9-Euro Ticket

Ela Kargol

Wycieczka pierwsza, wymuszona przez prace na odcinku kolejowym Frankurt nad Odrą – Berlin.

Wracałam z Poznania. Pociąg dowiózł nas do Frankfurtu nad Odrą, dotąd sprzedała mi pani bilet w Poznaniu, a dalej „pojedzie pani sobie regionalnym“, dodała. Czyli w ramach mojej rocznej karty na komunikację miejską w Berlinie, pomyślałam. Od czerwca do sierpnia włącznie można po całych Niemczech podróżować pociągami regionalnymi i komunikacją miejską w ramach tzw 9Euro-Ticket. A kto ma bilet roczny, jak ja, kupiony za drogie pieniądze, dostanie zwrot różnicy (cena biletu miesięcznego minus 9 Euro) i to przez 3 miesiące.

https://punkt.media/pl/poradniki/niemcy/transport-i-mieszkania-d/13575-wszystko-co-musisz-wiedziec-o-9-euro-ticket-w-niemczech

https://www.bundesregierung.de/breg-de/aktuelles/faq-9-euro-ticket-2028756

No więc pojechałam do Frankfurtu, bo dalej pociąg nie jechał. Dalej to chciałam z tym biletem, który miał wszystkich zachęcić do pozostawienia w domu samochodu i do przesiadki na pociąg.

Do jazdy koleją namawiać mnie nie trzeba. Lubię pociągi, dworce, wagony, przesiadki, Wars, opóźnienia, tak, opóźnienia, wagony sypialne, kuszetki, restauracje dworcowe, których coraz mniej…

Podróż pociągiem to dla mie przygoda, często odpoczynek, dobra kawa, stukot kół po torze, krajobraz za oknem, głośny gwizd i jeszcze głośniejsze: „Proszę wsiadać!!!“ konduktora.

Podróż pociągiem to czas dla mnie, który nie stwarza mi wielu możliwości jego wykorzystania, bądź zagospodarowania.

Podróż pociągiem to czas na pewno nie stracony, wręcz odwrotnie, zyskany.

Wysiadłam w nadodrzańskim Frankfurcie i wyszłam na plac przed dworcem, a plac jakby wiedział, że przyjeżdżam z Poznania, już od dawna nazywa się Posener Hof. Nazwa wiąże się z koleją – z Koleją Marchijsko-Poznańską.

Wydawać by się mogło, że droga kolejowa z Poznania do Berlina prowadziła zawsze przez Frankfurt. Nic bardziej mylnego. Wcale nie było tak prosto dojechać z Poznania do Frankfurtu i dalej do Berlina. Jeździło się przez Szczecin, a potem przez Wrocław i dopiero gdy w 1870 roku wybudowano most na Odrze i poradzono sobie z nierównościami terenu, pociągi Kolei Marchijsko-Poznańskiej dojeżdżaly z Poznania do Frankfurtu i dalej. Stąd Posener Hof, który przyjmował podróżnych z Poznania i żegnał tych którzy w tym kierunku zmierzali.

Została nazwa, kilka budynków, aleja platanów i stara lokomotywa.


Pogoda ładna, nie muszę zaraz jechać do Berlina. Pociągów regionalnych i tak nie ma, jest komunikacja zastępcza do Fürstenwalde. Już kiedyś chciałam zobaczyć Wyspę Kozią, nawet w planie była rodzinna wycieczka. Ale chyba dobrze, że wybrałam się sama. Nazwę swoją wyspa zawdzięcza, jak łatwo można się domyśleć, kozom, które nadodrzańscy rybacy wypasali na wyspie, albo karmili je trawą z wyspy. Mostów pewnie nie było, a więc kozy pędzono na wyspę „furtem” czyli brodem.

Gdyby moja mama zobaczyła Kozią Wyspę, powiedzialaby, „widziałam ładniejsze“, a 13-letni wnuk stwierdziłby, że tu nic nie ma. Może mieliby trochę racji w swoim pojęciu ładności i potrzeb.

Na wyspie nie ma kóz, w pobliżu chyba też nie. Malownicza ulica rybaków, (Fischerstraße), dawnych właścicieli kóz też pusta. Jedynie chłopca z rybą zaklętego w kamień zobaczyłam, ale już trochę dalej (https://de.wikipedia.org/wiki/Kunst_im_%C3%B6ffentlichen_Raum_in_Frankfurt_%28Oder%29#/media/Datei:2006-05_Frankfurt_(Oder)_02.jpg).

Wyspa położona jest między odnogą Starej Odry a Odrą główną, z widokiem na drugi brzeg i drugi kraj.

Wyspę można obejść dookoła, na co się zdecydowałam, wędrując ścieżką od wschodniej strony Odry, pozdrawiając rybaków (jednak to chyba byli wędkarze) po drugiej strony rzeki, ocierając się o trzciny, wdychając zapach przekwiłych akacji i hyczki (dla niepoznaniaków – czarnego bzu), oganiając się od puchu kwitnących topól i muszek, i próbując zgadywać, jakie to zioło, przystając, wąchając. Rozpoznałam miętę, podagrycznik pospolity, o którym dosłownie kilka dni temu opowiadała mi sąsiadka, koniczynę, krwawnik, podbiał, babkę lancetowatą. Resztę przeoczyłam, nie znam, nie pamiętam. Hyczka kwitnie na całej wyspie. Pamiętam, jako dziecko zbierałam kwiaty czarnego bzu u cioci w Sośnicy. Najwięcej ich było na starym niemieckim cmentarzu. Po hyczce zakwitała lipa, też niemieckocmentarna. Koszykami przynosiliśmy do stodoły. Wujek rozkładał kwiecie w odpowiedni sposób do suszenia. Pod koniec lata braliśmy wszystkie wysuszone zioła do miasta. O syropie z czarnego bzu i nalewce dowiedziałam się dużo pózniej.


Wyspowa ścieżka prowadzi przez obszar w dużej mierze zachowany jeszcze w pierwotnym stanie, obszar często zalewany wiosną i jesienią, z nierównym brzegiem, poprzecinanym cyplami, wbijającymi się w rzekę. Ścieżka w pewnym momencie dochodzi do ukształtowanej już ręką architekta promenady i otwartego w roku 2003 tzw. Ogrodu Europejskiego. Ogród opowiada o rzece, o jej źródle, biegu, życiu, pracy… Aranżacja ogrodu nie w każdym miejscu mnie przekonywała. Ze ścieżką wśród sitowia nie może się równać. Plac zabaw bardzo ciekawy, prawie pusty. Obok duży plac z dmuchaną zjeżdżalnią dla dzieci, wata cukrowa, piwo i jakieś kiełbaski, a do tego z głośników Cała naprzód Heleny Fischer (Volle Kraft voraus). Gdy opuszczałam wyspę, zeszłam jeszcze raz do ścieżki, tej dzikiej, wśród trzcin i sitowia. Zaczęła kukać kukułka. Za mąż już nie wyjdę, skorzystałam więc z tej drugiej wróżby, wróżącej długie życie, bo kukułka nie przestawała kukać.

Do dworca wracałam częściowo szlakiem Heinricha Kleista. Doszłam do byłej szkoły garnizonowej, gdzie mieści się Muzeum Kleista. W ogrodzie znajduje się kopia krzyża nagrobnego przyrodniej siostry Kleista, Ulriki (1774 –1849), oryginał płyty nagrobnej Christiana Ernsta Martiniego (1762 –1833), nauczyciela domowego Kleista, kopia płyty nagrobnej Heinricha von Kleista z Berlina. Oryginał z 1862 roku stał do 1936 roku w miejscu jego samobójczej śmierci i pochówku nad jeziorem Kleiner Wannsee, w Berlinie. Z okazji Igrzysk Olimpijskich w 1936 roku nacjonaliści próbowali podpisać się pod twórczością Kleista, usunęli nagrobek, a wersy żydowskiego poety Maxa Ringa (Żył, śpiewał i cierpiał / W ponurych, trudnych czasach, / Szukał tu śmierci / I znalazł nieśmiertelność) zastąpili cytatem z samego Kleista, Teraz, o nieśmiertelności, jesteś cała moja.


Po gruntownej renowacji jesienią 2011 roku na nagrobku (tym przy Wannsee) napis jest po obu stronach. Na froncie ponownie umieszczono cytat Maxa Ringa, na tylnej stronie kamienia widać stary napis, a do nazwiska poety dodano nazwisko Henriette Vogel, współtowarzyszki Heinricha w śmierci z wyboru.

Wróćmy jeszcze do Frankfurtu. Domy Heinricha Kleista i jego narzeczonej Wihelminy nie przetrwały bombardowań drugiej wojny światowej. Przy Forstsrasse 1 do dzisiaj stoi odrestaurowany dom historyka Carla Renatusa Hausena, na którego wykłady uczęszczał młody Kleist. O byłym cmentarzu przykościelnym w parku przy kościele św. Gertrudy przypominają dwa zachowane do dziś pomniki nagrobne. Pomnik nagrobny profesora uniwersytetu Joachima Georga Darjesa (1714 -1791) i jego żony Marty Friderici Reichardt jest dziełem słynnego berlińskiego rzeźbiarza Johanna Gottfrieda Schadowa. Melchior Kambly jest autorem pomnika upamiętniającego Ewalda Christiana von Kleista (1715 –1759), stryjecznego dziadka Heinricha, który zginąl w bitwie pod Kunnersdorfem (dzisiejsze Kunowice). Sto lat po śmierci Heinricha Kleista Gottlieb Elster upamiętnił dramaturga rzeźbą, przedstawiającą siedzącego na cokole młodzieńca, który w lewej ręce trzyma lirę. Jego prawa ręka spoczywa na cokole, a wzrok skierowany jest w dal. Na froncie cokołu znajduje się napis Dem Andenken Heinrichs von Kleist (Pamięci Heinricha von Kleista), a nad nim okrągły medalion z wizerunkiem głowy poety. Na bokach pomnika znajdują się płaskorzeźby przedstawiające sceny z dramtów Kleista. Do parku Kleista nie dotarłam, choć to również były cmentarz, na którym pochowana została przyrodnia siostra Heinricha, Ulrike von Kleist. Jej nagrobek zaginął, a uproszczona wersja nagrobnego krzyża, o czym już wspominałam, znajduje się przed muzeum.

Plany budowy kolei między Frankfurtem a Berlinem powstawały dopiero 20 lat po śmierci Kleista. Od roku 1842 zaczęły jeździć pociągi do Berlina. Jeszcze później wybudowano most na Odrze i połączono oba miasta targowe, nadodrzański Frankfurt i Poznań koleją żelazną.

W trakcie budowy linii kolejowej Poznań – Frankfurt konieczna była przebudowa i rozbudowa stacji kolejowej. Linia z Poznania otrzymała własną część stacji, na wschód od głównego budynku dworca.

Szkoda, że w ramach 9Euro-Ticket nie można ze sobą zabrać roweru. Ale może i dobrze. Prawdopodobnie pociągi pękałyby w szwach od ilości przewożonych jednośladów.

Sam 9Euro-Ticket napełni pociągi podróżnymi ciekawymi świata.

Taka była wycieczka pierwsza. Dalsze na pewno nastąpią.

Die Eiche und die Bäume von David Hockney

Monika Wrzosek-Müller

Die Eiche und die Bäume von David Hockney

Über längere Zeit fotografierte ich eine Eiche auf einem Feld in unserer paradiesischen Einsiedelei in der Uckermark, in verschiedenen Wetterlagen, in diversem Laubkleid und bei verschiedenen Lichtverhältnissen. Mir schwirrte die Idee im Kopf herum, daraus einen Kalender zu machen (leider ist es bei der Idee geblieben). Immer noch greife ich oft zum Handy, um diesen imposanten Baum zu knipsen. Die Eiche ist riesig, weitverzweigt, ausladend und sie steht mitten in einem Feld, das jedes Jahr mit anderen Pflanzen bebaut wird. So sieht es eben mal ganz Gelb um sie herum aus (da war gerade Raps dran) oder rötlich (dabei handelte es sich um Klee), oder öfter Grün. Nur Grün ist eben nicht immer Grün, mal haben die Grashalme ein gelbliches, mal ein saftiges Grün und dann auch vertrocknetes, fast ein Graugrün. Die grünen Wiesen sind nie einheitlich Grün, sie changieren zwischen allen möglichen Farbtönen; die Beobachtung dieser Phänomene brachte mich auf die Bedeutung des Wechsels in der Landwirtschaft, aber auch darauf, was das fürs Auge bedeutet. Die Farbpalette der Grüntöne erfasst unheimlich viele Farben: von Absinthgrün bis Zeisiggrün, oder malerischer: von Aquamarin bis Grüngelb, nicht zu vergessen Pistazien-, Smaragd-, Tannen-, Erbsen und Giftgrün. All diese Töne kann man bestimmt auf den weiten Wiesen um den Baum finden, doch fürs Auge bilden sie einen wunderbaren weichen Teppich, der manchmal vom Wind bewegt wird und die Farben immer wieder wechselt; ein andermal erscheint der Teppich kurz geschoren und tiefe Streifen winden sich hindurch, in denen einzelne Grashalme robust ausharren. Vor einigen Jahren wurde das Feld um den Baum auch mit Mais bebaut, das nicht allzu hochwuchs und nur mickrige Kolben trug; es hatte zu wenig geregnet. Im Jahr darauf sahen wir sogar Sonnenblumen sprießen, die aber nur halbhoch und halbreif wurden; sie eigneten sich vielleicht als Futter, genauso wie der Mais, es hatte wieder zu wenig geregnet. Jedes Jahr also bekommt das Feld ein anderes Kleid, der bewirtschaftete Boden andere Pflanze und der Baum eine andere Umgebung, in der er sich spiegelt, und das Auge eine neue Landschaft.

Der Baum besitzt eine imposante Krone, über der es einen riesigen Himmel gibt, der manchmal mit Wolken gefleckt ist, ein andermal einheitlich grau oder ganz in Himmelblau getaucht. So eine Wolke kann die Verlängerung der Krone bilden, sich aufbauschen und weiterwachsen hoch in den Himmel hinein, oder der Himmel wird nach unten gedrückt, hängt über der Krone mit dunklen Gewitter- oder Regenwolken; es gibt da unzähligen Möglichkeiten und Varianten und jede verdient betrachtet und gesehen zu werden, so entstehen auch unzählige Fotos. Wenn wir dazu noch das Wechselspiel des Laubes nehmen, das Frühlings-, Herbst-, oder Sommerlaubkleid oder die Winterkargheit, dann multiplizieren sich die Möglichkeiten ins Unendliche. Im Winter sind die Äste und der Stamm sichtbar und mächtig, für Fotos machen sich die scharf gezeichneten Konturen oft am interessantesten.

Die Eiche steht in einer Senke, Überbleibsel einer Endmoräne, einem kleinen Tümpel im Frühjahr und manchmal im Winter, der aber eher selten mit Wasser gefüllt ist, denn er liegt hoch über dem Niveau des Seespiegels oder des Baches und trocknet normalerweise im Sommer oder anderen regenarmen Perioden aus. Dahinter erstrecken sich weite Felder, meist in verschiedenen Farben, und seitlich zieht ein Streifen eines Feuchtbiotops. Zu DDR-Zeiten versuchte man die feuchten Flächen zu meliorieren, sie um jeden Preis trockenzulegen, doch nach der Wende wurden alle Entwässerungskanäle zugeschüttet und die Landschaft gewann wieder ihre alte Lebendigkeit und Farbenpracht. Sie lockt auch unheimlich viele Vogelarten an, die man von einem höher gelegenen Weg beobachten kann. Es ist überwältigend, diese Landschaft mit allen ihren Tier-, Vogel, Insektenarten zu betrachten; dafür wurden extra Bänke aufgestellt. Manchmal ist das Vogelkonzert so laut, dass es beinah stört, am liebsten würde man es leiser stellen.

Warum bedeutet mir der Lebensrhythmus eines Baumes so viel? Ich merke jedes Jahr, dass ich davon fasziniert bin; er zeigt so deutlich die Vergänglichkeit, den Wechsel, die Abhängigkeiten vom Klima, aber zugleich ist er auch der Inbegriff des Lebens. Mit dem starken Stamm symbolisiert er Kraft und Mut, das aufstreben, aber auch die Beständigkeit, mit der grünen Krone, die hoch in den Himmel ragt, die Öffnung und Freiheit, mit den tiefen Wurzeln die Verwurzelung und Stabilität. Die Liebe und Bewunderung für große alte Bäume habe ich mit den Deutschen gemeinsam. An die Landschaft ohne Bäume kann ich mich nur schwer gewöhnen und sie lieben lernen; so war für mich vor Jahren die Landschaft auf der Insel Malta erst einmal unheimlich, ich konnte mir ziemlich lange nicht erklären, was mir da fehlte und was mich störte. Letztendlich war es eben das Fehlen von jeglichen Bäumen, von Wald; die Funktion von Hainbuchen-, Thuja- oder Buchsbaumhecke übernahmen riesige Opuntien, die aber wahrlich keine Bäume waren. Auch die Landschaften an der Nordsee, wo Bäume ganz sporadisch zu treffen sind, sind mir mit ihrem peitschenden Wind unheimlich; große Landflächen, durchzogen von Kanälen, mit endlosen Wiesen sind zwar sehr malerisch, aber nicht meins.

Deswegen ging ich auch in die Ausstellung von David Hockney „Vier Jahreszeiten“, Landschaft im Dialog. Three Trees near Thixendale malte Hockney 2007/2008 während längerer Besuche bei seinen Eltern in der Grafschaft Yorkshire. Angeblich existieren auch diverse Fotos von der Gegend, die er selbst machte, um die Veränderungen der Landschaft im Wechsel der Jahreszeiten zu dokumentierten. Doch ein Kunstwerk ist kein Abbild der Wirklichkeit, auf jeden Fall kein genaues, auch wenn Hockneys Malerei schon viel mit Realismus, vielleicht magischem, vielleicht naivem Realismus zu tun hat. Er selbst meinte, die Fotografie könne die Schönheit der Landschaft in Yorkshire nicht einfangen. Das, so finde ich, wird noch deutlicher bei den Bildern von den Eltern, wo ein wirklich fiktiver Raum geschaffen, der Abstand zur Wirklichkeit unmittelbar sichtbar wird. Doch auch in den großformatigen Bildern von den Bäumen (es wurde viel gerätselt, welche Bäume Hockney dargestellt hat, ob das Berg- oder Feldahorn sei, für mich hätten es auch alte Linden sein können und auf jeden Fall mächtige Laubbäume) entsteht ein Abstand zur Wirklichkeit, zum Betrachter. Man verfolgt fasziniert die Zeichnung der Äste, der Stämme, dann des Laubes, dann das Kolorit und das Verhältnis zur wirklichen Landschaft. In diesem Moment merkte ich, dass ich selbst so oft einen Baum beobachtet hatte. Auch ein Foto bildet ein Ausschnitt, ist eine Wahl, eine Auswahl von diesen unzähligen Möglichkeiten, die ich vorhin aufgezählt und besprochen habe; hier, in dem Zyklus, beim Malen kommt noch die Technik, die Farbe, der Hintergrund und das Auge und der Wille des Künstlers hinzu.

Um diese Vorgänge besser zu verstehen, schafft die Ausstellung eine Ergänzung oder eine Art Erklärung und zeigt Bilder der Landschaften mit Bäumen aus anderen Epochen, die mögliche Vorbilder oder Anregungen sein könnten. Die Werke stammen aus den Beständen der Staatlichen Museen zu Berlin. Die Beschäftigung mit der Landschaft ist in allen Kunstepochen vorhanden. Denken wir dabei an die Weltlandschaften im Mittelalter und in der frühen Renaissance, wo sie immer den Hintergrund mit dem Fluss, den Hügeln und dem Meer bildeten. Dazu haben wir das Beispiel von Piero della Francesca. Wahrscheinlich kam die Beschäftigung mit dem einzelnen Baum seit der Zeit der Lithographie, des Kupferstichs, der Radierung. Das war die Zeit der detaillierten Darstellungen, möglichst nah an der Wirklichkeit, einer Rekonstruktion der Wirklichkeit. Als mögliches Beispiel könnte „Die Landschaft mit den drei Bäumen“ von Rembrandt van Rijn 1643 dienen. Auf jeden Fall hat Rembrandt wirklich drei Bäume am Wegesrand gezeichnet; doch es handelt sich um eine kleinformatige Radierung. Dann gibt es verschiedene holländische Maler und ihre Landschaftsbilder, wie Jacob Ruisdael „Eichen an einem See mit Wasserrosen“, Philip Koninck „Holländische Flachlandschaft“ auch Meinert Hobbema „Dorfstraße unter Bäumen“. Angeblich hat sich Hockney mit den Naturbildern von van Gogh auseinandergesetzt; in der Ausstellung wird eine Zeichnung mit Graphitstift gezeigt, „Ernte in der Provence“ 1888. Von ihm soll er die Intensität der Beschäftigung mit der Natur, seine Farbigkeit, den Pinselschwung übernommen haben. Von Monet dagegen das Prinzip der Serie: vier Bilder desselben Objekts.

Auf jeden Fall macht Hockney klar, dass das Interesse an der Landschaftsmalerei nicht nachgelassen hat, dass man mit neuen Techniken, neuen Perspektiven und Hilfsmitteln, auch ungewöhnlichen Farbkombinationen die Faszination für das Thema noch vehementer zum Ausdruck bringen kann. Mich haben die Bilder verzaubert, vor allem aber durch ihre Einzigartigkeit und vielleicht auch durch die riesigen Formate, so dass man das Gefühl hat, darin zu stehen und von ihnen umgeben zu sein. Die Inspirationen und Vorbilder taten es weniger.

Events – 1 x w Szczecinie & 2 x in Berlin

Berliner Vorschläge auf Deutsch – unten

Prezentacja książki „Śladami Muru Berlińskiego”

Data: 14 czerwca 2022, godz. 17:00
Miejsce: Sala Stefana Flukowskiego

Zapraszamy na prezentację książki „Śladami Muru Berlińskiego” autorstwa  Joanny Trümner, Krystyny Koziewicz i Elżbiety Kargol, której inicjatorką, redaktorką i wydawczynią jest Ewa Maria Slaska.

O Murze Berlińskim napisano setki książek. Autorki – trzy kobiety, Polki z Berlina, które dotykały muru od zachodniej strony, po trzydziestu latach od jego upadku jeszcze raz spróbowały przypomnieć sobie tamte czasy. Każda inaczej, osobiście i każda jednak z polskiej perspektywy. Podczas spotkania dowiemy się także co ma wspólnego Mur Berliński ze Szczecinem…

Spotkanie poprowadzi dziennikarz i eseista Bogdan Twardochleb.

Henryk Bereska (1926-2005), którego wiersz autorki przytaczają w swojej publikacji, był poetą, aforystą i tłumaczem literatury niemieckiej na polski i polskiej na niemiecki. Mieszkał przez 28 lat “za Murem” czyli w Berlinie Wschodnim i ten temat odcisnął głębokie piętno na jego życiu i twórczości i wracał wielokrotnie w jego poezji.


Diskussion, Musik, Performance

STEPHAN KRAWCZYK – EIN WIDERSPENSTIGER POET

Mittwoch, 15.6.2022, 19:00

Krawczyk - Er denkt anders als die meisten, er schreibt, er singt, spielt Gitarre und Bandoneon, er zeigt Haltung. Er war ein unbequemer DDR-Bürger, auf ihn wurde ein Attentat verübt in der DDR, die Stasi brachte ihn ins Gefängnis und er wurde aus der DDR ausgewiesen. Stephan Krawczyk ist ein Liedermacher, ein widerspenstiger Poet!

Mehr HIER

Erleben Sie am 15. Juni Lieder, Texte und Gespräch mit Stephan Krawczyk in der Gedenkstätte Berliner Mauer

Moderation: Prof. Jürgen Haase

Näheres finden Sie hier: https://www.stiftung-berliner-mauer.de/de/gedenkstaette-berliner-mauer/besuch/programm/stephan-krawczyk-ein-widerspenstiger-poet

Wir freuen uns auf Ihr/Euer Kommen!

Herzliche Grüße
Angela Henkel & Prof. Jürgen Haase


Und noch eine Ansage auf Deutsch!
STAATSOPER FÜR ALLE

Samstag, 18. Juni 2022, 18:00 Uhr

Staatsoper Unter den Linden
Bebelplatz
Unter den Linden
10117  Berlin

Live-Übertragung
Eintritt frei, keine Kartenpflicht

Prinzessin Turandot will niemandem gehören. Dafür ist sie bereit, alles zu geben. Bisher ging die Strategie auf, um sich lästige Verehrer vom Hals zu schaffen: Jeder, der sie heiraten will, muss drei Rätsel lösen. Wer das nicht schafft, bezahlt mit dem Leben. Hunderte versuchen ihr Glück und fallen der grausamen Gewaltherrschaft Turandots zum Opfer. Doch dann taucht ein Mann auf, der die Rätsel lösen kann…

»Turandot«
Dramma lirico in drei Akten (1926)

Musik von Giacomo Puccini

Text von Giuseppe Adami und Renato Simoni nach Carlo Gozzi

Giacomo Puccinis letzte Oper »Turandot« blieb unvollendet. Der Komponist fand bis zu seinem Tod keine Wendung für die finale Liebesszene, die ihn überzeugte. Erst nachdem sein Freund, der italienische Komponist Franco Alfano, das Finale, das heute weltweit zu hören ist, nach den Skizzen Puccinis zu Ende komponiert hatte, wurde die Oper im April 1926 an der Mailänder Scala uraufgeführt und zu einem bahnbrechenden Erfolg.

In »Turandot« verwendet Puccini ein bis dahin unbekanntes Farbspektrum fernöstlicher Melodien im Orchester und spürt den Klängen des alten chinesischen Kaiserreichs nach. Dem begegnet der Regisseur Philipp Stölzl, der neben Musik- und Sprechtheater vor allem Spielfilme, Werbespots und Musikvideos inszeniert, mit einer von Schwarzer Romantik gezeichneten surrealen Bildsprache.

  • Sprache: In italienischer Sprache mit deutschen und englischen Übertiteln

Poziomki i cmentarze

Ela Kargol

Rok temu nie było nas na urodzinach Wiktorii Korb, ale chyba nie miała nas wtedy jeszcze jak ugościć. Poziomki dopiero się zadomowiały, a kamieniarz wykuł dopiero co litery i słowa. Błyszczą obsypane złotem, pod datami, imieniem i nazwiskiem jest jeszcze jedno bardzo ważne złote słowo: PISARKA
To wtedy powstała ta chyba nigdzie nie zmieszczona notatka.


U Viki w ogrodzie rośnie coraz więcej poziomek. Pchają się wszędzie. Ciekawe, czy wiosną będą znowu dojrzewać. Jest zielono, ale mało kwieciście.
Z Viki tak naprawdę zaprzyjaźniłam się po jej śmierci. Znałyśmy się wcześniej, ale dopiero teraz często ją odwiedzam. Ten nowy adres, ten na wieczność, jest dość blisko mojego miejsca zamieszkania.
Lubię ten cmentarz. Przejrzysty, z katakumbami. Mówią o nim cmentarz artystów. Jeżeli Joseph Beuys miał rację, to leżą tu sami artyści, bo artystą jest przecież każdy.
To taka przyjaźń w jedną stronę. Nie byłoby śmierci, nie byłoby przyjaźni. Pewnie, że jestem w lepszej sytuacji. Wybieram kwiaty, które lubię, odwiedzam, kiedy chcę, odchodzę, kiedy chcę. Dopiero niedawno skończyłam czytać twoją pierwszą książkę.
Lubię tu przychodzić. Gdy dowiedziałam się o tym, że mam raka, też tu przyszłam, z córkami, wnukami. Wypiliśmy kawę, zjedliśmy ciastko. Z wnukami gonilismy wiewiórki. Wiktorii Korb tu jeszcze nie było. Była już Marlena Dietrich, Helmut Newton, Yaneck, Ferruccio Busoni, Michael
Schoenholtz, Ulrich Gressieker… byli inni. Teraz jest tu Viki, pisarka.

Wiktoria Korb skończyła 11 czerwca 2022 roku 77 lat, albo skończyłaby, jeżeli w niebie liczymy lata od początku.
Fejsbuk przypomniał o urodzinach Viki, bo fejsbuk, od kiedy się pojawił, stał się nieśmiertelny.
Wprosiłyśmy się trochę na twoje urodziny. No bo jak byś miała nas zaprosić? Ale znaki dawałaś. Przypuszczałyśmy, że nas nie ugościsz, kawę i ciacho wzięłyśmy ze sobą. A tu takie miłe zaskoczenie. „Stół“ zastawiony, aż się uginał.


Najpierw uczta dla oczu, a potem modły dziękczynne do stwórcy, za to, że oprócz wielu rzeczy, które stworzył, jedne z najpiękniejszych są poziomki.

Chmiel na bezsenność
rezeda na nerwy
tymianek na nieśmiałość
chrzan co leczy chore korzonki
to wszystko tak dużo że mało
gdybyś nie stworzył poziomki,
pisał Jan Twardowski.

A więc najpierw uczta dla oczu, potem dla ciała.
Lepszego terminu na urodziny, nie mogłaś sobie wybrać, zresztą nie ty wybierałaś. Wszystko kwitnie, dojrzewa. Właściwie już lato, choć to późna wiosna. Już rok temu zauważyłam, że obok miejsca, które wybrałaś sobie na wieczność, albo wybrano je tobie, zakwitają poziomki. Jedną ci wtedy podarowałam, po prostu przesunęłam ją bardziej w twoim kierunku.

Heinrich Vogeler (Don Quijote?)

und ein Regenspätsommer mit meiner Schwester

Für Pia

Ewa Maria Slaska

Meine Nachbarin hatte Corona. Ich habe ihr jeden Tag etwas von meinem Tisch zukommen lassen. Sie meint jetzt, die polnische Küche sei fantastisch. Als Dankeschön bekam ich eine Kinokarte mit einer Filmempfehlung.

HEINRICH VOGELER – AUS DEM LEBEN EINES TRÄUMERS

Deutschland 2022
Regie: Marie Noëlle – Buch: Marie Noëlle
Mit Florian Lukas, Anna Maria Mühe, Alice Dwyer, Johann von Bülow, Samuel Finzi

In diesem Jahr jährt sich Heinrich Vogelers Geburtstag zum 150. Mal. Grund genug für eine umfassende Ausstellung im Künstlerort Worpswede, aber auch der ideale Zeitpunkt für einen Film, der nach den Mustern einer Dokumentation erzählt, aber mit reichlich Spielszenen ausgestattet ist. „Heinrich Vogeler – Aus dem Leben eines Träumers“ ist so weder das eine, noch das andere, aber der vielleicht perfekte Ansatz, um den Künstler und den Zeiten im Umbruch, in denen er lebte, gerecht zu werden.


Heinrich Vogeler… Ich schließe meine Augen und plötzlich sind letzte 15 Jahre verschwunden und wir sind mit meiner Schwester Katharina in der Umgebung von Worpswede. Wir wohnen in einem Haus nicht weit von der Stadt, wo sich der Fußboden bewegt, wenn man geht, weil das Haus auf einem Moor gebaut ist. Damit der Fußboden und damit das ganze Haus nicht zerfällt, ist er auf zwei Platten gebaut, die nur durch Wände zusammengehalten werden.

Wir haben einen festen Tagesablauf. Aufstehen, frühstücken, arbeiten, dh. schreiben und übersetzen, Mittag kochen, essen, spazierengehen, Regenpilze sammeln und sie gleich nach dem nach Hausekommen braten und sofort essen, dann mit unseren Gastgebern ein Bisschen quatschen oder mit deren Kindern Brettspiele spielen, auf der kleinen vorgebauten Terasse sitzen, schweigen, dem quakenden Fröschen zuhören, Sterne gucken, schlafengehen…

Es regnet fast jeden Tag. Aber auch fast jeder Nacht kann man Sterne sehen.

Manchmal fahren wir zum Teufelsmoor, an Samstagen gibt es in den Dörfern rumherum Kirmes und Flohmärkte, ab und zu gehen wir in die Stadt, nach Worpswede, eine Stadt durch ihre Künstler-Verein Worpswede berühmt. Wir besuchen all diese Künstlerhäuser dort und gehen zum Grab von Paula Modersohn-Becker auf dem kleinem Friedhof. Auf dem Grab befindet sich eine liegende Frauenfigur mit einem kleinem Kind. Das ist Paula mit ihrer Tochter Mathilde, die sie bei der Geburt in den Tod schickte. Mathilde selber lebte aber schon sehr lange – 1907–1998. Paula starb 31-jährig. Ihre letzten Worten waren der Überlieferung nach: Wie Schade!

Für die letzten drei Nächte unseren Urlaubs verlassen wir unserem Einhaus-Dorf und ziehen in das Haus-im-Schluh, Museumshaus von Martha Vogeler, erste Ehefrau von Heinrich Vogeler. Überall hängen Vogelers Bilder, kleine Aquarellen sogar in unseren Zimmern. Im Speiseimmer Der Frühling.

1923 hat sich Martha, die Ehefrau, Geliebte, Muse und Mutter ihrer drei Töchter, und vor allem Modell für so viele seine Bilder, in einen anderen verliebt. Somit hat sie das gemeinsame Haus, den berühmten Barkenhof verlassen. Sie zog ins Haus im Schluh, am Rande des Dorfes, da also, wo jetzt auch wir wohnten.

Er blieb im Familienhaus, das, wegen kleines Birkenhain rumherum – Barkenhof genannt. Ein Haus, wo auch mehrmals Rainer Maria Rilke wohnte. Auf diesem berühmten Bild unten scheint noch alles in Ordnung zu sein, Martha ist noch da und alle Freunde, Vogeler selbst sitzt in der Ecke und spielt Cello. Aber wenn man richtig reinschaut in das Bild, sieht man, dass sich die Idylle auseinandergelebt hatte. Niemand lächelt, niemand schaut einen anderen an. Jeder ist für sich alleine und traurig. Sogar der Hund.


Nicht umsonst hat man den Film Träumer betitelt, nicht umsonst hat er sich selber, inmitten seines glücklichen Künstlerlebens, doch als Don Quijote verstanden, eine tragikomische Figur. Als er für Barkenhof ein Pferd kaufte, nannte er es partout Rosinante.

Er ist ein Verwandlungskünstler. Zuerst Liebling des Bürgertums und reicher Pater Familiae, dann zum Anfang des I Weltkrieges ein Freiwilliger, ein Soldat, aber mit einem Sonderauftrag, als Fotograf, Zeichner und Maler den gerechten Krieg Deutschlands gegen den Rest der Welt, zu verewigen. Er glaubt an Gerechtigkeit dieses Krieges, an seine Rechtmässigkeit. Schließlich muß sich Deutschland wehren. Und als er entdeckt, dass das Alles ein Märchen war, eine Kaiserslüge, verwandelt er sich noch einmal, diesmal in einem Kriegs- und Kaisersgegener.
Er bekennt sich zur Kommunismus, zur gemeinsamer Güte zum Wohle der gerechten Gesellschaft. Er lernt Marchlewski können, und seine Tochter Zofia, Sonja, die er später heiratet.

1924 verwandelt er nicht nur sich, sondern auch sein Haus. Aus dem Boheme-Treffpunkt wird Kinderheim für die Kinder, deren Eltern für Politik in Knast saßen.

1927 verlassen Sonja und Heinrich das Haus endgültig und ziehen nach Berlin, wo sie in der Hufeisen Siedlung ein Häuschen beziehen, in derselben Straße, nur ein paar Häuser weiter, wo Stanisław Kubicki wohnte, also der Künstler, der in diesem Blog schon zig Mal auftauchte. Sie waren beide linksorientierte Künstler und befreundet.

Vogeler ist 1872 in Bremen geboren, 1942 in Kasachstan, in Sowjetunion zum Tode verhungert. Ja, in der Sowjetunjon, also dort, wo er und Sonja 1931 freiwillig hingezogen sind, weil sie an Sowjetunion glaubten. Sie haben in Moskau geheiratet, in Sowjet Union einen Sohn bekommen, und haben sich dort 1941 scheiden lassen. Sonja hat überlebt. Sie ist nach dem Krieg nach Warschau gekehrt und noch viele Jahre gelebt (1898-1983). Er starb den Hungertod in Karaganda.

Sein Grab ist unbekannt.

***

Obwohl der Journalist behauptet, Vogeler verstand sich als Don Quijote, und die Tatsache, dass er sein erstes Pferd Rosinante nannte, es zu unterstreichen scheint, habe ich nirgendwo sein Selbstbildnis als Ritter der Traurigen Gestalt gefunden. Dafür aber ein Bild von 1900, gemalt von Paula Modersohn-Becker. Im Film wird vermutet, dass Paula und Heinrich zeitlang enger befreundet waren und vielleicht gar ein Paar. Wer weißt also, ob der Don Quijote von Paula doch nicht Heinrich ist? Die Künstlerin selber nannte den Mann auf dem Pferd – Cervantes.

Projekt Irena Bobowska (3)

Strona internetowa projektu TU
O Bobowskiej w Polkopedii TU

Grafika Anna Krenz


Ela Kargol

Z cyklu Chodzenie po mieście: W Poznaniu po śladach Ireny Bobowskiej (2)

Irenę Bobowską aresztowano w redakcji Pobudki, w Poznaniu przy ulicy Poznańskiej 27 wraz z innymi współpracownikami tej organizacji, Stanisławą Kwiatkowską i Stanisławem Dornem. Romana Kwiatkowskiego aresztowano w tym samym czasie w fabryce Romana Barcikowskiego (dzisiejszym Herbapolu), przy ulicy Składowej.

Secesyjna kamienica, odrestaurowana stoi do dzisiaj, jak wiele innych przy ulicy Poznańskiej. Jej właścicielem był w roku 1933 Jan Ritthammer, nazwiska Kwiatkowskich nie znalazłam w jedynej dostępnej w internecie księdze adresowej miasta Poznania. Ritthammer, nazwisko brzmiące z niemiecka, ale to jest Poznań i to nic nie znaczy. W zameldowanych pod tym adresem jest więcej osób z nazwiskami polskobrzmiącymi. Przy ulicy jest wiele kamienic secesyjnych. Pod numerem 27 znajduje się obecnie poczta, a na ostatnim piętrze z balkonu zwisa tęczowa flaga.

Matka i rodzeństwo Ireny cudem uniknęli aresztowania. Ostrzegła ich najmłodsza siostra Helena.

Irenę osadzono najpierw w areszcie poznańskiej siedziby Gestapo, które mieściło się w Domu Żołnierza.

Dom Żołnierza planowany od początku lat 20. ubiegłego wieku w Poznaniu, budowany w modernistycznym stylu w latach trzydziestych, otwarto kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej.

Już we wrześniu 1939 roku budynek zajęła Służba Bezpieczeństwa Rzeszy (Sicherheitsdienst), a potem Gestapo (Geheime Staatspolizei).


W piwnicach więziono zatrzymanych, trochę wyżej na piętrach, przesłuchiwano. Niektórzy, jak Irena Bobowska, trafiali potem do Fortu VII, a inni do więzienia na Młyńską i tam pod gilotynę.

Gilotyna z Młyńskiej znajduje się obecnie w Forcie VII, czyli w Muzeum Martyrologii Wielkopolan – Fort VII.

Fort VII mógłby być interesującym przykładem niemieckiej architektury militarnej z końca XIX w., jak możemy przeczytać na stronie głównej muzeum, był jednak miejscem kaźni, tortur i zagłady, a od października 1939 roku obozem koncentracyjnym (Konzentrationslager Posen).

Fort VII znany jest również jako Fort Colomb, nazwany na cześć pruskiego generała Petera von Colomba. Jego grób znajduje się w Berlinie na Starym Cmentarzu Garnizonowym. Przetrwał tyle lat, ale oni generałowie mają groby i godne pochówki. A Irena? Możemy tylko podejrzewać, że jej prochy leżą gdzieś tam lub tu w berlińskiej ziemi, może na cmentarzu Altglienicke, jak wielu z nas przypuszcza.

Fort VII był miejscem, gdzie po raz pierwszy, w ramach tzw. akcji T4, zamordowano około 300 pacjentów Zakładu Psychiatrycznego w Owińskach i oddziału psychiatrycznego Poznańskiej Kliniki Uniwersyteckiej przy ulicy Grobla 26. Dawną remizę artyleryjską przeznaczono na komorę gazową. Drzwi po zamknięciu zalepiono gliną, przez mały otwór wpuszczono tlenek węgla. Zwłoki wywożono do lasów koło Obornik i tam grzebano.


Irenę Bobowską uwięziono w celi nr 23. Jej pobyt w Forcie VII jest dokładnie udokumentowany w książce Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej. Zachowało się dużo grypsów i listów Ireny i do Ireny. W obecnym forcie-muzeum poświęcona jest Neni jedna gablota ze zdjęciem i najważniejszym wierszem napisanym prawdopodobnie w więzieniu we Wronkach, ale jest również możliwe, że pisała go już w Forcie VII

Bo ja się uczę największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie! …


Rok lub dwa lata później więźniarki Fortu VII ułożyły hymn fortowy, jak same go nazwały. Autorstwo przypisuje się Wandzie Serwańskiej lub Walerii Leśnej-Bembnistej, więźniarkom Fortu VII.

Wszystko będzie dobrze

Jasne przyjdą dni
Słońce nam zaświeci
Otworzą Fortu drzwi

O szczęściu i swobodzie
Gromadka więźniów śni
Wszystko będzie dobrze
Jasne przyjdą dni

Wszystko będzie dobrze
Wolności błyśnie dzień
Więzienne znikną mury
Fortowy zniknie cień

I radość znów zagości
Wśród śmiechu jasnych śnień
Wszystko będzie dobrze
Wolności błyśnie dzień.


W październiku 1940 tak jak w piosence otworzyły się Fortu drzwi, ale niestety dobrze już nic nie było. Nenię przewieziono do więzienia we Wronkach. Podobno tam zaczęła pisać wiersze, uciekała w świat marzeń i poezji, znosząc równocześnie tortury, głód i upokorzenia. Pamiętajmy, że Irena była dziewczyną z niepełnosprawnością. We Wronkach odebrano jej wózek inwalidzki, odebrano szyny podtrzymujące sparaliżowane nogi. Irena musiała czołgać się po podłodze, żeby dojść na przesłuchanie. Razem z nią we Wronkach przebywała Stanisława Kwiatkowska, aresztowana na Poznańskiej w redakcji Pobudki. Gdy ją zwolniono, to właśnie ona przeniosła w bucie wiersz Ireny, ten o uczeniu się największej sztuki życia, uśmiechać się zawsze i wszędzie. Wiersz powędrował dalej, do innych więzień i więźniarek. Do Auschwitz zawiozła go Wanda Serwańska, współautorka hymnu fortecznego, harcerka, absolwentka Dąbrówki, rok młodsza od Ireny, więżniarka Fortu VII, obozu w Żabikowie, KZ Auschwitz-Birkenau, KZ Flossenbürg.

Pojechałam do Wronek. Już z dworca na którego budynku nigdzie nie mogę znależć napisu WRONKI, a który pewnie pamięta jeszcze napis Wronke widać największy w Polsce zakład karny typu zamkniętego. Więzienie, wtedy jeszcze pruskie zbudowano w 1894 roku na planie krzyża, w systemie celkowym. Po wybuchu Powstania Wielkopolskiego więzienie otwarto, więźniów wypuszczono, Niemców rozbrojono. Jakiś czas budynki więzienne służyły jako koszary dla II i VII Pułku Strzelców Wielkopolskich. Po zakończeniu walk budynki włączono w system więziennictwa polskiego.


W okresie okupacji hitlerowskiej obiekt więzienny we Wronkach włączony został w system więzień sądowych III Rzeszy w ramach Kraju Warty. Było to jedno z większych więzień wcielonych do Niemiec. Obiekt przeznaczony został dla mężczyzn i kobiet skazanych na karę więzienia od 6 miesięcy do 2 lat. Pod względem narodowościowym, więźniami we Wronkach byli przede wszystkim Polacy. Przez cały okres okupacji przez więzienie przeszło ponad 28000 więźniów. Liczba ta nie obejmuje jeńców, zakładników i innych osób osadzonych we Wronkach w pierwszych tygodniach okupacji. W więzieniu przetrzymywano ludność polską na wielomiesięcznych kwarantannach przed wysłaniem do innych więzień lub obozów koncentracyjnych, głównie Oświęcimia i Mauthausen, do zakładów przemysłowych wykorzystujących niewolniczą pracę. Więzienie było stale przeludnione. Najwyższy stan więźniów – 4458 odnotowano w dniu 1 listopada 1942 roku. Na samym cmentarzu wronieckim w tym okresie pochowano 804 Polaków. Hitlerowcy przeprowadzili także około dwóch tysięcy egzekucji w lasach położonych na drodze do pobliskiego Obrzycka.

W styczniu 1945 roku polskie władze uruchomiły więzienie, najpierw dla jeńców i zbrodniarzy niemieckich, później dla pospolitych przestępców, ale przede wszystkim dla Polaków sprzeciwiających się nowej władzy, dla żołnierzy AK, dla osób niewygodnych nowemu ustrojowi. Do roku 1956 było więzieniem politycznym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Również później, gdy po amnestii w roku 1957 wypuszczono większość więźniów politycznych i przyjmowano coraz więcej więźniów tzw. pospolitych, recydywistów, nadal cele więzienne wykorzystywano jako miejsce odosobnienia dla więźniów politycznych. Tu w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych swe kary odbywał Jacek Kuroń. W roku 1981, w trakcie stanu wojennego, zakład stał się miejscem internowania działaczy NSZZ Solidarność z województwa pilskiego.


W roku 1916 we Wronkach więziona była Róża Luksemburg, zamordowana rok przed urodzeniem Ireny, w Berlinie.

Z Wronek przetransportowano Irenę do Berlina, najpierw do więzienia w Spandau, potem na Moabit, później do Frauengefängnis na Barnimstraße i wreszcie na wykonanie wyroku do więzienia w Berlinie Plötzensee.


W Poznaniu, na cmentarzu Miłostowo, niedaleko ulicy Warszawskiej, na polu 39 jest grób rodzinny Bobowskich. Pochowana jest tam matka Ireny Zofia i brat Stanisław. Na płycie nagrobnej wyryte są jeszcze dwa nazwiska – Teodora Bobowskiego zamordowanego w Katyniu i Ireny Bobowskiej ściętej w więzieniu Plötzensee w Berlinie.


Wszystkie zdjęcia oprócz tych z Miejsca Pamięci Plötzensee wykonała Ela Kargol

Ein Tag in Berlin, Kafka

Ewa Maria Slaska

Ich schrieb schon Mal von Kafka in Berlin, HIER. Diesmal gingen wir mit Masha, die dort beschriebenen Orte uns selber anzugucken.

Wir sollten, so war der Plan, mit dem Hotel Askanischer Hof beginnen, wo Kafka immer Quartier bezog als er nach Berlin kam, um Felice Bauer zu besuchen.

Hotel Askanischer Hof

Das Hotel ist eine Mirage. Es hat eine Internetseite. Sehr schöne und authentisch wirkend.

http://askanischer-hof.ihotelsberlin.com/de/

Es gibt es jedoch NICHT. Glaubt mir. Wir waren da vor drei Tagen! Es gibt dort kein Hotel! Auch kein, das Mal da gewesen wäre. Und offiziell es gibt es nicht seit 1923!!!!

Was ist es also da auf dieser Internetseite!? Und woher stammt dann dieses Foto unten? Es ist doch ein neues Foto, keine Antiquität aus dem Jahre 1922.

Wohnung Nr. 1, Miquelstr. 8, Steglitz

Die Verlobung mit Felice Bauer wurde aufgelöst. Kafka zieht nach Berlin mit seiner neuen Freundin, Dora Diamant, ein. Ab September 1923 wohnen sie in der Miquelstr. 8 bei Moritz Hermann. Das Haus steht nicht mehr und heute gibt es da kein Zeichen, dass Kafka dort gewohnt hat.

Wohnung Nr. 2 Grunewaldstr. 13, Steglitz

Schon zwei Monate später, am 15. November 1923 ziehen Dora Diamant und Franz Kafka in eine neue Wohnung ein, ebenfalls in Steglitz: Grunewaldstr. 13 (bei Seifert). Die neue Wohnung, schreibt Kafka an seine Schwester, ist ausserordentlich schön. Hat zwei Zimmer, Zentralheizung, elektrisches Licht und Telefon.
Auf dem Haus gibt es zwei Gedenktafel. Eine marmorene mit einem typischen Erinnerungstexts und eine metallene mit einem Zitat von Kafka:
Die Guten gehen im gleichen Schritt .
Ohne von ihnen zu wissen tanzen die Anderen um sie
die Tänze der Zeit.

Wohnung Nr. 3, Heidestr 25-26 (heute Busseallee 7-9), Zehlendorf

Im Februar 1924 ziehen sie das letzte Mal um (auf der Tafel unten steht ein anderes Datum – ich beziehe mich auf die obige Tafel und das Buch von Reiner Stach, Kafka von Tag zu Tag). Kafka ist schon sehr krank: Kehlkopftuberkulose. Danach wird noch Herzschwäche diagnostiziert.


Am 17. März 1924 reist er aus Berlin nach Prag aus, um hierher nie mehr zurückzukommen. Im April 1924 wird er in ein kleines privates Sanatorium im Dorf Kierling geliefert, wo er weiterhin von Dora gepflegt wird.

Am 3. Juni 1924 starb er. Wir begaben uns drei Tage später auf die Spurensuche von ihm.

Reblog

piotrstankiewicz.pl

LIST MĘŻCZYZNY DO MĘŻCZYZN


2 listopada 2019 roku Trybunał Konstytucyjny ogłosił (nie)sławny wyrok poważnie ograniczający dostępność aborcji w Polsce. Potem było oczywiście jeszcze gorzej, wiemy, bo TK praktycznie zakazał aborsji w Polsce. Ale ja nie o tym. Odpowiedzią były protesty w całym kraju, protesty o bezprecedensowej dynamice i największej być może skali w całej historii III Rzeczypospolitej. W czasie trwania tychże protestów Piotr Stankiewicz opublikował „List mężczyzny do mężczyzn”. Rozszedł się on wówczas bardzo szeroko, myślę, że po kilku latach nadal warto go przypominać. Nawet jeśli nie ma dziś żadnej specjalnej okazji. My też możemy bez żadnego trybu.

*

Panowie!

Wielu z nas chce wspierać kobiety w tym, co się dzieje. Ale warto się zastanowić, jakie wsparcie jest potrzebne, a jakie jest powielaniem seksistowskich stereotypów i karmieniem męskiego ego. Dlatego pozwólcie, kilka słów od faceta do facetów.

1. Nie przemawiajmy do kobiet. Mówmy do innych mężczyzn.

2. W szczególności, mówmy do tych mężczyzn, którzy nie ogarniają tematu. Mówmy, żeby ogarnęli, i temat i siebie. Jeżeli uważamy się za sojuszników kobiet, to nie jest naszym zadaniem do czegokolwiek kobiety przekonywać. Naszym zadaniem jest przemówić do rozumu tym mężczyznom, którzy nie ogarniają.

3. Bądźmy dorośli — gimnazjum już się skończyło. Nie sprowadzajmy sprawy do absurdu, gdy tylko nam wygodnie. „Nie przemawiajmy do kobiet” to nie znaczy, że mamy się do nich nie odzywać. A co znaczy? Znaczy, że mamy nie mówić w ich imieniu, nie zabierać im głosu, nie sugerować, że lepiej od nich wiemy, o co chodzi w ich walce o ich prawa. Diabeł mieszka w szczegółach. Darujmy sobie nawet pozornie niewinne sugestie czy dobre rady.

4. I nie, nie chodzi o to, że mamy się w ogóle nie odzywać. Gdybym tak uważał, to bym nie pisał. Mężczyzna nie ma milczeć, ma sporą pracę do wykonania. Nad sobą i nad innymi mężczyznami.

5. Nasza rola polega na tym, żeby posłać na śmietnik herstorii tę przeklętą „męską szatnię” (dosłowną i tę w przenośni). Na seksizm trzeba reagować tam i wtedy, kiedy on się dzieje. Słyszysz głupie żarciki w męskim gronie — reaguj. Widzisz kretyńskie zachowania — reaguj. Musimy temu powiedzieć STOP, w zwykłym codziennym życiu. Hannah Arendt się kłania: nieszczęścia nie biorą się stąd, że źli ludzie robią złe rzeczy, tylko stąd, że zwykli ludzie tolerują zło. Rzeczywistością nie staje się to, co lajkujemy na fejsie. Rzeczywistością staje się to, co tolerujemy na co dzień.

6. It’s not about us, men. Tutaj nie chodzi o nas. Próby wyjaśniania czy komentowania sprawy kobiecej przez kategorie męskich oczekiwań czy wyobrażeń — to jest podważanie tej sprawy.

7. Świat nie ma już wracać do żadnej „normy”, w której by było tak, jak było wcześniej. Chodzi właśnie o to, że nasze myślenie o naszym miejscu w życiu i świecie właśnie się wywraca do góry nogami. I to nie jest przypadek. To jest sens tego, co się dzieje. I to właśnie mamy wziąć na klatę.

8. Nie wysuwajmy wobec kobiet żądań czy oczekiwań. To nie jest czas, żeby stawiać warunki. Albo wspierasz, albo dzielisz włos na czworo, a siebie rozmieniasz na drobne.

9. Nie oczekujmy profitów, punktów procentowych, pogłaskania po główce, jacy to jesteśmy fajni. Wielu z nas podskórnie by tego chciało, ale zaprawdę powiadam Wam, niech nam wystarczy, że staniemy po właściwej stronie herstorii. To jest naprawdę dużo.

10. Tutaj nie chodzi o nas, ale jest jedna męska rzecz, którą warto podnieść, a o której rzadko się mówi. Otóż owszem, nie jest łatwo być postępowym mężczyzną we współczesnym świecie. I dlatego o tym piszę. To jest droga, na którą nie ma skryptu, na której nie ma wielu książek, za to jest wiele raf, i w ogóle, w szkole tego nie uczą. Zgadzam się. Ale ten ciężar musimy wziąć na siebie. Nie jest rozwiązaniem — tutaj i wszędzie indziej — przerzucać go na kobiety, że one mają wyjaśnić, przytulić, otoczyć miłością. Tak to nie działa.

11. Uczmy się, dowiadujmy! Nie dajmy się zwieść temu, że w KON-STY-TUC–JI jest napisane, że mężczyźni i kobiety są równi. Nasze doświadczenia w tym społeczeństwie dzieli przepaść. Był kiedyś taki wątek, „co byście dziewczyny zrobiły, gdyby wszyscy mężczyźni zniknęli na 24 godziny?”. I tu zagadka dla nas, facetów. Jak myślicie, jakie były odpowiedzi? „Przestałabym się malować”? Owszem, padło. Ale najwięcej serduszek dostała taka odpowiedź. „Poszłabym biegać w środku nocy i słuchałabym muzyki przez obie słuchawki, bez tej przemożnego uczucia, że jedną z nich muszę wyjąć”. Sto tysięcy dziewczyn to zalajkowało. I teraz połączymy kropki, o co w tym chodzi. I nie bójmy się przyznać, ja też dostałem gęsiej skórki, gdy pierwszy raz to zrozumiałem.

12. Zasoby internetu są nieskończone — wystarczy kliknąć. I są powiązane. Internet sam nas poprowadzi, trzeba tylko chcieć się dowiedzieć, doczytać. Chcemy być sojusznikami kobiet? Nie zmuszajmy ich do tracenia czasu, energii i nerwów na tłumaczenie nam tego, co dla nich jest oczywiste, a czego powinniśmy się dowiedzieć sami. Wierzcie mi, jeżeli kobiety czytają ten list, to ziewają z nudów, bo wszystko o czym tu piszę, jest dla nich absolutną oczywistością, codziennym doświadczeniem.

13. I w tym tkwi sedno sprawy.

14. Jak widzicie, wszystkie te grzechy mam dobrze przemyślane, bo wszystkie je popełniałem. I ani nie uważam ich za powód do dumy, ani one mnie nie dyskwalifikują. Bądźmy tą zmianą, którą chcemy zobaczyć w świecie, tak. Ale żadnej zmiany nie robią ludzie bezgrzeszni, bo takich nie ma.

15. Szerujcie.

*

(List był opublikowany na moim Facebooku i równolegle na ASZ Dzienniku, 2 listopada 2020 r.)

rysunek pióra, towarzyszący zapisowi na stoicki newsletter

Pracownia artysty

Ewa Maria Slaska

Patrick William Adam
(Scottish painter,1854 – 1929)
“Morning at workshop”,1912

Poranek w warsztacie? W warsztacie? Lekko błyszcząca podłoga, a więc wypastowana i nie zadeptana. Biały wykrochmalony obrus z mereżką. Róże w wazonie, róże za drzwiami do ogrodu. Niedbale przerzucona serweta i otwarta książka na krześle. Jak się przyjrzeć, to po lewej widać tylne strony dwóch blejtramów, a na komódce po prawej w wazonie stoją pędzle. Czyli słowo “warsztat” oznacza atlier artysty. To on sam, tylko on, pił tu poranną herbatę i być może jadł na śniadanie grzanki z marmoladą pomarańczową. Jest jedno krzesło, jedna filiżanka na stole. Czytał przy jedzeniu. Porzucił serwetę i książkę. Wyszedł.

Ten obraz nie daje mi spokoju. Pracownia artysty? Wyrastałam w domu z matką-artystką. Nie było białych błyszczących obrusów, srebrnego dzbanka do herbaty ani porcelanowych filiżanek. Rzeczywistość PRL-u w latach 40/50/60 była przaśna, ale fakt, że dom był pracownią artysty, pogłębiał wszystkie niedomogi.


Najpierw mama “cięła” czyli przenosiła wykonany uprzednio rysunek na deskę lub linoleum i wycinała go dłutami, które musiały być bardzo ostre, a prowadzić je trzeba było pewną ręką, bo inaczej linie rysunku były niechlujne. Potem trzeba było wypukłe części deski lub linolum pokryć bardzo dokładnie farbą (u mamy – najczęściej – czarną), delikatnie i równo przyłożyć cienki papier do farby, wygładzić każdy przylegający do farby kawałek papieru czymś bardzo gładkim (mama używała wygiętego kawałka wypolerowanej kości słoniowej), co pozwalało odbić farbę na papierze, a potem jeszcze delikatniej zdjąć papier z deski i położyć odbitkę na stole lub powiesić na sznurku, aby wyschła.
Tak wyglądało robienie odbitek z małych grafik, duże wymagały większej siły nacisku – prasy lub magla, aby jednak przewalcowany papier się nie darł trzeba było pokrywać go równiutko kawałkami grubego materiału i dociskać kawałkiem blachy. I dopiero taką “kanapkę” wprowadzało się delikatnie między dwa rozstawione na największą szerokość wałki magla. Wałki trzeba było skręcić z powrotem i dopiero wtedy przeprowadzić korbą całą konstrukcję na drugą stronę. I tak na przykład dziesięć razy albo pięćdziesiąt. W zależności od tego, ile odbitek trzeba było wyprodukować. Najczęściej były trzy odbitki z 20 albo i 30 grafik. To była ciężka wyrobnicza praca.


Grafiki bardzo często się nie udawały, papier się rwał lub załamywał, robiły się dziury, farba przesiąkała bądź przeciwnie – było jej za mało. Czasem dało się jakieś załamania wyprasować, a dziury zakleić, ale czasem odbitka szła do kosza na śmieci.


Czarna farba brudziła dłonie, meble, ubrania, dłonie brudziły twarz, talerze, książki. Odbitki leżały i wisiały wszędzie. Przyjaciele, którzy pomagali je wykonywać, byli w całym domu, musieli, jeść, pić, myć ręce, palili papierosy, słuchali głośno muzyki, spali, gdzie popadło. Ich brudne ręce pokrywały umywalkę, wannę, ściany szarymi zaciekami, farba była na talerzach, kubkach i sztućcach. Kot lub dwa koty szarpały nieudane odbitki (udane trzeba było starannie chronić), deptały po świeżej farbie i zostawiały ślady, gdzie popadło.

Leon Wyczółkowski
“Wiosna w Gościeradzu”
Około roku 1930

Przemek Masalski, zaprzyjaźniony psycholog, który był właśnie z wizytą (z żoną i córeczką) i któremu się poskarżyłam, że na obrazach, w tych pomieszczeniach, gdzie bądź co bądź żyją artyści, a więc stworzenia brudzące, jest tak czysto i estetycznie, a u nas, po kolacji, którą właśnie we czwórkę zjedliśmy, została góra odpadków i góra brudnych naczyń, powiedział, że taka właśnie jest różnica pomiędzy tym, co sobie idealistycznie wyobrażamy, a życiem.

No cóż, u nas tak…