9-Euro-Ticket. Szczecin po raz czwarty.

Ewa Maria Slaska

Tym razem tylko przelotne obserwacje.

***

Po drodze na dworzec widzę przy torach kolejki żółte tablice z napisem:

Wikipedia

Uwaga – niewidoczne oznakowanie/ sztuczne DNA pozwala zidentyfikować sprawcę i powoduje, że metali nie można sprzedać (stają się niesprzedawalne).

Zastanawiam się, czy to żart, w rodzaju tych, jakie robi czasem organizacja Zentrale für Politische Schönheit, ale Internet informuje mnie, że nie, że tak kolej niemiecka próbuje poradzić sobie ze złodziejami kabli na torowiskach.

Nowoczesność. OK. Ale czy złodzieje zrozumieją w ogóle to przesłanie? Ten język, te zastosowane metody są jak literatura wysokiej klasy, nie dla idiotów.

***

W Angermünde z powodu od-wiecznej naprawy torów mamy przesiadkę z pociągu na autobus. Pasażerowie całego pociągu muszą zmieścić się do jednego autobusu. Tłok. Zastanawiam się, czy gdyby taka sytuacja miała miejsce na granicy z Francją, to też by nam podstawiono tylko jeden autobus. W autobusie wygrywają silniejsi. Mężczyźni siedzą, kobiety i dzieci stoją lub siedzą na podłodze.

***

Dodatek z następnego dnia:

Ela Kargol, autorka tej foty, opatrzyła ją takim wyjaśnieniem: to zdjęcie to dobry komentarz do tego wpisu. Chodzi mi o ten szkic szybką kreską na tablicy informacyjnej o kolei szczecińskiej, cesarskiej, wytwornej, którą można było dojechac do Szczecina bez przesiadek, oczekiwań na połączenia, opóźnień…

***
Wracam. Pociąg przyjeżdża pół godziny spóźniony. Na peronie, na ławce obok mnie siedzi sztuczna kobieta jak z Innych pieśni Dukaja.

Włosy utlenione, brwi zrobione, grube sztuczne rzęsy, usta napompowane czymś, nie pamiętam czym się pompuje usta, botoksem?, złote ogromne kolczyki w kształcie Myszki Miki, tatuaż na całe ramię (mężczyzna z dziewczynką na tle tarczy zegara), paznokcie jak gwoździe na 9 cali, szpice, w czterech różnych kolorach, niektóre zdobione. Pierścionki, bransoletki, naszyjniki.

Ciało dziwnie niesztuczne, po prostu ubrane. Sandały, pomalowane na złoto paznokcie u nóg.

Mężczyzna na tatuażu rzuca cień krzyża

Oczywiście cyberkobieta ma kolczyki. Wszystko złote. Na niby. A może to złoto prawdziwe?

Oczywiście sztuczna opalenizna. A może prawdziwa?

***
Na peronie stoi czterech (nie, sześciu) młodych, mocno zbudowanych facetów w takich samych podkoszulkach i tego samego wzrostu. Wszyscy coś jedzą, miarowo, mocno ruszają szczękami.

W Pasewalku przesiadka. Nasz pociąg do Berlina odjechał. Następny za 1,5 godziny.

Na dworcu nie ma informacji, ani toalety, ani budki z jedzeniem, ani nawet automatu z czipsami lub wodą. Nie ma też automatu z pieniędzmi. Wszyscy ruszają za dworzec w poszukiwaniu czegoś do jedzenia i picia.

Znalazłam gdzieś wśród warsztatów i magazynów budkę z kebabami. Nie można płacić kartą, ale mam jakieś monety. Kupuję sobie frytki i wodę, na tyle mi starczyło.

Po drodze widzę chłopaków na jakiejś niekoszonej podmiejskiej łączce. Stoją w trawie po pas i wesoło, swobodnie sikają w różne strony świata.

Gdy już wszyscy wróciliśmy z łupami na dworzec, chłopaki siedzą na murku, na którym zaraz usiądziemy wszyscy, i całkiem ciekawie śpiewają. Ławki na peronie są metalowe i mocno oświetlone słońcem. Dlatego siedzimy na murku za wejściem do tunelu. Śmierdzi moczem.

Jeszcze godzina. Upał. Przed nami taki widok:

Przez godzinę patrzymy na szare śmierdzące płyty chodnikowe.

I cieszymy się, bo jest cień.


Już świt

Teresa Rudolf

Wieczorem 

Już wieczór;
granatowo
opada powoli 
jak mgła,
gdzie niegdzie
zapala świeczki,
wygasza światła.

Otwarta
przestrzeń;
twórczości,
tajemniczości,
romantyzmu
intymności,
miłości...

a niektórym,
...w pełni 
księżyca
jak w wodzie,
odbija się
bezbarwna
samotność.

Jeszcze i już

Jeszcze delikatny zapach
świeżej nocy potrąca
mój wrażliwy węch.

Unoszę się na nim,
wciągam powietrze
pokonując przestrzenie.

I już powoli świta,
wilgoć poranka
rozpyla się wokoło.

Tęsknota za znanym
i nieznanym porywa
mnie we wspomnienia,

...oby stały 
się znów
jutrem...

Frauenblick, Schwarzwald

Monika Wrzosek-Müller

Auf dem Weg zur besten Schwarzwälder Kirschtorte

Eine Woche Schwarzwald und fünf verschiedene Schwarzwälder Kirschtorten probiert. Das ging sehr schnell und einfach; die Torte gibt es im Schwarzwald natürlich in fast jeder Gaststätte und sogar auf den Berggipfeln mit wunderbaren Aussichten. Ob ich die beste gegessen habe, weiß ich nicht, aber eindeutig kann ich sagen, dass es viele Varianten gibt; nur der Look bleibt immer gleich. Sie verkörpern auch die Seele dieses Fleckchens Erde; innen Schwarz, wie die dunklen und weiten Wälder, und außen weiß, wie der früher hier reichlich vorhandene Schnee, angereichert mit Kirschwasser und Kirschen, die aus der Region kommen und die nicht nur geschmacklich den Ton angeben, sondern auch die Stimmung aufhellen. Überall schmeckten die unterschiedlich großen Portionen gut, bis sehr gut, manche reichten mir als Mittagessen aus. Auf jeden Fall ist das die beliebteste und bekannteste deutsche Torte, auch in ganz fernen Ländern, wie Japan, China, den USA, Neuseeland und Australien.

Wer sie letztendlich erfunden hat, darüber streiten sich immer noch die Geister, denn auch im Elsass existiert der Gateau Forêt Noir und er wird in Straßburg tüchtig gegessen. Doch es wird immer wieder eindeutig auf die Gebiete in Baden verwiesen. Ihre Verbreitung verdankt sie auch der Erfindung des Kühlschranks in den 1930er Jahren; da konnte man die Sahneschichten länger aufbewahren. Ich habe mir sagen lassen, dass sogar ein Schwarzwälder Kirschtorten-Festival alle zwei Jahre in Todtnauberg stattfindet, wo mit Musik und kulinarischen Spezialitäten die beste Torte gewählt wird.

Wir waren eher bescheiden und aßen die Torte, wo wir gerade gelandet waren; auf die zwei und drei Sterne-Restaurants in Baiersbronn, wie Schwarzstube, Bareiss, Taube, Schlossberg und Meierei im Waldknechtshof haben wir verzichtet. Doch schon die Anhäufung von den Sternerestaurants zeugt von der Qualität des Essens allgemein, und dem Spaß dort zu essen.

Die Landschaft lädt auch zum Genießen ein: die Hügel oft durchschnitten in Dreiecke, auf denen verschiedene Weinreben in unheimlich akkurat zugeschnittenen Reihen wachsen, daneben die Reihen von Spalierobstbäumen: Äpfel, Birnen, Pflaumen und auch Kirschen, alles kleingewachsen und wie am Schnürchen aufgereiht, um von Maschinen gesammelt werden zu können. Sogar die Schwarzen und Roten Johannisbeeren werden nach oben auf Drähten gezogen, damit sie maschinell geerntet werden können. Dazwischen liegen flache Felder mit Erdbeerpflanzen. Jedes kleinste Stückchen Erde wird genutzt. Das sieht sehr harmonisch, idyllisch und verträumt aus, ist aber nicht ganz so. Es brummt nur so von Fleiß und Anbau und Düngen und Ernten. Dazu kommen noch Walnüsse, die einfach fast wild wachsen, und die Esskastanien, die dann wirklich im Wald zu finden sind. Die Höfe sind auch riesig, meistens mit Anbauten, schön schwarzwälderisch mit Geranien und Fachwerk geschmückt, mit verschiedenen Fachwerkfiguren wie dem Andreaskreuz – der Mann, die Raute, die die älteren Häuser sehr schön schmücken und wirklich auch erhalten werden.

Jetzt habe ich viel über die Landschaft geschrieben, aber ich denke, sie gehört dazu, ohne sie gäbe es auch keine Schwarzwälder Kirschtorte.

Im Café Gmeiner, in Oberkirch, wo wir unser „Basislager“ hatten, gab es eine ganz feine, richtig konditormäßig verfeinerte Schwarzwälder Kirschtorte mit einer nicht obligatorischen Schicht von Mousse au Chocolat. Das Unternehmen Gmeiner besteht seit 1898 und liefert neben dieser Torte auch andere fantastische süße Leckerbissen, neben feinster Schokolade und Pralinen der höchsten Qualität; sie verfügen über 10 Filialen deutschlandweit und 11 in Japan. Auch die Art und Weise, wie alles serviert wird, entspricht den höchsten Ansprüchen, angefangen vom Porzellan, über die Servietten bis zur Bedienung. Man sitzt bequem auf der Hauptstraße, seit einigen Jahren verkehrsberuhigt, neben dem Löwenbrunnen und schlemmt.

Die nächste Portion der Torte mussten wir uns erarbeiten, d.h. auf die Schauenburg steigen, das Wahrzeichen Oberkirchs; sehr malerisch und romantisch. In der Burgwirtschaft gab es eine sehr traditionelle, aber auch sehr gute Kirschtorte. Man sitzt da mit dem Blick auf das tiefer gelegene Oberkirch und das Rheintal.

Eine sehr leckere, nach Omas Art gemachte Torte, einem sehr weichen und mit viel Kirschwasser durchtränkten Biskuit, richtig riesige Portionen, gab´s dann im Höhenhotel Kalikutt; für mich klang der Name nach Kalkutta, doch damit hat´s nichts am Hut. Es kommt nämlich von Karleq, einem Weiler in der kahlen Senke. Das Hotel liegt schon auf 503 m über Meereshöhe im Rechental und man steigt von da aus auf 872 m auf den Berg Mooskopf mit dem Moosturm, von dem man einen unheimlich weiten Blick bis zum Straßburger Münster hat.

Unser nächster Ausflug ging zur Klosterruine Allerheiligen, einem Prämonstratenserkloster aus dem 12. Jh. Der Weg führt sehr malerisch an den höchsten Wasserfällen im Schwarzwald nach oben. Der Lierbach stürzt hier ca. 90 Meter in die Tiefe; man beobachtet dieses Naturereignis auf einem schon im 19. Jh. angelegten Weg, der über unzählige Treppen und Brücken führt. Jetzt führte der Bach nicht so viel Wasser, trotzdem war es faszinierend und richtig wildromantisch nach oben zu steigen. Das Kloster wurde im spätgotischen Stil gebaut, wie fast alle Bauten in der Umgebung aus dem Buntsandstein. Die Anlage ist imponierend, dient auch als Tagungsstätte, und es gibt eine Gaststätte mit dem Angebot einer (zugegeben nicht probierten) Schwarzwälder Kirschtorte.

Fast ein Muss, ein Erinnerungsort des Schwarzwalds, ist der Mummelsee mit seiner Erlebniswelt. Der 18 Meter tiefe, dunkle, sagenumwobene See liegt an der Schwarzwaldhochstraße. Es gibt da ein Hotel, mehrere Gaststätten, diverse Läden mit Andenken aus dem Schwarzwald (Kuckucksuhr und Spirituosen, auch der klassische Bollenhut ist im Angebot). Um den See ranken sich verschiedene Sagen und Märchen und von da aus führt ein ca. 3 km. langer Aufstieg zur Hornisgrinde, dem höchsten Berg (1163 m) im Nordschwarzwald, über einen angelegten Weg, mit Erklärungen zu den Flechten und Moosen. Auf dem Gipfelplateau befinden sich zwei Türme der Hornisgrinde- und der Bismarckturm, den man besteigen kann und von dem man einen Rundblick über das Rheintal bis zu den Vogesen und über die bewaldeten Bergspitzen des Schwarzwalds hat. Die Grinde sind die baumlosen Feuchtheiden, die durch Rodungen schon im Mittelalter entstanden waren, doch das Hochmoor auf dem Gipfelplateau ist von Natur aus unbewaldet und nur mit Heidekraut bewachsen. Während des Krieges wurde das Plateau für militärische Zwecke genutzt sowohl von den Deutschen als auch, nach dem Krieg, von den Franzosen; man sieht wie sie die Segelflugzeuge starten ließen. In der Grinde-Hütte haben wir wieder einmal eine sehr gute traditionelle Schwarzwälder Kirschtorte verspeist.

Zum Schluss kommt noch doch das Rezept für eine (beste!) Schwarzwälder Kirschtorte.

Für Biskuit:

6 Eier Raumtemperatur
1 Prise Salz
180 G. Zucker
100 G. Mehl
1 Backpulver
50 G. Speisestärke
50 G. Kakao

Für die Füllung und die Deko:

Belegkirschen
Ein Glas Sauerkirschen (Schattenmorellen) (350 gr. Abtropfgewicht)
100 G. Zucker
1 Päckchen Vanillezucker
1/2 Stange Zimt (fakultativ)
800 G Schlagsahne (eiskalt)
8 Esslöffel Kirschwasser
30 G Bitterschokolade (Raspeln)

Biskuit:

26-28 cm Durchmesser Form

Mehl, Backpulver, Speisestärke, Kakao vermischen. Eier trennen, Eigelbe mit einer Prise Salz schlagen, dann Eiweiß steif schlagen, die Eigelbe nochmals mit dem Zucker schlagen (bis sie heller werden). Eiweiß unter Eigelb unterheben, dann vorsichtig das Gemisch dazugeben. Den Teig in die Form geben, im Backofen 25-30 Min /180 Grad backen, richtig abkühlen (am besten über Nacht stehen lassen).

Füllung:

Den Kirschsaft abgießen, auffangen. Speisestärke mit 2 El. Saft anrühren, den restlichen Saft dazugeben aufkochen, vom Herd nehmen, die Kirschen untermischen. Tortenboden zweimal durchschneiden. Sahne steif mit Sahnesteif schlagen, kaltstellen. Die erste Schicht mit 3 El Kirschwasser beträufeln, Kirschmasse darauf verstreichen, 3 El Sahne drauf verstreichen, zweiten Boden drauflegen, leicht andrücken, wieder 3 El Kirschwasser, die Sahne drauf, dann den letzten Biskuitboden legen andrücken, mit restlichen Kirschwasser beträufeln, Sahne verstreichen. Mit Spritzbeutel 16/8 Sahnetuffs spritzen, auf jedes eine Kirsche setzen mit Schokoladeraspeln bestreuen. Kaltstellen, servieren. Guten Appetit!

Mein Favorit schmeckte richtig nach Kirschwasser, dann ist es nicht süß, dann hat es auch eine bittere Note.

Projekt “Irena Bobowska, zapomniana bohaterka”, ulotki

Ulotki projektu przygotowała Anna Krenz. Ona też jest autorką portretu Ireny Bobowskiej.

Ulotki.

Rozkładamy je w Berlinie, ale i w innych miastach, w Polsce i w Niemczech, rozkładamy je w poczuciu zachwytu i rozpaczy. Och, wiem, to bardzo egzaltowane. Nic nie poradzę. Irena Bobowska jest piękna, a tak jak ją zobaczyła Anna Krenz, jest po prostu zjawiskowa. Jak Anioł. Anioł, któremu 27 września 1942 roku o godzinie 4:26 w więzieniu Plötzensee kat ściął głowę gilotyną.

Miała wtedy 22 lata. Została skazana za wydawanie gazetki konspiracyjnej. Gazetka nazywała się Pobudka i ukazywała się w Poznaniu od października 1939 do czerwca 1940 roku. Raz, najwyżej dwa razy na miesiąc. Kilkanaście numerów. Pobudka to było kilka stron, przepisywanych na maszynie, w nakładzie około stu egzemplarzy.

Ktoś musiał donieść na gestapo.

Za tych kilkanaście gazetek aresztowano i skazano pięć osób za zdradę stanu. Cztery na śmierć.

Ballada o miłości i inne wiersze

Mieczysław Węglewicz

Ballada o miłości   

W mroku w lęku, ostrożnie  
tylko  nocą, lasami,
On pierwszy, śmielej a   
Ona 
kilka kroków za nim
W dzień  się schowali
na plaży, od ludzkiego oka 
Plaża tu była dzika 
a fala wysoka
Najpierw spali na wydmie skryci w srebrnych trawach
bo trawy się nie znają na rasowych sprawach
A potem stali przy sobie
na głębokiej wodzie
Czarnooka Żydówka 
lat 20, śliczna
On Niemiec, oczy niebieskie, czupryna pszeniczna
trzymali się za ręce 
nikt ich  nie widział więcej

lato jeszcze choć tleje
tęskni do jesieni
mchem w lesie siwieje
wrzosem się rumieni

życie biegnie
lato już się starzeje
srebrnym mchem się mieni 
i tylko  ma nadzieję
doczekać jesieni
wiatr  wcześniej tak leniwy
 teraz fale wznosi
 targa  za mokre grzywy
i piasek unosi
a słońce do południa tak snuje się jak ty
bez kawy senne jesienne
w sukience z rannej mgły

Kochanek wiatr

Słyszysz jak nad jeziorem
szumi trzcina płowa?
To jest pieśń o miłości 
wiatru do sitowia
co raz lekko, raz mocniej
czułe struny szarpie
Gra trzcinom kołysankę 
na anielskiej harfie
Raz po raz je ustami
słodkiej fali muska
bo fale to są wiatru 
nad jeziorem usta
Trzciny, nimfy zaklęte
kiedy harfę słyszą 
przytulają się, tańczą
biodrami kołyszą 
a wiatr im włosy układa
rozczesuje,
głaszcze
i zaklina że kocha,
że tak będzie zawsze

..szedł drogą pewien 
człowiek
tylko z myślami w głowie
samotnie i prosto jak pręcik
jak   taki słupek bez rtęci  
jak dzwonnica bez dzwonu
jak Albania bez schronów
 szedł człowiek
bez telefonu !!
na spacer z myślami w głowie
szedł kiedyś taki człowiek?

czy jesz czy śpisz
oddychasz, drżysz 
kiedy po jabłko sięgasz
to już przed tobą robił ktoś 
a ktoś opisał w księgach
bo to co będzie  było 
i ktoś przed tobą 
był
i to co ci się śniło 
przed tobą ktoś już śnił
Było już? nic nie znaczy
bo ty...
Ty śnisz inaczej...

Paryskie złudzenia (2)

Mieczysław Bonisławski

Dokończenie opowiadania, którego pierwsza część została opublikowana wczoraj.

Z pamiętnika Natalii:

Piątek
Znów nie doszło do spotkania z A. Jak żyć?
Było wiadome: katana dopiero po szesnastej – wspaniała wyszła: wzorowana na kowbojskich bluzach, ale nie z jeansu, z materiału – a wieczorem „Pod psa”. Pomiędzy czas na A.
Alu, musisz zrozumieć. Katana przedłużyła się. Została mi godzina. Lepiej było iść pod Instytut i zaczekać tam na niego, niż wpaść do Ciebie i zaraz lecieć. Hm, musisz aby…?
Zimnem i upokorzeniem płacisz za uchybienia wobec przyjaźni! Z. nie wychodził z zajęć, a tu deszcz, wiatr, mróz i pełno studentów, którzy nic nie rozumieli. Ach, chociaż Ty wybacz i zrozum, pociesz. W ciemnościach nie było widać pięknej, nowej katany, nikt nie mógł wiedzieć, kto ma wyjść z Instytutu, była tylko rozczochrana, zakatarzona cipa, przestępująca z nogi na nogę w zabłoconych czółenkach. Wyobrażasz sobie?!
Północ. Znów syreny na szosie. Czemu one brzmią tak łapczywie? We wtorek musi się znaleźć czas dla A.

Wtorek
A. dopytywała się jak było w piątek. Z. zachował się wspaniale, ale co to obchodzi A.? Pewne rzeczy są prywatną sprawą. No i skończyło się małą kłótnią:
N: Z. jest super męskim facetem, nie wciąga się w te płytkie dyskusje. A jak zgasił Renate!
A.: Nie widzę w tym męskości. Jest racjonalny. Zresztą co ty z tym całymudomowionym” [wyraz nieczytelny, mocno, kilkakrotnie przekreślony] masz za pojęcie o wolności?
N.: Wytłumacz mi co chciałaś powiedzieć przez to, że „udomowiony”? Dlaczego zresztą masz pretensje do kogoś, kogo nie znasz, co ty, zazdrosna jesteś?
A.: No wiesz! Dobra, przyjdź teraz koniecznie z gitarą, zaśpiewasz mi, wiesz, to…
N.: Nie, poczekaj Alu, ja cię proszę, wyjaśnij mi to, co powiedziałaś.
A.: Zastanów się kim jesteś? Robisz co chcesz, nie hamuje cię bieda, ani nieodpowiedni dom, z którego mogłabyś pochodzić. Skąd wiesz, co czuje robotnik? Ja otarłam się o niewolę…
N.: Sama ją wybrałaś!
A.: Nie przerywaj, co to ma do rzeczy?
N.: No mów, ale spłycasz to wszystko.
A.: Jak kogoś z was pozbawić wolności, to powie, że to nie teoria, że nie jest wszystko jedno. Dwie wolności? W reżimie człowiek przeskoczy barierę lojalności. W demokracji rynkowej pokonanie bariery kapitału jest nieosiągalne. Nie widzisz tej prostej rzeczy?
N.: A twój problem do czego się sprowadza?
A. zamilkła i obraziła się. Ale się narobiło. Tym bardziej w piątek nie mogę zawieść!

Piątek
A. w najgorszych snach nie jest w stanie oddać upadku tych studentów. I Z. z nimi!

[wtrącony zupełnie bez związku fragment, opatrzony dopiskiem, wskazującym na Alice (A.)]

Słuchaj. Usiadłabyś trochę na mym miejscu. Zrozum, ja się już duszę, zrobię wszystko, by tylko wyjść, co tylko mi zaproponują! Ja choć wiem skąd to wszystko, nic na siłę. Lojalność. Nie ma za wysokiej ceny, chcą jej, to ją mają. A co w tej rynkowej demokracji?

Pieniędzy z posłuszeństwa nie utoczysz. Nie, to nie wszystko jedno… Dać im zgodę, może każdy, mieć pieniądze, to przywilej wybranych, nie do przeskoczenia dla pozostałych. Czy ty choć trochę mnie rozumiesz?

[ciąg dalszy bieżącego wpisu]

Wpierw trzeba ten wczorajszy dzień ustawić po kolei.

Do obiadu zwyczajna szkoła. Sabine cały dzień tłumaczyła z polskiego na hiszpański wiersz o terrorze generała Franco. „Segur que tomba, tomba, tomba”. Dla tego jej „Poety”, ona teraz z nim śpiewa… A przecież dwa tygodnie temu była jeszcze nieugiętym filozofem rewolucji.

Tłumaczenie wierszy na lekcji nie sprzyja udzielaniu sensownych odpowiedzi nauczycielom – czy dwie „pały” jednego dnia to duża czy mała ofiara Sabiny? Swoją drogą mają rację ci co twierdzą, że likwidacja psychotronicznego, tego fajnego, zdalnego nauczania i wprowadzenie szkoły z fizycznym byciem w klasie, służy wyłącznie totalnej inwigilacji i kontroli.

Obiad. W domu nic do roboty, zatem spotkanie w klasztorze z A. – bez opóźnień. Następnym razem pamiętać o tej… gitarze!

Spotkanie „Pod psem” bez wyczekiwania pod uczelnią na najwspanialszych nawet facetów. Za to rozmowa z księdzem od A.

Jakie straszne rzeczy, lepiej by było marznąć pod Instytutem. Ponoć, a to pewna wiadomość, A. jest pod obserwacją, każdy jej krok, słowo są znane władzy. Do klasztoru nikt nie wnikł, ale przecież szczepiła się. Ma czipa. A poza tym „Pod psem” zbierają się różni. Pytanie o wiedzę na temat A. Tak, ukryła się, bo po śmierci swej mamy groziła z pistoletu jednemu facetowi.

[zbitek swobodnie, bez związku wpisanych zdań, opatrzonych uwagą: „Z. wykpiwa niepokój Natalii jak tylko zwierzyła się z rozmowy z księdzem. Pozostali studenci też”]

– Sabi, pisałaś piosenkę? Za dwie gały, no, łeb do góry, to konieczna ofiara. A gdzie was niesie, ty „Poeta”, próby, próbami, nie zabieraj jej. Cwaniak! To ciao, dzidzia, spraw się…
– Nata ma wieści od księdza. Cicho, sami swoi. Z., bzdury opowiadasz, tu wtyka? Gorąco tu, zmiana lokalu. Bekniemy, jeśli ktoś nas wrobił. No, pić się chce. Spiryt na koniec. Jak śmierć, to śmierć. Dżagi, szykujcie się, za murami tak dobrze nie będzie. Pofiglujemy po wolności…
– Ja z księżmi nic. Radziłem z dala od nich. Daj spokój, pogadasz i najdalej na trzeci czwartek tu wrócisz. Ale tylko dla wódeczki i dla pięknej Anetki, no [słowo nieczytelne], daj całuska…
– O czym, ty mówisz, dzidzia? Jaka wolność, to jest wolność, my to wolność. Szklanica i dziewica. Kto za nas umiera?! Masz wypij…

Natalia (do Sabine i Renate):

– …studentów z Zielonej Góry biorą na Chinoli. Pojutrze z artylerią z Czerwieńska jadą do Marsylii lub na Krym. Sami jeszcze nie wiedzą, gdzie ich rzucą? Co będą robić? Jako doświadczalny patrol biologiczny? Żywa tarcza chemiczna? No, tak, jak Ameryka zaatakuje na „Jedwabnym szlaku” ich karawany. Ta wojna za atak z Chin covidem w 2019 jest straszna. Z. mówił, że się boi. Reszta też. Nie dziwota, że tak piją. Nie tylko piją…

[luźno wrzucona między kartki strona ze „Strażnicy” Świadków Jehowy]

Zaraza to nie przypadek. Za dużo nas. W dni ostatnie wejdą tylko wybrani. Dzieci zrodzone w zarazie mają mutacje, dające nadludzką odporność nie na choroby, ale i na ból i na skażenia chemiczne. Część dzieci które miały 3 – 5 lat gdy wybuchała zaraza też to mają, a do tego są wybitnie inteligentne. To fakt nad którym głowią się lekarze, choć wyjaśnienie jest proste.

Widzimy, studenci to dziś tylko ci zmutowani przez covid. Reszta, chorowici, niedołężni są od prostych prac. Zaraza tak zwiastuje dni przedostanie. Pierwsi przejdą przez nie, reszta dzieci i starcy wymrą. A przedtem stoczą się na sługi, podludzi. Bo ich cel, służyć tym co przeżyją.

[odręczny komentarz (chyba) Natalii]

Z. i reszta, pierwszy rocznik. Odporni na wirusy, trucizny i ból, inteligentni. Idealni na front. Student to nie menel. Tamte świrusy by się same pozabijały. Dla nich tyrka w fabryce, magazynach sieci i sprzątanie miasta. Słyszałam, że chłopcy są odporniejsi na ból, dziewczynki poszły bardziej w rozum. Może to nie Bóg księdza i Alice, ale „Bunt kobiet” wywołał zarazę ? Chłopy do boju a baby będą rządzić.

Piątek

Alice zwariowała. Ma sny.

Nie wierzę – prawdziwe! Nie z generatora i anteny, ale urojone w głowie. Cofa się w tym klasztorze do jakiegoś zaprzeszłego stulecia!

A.: Męka całą noc. Stałam na górze, nogami na głowach ludzi. I cała płonęłam. Moje rude włosy, to były języki ognia. Ale od góry było mi zimno, za to parzyły mnie stopy.
N.: Co ty znowu?
A.: Co ja? Znów męczą mnie sny. Takie same jak wtedy. Ci ludzie coś krzyczą, gdzieś mnie ciągną. Oni chcą mnie spalić!
N.: Czekaj, jest chyba taki właśnie program od snów? Ale ty, tu za murem, nie masz przecież dostępu do sieci… To jakieś przebicie pola…? Prosto z bazy…?
A.: Ty jesteś po prostu głupia! Posłuchaj mnie w końcu!
N.: Co? Chcą cię spalić?
A.: A ja ciągle żyję. Nie wiem, nie wychodzi im, albo ja się odradzam…?

Co tu gadać. To nie to samo co standaryzowane wizje z systemu. Chyba jej zazdroszczę. Też tak bym chciała śnić.
***

Po kilkunastu miesiącach dobrowolnej izolacji Alice wyszła poza mury. Normalnie, drzwiami, trochę unikając sióstr i korzystając z tego, że wszyscy jedli obiad, wymknęła się na ulicę. Zaskoczyła mnie. Przez moment wahałem się, iść za nią, zostać przy obowiązkach?

Alice poruszała się, jak na nią, nienaturalnie energicznie. Była czymś wzburzona? Raczej ponosiło ją to co sobie postanowiła.

Było po 14. Zapadał wczesny, grudniowy zmrok. W świetle latarń wirowały płatki śniegu. Opadały na chodnik i jezdnię, a setki nóg mieszały je w zmrożone błoto. Setki spieszących prosto do domu ludzi, którzy po pięciu godzinach wyszli z fabryki masek i trefnych respiratorów senator Anity – wnuczki i z biur, niezbędnych dla ciągłości funkcjonowania państwa. Jak wśród nich czuje się 16-letnia dziewczyna, po tak długiej samotności, bez przepustki pracowniczej, gdy jedynym człowiekiem, jaki zechciałby ją zaczepić jest policjant z patrolu?

Dziewczyna łapie na rozpuszczone rude pukle białe płatki śniegu i pędzi przed siebie. Polubiłem tę zadziorę. Za to jak dawała w kość Natalii, że prowadziła uregulowane życie i niczym przykrym nie mogła zaskoczyć. Już nie mogła, bo ja wiedziałem i o tamtym. I dlatego byłem w stanie ją polubić. Żal mi jej włosów. Nie wiedziała w tym zamknięciu jaka dziś pogoda? Przecież zmarznie tak bez czapki! A może jej po prostu nie ma, może nie myślała idąc za furtę, że doczeka tam chwili, gdy będzie jej potrzebna zimowa czapka?

Stop. Alice przystanęła w kolejce do kontroli przy wejściu do supermarketu. Czyżby miała zamiar coś kupować? Ale skąd u niej nowe karty płatnicze, przecież co miesiąc stare nominały wymienia się na aktualne?

O, podeszła do automatu z kwiatami, kupuje bukiecik wrzosów. O co jej chodzi? Mija punkt szybkiej regeneracji. Pamiętam tu starego McDonalda, zapach frytek, piwo w parku. Kiedy to było? Wszyscy gadali na niezdrowe żarcie, co by rzekli teraz: kolorowe pastylki, wlewki, zastrzyki. Wygodne i kaloryczne uzupełnienie. Tylko czy to jest jedzenie?

I gdzie cię kieruje ruda głowa?! O chłopcach nie wiem. Natalia przestała przychodzić, ale to z powodu problemów z samą sobą. Nie kłóciłyście się o żadnego franta, wiedziałbym o tym. Kwiatki, jakaś ciotka, dalsza rodzina? Ale ty nie masz rodziny, Alice!

A gdzie my idziemy – Cygańskie Przedmieście? No, przecież, te kwiaty, takie same wrzosy i ta ulica przy końcu której jest…

***

Pamiętam ten dzień, kiedy wbiegłaś roztrzęsiona do kościoła. Niemal przewróciłaś konfesjonał. Nie musiałem pytać. Eksplodowałaś potokiem słów:

– Byłam u psycholog! Mówi, że te sny to trauma z dzieciństwa. Co było z moją matką?!
– Niewiele słyszałem…
– Ta płonąca głowa… Ktoś ją spalił? Przeze mnie?
– Tak ci powiedziała psycholog? Przecież to ty płoniesz.
– To przemieszczenie, z poczucia winy, za coś czego byłam świadkiem i sprawcą. Mamę spalili na stosie, przeze mnie?
– To taka przenośnia, stos, ogień, widowisko dla tłumu…
– …nagonka zdrowych na zarażonych, zaszczepionych na tych co czekają nadal w kolejce?
– Tłumy nie gonią dziś czarownic po Zielonej Górze…
– Ona mnie porzuciła, czy… umarła? Ma grób? Gdzie on jest, na cmentarzu, czy na wysypisku zarażonych?
– Nie rób z siebie Esmeraldy…
– Kogo?
– Takiej innej Cyganki, ją też spalili za czary.

***

A scenka z towarzyszami Alice? Skraj rozrytego parku, chłopaki wyciągają z ziemi piszczel. Ktoś kopie czaszkę niczym piłkę, inny łapie ją rzucając się w bramkarskiej paradzie.

– Jesteście naturalistami?
Spojrzeli zdziwieni po sobie.
– Nie gracie na konsoli, tylko kopiecie w realu…
Ten z brzegu kaszląc splunął celując w czubki moich butów. Drugi, garbaty, głośno beknął, odwrócił się i pierdnął. Wszystko zagłuszył gromki rechot.
– A ksiądz czego chce?
– To ludzkie kości.
– No i co? Czarownice tu zakopali. Spalili i zakopali. Przecież kościół nie lubi czarownic.
Z lubością wytargali spod ziemi kolejny szkielet. Zaczęli łamać.
– Każdy człowiek wymaga szacunku.
– Spierdalaj.
– Tylko pod tym murkiem chowali te nieszczęśnice. Tam dalej, między drzewami były już kwatery szanowanych obywateli. Cmentarz „Zielonego Krzyża”.
– Nie pierdol. Bawimy się. Czarami i chuj ci do tego.
– Nie boicie się?
– Czego?
– Czarów albo zarazy.
– Pieprz się. Każdy z nas jest zarażony. Każdemu już ktoś przez to zdechł w domu. Nie ma pracy, nie ma kościoła, nie ma szkoły. Nie boimy się niczego – stłumił kaszel i wyciągnął ku mnie zapalniczkę – Mogę i ciebie spalić, chcesz? Czy spierdalasz?

***

Nie posłuchałem. Nie spierdoliłem. Poszukałem Alice a nie widząc jej, spojrzałem na chłopaków. Byli starsi niż sądziłem z początku, dobrze po dwudziestce, bliżej trzydziestki. Cherlawi, bladzi, z wieloma, widocznymi zmianami nowotworowymi, które utrudniały życie, nie dając wytchnienia w śmierci. Pod maską zadziorności – zagubieni i wystraszeni. Jak większość ludzi, odkąd władze pogodziły się z tym, że wirus pozostanie już na zawsze. Uznały, że wirus to wyznacznik codzienności i odpuściły walkę z nim. Przynajmniej na terenach otwartych, poza zonami.

– Ty też? – tchnął mnie ich widok.
– Ja byłem – rzucił kulawy.
– To powikłania po covidzie? Przez chorobę jesteś Quasimodo. A ten, to Gavroche?
– Obrażasz nas?
– Nie! To kolesie z Paryża. Nie chciałbyś być teraz w Paryżu?
– A co to ten Paryż?
– Miasto.
– A bo mnie tu, w naszym miescie, źle? Na chuj mi jakieś Paryże, ja stąd. Księża i frajerzy niech jadą do tych Rzymów i Paryży, jak tu im co zawadza. Jak chłopaki stąd im śmierdzą.

Pojąłem czemu do lepszych parków, jak Piastowski czy Kolei Szprotawskiej wprowadzono drogie bilety. Elity mogły też wykupić abonament. Porządni ludzie mają prawo do rekreacji, opieki nad dzieckiem czy dziadkiem, do skorzystania z hostess na łonie natury w spokoju. Zaniedbany Park 1000-lecia był za darmo, to świat dla chłopaków stąd.

Ale Alice bym tu nie odnalazł. Ona już z nimi tutaj nie bywa.

***

Nie myliłem się. Ale nie mogłem jej wyprzedzić, przygotowany zaskoczyć. Wrócić? To jedyna okazja, by stanąć z Alice twarzą w twarz, tak jak wtedy – wrócić, to stracić tę okazję. Czy po to tak dobrze ją poznałem, by teraz zrezygnować z postawienia kropki nad i?

– Alice…
Widać ten szept zabrzmiał w ciszy cmentarza jak huk dzwonów, bo dziewczyna szarpnęła głowę i sztywno podniosła się z przyklęku. Spojrzałem na grób, w kubeczku był świeży bukiecik, obok leżał… pistolet. Odruchowo sięgnąłem za pazuchę.
– Zemsta?
Alice się uspokoiła, potrafiła kpić. Tylko czemu tak, czemu jedyne słowo, jakie od niej usłyszałem naprawdę, musiało być tak przyprawione żółcią?
– Teraz wyjmiesz spod pachy broń i – ciach! Nie pocieszysz mnie, że nic nie poczuję? Mama by się ucieszyła.
– Przecież nie będę do ciebie strzelał, durna smarkula!
– Durna? A po kim to mam?
Doszła do siebie, świetnie.
– Skończmy z tym strzelaniem, już wtedy narobiłaś kłopotów. Ja nie od razu uwierzyłem, że nie było w tym polityki, że to ty… No chodź…
Spróbowałem ją przytulić. Wyślizgnęła się. Zachwiało mną, co wykorzystała zabierając pistolet z mogiły. Miała przewagę, ja oparty o krzyż a ona kilka kroków za mną z bronią w ręku. Nie bałem się, że jej użyje, byłbym szybszy. Chodziło o nią, nie chciałem do niej strzelać. Wyprostowałem plecy, dłonie opuściłem wzdłuż ud, kładąc je na sutannie.
– Nie boisz się? – spytała.
– Nie.
Pokręciła głową i nie opuściła pistoletu. Siadłem z brzegu nieprzerwanego rzędu mogił niezaszczepionych. Byliśmy zwróceni do siebie bokiem, zapatrzeni w grób Anny a między naszą trójką – zimna czerń wczesnego wieczoru.
– Ten prawdziwy ksiądz Mateusz – zacząłem – Wiesz jaką naciągnął nieciekawą kartotekę, zanim go… Dobrze, że nie dałaś się wciągnąć… Słuchasz mnie ?
– Więc to prawda. Byłeś wtyką!
– Co ty wyprawiasz?!
Alice trzęsły się dłonie. W jednej trzymała tę niebezpieczną, przede wszystkim dla siebie, zabawkę…
– Podła wtyka. Świnia. – opuściła broń i krzyknęła – Po coś spotkał mamę! Czemu ty, czemu z tobą, z rudzielcem musiała… chciała… Czemu mi to zrobiła…?!
Nie wzruszył mnie jej szloch. Nawet nie spojrzałem w jej stronę.
– Nie jestem wtyką. Wykonuję legalnie mój zawód. Czasem polega to na takim przebraniu. To się nazywa działanie pod przykrywką. A to różnica. Wolisz prawdziwego księdza za ojca?
Rozbeczała się i dalej się odgryzała.
– Uraziłam dumę tajniaka?

Nie reagowałem. Co miałem powiedzieć, prawdę? Jeszcze bardziej by ją zdezorientowała. Nie było wtedy modne branie ślubu i posiadanie dzieci. Poznaliśmy się na Winobraniu, potem wspólne degustacje w piwnicy Seydela na wzgórzu. Ten poeta i winogrodnik, Fedorowicz pięknie opowiadał, a Bartek Gruszka, regionalista i fascynat, polewał miejscowe wino, które kręciło w głowie. Potem, z początku epidemii nas, funkcjonariuszy i nasze żony władze zaszczepiły w pierwszej kolejności. Ale Anna nie była żoną. Nieszczepiona a spotykająca się z funkcjonariuszem, stanowiła zagrożenie porządku publicznego. Wywieźli by ją z miasta. I gdy okazało się, że była w ciąży… Nie przetrzymała by warunków, jakie władze zapewniały takim jednostkom osobniczym. Musiałem pomóc wam uciec, rozstać się.

Długo nie siadałaś, nie raczkowałaś, mówić zaczęłaś dopiero… Bałem się, że zutylizują cię jako niemowlę opóźnione w rozwoju. Niepotrzebnie, pierwotny, cygański instynkt Anny kazał chronić dziecko przed zabraniem do programu pozyskiwania organów i komórek dla przemysłu. Naraziłem się pierwszy raz, gdy jej pomogłem ukryć cię przed policją genetyczną. A potem znów się narażałem, gdy robiliśmy z Markiem, w tajemnicy, tę mogiłę tutaj, niemal jak grób zbiorowy, a jednak z tabliczką i nazwiskiem. Jest gdzie przyjść, położyć wrzos.

A potem przeobraziłem się niemal w Jean Valjean`a, ale nie zrobiłem z Anny Fantyny a z ciebie Kozety. Tobie samej chyba bliżej do Esmeraldy… I choć mi daleko do Javerta,myśl już zatem lepiej o mnie, tak jak myślisz. A ja to opiszę. A tobie powiem tylko tyle:
– Porzuciłem Annę nim się dowiedziałem, że będzie miała dziecko. W moim wieku i zawodzie nie można dać kobiecie rodziny, szczęścia. Byłem na tyle odpowiedzialny by jej nie łudzić…
– To był przypadek, wypiliśmy za dużo na Winobraniu i się stało. Rano, jak wytrzeźwiałem nie miałem wątpliwości. Anna nie była w moim typie. Zresztą… Chyba tylko Marek nie uciekał od jej zalotów. W końcu kto jak nie Cygan, mógł coś w tej Cygance widzieć. Za to do mnie chciałaś wtedy strzelać, że twoja matka sama mi wpełzła do łóżka?!

***

Z nudów, w samotności (do czego nie mam już wątpliwości) piszę tę opowieść z czasów zarazy. O księdzu – przebierańcu i kochance, co zmarła, bo nikt jej nie pomógł, gdy się zaraziła. I o ich rudej córce, piekielnicy o ognistych włosach, co postrzeliła ojca. To jest motywacja tworzenia sztuki, prawda?! Ale nuda i samotność jest tak ludzka…

Jak sztuka. Wyobraźmy sobie ulice dużego miasta. Nie ma tu katedry Najświętszej Marii Panny, wystarczyć musi święta Jadwiga Śląska. Nie ma „dziedzińca cudów”, jest „Cygańskie Przedmieście”. Nie ma „Miejsca czaszki”, za to czasem ktoś odkopie czaszkę pośrodku parku. Są studenci Uniwersytetu, komisarze policji, szynkarze, piwnice z kontestacjami w oparach wina, ojczulkowie i mateczki wszelkiego autoramentu. Znajdzie się zatem w tej komedii ludzkiej i zbrodnia, i kara, i wielka literatura… Są tu też złudzenia. Złudzenia współczesnych nędzników. Stracone…?


Opowiadanie zostało wyróżnione w 11 konkursie literackim “Fantazje zielonogórskie” organizowanym przez AdAstra w 2021 r., pod tytułem “Nędzne nadzieje” w nieco okrojonej formie.

Paryskie złudzenia (1)

W środę był Balzak i jego Stracone złudzenia, bo tak już kilka dni temu wybrała środowa autorka, Ewa Karbowska. I co ciekawe, Stracone złudzenia wcale się jeszcze nie pojawiły, a dzisiejszy (i jutrzejszy ) autor, Mieczysław Bonisławski, przysłał Paryskie złudzenia. Dziś pierwszy odcinek, jutro drugi (zakończenie). Przenikanie światów. Czasem to złudzenie jest silniejsze, czasem słabsze. O dwóch wolnościach, o których tu dziś będzie mowa, też już pisałam, stały się nawet mottem mojej nowej powieści, zatytułowanej Amerykański sen. Na własny użytek zawsze ją nazywam Nowy Jork.
W dzisiejszym odcinku pojawia się czterech mężczyzn, Mateusz, Marek, Łukasz i Jan. Czy te imiona znaczą to, co myślę, że znaczą, czy to przypadek?
Autor milczy na ten temat, ale to przecież nic nie znaczy.

Mieczysław Bonisławski

Paryskie złudzenia

Czterdziesty miesiąc trzeciego już pandemicznego stanu wojennego. Z nudów piszę. Nieoczekiwana motywacja tworzenia sztuki, prawda? Ale nuda jest ludzka, tak jak sztuka. Lubię być człowiekiem, żyć tym życiem – a i sztuce z nudą do twarzy.

Wyobraźmy sobie główną ulicę dużego, pełniącego funkcję administracyjną miasta. Może być gdzieś w Europie, na wschód od Alp. Obudowana trzypiętrowymi kamienicami, gdzieś skryty kościół i były klasztor. Secesyjna fasada świątyni wyróżnia się kremową barwą tynków na tle szarej ulicy. Za kutymi drzwiami nie ma już mnichów, dziś jest tu plebania. Ksiądz, kilku wikarych, zakonnice.

Dzwonek domofonu.
– Tak, proszę?
– Ksiądz? Natalia.
Jasne, niech wejdzie.

Natalia, najbliższa przyjaciółka Alice. Przynosi jej nowiny z miasta i książki. Czytają je pewnie na zmianę, bo potem o nich dyskutują. Zamknięta w sobie Alice bardzo się przy tym ożywia, co wszystkich cieszy. Stąd Natalia jest tu mile widziana. Bywa, musi poczekać. Alice stała się religijna, dyskusje literackie już jej nie starczają. Modli się półgłosem, na tyle niewyraźnie, że trudno ją zrozumieć. Na tle kraty konfesjonału płonie rudo pukiel jej włosów.

– Z czym przychodzisz? Coś się zmieniło?
Cichy, cichutki szept. Niełatwo się domyślić o co jej chodzi?
– Nie chcesz mówić ? Czy może jeszcze nie masz nic do powiedzenia w tej sprawie?
– W której sprawie?
– Ty wiesz, masz ją jedną. I od niej musisz zacząć. To jak otwarcie furtki do łaski Pana.
Znów niewyraźny szept dziewczyny.
– Zduś bunt. Zawdzięczasz Mu największy dar, miłość. On uczył wybaczać, nie karać. Przeciw Niemu się buntujesz?
– Nie – jest w tym pełna rezygnacja, acz nie słychać zgody.
– Idź się teraz pomodlić.
Dziewczyna wstaje z klęcznika i odchodzi między ławki.
– Przyszła Natalia i daliśmy jej zupy. Poczeka na ciebie.

***

Obiad nie dał mi podsłuchać ich rozmowy. W końcu ja też coś muszę mieć z życia. Jak zechcę, to sobie doczytam stenogram z nagrania. Choć ciekawsze jest pogłówkować i samemu dojść po treści ich następnego spotkania, do tego, co działo się poprzednio.

W sztuce jest inaczej. Kiedyś, na kursach, uczyli nas o realizmie krytycznym, ale mnie pociąga naturalizm. Jest podobny do pracy – tylko rejestrować fakty i układać po kolei według instrukcji. Nie analizować przyczyn ani skutków, od tego są ci wyżej.

Bardzo trudno odnaleźć się w takim naturalizmie. Człowiek ma swój rozum, chciałby wykrzyczeć, co czuje, z czym się nie zgadza. Nie wolno. Na szczęście potrafię się w tym realizować, zaprzągłem sztukę jako ćwiczenie w lepszej służbie. Wyobraźcie sobie, co by na to powiedzieli ci spece od literatury?!

Alice to ruda, nad wiek fizycznie rozwinięta 16-latka. Nie cierpi swej cery, koloru włosów, chyba ma na tym punkcie kompleks. Ale nie dlatego izolowała się od świata.

Ja, cóż, chętnie bym brał w dłonie jej płonące pukle, a one przelewałyby się jak ogień między bierwionami gorejącego stosu.

Chętnie bym to robił, a Alice opuszczałaby oczy i brodę na odstające pod bluzką w kwiaty piersi, usta zaciskałaby w grymasie ni to drwiącego uśmiechu, ni pogardy. Ale służba mi na to nie pozwala. Mogę tylko rzucić tę marę na psychotroniczną plazmę.

W rzeczywistości to Natalia siada na brzegu jej łóżka. Obciąga sobie kusą spódnicę na chude nogi i obserwuje krzątaninę Alice.

Cele mają wyposażenie pochodzące z okresu budowy klasztoru, z początku tamtego wieku. Jedynie elektryczność zainstalowano później. Rudowłosa wróciła z półpiętra, gdzie na końcu korytarza mogła nalać w umywalni wodę. Postawiła blaszany dzban na ławie, obok miednicy i zanurzyła w środku kombinowaną z grubego drutu grzałkę. Wtyczkę zrobioną na drugim końcu sznura wcisnęła do kontaktu.

– Zioła ci zaparzę – ni to spytała, ni stwierdziła. Ujęła z parapetu metalowy kubek. Wsypała ze szklanego słoiczka świeżo naciętych pędów, zakręciła wieko i odstawiła słoik. Kubek podała Natalii i stanęła przed nią, nerwowo wygładzając spódnicę.
– Całkiem praktyczne.
– Co nie? Postawiłabym tu na środku w kubeczku kwiaty, przyniesiesz mi kilka?
– Nudzisz się tu, co?
Radosne podniecenie zniknęło z twarzy Alice. Kilka rudych kosmyków opada na śniade policzki, całkiem posępnie.
– Nie.
Dziewczyna uciekła ze spojrzeniem od Natalii, odwróciła się ku oknu, przez co nie zauważyła, że cofa się wprost na ławę. Trysnęła woda z przewróconego dzbanka.
– Zostaw to – Natalia powstrzymała niezdarnie zbliżającą się do kałuży Alice i zeskoczyła z łóżka. – Pomogę ci wytrzeć.
– Nie nudzę się. Wiesz, że czekam.

***

Na dworze zacinał deszcz. Wiosną byłaby to ulewa, latem burza z piorunami, dziś – beznadziejna plucha. Nie odświeża, nie daje ulgi ani przyjemności z tego, że wyschniesz zaraz na słońcu. Zresztą ono i tak nie wyjrzy zza chmur, a deszcz nie skończy się. Za parę dni zmieni się w śnieg – i tak aż do wiosny! Szczęście, że tego wszystkiego już tak dobrze nie widać – choć to jeszcze nie wieczór, to popołudnie, wyjątkowo ciemne. Szybko mrok ogarnął miasto. Skuliłem się pod płaszczem z postawionym kołnierzem. Twarz rozgrzewała szorstka tkanina, o którą pocierałem przy każdym ruchu wystające ponad koloratkę policzki.

Stałem tak po opuszczeniu Alice, Natalii i plebanii przed jakąś wystawą sklepową, rozmyślając, co robić. Z reguły po pracy ludzie idą do domu, a ja?

Tak pomyślałem, patrząc przez dużą, sklepową szybę i nic za nią nie widząc. Czy jednak taka myśl, zapisana w zdaniu, nie sugeruje nieprawdy? Każdy człowiek, w moim zawodzie też, ma swój dom, co by o nim nie mówić. Najwyżej raz bardziej, raz mniej chętnie do niego wraca.

Na ulicy deszcz zacinał mocniej niż przy ścianie budynku, ale z przyjemnością się od niego wreszcie oderwałem.

– Mateusz, to ty?! No, popatrz, wiesz, że ja nie wierzyłem Janowi, jak mi… Ty naprawdę jesteś księdzem! Ile to już żeśmy lat się nie tego?
Przystanąłem. Deszcz dalej siąpił. Nie mógł stać się przyjemniejszy, a jednak poczułem ożywczy dreszcz emocji.
Wysoki, krótko ostrzyżony blondyn przywitał się wylewnie. Czy to było hasło, czy faktycznie dawny znajomy?
– Czemu akurat ty dziwisz się memu powołaniu ?
– Czyżbym był wyjątkiem?
– Nie w wyrażaniu podobnych opinii.
– Sam widzisz. Jestem przekonany, że to z powodu wizerunku twej instytucji, jaki pokutuje w społeczeństwie. Przestarzały model, jak smartfon i przekaz wizualny, i tyle.

Przeszliśmy na drugą stronę ulicy, zachowując przepisowy dystans między sobą. Nie znałem człowieka, a to mógł być prowokator sanitarny! Deszcz rozpadał się, mimo to opuściłem kołnierz. Mimowolnie wsunąłem dłoń pod jedną z pół płaszcza, gdzie była obszerna, wewnętrzna kieszeń. Nic nie znaczący ruch nie mógł zwrócić jego uwagi.
– Nie mam racji, co?
– Oczywiście, że nie.
– Takim cię lubię! – jasnowłosy znajomy Jana przeszedł na bardziej familiarny ton. – Wiesz, chodźmy „Pod psa”!
Spojrzałem zdziwiony, na co on parsknął:
– Czego nie rozumiesz?

Czyżby to nie była zwyczajna rozmowa po latach? Zaniepokoiłem się. Za blisko się to kręci sprawy. „Pod psem” pracuje Marek. To o nim myślałem tam przed wystawą. Nie muszę ryzykować, a w tej sytuacji, wręcz powinienem zaraz zdać komuś z tego raport.

Iść „Pod psa”. Jakiż nieoczekiwany zwrot wydarzeń. I co za dziwaczna propozycja dla księdza? Podejrzewam, że można być świetnym duszpasterzem i nigdy nie dotrzeć „Pod psa”. Nawet pracując w tej parafii.

Nie było to daleko. Każde miasto o starym rodowodzie ma umowną granicę wiekowego śródmieścia: jakąś wodę lub ulicę idącą ciągiem byłych obwarowań. Tak jak i tu.

Po ferii barw i świateł reprezentacyjnego city, ciemnych, odrapanych uliczkach z oparami stęchlizny wokół, następowała krótka erupcja świateł i ruchu dwujezdniowego ringu, wieńcząc krzykliwie całą wielkomiejskość. Dalej już rozpoczynały się dawne przedmieścia.

Czemu „Dziadek” założył knajpkę właśnie tu, nie wiedziałem. Wgryzała się dawnymi lochami byłej poczty dyliżansowej w węglodajny grunt naniesiony przez lodowiec. Bodaj z urobku z tych piwnic wzniesiono dom na końcu brukowanej, wąskiej ulicy. Kłaniały się tu koślawo ku sobie, ku krzywym kocim łbom stojące naprzeciwko siebie jedno-, dwupiętrowe domy, ze sklepikami na parterze i balkonami na piętrze. Pobudowano je zaledwie niecały kilometr od rynku z ratuszem, przylegały od wewnątrz do ringu a otaczały je już od tyłu ogródki i sady.

Była to dzielnica Cyganów. Nie lubiano tu obcych, wieczorem można było stąd nie wrócić. Patrole wojskowe, mimo godziny policyjnej i powszechnego zakazu posiadania broni, nawet nie wychodziły tu ze swych pojazdów. Krążyła pogłoska, że z początku „Dziadek” miał do czynienia z mafią wymuszającą haracze. Przez jakiś czas notorycznie ginęły zaparkowane przed knajpą auta bardziej znaczących klientów. W końcu Cyganie unieśli się ambicją i pokazali, że na ich terenie nikt poza nimi nie ma prawa działać, wypłoszyli inkasentów, i więcej podobne nieprzyjemności przybywających „Pod psa” klientów już nie spotykały. To sprawiało, że „Pod psem” czuło się jak na wyspie, izolowanej od lądu żyjącego pod parasolem epidemii i stanu wojennego. Aby zaś Cyganie z przedmieścia pełnili dalej z oddaniem swą rolę, „Dziadek” zatrudnił Marka.

– Co tak ruszasz ustami, modlisz się? – szepnął blondyn, robiąc miejsce w drzwiach.
– Nie kpij tak prostacko.
W prawo była salka, gdzie upijali się miejscowi. Z lewej za barem uwijały się dorabiające do stypendium dziewczyny z Uniwersytetu. Na wprost schodziło się do piwnicy.
– Hej, jak to zima tego roku szybko przyszła.
– Co, śnieg pada? Mówiłem…
– Gówno nie śnieg, pingwiny przylatują, patrzaj se.
Dowcipowi odpowiedziała salwa śmiechu i zaraz paru pijaczków wyszło za nami na wąski korytarzyk.
– Księże plebanie, na dół to do „dziewczynek”.
– Zapraszamy tu, na wódeczkę, mniejszy grzech będzie.
– Duża gorzała, padnięta pała – posypały się rady zatroskanych kibiców.

Ku memu zaskoczeniu znajomy Jana skulił ramiona, pochylił cały do przodu i nie oglądając się za siebie, pospiesznie zniknął w piwnicy. Zdobyłem się na spory wysiłek, by nie stracić go z oczu.

Za kolejnymi drzwiami, już na dole, nie łamano przykazania z tablic Mojżesza. Dziewczynki, nieletnie gimnazjalistki i studentki traciły niewinność polityczną. Panowała tu moda na lekkie alkohole, hasz i trawkę oraz wegetarianizm. Sama dekadencja.

W oparach dymu dostrzegłem blondyna i Marka.
– Witam. Zachowujmy się naturalnie. Coś się stało, że po takim czasie?!
Ścisnąłem Marka za ramię i wskazałem skinieniem głowy w kierunku mego cicerone, gromko go strofując:
– Nie, nie! Posłuchajmy, Renate poruszyła bardzo ciekawą kwestię.

Blisko kominka, przy jednym ze stolików, skupiła na sobie uwagę obecnych, blondyna ostrzyżona „na zapałkę”. Była przyjemnie, po kobiecemu, zaokrąglona i mimo jej niskiego wzrostu, nawet ktoś nieprzychylny nie określiłby tego jako tuszy. Fryzurę i powłóczystą, prostą, tunikę, wzorowaną na mnisiej, wzięła z własnego wyobrażenia wyglądu wykreowanej przez Roidisa papieżycy Joanny. Pseudonim pochodził od imienia jednej z bardziej niezłomnych bojowniczek niemieckiej grupy terrorystycznej, o której ostatnio było głośno.

– A słyszeliście kiedyś o dwóch wolnościach?
– Do czego zmierzasz?
– A tak! Żebyś wiedział, już dawno przed nami ludzie rozgraniczyli dwa pojęcia wolności!
– To są czysto teoretyczne rozważania.
Renate, Anette, Sabine, też wybrały sobie formę gramatyczną! Pytanie, czy są tu teraz wszystkie? Rozejrzałem się.
– Ty, ksiądz. Ciekawe, chyba jeden z naszych? – doszedł gdzieś z boku czyjś szept.
– Jasne! Cały czas jesteśmy pod ich opieką.
– Dwie antynomiczne wolności. W systemie zwanym totalitarnym robotnik, niezasłużony politycznie nie wyjedzie za granicę. Nie dadzą mu paszportu immunologicznego! Nie ma wolności, zgoda. Ale w tak zwanej demokracji opartej nie na ideach, a na gospodarce rynkowej, robotnik też nie wyjedzie. Nie stać go na opłatę paszportową, ani na osobiste zabezpieczenia epidemiczne. Za pierwszym razem wolność ogranicza przynależność do grupy politycznej, za drugim – finansowej. Tam – zasługi i powiązania rodzinne, tu – pieniądz. Z punktu widzenia braku wolności, robotnikowi jest jednak wszystko jedno, dlaczego uwięziono go w jego kraju!
– Renate, wiemy, że idea walki z reżimem to utopia. Pojęcie wolności wysnuli intelektualiści, bo trzeba było się o coś spierać. To lep na robotnika, gdy go potrzebujesz, by wywalczył ci władzę. Do tego więcej wolności dla jednego człowieka, oznacza ograniczenie wolności kogoś drugiego…

Poczułem umówiony uścisk pod łokciem, jednocześnie Marek szepnął mi do ucha:
– Wychodzimy, uważaj na mnie.
Spróbowałem jeszcze zwrócić jego uwagę na blondyna, ale bezskutecznie. Szybko wyszliśmy jakimiś bocznymi drzwiami i znaleźliśmy się na powietrzu. Była już właściwie noc. Wyczuwało się świeżość, jaką zwykł dawać tylko mróz.
– Nie mogę słuchać tych wrogich dyskusji. Podżegacze…
– A tamten?
– Nie wiem, zwyczajny. To Łukasz, widuje się go czasem w towarzystwie Jana. Czyżby czymś specjalnie prosił się o uwagę ?
– Nie, nic. Była tu dziś Natalia, w ogóle bywa tu ostatnio?
– Oczywiście, jak zwykle.

Zamilkłem. Od tyłu posesja „Dziadka” przez zapuszczone ogrody graniczyła z maleńkim, starym cmentarzem, od czasu wprowadzenia repartycji na szczepienia preparatem na nowe mutacje, znowu użytkowanym. Gdy doszliśmy do przerwy w otaczającym go murze i stanęliśmy przed przerdzewiałą, wiszącą tylko na jednym zawiasie furtką, Marek wyjął z zanadrza świecę i zapałki.
– Przepraszam, ja tylko na chwilę – spróbował tłumaczyć. Przerwałem mu, unosząc i pchając opadłe drzwi.
– Przejdę się też.
Donośnie zaskrzypiało nieoliwione żelastwo. Nogi grzęzły to w nierównym żużlu, to w gliniastym błocie i kałużach. Wiedziałem, dokąd idziemy. Byłem świadomy tego celu, odkąd tylko, tam przed sklepem pomyślałem o Marku. Nie sposób było uniknąć właśnie dziś tego miejsca. To był obowiązkowy punkt rozkładu dnia, który trzeba „zaliczyć”, aby życie mogło iść utartym torem, zgodnie z resztą punktów tego rozkładu. Gdyby ominąć ten jeden, straciłyby sens wszystkie inne, i te poprzedzające, i te następne. Czy zawaliłby się wtedy cały świat?
– Zobacz!
Część skromnej tabliczki z nazwiskiem, nad jedną ze ściśniętych w zlewający się w kupę szereg mogił z żółtego piasku, przysłaniał bukiecik polnych kwiatów w kubeczku. Pochyliłem się, by odczytać dobrze mi znany napis.
– Więc to dziś.
– Tak, która to rocznica? – czy dwaj mężczyźni mogą zadawać bardziej banalne pytania nad grobem kobiety, której wspomnienie zabiera im co roku, obu o jednej porze spokój?
– Anna…

Marek postawił świecę. Popatrzyłem jeszcze raz na kubek z kwiatami. Wydał się mi znajomy. Ależ tak, to na pewno kubek z plebanii. Ten kształt i wzór, te kubki robiono jeszcze na zamówienie dla klasztoru.

Wokół była ciemna noc. Przyłożyłem zapałkę do świecy. W ciemności drgał maleńki płomyk.

Druga część (zakończenie) jutro


Opowiadanie zostało wyróżnione w 11 konkursie literackim “Fantazje zielonogórskie” organizowanym przez AdAstra w 2021 r., pod tytułem “Nędzne nadzieje” w nieco okrojonej formie.

9-Euro-Ticket. Szczecin. Znowu.

Krystyna Koziewicz

Tym razem we dwie, wczesnym rankiem wybrałyśmy się do Szczecina, by zdążyć jeszcze przed rozgrzaną patelnią pozałatwiać sprawy, te prywatne i społeczne. A upał i tak nas zastał w centrum miasta, nie bardzo było się gdzie schować, szukałyśmy cienia, a w Szczecinie drzew jak na lekarstwo. Zresztą w całej Polsce stosunek do drzew, jest taki sam, jak do rzeki Odry. Człowiek uzurpował sobie prawo do dominowania nad Matką Naturą i teraz mamy to, na co sobie sami zasłużyliśmy. Sporo myśli kłębi się człowiekowi po głowie, żyjemy w czasach totalnego chaosu, codziennie konfrontowani jesteśmy z szokującymi zdarzeniami, jakie rozgrywają się na naszych oczach. Strach się bać!

Wrócę do tematu, czyli celu podróży, do Szczecina. Otóż, poza sprawami prywatnymi, jak zakupy produktów spożywczych, prasy, książki i zwykłego szwendania się po mieście, zamierzałyśmy zareklamować w szczecińskich obiektach kulturalnych projekt Irena Bobowska – zapomniana bohaterka. Chodziło nam o to, ażeby polskie instytucje przygraniczne nieco więcej dowiedziały się o życiu Polaków i Polonii w Berlinie, także o tym, co robimy dla zachowania pamięci historycznej, kulturowej. Wprawdzie po obu stronach Odry i Wisły działają liczne Partnerstwa Miast, np. Berlin ze Szczecinem, Opole z Poczdamem, czy Warszawa z Berlinem, to ostatnio zauważa się zmniejszenie dynamiki regularnych spotkań. Jeszcze do niedawna współpraca była dość widoczna i odczuwalna, tak było np. w przypadku Stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V. (Partnerstwo miast Szczecina z podwójną dzielnicą Berlina Friedrichshain-Kreuzberg). Od jakiegoś czasu, kiedy stery władzy przejęło młode pokolenie (całkiem słusznie i poprawnie politycznie), zmienił się nie tylko profil działalności, ale też stosunek do aktywnych członków. Starzy, doświadczeni działacze zostali odstawieni na boczny tor, nie ma dla nich miejsca, nie ma czasu na wspólne spotkania, które pełniły rolę integrującą, ale przede wszystkim – poznawczą.

Teraz słyszmy, że coś się gdzieś dzieje, ale odbieramy to jako aktywności w zamkniętym kole wzajemnej adoracji. My, dawni, starzy członkowie stowarzyszenia na własna rękę pielęgnujemy kontakty, bo tego pragną i oczekują obie strony. Na wydarzenia polonijne prezes Polskiej Rady w dalszym ciągu zaprasza delegację ze Szczecina, a więc nie zaniechano dotychczasowych kontaktów, dbają o to zwykli członkowie. Ale niestety nie Zarząd! My – dwie autorki i redaktorka książki Śladami Muru Berlińskiego pojechałyśmy nie tak dawno do Szczecina (TU Ela Kargol pisała o tej wycieczce z biletem za 9 euro). Prezentowałyśmy naszą publikację w Książnicy Pomorskiej. Współpraca trwa w nadziei, że powróci normalność!


W niedługim czasie zrealizowany zostanie (patrz TU) projekt Irena Bobowska – zapomniana bohaterka. To właśnie z tego względu razem z Ewą wybrałyśmy się do Szczecina, zabierając ze sobą ośmiostronicową ulotkę – by w ramach współpracy przygranicznej rozpowszechnić historie prawdziwe i zapomniane.

Taki był nasz cel podróży w ramach podróży z 9 Euro. Zadanie wykonano z nawiązką. Wszyscy nasi adresaci cieszyli się, że Partnerstwo Miast Szczecin-Berlin jeszcze nie zginęło!

A propos podróży. Otóż minęła nam dość spokojnie, dwie przesiadki na trasie z Berlina do Szczecina, z powrotem tylko jedna, ale o wydłużonym czasie. O miejsce siedzące w pociągu trzeba walczyć, zdarzają się chamskie zachowania, za to częściej bywają przyjemne chwile, kiedy młoda Polka ustąpi miejsca starszym paniom lub kiedy Niemka poczęstuje cukierkiem o smaku rabarbaru. Mniamm… W restauracji w menu nie ma już ruskich pierogów, tylko ukraińskie. Ceny trochę dziwne, pierogi kosztują 22 złote, a schabowy z ziemniakami i kapustą 25 złotych. Piwo podaje się ciepłe, w kawie mrożonej natknąć się można na martwą osę, która odżyła po wyłowieniu z pucharu.

Chciałyśmy zerknąć na Odrę, ale w okolicy dworca kolejowego remonty drogowe.
Rzeka Odra spędza nam sen z powiek. Odra zatruta, Odra umiera na naszych oczach. Brak słów!
Znalezione w internecie – aforyzm o rzece:
Gdy wytną ostatnie drzewo i zatrują ostatnią rzekę, wtedy zrozumiemy, że nie da się jeść pieniędzy!

Biała parasolka

EMS: Kiedyś na bazarze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy kupiłam białą koronkową parasolkę. Starą, albo udającą starą. Jest piękna. Jak parasolki u Spitzwega.

Carl Spitzweg, Spacer latem, olej na desce, 1841 / Muzeum w Salzburgu

Albo jak w tym fragmencie u Prousta, kiedy Elstir wypowiada się o parasolkach. Elstira, którego pierwowzorem był Manet, a może Renoir, bardzo interesowały “umbrelki”, które kazał “za szalone pieniądze” specjalnie zamawiać dla swojej żony. Pewnego dnia Marcel, Albertyna i Elstir poświęcili umbrelkom długą rozmowę. Zaczął Elstir, mówiąc:

Bardzo jest zresztą mało kobiet umiejących się ubrać, ale niektóre są bajeczne. Na wyścigach panna Lea miała biały kapelusik i białą umbrelkę – coś czarującego! Nie wiem, co bym dał, żeby mieć taką białą umbrelkę“.
Szalenie byłbym ciekaw (skomentował w myśli Marcel), czym się ta umbrelka różniła od innych: z przyczyn mieszczących się w sferze kokieterii kobiecej Albertyna była ciekawa tego jeszcze bardziej.
– To było – powiadał Elstir – całkiem małe, okrągłe, jak chiński parasol.
Przytoczyłem umbrelki, pisze dalej Marcel, niektórych kobiet, ale to nie było to. Elstir uznał wszystkie te umbrelki za ohydne. Ten człowiek o wybrednym i wykwintnym smaku mieścił w odcieniu – który był wszystkim – różnicę między tym, co nosiła większość kobiet i co go przejmowało wstrętem, a ładną rzeczą, która go czarowała i która (gdy ja, przeciwnie, odczuwałem wszelki zbytek jako coś wyjaławiającego) podniecała jego żądzę malowania, “aby się starać zrobić coś równie ładnego”. (Marcel Proust, W cieniu zakwitających dziewcząt, strona 542).

Nigdy nie chodziłam z moją “umbrelką”, czasem używałam jej podczas instalacji i dekoracji.


Teraz na facebooku znalazłam rzeźbę.

Nie wiem co, kto, gdzie i jak. Podpis brzmiał jakoś najzwyklej w świecie, coś w rodzaju “rzeźba z drutu”. Ale nawet ta informacja mi zniknęła. Ale to nie jest rzeźba z drutu, to ja.

Po czym Ewa Karbowska napisała na tymże facebooku: Że asocjacji zero? Ale za to z przeprosinami dla Ciebie, za podebranie jednej z ilustracji bez pytania.

No i dała dwie foty obok siebie:

I wiersze:

UWALNIANIE OD SKOJARZEŃ, STOPNIOWO
/także tych na bazie pewnej ilustracji od Ewy Marii/
kiedy powtarzam że STRACONE ZŁUDZENIA
to przeważnie
już nie kombinuję z powieścią Honoré de Balzaca
*
nie rozpatruję również wygód i niedogodności stroju
dam z jego czasów
całych na biało i w koronkach, czy raczej z koronek
*
(dodam, że równie mało zajmują mnie 
treny u ich sukien
oraz kapelusze, torebki i parasolki)
*
nie rozwodzę się nad losem
swoim i lalki - szmacianki
nieoddanej mi kiedyś przez kumpelę z piaskownicy
*
i próbuję nie płakać na kubełkiem
pełnym surowca na babkę
zresztą tego samego, który wykorzystuje się do budowy zamków
*
nie wspominam też facetów
„własnych"
a „cudzych" tym bardziej
*
bo jakaż?, bo czyjaż? to własność
w danym konkretnym przypadku
oraz tak w ogóle

~ek~ 12.08.2022

Sorry, szukałam innego zdjęcia, bez sprzedajemy.pl, ale w domu mam inne wydanie
NIESPODZIANIE
zmienią?
gęby i oblicza
po lekturze Gombrowicza 
*
zdemaskują?
syna, córkę
zrozumiawszy Ferdydurke
*
a z próżności i w potrzebie
mogą zacząć
też od siebie
*
względnie
nabrać się na kanty
zasiedlając Transatlantyk
*
wyuzdańcom się przytrafi
test z dziedziny ortografii
bo się zająć nie potrafią pornografią
*
wejdą
lekko po omacku
w odnośników literackość
*
i rozwalą
tyłek?, głowę
o coś co cynamonowe
*
kupią bułkę bądź krogulca
w przykurzeniach
w sklepach Schulza
*
a bigotom?
niespodzianka
w całkiem nowych wyliczankach
*
tutaj znajdą
chama?, bożka?
z Emigrantów, więc już z Mrożka

~ek~ 3.08.2022
MAM POPORCJOWANE ORAZ
pojemnik na gniew i na sól
słoiczki
na ten mniejszy ból
*
woreczki
w nich ryż albo miłość
/coś z dwojga się właśnie skończyło/
*
cylinder z dziurkami na pieprz
na błędy
- o części z nich wiesz -
*
kwalifikacje na żonę
dwa grzyby do barszczu
suszone
*
łyżeczkę lub trzy intelektu
łyk maggi
do dania na ciepło
*
wbrew
albo i zgodnie z nadzieją
też flaszkę, bądź ze dwie, oleju
*
- tu aspekt zupełnie nienowy
że w sam raz
do sałat, do głowy
*
plus
w ramach skojarzeń łańcuszka
by rozlać go mogła Anuszka 
*
raz pierwszy?, kolejny?, czy który?
te kąski...
literatury -
*
w zapale dokładam od już
kasetkę
z płatkami róż
*
zbiór pęknięć na charakterze
i tego
mi nikt nie odbierze

~ek~ 14.08.2022

Pokolenie Solidarności (13)

Ewa Maria Slaska

Eli

1 maja (1975)

Huczne pochody 1-majowe, gdzie w pierwszym szeregu szli hutnicy, górnicy, stoczniowcy, tkaczki – w zależności od miasta, tłumy machające kwiatami z karbowanej bibułki, które wcześniej dzieci wykonywały w szkołach na tak zwanych „rysunkach”…, ci wszyscy uśmiechnięci ludzie, którzy radośnie pozdrawiają przedstawicieli władzy i ogólnie są zadowoleni z życia i wszystko im się podoba… Ta kiełbasa z musztardą, sprzedawana za grosze prosto z ciężarówek. Gwizdki, wiatraczki z celuloidu i jakieś upieczone z potwornie twardego ciasta konikopieski z brązowymi uszkami i łapkokopytkami.

Udział w pochodzie był obowiązkowy. Jeśli ktoś by się nie pojawił w owym dniu – miałby potężne nieprzyjemności w pracy łącznie ze wstrzymaniem kartek lub wypowiedzeniem. Ktoś, kto miałby zwolnienie lekarskie, też byłby mocno podejrzany. Dlatego na pochodach wszyscy byli, co ważniejsze mieli bardzo dobre humory. W majowym słońcu, w towarzystwie koleżanek i kolegów z pracy, trzeba było tylko przejść – w zasadzie krótki dystans – z wręczoną wcześniej flagą, pozdrowić władzę i wysłuchać jej długich, nudnych przemówień – choć zdarzały się w nich zdania zapadające w pamięć: Gdybyśmy mieli więcej cieńkiej blachy zarzucilibyśmy świat konserwami! Ale nie mamy mięsa. Odkąd krowa została zapłodniona przez człowieka znacznie wzrosło pogłowie bydła. Wprawdzie znaleźliśmy się nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód! – autorem tych cytatów jest Władysław Gomułka (pisownia: autor).

W latach 70. mowy partyjniaków nie zawierały już takich dziwacznych enuncjacji, stały się za to przekaźnikiem różnych pięknych, emocjonalnych obietnic. Na przykład mieliśmy być drugą Japonią. Na razie jednak w PRL-u brakowało wszystkiego, popularnością cieszyły się więc flagi robotnicze, zbiorowe wydania Dzieł Lenina i kasety magnetofonowe z nagraniami przemówień. Flagi były całe czerwone (bo na nich robotnicza krew) i nadawały się świetnie na – poduszkę. Były spore, trzeba je było tylko pozszywać i wypchać pierzem… Pierza na pochodach nie rozdawali… to trzeba było już załatwić inaczej. Jedna pani dyrektor przedszkola wykorzystała flagi robotnicze na uszycie stroju dla Świętego Mikołaja. Dzieci były zachwycone, bo czerwień była mocna i błyszcząca, tylko Święty Mikołaj był cały spocony i tchu mu brakowało, bo to było jakieś sztuczne tworzywo, nie przepuszczające powietrza. Patyk od flagi dobrze się nadawał na drążek do ćwiczeń dla dziecka, albo tyczkę do pomidorów, trzeba było tylko przepiłować na pół, bo był za długi. Trochę stresującym momentem było odłączenie się od pochodu, skręcenie w boczną uliczkę i wpakowanie flagi na dwumetrowym kiju do wcześniej zaparkowanego malucha… ale – Polak potrafi.

Z kolei Dzieła Lenina wydane zostały właśnie po raz kolejny, tym razem pięknie oprawne w cieniutką granatową skórkę (a właściwie surowiec skóropodobny). Polacy zabijali się o nie, ponieważ po umiejętnym oddzieleniu skórki od okładki, można było z kilkunastu kawałków uszyć torbę, spódnicę albo kapelusz. Środki trzeba było wyrzucić. Oczywiście było to dużo papieru i można by go było oddać na makulaturę (co było nota bene niezwykle ekologicznym rozwiązaniem i wielu świadomych zagrożeń ludzi do dziś żałuje, że skupy makulatury zniknęły na zawsze z krajobrazu po bitwie, jakim stała się Polska po roku 1989), a może nawet w ramach akcji Lektury z makulatury wymienić na talon na Dzieła zebrane Mickiewicza, ale było to nieco niebezpieczne, bo mogło się okazać, że jakiś nadgorliwy pracownik skupu doniesie komu trzeba, kto oddał Dzieła, albo, co było znacznie bardziej prawdopodobne, jakiś zapijaczony człowieczek wygada się w pobliskim barze Agata na Grunwaldzkiej pod Fotoplastikonem, że ci Szarzyńscy przynieśli dziś siedem kompletów Lenina, haha, ale cwaniaki. I powie to z uznaniem i z nazwiskiem, bo przecież każdy we Wrzeszczu znał pana doktora Szarzyńskiego i jego elegancką żonę, i tych dwóch chłopaków z długimi włosami i gitarami.

Użytek można było zrobić również z taśm z nagraniami przemówień. Młodzież namiętnie je wykupywała, żeby nagrywać na nich listę przebojów z radia Luksemburg, albo przegrywać na przykład płyty z muzyką młodzieżową, które pani Szarzyńska kupowała synom w komisie na Grunwaldzkiej.

Cóż, socjalizm to ustrój dla ludzi z wyobraźnią. Ok – trochę to wszystko było niemoralne, a może nie niemoralne, tylko jakieś takie, trochę wstyd się było przyznać, ale… takie były czasy. Socjalizm, jak wiadomo, to ekonomiczny system permanentego niedoboru. Toteż zbadano, jakie czynniki uniemożliwiają rozwój gospodarczy. Były cztery – w kolejności: wiosna, lato, jesień, zima. Dowcip? No tak, ale jaki trafny.

Jeśli mamy sobie przypomnieć życie w Polsce latach 70, to nie sposób pominąć kartek. Od jakiegoś czasu, Wikipedia podaje, że od roku 1976, kartki bezwzględnie łączyły się z życiem w PRL. Sytem „kartek” nazywał się oficjalnie reglamentacją towarów. Obowiązywał w latach 1944–1949 i 1951–1953, ale tego ani Stefan, ani Basia nie pamiętali, pamiętali natomiast świetnie wprowadzony po „Radomiu” i trwający do końca PRL-u system kartek „na wszystko”, obowiązujący w latach 1976–1989. Stefan pamiętał też, że oni sami się tych kartek domagali. Jednym z 21 postulatów strajków w Stoczni Gdańskiej było właśnie wprowadzenie kartek na mięso. System obejmował cukier, mięso, wędliny, czekoladę, wódkę i papierosy, ale też doraźnie mnóstwo rzeczy, które się pojawiały i znikały, Basia nawet twierdziła, że kiedyś kupiła stanik na kartkę i że na pewno na kartki były podpaski, pieluszki i papier toaletowy, czego Stefan jednak nie pamiętał. Bardzo dobrze natomiast pamiętał benzynę.
– A czy trzy proszki były na kartki?, zapytał kiedyś Mateusza.
Trzy proszki to były proszek do pieczenia, proszek do prania i proszki od bólu głowy. Mateusz twierdził, że nie, było je trudno dostać, ale nie były na kartki.
– Ciekawe dlaczego?, zapytał sam siebie. Przecież jak czegoś brakowało, a brak stawał się dokuczliwy, wprowadzano kartki.
– Pewnie nie umieli wyprodukować wystarczającej ilości proszków od bólu głowy, zasugerował Stefan.

Na pewno w Polsce brakowało wszystkiego i na pewno momentem uzupełniania braków w zaopatrzeniu obywateli był właśnie 1 maja.
Dziś socjalizmu nie ma – ale święto pozostało, połączone trafnie z rocznicą uchwalenia Konstytucji Trzeciego Maja, która od czasów zamierzchłych (nazywanych potocznie „w roku którymś tam”) była też świętem Maryi Królowej Korony Polskiej. Połączenie obu świąt pozwoliło niemal co roku uzyskać długi, piękny, majowy weekend. Zasadniczo te dni wolne od pracy były po to, żeby 1 maja pójść na pochód, a 3 – do kościoła, ale tak się nie dzieje – dziś w te trzy, a czasem nawet cztery dni cała Polska zasiada przy grillu. Minęły „niesłuszne czasy komuny”, zaczęliśmy słusznie pracować i słusznie wypoczywać. Mogliśmy jako naród zacząć biegać, chodzić z północnymi patykami (no, bo jak przetłumaczyć na polski słynne Nordic Walking Sticks?), wiosłować, jeździć na rowerach, ale nie, ze wszystkich sposobów spędzania wolnego czasu, wybraliśmy właśnie grillowanie, a tak zwany „długi weekend majowy” jest po prostu jednym wielkim nabożeństwem do karkówki, kiełbasy i piwa.

Kiedyś Stefan przekroczył w poprzek pochód idący ulicą Grunwaldzką (właściwie to była aleja, ale nikt prywatnie nie używał tego słowa) mniej więcej na wysokości Opery Bałtyckiej, przeszedł przez park usytuowany na miejscu dawnego cmentarza niemieckiego i zobaczył w uliczce za cmentarzem samotnego człowieka, który szedł w tym samym kierunku co pochód, czyli w stronę Gdańska. Człowiek kroczył raźnie, choć lekko przygarbiony, i niósł biało-czerwoną szturmówkę. Szturmówka była wąską długą flagą, noszoną w pionie. Samotnie prezentowała się marnie, ale też jej zadaniem było tworzenie jednolitego szeregu łopoczących flag obok siebie. Człowiek w uliczce za cmentarzem niósł tę szturmówkę rozwiniętą, jakby nadal szedł w pochodzie, lekko łopoczącą w porywach wiatru od morza.

Samotna biało-czerwona szturmówka, pomyślał wtedy Stefan i na zawsze zapamiętał tę sytuację, choć nie wiedział wtedy jeszcze, że ta scena to symbol jego życia. Samotny człowiek w świecie przeważającej siły symboli, samotny, ale nieugięty.

Dziś nikt już nie wie, co to była szturmówka – wysoka wąska flaga, którą zawsze niosło się w szeregu i zawsze pionowo, tak by łopocące flagi tworzyły rodzaj palisady. A ponieważ szturmówki nie zna również internet, sądzę, że na zawsze zniknęła ona ze zbiorowej wyobraźni. We współczesnych sklepach internetowych oferuje się szturmówki poziome, co wydaje się głupie, bo szturmówka pozioma to chyba przecież po prostu flaga.


Dziękuję po raz kolejny Annie Dobrzyńskiej za inspiracje.