Pokolenie Solidarności (7)

Ewa Maria Slaska

Eli

Muzyka (1966)*

Na wakacje się jeździło nad morze, do Jastarni, Kuźnicy, Juraty. Zasadniczo miałoby większy sens, gdyby dzieci znad morza jechały w góry, ale tak nie było. Kolonie dla dzieci szkolnych z Trójmiasta organizowano też nad morzem. A gdy Basia, już w liceum, zamiast na kolonie jeździła na obozy harcerskie, wyjeżdżali zawsze na Kaszuby. Dopiero pod koniec liceum, gdy Basia zaczęła jeździć autostopem, zobaczyła Mazury, Puszczę Białowieską, Tatry, Bieszczady i Góry Świętokrzyskie.
Komunistyczna rzeczywistość była szara i przaśna, młodzi ludzie posiadali niewiele, ale na szczęście dorastali już w czasach postalinowskich, w związku z tym mieli jednak jakieś kino, jakieś książki, również te z Zachodu, jakiś teatr i przede wszystkim muzykę. Muzyka była bardzo ważna, bardziej niż książka, a nawet niż kino była przepustką do kolorowego świata i romantycznych uniesień. Radio tranzystorowe, magnetofon, adapter, szafa grająca w kawiarni, ale przede wszystkim jednak muzyka na żywo: jazz w klubie, pop na zabawie ludowej, orkiestra na dansingu. No i wszyscy sami śpiewali przy gitarze, albo grali na fortepianie. Od roku 1961 były już koncerty w Non Stopie w Sopocie, pod płóciennym dachem rozpiętym przy samej plaży. To było świetne, prawdziwa dyskoteka, jedna z pierwszych w Polsce. Stefan pamiętał zespół Pięciolinie, potem przemianowany na Czerwone Gitary. W Non Stopie śpiewali wszyscy, Seweryn Krajewski, Krzysztof Klenczon, Helena Majdaniec, Karin Stanek, Czesław Niemen.

Po 50 latach od tamtych czasów berliński artysta performansu, Jemek Jemowit wymyślił postać Zygmunta Blaska, polskiego Davida Bowie, Ułożył dla niego piosenki i nagrał je na płycie, stworzył film, w którym grałam dziewczynę, żonę, a potem wdowę po Zygmuncie Blasku. Opowiadałam o życiu muzyka, przydając mu biografię człowieka, z którym kiedyś krótko byłam, a który stał się pierwowzorem postaci Stefana. Wyjechał z Berlina do Nowego Jorku i tam… O tym, co tam, opowiem później, tu przytoczę tylko piosenkę o mnie, oczywiście tej filmowej, ale może trochę i o mnie, dziewczynie która chodziła do Non Stopu gdy miała 18 i 19 lat, i płakała, gdy kończyła lat 20, bo była już za stara.

Ruda z Non Stopu, piosenka Jemka Jemowita z filmu Legenda Zygmunta Blask.

Jedna jest rodem z Bydgoszczy,
a druga rodem z Warszawy
Trzecia tutejsza
Sopot Grunwaldzka
Co je łączy?
To dansing i noc
Lecz czwarta JEDYNA
jak róża ognista
Trochę trzeźwa trochę przejrzysta
Chodź kocie, zapraszam na kawę,
Pokaż w Sopocie jak tańczą warszawę
Prowadź mnie jak Lodzia Krajewska
W oczach czarnych elektryczna iskra
Firany bujają żyrandol trzęsie
Wpadam prosto w twoje ręce
RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
hej, mała, mała
A ja jak koń młody
Głupi, lecz silny i pełen swobody
Na parkiecie, w namiocie, na plaży wzdłuż mola
Naucz mnie tańczyć tu rock’n’rolla

Tańczyliśmy jive’a, twista i let’s kiss, charlestona, madisona i warszawę, ale przede wszystkim rock’n’rolla z obrotami, przerzucaniem i przeciąganiem partnerki po podłodze. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak Stefan, Marek, Jacek, Piotrek czy ich kumpel Zbigniew, zwany Zbychoo, i ich licealnym kolegom wystarczała improwizacja, niespożyta energia i czyjaś wolna chata, gdzie można było zorganizować prywatkę z potańcówką. Muzykę odtwarzali z gramofonowych singli na adapterach Bambino, z pocztówek dźwiękowych, kupowanych w kioskach i na stoiskach targowych, czasem z płyt, o które w Gdańsku było łatwiej niż gdziekolwiek w Polsce, bo przywozili je marynarze. Był taki komis we Wrzeszczu na Grunwaldzkiej, być może jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie można było kupić „Szedousów”, „Bitlesów” i „Stonsów”. Jednak i tak najważniejsze dla tych, którzy słuchali muzyki, było radio Luxemburg, choć ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane prawie tak samo jak radio Wolna Europa.

Stefan i Marek czasem mieli jakieś fajne płyty, czasem chatę, ale przede wszystkim obaj świetnie umieli tańczyć. Byli wysocy, mocno zbudowani i silni, mogli ryzykować przerzucanie partnerki przez ramię albo przetaczanie jej po plecach, bez obawy, że spadnie na ziemię. Kiedy mieli chwilę wolnego, czasem nawet kilka razy w tygodniu trenowali w domu różne wymyślne figury taneczne, które im potem pozwalały „rządzić na parkiecie”. Choć oczywiście z reguły nie był to parkiet, lecz deski, wykładzina dywanowa albo linoleum.

Tak się zdobywało lokalną popularność, trzeba było mieć dżinsy, najnowszą płytę The Beatles i umieć podrzucić dziewczynę pionowo do góry tak, żeby okręciła się w powietrzu wokół własnej osi, zanim się ją znowu złapało i postawiło na ziemi.

Rock and roll był muzyką prostą i nieskomplikowaną, a to sprawiało, że w każdej szkole na świecie, a czasem nawet w każdej klasie powstawały zespoły rockowe. W większości męskie. Może dlatego, że chłopakom odpowiadało mocne uderzenie, szybsze i agresywniejsze, niż to, co dotychczas się grało w muzyce rozrywkowej. W każdym liceum i technikum, w każdej zawodówce byli chłopcy, którzy fantastycznie grali, a zdobycie sprzętu było wystarczająco proste, by każdy mógł grać. Ktoś kiedyś powiedział, że wystarczyło mieć gitary i garnki. Ale to nie takie proste. W polskim filmie Yesterday, z 1984 roku (nie mylić z amerykańskim z roku 2019) perkusista gra rzeczywiście na garach i garnkach, ale znawcy twierdzą, że „na wiadrach to nie pograsz, bo to nie ma odbicia zupełnie. Odczucia muszą być podobne do odbicia z naciągu”. Ale perkusja była niewątpliwie najdroższym elementem wyposażenia takiego szkolnego zespołu. W Liverpoolu, w czasie, gdy powstał zespół The Beatles, było pięć tysięcy zespołów młodzieżowych. Zespół Stefana nazywał się SZOPA, od pierwszych liter ich imion – Stefan, Zbychoo, Olek, Piotrek, Antek. Marek chodził do innej klasy, grał z nimi czasami, ale jednak jego imię nie przyłożyło literki do nazwy zespołu, z którym zyskali “nieśmiertelną sławę” na miarę ich własnego liceum.

Każdy zespół musiał mieć wokal, gitarę prowadzącą, gitarę rytmiczną, gitarę basową i perkusję, czasem pianino lub organy, czyli tak zwane klawisze. Chłopcy grali na szkolnych zabawach i na akademiach, chociaż wtedy najpiew musieli odwalić klasyczny repertuar z czasów Komuny – Międzynarodówkę, My ze spalonych wsi, Ukochany kraj, umiłowany kraj lub Wszystko tobie, ukochana ziemio. Po tej triadzie, ewentualnie tetradzie, mogli już grać, co chcieli, i czasem był to Armstrong, czasem Presley, niekiedy Penderecki, czasem Bach lub Czerwone Gitary, „Beatlesi” albo „Stonsi”. Stefan śpiewał, grał na gitarze i klawiszach jakąś własną mieszaninę jazzu, bluesa i rock and rolla. Nic dziwnego, że kiedyś Tadzio, jego syn, zostanie muzykiem hip-hopowym.

Teksty utworów były proste, chłopcy je sami pisali, i prawie zawsze dotyczyły miłości, z reguły samych jej początków. Każdy młody człowiek na całym świecie bez trudu utożsamiał się z tą muzyką i jej przekazem – kocham i nie ma nic ważniejszego niż miłość. I o ile nieszczęśliwie zakochane dziewczęta mogły jeszcze szukać pomocy u poetek, a w PRL-u przede wszystkim u Małgorzaty Hillar, o tyle chłopcy na wszelkie rozterki duchowe mieli tylko rock’an’rolla, zwanego w Polsce najpierw big beatem, a potem, żeby było jeszcze bardziej swojsko – mocnym uderzeniem. I to pomagało. Zawsze. W każdej sytuacji, na każdą miłość, tęsknotę i rozczarowanie, mieli swoje melodie i teksty. I can get no satisfaction. Albo: when you leave me, I will surely die.

Muzyka to była wolność. Wolność od dorosłych, od opresji ze strony rodziców, szkoły, partii, kościoła, społeczeństwa, wścibskich ciotek, złośliwych sąsiadów, nadmuchanych własną ważnością dyrektorów. Od, od, od. Od wszystkiego.

Na prywatkę i do Non Stopu trzeba się było odpowiednio ubrać. Oczywiście szczytem bycia na topie były prawdziwe dżinsy, a jak się ich nie miało, to jak najbliższe oryginału podróbki. Stefan jeszcze przez wiele lat opowiadał, że żeby kupić od jakiego marynarza dżinsy, które na nich pasowały – byli podobnie zbudowani, wysocy i szczupli, ale wtedy prawie wszyscy byli szczupli – zebrali wszystkie pieniądze, jakie mieli, spieniężyli kilka pocztówek dźwiękowych, sporo butelek z piwnic rodziców i sąsiadów, a także parę książek z bibliotek rodziców. I tak kupili tę jedną, jedyną parę, po to, żeby ją… rozpruć. Było to straszne i gdyby nie byli chłopakami, to chyba by się rozpłakali, prując te najpiękniejsze na świecie blue jeans, ale dzięki temu zdobyli idealny wykrój, według którego potem przez lata szyli podróbki.
Pamiętam, że jak doczekałam się wreszcie tego, że mama poprosiła kogoś, kto przyjeżdżał z Anglii, żeby mi przywiózł dżinsy, mama nie przekazała prośby dokładnie i dostałam granatowe dzinsy sztruksowe! Jaka byłam w nich gruba! Do dziś pamiętam to nie dające się opisać rozczarowanie. To już chyba nawet szariki były lepsze!

Stefan dostał od mamy starą, poniemiecką maszynę Singera i nauczył się szyć, tylko po to, żeby te dżinsy były idealnie takie, jakie miały być. Zbychoo miał dojścia do fabryki włókienniczej w Łodzi, gdzie pracowała jakaś jego ciotka, został więc głównym zaopatrzeniowcem grupy. Tak właśnie funkcjonował PRL, kraj, w którym nigdy nic nie było, wszystko jednak dawało się zorganizować i wszyscy wszystko mieli. Antek został krojczym i twierdził, że bardzo mu się to przyda, jak już pójdzie na studia, bo inżynier budowy okrętów musi umieć zaplanować traserom układanie na grubych stalowych płytach elementów kadłuba tak, żeby po wycięciu zostawało jak najmniej odpadów. Trenował więc na spodniach. Stefan szył, a Piotrek i Olek, którzy mieli smykałkę do interesów, sprzedawali je na dużej przerwie w szkole, w kącie między płotem a salą gimnastyczną. Było to właściwie jedyne miejsce w całej szkole, gdzie prawie nigdy nie zaglądali nauczyciele, z reguły więc spotykali się tam palacze, ale i palacze potrzebowali porządnych spodni, jakoś zatem potrafili się podzielić tą przestrzenią wolności.

Pieniądze ze sprzedaży „dżinsów spodni” zużywali na zakup instrumentów, muzyki oraz taniego wina, czyli jabola. Jabol, zwany też czasem jabłko, alpaga lub bełt, był tanim winem owocowym, jak sama nazwa wskazuje, jabłkowym, rzadziej wiśniowym. Cieszył się właściwie złą sławą, ale podobnie jak pocztówki dźwiękowe, był niezbywalnym składnikiem ich młodości. Pisząc tę powieść, przeczytałam w Wikipedii ciekawe zdanie: Mimo niskiej ceny i negatywnych skojarzeń polskie wina owocowe, produkowane tradycyjną metodą fermentacji moszczu owocowego, uważane były przez fachowców za wina wysokiej jakości w swojej klasie, co zawdzięczały głównie dobrej jakości naturalnym surowcom oraz tradycyjnej technologii produkcji. Wyobrażam sobie, że napisał to mój rówieśnik. Ciekawe, czy wyglądał jak któryś z „Bitlesów”. Taka była norma, wychodziłyśmy za mąż za facetów, którzy wyglądali jak „Bitlesi”. Najlepiej jak John Lennon (oryginalny, chudy w drucianych okularkach, zwanych do dziś „lenonkami”) albo Paul McCartney (ładny, bez okularów i zarostu).

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy jako SZOPA byli już stałymi bywalcami studenckich tańców, Stefan i jego koledzy znali dobrze światowe trendy. Czasy „Szadousów” i Rity Pavone minęły, słuchali Presleya, Paula Anki i Chucka Berry’ego, który odegrał w historii rocka taką rolę, że ktoś potem powiedział, że gdyby Chucka Berry’ego nie było, to trzeba by go było wymyślić. Jednak od czasów That’s All Right Mama najważniejszym człowiekiem w świecie muzyki na świecie był oczywiście Presley, jak na górze, tak i na dole, jak na Zachodzie, tak i na Wschodzie, i jego styl, rockabilly. Presley został wylansowany już w lipcu 1954 roku, ale ta pierwsza fala jego popularności nie miała jeszcze szans, żeby dotrzeć do Polski. Stalin już wprawdzie nie żył, ale Blok Wschodni wciąż jeszcze trzeszczał w okowach mroźnej wojny, mimo iż co i raz zdarzał się bunt niewolników.

W latach 60 wszyscy ci idole ustąpili miejsca „Bitlesom”, których nazwę pisało się i mówiło w Polsce nader dziwacznie. Zaraz po „Bitlesach” lokowali się The Rolling Stones czyli po polsku „Stonsi”. A po piętach deptały im następne sławy, The Bee Gees, czyli trzej bracia Gib, The Beach Boys, The Lovin’ Spoonful, Herman’s Hermits, The Who, a potem The Doors i Jimmy Morrisson. No i wreszcie nadciągnęły dwie wielkie gwiazdy ich młodości, Jimi Hendrix i Janis Joplin. Oboje umarli w 1970 roku, i wtedy już na dobre skończył się świat młodości, muzyki, wakacyjnych flirtów na plaży i poszukiwania wolnej chaty.
W międzyczasie wszyscy z SZOPY wpadli w politykę, zanim to jednak nastąpiło, do Warszawy przyjechali „Stonsi”.


* Masy inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Jacek Krenz i Zbigniew (Zbychoo) Milewicz oraz wspomnienie o mojej (nieżyjącej już) przyjaciółce, Basi Owsianej, która stała się wzorem bohaterki tej powieści (jeśli to w ogóle jest powieść) i dała jej imię. Dziękuję, Basiu, dziękuję, chłopaki!

Poziomki

Rekapitulacja

Ela Kargol sfotografowała poziomki. Zrobiło to na Czytelnikach takie wrażenie, że postanowiłam “pójść za ciosem”.


Tam, gdzie rosną poziomki, Ingmar Bergman, 1957

Profesor Isak Borg udaje się do Lundu, by wziąć udział w obchodach własnego jubileuszu naukowego. Mężczyzna rozmyśla o swoim życiu.

Myśl powędrowała ku Scenariuszom Bergmana. Książka otworzyła się sama na fragmencie z Tam, gdzie rosną poziomki

ISAK: Stara poziomkowa polana...
[...] Chyba wtedy [...] usłyszałem dźwięk fortepianu. Zdziwiony odwróciłem głowę i spojrzałem na stojący na wzgórzu dom. Uległ on osobliwej przemianie. Fasada, przed chwilą martwa i ślepa, ożyła nagle, a słońce odbijało się w otwartych oknach. Białe firanki powiewały na ciepłym letnim wietrze. Barwne zasłony zwisały do połowy. Z komina wydobywał się dym. Stary letniskowy dom wrzał życiem. Wyraźnie słyszałem dźwięk fortepianu (było to chyba coś z Waldteufla, ale nie mogę przysiąc), przez okna natomiast dochodziły ludzkie głosy, śmiech, odgłos kroków, krzyki dzieci, skrzypienie pompy. Gdzieś na piętrze próbował ktoś śpiewać. Głos miał silny, w typie włoskiego tenora. Nikogo jednak nie było widać. Ta rzeczywista scena trwała jakiś czas – jak zjawa, która lada chwila może się rozwiać i przepaść w ciszy. I wtedy ją ujrzałem. Kiedy odwróciłem głowę, by wzrokiem objąć cały ten osobliwie odmieniony dom, zobaczyłem ją, jak klęczy w jasnożółtej sukience i zrywa poziomki... [Miejsce] wydało mi się znacznie mniejsze i nie zrobiło na mnie spodziewanego wrażenia. Jak przed laty rosło tu mnóstwo poziomek. Usiadłem pod starą, samotną jabłonią i począłem zbierać poziomki, jagoda po jagodzie. Czułem,
jak ogarnia mnie dziwne wzruszenie, jak poddaję się znużeniu i melancholii...

Fragment powieści Julity Bielak i Katarzyny Krenz, Księżyc myśliwych, 2015; cytat ze scenariuszy Bergmana za: . Bergman, Tam, gdzie rosną poziomki, tłum. K. Młynarz, [w:] tenże, Scenariusze, Warszawa 1987

Z brzytwą na poziomki, Klan

Piosenkę przypomniał Tibor Jagielski. Napisał:

a pamietasz klan “z brzytwą na poziomki”? niezły hit był, na “manhattanie” (w szczecinie, na czarno) kupowało się wtedy najnowsze przeboje krajowe i zagraniczne (plastikowe kartki – z reguły dwa utwory), a adapter miałem, to były czasy!

Z brzytwą na poziomki wybiegał co rano
Oczy miał błyszczące i włosy rozwiane
Biegł biegł w zielony las z brzytwą
Jak można poziomki ścinać wiosną brzytwą
Deptać małe kwiatki ważki straszyć szpilką
Biec biec w zielony las z brzytwą

My zielone fauny na fujarkach grajmy
My zielone fauny niszczyć mu nie dajmy
Obrońmy poziomki pachnące soczyste
Obrońmy poziomki zabierzmy mu brzytwę
Z brzytwą na poziomki na oślep przez łąkę
Biegł biegł zdyszany na oślep co tchu biegł biegł
W zielony las z brzytwą

My zielone fauny na fujarkach grajmy
My zielone fauny niszczyć mu nie dajmy
Obrońmy poziomki pachnące soczyste
Obrońmy poziomki zabierzmy mu brzytwę
Słodkim aromatem poziomki pachniały
Las go zaczarował że zrobił się mały

Biegł biegł wśród wysokich traw i zniknął
Gdzie on teraz błądzi mniejszy od poziomki
Wyśmieją go mrówki ważki i stokrotki
Pewnie poszedł tam wstąpił sam donikąd
My zielone fauny na fujarkach grajmy
My zielone fauny niszczyć mu nie dajmy
Obrońmy poziomki pachnące soczyste
Obrońmy poziomki zabierzmy mu brzytwę

Tekst: Marek Skolarski

Zawsze jeszcze pozostaje pytanie – truskawki, czy poziomki. W paru sytuacjach artyści twierdzą, że wiedzą. Ale czy na pewno? Poza tym jeszcze się do naszej wiedzy o tym, co wiemy, wtrącają tłumacze, a tłumaczenie z różnych języków słów poziomka i truskawka, jest, hmmm, no, mało wiarygodne:


Wg artystów i tłumaczy wszystkie te ilustracje przedstawiają truskawki, ale przecież oczywiste jest, że są to poziomki.

Gdy wakacje są ważniejsze niż wojna

Tekst znaleziony na Facebooku 22 czerwca 2022 roku. Tytuł ogólny tego wpisu pochodzi ode mnie. Wydaje mi się, że wakacje, słońce, plaża, jezioro sprawiają, że zapominamy, co się dzieje na wschód od Polski. Tekst opublikowała na Facebooku Justyna Sobolewska, która podała go za Tomaszem Sikorą. Autorką tekstu jest Halyna Kruk, ukraińska pisarka i poetka, która wygłosiła go w Berlinie podczas otwarcia Festiwalu Poezji.

Zdjęcie tytułowe na stronie facebookowej Halyny

Halyna Kruk

Wojna nie jest metaforą

W czerwcu 2014 roku, kiedy rosyjskie kolumny czołgów wjeżdżały na ukraińskie regiony Doniecka i Ługańska, powiedziałam podczas odczytu w starej, dobrej Europie, że w takiej sytuacji nam, Ukraińcom, trudno będzie rozmawiać o poezji. Po czym moderatorka – 30-letnia Rosjanka z Berlina – wzięła się za pouczanie, że poezja jest ponad wojną, że wielka kultura rosyjska jest ponad wojną, że Cwietajewa, Achmatowa czy Pasternak nigdy nie zniżali się do tak przyziemnych, zwykłych tematów jak wojna, patrzyli na wieczność, byli ponad tym wszystkim. A w ogóle co to miałoby mieć wspólnego z Rosją? Przez osiem lat staraliśmy się, aby nasze głosy były słyszalne: hej, jesteśmy na wojnie, część naszego kraju jest okupowana, tu codziennie giną ludzie. Upominano nas i pouczano jak uparte dzieci: nie mów o tym, przestań, bądź mądrzejszym, bądź ponad tym.

Rosja od ośmiu lat budowała swoją armię i przygotowywała się do inwazji na pełną skalę, a apetyt rósł. Rosyjscy poeci nadal uparcie spoglądali w wieczność, nie zdając sobie sprawy, jak ich kraj stał się autorytarnym państwem imitującym demokrację, kultywując jednocześnie narrację o własnej wielkości. Ci, którzy nie mogli już sobie poradzić, wyemigrowali i nadal prezentowali rosyjską kulturę jako wysublimowaną rosyjską fasadę. Przypuszczam, że moje słowa nie spodobają się wam, zaznajomionym z najlepszymi świadectwami kultury rosyjskiej. Nie musicie w to wierzyć, tak jak mieszkańcy Borodjanki , Hostomla i Buczy pod Kijowem nie chcieli uwierzyć, że Rosjanie przyszli ich zabić, nieuzbrojonych cywilów, bez powodu, bez przyczyny, bez różnicy. Mężczyźni i kobiety, dzieci i starcy. Zabijaj, gwałć, niszcz. Nie przychodzi mi do głowy żadna metafora, która uczyniłaby te słowa bardziej atrakcyjnymi lub przynajmniej mniej szokującymi.

Metafory nie działają przeciwko ludziom z karabinami maszynowymi. Kiedy twój samochód, którym ty i twoje dzieci próbujecie uciec przed wojną, zostanie przejechany przez czołg, żaden wiersz nie pomoże. Kiedy siedzisz całymi dniami przed zawaloną piwnicą wieżowca i słyszysz w środku krzyki swoich dzieci i wnuków, ale nie możesz ich wydostać, poezja jest nie na miejscu. Wydarzenia te są mocnym materiałem, europejski autor mógłby napisać o nich książkę na wieczność, a którą będzie czytać się w kółko. Ale ktoś, kto sam tego doświadczył, nie napisze tej książki. Ponieważ nikt nie ma siły, by przez to wszystko przejść, a potem tłumaczyć ten ból innym.

Wojna tworzy przepaść między tymi, którzy jej doświadczyli, a tymi, którzy znajdują się w bezpiecznej oddali. Widzę, że z każdym dniem coraz trudniej jest wytłumaczyć osobom z zewnątrz, jak się czujemy my, którzy jesteśmy w środku. A moja potrzeba wyjaśniania czegoś znika. Mówimy językiem, który staje się coraz bardziej niezrozumiały, nie mamy nastroju na poezję. Kiedy twój mąż jest na froncie, część krewnych jest poddawana straszliwej okupacji w obwodzie chersońskim, a inni w obwodzie charkowskim są pod ciągłym ostrzałem; kiedy ciągle trzeba być przygotowanym na kolejny alarm przeciwlotniczy, bo czasem naprawdę przylatuje coś, co zabija – wtedy trudno być wzniosłym. Poezja przybiera wtedy swoje własne formy, jako spontaniczna modlitwa, lament, a nawet przekleństwo przeciwko wrogowi. Te formy poezji są obce współczesnej poezji europejskiej, są funkcjonalne i rytualne, niezwykle istotne w swoich emocjach, niezwykle subiektywne, bardzo żałosne i nietolerancyjne. Trudno być tolerancyjnym wobec wroga, który zabija ciebie lub twoje dzieci. Kiedy zabije jednego, bierze się za następnego. Nie sądzę, że możesz być ponad to.

Obecnie jedna piąta mojego kraju jest czasowo zajęta. I niestety to nie jest metafora. Ludzie z okupowanych terytoriów są zabijani, terroryzowani, deportowani do obozów filtracyjnych w Rosji, rodzice i dzieci rozdzielani, wynaradawiani. Żadna poezja nie ma na to słów. Moja tablica na Facebooku aż roi się od zdjęć niesamowicie pięknych ludzi – mężczyzn i kobiet, rodziców, dzieci, zamordowanych przez Rosję. To nie jest metafora. Facebook blokuje lub usuwa te zdjęcia jako informacje zawierające intymne treści, które mogą zdenerwować użytkowników mediów społecznościowych. Ci ludzie nie urodzili się, by zginąć na wojnie, nie dostali dyplomu ukończenia studiów lub jakiegoś niższego stopnia, by zginąć na wojnie, nie rozwinęli swoich talentów, by umrzeć na wojnie. Utrata tych ludzi rozdziera ziejącą ranę, która pozostaje – w naszych duszach, w naszej kulturze, nauce, gospodarce, przemyśle, społeczeństwie. To nie jest metafora.

Nie znam żadnej poezji, która mogłaby uleczyć tę ranę. Ta wojna zabija nas wszystkich, każdego na swój sposób, chociaż na zewnątrz możemy wyglądać bezpiecznie i zdrowo, ale teraz poruszamy się małymi skokami, nawet na otwartej przestrzeni, głośne dźwięki sprawiają, że drżymy, a nasze małe dzieci, które miały doświadczenie siedzenia w piwnicy pod ogniem, nie płaczą już, kiedy się boją. Nawet najmłodsi wiedzą, że płacz może kosztować ich życie. I to też nie jest metafora.

Wojna wszystko wyjaśnia do tego stopnia, że ​​praktycznie nie ma już miejsca na poezję. Tylko na świadectwa.

Tymczasem nasi rosyjscy koledzy tworzą wzruszającą i głęboką poezję o wieczności, w bezpiecznym miejscu, na emigracji, gdzie nie ma strzelania, mając na uwadze artystyczne podejście i nie rozpraszając się brudem i przeciwnościami rzeczywistości. I ani syrena, ani kule, ani okupant z karabinem maszynowym lub czołgiem nie powstrzymują ich od skoncentrowanej pracy.

Bardzo żałuję, że poezja nie zabija.

9-Euro-Ticket (2): wycieczka do Szczecina

9-Euro-Ticket – bilet miesięczny na całą komunikację regionalną w Niemczech. Termin znany już w tym języku, ba, w tej konstrukcji językowej chyba w całej Europie. Ela Kargol jest niestrudzoną użytkowniczką tego biletu. A ja zapraszam Was wszystkich, byście opisywali swoje przygody podczas tych podróży. W czwartki czekają na autorów zawsze gościnnie zapraszające szpalty ewamaria.blog

Ela Kargol

Szmugiel brylantów i inne ciekawe historie 

Już raz szmuglowałam brylanty, z Berlina do Szczecina, dzisiaj znowu się udało. Jechałyśmy we trzy, Zosia, Irena i ja Basia (imiona celowo zmienione) Torebka się podarła, całe szczęście miałyśmy drugą torebkę, równie niedoskonałą. Brylanty nie były moje, należały do Zosi.  
W pociągu przechodziły z rąk do rąk. Konduktor nie był nimi zainteresowany, ani naszym szmuglem. W pewnym momencie nie byłyśmy nawet pewne, czy je wszystkie oddamy w wyznaczone miejsce. Irena wzięła do ręki te czerwone i z tęsknotą na nie spojrzała, ale szybko wrzuciła z powrotem do niedoskonałej torebki. Jak nie dostarczymy wszystkich, mogą być kłopoty.

Osoba kontaktowa odebrała nas pod dworcem i woziła po Szczecinie, narzekając na ruch, korki, spaliny, zachwalając kuchnię swojej żony i ciesząc się na rychły obiad. W pewnym momencie nie byłyśmy pewne, czy to jest właściwa osoba. 
W końcu dopiero, gdy Irena podała hasło, „we wtorki są korki“, a on długo sprawdzał w kalendarzu, czy dzisiaj na pewno wtorek, stwierdziłyśmy, że chyba wszystko jest w porządku, a każdy człowiek jest inny. 
Pod Książnicą nie mógł zaparkować, nie mógł nawrócić, był wyraźnie niezadowolony i bardzo głośny. A to był nasz pierwszy punkt kontaktowy do którego musiałyśmy dostarczyć bibułę. Udało się. 
Brylanty dowiozłyśmy wszystkie pod Globusa. Miejmy nadzieję, że na czas. A potem czekało nas śledztwo w sprawie zaginięcia „Wiążącej snopek”. Choć jeszcze czas żniw się nie zaczął, dziewczyna zniknęła, w niewyjaśnionych okolicznościach. 
Próbowałyśmy rozwikłać zagadkę. Osoba, która pierwszy raz była w ten dzień w pracy, tłumaczyła się, że ona nic nie wie, biegała z góry na dół, szukała na próżno eksponatu, druga pracownica pokazała nam ślad po rzeźbie, a trzecia próbowała połączyć się z naczelnym, nadaremnie. Nawet kierowniczka naszej małej grupy Irena nic nie wskórała. Zastępca naczelnego był na urlopie.  

Niepocieszone wyszłyśmy przed gmach budynku, jeszcze tylko szybkie zdjęcie na tle Herkulesa walczącego z centaurem, dokumentujące nasz pobyt w miejscu, w którym nie udało nam się rozwiązać zagadki i ruszyłyśmy dalej. Żeby zmylić ślady pojechałyśmy okrężną drogą do Bramy Berlińskiej, która tak naprawdę jest Portową. Pewnych spraw nie udało się załatwić.  

Brama Portowa zwana przed wojną Berlińską

Ze Stefanem i Tadeuszem umówione byłyśmy przy Sedinie.  
W sprawie Sediny, dawno już toczy się śledztwo. Sedina zaginęła parędziesiąt lat temu w niewyjaśnionych okolicznościach. Została po niej tylko kotwica. I fontanna bez wody. Ale sprawą Sediny zajmują się inni. 

Sedina

Usiadłyśmy w spelunie. Zasłużyłyśmy na obiad, na piwo też. Zamówiłyśmy i znowu czekałyśmy na kontakt. Stefan i Tadeusz się spóźniali. Byłyśmy niespokojne, tak niespokojne, że Zosia nie wytrzymała. Nawiązała kontakt z Żabką i zdobyła proszek. W końcu zza rogu wyłonili się dwaj panowie, jeden z nich miał na sobie różowe spodnie. To byli nasi ludzie.
Zdałyśmy relację z naszych działań i omówiłyśmy następne. Odebrałyśmy książki, przekazałyśmy co trzeba i ruszyłyśmy do Książnicy. 

Tak mogło być i tak tę historię opowiadamy, z przymrużeniem oka. 

A teraz żarty na bok i na poważnie, prawie: 
 
Książnica Pomorska, budynek stary i nowy wznosi się na skarpie dawnej twierdzy. Ilość przejść, schodów, łączników, wind, sal, klatek schodowych tworzy istny labirynt, w którym łatwo się zgubić. 
Książnica jest dla książąt, księży, księżniczek, księgowych i wszystkich innych zainteresowanych książkami, księgami, książeczkami, rozmowami o nich. Książnica to królestwo książek. 
14 czerwca 2022 opowiadałyśmy tu w sali Stefana Flukowskiego o Murze Berlińskim i naszej książce: „Śladami Muru Berlińskiego”.  
Dziękujemy bardzo Sylwii Wesołowskiej, która zorganizowała spotkanie, Bogdanowi Twardochlebowi, który spotkanie poprowadził, przyjaciółkom i przyjaciołom i wszystkim gościom przybyłym. 
Ja szczególnie dziękuję panu, który zwrócił mi uwagę, gdy opowiadałam o kolei szczecińskiej, że nie mówi się grobla kolejowa, tylko nasyp kolejowy. Naprawdę bardzo dziękuję.  

9EuroTicket to świetny pomysł niemieckiego rządu:
https://punkt.media/pl/poradniki/niemcy/transport-i-mieszkania-d/13575-wszystko-co-musisz-wiedziec-o-9-euro-ticket-w-niemczech
https://www.bundesregierung.de/breg-de/aktuelles/faq-9-euro-ticket-2028756


Agata Zbylut jest szczecińską artystką, twórczynią bezoarów 
To jej dowozimy naszą starą, często plastikową biżuterię, a ona zamienia je w „brylanty sztuki“ 

 
Osoba kontaktowa, to kierowca taksówki, który woził nas z punktu do punktu i bardzo nie lubił niemieckich napisów w mieście. 

Następne osoby kontaktowe, to Przemek i jego przyjaciel. 
Pomogli nam w transporcie książek, podtrzymywali na duchu, a kierowniczkę naszej grupy, o czym dowiedziałam się później poczęstowali niebieską herbatą. Spodnie przyjaciela Przemka były koloru łososiowego. 

Autobus linii 90 jedzie przez całe miasto, zwłaszcza, gdy wsiądzie się do niego w złym kierunku. 

Muzeum Narodowe, zaprojektowane przez “stettińskiego” architekta Wilhelma Meyera-Schwartau mieści się przy Wałach Chrobrego (dawnej Hakentarasse). W tej chwili oprócz wystaw stałych muzeum proponuje wystawy czasowe, w tym wystawę dwóch rzeźb urodzonego w Stettinie artysty Bernharda Heiligera – „Panta Rei III” oraz „Wiążąca snopek”. „Wiążąca snopek” to jedna z pierwszych rzeźb artysty powstałych jeszcze w Stettinie. Bardzo ważne dzieło, ponieważ tych dzieł stettińskich jest mało, a późniejsze jego prace utrzymane są już w zupełnie innym stylu. Niestety rzeźby nie było na wystawie i pracownice muzeum nie umiały nam powiedzieć, gdzie się znajduje, „bo przecież była i nawet został po niej ślad”. Druga rzeźba, „Panta rhei III” jakże inna od tej pierwszej, i to po niej można byłoby się spodziewać, że gdzieś sobie popłynie, jest i jakiś czas można ją jeszcze podziwiać. 
Na placu przed Ratuszem Staromiejskim oglądać można od roku 2007 rzeźbę „Wielki łuk”, przekazaną muzeum w depozyt przez fundację Bernhard Heiliger Stiftung w Berlinie. Przechodnie ją często mijają, a dzieciom służy jak plac zabaw. 
https://muzeum.szczecin.pl/wystawy/czasowe/1380-panta-rei-iii-oraz-wiazaca-snopek-bernharda-heiligera.html

Speluna, to Pub Piwnica przy ulicy Dworcowej, blisko Książnicy. Ja to miejsce poznałam tylko z dobrej strony i tylko w dzień. Domowe obiady, dobre i w przystępnej cenie. Nie polecamy potraw wegetariańskich. Przepraszam, jeśli kogoś uraziłam, za spelunę. 

Żabka to żabka, a proszek to kisiel.

Sedina i Herkules walczący z centaurem, to dzieła wybitnego rzeźbiarza Ludwiga Manzla. Herkules walczy nadal przed Gmachem Głównym Muzeum Narodowego w Szczecinie, a Sedina „pożeglowała” podczas II wojny światowej w niewiadomym kierunku. 

Lato z Don Kichotem

Ewa Maria Slaska

Dziesięć dni latem 2022 roku

4 czerwca przyjechał do Berlina Teatr Globe z Poczdamu, rozstawił swe niejstniejące namioty na jeziorem Grunwaldzkim przy Zamku Myśliwskim i przypomniał Don Quijota, którego każdy z nas przecież zna, a znawcy barataryści już nawet wystawienie teatru poczdamskiego dobrze znają. A mimo to…

Ciekawe, że cała trójka w przerwach zajmuje się też czymś innym – Laurenz sprzedaje programy, Andreas rozdaje pocztówki, a Alexandra nalewa szampana.

11 czerwca w Oranżerii Pałacu Charlottenburg w Berlinie w ramach festiwalu zatytułowanego Fantazje Barokowe orkiestra pałacowa dała koncert o Don Chisciotte, choć po prawdzie wcale nie wszystkie części koncertu dotyczyły smętnego hidalga, bo pojawili się też Król Artur i przechodzień po Madrycie. Ale jednak, o tak, baratarysta, wiecznie poszukujący śladów swego gubernatora, zetknął się po raz pierwszy z operą, którą stworzył Bartolomeo Francesco Conti (1681-1732) i inną – dziełem Georga-Philippa Telemanna (1681-1767) – panowie kompozytorzy byli rówieśnikami, tyle że Telemann żył o ponad ćwierć wieku dłużej.


Cała trzygodzinna opera Contiego TU – wykonuje Akademie für Alte Musik Berlin, dyrygent: René Jacobs, podczas 29. Innsbruck Festival of Early Music 2005

Suita Telemanna Don Quichotte (Burleska) TU – Orkiestra Kameralna z Tuluzy

Następne terminy i miejsca wystawienia Don Quijota w wykonaniu Neues Globe Theater – TU


14 czerwca kupiłam sobie w szczecińskim empiku spolszczoną przez Jacka Dehnela książkę pt. Niewidzialne biblioteki. To oczywiste nawiązanie do Niewidzialnych miast Itala Calvina, utrzymane jest tak dalece w tym samym stylu spokojnej obiektywnej narracji, iż mimo iż jest – tak głosi okładka – dziełem pięciorga pisarzy (plus Tłumacza, który też jest autorem), wydaje się calvinowskim autopastiszem. Ale to albo sami autorzy tak to sobie wymyślili, albo nadał im tych calvinowskich cech tłumacz.

Autorami są Lawrence Jang – prawnik i pisarz, dla którego, jak głosi blurb na okładce, obrazem raju jest biblioteka, Monika James, bibliofilka, która pisze i kręci filmy, Danish Sheikh – pisarz, który zajmuje się teatrem, a od czasu do czasu przydusza go prawo, Amy Trautwein, która woli rośliny od książek, Inny (And Another) – wędrowny dostawca pierwszorzędnych panaceów i wreszcie Tłumacz, czyli to samo w innym języku, czyli całkowicie coś innego.

Literacka podróż po świecie wyobrażonych książek i bibliotek.
Biblioteki stworzone z ciszy, wycięte w lodzie, wyjęte z sennych koszmarów, z tomami ułożonymi według zapachów, w których za zakładkę służy oddech. Zbiory składające się z książek na wpół zjedzonych, na wpół porzuconych przez wybredne literacko mole…
Każda z opowieści zaskakuje – są wśród nich listy miłosne, łamigłówki, świadectwa nieograniczonej wyobraźni, z dużą dozą szaleństwa, groteskowych żartów i zaskoczeń. Intertekstualne wskazówki, nowe tropy, tajemnicze powiązania pełne literackich duchów. Inspiracji dostarczyli autorom przede wszystkim Italo Calvino oraz ojciec licznych intelektualnych zabaw J.L Borges i jego noty o książkach urojonych.
Znajdziemy tu zmysłowy, enigmatyczny i estetyczny świat, a autorzy tych opowieści, idąc w ślad Itala Calvina, badają bibliofilię, zwłaszcza to, jak przejawia się ona w naszych romansach z bibliotekami.  

***

Don Kichot pojawia się też na stronie 66, ale tam tylko stoi na półce, oraz – 110, ale tam się go tylko wymienia, a tymczasem na stronie 52 pojawia się cała biblioteka zwana Baratarią, czyli jak głosi przypis:
(z hiszp. barata – “taniocha”) – w Don Kichocie Miguela Cervantesa fikcyjna wyspa, której wielkorządcą zrobiono dla żartu Sancho Pansę. Jej autorem jest Lawrence Jang,

Choć minęła już prawie dekada, skóra Ibn Battuty wciąż cierpnie z przerażenia i zachwytu na myśl o tym, czego był doświadczył w bibliotece Baratarii. Żeby przygotować się do opowieści, Battuta, który znał słabość Borgesa do tej gry, zaczyna od historii wynalezienia szachów.

- Powiada się - zaczyna  Battuta - że wynalazca tej gry strategicznej, zapytany przez cesarza, jakiej życzy sobie nagrody, odpowiedział ze skromnością, która niemalże zirytowała władcę. Poprosił o ziarnko ryżu na pierwszym polu szachownicy, dwa na drugim, cztery na trzecim i tak dalej aż do pola sześćdziesiątego czwartego.

Battuta widział jak Borges liczy w głowie. Przy dwunastym polu opisał bibliotekę Baratarii, zewsząd otoczoną żyznymi ziemiami. Wydawało się, że wyrasta wprost z gleby, omotana nieskrępowanymi pnączami i gałęziami drzew. Było zatem dla Battuty niejakim zaskoczeniem, że wszedł do wielkiej sali, wypełnionej pustymi regałami, jeśli nie liczyć samotnej książki na środkowej półce w samym środku biblioteki. Jałowość biblioteki wydawała się niemal afrontem dla okolicy. Niespełna siedem godzin zajęło  Battucie - jak wspomina - przeczytanie dość nieciekawej historii o bagdadzkim żeglarzu, zagubionym na morzu. Ale kiedy tylko odłożył książkę na półkę, szykując się do opuszczenia biblioteki, dostrzegł dwie inne książki. Może nie zauważył ich wcześniej. Druga z nich wzmiankowała pewną bitwę, o której Battuta, pomimo wielkiego oczytania i podróży, nigdy nie słyszał. Chciał się dowiedzieć o niej czegoś więcej, ale skoro nie było to możliwe, przeszedł do trzeciej książki.

Wędrówki nie oszczędziły jego pleców, więc w połowie lektury zatęsknił za miękkim łóżkiem, ale wokół widział tylko krzesła z prostymi oparciami. W sali nie było ani zegara, ani okien i tylko czyste granie świerszczy obwieszczało mu, że kiedy skończył trzecią książkę, była już głęboka noc. Zwróciwszy znużone oczy ku regałom, zobaczył, że na widmowych półkach zjawiły się cztery kolejne książki.

Nie mogąc ciągnąć tego dalej, ale zarazem nie zamierzając się poddać, Battuta - wzorem najbardziej brawurowych spośród poszukiwaczy przygód - przyjął wyzwanie. Gdyby tylko znał los cesarza i jego daru dla wynalazcy szachów, być może wyjechałby nie ukończywszy siódmej książki. Jego syn miał ledwie dwa latka, kiedy Battuta ucałował go na pożegnanie, a gdy powrócił z Baratarii, niedowidząc i z trudem poruszając się o własnych siłach, powitał go młody człowiek, który trzymał na ręku chłopczyka, przypominającego nieco jego synka. Mężczyzna zwrócił się do Battuty: "Ojcze, nie było cię przez dwadzieścia siedem lat", ale jedynym, co widział Battuta, była owa daleka biblioteka, której półki uginały się pod ciężarem książek, i rosnąca góra nieprzeczytanych egzemplarzy oczekujących na jego powrót. 

Hipnoza z sekretem

Teresa Rudolf

Sekrety nocne

Nocne ćmy,
tańcząc swój
szalony taniec
wokół lampy,
spalają krótkie
życie w wirowaniu,

... narkomanki
  odurzone światłem...

A robaczki 
świętojańskie,
światełkami
same będąc,
oczy uwodzą
do zapatrzenia,

...czyżby to dziś
wielkie święto?

Nietoperzom
wiszącym
do góry 
nogami,
uderza krew
do głowy,

...psu jakoś
podobnej...

gdyby nie 
ich dziwne 
skrzydła,
czekałoby 
się na psie
szczekanie,

 ...o księżyca
pogodzie...

A gdzieś 
tam z góry,
gwiazdy 
puszczają
oko do 
ziemi,

...wstydliwie
zarumienionej
w ciemności...

Koci trans

Mysz wyszła z nikąd, 
i pod łaciatym nosem
kota przebiegła do nikąd,

kołysząc biodrami...

Oczy jego raz maciupcie,
a raz wielkie, w transie 
hipnotycznym kamieniały

w jej ogon wgapione...

A ona znów krokiem 
tanecznym, bajecznym, 
do nikąd jakby wracała,

ale po drodze...

policzyła kotu do trzech,
by wychodził z transu, 
sama jak zjawa znikając.

...zrobił wielkie oczy,

patrząc zdziwiony 
na miseczkę
z Whiskasem...

Mogolska* imambara** w Lucknau***

Tanja & Joasia (& Wikipedia & Adminka)

czyli labirynt****

Przypis Adminki: Joasia przysłała zdjęcia z takim podpisem: “mogolskie imambary w Lucknau, czyli labirynt”. Wstawiłam zdjęcia do wpisu i wydało mi się, że być może nie wszystko jest jasne. Więc opatrzyłam je przypisami i własnymi komentarzami.

*

Mogolska, czyli zaliczana do kultury mogolskiej. W polskiej Wikipedii czytamy:

Państwo Wielkich Mogołów (pers. ‏امپراتوری گورکانی‎) – muzułmańskie państwo w północnych Indiach rządzone przez dynastię pochodzenia turecko-mongolskiego zwaną Mogołami lub Wielkimi Mogołami. Istniało od XVI do XIX wieku, a jego założycielem był Babur, władca wywodzący się ze środkowoazjatyckiej dynastii Timurydów. U szczytu potęgi (od końca XVI do początku XVIII wieku) było jednym z najpotężniejszych imperiów epoki nowożytnej.

**

Imabara – w niemieckiej Wikipedii czytamy:

Imambara (Urdu چھوٹا امامباڑا, Hindi छोटा इमामबाड़ा) znaczy dosłownie „domek imama“ (chodzi o imamów szyickich), ale w rzeczywistości jest to mauzoleum a czasem po prostu miejsce kultu.

W angielskiej Wikipedii czytamy:

Bara Imambara, albo Asfi Imambara – zespół imambar w Indiach, w miejscowości Lucknow*** wzniesiony przez Asaf-ud-Daula, nabab***** prowincji Awadh****** w roku 1784. Bara oznacza wielki. Budynek jest jednym z największych pomieszczeń przykrytych sklepieniem na świecie – jest wysoki na 15 m, ma długość 50 metrów i szerokość – 16 m. Poddasze Wielkiej Imambary jest ogromnym trójwymiarowym labiryntem.

Chhota Imambara została zbudowana w roku 1837, była początkowo hussainią******, w której pochowany został kolejny nabab Awadh, Muhammad Ali Shah wraz z matką. Chhota Imambara z uwagi na swe wspaniałe oświetlenia nazywana jest też pałacem światła. Imambarę otacza Char Bagh********, czyli typowy ogród perski.

***

Lucknow

We francuskiej Wikipedii czytamy:

Lucknow lub Luknau (hindi: लखनऊ – urdu : لکھنو) jest stolicą indyjskiego stanu Uttar Pradesh. Przez miasto przepływa rzeka Gomtî, dzieląc je na dwie części (Trans-Gomti i Cis-Gomti). Miasto Lucknow jest położone w strefie sejsmicznej 3 stopnia.

W angielskiej Wikipedii czytamy:

W Luknau urodził się w roku 1940 Cliff Richard (prawdziwe imię i nazwisko: Harry Rodger Webb), brytyjski piosenkarz rockowy; był pierwszą gwiazdą rocka, którą w roku 1995 królowa Elżbieta uhonorowała tytułem arystokratycznym i w ogóle pierwszą gwiazdą brytyjskiego rocka. Był założycielem i frontmenem zespołu The Shadows; dziś jest trzecim po Beatlesach i Presleyu najlepiej sprzedawanym muzykiem angielskim. Jego piosenkę Move it z roku 1958 uważa się za pierwszy prawdziwy hit muzyki rockowej.

****

Labirynt

Zob. przypis **

Plucie w labiryncie i w ogóle

To jest labirynt przodków i dziedzictwo kultury, nie profanuj jego znaczenia plując.

Nie pluj

Przypis adminki: Napis może wydawać się dziwny, ale w Indiach wszyscy mężczyźni plują i charczą. Również sikają. Gdy byłam w Indiach w 1994 roku, spotykałam się z tym na każdym kroku. Pluli nawet w basenie w eleganckim i drogim hotelu. Na pytanie dlaczego plują, odpowiadali, że powietrze jest suche i pełne pyłu. Na pytanie, dlaczego zatem kobiety nie plują, nie odpowiadali. Jeśli chodzi o męskie sikanie w miejscach publicznych – zjawisko wydaje mi się znacznie bardziej powszechne i nie ograniczałabym jego występowania do Indii.

*****

Nabab

W arabskiej Wikipedii czytamy, że jest to arabski tytuł نائب oznaczający gubernatora, czyli wielkorządcę. Przypis adminki: Czyli Sancho Pansę w Baratarii.
W polskiej Wikipedii czytamy, że jest to tytuł muzułmańskiego księcia w Indiach, zwłaszcza w Bengalu, potocznie bogacz. Tytuł nadawany przez władców mogolskich namiestnikom prowincji.

******

Awadh

W polskiej Wikipedii czytamy:

Region w stanie Uttar Pradesh graniczący od północy z Nepalem. Mieszkańcy używają języka Awadhi. Nazwa regionu pochodzi od miasta Ayodhya, stolicy starożytnego królestwa Kosala.

*******

Hussainia (z Wikipedii po niederlandzku)

Hoseiniye (arabski حسينية Husainīya, perski: حسینیه Hosseinieh) inaczej Ashurkhana lub Imambargah – sala szyickich spotkań rytualnych, która jednak nie jest meczetem, gdzie odprawia się nabożeństwa.

********

W angielskiej Wikipedii czytamy:

Charbagh or Chahar Bagh (perski: چھار باغ chahār bāgh, hindi: चारबाग़ chārbāgh, urdu: چار باغ chār bāgh, oznacza dosłownie “four gardens”) to perski i indyjsko-perski czworokątny ogród, mający przypominać Raj, tak jak został opisany w Biblii i w Koranie. Niekiedy czworokątne ogrody otaczają okrągłe sadzawki. Dróżki, trotuary lub strumienie dzielą ogród na cztery części. Czworokątne ogrody perskie znaleźć można w całej Azji zachodniej, w tym oczywiście również w Iranie i w Indiach. Wiele dywanów perskich, które z założenia miały na pustyni zastępować prawdziwy ogród, jest podzielonych na cztery części jak ogród rajski.

Baburnama | Collection of the National Museum New Delhi

I wszystko jasne, prawda?

List

Marek Ławrynowicz

W nowym numerze “Wyspy” pojawiło się moje opowiadanie:

Zadzwoniła Beata, kierowniczka produkcji z Teatru Polskiego Radia.

– Jakiś człowiek szuka z tobą kontaktu. – powiedziała.
– O co mu chodzi?
– Nie chciał powiedzieć. Zostawił nazwisko i numer telefonu. Zapisz sobie.
Zapisałem. Facet nazywał się Kazimierz Solski. Nic mi to nie mówiło, ale zadzwoniłem.

– Dzień dobry – powiedziałem i przedstawiłem się – w radio mi powiedzieli, że pan szuka ze mną kontaktu.
– Przypomina mnie pan sobie?
– Przykro mi, ale nie.
– Dwadzieścia pięć lat temu kupiłem od pana mieszkanie.
– No tak! Oczywiście. Zupełnie wypadło mi z głowy pana nazwisko.
– Przyszedł do pana list.
– Na pana adres?
– Tak. Zdziwiłem się, ale pomyślałem, że może to dla pana ważne. List jest z Rosji.
Zaskoczyło mnie to. Z Rosji? Do mnie? Teraz, w czasie wojny? W dodatku na adres sprzed dwudziestu pięciu lat? Jakaś prowokacja czy co?
– Wpadnie pan po ten list?
– Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, będę jutro około siedemnastej.
– Czekam.

Ciekawe, co sobie o mnie pomyślał pan Kazimierz Solski. Może, gdy list do niego dotarł, gdzieś z nim poszedł? Na przykład do Urzędu Ochrony Państwa. To byłaby uzasadniona obywatelska czujność. Pogadali tam z panem Solskim i zaproponowali, żeby oddał mi list, a oni przyjrzą się sprawie. Nie mógłbym mieć do nich pretensji, bo kto dziś dostaje listy z Rosji? Z drugiej strony nie chciał powiedzieć Beacie, o co chodzi. Czyli jest człowiekiem dyskretnym.

Następnego dnia pan Kazimierz wręczył mi list. Był adres nadawcy: Swietłana Sorokina, Nowosybirsk, ulica taka a taka. Swietka! Kiedyś bardzo czekałem na list od niej, ale nie nadszedł. Dopiero teraz. Czyżby szedł przez tyle lat? Spojrzałem na stempel pocztowy. List nadano w Nowosybirsku sześć dni temu.

Pospiesznie pożegnałem się z panem Solskim i pojechałem do domu.

Mój chwilowy, ale zapamiętany na zawsze romans ze Swietłaną, był owocem życzliwości kolegi Zdziśka Powrotnego. Na trzecim roku polonistyki Zdzisiek zrezygnował ze studiów i znalazł zatrudnienie w dziale kontaktów zagranicznych Centralnej Rady Związków Zawodowych. Do zakresu jego obowiązków należało organizowanie wycieczek do Polski z tak zwanych „bratnich krajów”, czyli ZSRR, Czechosłowacji, NRD, Węgier, Bułgarii… Organizując wycieczki, Zdzisiek zatrudniał także ludzi, którzy się mieli owymi wycieczkami opiekować. Pewnego dnia przyszedł na uniwerek i zaproponował mi pracę w charakterze pilota przybyszy z ZSRR. Zgodziłem się. Rosyjski nieco znałem, bo mój ojciec był rusycystą, ale przede wszystkim cierpiałem na nieustanny brak gotówki i byłem gotów zaopiekować się samym diabłem a nie tylko sowiecką wycieczką.

Poprowadziłem wycieczkę jedną, drugą – jakoś dało się żyć. Popijaliśmy z towarzyszami radzieckimi wódeczkę, gadaliśmy o żonach, dzieciach, krajobrazach, starannie unikając tematów drażliwych, bo wiadomo było, że w każdej wycieczce znajduje się przydzielony przez KGB kapuś. W trzeciej wycieczce była Swietka. Zakochałem się w niej w chwili, gdy postawiła nogę na peronie dworca Warszawa Główna, a ona we mnie, gdy wskazałem jej drogę do autokaru. To się nigdy nie zdarza, ale nam się przydarzyło. Stosowaliśmy dziesiątki wybiegów, by znaleźć się sam na sam. Dotykaliśmy się przy każdej okazji, całowaliśmy się w ciemnych kątach, gdzie nikt nie zagląda, wreszcie, w Zakopanem udało mi się namówić kierownika domu wczasowego, by dał mi klucze do niezamieszkałego pokoiku na strychu. Swietka przybiegła tam kilka minut po północy i została do rana. Ani przedtem, ani potem nie przeżyłem niczego podobnego. Nie wiem, czy kapuś z KGB wytropił tej nocy Swietkę, skradając się na palcach dotarł pod drzwi pokoiku na strychu i podsłuchiwał nas, aż pojaśniało za oknami. Następnego dnia przyjechała żona ważnej persony z Funduszu Wczasów Pracowniczych, zajęła nasz pokoik i łóżko, w którym zaznałem tyle szczęścia. Chodziliśmy ze Swietką w góry, całowaliśmy się wśród świerków i snuliśmy plany na przyszłość. Nie było to łatwe, bo Swietka miała w Nowosybirsku męża i małego synka. Postanowiliśmy, że się rozwiedzie, przyjedzie z synkiem do Polski i już nigdy się nie rozstaniemy. Wycieczka wróciła do Warszawy, odwiozłem ją na Dworzec Główny, potem jeszcze zobaczyłem w niedającym się otworzyć oknie smutną twarz Swietki i pociąg ruszył.

Pisaliśmy do siebie przez dłuższy czasny. Swietka przysyłała mi zdjęcia, swoje i z synkiem Dymitrem, złościłem się na nią, bo sprawa rozwodu się przeciągała, potem jej listy zaczęły się stawać coraz krótsze. Wreszcie przysłała mi piękny, pełen miłości list i zdjęcie ślicznej, uśmiechniętej Swietki. Było w nim coś niepokojącego, czego nie zrozumiałem. Napisałem długi list, w którym było wiele o moich przeczuciach i prośba o wyjaśnienia. Nie odpowiedziała. Wysyłałem kolejne listy pełne zniecierpliwienia i goryczy, ale Swietłana już do mnie nie napisała. Dopiero teraz, po ponad czterdziestu latach.

W domu pospiesznie rozerwałem kopertę.

„Mój kochany” – pisała Swietka – “Nie wiem czy jeszcze, żyjesz i czy, ten list do ciebie dotrze ale poczułam, że po tym co się stało muszę opowiedzieć ci wszystko. Wiem, że kochałeś mnie naprawdę i że byłabym z tobą szczęśliwa, ale Nowosybirsk jest za daleko od Warszawy, nie umiałabym żyć w Polsce, nie wyobrażałam sobie tego. Nie chciałam też krzywdzić mojego męża Nikołaja. Nie kochałam go, ale on mnie kochał i zawsze starał się, żeby mi było na świecie jak najlepiej. Wiedziałam to już wtedy, kiedy biegłam boso do pokoiku na strychu w Zakopanem, to była najszczęśliwsza noc w moim życiu – nigdy jej nie zapomnę, w chwili śmierci będę widziała twoją pochyloną nade mną twarz. Wiedziałam, że będziemy razem tylko przez kilka dni i nigdy cię już nie zobaczę. Wtedy na schodach zrozumiałam, że tak jak nie mogłabym mieszkać w Polsce, tak nie będę umiała żyć tak całkiem bez ciebie, muszę zabrać ze sobą coś, co będzie mi ciebie zawsze przypominać. To był jeden z tych niebezpiecznych dni, ale kiedy pytałeś, czy masz uważać, powiedziałam ci, że nie musisz, że jest bezpiecznie. Kłamałam, mój kochany. Oddawałam ci się każdą cząsteczką siebie, każdą kropelką krwi, każdym milimetrem skóry. Oddałam ci wszystko, co mogłam, zapadałam się w szczęście, nawet nie wiem, ile miałam tej nocy orgazmów, nigdy z żadnym mężczyzną nie było mi tak jak z tobą. Potem wyjechałam, patrzyłam w szybę pociągu i była we mnie sama pustka. Za jakiś czas okazało się, że jestem w ciąży. Gdy wróciłam do domu Nikołka rzucił się na mnie jakby chciał mnie przybić do kanapy, ale ja go nie widziałam, tylko ciebie, nie oddawałam się jemu tylko tobie kochany, tak było przez wiele dni i tygodni. Kiedy test wykazał, że jestem w ciąży, wiedziałam, że to nasze dziecko. Chciałam ci o tym napisać, ale jakoś nie umiałam. Napisałam tylko, jak bardzo cię kocham i wysłałam moje najpiękniejsze zdjęcie. Postanowiłam, że nigdy się o nim nie dowiesz, tak jak nigdy nie dowie się o tobie twój syn, czy córeczka, jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to będzie chłopiec. Zrozumiałam, kochany mój, że nigdy nie będę z tobą, ale on będzie obok mnie i to mi musi wystarczyć. Nie odpisałam już na żaden z twoich listów.
Misza urodził się na wiosnę. Nazwałam go Misza na cześć Bułhakowa, którego książki tak kochałeś. Od pierwszej chwili było widać, że jest twój. Ma twoje niebieskoszare oczy, choć Nikołka twierdził, że to po nim są niebieskie. Nie wyprowadzałam go z błędu. Nikołka bardzo kocha Miszę, bardziej niż swojego prawdziwego syna, Mitkę.
Co ci mogę jeszcze napisać? Misza był mądrym, ładnym chłopcem. Dobrze się uczył. Skończył uniwersytet i jest nauczycielem języka rosyjskiego. Przed ukończeniem studiów ożenił się z Iriną, córką znanego lekarza. Są dobrym małżeństwem, choć Misza jest mało praktyczny, pieniądze przeciekają mu miedzy palcami, wieczorami pisze wiersze, czego Irinka nie potrafi go oduczyć. Tłumaczyłam jej, że tak musi być, choć nie powiedziałam dlaczego. To jest w końcu twój syn, to jakże tak bez wierszy, sam powiedz.
Tak to mija nam wszystkim życie. Nadal mieszkamy w Nowosybirsku. Są na świecie lepsze miejsca, ale przyzwyczailiśmy się. Gdybyś mnie dzisiaj spotkał na ulicy, nie poznałbyś swojej Swietki. Jestem starą kobietą, moje włosy są siwe, straciły połysk, wyglądają okropnie. Piersi, które całowałeś, opadły i straciły jakikolwiek kształt. Po pięćdziesiątce zaczęłam tyć, mam tyłek wielki jak balia, na wagę już dawno nie wchodzę, żeby siebie samej nie straszyć. Moja twarz, którą zachwycało się tylu chłopców, stała się zawzięta, jakaś taka krzywa, obrzękła, bulwiasta. Pousuwałam zewsząd lustra, żeby siebie nie widzieć, ale i tak co chwila pcha mi się przed oczy moje odbicie w wystawach sklepowych, szybach samochodów i wszędzie jest ono przerażające. Dobrze, że nie spędziliśmy ze sobą życia i nie musisz mnie oglądać takiej, jaka jestem, tylko pamiętasz dawną Swietłanę, najpiękniejszą ze wszystkich. Ty, mój miły, jeśli jeszcze żyjesz, pewnie wyglądasz nie lepiej. Widzę to po Nikołce. Zrobił się z niego dziad, brwi krzaczaste, pod nimi małe wyblakłe oczka, zawsze niedogolony, bez przerwy pokasłuje, postękuje, w dodatku śmierdzi tak, że mnie od niego aż odrzuca, ale co robić, żyjemy ze sobą jak dziad i baba ze starej rosyjskiej bajki.

Ale nie po to do ciebie piszę, mój kochany, żeby się skarżyć na starość i czas, który wszystko niszczy i zabija. Piszę ze względu na Loszę. To synek Miszy i Irinki. Loszka od dziecka był bardzo do ciebie podobny. Zwłaszcza uśmiech miał dokładnie taki jak ty. Wszyscy się temu dziwili, w naszej rodzinie nikt się tak nie uśmiecha. Loszka był zawsze bardzo wesoły. Figlarz jakich mało. Kręcił sił się po całym domu, zawsze coś kombinował. W szkole było z nim mnóstwo kłopotów, ale nauczyciele go lubili. Ze mną miał zawsze najlepszy kontakt, rozumiałam go, bo wiedziałam, ze Loszka to ty, tylko malutki i że pewnego dnia stanie się tak do ciebie podobny, że będę musiała jemu jednemu o tobie powiedzieć i wysłać go do Polski, żeby ciebie odszukał. Już nie wyślę. Alosza zginał tydzień temu pod Charkowem. Nie zawiadomili nas o tym, na temat jego ciała nikt nic nie wie, choć Irinka poruszyła ziemię i niebo, żeby je odnaleźć. Nic byśmy o jego śmierci nie wiedzieli, gdyby jego kolega z oddziału nie wysłał maila do Miszy. Tak się umówili, że jeśli jeden zginie, drugi da rodzinie znać. Nie możemy zrobić nawet pogrzebu, bo według władz wojskowych Loszka zaginął. Podobno wielu jest takich, którzy zaginęli i wszelki ślad po nich przepadł. Chciałabym tylko jednego, żeby mój Loszeńka miał grób. Choćby najskromniejszy, ale żeby było gdzie pójść i powspominać.
Wiem, co wy w Polsce myślicie o tej wojnie. Ale nie sądź Loszy źle. Na pewno nie chciał na nikogo napadać i zabijać. Włożył mundur i za to zapłacił. Zresztą myśl o nim, co chcesz. I tak już go nie ma.
Jeśli jeszcze żyjesz, proszę cię tylko o jedno. Pomódl się za spokój jego duszy, o to, żeby tam po drugiej stronie było mu wybaczone.
To już ostatni list do ciebie mój kochany.
Wspomnij o mnie czasem. Nieraz patrzę przez okno w noc i widzę wśród latarń twoją twarz.
Zakochana w tobie na zawsze.
Swietka.”

Siedzę w pustym kościele, w ostatniej ławce. Usadziłem się tutaj, żeby, jeśli pojawi się jakiś klecha, nie przyszedł do mnie o cokolwiek pytać. W katolickim kościele modlę się za spokój duszy prawosławnego Loszy, okupanta, mordercy, zbira, drania, ruskiego łajdaka. Mojego wnuka.

Paula Rego

for Kate & Clint

Me

She died two weeks ago and everybody wrote some words about her. So I decided to do it also, but on different way.
On March 2022 I saw her exhibition in Bristol in a big gallery Arnolfini.
Now, knowing she died, I took rather that exhibition text to remember her as everything, that should be written about her now as a hommage. In that text she is still alive.

She

Paula Rego, (26 January 1935 – 8 June 2022) was a Portuguese-British visual artist known particularly for her paintings and prints based on storybooks. Rego’s style evolved from abstract towards representational, and she favoured pastels for much of her career. Her work often reflects feminism, coloured by folk-themes from her native Portugal.

Rego studied at the Slade School of Fine Art, University College London, and was an exhibiting member of the London Group, along with David Hockney and Frank Auerbach. She lived and worked in London.

In 1957 she returned to live in Portugal with her husband, the painter Victor Willing, and their three children, before finally settling in London in 1963.

In 2009 The Casa das Histórias, a museum dedicated to Rego, opened as a permanent home to the artist’s entire collection of over 200 prints alongside drawings, preparatory works and paintings loaned by the artist.

Major solo exhibitions and retrospectives have been key to Rego’s extensive career, with her work housed in major public and museum collections all over the world.

Rego explores themes of power, rebellion, sexuality and gender, grief and poverty, often through female protagonists. One of the most important figurative artists of her generation, her work ranges from painting, pastel, and prints to sculptural installations.

The Exhibition

Rego makes a welcome return to Bristol (almost 40 years after her first exhibition here in 1982-83), creating an opportunity for a new generation of visitors to explore the artist’s rich and imaginative world. Featuring over 80 prints from across Rego’s extensive career, the exhibition explores her interweaving wit and dark humour, delving into the art of storytelling through Rego’s reinterpretations of well-known narratives and classic tales, repositioning the role of women at their centre.

Subversive Stories also looks deeper at Rego’s mastery of the printed medium, exploring the process of printmaking as it informs Rego’s multi-layered interpretations, bringing shadowy readings to childish mischief, whilst casting a light on present-day politics, most notably those affecting women.

Bringing together early examples of experiments in etching and lithography, her much-loved series Nursery Rhymes, Peter Pan, Jane Eyre and the Pendle Witches, and less familiar stories, such as The Prince Pig and The Curved Planks, Rego pulls us into a world of not so ‘wicked’ women, childhood adventure, and folklore and fairy tales, in which the underdog reigns supreme, as Rego reinforces her reputation, taking ‘the side of the beauty not the beast.’

Warning

Please note, this exhibition includes images that explore sexuality, abortion, and the practice of female genital mutilation.


Subversive Stories

Arnolfini welcome us to venture into the extraordinary imagination of Paula Rego, one of the leading figurative artists of our generation. Known for her powerful paintings and dynamic storytelling, she has also harnessed the alchemical power of printmaking, drawing audiences into her disquieting world.

Embracing etching and lithography at art school, Rego later recalled it was a relief from painting: ‘It’s like swimming after you have been on a dry land for so long.’ The spontaneity and fluidity found in printmaking can also be likened to the act of oral storytelling. Having learnt English at a young age, Rego’s own stories intertwine the fairy tales, folklore and fables of both, Portugal and England (her adopted home).

As a child Rego would play with a miniature Spanish theatre acting aut the everyday and filling the pages of diaries and sketchbooks with ilustrated word and images. Her subsequent work explores a multitude of themes including power, rebellion, sexuality, gender, religion, and the inherent brutality of life. Like her subject matter, the inspiration for her stories is vast, encompassing childhood, fairy tales, opera, politics, and her own interior world.

Mist I (from Pendle Witches series)
Paula Rego 1996
etching and aquatint
plate size 35.8 x 29.5 cm / paper size 67.5 x 52.1 cm
Edition of 30
Courtesy Paula Rego and Cristea Roberts Gallery, London
©️ Paula Rego
 

It is within these hybrid, interwoven stories, that Rego reinterprets and subverts narratives. Placing women and girls at their centre, her storytelling challenges established gender roles, fuels sexual ambiguity, undermines the innocence of children, and interchanges traditional notions of good and evil.

Rego utilises the implicit nature of storytelling as a subversive act, employing its shapeshifting qualities to explore an idea from multiple angles, often in series. In similar manner she draws on the metaphorical possibilities of printmaking, a medium reliant upon the contrast between light and shade. Childish mischief is embodied with darker meaning, whereas the harrowing practice of illegal abortion is brought out of shadows.

Within these ‘subversive stories’ Rego draws together the multilayered language of print with an age-old love of literature, reminding us taht: ‘it is through stories that we interpret the world around us’. A master of reinterpreting, reimagining, and reinspiring it is with glee that she shares (in recent documentary) that she is, still, ‘always looking out for a story’.

Podcast


Berlin, 10th of June 2022

Stulecie przeszkód / Jahrhundert der Hindernisse

Trzeci piątek miesiąca. Od początku roku to już tradycyjny termin, kiedy my trzy, Ela Kargol, Krystyna Koziewicz i ja, zapraszamy do Polskiej Kafejki Językowej na spotkanie z literaturą.

Piątek, 17 czerwca 2022 o godzinie 19
Daniel Lis, Stulecie przeszkód
SprachCafé Polnisch
Schulzestr. 1
13187 Berlin-Pankow, direkt am S-Bhf Wollankstr


https://sprachcafe-polnisch.org/

__________________________________

To nie jest tylko opowieść o sporcie i wielkich ideach.

To wciągająca historia ludzkich nadziei i ambicji, lęków, słabości i dramatycznych wyborów oraz najtrudniejszych walk, które toczą się poza stadionami.

Książka Daniela Lisa daje niespotykanie szeroki i świeży wgląd w historie polskich olimpijczyków i paraolimpijczyków. Autor konfrontuje z sobą źródła, wyszukuje nieznane dokumenty i rzuca nowe światło na historie – wydawałoby się – już opowiedziane. Jako pierwszy opisuje polski wątek najkrwawszego wydarzenia w historii igrzysk – zamachu w Monachium. Zastanawia się z polskimi narciarkami, czy wesprzeć radziecki protest i dostać medal, czy powiedzieć prawdę i zająć czwarte miejsce. Tropi wojenne losy mistrza boksu, które ten w czasach stalinizmu wolałby przemilczeć: siedział w więzieniu, obozie, pracował na kolei, a może służył w Wehrmachcie? Ze sztangistą Ryszardem Tomaszewskim, multimedalistą paraolimpijskim, wraca do stanu wojennego i uścisku dłoni z księciem Karolem.

“Na pierwszym planie walka Polaków o złoto, srebro lub brąz, a w tle – wielka historia i wielki teatr kolejnych olimpiad. Legionista Adam otrzepał się z pyłu wojennego i bierze przeszkody na paryskim hipodromie, oszczepniczka Marysia przemawia się z Hitlerem w loży honorowej, sędzia sportowy Jakub z Kalisza – Jakow z Izraela ginie w zamachu terrorystycznym w Monachium. Detektywistyczne rekonstrukcje, nowe, żywe wiadomości o wydarzeniach i charakterach. Czytam i zamieniam się w świadka. Gorąco polecam.”


Małgorzata Szejnert

“Daniel Lis od lat jest redaktorem moich książek, najlepszym z trenerów. Tym razem to on startował w zawodach, pisząc książkę, a ja dopingowałam, ile wlezie. Dobiegł do mety ze znakomitym wynikiem. „Stulecie przeszkód” jest świetnie napisane, a dbałość autora o szczegół, wyciąganie na światło dzienne faktów zapomnianych, choć fascynujących, i prostowanie przekłamań zasługują na złoty medal. Proszę też przygotować chusteczki, bo jest tu masa wzruszeń. A poza tym trudno nie płakać, kiedy na olimpijskim podium staje polski sportowiec.”


Magdalena Grzebałkowska

***

Daniel Lis – redaktor książek non-fiction, reportaży i biografii, absolwent Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. „Stulecie przeszkód. Polacy na igrzyskach” to jego reporterski debiut.

***

Fragment tekstu:

Przygotowania do igrzysk olimpijskich w Berlinie:

Jerzy Rogowicz, korespondent „Kuriera Warszawskiego”(…) pisze: „I oto, przybywszy do Berlina odnoszę wrażenie, iż zmieniło się tak wiele, że niemal podróż moja okazuje się niecelowa. Jakże bowiem inaczej myśleć ma ktoś, kto pragnie obserwować dalszy rozwój rewolucji hitlerowskiej, skoro tej rewolucji – w ogóle nie zastaje. Tak jest: w Berlinie dzisiaj hitleryzmu w dotychczasowym znaczeniu tego słowa właściwie nie ma. (…) Nie sądźcie, że Berlin wygląda dziś tak, jak gdyby nie istniał narodowy socjalizm. Nie. Widać, że istnieje i widać, że rządzi. Ba, dawno nie było tylu swastyk, spływających na czerwonych wstęgach z okien, drzewiec i masztów, co teraz. Ale płyną one w jednej, wielkiej fali olimpijskiej z innymi sztandarami. Dziś w Berlinie to nie oznaka hitlerowska, lecz niemiecka. Wszak zdobi ona już dziś chorągiew państwową”.

Rogowicz odnotowuje, że gazety przestały pisać o polityce wewnętrznej Rzeszy, a z ulic zniknęli polityczni agitatorzy oraz wielkie samochody głoszące propagandę przez megafony. Sklepy i restauracje przybrane są niezliczonymi chorągiewkami, gości witają napisy w różnych językach – najczęściej po angielsku i francusku, potem po polsku i włosku. Rogowicz dostrzega tabliczki: „Tu się mówi po polsku”, a nawet „Serdecznie witamy polskich gości”.

____

Unser Gast ist Daniel Lis, Trainer und Redakteur. Das Buch “Ein Jahrhundert der Hindernisse. Polen bei den Olympischen Spielen” ist das Buchdebüt des Autors.

Auf der Website des Verlags ist zu lesen:
Dies ist eine fesselnde Geschichte über menschliche Hoffnungen und Ambitionen, Ängste, Schwächen, dramatische Entscheidungen und die härtesten Kämpfe, die außerhalb der Stadien stattfinden.
Das Buch von Daniel Lis gibt einen breiten und sehr frischen Einblick in die Geschichte der polnischen Olympioniken und Paralympioniken. Der Autor recherchiert akribisch, findet massenweise unbekannte Quellen und Dokument, wirft ein neues Licht auf Geschichten, die man bereits erzählte, nur eben anders und überhaupt nicht so spannend. Er ist der erste, der den polnischen Faden des blutigsten Ereignisses in der Geschichte der Spiele – des Münchner Bombenanschlags – beschreibt. Er fragt sich mit den polnischen Skifahrerinnen, ob sie den sowjetischen Protest unterstützen und eine Medaille bekommen oder die Wahrheit sagen und nur Vierte werden sollen. Er zeichnet das Kriegsschicksal eines Boxchampions nach, über das der in der stalinistischen Zeit lieber geschwiegen hätte: War er im Gefängnis, in einem Lager, bei der Eisenbahn oder vielleicht bei der Wehrmacht? Mit Ryszard Tomaszewski, einem Paralympics-Athleten und Medaillengewinner, kehrt er zum Kriegsrecht und zum Händedruck mit Prinz Charles zurück.


Das Treffen findet auf Deutsch statt.