem nowego poematu słynny z zamordyzmu
tyran dionizjusz ma dobry humor
ogłasza amnestię i zaprasza, zesłanego na roboty do kamieniołomów,
krytyka jego twórczości, filoksenesa na uroczysty odczyt
amfiteatr nabity do ostatniego miejsca, cisza jak makiem zasiał,
ledwie władca (najpotężniejszego wówczas państwa greckiego) jedno zdanie wygłosił,
słychać, nagle gwałtowny rumor…
dionizjusz niemieje, patrzy – to filoksenos!
– a ty gdzie? – wrzeszczy
– do kamieniołomów!
————————————————————————–
raz wysłałem jakieś teksty (chyba były to wiersze) do „twórczości”;
przychodzi odpowiedź, proszę zadzwonić, nr telefonu,
dzwonię, odbiera sekretarka. ach tak, naczelny (był nim wtedy fedecki) chce się z panem
koniecznie zobaczyć, kiedy ma pan czas, termin, ustalamy, idę…
dzwonię do drzwi otwiera sekretarka, dzień dobry, proszę uprzejmie, kawa, herbata?
proszę spocząć,… czekam nawet niedługo i wpada fedecki z „obstawą”
(zawsze pętało się za nim paru lizusów)
– aaa, pan… (sekretarka podrzuca) tak, pan tibor,
wie pan o czym chciałbym z panem porozmawiać,?
– no, nie wiem – zajaknąłem się myśląc o moich heksametrach i trochejach.
– musi mi pan koniecznie wyznac skąd udało się panu zorganizować, tak dobry papier…
I jeszcze z wierszy znalezionych na blogu:
obraz szkoły flamandzkiej XVI w. “polowanie na dzika”
niepomny przestróg
przyglądasz się starym obrazom
jęk rogu tnie stalowe niebo
czerwone ręce napinają łuki
psy mkną wraz ze spojrzeniami
wiatr targa brunatne opończe
śledzisz martwe jeszcze oszczepy
a już gotowe do ciosu
w niewidzialną zwierzynę
i nagle zrywasz się
sfora wypada na ciebie
i świst pocisków znaczy drogę bólu
ciało pokrywa się szczeciną
a ryj już orzą psie zęby
zwycięski krzyk rogu
niesie się niesie się niesie
Sigrid Krien (10.02.1936, Berlin – 2.06.2020, Freiburg)
Liebe Sigrid
die du bist im Himmel, oder in einer besseren Welt,
wo sich die Seelen treffen, unsere,
und die von Katzen und anderen Lebewesen,
die uns begleitet haben.
Dein account funktioniert noch,
also schreibe ich ein paar Worte an Dich,
Du weißt, es wird nicht lange dauern, dann treffen wir uns wieder
und auch Maxi und Erna kommen bestimmt gerne mit.
Auf Wiedersehen, meine liebe Freundin!
Dein Tiborchen
brzydcy, szesnastoletni
dla romka i marka
czasami zazdroszczę wam
samobójstwa
poprosiliście o zwolnienie z lekcji historii
(niektórzy nazwą to dezercją)
pozostały nieme gitary
sztambuchy – niezapisane
nierozwiązane zadania maturalne
czasami zazdroszczę wam cholernie
że mieszkacie już na champs d´elysees
a nie na skrzyżowaniu
marszałkowskiej z wall street
albo wałów jagiellońskich z jp II
nigdy was nie zapomnę
brzydkich, szesnastoletnich…
a gdy nadejdzie mój kres
poproszę o rozgrzeszenie
ale bez spowiedzi.
haloween
nieciekawe czasy
nazwijmy je eufemistycznie
feministycznymi
ani wielkiej wojny, ani rewolucji,
tylko potyczki
przeważnie out of area
niekiedy eksploduje list
i urywa nos sekretarce
albo adjunkt dostaje amoku
i wbiega do auli z siekierą…
powiedzmy szczerze: jest nudno
bohaterem takich dni
jest akuszerka
no i sprzątaczka
gdy dochodzi do zmiany rekwizytów
(co czasami się zdarza)
to pierwsza odlatuje na miotle
a druga idzie z torbami.
W Niemczech zaczynają się właśnie wakacje jesienne, niekiedy zwane Kartoffelferien – wakacje ziemniaczane; nazwa pochodzi z czasów, gdy uczniowie pomagali dorosłym na roli. Po wprowadzeniu obowiązku szkolnego praca odbywała się przed szkołą i po lekcjach, ale w takie dni, kiedy miały miejsce wykopki, rodzice po prostu nie posyłali dzieci w ogóle do szkoły. Nie mogąc temu zapobiec, władze szkolne po prostu wprowadziły wakacje szkolne na okres zbiorów ziemniaków.
Kartofle to w sztuce piękny temat.
Pablo Neruda
Oda do frytek
We wrzącej oliwie pryska radość świata, ziemniaczane strugi wędrują na patelnię jak śnieżnobiałe pióra porannych łabędzi, a wyskakują na wpół złote od płynnego bursztynu oliwek.
Czosnek dodaj do tego jego ziemisty zapach, pieprz przywiany znad zrębu gór i tak modnie ubrane w kostiumy koloru kości słoniowej lądują na talerzu zawsze powracająca pełnia
i wyborna prostota ziemi.
Tłumaczył Tibor Jagielski
De aardappeleters, schilderij van Vincent van Gogh, gemaakt in 1885 in Nuenen (Museum Otterlo)
Seamus Heaney He received the Nobel Prize for Literature in 1995. 2011 he died in age of 74. I published already that poem, but it was so many years ago…
Digging
Between my finger and my thumb The squat pen rests; snug as a gun.
Under my window, a clean rasping sound When the spade sinks into gravelly ground: My father, digging. I look down
Till his straining rump among the flowerbeds Bends low, comes up twenty years away Stooping in rhythm through potato drills Where he was digging.
The coarse boot nestled on the lug, the shaft Against the inside knee was levered firmly. He rooted out tall tops, buried the bright edge deep To scatter new potatoes that we picked, Loving their cool hardness in our hands.
By God, the old man could handle a spade. Just like his old man.
My grandfather cut more turf in a day Than any other man on Toner’s bog. Once I carried him milk in a bottle Corked sloppily with paper. He straightened up To drink it, then fell to right away Nicking and slicing neatly, heaving sods Over his shoulder, going down and down For the good turf. Digging.
The cold smell of potato mould, the squelch and slap Of soggy peat, the curt cuts of an edge Through living roots awaken in my head. But I’ve no spade to follow men like them.
Between my finger and my thumb The squat pen rests. I’ll dig with it.
Übersetzung ins Deutsche & Tłumaczenie na polski: HIER / TU
Jean-Francois Millet, La Récolte des pommes de terre, 1855 (Museum Baltimore)
O ziemniakach było już u mnie na blogu kilka wpisów, nie tylko cytowany powyżej wiersz Heaneya. Joanna Trümner, opowiadając o podróży do Peru, pisała w jednym z wpisów o ziemniakach. Pokazywałam w zeszłym roku choinki z ziemniaków. Publikowałam tekst o wielkiej innowacji agrarnej, jaką była uprawa ziemniaków, zainicjowana i wspierana na wielką skalę przez króla Prus, Fryderyka Wielkiego. Był opis wojennej wyprawy po ziemniaki autorstwa mojej ciotecznej babki. Napisałam też kiedyś wpis o Mamie i ziemniakach, a właściwie o obieraniu ziemniaków. Danusia czyli Danuta Starzyńska-Rosiecka podawała kilkakrotnie przepisy na ziemniaki (tu sałatka), a poza tym, tak jak ja, hodowała ziemniaka na balkonie (ja miałam w tym roku dwa). Ale chyba najdziwniejszym wpisem o ziemniakach jest historia o ziemniaku jako… pieniądzu. Czy muszę dodawać, że przygotowując ten wpis, obierałam jednocześnie ziemniaki, gotowałam je, kroiłam na plasterki i ubijałam jajka na hiszpański omlet z ziemniakami, zwany tortillą? Mniam…
*** Jaka smutna wiadomość. Wczoraj wieczorem umarła Joanna Trümner, tłumaczka i autorka, o której tu właśnie piszę, dosłownie w poprzednim akapicie.
Pisała dla nas o podróżach, do Peru, do Australii, pisały z Elą Kargol o Murze Berlińskim, ale na pewno wielu z nas zapamiętało ją przede wszystkim jako autorkę Stuarta, długiej opowieści o losach pewnego angielskiego nieudacznika, któremu się tak nie wiodło z kobietami i który wciąż nie mógł się zdecydować, czy woli bezpieczne i nudne życie nauczyciela matematyki, czy niepewne peregrynacje jako muzyk po trzeciorzędnych klubach i scenach muzycznych Australii. Opowieści Joanny o Stuarcie bardzo nas wszystkich zajmowały, a ponieważ historia posuwała się naprzód powoli, jako administratorka cieszyłam się na wiele lat opowieści i zawsze mówiłam, że Stuart to tacy moi Matysiakowie. W pewnym momencie przed kilku laty, niemal z dnia na dzień, Joanna przestała pisać o Stuarcie. Męczyłam ją, bo twierdziłam, że Czytelnicy (i ja) chcą się jednak dowiedzieć, co było dalej? Po jakimś czasie i z pewnymi oporami Joanna przyznała, że jej też brakuje tego Smutnego Pana. Była już chora, ale obie liczyłyśmy na to, że za chwilę podejmie przerwany wątek. Niestety, nigdy już nie dowiemy się, co było dalej.
Nagroda dla Louise Glück, amerykańskiej poetki i eseistki. Wybór Akademii Szwedzkiej oceniają z Wrocławia prof. Inga Iwasiów, Justyna Sobolewska, Michał Nogaś i Michał Rusinek.
Louise Glück was born in New York City in 1943 and grew up on Long Island. She attended Sarah Lawrence College and Columbia University. Considered by many to be one of America’s most talented contemporary poets, Glück is known for her poetry’s technical precision, sensitivity, and insight into loneliness, family relationships, divorce, and death. The poet Robert Hass has called her “one of the purest and most accomplished lyric poets now writing.” In 2020 she was awarded the Nobel Prize in Literature “for her unmistakable poetic voice that with austere beauty makes individual existence universal.”
Glück is the author of 12 books of poetry, including the recent collections Faithful and Virtuous Night (2014), winner of the National Book Award, and Poems 1962-2012 (2012), which won the Los Angeles Times Book Prize, as well as the essay collection American Originality (2017). Glück’s early books feature personae grappling with the aftermaths of failed love affairs, disastrous family encounters, and existential despair, and her later work continues to explore the agony of the self. Her first book of poetry, Firstborn (1968), was recognized for its technical control as well as its collection of disaffected, isolated narratives. Helen Vendler commented on Glück’s use of story in her New Republic review of The House on Marshland (1975). “Glück’s cryptic narratives invite our participation: we must, according to the case, fill out the story, substitute ourselves for the fictive personages, invent a scenario from which the speaker can utter her lines, decode the import, ‘solve’ the allegory,” Vendler maintained. But she added that “later, I think … we read the poem, instead, as a truth complete within its own terms, reflecting some one of the innumerable configurations into which experience falls.” According to poet-critic Rosanna Warren, Glück’s “power [is] to distance the lyric ‘I’ as subject and object of attention” and to “impose a discipline of detachment upon urgently subjective material.”
Glück’s poems in books such as Firstborn, The House on Marshland, The Garden (1976), Descending Figure (1980), The Triumph of Achilles (1985), Ararat (1990), and the Pulitzer Prize-winning The Wild Iris (1992) take readers on an inner journey by exploring their deepest, most intimate feelings. Glück’s ability to create poetry that many people can understand, relate to, and experience intensely and completely stems from her deceptively straightforward language and poetic voice. In a review of Glück’s The Triumph of Achilles, Wendy Lesser noted in the Washington Post Book World that “‘direct’ is the operative word here: Glück’s language is staunchly straightforward, remarkably close to the diction of ordinary speech. Yet her careful selection for rhythm and repetition, and the specificity of even her idiomatically vague phrases, give her poems a weight that is far from colloquial.” Lesser went on to remark that “the strength of that voice derives in large part from its self-centeredness—literally, for the words in Glück’s poems seem to come directly from the center of herself.”
Because Glück writes so effectively about disappointment, rejection, loss, and isolation, reviewers frequently refer to her poetry as “bleak” or “dark.” The Nation’s Don Bogen felt that Glück’s “basic concerns” were “betrayal, mortality, love and the sense of loss that accompanies it… She is at heart the poet of a fallen world.” Stephen Burt, reviewing her collection Averno (2006), noted that “few poets save [Sylvia] Plath have sounded so alienated, so depressed, so often, and rendered that alienation aesthetically interesting.” Readers and reviewers have also marveled at Glück’s gift for creating poetry with a dreamlike quality that at the same time deals with the realities of passionate and emotional subjects. Holly Prado declared in a Los Angeles Times Book Review piece on The Triumph of Achilles (1985) that Glück’s poetry works “because she has an unmistakable voice that resonates and brings into our contemporary world the old notion that poetry and the visionary are intertwined.” Glück’s Pulitzer prize-winning collection, The Wild Iris (1992), clearly demonstrates her visionary poetics. The book, written in three segments, is set in a garden and imagines three voices: flowers speaking to the gardener-poet, the gardener-poet, and an omniscient god figure. In the New Republic, Helen Vendler described how “Glück’s language revived the possibilities of high assertion, assertion as from the Delphic tripod. The words of the assertions, though, were often humble, plain, usual; it was their hierarchic and unearthly tone that distinguished them. It was not a voice of social prophecy but of spiritual prophecy—a tone that not many women had the courage to claim.
Meadowlands (1996), Glück’s first new work after The Wild Iris, takes its impetus from Greek and Roman mythology. The book uses the voices of Odysseus and Penelope to create “a kind of high-low rhetorical experiment in marriage studies,” according to Deborah Garrison in the New York Times Book Review. Garrison added that, through the “suburban banter” between the ancient wanderer and his wife, Meadowlands “captures the way that a marriage itself has a tone, a set of shared vocal grooves inseparable from the particular personalities involved and the partial truces they’ve made along the way.”
Vita Nova (1999) earned Glück the prestigious Bollingen Prize from Yale University. In an interview with Brian Phillips of the Harvard Advocate, Glück stated: “This book was written very, very rapidly… Once it started, I thought, this is a roll, and if it means you’re not going to sleep, okay, you’re not going to sleep.” Although the ostensible subject matter of the collection is the examination of the aftermath of a broken marriage, Vita Nova is suffused with symbols drawn from both personal dreams and classic mythological archetypes. Glück’s next collection, The Seven Ages (2001) similarly takes up both myth and the personal in forty-four poems whose subject matter ranges throughout the author’s life, from her earliest memories to the contemplation of death. Glück’s next book, Averno (2006) takes the myth of Persephone as its touchstone. The book’s poems circle around the bonds between mothers and daughters, the poet’s own fears of ageing, and a narrative concerning a modern-day Persephone. In the New York Times, Nicholas Christopher noted Glück’s unique interest in “tapping the wellsprings of myth, collective and personal, to fuel [her] imagination and, with hard-earned clarity and subtle music, to struggle with some of our oldest, most intractable fears—isolation and oblivion, the dissolution of love, the failure of memory, the breakdown of the body and destruction of the spirit.”
William Logan called Glück’s A Village Life (2009), “a subversive departure for a poet used to meaning more than she can say.” The book is a marked formal departure for Glück, relying on long lines to achieve novelistic or short-story effects. Logan saw A Village Life as a latter-day Spoon River Anthology in its use of “the village as a convenient lens to examine the lives within, which counterpoint the memories of her [Glück’s] life without.” Dana Goodyear, reviewing the book for the Los Angeles Times found A Village Life “electrifying,” even as it presumed to tell its “polite” story of a “dying agriculture community, probably in Italy, probably some time between the 1950s and today.” Goodyear added: “Ordinariness is part of the risk of these poems; in them, Glück hazards, and dodges, sentimentality. The near miss makes us shiver.” Glück’s selected Poems 1962-2012 (2012) was published to great acclaim. While highlighting her work’s fierceness and “raking moral intensity,” in the words of New York Times reviewer Dwight Garner, the collection also allowed readers to see the arc of Glück’s formal and thematic development. According to Adam Plunkett, reviewing the collected poems in the New Republic, “Very few writers share her talent for turning water into blood. But what emerges from this new, comprehensive collection—spanning the entirety of her career—is a portrait of a poet who has issued forth a good deal of venom but is now writing, excellently, in a softer vein.”
In 2003 Glück was named the 12th US Poet Laureate. That same year, she was named the judge for the Yale Series of Younger Poets, a position she held until 2010. Her book of essays Proofs and Theories (1994) was awarded the PEN/Martha Albrand Award for Nonfiction. In addition to the Pulitzer and Bollingen Prizes, she has received many awards and honors for her work, including the Lannan Literary Award for Poetry, a Sara Teasdale Memorial Prize, the MIT Anniversary Medal, the Wallace Stevens Award, a National Humanities Medal, and a Gold Medal for Poetry from the American Academy of Arts and Letters. She has received fellowships from the Guggenheim and Rockefeller Foundations, and from the National Endowment for the Arts. In 2020 she was awarded the Nobel Prize in Literature.
Glück is currently writer-in-residence at Yale University and lives in Cambridge, Massachusetts.
October (section I)
Is it winter again, is it cold again, didn’t Frank just slip on the ice, didn’t he heal, weren’t the spring seeds planted
didn’t the night end, didn’t the melting ice flood the narrow gutters
wasn’t my body rescued, wasn’t it safe
didn’t the scar form, invisible above the injury
terror and cold, didn’t they just end, wasn’t the back garden harrowed and planted—
I remember how the earth felt, red and dense, in stiff rows, weren’t the seeds planted, didn’t vines climb the south wall
I can’t hear your voice for the wind’s cries, whistling over the bare ground
I no longer care what sound it makes
when was I silenced, when did it first seem pointless to describe that sound
what it sounds like can’t change what it is—
didn’t the night end, wasn’t the earth safe when it was planted
didn’t we plant the seeds, weren’t we necessary to the earth,
Jednak nie mogę książki o Mordechaju Gebirtigu tak zostawić, jak to zrobiłem dwa wpisy wstecz. Krakowski bard śpiewał z rozpaczy nad ginącym, żydowskim światem, bo kochał swój ubogi sztetl, jego życie i ludzi. Poświęcił im tomik Majne lider, wydany w Wilnie, w 1936 roku, staraniem przyjaciół poety, którego nie było stać na samodzielne opublikowanie swoich wierszy. Miał na utrzymaniu żonę Blumę i trzy córki, i zupełnie nie dbał o sławę, ani o pozyskiwanie mecenasów dla swojej twórczości. Ukochana żona często strofowała go, że za mało zajmuje się domem i poświęca czas na błahostki i ten wątek poeta również wykorzystał w kilku humorystycznych wierszach. Tomik zawierał ponad pięćdziesiąt piosenek wraz z załączonymi nutami, opowiadających o dzieciństwie poety, jego rówieśnikach, chederze, czasach kawalerskich. Są w nim zakochani, klezmerzy, zatroskane matki i rozbrykane dzieci, świetne dialogi i puenty*.
Oto próbka talentu Gebirtiga z tomiku Majne lider, pieśni Motl, Rejzele i Trzy córki:
W późniejszej, okupacyjnej twórczości autora te jaśniejsze nutki giną, rodzi się dramat. Jak dla mnie najsmutniejsza, ale jednocześnie najbardziej przepełniona miłością jest kołysanka – Hungerik dajn kecele, Głodny kotek, do której muzykę napisał Juliusz Hoffman. Nie wiadomo, kiedy powstała ta piosenka, autor na ogół nie datował swoich utworów, ale myślę, że już w ostatnim okresie życia Mordechaja Gebirtiga, między jego pobytem w podkrakowskich Łagiewnikach i murach getta w Podgórzu.
Na koniec tego krótkiego przeglądu twórczości krakowskiego poety, mocne Minuten fun bitochn, Minuty otuchy:
* Za Wstępem Marleny Pacześ do książki Bądź mi zdrów Krakowie, Wydawnictwo Austeria Kraków – Budapeszt 2012
Autor napisał: To zdjęcie z okładki książki, widać, że jeszcze z przedwojnia, bo tchnie pogodą ducha.
Cześć Ewo Mario, Koleżanko, Pielgrzymko, sztuka to wolność, życie to sztuka, prawo do życia to prawo do wolności, do sztuki. Ani sztuka, ani wolność nie mogą odbierać prawa do życia. Nie mogą! Inaczej same sobie odbierają prawo…
Wrzesień przez miesiąc był wierny
Odszedł…
Przyszedł Październik..
Świt późniejszy,
zmierzch śmielszy
Ręce takie chłodne…
Ponad cztery tygodnie
złotem liści mamił
welon z mgły mi zakładał
A w końcu zostawił
Potem był Listopad
Bardzo smutny chłopak
Odszedł zimny jak szkło
…z taką jedną … Mgłą
Apel
Czytelniku
nie czytaj krytyków
U nich każdy przecinek się liczy
Wiadomo jak
to krytycy
i każdy zwróci drab
uwagę na każdy brak
Brodacze w okularach
nad wierszem pochyleni
na brak przecinka zaraz
uwagę zwrócą
jak Lenin
Pochylą się badacze
rozgadają gadacze
Rozpiszą się pismaki
że on taki a taki
Czytelniku
nie czytaj krytyków
Dzień Aptekarza
Rzadko się zdarza
Dzień Aptekarza
no może raz do roku
całymi dniami
mierzy, odważa
a w pracy musi mieć spokój
Dlatego rząd rozważa
świętować Noc Aptekarza
Ale aptekarz w nocy
też ma zajęty czas
bo w świetle księżyca wytwarza
azotan srebra
z gwiazd
26.09.2020
O wojskowych piosenkach
Na polach bitew świata
Żołnierz strzela i ginie
Trata tatata, trata tatata
Od Amazonki po Łydynię
Płynie też pieśń
Dopomóż Bóg
i chciej
w opiece mieć
Ty nasze kule wrogom nieś
a nad duszami świeć
Tu wróg,
tu wróg,
a z nami
Bóg
Broń ciężka
i ta pieśń
Ty nas w opiekę weź
i nasze
kule nieś
Słysząc to Bóg
zawołał
Bo miał otwarte okno
czy wreszcie ktoś by mógł
zmienić tę pieśń okropną!!
Ostrzeżenie
Gdy palą owocowe skrzynki
to noc ma zapach mandarynki
Gdy dla ogrzania palą zbożem
to jest za dobrze
będzie gorzej
Gdy teczki z policyjnych szaf
noc pachnie zdradą, cuchnie strach
ale gdy książki idą w ogień
to nic już nie rób
tylko w nogi
mój kot
mój kot jest zawsze niewinny
bo nawet jak coś zrzuci
to na innych
Tyle dróg
byłem na mieście
o mieście nie śnię
byłem w lesie
w lesie już jesień
leciałem lotnią
w lotni samotność
byłem u Ciebie
u Ciebie… w niebie
Teatr
Pięknie się bawi
jesień światłem
Zamienia się
miejscami
z cieniem
bo dla jesieni
to jest łatwe
co roku
na tej samej
scenie
akt pierwszy
mgły
w drugim
natchnienie
w trzecim powszechne zaziębienie
czwarty zaklęty
Wszystkich Świętych
między aktami
aspiryna
i różne smutki
że dzień krótki
i co? – i…zima
już na scenie
akt…
Boże Narodzenie
Diabeł czasu Holocaustu pracował ściśle według planu, jak to typowy Niemiec. „Problem żydowski“ rozwiązywał skrupulatnie odmierzonymi krokami, daty lubiły się powtarzać. Dokładnie 79 lat temu wykonano pierwsze egzekucje w komorach gazowych Auschwitz. Rok później, również 23 września, zlikwidowano getto żydowskie w Szydłowcu, a w 1943 roku, w ten sam dzień, zaczęła się zagłada getta w Wilnie. Mordechaj Gebirtig – znakomity, żydowski poeta z Krakowa, świadek i ofiara Holocaustu, pisał z rozpaczą:
Tworzył w jidysz, języku żydowskiego proletariatu, jego sztetli i naprawdę nazywał się Markus Bertig. Mieszkał na Kazimierzu, w znanej żydowskiej dzielnicy, miał podobno zaledwie elementarne wykształcenie i materialnie wiódł bardzo ubogie życie, a należał do najważniejszych postaci międzywojennej elity intelektualnej tej diaspory miasta Krakowa. Kiedy zdecydował się przyjąć nowe nazwisko, użył niemieckiej pisowni Gebürtig, od słowa Geburt – narodziny, jakby sugerując, że oto narodzi się ktoś nowy:
Tłumaczem utworów Mordechaja Gebirtiga na język polski i autorem wyżej zamieszczonego wiersza jest poeta i autor tekstów piosenek, Jacek Cygan. Jest on również jednym z autorów wstępu do książki o żydowskim bardzie z dawnego Krakowa, która od kilku dni leży u mnie stole. Oprawę muzyczną do swoich wierszy Gebirtig układał głównie sam, ale często przyciągały one również uznanych kompozytorów. Na przykład Manfreda Lemma, niemieckiego kompozytora, który napisał muzykę do tytułowego wiersza Blajb gezunt mir Kroke, czyli Bądź mi zdrów Krakowie:
Jego pieśni znane były nie tylko na Kazimierzu, śpiewała je ulica we wszystkich galicyjskich osiedlach i miasteczkach żydowskich. Były dowcipne, romantyczne i lekkie, opowiadały o zwyczajnym życiu, ale były też pełne zadumy, smutku. Najbardziej znana jest ekspresyjna S`brent, Pali się, skomponowana jako odzew na pogrom w Przytyku, który miał miejsce w 1936 roku. Uznaje się ją za pieśń proroczą, zapowiadającą nadejście Zagłady. Była ona hymnem gett na okupowanych ziemiach polskich, dzisiaj dalej śpiewanym przy okazji rocznic związanych z Holocaustem: