Tysiąc dróg do Mekki 2

Pierwsza część była wczoraj

Lech Milewski

Kolejna relacja – rok 1964 – Malcolm X (foto –>).
Ta relacja uderzyła mnie swoją naiwną autentycznością.
W związku z tym postaram się zachować oryginalny język relacji.

Motto:
Tak, jestem ekstremistą. Czarna rasa tutaj, w północnej Ameryce, jest w bardzo złym stanie. Pokażcie mi czarnego, który nie jest ekstremistą, a ja pokażę wam kogoś, kto potrzebuje opieki psychiatrycznej.

Hadj’ po arabsku znaczy: skierować się do określonego celu. W prawie islamskim znaczy to wybrać się do Ka’ba, świętego domu i wypełnić ceremonię pielgrzymki.

Na lotnisku w Kairze grupy podróżnych stawały się pielgrzymami, przyjmowały stan uświęcenia. Byłem zdenerwowany i przygotowany na obserwację innych i zachowywanie się tak jak oni.

Przyjmując stan ihram zdejmujemy ubranie i okrywamy się dwoma białymi płótnami. Jedno, izar, owijamy wokół bioder. Drugie, rida, zarzucamy na szyję i lewe ramię pozostawiając prawe ramię odkryte. Do tego proste sandały i jeszcze torba z pieniędzmi i dokumentami.

Każdy z tysięcy podróżnych ubrany tak samo, król czy wieśniak, nie różnią sie od siebie.
Wszyscy wołamy: Labayk! Labayak! – Oto idę do Ciebie Panie!
Co kilka minut startuje samolot z pielgrzymami, ale tłumów na lotnisku nie ubywa.
W samolocie biali, czarni, brązowo, żółci – wszyscy bracia, czczący tego samego Boga i szanujący każdy każdego.

Lotnisko w Jedda wyglądało na jeszcze bardziej zatłoczone niż to w Kairze. Każdej grupie pielgrzymów przydzielono przewodnika – mutawwif – który będzie prowadził nas z Jeddy do Mekki.
Wmieszałem się w środek grupy, byłem zdenerwowany. Jestem u źródła wiary muzułmańskiej i za chwilę dam do kontroli amerykański paszport, który prezentuje całkowite przeciwieństwo istoty Islamu.
Byłem tak zdenerwowany, że złamałem klucz do torby. Rozbiłem więc zamek, żeby otworzyć torbę, żeby nie podejrzewali, że przewożę coś niedozwolonego.Wreszcie kontrola paszportu. Urzędnik popatrzył na mnie i powiedział coś po arabsku. Pokazałem mu list polecający od dr Shawarbi (dyrektor Federacji Islamskiej w Kairze). Urzędnik zaczął dyskutować z moimi przypadkowymi towarzyszami podróży.
Wytłumaczyli mi, że zostanę  przekazany do sądu religijnego, Mahgama Sharia, który kontroluje aby niewierzący nie znaleźli się w Mekce.  Mój paszport zostanie w urzędzie celnym.
Nie miałem odwagi zaprotestować.Mój przewodnik zaprowadził mnie do schroniska tuż przy lotnisku, znalazł mi miejsce w 15-osobowym pokoju. Większość gości spała na dywanach na podłodze.
Przewodnik zaprowadził mnie do kąta i wyjaśnił, że zaprezentuje mi poprawne pozycje modlitewne. Starałem się naśladować jego ruchy, ale mi nie wychodziło. Moje kostki nie chciały poddać się temu, co Muzułmanie robią przez całe życie.
Azjaci siedzą na swoich piętach, ludzie Zachodu siedzą na krzesłach.
Nie w głowie był mi sen. Ćwiczyłem wytrwale. W końcu wydawało mi się, że poznałem sposób, ale i tak po trzech dniach spuchły mi kostki.
Pomyślałem, że w naszej organizacji Nation of IslamKLIK – powinniśmy może wprowadzić naukę podstawowych muzułmańskich rytuałów.Nadszedł świt, ludzie wokół pobudzili się.
Zdałem sobie sprawę jak wielką rolę odgrywa w ich życiu dywan. Każdy ma swój dywan modlitewny, każda rodzina czy grupa ma większy dywan. Po modlitwie nakryli dywan obrusem i zjedli posiłek, potem zdjęli naczynia i obrus, i mieli pokój dzienny.
Teraz zrozumiałem dlaczego paser płacił mi tak dobrą cenę za wschodnie dywany, gdy działałem jako włamywacz z Bostonie.

Czas mijał, nie wiedziałem, co mnie czeka. Po pewnym czasie zauważyłem ludzi siedzących przy stole z telefonem. Pokazałem im list od dr Shawarbi i poprosiłem, żeby zadzwonili na podany tam numer.
Za godzinę przyjechał do mnie dr Omar Azzam, zabrał mnie do swojej willi. Wkrótce przywieziono tam mój paszport i dokumenty zatrzymane na granicy, powiadomiono mnie, że moje przesłuchanie przed sądem odbędzie się rano.

Po zadaniu wielu pytań sąd uznał, że jestem pełnoprawnym muzułmaninem, wpisali moje nazwisko do rejestru i dali mi dwie książki do przeczytania.

Wróciłem do willi dr Omara, przespałem się trochę, gdy zadzwonił telefon. Dzwonił szef protokołu księcia Fajsala – po obiedzie przyjedzie po mnie samochód księcia.

Samochód zawiózł mnie do Mekki. Zaparkowaliśmy przy Wielkim Meczecie, obmyliśmy się i weszliśmy, otaczał nas tłum modlących się pielgrzymów.
Siedem okrążeń świętego kamienia. Szedłem, modliłem się, a mój przewodnik pilnował, żeby pielgrzymi mnie nie rozdeptali. Następnie napiłem sie wody ze studni Zamzam i przebiegliśmy między dwoma wzgórzami Safa i Marwa, gdzie kiedyś wędrowała Hagar (wygnana żona Abrahama) szukając wody dla swego syna Ismaela.

Jeszcze trzy razy odwiedziłem Wielki Meczet i okrążyłem kamień Ka’ba.
Ostatnim razem, po zmierzchu, udaliśmy się na górę Ararat.
Ta wizyta zakończyła ciąg rytuałów pielgrzymich. Rzuciliśmy jeszcze tradycyjne siedem kamieni w diabła.
Niektórzy strzygli włosy i brody, ja oszczędziłem je w obawie, że po powrocie nie pozna mnie moja mała córka.

Ameryka musi poznać Islam, ponieważ jest to religia, która wymazuje ze społeczeństwa problemy rasowe. Podczas tych jedenastu dni w świecie muzułmanów jadłem z tego samego talerza, piłem z tej samej szklanki, spałem na tym samym dywanie i modliłem się z ludźmi o wszelkich kolorach skóry. Byliśmy wszyscy braćmi, bo wiara w Boga wymazała “białe” z ich umysłów, z ich zachowania, z ich podejścia do innych.

Pełna informacja o Malcolmie X – TUTAJ.

Zdjęcie z Wikipedii, podpisane: Malcolm X po pielgrzymce.

P.S. Z relacji pielgrzymów dowiedziałem się, że w Mekce i najbliższej okolicy znajduje się wiele miejsc, w których przebywał Abraham – m. in. miejsce gdzie miał złożyć Bogu w ofierze Izaka.
Wprowadziło mnie to w mocne zmieszanie, gdyż wprawdzie Stary Testament nie podaje takich szczegółów, to jednak pewnikiem jest, że Abraham pochodził z Ur w Chaldei czyli Iraku, pochowany zaś jest w Hebronie czyli na Zachodnim Brzegu (Jordanu).
Ponieważ Bóg obiecał Abrahamowi ziemie mlekiem i miodem płynące, a te były dość blisko, to trudno mi pojąć, czego szukał na odległych pustyniach Arabii.

STOP!
Czy na początku nie była wspomniana praczka z Australii?
Była, ale jest to relacja tak różna od wszystkich innych, że zasługuje na osobny wpis (czytajcie jutro).

Tysiąc dróg do Mekki 1

Lech Milewski

Thousand.roads.to.mecca.jpgLink

Ta książka to zbiór 23 relacji o odbytej pielgrzymce do Mekki – KLIK.
Nie znalazłem żadnej informacji o Michaelu Wolfe, który dokonał selekcji materiału do książki i nie potrafię odgadnąć kryteriów, jakimi się kierował. Niezależnie od tego trzy relacje zwróciły moją uwagę.

Trafiłem na tę książkę “od kuchni” a właściwie od pralni, podczas lektury książki Washerwoman’s Dream.
Praczka w Mekce, australijska praczka – to zapowiadało się interesująco. To co wyszło w praniu przewyższyło moje oczekiwania.

Jeszcze jedno – patrząc na listę 23 relacji zauważyłem, że na rok 1927 przypadają dwie – Winifred Stegar z Australii i Muhammada Asada z Galicji.
Z Galicji, w roku 1927, Muhammad – o kogo chodzi? Jak to o kogo? O Leopolda Weissa ze Lwowa.

Chyba zostaniemy w Mekce trochę dłużej.

Zacznę jednak od Lwowa.
Rok 1900, w rodzinie Akivy Weissa, prawnika z rodziny z rabiniczną tradycją, urodził się syn, Leopold. Chłopiec od dziecka pobierał nauki religijne, znał hebrajski i aramejski.
Gdy wybuchła I Wojna Światowa, 15-letni Leopold uciekł z domu i zaciągnął się do armii austriackiej pod fałszywym nazwiskiem. Ojciec z pomocą policji zdołał go wyciągnąć i zorganizował mu pobyt i naukę w Wiedniu.
W wieku 20 lat Leopold porzucił studia i chwytał się dorywczych zajęć – m.in. pracował w studio filmowym Fritza Langa, przeprowadził wywiad z żoną Maxima Gorkiego.

W 1922 roku przeniósł się do Palestyny gdzie pracował jako free-lancer dla Frankfurter Allgemaine Zeitung.
W Palestynie mocno zainteresowała go tematyka syjonizmu a w szczególności reakcja Arabów na tę ideologię. Frankfurter Allgemaine zlecił mu dwuletni projekt – głębsze zbadanie tematu w okolicznych krajach arabskich.
Efektem była książka i zafascynowanie Islamem oraz sprawami arabskimi.

W roku 1926, w Berlinie, Leopold Weiss ożenił się. Jego żona, Elsa, była znacznie starsza od niego i miała syna z poprzedniego związku. Po kilku miesiącach wraz z żoną  przyjęli Islam przy czym Leopold zmienił nazwisko na Mohammad Asad. Uwaga: arabskie imię Asad znaczy lew – Leo.

Niecały rok później razem wybrali się na pielgrzymkę do Mekki.

Proponuję zacząć wizytę w Mekce zgodnie z miejscowym zwyczajem…

Tylko pielgrzymi byli na pokładzie statku płynącym po Morzu Czerwonym w rejsie z Egiptu do Arabii. Przewoźnik, goniący tylko za zyskiem, załadował statek dosłownie po brzeg, nie troszcząc się zupełnie o wygodę pasażerów.
Zostali upchnięci wszędzie. Na pokładzie, w kabinach, w korytarzach, w salach jadalnych. W magazynach pod pokładem. W każdym kącie boleśnie stłoczone stworzenia ludzkie. W pokorze, z tylko jednym celem przed oczami, znosili bez narzekań te cierpienia.

W tym momencie ja podniosłem oczy – Patna – tam nie było wzmianki o pielgrzymach na pokładzie, chyba nie byliby tak zapatrzeni, żeby nie zauważyć dezercji dowództwa statku.

Opuszczam oczy… tłoczyli się na pokładzie zajęci gotowaniem – przewoźnik nie zapewniał posiłków. Widziałem jak krążyli w te i z powrotem po wodę przenoszoną w puszkach, jak tłoczyli się pięć razy dziennie przy kranach, aby dopełnić obmycia przed modlitwą, jak cierpieli w duchocie kilka poziomów pod pokładem.
Wszędzie widać było siłę wiary, która pozwalała zapomnieć im o cierpienach, gdyż pochłaniała ich myśl o Mekce.

To tu, to tam, co chwila rozlegało się – Labayak, Allahumma, labayak!

Drugiego dnia mężczyźni przebrali się w ihram – dwa niezszyte kawałki płótna. Ten strój ma eliminować obcość, różnice między wiernymi.
Kobiety pozostały w swoich codziennych strojach gdyż ihram odkrywa zbyt wiele ciała.
O świcie trzeciego dnia dotarliśmy do niewielkiego portu Jedda. Jak strzały pomknęły do nas od nadbrzeża żaglówki. Ich szerokość i niezgrabność niemile kontrastowały z pięknem smukłych masztów i żagli.
Zapewne na takiej łodzi, może nieco większej, ale tego samego typu, dzielny podróżnik Sindbad wybrał się na swoje przygody.

Dotychczas wiedziałem, że zamierzam żyć w krajach Wschodu, wśród muzułmanów, ale nie wiedziałem, że mój stary świat się kończy, świat zachodnich idei i odczuć, doświadczeń i dążeń. W tym okresie miałem już za sobą pobyt w wielu krajach Wschodu. Znałem Iran i Egipt lepiej niż jakikolwiek kraj w Europie, Kabul mnie nie zaskakiwał, znane mi były bazary Damaszku i Isfahanu. Szedłem teraz ulicami Jeddy i myślałem – jak trywialne.

Jedda to było jedyne miasto na arabskim brzegu Morza Czerwonego gdzie wolno było przebywać niewiernym.
Po południu następnego dnia ruszyliśmy karawaną do Mekki.
Beduini, obładowane wielbłądy, osły. Czasem mijały nas samochody, pierwsze samochody w Arabii Saudyjskiej. Wyprzedzały nas hałasując sygnałami typu Klaxon. Wielbłądy reagowały bardzo nerwowo na ich dźwięk, chyba czując, że sygnalizują one ich zmierzch.
Po chwili opuściliśmy miasto i zanurzyliśmy w ciszy pustyni, podkreślanej jeszcze przez klapanie wielbłądzich kopyt, okrzyki Beduinów i śpiew pielgrzymów.

Czasem odezwał się śpiew grupki pielgrzymów, czasem jakaś kobieta zaśpiewała pieśń ku chwale Proroka, czasem inna wydała z siebie ghatrafa, ten radosny krzyk arabskich kobiet, bardzo wysoki, przenikliwy tryl, wznoszony przy świątecznych okazjach – ślub, urodziny, obrzezanie, procesje religijne.
Google nie potrafiło znaleźć ghatrafa, ale po pobycie na Bliskim Wschodzie nie mam wątpliwości, że jest to to samo co ululation lub zaghrouta KLIK.

Większość pielgrzymów jechała w dwuosobowych lektykach, które bujały się w rytm kroków wielbłąda.
Nad ranem dotarliśmy do Bahry, gdzie karawana zatrzymała się na porę dnia, gdyż było za gorąco na podróż.
Wiele osób, nie przyzwyczajonych do długich podróży, nie wiedziało, co ze sobą zrobić. Wiele z nich po prostu siedziało nieruchomo, zapatrzeni w stronę Mekki.

Pod wieczór starszy mężczyzna nieopodal – umarł. Kobiety nie podniosły krzyku, jak to mają w zwyczaju we wschodnich krajach. Wszak zmarł jako pielgrzym, na świętej ziemi, jest błogosławiony. Mężczyźni obmyli jego ciało i ubrali je w ten sam strój, który ostatnio nosił.
Po dwóch nocach wędrówki dotaliśmy do Mekki.

Załatwiłem kwaterę u znanego przewodnika. Po sytym śniadaniu udaliśmy się do Świętego Meczetu. Zatłoczone ulice, stragany, ludzie wszelkich ras i narodowości, nagle znaleźliśmy się przed bramą. Potrójny łuk bramy, a za nim wielki kwadrat placu, otoczony kolumnadami krużganków, a w środku czarny sześcian o boku około 40 stóp – Ka’ba – cel marzeń milionów na przestrzeni wieków.
Widziałem setki przepięknych meczetów, od północnej Afryki do Samarkandy, ale nigdzie nie czułem się tak jak tutaj, gdzie budowniczy zbliżył się tak bardzo do religijnej idei.
Ostateczna prostota sześcianu, całkowite wyrzeczenie się piękna linii i formy przekazywała jego myśl: zarozumialstwem byłoby sądzić, że jakiekolwiek piękno stworzone przez człowieka może być warte Boga. Dlatego im prostsze twoje dzieło, tym bardziej wyrażasz chwałę bożą.

Oto przede mną była ta niewielka budowla, z którą nie może się równać żadna inna na ziemi.
Wnętrze budunku nie ma istotnego znaczenia, w jego wschodnim rogu znajduje się Czarny Kamień w szerokiej srebrnej ramie.
Ten kamień, wycałowany przez miliony pielgrzymów, wywołuje niezrozumienie wśród niewiernych. Uważają go za fetysz przejęty przez Mahometa jako ukłon w stronę pogańskich mieszkańców Mekki. Nic błędniejszego. Podobnie jak Ka’ba, Czarny Kamień jest obiektem szacunku, ale nie czci.
Jest szanowany jako jedyna pozostałość z domu Abrahama i ponieważ dotknęły go usta Mahometa.

I tak stałem przez Świątynią Abrahama nie myśląc (refleksje przyszły później) i czułem w sobie jakiś ukryty, uśmiechający się rdzeń, w którym dojrzewało uniesienie, jak pieśń.

Częścią pielgrzymki jest przejść siedem razy wokół Ka’ba. Więc szedłem i ja, powoli, aż stałem się częścią strumienia ludzi. Minuty mijały i wszystko co było małe i gorzkie w moim sercu, zaczęło je opuszczać. Minuty roztapiały się, czas stanął i oto tu było centrum wszechświata.

Dziewięć dni później Elsa umarła.
Umarła nagle, po kilku dniach ostrej choroby, którą potem zidentyfikowano jako tropikalną dolegliwość. Ogarnęła mnie czarna rozpacz.
Pochowaliśmy ją na piaszczystym cmentarzu w Mekce. Położyliśmy kamień na jej grobie. Nie chciałem żadnego napisu.  Napis oznacza myślenie o przyszłości, a ja nie wyobrażałem sobie żadnej przyszłości teraz.

Niedaleko stąd leżała równina Ararat, na której zbierają się pielgrzymi na przypomnienie Ostatecznego Zgromadzenia, kiedy człowiek odpowie Stwórcy za wszystkie uczynki swego życia.

Po chwili wracałem do Mekki na cwałującym wielbłądzie. Wokół mnie tysiące falujących głów, okrzyki Allahu Akbar. Ci ludzie wyrośli ponad swoje małe życia i teraz ich wiara pcha ich ku nieznanym horyzontom.

Tu kończy się relacja.

Wiara popchnęła Mohammada Asada daleko.

Wkrótce po odbyciu pielgrzymki osiedlił się na dobre w Arabii Saudyjskiej, gdzie został stałym doradcą króla Abdulaziza (znanego na Zachodzie jako Ibn Saud).
W 1928 roku król wysłał go z misją wywiadowczą do Kuwejtu, gdzie brytyjczycy zaangażowali się w budowanie opozycji.
Wywiad brytyjski donosił, że Mohammed Asad miał powiązania z “bolszewikami”.

W 1932 roku Mohammed Asad przeniósł się do brytyjskich Indii, gdzie nawiązał bliski kontakt z poetą i politykiem Mohammedem Iqbalem.
Wtedy właśnie powstawała idea utworzenia Pakistanu, niezależnego islamskiego państwa.

W momencie wybuchu wojny Mohammed Asad jako obywatel austriacki został internowany w obozie.
Po zakończeniu wojny idea Pakistanu stała się ciałem.
Mohammed Asad współpracował w tworzeniu konstytucji pierwszego kraju muzułmańskiego i dołożył starań, żeby zapewniała ona kobietom prawo głosu i prawo zajmowania najwyższych stanowisk w państwie.
Działało to w praktyce – w 1988 roku, czyli jeszcze za życia Mohammeda Asada, Benazir Bhutto została premierem Pakistanu.

W 1949 roku Mohammed został kierownikiem oddziału Bliskiego Wschodu w MSZ Pakistanu, trzy lata później został wysłany do siedziby ONZ w Nowym Jorku jako minister pełnomocny.

W latach 60 Mohammed Asad, żonaty z Arabką Munirą, zakochał się w Poli, Amerykance, polskiego pochodzenia.
Pola zadeklarowała chęć przyjęcia Islamu, Mohammed zaproponował jej małżeństwo.
Tego małżeństwa nie dało się pogodzić z pracą w służbie dyplomatycznej Pakistanu, Mohammed zrezygnował z pracy, rozwiódł się z Munirą (mieli syna – Talal-a) i pobrał z Polą.
Od tego pory spędzał wiele czasu poza Pakistanem.
Ostatecznie osiadł na stałe w Hiszpanii, gdzie zmarł w 1992 roku.

Pamiątki:
Wiedeń: Muhammad-Asad-Platz – Distrikt 22, przed UNO City.
Berlin: Berliner Gedenktafel – Hannoversche Str 1.

Materiały studyjne – 4-częściowy wywiad z Mohammadem Asadem.
Przepraszam, że tak się panoszę z tym tematem. Na jego zgłębienie trzeba by kilku dni. Zachęcam jednak choćby do wysłuchania pozycji 2, to tylko 8 minut, a dla mnie rewelacja.
Niestety posiadane przeze mnie tłumaczenie Koranu na polski nie potwierdza poglądów religijnych Mohammeda Asada.
Wspomina on o niedostatkach tłumaczeń dokonanych przez europejskich orientalistów, oferuje swoje.
Polski tłumacz – Józef Bielawski – wspomina, że tłumaczenie Mohammada Asada jest mu znane. Jednak to nie wystarczyło.

1. Spotkanie ze światem Islamu, tłumaczenie Koranu – KLIK.
2. Opinia na temat wiary, religii, istnienia – KLIK.
3. Koran – KLIK.
4. Grzech, czytanie Koranu – KLIK.

Ciąg dalszy jutro i pojutrze.

Captions, please

Ewa Maria Slaska

Oglądaliście na Netflixie Anne with E? Jeśli tak, to chciałam zapytać, czy rozpoznaliście, co w pierwszym odcinku (39 minuta) Ania opowiada Maryli o swoim pochodzeniu?

… lebte vor nicht allzulange Zeit ein Gentelman, einer mit einer Lanze und einem alten Schutzschild auf einem Regal. Er hält sich einen dünnen Gaul und einen Windhund. / W pewnym kraju daleko, daleko stąd, którego nazwy nie chce mi się nawet pamiętać, żył nie tak znowu dawno temu pewien szlachcic, z tych, co to posiadają lancę i tarczę w szafie, a trzymają chudą szkapę i takiegoż ogara.

No tak, może nie rozpoznajecie, bo to przekład z hiszpańskiego na angielski, z angielskiego na niemiecki, z niemieckiego (w moim wykonaniu) na polski, a na każdym etapie coś się przecież gubi – lost in translation, wiemy… przypomnę nam więc:

W pewnej miejscowości (…), której nazwy nie mam ochoty sobie przypominać, żył niedawno temu pewien szlachcic, z tych, co to mają kopię w tulei, starodawną tarczę, chudą szkapę i gończego charta.

Tak to jest w tłumaczeniu Anny i Ludwika Czernych, na stronie 35. W następnym zdaniu pojawi się jeszcze garnek bigosu czyli dawnej potrawy z resztek, zwanej po hiszpańsku olla porida, tego jednak Maryla już od Ani nie usłyszała, bo oburzona kazała jej przerwać.

W tłumaczeniu Woroszylskiego to zdanie nie pojawi się wcale, w przekładzie Charchalisa brzmi zaś tak:

W pewnej wiosce (…), której nazwy nie mam ochoty sobie przypomnieć, nie tak dawno żył szlachcic z tych, co to mają wiszącą na kołku kopię, starą tarczę, suchą chabetę i łownego charta.

Olla porida zostanie u Charchalisa zastąpiona gotowanym mięsem…

Jest to jedno z najsłynniejszych zdań na świecie.

Nie wiem, czy Maryla je rozpoznaje, czy tylko wie, że Ania znowu coś wymyśla. Znają się wprawdzie dopiero od poprzedniego wieczoru, ale dziewczynka dała się już poznać jako egzaltowana gaduła. Nieważne jednak, czy filmowa Maryla wie, że panna cytuje Cervantesa, ważne, że autorka scenariusza uznała, iż  spokojnie może użyć tego cytatu. Tym, co wiedzą, ten szczegół pozwoli się uśmiechnąć porozumiewawczo do innych, którzy też to zdanie rozpoznali, tym zaś, którzy go nie znali lub nie chciało im się pamiętać, nie utrudni ono odbioru. I tak każdy widz wie już (a być może od dawien dawna), że rudowłosy podlotek opowiada, co mu tylko ślina na język przyniesie.

To jest właśnie taka sytuacja, o jakiej pisałam niedawno we wpisie o Przyłbicy Mambrina. Tylko tam jeszcze zakładałam pewną wspólnotę wiedzy autora, tłumacza, wydawcy i czytelnika, tu zaś przeciwnie – sądzę, że mało kto rozpozna tę kwestię zwłaszcza zniekształconą wielokrotnym tłumaczeniem, zakładam wręcz, że należy ona do gatunku zabaw, jakie filmowcy chętnie serwują widzom – nie oglądając się na to, czy widz rozpoznaje to, co dostał, czy nie – zabawa w cytaty bez podania źródła. Wiesz, człowieku, twój zysk, nie wiesz, twoja strata, ale skoro nie wiesz, że nie wiesz, to nie wiesz też, że coś straciłeś. W zabawie w cytaty filmowe mistrzem jest oczywiście Tarantino, ale takie zabawy znają i muzycy, i pisarze, i dziennikarze. Cytat bez podania tzw. caption, czyli źródła, uważany jest za jedną z cech postmodernizmu, ale reguły znane były wcale nie od dziś, czego dowodem jest chociażby przyłbica Mambrina w Scenach z życia cyganerii. Najsłynniejszym polskim fragmentem literackim tego rodzaju jest scena, gdy Winicjusz widzi po raz pierwszy Ligię i mówi do niej słowami, które Odyseusz skierował do Nauzykaai. Wzrusza go, że dziewczyna mu odpowiada słowami feackiej księżniczki. Winicjusz, Petroniusz, któremu Winicjusz to opowiada, Ligia i jej wychowawcy, ale też Sienkiewicz i jego czytelnicy – wszyscy wiedzą, że chodzi o cytat z księgi VI Odysei, której autorem był Homer. Wszyscy wiedzą to tak dalece, że obciachem by było mówienie o tym. Tak jak obciachem by było powiedzenie teraz, że Ligia i Winicjusz to bohaterowie Quo vadis, a autorem Quo vadis jest Henryk Sienkiewicz. Wszystko zależy zresztą od tego, jak znane jest w danym momencie cytowane dzieło. Bo to się oczywiście zmienia. Za moich młodych lat cytowało się w rozmowie nie tylko często gęsto Balladynę, Pana Tadeusza, Trylogię i Chłopów, ale też na przykład Bolesława Chrobrego Antoniego Gołubiewa, i nie mieliśmy problemów z rozpoznaniem takich zdań jak szła pąć czy Puchała, stary chrzan. Teraz by to już było niemożliwe.

U nas “w cytaty” bawiła się cała rodzina i to przez kilka pokoleń, dopiero teraz ta rodzinna zabawa przestała bawić. Dodam zresztą dla porządku, że mojej siostry na bawiła nigdy :-), co szkoda, bo nie mam się z kim bawić.

To fantastyczne zdjęcie zostało zatytułowane: Captions, please.

Do niedawna uważało się, że na tym właśnie polega różnica między naukowcem, a wolnym duchem artystycznym – naukowiec musiał podawać źródła, na których się opierał, duch zaś mógł sobie swobodnie polatywać nad wodami, pisać, co chce, cytować, co chce i jak chce, i nic mu nie można było zrobić, oczywiście pod warunkiem, że każdy wiedział, iż to jednak są cytaty, nawet jeśli nie odróżniały się cudzysłowem lub kursywą, i że autor nie udawał, iż to tekst własny. No bo wtedy to był plagiat, a to już całkiem inna historia.

Ostatnio jednak zmienił się stosunek i do cytatu, i do plagiatu. Walter Kempowski kilkanaście lat temu atakowany o kradzież tekstów, gęsto się musiał tłumaczyć, różnym naukowcom odebrano tytuły naukowe, bo apka do wykrywania plagiatów udowodniła, że kradli czyjeś i nie przyznawali się, że kradli. Bo w nauce jest tak, że jak napiszesz, że to cytat, to korzystasz ze źródeł, a jak nie napiszesz – toś złodziej. Naukowiec musi korzystać z czyichś tekstów, bez obcych tekstów nie ma nauki. Prawdziwa praca naukowa, jak twierdzono za moich młodych lat, to 95% cytatów i 5% myśli własnej.

Tymczasem, gdy dziesięć lat temu zarzucono Helene Hegemann, autorce “skandalicznej” książki Axolotl Roadkill, że pełnymi garściami korzystała z cudzych wpisów na Facebooku, młoda kobieta tylko wzruszyła ramionami i powiedziała, że żyjemy w epoce copy & paste i nie warto tym sobie głowy zawracać. To zresztą jest zjawisko w kulturze bardzo dobrze znane. Cyrulik sewilski i Wesele Figara to tylko dwa przykłady z niezliczonych, świadczących o tym, że przez stulecia prawo do opowieści należało do tego, kto opowiadał i nikt nie zaprzątał sobie głowy problemami autorstwa. Można być może powiedzieć (ale nie wiem, nie znam się na tym), że nauka była pierwszą przestrzenią ludzkiej działalności, gdzie autorstwo okazało się ważne, a autor miał prawo domagać się, by o nim “na zawsze” pamiętano, bo czymże jest owa słynna caption, jak nie obowiązkiem pamiętania. Cervantes mógł sobie pisać, że nie ma ochoty pamiętać, jak nazywa się owa wioska w Manchy, z której wywodził się Don Kichot. Naukowiec tak nie może, a nauka jest być może ostatnim bastionem, gdzie trzeba się tego obowiązku trzymać.

Ale może już nie. Nieżyjący już niestety autor świetnych, publikowanych tu niekiedy, ironicznych wierszyków, a kuzyn mój, Jan Kozłowski, doktor nauk historycznych, napisał był kiedyś esej o drogach i bezdrożach, którymi podążają naukowcy i błędni rycerze nauki, i użył w tych rozważaniach przepięknego zdania, że (niestety) nauka “przykuła się jak Prometeusz” do skały udowodnionego faktu/ zacytowanego źródła i że mogło się to było rozwinąć inaczej.

Zasadniczo opowiadam sią za postmodernistyczną swobodą w traktowaniu cytatu – znalazłam ostatnio na FB taki tekst, który zaczynał się mądrym zdaniem, a autor napisał w nawiasie: (chyba Konwicki). Jednak tu i teraz, dla przyjemności cytowania z podaniem źródła, zacytuję dwa przykłady tego, jak radzi sobie z brakującym źródłem cytatów duch piękny i wolny:

Mitte des 17. Jahrhunderts soll im englischen Parlament ernsthaft diskutiert worden sein, die Archive des Tower of London zu verbrennen, “um jedes Gedächtnis an die Vergangenheit auszulöschen und die Lebensführung ganz von Neuem zu beginnen”, wie Jorge Louis Borges eine Stelle bei Samuel Johnson zitiert, die es mir nicht wiederzufinden gelingt.

W połowie XVII wieku miała się podobno odbyć w parlamencie angielskim całkiem serio potraktowana debata, czy by nie należało spalić wszystkich archiwów z Tower of London, “aby usunąć wszelką pamięć o przeszłości i zacząć życie całkowicie od nowa”, tak przynajmniej twierdzi Jorge Louis Borges, cytując Samuela Johnsona, czego jednak nigdy nie udało mi się odnaleźć (tłum. EMS).

Judith Schalansky, Verzeichnis einiger Verluste, Suhrkamp, wyd. I. Berlin 2018, s. 18-19.

La jeunesse, c’est béte; ce n‘est fait que pour être regrettè, powiedział nie pamiętam kto, nie pamiętam gdzie i nie pamiętam czy dokładnie tak samo. (Młodość jest głupia, nic tylko jej pożałować – tłum. Google Translator)

Tadeusz Boy-Żeleński, Przedmowa w: Henryk Murger, Sceny z życia cyganerii, Spółdzielnia Wydawnicza „Wiedza”, Warszawa 1948, s. 10

🙂

Peter Handke o utracie obrazów

Ewa Maria Slaska

O tym, jak się pojawiają w nas obrazy i o tym, jak zostały one opisane w Straconych obrazach Petera Handke

Suhrkamp, 2003

Wszyscy wiemy, że jeśli jakiś temat wydaje się nam ważny, nagle przestrzeń wokół nas zaczyna się zagęszczać i wypełniać tym ważnym dla nas tematem jak woda w płytkim stawie żabim skrzekiem. Te żabie jajka są przezroczyste, a przecież widać je wyraźnie, ba, czasem nawet gołym okiem widać maleńką kijankę w każdej grudce żabiej żelatyny. Tak na pewno ostatnio było w moim przypadku z problemem samoistnie pojawiających się obrazów. Nigdy się nad nimi nie zastanawiałam. Po prostu się pojawiały. Zawsze na krótko, na mgnienie oka, na tyle, by zobaczyć wyraźnie to, co pokazywały. Nie wywoływałam ich i nie wiem, dlaczego pojawiały się właśnie te. Dość często bywały to obrazy dokładnie sprzed roku, co by znaczyło, że przywoływały je zjawiska zewnętrzne, majowy deszcz, jasne czerwcowe noce, lipcowe żagle na tle chmur, sierpniowe rydze w lesie na stoku góry. Z reguły były też miłe i niemal zawsze bezludne. Często się powtarzały, na przykład pewna pomarańczowa ściana naprzeciwko okna hotelowego w Rzymie, albo pomalowany jak letnie niebo sufit w pewnej restauracji we Florencji. Często były prawdziwe, ale równie często były moim wyobrażeniem tego, o czym czytałam, jak np gąszcz zieleni, na który w W poszukiwaniu straconego czasu spoglądał Marcel jako młody chłopiec przez okno toalety w Combray. Te na pewno były niezmienne, nawet jeśli ponowna lektura, autentyczne zdjęcie lub, przeciwnie, wymyślony film powinny były wnieść istotne poprawki do pierwotnego obrazu. Kiedyś na przykład zrozumiałam, że widoczny na zielonych liściach ślad ślimaka był naprawdę aluzją do chłopięcej masturbacji, ale obraz jaki mi się pojawiał, nadal pokazywał mi krzak bzu i pnącze winorośli, po którym pełznie winniczek.

Właściwie pojawiały się zawsze, ale nigdy mi nie przeszkadzały. Niekiedy tylko wywoływały dojmujące uczucie niespełnienia lub niemożliwości powrotu do tego, co było, szybko jednak, nie wiadomo skąd, nadpływała myśl, iż wspaniale było zobaczyć to naprawdę.

Ostatnio jednak pojawiły się trzy powody, żeby zająć się napływającymi nie wiadomo skąd obrazami. Moja przyjaciółka Esther, opowiadając mi o swoim dzieciństwie, powiedziała, iż pierwsze 35 lat jej życia naznaczył strach. Esther urodziła się podczas wojny, a to co przeżyła, było tak straszne, że nie dane jej było doznać błogosławionej niepamięci dzieciństwa. Najstraszniejsze sceny, jakie widziała w pierwszych latach życia, usamodzielniły się i bez końca wypływały z pamięci na podobieństwo upiorów. Dopiero lata psychoanalizy i własne studia psychoanalityczne pomogły jej pozbyć się tych niechcianych obrazów.

W tym samym czasie, ale, jak mi się wydaje, niezależnie od tej opowieści, ja sama odczułam przeraźliwe zmęczenie ilością napływających do mnie obrazów. Nadal były ładne i miłe, nie groziły i nie przerażały, ale były, coraz częściej i coraz więcej. Po raz pierwszy pomyślałam, że może powinnam poczytać coś na ten temat, zapytać innych ludzi, czy też mają głowy pełne takich migawek. Może ktoś mi powie, jak zmniejszyć ich ilość i intensywność, może potrafię ograniczyć się do jednego obrazu na godzinę, bo ostatnio wydaje mi się, że widzę ich pięć albo dziesięć na sekundę. Oczywiście wiem, że po części ilość obrazów w głowie każdego z nas wzrasta wraz z upływem czasu. Może dlatego, gdy już nie można wytrzymać z ich natłokiem, popadamy w demencję? Ale z drugiej strony, co my wiemy, jakie obrazy naprawdę widzą ci, którzy żyją w demencji?

I wtedy Ela Kargol sprawiła (patrz przedwczorajszy wpis), że zaczęłam czytać Petera Handke i jest to książka o takich właśnie obrazach. Główna bohaterka powieści, finansistka, która zrobiła niebywałą karierę zawodową, dorobiła się ogromnego majątku dzięki temu, że gdy podczas trudnych negocjacji finansowych obrazy takie pojawiały się jej, jak zawsze, ni stąd ni z owąd, obrazy dodajmy, których nie można było w żaden sposób wywołać, jej osoba wypełniała się swoistym promieniowaniem, które ogarniało partnerów rozmowy, skłaniając ich do podejmowania wraz z nią ryzykownych, ale obiecujących wielkie zyski rozwiązań. I to były takie właśnie obrazy, zupełnie bez związku z tematem rozmów, ściana domu, krzak na polu, pies na podwórku. To one przyniosły jej bogactwo.

Odkładam książkę. Tak to sobie sprytnie Handke wymyślił, komentuję w duchu, dopisał taką interpretację do tego, co jest zwykłym wietrzeniem śmiecia w głowie. Ale oczywiście, dodaje moje myślące ja, szkoda, że moje obrazy nie przyniosły mi dużych pieniędzy. Po prawdzie – nie przyniosły mi żadnych pieniędzy. Nie ma się jednak co nad tym rozwodzić – nic w moim życiu nie przyniosło mi pieniędzy i już dawno przestało mi to przeszkadzać. W mojej rodzinie zawsze tak było – pieniądze, jeśli były, wnosił zapobiegliwy lub od pokoleń dobrze sytuowany współmałżonek – my natomiast nic i nigdy.

Powieść Handkego nie wprawiła mnie w zachwyt, wręcz przeciwnie – niepomiernie mnie nudziła, ale brnęłam w nią, bo skoro raz zaczęłam coś czytać, to czytam, aż skończę. Dopiero w połowie powieści (ciekawa rzecz – równo w połowie) pojawił się opis nadzwyczajnej piękności, tak piękny, że z nawiązką wynagrodził trzystakilkadziesiąt stron przedzierania się przez nudną i wydumaną prozę Handkego. To opis ostatniej wieczerzy w hotelu-namiocie (ale i samego namiotu) w nieistniejącym mieście Pedrada, w samym sercu Sierra de Gredos. Po kilkudziesięciu stronach opis się kończy, Handke wraca do swojej dziwnej prozy, w której wymądrzanie się zastępuje logikę, jaka mogłaby kierować rozwojem fabuły. U Handkego nie ma logiki, jest tylko twórczy zamysł. Autor pojawia się w swoim dziele ciągle i znienacka, jak bóg z teatralnej machiny, który jednym ruchem ręki kończy jedne wątki i zaczyna inne. Cała akcja posuwa się do przodu tylko dzięki takim niespodziewanym odgórnym interwencjom, a ich skutkiem jest najczęściej mechaniczny ruch do przodu, powodujący zmianę miejsca akcji – jazda samochodem, lot samolotem, nocna podróż autobusem, a wreszcie wędrówka. Nużąca i nudna wędrówka. Potrzebuję jeszcze następnych stu stron, żeby nagle w momencie olśnienia zrozumieć, co czytam. To, co wydaje się brakiem logiki, nieskoordynowaną bajką lub ciągnącym się w nieskończoność snem, jest opowieścią o śmierci, o tym, co dzieje się z nami, gdy już umrzemy, a nasz duch (jeszcze? a może nigdy?) się tego nie dowiedział. Przypominam sobie kilka znaczących lektur, które tego dotyczyły: Bardo Thodol, tybetańska Księga Śmierci, Totenhorn Truchanowskiego, Miasto za rzeką Hermanna Kasacka, Das Haus der Kindheit Marii Louise Kaschnitz. Teraz, gdy już rozpoznałam i logikę, i krajobraz takiej pośmiertnej wędrówki, również i powieść Handkego zaczyna mnie fascynować.
Ta wędrówka trwa z reguły 40 dni, choć na przykład Jezus był w zaświatach zaledwie trzy dni. Ale zarówno 40 jak 3 to liczby symboliczne, możliwe że czas po śmierci, podobnie jak czas snu, to ułamki sekund, które jednak mogą objąć historie powstania i upadku imperiów lub pół nocy trwające przewracanie się na drugi bok Marcela, bohatera
W poszukiwaniu straconego czasu Prousta.

Czy więc – nie skończyłam jeszcze książki, jest to zatem zaledwie przypuszczenie – tytuł powieści Handkego – Utrata obrazów – jest odpowiedzią na moje pytanie: jak się pozbyć tych obrazów, które zaśmiecają nam głowę, a odpowiedź brzmi prosto: umrzeć?

Peter Handke, Pani Dzikich Zwierząt

Ela Kargol podarowała mi na urodziny powieść Petera Handke Der Bildverlust. Odłożyłam ją gdzieś na bok, na jedną z licznych stert książek, które przeczytam w najbliższym czasie, ale czy to położyłam na tę samą stertę za dużo innych książek, czy też któryś z gości, czekając na herbatę, przejrzał książkę i odłożył ją gdzie indziej, dość, że powieść zniknęła mi z oczu na wiele miesięcy i popadła w zapomnienie. Aż pewnego dnia Ela spytała, jak mi się czytało ten baratarystyczny tekst, a ja początkowo nie umiałam sobie nawet przypomnieć, że taka książka Handkego w ogóle się pojawiła, a co dopiero, że zniknęła, skąd więc w ogóle mogłam wiedzieć, że to tekst baratarystyczny…

Oczywiście, gdybym się choćby pobieżnie przyjrzała temu, co wzięłam do ręki i odłożyłam, to zauważyłabym podtytuł: oder Durch die Sierra de Gredos. Nie skojarzyło by mi się to z Don Kichotem, ale z Hiszpanią już tak, a to zawsze asumpt, żeby sprawdzić, czy Don Kichote tu jest, i Sancho Pansa, no i oczywiście Barataria. Ale nie zrobiłam tego wówczas, tylko dopiero teraz, w czerwcu 2020 roku.

Handke twierdzi, że Sierra de Gredos to te góry, przez które wędrują Don Kichote i Sancho Pansa. Po polsku jednak pan i giermek błąkają się po Sierra Morena, czyli tam, gdzie w 200 lat później Jan Potocki wyśle następcę Don Kichota, Alfonsa Van Wordena, podążającego do Madrytu (wiem, wiem, opowieść oczywiście znaleziona została w Saragossie), co mu się przez wiele tygodni nie udaje… i tak dalej (można zresztą zajrzeć TU), albo obejrzeć film Hasa z Cybulskim i Czyżewską (TU). Sprawdzam, ale rzeczywiście słowo Gredos nie pojawia się w polskim tekście ani razu. W hiszpańskim też nie. Być może zresztą, że w niemieckim też nie (nie ma w internecie darmowego pdfa z powieścią Cervantesa) i że to wszystko wymyślił sam Handke, a krytycy, nie sprawdzając, to podchwycili. To by nawet do niego pasowało, taki szelmowski żart, przy zachowaniu jak najpoważniejszej miny.

Czy to zresztą ważne, które to góry?

Zanim jednak przejdę do wrażeń z lektury, dwie uwagi o myślach, które ją poprzedziły.

Zacznę od tej, którą wywołały recenzje powieści Handkego. Nie czytałam ich zbyt uważnie, nie lubię, żeby mi ktoś mówił, co mam myśleć. Przerzuciłam je w sieci, chciałam bowiem zobaczyć, co Ela miała na myśli, gdy mi powiedziała, że prezent od niej to powieść baratarystyczna. Przeczytałam więc to i owo, i zamyśliłam się głęboko.

Bo że chodzi o naśladownictwo Don Kichota jest oczywiste i wielu recenzentów o tym pisze. To nie jest nic specjalnie dziwnego – naśladownictw Don Kichota były setki. Wszystkie najważniejsze motywy i tematy literackie, a Don Kichot do nich należy, podobnie jak Sancho Pansa i Barataria, powtarzają się co pokolenie, niekiedy nawet wielokrotnie. To zrozumiałe, bo motywy mogą być uniwersalne, ale my, czytelnicy i czytelniczki, zawsze będziemy potrzebować aktualnych interpretacji. Wydaje mi się jednak, że w dzisiejszych czasach coś się zmieniło na dobre i że w XX / XXI wieku nowe wersje opowieści o człowieku, który ucieka od establishmentu, wędruje, przeżywa przygody i powodowany szlachetnymi intencjami walczy o wolność i prawo do miłości, marzeń i sprawiedliwości, zostały dodatkowo udziwnione.

Ale może to nie udziwnienie, tylko prorocza wizja.

U Salmana Rushdiego Don Kichot wymyśla sobie swojego syna, ożywia tę wymyśloną postać, uczłowiecza ją coraz bardziej, jednocześnie jednak pokazując mu jej miejsce w strukturze rodziny patriarchalnej – syn ma być giermkiem ojca, oczywiście nie chce się na to zgodzić, jak każdy nastolatek, i w końcowej części książki, to on jest buntownikiem, a Don Kichot nudnym mieszczuchem. U Handkego Don Kichot będzie kobietą i to najbardziej abstrakcyjną postacią kobiecą, jaką mężczyzna-pisarz może sobie wydumać. To istota przeciwnej płci, o przeciwnych sposobach zarobkowania (odnosząca niewiarygodne sukcesy finansowe bankierka) i całkowicie przeciwnych zainteresowaniach (pełne uczuć i pasji życie kobiety kontra pisarz intelektualista czerpiący podnietę głównie z własnego rozumu, a zatem brzuch i serce kontra głowa i duch). Ba, bohaterka Handkego już na samym początku powieści nabiera cech boskich, staje się współczesną Panią Dzikich Zwierząt, otaczają ją ważki, jeże i nietoperze. Pisarz staje się “tylko” giermkiem swojej bohaterki i byłoby to oryginalne, gdyby nie fakt, że Handkemu oczywiście nie można ufać, bo to autor, który nie opisuje życia tylko byty wymyślone. Nie troszczy się nawet specjalnie o wiarygodność swych rozumowych cyborgów. U Juana Lopeza Bauzy Don Kichot jest wprawdzie wciąż jeszcze białym mężczyzną, ale już Sancho Pansa jest czarny.

Czy następny autor (a może raz wreszcie autorka) napisze  Don Kichota, który będzie czarną kobietą, jak w tym wpisie sprzed kilku dni, który zatytułowałam cytatem z pieśni Salomona: Nigra sum, sed formosa. Czarna jestem, ale piękna.

Czy to wszystko są tylko twory męskiego umysłu, czy rzeczywiście zmierzamy w kierunku świata, gdzie dzieci będą naszymi własnymi klonami, kobiety przejmą wszystkie najważniejsze role społeczne, a ludzie o czarnej skórze będą odgrywali taką samą rolę jak ludzie o skórze białej? Czy Rushdie, Bauza i Handke udziwniają czy prorokują?

Bo jak tylko udziwniają, to nie lubię takiej literatury. Ale co, jeżeli wiedzą?

Wiem, pamiętam, najpierw podzielę się z Wami jeszcze jedną moją myślą, a potem opowiem o książce. Ale tego, co dotąd napisałam, już i tak wystarczy. Ciąg dalszy jutro.

Przepraszam – jednak nie jutro, tylko pojutrze.

Joycearia (II)

Arkadiusz Łuba

Wie viel Don Quixote steckt in Lew Nikolajewitsch Myschkin und in Leopold Bloom

Nein, ich bin weder Cervantes- noch Don Quixote-Spezialist, dennoch fühle ich mich gezwungen, ein paar Worte über das Thema zu schreiben, da der hier genau vor einer Woche (im Post mdT: Jezus czyli ten Idiota Don Kichot (Barataria)) einbezogene James Joyce doch einer meiner Spezialgebiete ist und ich – mehr oder weniger – Pate Ewas Lektüre von Margaret Churchs Structure and theme – Don Quixote to James Joyce (und von James Joyces Finnegans Wake, wo sie nach „Sin Showpanza“ – FW 234.6 – und „dulsy nayer“ – FW. 234.23 – gesucht und es zuerst in Churchs Buch gefunden hat) bin.

In dem Buch von Margeret Church selbst habe ich keine direkte Referenz zu dem Fürsten Lew Nikolajewitsch Myschkin, dem Titelprotagonisten von Fjodor Dostojewskis Der Idiot, gefunden. Ein einziges Mal erwähnt sie dieses Buch (auf der Seite 85) und selbst dort tut sie es im Kontext von Die Brüder Karamasow. Sie beruft sich in ihrem Vorwort (und analysiert es auch in einem der Kapitel) auf Die Brüder Karamasow und seine [die des Romans] Protagonisten: „The structures of the novels that I discuss in the following pages provide a means of perspective on the development of the genre since Don Quixote and an ongoing thesis for this book. […] They [the novels – A. Ł.] are all tied together, as the title of the book [Structure and theme – Don Quixote to James Joyce] suggests, by the quixotic nature of characters in each one from Parson Adams, to Werther, to Emma Bovary, to Dmitri and Ivan Karamazov, to Raskolnikov and K., to Settembrini, and to Leopold Bloom, and by themes and techniques that also relate to the Quixote” (S. ix, x), also auf Deutsch: „Die Strukturen der Romane, die ich auf den folgenden Seiten untersuche, bieten einen Einblick in die Entwicklung des Genres seit Don Quixote und eine fortlaufende These für dieses Buch. […] [Die Romane] sind alle miteinander verbunden, wie der Titel des Buches [Struktur und Thema – Don Quixote bis James Joyce] suggeriert, durch die quixotische Natur der Charaktere in jedem einzelnen von Parson Adams über Werther, Emma Bovary, Dmitri und Ivan Karamasow, Raskolnikov und K., Settembrini und Leopold Bloom sowie durch Themen und Techniken, die sich auch auf den Quixote beziehen“ [alle Übersetzungen ins Deutsche, wenn nicht anders angegeben, von mir; meine Hervorhebung – A. Ł.].

Don Quixote wird von Church meistens kursiv geschrieben und als Titel eines prägenden Romans verstanden. Relativ selten bezieht sie sich auf die Figur Quixotes. Im Vordergrund stehen die Struktur und das Thema, die sich auf Cervantes‘ Roman beziehen, und nicht auf dessen Charaktere. –> „In Don Quixote, the ancestor, so to speak, of all fictions and of all metafictions, we find close and complex correlations between the structure of the book, the psychological development of the hero, and consequently, psychological theory, both Renaissance and modern. In fact, it is impossible to separate in Don Quixote intrinsic matters from extrinsic. On the one hand, Don Quixote is a statement about human behavior, psychology if you will, about the relationship of the individual to his society and to himself. On the other, it is a novel fully responsive to literary history, and it may be experienced simply as fiction” (S. 4). Zu Deutsch: „In Don Quixote, dem – sozusagen – Vorläufer aller Romanen und aller Metafiktionen [meine Hervorhebung – A. Ł.], finden wir enge und komplexe Zusammenhänge zwischen der Struktur des Buches, der psychologischen Entwicklung des Helden und folglich der psychologischen Theorie sowohl der Renaissance als auch der Moderne. Gewiss, es ist unmöglich, in Don Quixote intrinsische [also von innen her, aus eigenem Antrieb, stammende – A. Ł.] Angelegenheiten von extrinsischen [also von den von außen her anregenden, nicht aus eigenem innerem Antrieb folgenden – A. Ł.] zu trennen. Einerseits ist Don Quixote eine Aussage über menschliches Verhalten, Psychologie, wenn Sie so wollen, über die Beziehung des Individuums zu seiner Gesellschaft und zu sich selbst. Auf der anderen Seite handelt es sich um einen Roman, der voll und ganz auf die Literaturgeschichte eingeht und einfach als Fiktion erlebt werden kann.“ Zu stark scheint mir am Anfang von Ewas Post ihre Behauptung, dass Church Don Quixote (ohne die Kursivschrift, also den Protagonisten) „mit Sicherheit für das Vorbild von Prinz Leo Nikolaevich Myshkin“ hält (orig.: „Z całą pewnością, twierdzi autorka, był wzorem księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina“). So eine starke Behauptung habe ich bei Church nirgendswo gefunden.
Vorbilder in diesem Sinne interessieren Church weniger als die „structure and theme“ der post-renaissanceschen Romane und deren moderne Entwicklung: Während „die innere Welt von Don Quixote sich in den Strukturen widerspiegelt, die Cervantes seinem Roman gibt“ (orig.: „The inner world of Don Quixote is mirrored in the structures Cervantes gives his novel“, S. 185), „geben die philosophischen, religiösen und psychologischen Spannungen der Charaktere Dostojewskis langen Werken Ordnung und Form“ (orig.: „the philosophical, religious, and psychological tensions of characters give order and form to Dostoevsky’s long works“, ebd.).

In ihrem Nachwort zu Der Idiot führt die Übersetzerin des Buches, Elisabeth Kaerrick (unter dem Pseudonym „E. K. Rahsin“), aus: Die von Dostojewski in seinen Entwürfen als „Fürst Christus“ bezeichnete und von Aglaja als „armer Ritter“ bespöttelte Mittelpunktgestalt, die als Gravitationszentrum alle Handlungen auf sich zieht, wird wegen ihrer komisch wirkenden, aber Sympathie ausstrahlenden Aktionen u. a. mit Cervantes Don Quixote verglichen, allerdings von Interpreten auch von ihm unterschieden, denn seine Charakterisierung folge nicht einem einfachen Gut-Böse-Schema: „Fürst Myschkin ist im Wesentlichen weder ein Don Quixote, noch schön und gut nur aus Güte, und beileibe kein ‚Demokrat’ […] ist auch kein Parzival oder ein Pestalozzi, sondern ist ein echter Dostojewski“ (E. K. Rahsin: Nachwort. In: F. M. Dostojewski: Der Idiot. Piper Verlag: München-Zürich 1980, S. 955). An einer Stelle schreibt Margaret Church sogar: „common factors in novels of different eras often abrogate time altogether so that Leopold Bloom or Settembrini or Emma Bovary may be seen to precede or to influence” Don Quixote“ (S. 4), also auf Deutsch: „Einige gemeinsamen Faktoren verwischen oft die Zeitunterschiede in Romanen verschiedener Epochen, so dass Leopold Bloom, Settembrini oder Emma Bovary Don Quixote vorausgehen oder ‚inspirieren‘ können“. Oder mit Worten von Jorge Luis Borges aus seinen Labyrinths: Selected Stories and Other Writings: „Jeder Schriftsteller entwirft sich seine eigenen Vorgänger“ (S. 201).

Auch im Falle Joyce ist der Einfluss Don Quixotes (wieder als Charakter verstanden) gering. Der irische Autor hat sich dazu selbst geäußert. Warum sollte man nicht zu allererst dem Autor glauben, bevor man zu Wissenschaftlern greift?! Joyce erzählte seinem Sprachschüler Georges Borach von seinem Buch, und dieser notierte in seinem Tagebuch: „Das schönste, alles umfassende Thema ist die Odyssee. Es ist größer, menschlicher als Hamlet, Don Quichotte, Dante, Faust. Das Jungwerden des alten Faust berührt mich unangenehm. Dante ermüdet rasch, wie wenn man in die Sonne blicken würde. Die schönsten, menschlichsten Züge enthält die Odyssee. Ich war zwölf Jahre alt, als wir in der Schule den Trojanischen Krieg behandelten, nur die Odyssee blieb mir haften. Ich will aufrichtig sein, mit zwölf Jahren gefiel mir am Ulysses das Mystische. Als ich Dubliners schrieb, wollte ich zuerst den Titel Ulysses in Dublin wählen, kam aber davon ab. In Rom, als ich ungefähr die Hälfte des Porträt vollendet hatte, sah ich ein, dass die Odyssee die Fortsetzung sein musste, und ich begann Ulysses zu schreiben.
Warum kam ich immer wieder auf dieses Thema? Gegenwärtig »nel mezzo del’cammin«, ist für mich der Stoff des Odysseus der menschlichste der Weltliteratur: Odysseus wollte nicht nach Troja ziehen, er wusste, dass der offizielle Kriegsgrund, Ausbreitung der Kultur Hellas‘, nur Vorwand war für die griechischen Kaufleute, die neue Absatzgebiete suchten. Als die Aushebungsoffiziere kamen, war er gerade beim Pflügen. Er stellte sich irrsinnig. Sein zweijähriges Söhnchen legte man ihm darauf in die Furche. Vor dem Kind hält er mit dem Pflug. Beachten Sie die Schönheit der Motive: der einzige Mann auf Hellas, der gegen den Krieg ist, und der Vater. Vor Troja verbluten die Helden umsonst. Man will abziehen. Odysseus ist dagegen. Die List des hölzernen Pferdes. Nach Troja spricht man nicht mehr von Achilleus, Menelaos, Agamemnon. Nur einer ist nicht erschöpft, seine Laufbahn hat kaum begonnen: Odysseus.
Dann das Motiv der Irrfahrt. Scylla und Charybdis, welch herrliches Gleichnis! Odysseus ist auch ein großer Musiker, er will und muss hören, er lässt sich an den Mastbaum binden. Motiv des Künstlers, der lieber sein Leben opfern will, als zu verzichten. Dann der köstliche Humor des Polyphemos. »Olus« ist mein Name. Auf Naxos der Fünfzigjährige, womöglich kahlköpfig, mit Ariadne, der kaum siebzehnjährigen Jungfrau. Welch feines Motiv. Und die Rückkehr, wie tief menschlich. Vergessen Sie nicht den Zug der Großmut bei der Begegnung mit Ajax in der Unterwelt und noch viele andere Schönheiten. Ich fürchte mich fast, ein solches Thema zu behandeln, es ist zu gewaltig.“

Seinem besten Freund in Zürich, Frank Budgen, erzählte Joyce, er schreibe ein Buch, das sich auf die Odyssee stütze, aber achtzehn Stunden aus dem Leben eines Zeitgenossen schildere. Es fiel ihm ebenso schwer, Budgen das vielseitige Wesen eines Helden zu verdeutlichen, wie seinerzeit gegenüber Borach: »Sie scheinen viel gelesen zu haben, Herr Budgen«, sagte er. »Ist Ihnen von irgendeinem Dichter ein lückenloser Allroundcharakter bekannt?« Als Budgen Christus nannte, wandte Joyce ein: »Er war Junggeselle und lebte nie mit einer Frau zusammen. Das Zusammenleben mit einer Frau ist aber zweifellos etwas vom Schwierigsten, was ein Mann tun muss, und das hat er nie getan.«
»Und wie steht‘s mit Faust«, fragte Budgen, »oder Hamlet?« »Faust«, sagte Joyce, »ist weit davon entfernt, ein ganzheitlicher Mensch zu sein; er ist überhaupt kein Mensch. Ist er ein alter oder ein junger Mann? Wo ist sein Heim, wo seine Familie? Wir wissen es nicht. Und er kann nicht ganzheitlich sein, weil er nie allein ist. Immer ist ihm Mephistopheles an der Seite oder auf den Fersen. Wir bekommen viel von ihm zu sehen, das ist aber auch alles.«
»Ihr ganzheitlicher Mensch in der Literatur ist wohl Odysseus, nehme ich an?«
»Ja«, sagte Joyce. »Der alterslose Faust ist kein Mensch. Aber Sie haben eben Hamlet erwähnt. Hamlet ist ein Mensch, aber er ist nur ein Sohn. Odysseus ist der Sohn von Laertes; aber er ist auch der Vater Telemachs, der Gatte der Penelope, der Geliebte Calypsos, der Waffengefährte der griechischen Helden vor Troja und der König von Ithaka. Er hatte viele Schicksalsschläge zu erdulden, überwand sie aber alle durch Weisheit und Mut. Vergessen Sie nicht, dass er ein Drückeberger war, der sich dem Militärdienst durch vorgeschützten Irrsinn zu entziehen versuchte. Er hätte vielleicht nie zu den Waffen gegriffen und wäre nie nach Troja gezogen, wäre nicht der griechische Aushebungsoffizier klüger gewesen als er und hätte den jungen Telemach vor den Pflug gelegt, während Odysseus das Sandufer pflügte. Als er aber einmal im Krieg war, wurde aus dem Kriegsdienstverweigerer ein Jusqu‘au-boutist. Als die anderen die Belagerung aufgeben wollten, war er es, der weiter auszuharren beabsichtigte, bis Troja gefallen wäre.« Dann fuhr er fort: Noch etwas: Die Geschichte des Odysseus hörte mit dem Ende des Trojanischen Krieges noch nicht auf. Sie begann erst, als die anderen griechischen Helden zurückkehrten, um den Rest ihres Lebens friedlich zu verbringen. Und dann« – Joyce lachte – »war er auch der erste Gentleman in Europa. Als er nackt vortrat, um die Junge Prinzessin zu begrüßen, verhüllte er vor ihren jungfräulichen Augen jene Teile seines von Meerwasser durchnässten und von Kletten überdeckten Körpers, auf die es ankam. Er war auch ein Erfinder. Der Panzer ist seine Schöpfung. Hölzernes Pferd oder Eisenkasten – das spielt keine Rolle. Beides sind Hüllen, die bewaffnete Krieger enthalten.«
»Was verstehen Sie dann«, fragte Budgen, »unter einem ganzheitlichen Menschen? Wenn zum Beispiel ein Bildhauer [Budgen war einer – Anm. A. Ł.] die Gestalt eines Menschen schafft, dann ist dieser Mensch ganz, dreidimensional, aber nicht notwendigerweise ganzheitlich in einem idealen Sinne. Alle menschlichen Körper sind unvollkommen, auf irgendeine Weise begrenzt, auch die Menschenwesen. Ihr Odysseus aber…«
»Der ist beides«, sagte Joyce. »Ich sehe ihn von allen Seiten, und deshalb ist er ganz im Sinne Ihrer Bildhauerfigur. Aber er ist ebenfalls ein ganzheitlicher Mensch – ein guter Mensch.«“ [alle Quellen zu James Joyce stammen aus: Richard Ellmann: James Joyce. Revidierte und ergänzte Ausgabe, betreut von Fritz Senn in Zusammenarbeit mit den Übersetzern Albert W. Hess, Klaus Reichert und Karl H. Reichert. Suhrkamp: Frankfurt am Main 1994.]

Bezogen auf Structure and Theme fasst Church zusammen: „In den Romanen von James Joyce findet man eine psychologische Struktur, die auf dem Viconischen System basiert und außerhalb der Werke liegt, aber von Joyce so geformt und neu gestaltet wurde, dass sie zu einem inneren Muster der Entwicklung seiner Protagonisten wird, beginnend mit dem Alter, in dem die Eltern dominieren, übergehend in die Pubertät und ihre Anpassungen, dann zur Reife und zu einer Rolle in der Gesellschaft, bis hin zu einem einschlagenden Blitz, wo man wie ein Phönix aus der Asche aufsteigen muss, um neu zu beginnen, »ein Commodius Vicus der Rezirkulation«“ (orig.: „In the novels of James Joyce, we find a psychological patterning, based on the Viconian system, exterior to the works but molded and redesigned by Joyce so that it becomes an interior pattern of the development of his protagonists, beginning with the age when parents dominate, moving to adolescence and its adjustments, then to maturity and a role in society, until lightning strikes and one must phoenix-like rise from ashes to begin anew, “a commodius vicus of recirculation“ (S. 185).

Die hier skizzierte Problematik schöpft weder das polemische noch das wissenschaftliche Potenzial der Frage „Wie viel Don Quixote steckt in Lew Nikolajewitsch Myschkin und in Leopold Bloom?“ aus und sollte hier als erste Anregung zu einer vertieften, gründlichen, komparatistischen Quellenforschung gelesen werden. Aber wen interessiert das schon außer ein paar besessene Anbeter?! 😉

Um es mit – wiederum – einem polnischen Schriftsteller abzuschließen, der u.a. durch sein Ferdydurke bekannt wurde und woraus auch folgender Zitat stammt:

„Schluss und Punktum!
Wer es las, der ist dumm!“

pozdrawiam
wiadomo kto 😉

Jezus czyli ten Idiota Don Kichot (Barataria)

Współczucie jest najważniejszym, a może jedynym prawem istnienia całej ludzkości.
Fiodor Dostojewski, Idiota, s. 256, przekład Jerzy Jędrzejewicz

Czułość jest najskromniejszą odmianą miłości.
Olga Tokarczuk, Wykład noblowski, str. 24

Ewa Maria Slaska

Prefiguracje i naśladownictwa

Czytam sobie tę książkę, Structure and Theme. “Don Quixote” to James Joyce Margaret Church, amerykańskiej literaturoznawczyni, ale, jak to w nauce anglosaskiej – piszącej przystępnie i zrozumiale. Church stawia tezę, że Don Kichot, pierwszy prawdziwy bohater powieściowy na świecie, był prefiguracją wszystkich ważnych, uniwersalnych bohaterów literackich. Z całą pewnością, twierdzi autorka, był wzorem księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina, tego bożego pomyleńca, epileptyka, który ogląda świat oczami dziecka, widzi zatem, że król jest nagi.

No cóż, nie ma wyjścia, trzeba sięgnąć do Idioty, co jest właściwie całkiem interesującym zadaniem, bo nie czytałam tej książki ze 40 lat i oczywiście niewiele pamiętam. Albo nic. Oprócz tego, iż wiadomo było, że stłucze wazę. I stłukł.

Pewnego dnia książę pisze niespodziewanie liścik do swojej kuzynki, Agłai Jepanczyn.

Kiedyś zaszczyciła mnie Pani swoim zaufaniem. Może teraz Pani o mnie całkiem zapomniała. Jak się to mogło stać, że piszę do Pani? nie wiem: ale uczułem nieodparte pragnienie, żeby przypomnieć Pani o o sobie, właśnie Pani. Tak często wszystkie trzy panie były mi potrzebne, ale ze wszystkich trzech widziałem tylko Panią. Pani mi jest potrzebna, bardzo potrzebna. Nie mam nic do napisania o sobie, nic do opowiedzenia. Zresztą nie o to mi chodzi: strasznie bym chciał, żeby Pani była szczęśliwa. Czy Pani jest szczęśliwa? Tylko to chciałem Pani powiedzieć.

Brat pani ks. L. Myszkin.

Przeczytawszy ten króciutki i dosyć bezsensowny liścik. Agłaja nagle się zarumieniła i zamyśliła. Trudno by było odtworzyć bieg jej myśli. Między innymi spytała siebie: “Czy pokazać komukolwiek?” Było jej jakoś wstyd. Na koniec zresztą z drwiącymi i dziwnym uśmieszkiem wrzuciła liścik do swego stolika. Nazajutrz znowu go wyjęła i włożyła do grubej, oprawnej, z mocnym grzbietem książki (zawsze tak robiła ze swoimi papierami, żeby je w razie potrzeby móc szybko znaleźć). I dopiero po tygodniu przypadkiem spostrzegła, co to była za książka. Był to Don Kichot z La Manczy. Agłaja strasznie się uśmiała – nie wiedzieć czego.

Str. 212

Ale już kilka stron dalej Agłaja Jepanczyn potwierdzi i to w obecności wielu osób, w tym samego księcia, że i ona, i wielu innych widzą w nim uosobienie Don Kichota, a zarazem puszkinowskiego Biednego rycerza, który zresztą, co tu dużo gadać, jest Don Kichotem.

Aleksander Puszkin

Żył na świecie rycerz biedny
tłumaczył Julian Tuwim

Żył na świecie rycerz biedny,
Małomówny, prosty, twardy,
Z twarzy chmurny był i szpetny,
Duchem śmiały i otwarty.

Miał on kiedyś przywidzenie
Ponad rozum i pojęcie
I głębokie zachwycenie
Tkwiło w sercu i pamięci.

Od tej chwili duszą spłonął,
Na kobiety patrzeć przestał
I do żadnej, aż do zgonu,
Już się słowem nie odezwał.

Szyi szarfą nie okręcał,
Lecz różańcem, a przyłbica,
Gęstą kratą nasunięta,
Osłaniała jego lica.

Cudownemu wierny snowi,
Tchnąc miłością czystą, jasną,
A.M.D. na tarczy swojej
Rycerz krwią nakreślił własną.

I w pustyniach Palestyny,
Gdy po piasku i kamieniach
W bój pędzili paladyni,
Sławiąc damy swe z imienia,

– Lumen coeli! Sancta Rosa! –
Krzyczał dziki, opętany,
Gromem wpadał w bój i groza
Z nóg waliła muzułmany.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Sceny z czasów rycerskich, 1835

Cóż, możnaby domniemywać, że książę uważany jest za Don Kichota dzięki owej, wynikającej z choroby, dziecinnej naiwności, jaką kieruje się w życiu, ale nie, bo na przykład na str. 313 jeden z bohaterów powieści, mówi, iż wszyscy wiedzą, że książę kieruje się w życiu rycerskimi poglądami co do obowiązków honoru i sumienia. O ile jednak książę sam kieruje się szlachetnością, to jednocześnie potrafi zrozumieć wszelkie ludzkie zachowania, każdą podłość, niegodziwość i słabość. Wszystko zrozumie, wyjaśni i wybaczy. Wdzi człowieka na wylot, i słowa, i czyny, i kłamstwa, i prawdę.

Zamiast niezwykłych przygód z owczarzami, pokutnikami i galernikami, księciu przydarzają się dziwaczne i niepojęte przygody z ludźmi, z których każdy chce go oszwabić lub wyśmiać, a prędzej czy później będzie zabiegał o jego przyjaźń, miłość i wybaczenie. Każda z tych historii kończy się podobnie: książę rozumie intencje szalbierza, wybacza je, ba, sam prosi o wybaczenie, robi to jednak niezręcznie, a może nawet wręcz obraźliwie i w końcu gotów jest za niezręczność tego przebaczenia zapłacić, przy czym te pieniądze są równie nierealne, co cięgi, jakie zbierają Don Kichot i Sancho Pansa. Jest to gruncie rzeczy ciągle ta sama opowieść, szkatułkowa i lustrzana. Renesansowa opowieść o przygodach ostatniego błędnego rycerza jest parodią traktowanych całkiem na poważnie średniowiecznych przygód króla Artura i jego rycerzy i powtarza się w Don Kichocie w kilkudziesięciu wersjach. Podobnie przygody księcia Lwa Nikołajewicza Myszkina w XIX-wiecznej Krainie Oszustów są wciąż i od nowa tą samą opowieścią, tylko że XIX-wieczni rozbójnicy zabijają plotkami, intrygami i machlojkami. Obu bohaterów dzieli 300 lat i… kobieta. Jest ona w renesansie zaledwie symboliczną figurą, w XIX wieku stanie się jednak złowrogą animą wszelkich poczynań. Jest młodą i piękną nierządnicą, prostytutką, kobietą lekkich obyczajów, utrzymanką, a jej siła polega na tym, że potrafi opanować nie tylko lubieżników, ale przede wszystkim – uczciwych, szlachetnych i inteligentnych mężczyzn. Andreas Leverkühn zostaje na całe życie zarażony syfilisem przez prostytutkę Esmeraldę hetaerę, Swann traci dziesięć lat życia dla Odetty, kobiety, którą każdy mógł mieć, ale która jego właśnie nie chciała. I nawet, jak to sam sceptycznie przyznaje, właściwie wcale mu się nie podobała. Rosa Fröhlich, czyli Błękitny Anioł doprowadza do upadku profesora Unrata. Szlachetny i naiwny książę Myszkin staje się ofiarą manipulacji ze strony Nastazji Filipowny, i tak dalej, i tak dalej…

Inne jest też uwikłanie księcia Myszkina w uczucia dwóch kobiet, tej jednej – dobrej i porządnej, acz złośliwej, i tj drugiej – nierządnicy i obłąkanej. Książe kocha je obie i obie traci. Obie kochają w nim to samo – dziecięcą uczciwość i szlachetność. Agłaja Jepanczyn uświadamia to sobie, czytając na głos, w salonie, przy ludziach wiersz Puszkina o biednym rycerzu. Nikt podczas tego pierwszego głośnego czytania nie uświadamia sobie, że to wiersz proroczy i że wszystko już zostało w nim powiedziane.

Gdy w rodzinne wrócił strony,
Wiódł surowe dni jak więzień,
Wciąż milczący, wciąż strapiony,
Aż samotnie zmarł w obłędzie.

Tak będzie i z księciem, który chory wyjedzie z powrotem do Szwajcarii i tam umrze.

 

Z dala od Baratarii (Joyce)

Michałowi, który mi osiem lat temu podarował tę książkę

Od momentu, gdy ukazał się TEN wpis, wszyscy wiedzą, że ja, zagorzała czytelniczka Marcela Prousta, dopuszczam się zdrady i czytam Joyce’a, i to do poduszki. No, ale co zrobić, trzeba było wykonać postawione mi przed nosem zadanie joyce’ologiczne i znaleźć, gdzie JJ z całą pewnością odwołuje się do Cervantesa. 

Po dwóch tygodniach znalazłam. I to na jakiej pięknej stronie: 234! 

Ewa Maria Slaska

But, Sin Showpanza, could anybroddy which walked this world with eyes whiteopen have looked twinsomer than the kerl he left behind him? Candidatus, viridosus, aurilucens, sinelab? Of all the green heroes everwore coton breiches, the whitemost, the goldenest! How he stud theirs with himselfs mookst kevinly, and that anterevolitionary, the churchman childfather from tonsor’s tuft to almonder’s toes, a haggiography in duotrigesumy, son soptimost of sire sixtusks, of Mayaqueenies sign osure, hevnly buddhy time, inwreathed of his near cissies, a mickly dazzly eely oily with looiscurrals, a soulnetzer by zvesdals priestessd, their trail the tractive, and dem dandypanies knows de play of de eyelids, with his gamecox spurts and his smile likequid glue (the suessiest sourir ever weanling wore), whiles his host of spritties, lusspillerindernees, they went peahenning a ripidarapidarpad around him, pilgrim prinkips, kerilour kevinour, in neuchoristic congressulations, quite purringly excited,rpdrpd, allauding to him by all the licknames in the litany with the terms in which no little dulsy nayer ever thinks about implying except to her future’s year and sending him perfume most praypuffs to setisfire more then to teasim (shllwe help, now you’ve massmuled, you t’rigolect a bit? yismik? yimissy?) that he, the finehued, the fairhailed, the farahead, might bouchesave unto each but everyone, asfar as safras durst assune, the havemercyonhurs of his kissier licence. Meanings: Andure the enjurious till imbetther rer. We know you like Latin with essies impures, (and your liber as they sea) we certney like gurgles love the nargleygargley so, arrahbeejee, tell that old frankay boyuk to bellows upthe tombucky in his tumtum argan and give us a gust of his gushy old. Goof!

Ale czy, Sin Pumppanza, ktokolbud kto brodził po świecie z szeroko otwartymi białkami mógł wyglądać braciej dwurodnie niż chłopczyna którą zostawił za sobą? Candidatus, viridosus, aurilucens, sinelab? Wśród glauckich herosów elladykolwiek cotona sobie mieli grynczesy, ten najbielszy, ten najzłotszy! Chodząca kewinność, jak pan muk stał, ob anterewolucjonista, dzieciojciec duchowny z góry mig do dołu, z kępy tonsora do stóp jałmużnika, hageografia duotrigesumy, syn sześćkiełsiątego słońca, synocóra Majarani, najwyższy ciąż za buddym razem, kolony wiatużkiem siorcyzów, o mikle lśniącej, olejnie wijnej luz kareolo włosów, soulnetzer zwiazdowany przez gwiestalki, trele ich traktów, już dam dandypanie wie jak dam powiekami grać, kogut ostrogut, klej płynny funt śmiech (suessłodszy sourir dzidzikolwiek wydany), hetman sfery boskiej, lusspillerinokolan, piejących mu peahenny  ripidarapidarapadokoła, przywódca pielgrzyma, kerilour kevinour, wrzaskon gresulacji neuchorystyczny, w mraukotnym podnieceniu rpdrpd, a luznym wielbiących przezliskami z litanii terminów, których żadna dulsyne ani myśli dać do dorozumienia, chyba że zaroczona przyszłej małżowinie, kadzących mu puffumami, nie tyle by go rozdrażnić ile rozpalkoić (msze pomóc, że masz mało, ci ręko letko? jesmak? jimosze?) że on, tak pięknobarwny, tak jasnogłosy, tak przedniogłowy, mógłby ułaskawić każdą a nie jedną ustce raz, asfaras safrse dać assunt, zmiłuj się nad niami, licencją na całowanie. Wiemy że lubisz łacinę z esskimi jej zanieczyszczeniami, (jak i swój liber jak morze widome) pewnie jednak lubimy gulglęta kochamy narglegarglej więc dalej, arrabojże, rzeknij temu frank staremu bojkowi żaby duł miechy a tamtem przez trombielki orgament palnął nam porywkę ze starej polewki. Gupstwo!

Ufff. Poszukałam, przeczytałam, przepisałam. Veni, vidi, vici. A teraz już chciałabym pójść z powrotem do Prousta, ale nie mogę, bo jak się raz wciągnęłam w tę historię, to bym chciała się jeszcze dowiedzieć, o co chodzi? Joyce’olog mi wyjaśnił, że to powieść jak globus (jakoronawirus?), rozrasta się kuliście we wszystkie strony (zaprawdę pandemiamwam – corona), a przy tym każde słowo (fraktale! fraktale! duże takie same jak male) podobnie rozrasta się kuliście od centrum, jeśli więc jest giermek i pansa, to jest i pan jego polski, i brzuch łaciński, i angielski bratek pansy (co i geja oznaczy) i francuski myśliciel zdziczały (dziki bratek – pensee sauvage). 

Jako czytelniczka powiem jednak, że ok, rozumiem globalny globusowy zamysł makrokosmiczny i rozumiem haikopodobne zabawy z każdym słowem, ale nie rozumiem tego, co pomiędzy, nie wiem, co tam się dzieje i to mnie deprymuje. Bo jednak chciałabym zrozumieć, co się zawarło w umyśle autora między tym, co makro i tym, co mikro, czyli co oberżysta i jego córka i synowie robią w trakcie tej liczącej dokładnie 628 stron powieści (polskie tłumaczenie Krzysztofa Bartnickiego, wydane przez Ha!Art, też liczy tyle samo stron, i każda strona po polsku odpowiada – no, powiedzmy, prawie odpowiada – stronicy po angielsku). I jak już myślę, że wiem, że wstają, gotują, jedzą, przyjmują gości, idą do teatru, to mi się to wszystko rozpikselowuje, rozpada jak na obrazach impresjonistów, i już widzę tylko, jak straszni mieszczanie u Tuwima, nie świat i czas, i czasoprzestrzeń, tylko, że Staś, że dom, że drzewo… I odsuwam zrezygnowana to tomiszcze, myśląc, ach, Proust, wprawdzie i on przez 50 stron pierwszego tomu obraca się z boku na bok, zanim zaśnie, ale ja wiem przecież, bo czytałam go pewnie z 50 razy, że się obróci, i zaśnie, a kiedyś jak dorośnie, zmarznie i zje kąsek magdalenki, zanurzony w herbacie lipowej, a wtedy wstanie z niej całe miasto Combray, a za nim Paryż, Balbec i Wenecja, i zakwitną białe głogi wzdłuż posiadłości Swanna i dziewczęta na plaży, Gilberta dorośnie i stanie się Albertą, księżna Guermantes pójdzie na bal w bucikach niedopasowanych do wspaniałej czerwonej sukni, i wtedy Marcel narrator, już dawno nie tylko dorosły, ale też doświadczony przez życie, zdrożne miłości i chorobliwą neurastenię, nadepnie na kamień w trotuarze, a ten się poruszy, i wtedy zamknie się krąg tej siedmiotomowej powieści, wrócimy do początku i będę mogła zacząć ją czytać od nowa (zobacz TU).

PS 1. Z Ulissesem nie miałam aż tylu problemów. Przeczytałam i już. Nie zachwycił, ale i nie odrzucił. Natomiast nadzwyczaj wręcz lubię Bloomsday.

PS 2. Ci dwaj (MP i JJ) raz się spotkali na pewnym (celowo zaaranżowanym) obiedzie. I nie przypadli sobie do gustu. Spotkanie miało miejsce 18 maja 1922 roku w Paryżu, 98 lat temu. TU o tym pisałam, nawet nie tak dawno.

Barataria: hełm czy przyłbica?

Ewa Maria Slaska

Markowi W., przypominając starą prawdę, że gdzie jedne drzwi się zamykają, otwierają się drugie.

Eduard John Menta, Porządki w bibliotece

Czytam ci ja sobie staroć wyciągniętą z półki podczas pandemicznych porządków, które jak wiadomo wyglądają tak jak na załączonym powyżej obrazku, z pięknej światowej serii “Odtwarzamy dzieła sztuki” (wciąż i nadal zachęcam i zapraszam do udziału, bo czyż to możliwe, że ze wszystkich Krewnych-i-znajomych-Królika tylko Wiadomo Kto, mój wnuk i ja poczuliśmy wenę instalacyjną i przebierankową? Ruszcie się dyć, nadal czekam). Długa była ta preambuła, wracam więc do początku myśli: czytam ci ja sobie Sceny z życia Cyganerii Henryka Murgera w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego, a wydane  przez PIW w roku 1957 (to książka z moich cudownych zapasów czyli starej biblioteki moich rodziców, którą oni gromadzili zaraz po wojnie, kupując książki za studenckie grosze, ale też trzeba przyznać, że powojenny PRL, natchnięty świętą myślą krzewienia oświaty wśród ludu, już teraz, dzięki Nowemu umiejącemu czytać, sprzedawał te książki za grosze. Ta akurat kosztowała 18 złotych, ale był to już rok 1957, ale mam w zbiorach książki za 2 złote i 20 groszy!) I znowu długo było tłumaczyć i trudno z powrotem zahaczyć o zgubiony wątek. Czytam ci ja zatem owe francuskie Sceny, zapisane przez autora, który sam był Cyganem (żył w latach 1822-1861) i zmarł młodo z nędzy, mimo iż doczekał czasu, gdy jego Sceny przerobiono na operę, która sławna jest do dziś. Ale, jak pisze tłumacz we wstępie, artyście to niewiele pomogło, tyle, że na krótko zdołał zamienić nędzę na zwykłe ubóstwo. Ale nędza i tak go zabiła, bo gdy zachorował, to organizm nie zdołał się obronić. Przy pandemii też ciągle to słyszymy, jak byłeś słaby, gdy zachorowałeś, to umrzesz.
Czytam ci ja zatem te Sceny, pisane w latach 1846-1849, bo świat naokoło pełen jest artystów, których po kolei globalizacja, komercja i teraz pandemia pozbawiały środków do życia tak skutecznie, że o ile w Niemczech dzięki szybkiej niebiurokratycznej pomocy społeczeństwo jeszcze jakoś wzięło za nich odpowiedzialność, o tyle w Polsce, a pewnie i gdzie indziej za chwilę zaczną przymierać głodem.
No toż wreszcie skończyłam ze wstępami i dotarłam do panakichotowych rewirów, zwanych u mnie ogólnie Baratarią. Bo otóż: czytam ci ja sobie te Sceny, a tu pod koniec już, bo na stronie 306, w scenie Romeo i Julia pojawia się taki oto passusik:

Był to filozof Gustaw Colline. Rudolf spostrzegł go z daleka i zaraz poznał: któż zresztą by go nie poznał, o ile widział go bodaj raz w życiu? Colline był objuczony, jak zawsze, tuzinem tomów. Odziany w nieśmiertelny orzechowy płaszcz, którego trwałość pozwalała przypuszczać, że był zbudowany przez Rzymian, uwieńczony słynnym kapeluszem z szeroką krezą – kopułą filcową, pod którą poruszał się rój hyperfizycznych rojeń, którą nazywano przyłbicą Mambryna nowoczesnej filozofii. – Colline szedł wolnym krokiem i przeżuwał po cichu przedmowę dzieła, które było od trzech miesięcy pod prasą – w jego wyobraźni.

No i?, zapyta ktoś. Ano, odpowiem, ona tu jest, owa Barataria, tani kraj oszustwa, ku której zmierza nowoczesny, XIX-wieczny Don Kichot, filozof głodomór, jak moi rodzice sto lat potem wydający pieniądze na książki, które oni kupowali w komunistycznych księgarniach, a on u bukinistów na straganach nad Sekwaną, człek odziany w znoszony “orzechowy płaszcz” i kapelusz zwany “przyłbicą Mambryna”, czego ani autor, ani tłumacz, ani też wydawca swoim czytelnikom nie musieli wyjaśniać. Każdy wiedział.

Ja jednak zakładam, może mylnie (a to wtedy, sorry, mea culpa), że tu się gwoli wyjaśnienia jednak przyda kilka stosownych cytacików z Dzieła, czyli Don Kichota (str 59 i następne):

Rozdział dwudziesty, w którym kropi deszcz i świeci słońce,
odbijając się w hełmie Mambrina, a może w czym innym

Ledwie nachylili się do wody, inna woda z wysokości nachyliła się do nich, postać deszczu przybierając i kropiąc nie zanadto rzęsiście, ale wystarczająco, by to poczuli. (…)
W tym samym czasie ten sam deszcz na tej samej drodze złapał innego jeźdźca, cyrulika mianowicie z okolicznej wioski, zdążającego do drugiej wsi, jeszcze mniejszej od tej, w której mieszkał, i nie posiadającej własnego cyrulika do świadczenia usług ludności. Główne usługi, świadczone w owych czasach przez cyrulików, były dwie: golenie zdrowych i puszczanie krwi chorym. Ten cyrulik, o którym mowa, golił brody oraz puszczał krew tak w swojej wiosce, jak i w tej drugiej, udając się do niej w tym celu co jakiś czas na szarym ośle i przy boku mając wszystko co trzeba, z lśniącą miską miedzianą na czele.
Kiedy zaczęło padać, miska znalazła się nie na czele, ale na czole i na całej głowie cyrulika, by osłonić go przed mokrością. Tak jechał, zadowolony z pomysłu, ani przeczuwając, jakie ściąga na siebie niebezpieczeństwo ze strony jadącego z przeciwka Don Kichota.
Zapałów zaś Donkichotowych nawet deszcz nie ochłodził; i ledwie rycerz nasz dojrzał cyrulika z nasadzoną na łeb miednicą, triumfalnie wskazał giermkowi:
– Popatrz, Sanczo, słusznie rzecze przysłowie, że gdzie jedne drzwi się zamykają, otwierają się drugie.
– Jakie drzwi? – nieufnie zapytał Sanczo.
– Wrota cudownej przygody – wyjaśnił Don Kichot. – Oto wszak na siwojabłkowitym rumaku zbliża się ku nam rycerz niewiadomego imienia w złotym hełmie Mambrina na głowie. Mówiłem ci już chyba o tym zaczarowanym hełmie, chroniącym właściciela od ciosów, a zdobytym swego czasu przez Rynałta z Montalbanu na królu mauretańskim Mambrinie? Teraz na mnie przyszła kolej, by na obecnym jego właścicielu ów hełm odwojować.

– Jakże to można uczynić – zwątpił Sanczo – skoro hełm ten, jak powiadacie, chroni właściciela od ciosów? Zresztą mnie się widzi, że ten człek, jadący z przeciwka, za przeproszeniem, na szarym ośle, wcale nie hełm, tylko inne jakieś naczynie dźwiga na głowie.
– Milcz, niedowiarku – rozsierdził się Don Kichot i odwracając się od Sancza natarł z nastawioną kopią na zbliżającego się cyrulika. Wołał przy tym:
– Oddaj dobrowolnie, coś mi winien, albo giń, nędzniku!
Cyrulik nie zdążył nawet wybrać pomiędzy tymi dwiema ewentualnościami ani na wszelki wypadek poinformować się, co też winien jest rycerzowi, kiedy już, choć kopią nie tknięty, znalazł się na ziemi, a jego błyszcząca miednica obok. Ciągle nie wdając się w rozważania i dociekania, co i z jakiej przyczyny go tu spotyka, zerwał się i umykać zaczął przed siebie.
Deszcz akurat ustał; zza chmur wyszło słońce i promienie jego odbiły się w leżącym na drodze złotym hełmie Mambrina. Sanczo podniósł naczynie i obmacując je starannie, mówił:
– Przednia miedź, w samej rzeczy, i obrobiona jak należy, a ja, głupi, nie myślałem, że trafi się panu taka gratka. Proszę – i podał miednicę Don Kichotowi.
Ten, wsadziwszy sobie natychmiast lśniącą zdobycz na głowę, poczuł, że kształt i rozmiary hełmu nie całkiem są takie, jak być powinny, jął więc kręcić to potylicą w misce, to miską na potylicy, żeby jakoś się dopasować, ale wszystko na próżno.
– Olbrzymi łeb musiał mieć ten poganin – stwierdził w końcu z przykrością – a najgorsze, że choć czegoś tu jakby za dużo, to i czegoś też brak zarazem w hełmie Mambrina.
Sanczo, który zbadał już przecież dokładnie, co to za hełm, parsknął śmiechem i od razu urwał pod karcącym spojrzeniem swego pana.
– Z czego się śmiejesz, Sanczo? – zapytał Don Kichot.
– Z łba tego poganina – wyjaśnił skwapliwie giermek. – A to ci łebski był drań faktycznie, że hełm nosił jak, nie przymierzając, miednica cyrulika!
– Myślę – wyjaśnił Don Kichot – że hełm Mambrina musiał trafić już od tego czasu w jakieś niedobre ręce. Głupi jakiś człek, nieświadomy i chciwy, zmiarkowawszy, iż to czyste złoto, a wznioślejszej wartości hełmu nie dostrzegając, stopił część dla zysku, z reszty zaś zrobił to, co przypomina ci miednicę. Ale nic to! W pierwszej napotkanej kuźni każę przywrócić hełmowi kształt należyty, do tego zaś czasu będę go nosił tak jak jest, bo założę się, że choć zniekształcony, hełm Mambrina potrafi mnie jeszcze uchronić przed ciosem.

Niestety pomoc okazała się marna, bo już w następnym rozdziale obaj nasi bohaterowie uwolniwszy prowadzonych na galery więźniów, którym przewodził Ginesillo Krzywe Oczko, dostali od nich niezłe cięgi.

Nie wdając się w dalsze dyskusje (…) Gines mrugnął na towarzyszy, a ci, odsunąwszy się nieco, obrzucili rycerza kamieniami i najplugawszymi wyzwiskami w równej chyba ilości, z tym, że kamienie jak gdyby gęściej trafiały, bębniąc po tarczy, zbroi i złocistym hełmie Mambrina. Po chwili runął z konia, a wówczas poskoczył doń jeden i zerwawszy miednicę z głowy, tak nią trzasnął o ziemię, że o mało się nie rozleciała w kawałki. Prześcigając się w gorliwości, galernicy zdarli z rycerza, a przy okazji i z Bogu ducha winnego Sancza, co lepsze sztuki odzienia i nie krępując się ich obecnością podzielili się łupem. Dopiero dokonawszy tego leżącego w ich zwyczaju łotrostwa (…) rozeszli się, gdzie który mniemał, że najlepiej się przed nim skryje, zostawiając obdartych swoich dobrodziejów – Sancza też drżącego ze strachu przed Santa Hermandad, której tak nieopatrznie się naraził wraz ze swym panem, Don Kichota zaś zdumionego i zasmuconego niewypowiedzianie, że skrzywdzili go właśnie ci, którym tak się przysłużył – oraz w nieco mniejszym stopniu, że w decydującej chwili nie dopomógł mu leżący teraz w prochu, pogięty i zbezczeszczony hełm Mambrina.

Hełm pojawiać się będzie przez wiele następnych rozdziałów, spotka nawet w pewnej gospodzie swego poprzedniego właściciela, aż wreszcie przestanie pełnić swą rycerską służbę po potyczce z pokutnikami kilkadziesiąt stron dalej, a zastąpi go prawdziwy hełm podarowany rycerzowi przez bakałarza Samsona Karrasko.

I jeszcze PS: Mambrin czy Mambryn, hełm czy przyłbica?

W tłumaczeniu Wiktora Woroszylskiego (które tu cytuję) mowa jest o hełmie Mambrina, podobnie jest też u Anny Ludwiki i Zygmunta Czernych, ale u Wojciecha Charchalisa jest, jak u Murgera w przedwojennym tłumaczeniu Boya, przyłbica Mambryna i to mi się podoba, choć zgoła nie powinno, bo u autora obiekt ów zwie się yelmo de Mambrino, co jest jako żywo hełmem Mambrina a nie przyłbicą Mambryna, ta by się bowiem zwała visera albo bacinete. Ba, ten miskowaty hełm nie ma żadnej przyłbicy. Lecz cóż poradzę, bardziej mi owa mambrynowa przyłbica do gustu przypada, o, bardziej. Przyłbica powróci zresztą za kilka tygodni, gdy w Baratarii pojawi się książę Lew Nikołajewicz Myszkin, a wraz z nim wiersz Puszkina o biednym rycerzu.

Rok Beethovena

Lech Milewski

W tym roku mamy w australijskim radio Rok Beethovena.
Zgadza się, Ludwig van Beethoven urodził się w 1770 roku – 250 lat temu.

Jak to przy takich okazjach bywa, radio nieco przesadziło, muszę je wyłączać, gdy już siódmy raz w miesiącu nadają, skądinąd bliską mojemu sercu, VII symfonię.
Po wyłączeniu radia szperam jednak po youtube i znajduję wiele ciekawych beethovenowskich wykonań.
Google chyba czyta moje wspomnienia z młodych lat, gdyż nieproszone podsunęło mi linki do Sonaty Kreutzerowskiej.

O Sonacie Kreutzerowskiej pierwszy raz usłyszałem od mojej matki w czasach szkoły podstawowej.
Chodziło głównie o książkę Lwa Tołstoja, ale w jej cieniu czaiła się muzyka Beethovena.
Muzyka tak potężna, że mogła inspirować człowieka do popełnienia zbrodni.

W szkolnej bibliotece jedyną książką Tołstoja jaką znalazłem było Zmartwychwstanie.
Przeczytałem i poczułem niesmak i niepokój. To nie było to czego oczekiwałem pod takim tytułem.

Prawdę mówiąc Zmartwychwstanie zniechęciło mnie do poszukiwań Sonaty Kreuzerowskiej. Wiedziałem, że tam będzie pasja, zazdrość, morderstwo – już wiedziałem co Lew Tołstoj może z tym zrobić – brrrrr.

Pozostał ze mną tytuł – Kreutzerowska – to krrrraczące “Krrroooj.
Jak w “do krrroćset” (patrz Post Sciptum), ale też jak w ukrzyżowaniu.

I tak minęło pół wieku.
Po raz pierwszy Sonatę Kreutzerowską usłyszałem w australijskim radio
Hmmm.
Jak na Beethovena to takie sobie. Chyba Lew Tołstoj też był bardziej zainspirowany brzmieniem nazwiska niż muzyką.

Kilka lat później usłyszałem i ujrzałem Sonatę Kreutzerowską “na żywo”. Wykonawczynią była studentka Australian National Academy of Music (ANAM). W Akademii doskonalą swój kunszt absolwenci konserwatorium, doskonale doskonalą.
Wykonawczyni, filigranowa dziewczyna o irlandzkim nazwisku, już w pierwszej części – AndantePresto – miała na twarzy przekorny uśmiech, wyrażnie obiecywała jakiś żart.
Zgadza się, w drugiej części – Andante con variazioni
con variazioni? Toż to ja tam usłyszałem –
Tam szum Prutu, Czeremoszu
hucułom przygrywa,
a wesoła kołomyjka
do tańca porywa – zanuciłem.

Irlandka potrafi – pomyślałem.

Teraz mogłem zrozumieć dlaczego Rudolf Kreutzer nie zgodził się wykonać dedykowanej mu przez Beethovena sonaty.
Outrageously unintelligible” – oburzająco niezrozumiała – brzmiał jego komentarz (według anglojęzyznej wikipedii). Tekstu niemieckiego oryginału nie znalazłem.

Wracam do propozycji Google.

Pierwszy link – Anne Sophie Mutter – KLIK.
Wystarczyło mi spojrzeć na jej minę – taką samą musiał zrobić Rudolf Kreutzer gdy spojrzał na dedykowane mu nuty.
Nie – dziękuję bardzo.
Na dodatek gra 10 minut dłużej niż przewidział kompozytor.

Spojrzałem na drugi link… Patricia Kopatchinskaja.
Brzmi obiecująco, ona pewnie wie co to Prut i Kołomyja.
Wystarczyło posłuchać/popatrzeć jedną minutę i jej mina mówiła wszystko – ona WIE!

Kopaczyńska, to brzmi po słowiańsku. Zajrzałem do wikipedii – linki w Post Scriptum – miejsce urodzenia – Mołdawia.
Toż w takim razie szum Prutu towarzyszył jej codziennie!

To odkrycie zachęciło mnie do dalszych poszukiwań.
Jak to było z tą nietrafioną dedykacją dla Kreutzera?
Fantastycznie!
Beethoven ukończył sonatę w 1803 roku i… przeczytajmy pierwszą dedykację:
Sonata mulattica composta per il mulatto Brischdauer, gran pazzo e compositore mulattico“.
W moim tłumaczeniu: murzyńska sonata skomponowana dla mulata Brischdauera, wielkiego szaleńca i murzyńskiego kompozytora.

George Bridgetower by Henry Edridge, 1790.JPGMulat Brischdauer – skąd też on znalazł sie w Wiedniu?
Jak to skąd, z (Bielska-)Białej, to całkiem blisko – KLIK.
Uwaga – polska wersja wiki podaje, że George Bridgetower pochodził z Białej, która z czasem połączyła się z Bielskiem. Angielska wersja podaje, że z Białej Podlaskiej gdzie jego ojciec pracował w dobrach Hieronima Radziwiłła.
No i jak to pogodzić?

Ja proponuję Czarną Białostocką.

Zdjęcie z Wikipedii — By StephencdicksonOwn work, CC BY-SA 4.0, Link

Brischdauerowi, a raczej Bridgetowerowi, w wykonaniu sonaty towarzyszył kompozytor, po czym obaj panowie udali sie na śniadanie (to był bardzo wczesny koncert poranny), podczas którego Bridgetower pokazał swoje szaleństwo – wyraził wątpliwość co do moralności kobiety, którą Beethoven darzył wielkim szacunkiem.
Dedykacja przepadła.

Po tylu niespodziankach potrafiłem chyba lepiej zrozumieć Tołstoja, że wykorzystał tę sonatę do prezentacji swojego szaleństwa.
Tak, zacząłem czytać Sonatę Kreutzerowską i nie mam wątpliwości, że to napisał szalony człowiek.

Przedstawiona sytuacja jest dziwna.
Do przedziału w pociągu wchodzi przypadkowy podróżny i przedstawia się jako Pozdniszew – tak, TEN Pozdniszew, o którym głośno w prasie, gdyż w szale zazdrości zamordował swoją żonę.
I teraz, przez 25 rozdziałów, nieproszony gość, bardzo emocjonalnie, ale jednocześnie rozwlekle opowiada historię swojego małżeństwa.

Małżeństwo Pozdniszewa, cóż jak wiele małżeństw – brak jakiejkolwiek więzi między małżonkami, tyle że w tym przypadku mąż każdą sytuację tłumaczy następująco:
…namiętność seksualna, bez względu na to jak zaaranżowana, jest zła, straszliwie zła i człowiek musi z nią walczyć… Słowa Ewangelii, że ktokolwiek spogląda na kobietę z pożądaniem już popełnił cudzołóstwo, odnosi się nie tylko do żon innych mężczyzn, ale przede wszystkim właśnie do własnej żony.
Jedyną włąściwą drogą jest całkowita abstynencja; jeśli to prowadzi do zagłady rasy ludzkiej, to niech tak będzie“.

Książka wywołała skandal i została zakazana w Rosji i USA.
Emil Zola stwierdził – koszmar, wytwór chorej wyobraźni.

Publikacja, a jeszcze bardziej zakazanie książki przez cenzurę, postawiły w bardzo niezręcznej sytuacji żonę autora – Zofię Tołstoj. Zaczęły krążyć plotki, że autora inspirowały doświadczenia własnego małżeństwa.
W rezultacie Zofia Tołstoj poprosiła o audiencję u cara i skłoniła go, aby cofnął zakaz.

Sam Tołstoj, dwa lata po publikacji książki, stwierdził – Jest coś wstrętnego w Sonacie Kreutzerowskiej, coś złego w motywach, które doprowadziły mnie do jej napisania.

Jednak kilka drobnych fragmentów ożywiło mnie nieco.
Pozwolę sobie je zacytować  – tłumaczenie moje z tłumaczenia angielskiego (Projekt Gutenberg).
Oni grali Beethovena, Sonatę Kreutzerowską. Czy pan zna pierwsze Presto?
Straszna rzecz, ta sonata, szczególnie to presto! 
Ogólnie, muzyka to okropna rzecz. 
Mówią, że muzyka porusza duszę. Głupota! Kłamstwo!
Ona działa. Straszliwie działa. Jakby to powiedzieć. Ona nie działa uszlachetniająco, ani poniżająco. Ona działa irytująco.  
Muzyka każe mi zapomnieć o mojej sytuacji, przenosi mnie w jakiś obcy mi stan, w stan duszy, w którym piszący muzykę znajdował się w tym momencie.
Ten, który pisał Sonatę Kreutzerowską, Beethoven, wiedział dlaczego znalazł się w tym stanie. To prowadziło do pewnych działań ze zrozumiałych dla niego powodów. Ale ja znajduję się w niezrozumiałym dla mnie stanie, w stanie ekscytacji, z której nie ma wyjścia.
Co innego marsz – żołnierze maszerują w jego takt. Koniec marszu, koniec muzyki. Albo taniec, kończymy tańczyć i przestają grać. Ale inna muzyka prowokuje ekscytację, której nie towarzyszy żadna czynność. Dlatego jest tak niebezpieczna i czasami działa tak przerażająco.

Muzyka, marsz, taniec, akcja – koniec akcji?
Ja gdzieś to czytalem.
Tomasz Mann – Czarodziejska Góra – gdzieżby indziej.
… mamy tu tylko zwykłą dętą orkiestrę… zapełnia nam całkowicie kilka godzin, to znaczy: najpierw je dzieli, a potem wypełnia każdą z osobna, tak że mają przecież jakąś treść.
Tytuł rozdziału: Politycznie podejrzana.
A Tołstoj przytakuje:
W Chinach muzyka jest pod kontrolą państwa i tak właśnie powinno być...

I jeszcze coś:
Dawniej, gdy panna osiągnęła właściwy wiek, jej małżeństwo zostawało zaaranżowane przez jej rodziców. I tak nadal jest, u Chińczyków, u Hindusów, u Muzułmanów, u ludzi prostych. Tak postępuje 90 procent ludzkości.
Tylko my, notoryczni bon-vivanci, wymyśliliśmy coś innego.
– Co to jest?
– Panny posadzone w rzędzie a dżentelmeni chodzą w tę i z powrotem, jak na targu, i wybierają. My, mężczyźni, wybieramy towar, a potem, w salonach, dyskutujemy – o prawach kobiet i wolności.
– Ale co można zrobić – przerwałem – czy to kobiety mają wybierać?
– Nie wiem, ale jeśli mówimy o wolności, to niech będzie to wolność całkowita.
….
“- Czy pan wie, że ta władza kobiet, przez którą tak cierpi świat, wypływa z tego, o czym przed chwilą mówiłem?
– Co pan rozumie przez władzę kobiet – przerwałem – przecież jest przeciwnie, każdy narzeka, że kobiety nie mają należnych im praw, że są podporządkowane.
– O to właśnie mi chodzi, to jest właśnie wytłumaczenie tego nadzwyczajnego zjawiska, że kobieta z jednej strony jest zredukowana do najniższego stopnia upokorzenia a z drugiej strony rządzi wszystkim.
– Ale gdzie? Czym rządzi?
– Gdzie? Wszędzie i wszystkim.
Proszę iść do sklepów w wielkim mieście. Są ich miliony, miliony. Jest niemożliwe zmierzyć tę ogromną ilość pracy włożoną tutaj. Czy w dziewięciu na dziesięć tych sklepów jest coś dla mężczyzn? Cały luksus życia jest wymagany przez kobiety. Proszę policzyć fabryki, większość z nich produkuje kobiece ozdoby. Miliony ludzi, generacje niewolników, umierają pracując jak skazańcy aby zadowolić kaprysy naszych towarzyszek.

Wreszcie czas na muzykę, jeszcze tylko dwie uwagi:
– przypominam, że na premierze to Beethoven był pianistą, proszę więc uważnie słuchać. A kto towarzyszy Patrycji Kopaczyńskiej? No któż, jak nie ktoś z kraju, który mocno mieszał między Prutem a Wiedniem – Fazil Say – Turek.
Druga uwaga – te huculskie skojarzenia napadają mnie około 17 minuty tego nagrania.

P.S. Do kroćset
Jak to – parsknął Asesor – do kroćset niedźwiedzi!
To pan niby zabił? Co też pan bredzi?

Linki:
Sonata Kreutzerowska – Beethoven – KLIK.
Sonata Kreutzerowska – Tołstoj – KLIK.
L. Tostoj – Sonata Kreutzerowska, pełen tekst (projekt Gutenberg – KLIK).
W obronie Zofii TołstojKLIK.
Patricia Kopatchinskaja – Wikipedia – KLIK.


No cóż, jako adminka wtrącę tu też swoje trzy grosze. Ja też już kiedyś pisałam o sonacie, Beethovenie i czarnym muzyku z Polski i jeszcze o pewnej poetce. O proszę, TU.