Kobiety, książki, koty, kalendarze, kubki, kwiaty i…

test na koronę, czyli o tegorocznych prezentach

Ale zacznijmy od muzyki, bo kiedy wracałam po Wigilii do domu usłyszałam w samochodzie wspaniałą muzykę świąteczną, którą Konrad (oczywiście) od razu znalazł w sieci…

Gangstas Paradise (a Christmas Carol)

A słuchając tej fantastycznej muzyki w wykonaniu zespołu Furnace and the Fundamentals, obejrzyjcie proszę moje prezenty, bo wszystko, co lubię i co jest dla mnie ważne, się w nich splata i przeplata.

Zaczęło jeszcze przed Wigilią. Poszliśmy z Tiborem Jagielskim na jeden z cmentarzy przy Bergmannstraße, “odwiedzić” Janka Abstawskiego. Janek był grafikiem, malarzem i poetą. Urodził się w roku 1945 w Łodzi, od roku 1981 mieszkał w Berlinie, umarł 16 lat temu. Został pochowany chyba anonimowo, bo znaleźliśmy kiedyś informacje, gdzie jest jego miejsce pochówku, ale nigdzie nie ma tabliczki z nazwiskiem. Tym niemniej odwiedzamy go z Tiborem raz na jakiś czas, bo przecież nie chodzi o to, gdzie dokładnie jest grób. Siadamy sobie na ławce w pobliżu i pijemy herbatę, którą Tibor przynosi w termosie. Ten cmentarny świerk to moja jedyna tegoroczna choinka.

Tibor był pierwszą osobą, która podarowała mi prezent na tegoroczne święta. Papuzie tulipany i książkę o Loli Montez, kobiecie, dla której król Ludwik Bawarski najpierw stracił głowę, potem koronę, a wreszcie – życie.

Potem przyszła paczka od Magdy Parys, a w niej cała Trylogia Berlińska.

W międzyczasie mnóstwo ludzi przysłało mi pocztówki, niekiedy własnoręcznie malowane, we własnoręcznie ozdobionych kopertach, niekiedy z własnoręcznie zrobionymi prezentami w środku (a ja podła – nikomu nic).

Moja siostra przysłała mi książkę o kotach, kolejną już, tym razem z opowiadaniami Stefana Chwina, Olgi Drendy, Piotra Siemiona, Małgorzaty Rejmer, Piotra Pazińskiego i Pawła Sołtysa. Z niesamowitymi ilustracjami Gosi Herby. Czy mi się wydaje, czy koty stały się w ostatnim czasie znacznie ważniejsze niż psy?

W paczce od siostry była też pocztówka świąteczna wg projektu naszej Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej, z 1971 roku. Sprzed 50 lat.

Następny był Konrad. Podarował mi książkę a jakże – o kotach (bohaterskich) i dwie doniczki orchidei. Książka jest wyzwaniem, bo jest po francusku.

I to wciąż jeszcze nie była Wigilia.

W Wigilię rano przyszła paczka od nie wiadomo kogo. W paczce była gra.

Joasia dostarczyła mi od swojej Mamy testy na Covida. Czyli mogliśmy się przetestować i pójść na Wigilię. Potem okazało się, że było nas pięć osób dorosłych i jedno dziecko, wszyscy dorośli się przetestowali. I wszyscy mieliśmy wynik negatywny. Takie to są te nasze negatywne pozytywy w czasach korony.

A potem doszły jeszcze kolejne książki, dwa niebieskie kubki (jeden z kotami), trzy kalendarze (dwa z kotami) i dwie książki. Obie napisane przez kobiety, jedna na pewno o kobietach, druga niemal na pewno również. Na jednym kubku i na jednej książce lecą żurawie. Większość przedmiotów jest niebieska.

Książki będę czytała po kolei, aż po mniej więcej pół roku będę mogła donieść wszem i wobec, że przeczytałam wszystko, co dostałam na święta. Co roku tak jest. I co roku wszystko czytam.

Dziękuję wszystkim za kartki i prezenty, za życzenia, dziękuję tym co piszą książki, za to, że je piszą, i dziękuję świętom za to, że są.

Wesołych świąt Wam wszystkim, czy Wam napisałam, odpisałam, zapisałam, czy nie. Przepraszam, że w sprawie życzeń świątecznych byliście znacznie lepsi ode mnie. Dziękuję!

Piosenki i wiersze na grudzień

Piosenkę Ralpha Kaminskiego wybrali na dziś Konrad i Ewa Maria, wiersze nadesłały Ewa Karbowska – jej tegoroczny wiersz napisany w rocznicę wydarzeń grudniowych 1970 roku i Anna Dobrzyńska – wiersz anonimowy pt. Wigilia w stepie

Ralph Kaminski


Ewa Karbowska

KOLĘDA? – CO I BEZ ŚWIĄT?

– wszystkim dzielnym – a i Grażynce – Grażyna Orlińska
– zwłaszcza
/Jej w rewanżu za KOLĘDĘ BEZDOMNĄ/

kolęda – bez wiary?
dla młodszych, dla starych
co dłużej wytrzymać nie chcieli
*
chwycili transparent
by dzielić się darem
z rąk do rąk, bez kłamstw, po kolei
*
kolęda niedoli
na więcej pozwolić
nie mogła i umieć nie chciała
*
i solo i w tłumie
próbując zrozumieć
szła naprzód, choć trochę się bała
*
kolęda serdeczna
choć pozaświąteczna
znaczona protestu piorunem
*
szarpiąca za serca
na z gniewu kobiercach
na tego co przeciągnął strunę
*
kolęda ulicy
z nią znak błyskawicy
z modlitwą o godność w miłości
*
kolęda nadziei
że coś da się skleić
ulepszyć, dogadać, uprościć…
*
na płatach opłatka
gdzie córka i matka
szukają dla siebie ratunku
*
Bóg oczy odwraca?
ma wybór, czy kaca?
zostaje na posterunku?
*
wie, jeśli się nie da, to wojna i bieda
kryjąca ból
w lochach podziemi
*
w stajence? – jak Chrystus?
intencji, łez czystość
Królowie? – Ci Trzej? – jakby niemi…

17.12.2020

***


Jan Malczewski, Wigilia zesłańców

Wigilia w stepie

na melodię pieśni „Moja matko, ja wiem…”
śpiewanej przez Bernarda Ładysza
https://www.youtube.com/watch?v=e2yvjatUjpY

Dziki wiatr, dziki step, mroźna noc, w sercu trwoga.
Mróz w ziemiance, a śmierć kosi swój żniwny łan.
Stara matka różaniec wyszeptała na palcach do Boga,
Żeby łaskę nadziei w tę Noc Świętą dał.
Stara matka różaniec wyszeptała na palcach do Boga,
Żeby łaskę nadziei w tę Noc Świętą dał.

Tam daleko ten dom, gdzie opłatkiem się dzielą,
Gdzie wieczerza na stole i świerk pachnie w krąg.
A tu wśród nocnej ciszy, suchą kromką podzielą się wszyscy –
Garść obierzyn i wrzątku i nasion na ząb.
A tu wśród nocnej ciszy, suchą kromką podzielą się wszyscy –
Garść obierzyn i wrzątku i nasion na ząb.

Panno Święta, ja wiem, żeś Ty była uboga,
Że Król Herod Dzieciątko zatracić Twe chciał,
Jeśli w niebie nad stepem, jest okienko i droga do Boga –
To je wskaż i wytrwałość niezłomną nam daj!
Jeśli w niebie nad stepem, jest okienko i droga do Boga –
To je wskaż i wytrwałość niezłomną nam daj!

Krewni-i-Znajomi Królika i ich muzyka

  … taka, która zapada w pamięć i zostaje na długo

1994 – mój syn daje mi na podróż do Holandii nagraną kasetę Nicka Cave i jego książkę, minęło ćwierć wieku, nadal uważam, że to fantastyczna muzyka i fantastyczna lektura.
1999 – “towarzysz odcinka życia” podaruje mi przed podróżą kasetę Hildegard von Bingen (też jadę do Holandii, kiedyś często jeździłam do Holandii); biedna Hildegarda, bardzo mi się podoba, ale nawyk słuchania jej nie przetrwał perypetii uczuciowych.
2003 – dostaję od bliskiego przyjaciela na urodziny trzy CD (spiratowane, jasne), Ninę Simon (wiadomo), Felę Kutschi, który mnie specjalnie nie ruszył i Raz dwa trzy, płytę, która będzie mi towarzyszyła przez następne dziesięć lat.
2013 – Marek Maj, szczeciński poeta, nagrywa z Ryszardem Leoszewskim płytę Wiem jak nie jest. Tytułowa pisenka z tej płyty stanie się moim sztandarem, może na zawsze. Już o niej kilka razy pisałam (np. TU).
2018 – Czasy się zmieniły, to już nie są kasety, ani CD, mój wnuk zarazi mnie słuchaniem na youtube piosenki zespołu B.E.R. z serialu Teen Titans go: The night beginns to schine: https://music.youtube.com/watch?v=lSLXS0bjSCs. Odkryłam wtedy, że są na youtubie nagrania powtarzające jeden i ten sam utwór przez godzinę, dwie, albo trzy.
2020 – Konrad przysyła mi na urodziny linka do piosenki Wszystkiego najlepszego Ralpha Kaminskiego. Piosenka robi na mnie duże wrażenie, ale nic nie wiem i myślę wtedy, że śpiewa ją młody chłopak z liceum. Wszystko w tym teledysku ma na to wskazywać, jedynie może pierścionki Ralpha są sygnałem, że to stylizacja, ale gdy słuchałam tej piosenki po raz pierwszy, na pierścionki w ogóle nie zwróciłam uwagi. Od ponad dwóch miesięcy temu co robię, towarzyszą piosenki Ralpha.

Ewa Maria Slaska

Ralph Kaminski

Urodził się 8 listopada 1990 w Jaśle – polski piosenkarz, kompozytor, autor piosenek, aranżer, multiinstrumentalista, producent muzyczny, performer, kostiumograf, scenarzysta i reżyser teledysków, wykonujący muzykę z pogranicza popu alternatywnego, czerpiącego z kameralistyki.

To Wikipedia. Zdziwiłam się. Po pierwsze autor wpisu nie informuje nas, że Kaminski to poeta, tylko kończy ten akapicik dziwnym stwierdzeniem: Zdaniem krytyków, utwory na drugiej płycie artysty mają delikatny podkład elektroniczny, a niektóre teksty są poetyckie.

Po drugie, dokładnie w stylu Wikipedii, pierwsze zdanie podaje mnóstwo informacji o Kaminskim (łącznie z dekonspiracją jego pseudonimu), ale nie podaje moim zdaniem najważniejszej – że Kaminski jest kameleonem, autorem niezwykłych autostylizacji, artystą, który świadomie gra z podtekstami mniejszości, nigdzie się jednak nie deklarując. Nie wiesz więc, słuchaczu/widzu, czy on, Kaminski, jest twardzielem czy softi, czy gra z wizerunkiem trans, czy ociera się prawie o porno, czy to jego wizja siebie, czy filmowa stylizacja na ubranego w biel anioła, a może pastisz wizerunku Abby.

Ale czy włoży różowy sweterek (chyba zrobiony przez babcię, Ralph w ogóle dużo opowiada o swojej babci), czy boa z piór, czy szorty i koszulkę na WF, Ralph nie tylko się przebiera i stylizuje, Ralph wciela się w każdą z tych postaci.

Babcia.

Babcia Ralpha pojawia się w jego teledyskach, muzyk mówi o niej w  wywiadach, gdy w marcu 2020 roku babcia obchodzi 77 urodziny, wnuk zaprosi ją na scenę, a cała publiczność będzie śpiewać babci sto lat.
To bardzo ładny, nietypowy, ludzki rys Ralpha. Chłopak który mimo że “robi się” na polskiego Davida Bowie lub Nicka Cave’a, daje nam znać, że te przebieranki na scenie, to jednak nie on, że Ralph to konstrukt, to gra, która być może gdzie niegdzie bardzo blisko ociera się o prawdziwą postać, ale jednak nie jest prawdziwa. Podoba mi się jego muzyka, podobają mi się teksty, zwłaszcza te o miłości, ale najbardziej podoba mi się on sam, człowiek którego nie ma.

Posłuchajmy.

Ważnym elementem w stylizacjach i scenografiach Kaminskiego są “dziwni ludzie” i osoby stare.

W najnowszym klipie, z jesieni tego roku, do piosenki “2009”, utworu o urodzinach Ralpha (skończył 8 listopada 30 lat), artysta wygrywa dwa mity – najpierw on i jego goście odtwarzają ostatnią wieczerzę, a po kolacji tańczą przeraźliwie smutny i rozpaczliwy chocholi taniec. To nasz rok 2020, rok pięknych cyfr i spowodowanej pandemią utraty wolności i radości. Ten klip to opowieść o marności tego, co nas spotkało. Rok się kończy i już wiemy, że nasze wiosenne marzenia o wspólnocie, solidarności i powrocie do prostoty, jakie miały wyniknąć z lockdownu, o tym, że w kanałach Wenecji będą pływały delfiny, a po ulicach spacerować będą flamingi, nie spełniły się i nie spełnią. Byliśmy szalonymi marzycielami. Myśleliśmy, że skończy się przemożna władza pieniądza, że status stanie się mniej ważny niż społeczna empatia, że korporacje upadną i wrócimy do produkcji, w której zjadacz chleba osobiście zna piekarza. Nic z tego się nie zdarzy i Ralph to wie. Czeka nas najpierw pustka i smutek, a potem kryzys i bieda. Wydamy Jezusa na śmierć, a przecież wiemy, że on po raz drugi nie zmartwychwstanie, możemy więc tylko tańczyć trupi taniec, a tego cholernego złotego rogu też przecież nie znajdziemy.

Kot, kobiety i książki

Ewa Maria Slaska

Dwie moje koleżanki, Maryna i Danusia, co i rusz albo mi podsyłają jakieś koty w sztuce, albo je po prostu umieszczają na ścianie na FB. A ja co pewien czas umieszczam je na blogu. Było ich już tak dużo, że pewna dziennikarka, z którą znamy się niewiele lepiej niż z widzenia, na pytanie wspólnej znajomej, czy czytała coś tam u mnie na blogu, miała odrzec, ach nie, nie czytam, ta Slaska to tylko o kotach. No cóż, nie zawsze można o nieśmiertelności duszy, czasem trzeba coś jeszcze bardziej niezwykłego i tajemniczego, i wtedy przychodzi taki słodki czwartek, kiedy chce się napisać coś o kotach, a i tak pisze się (samo) o kobietach i książkach. I przede wszystkim – o malarstwie.


Pierwszorzędny manieryzm. Ambrosius Benson, Kobieta z kotem.

Urodził się w roku 1495 we Włoszech, zmarł w roku 1550 w Flandrii. Mimo iż był Włochem, uważa się go za przedstawiciela północnego renesansu, mieszkał w Brugii, stolicy Flandrii, gdzie przeniósł się w wieku 20 lat. Cieszył się wielką popularności, jego obrazy dotarły nawet do Hiszpanii (ponieważ nie podpisywał swoich obrazów, przez wiele lat uważano go za Hiszpana, tzw. malarza z Segovii), malował sceny religijne i portrety. Prawdopodobnie pod wpływem Rogiera van der Weydena namalował portret czytającej Marii Magdaleny, i odtąd już bardzo często sięgał po ten motyw, dlatego uważa się go za pierwszego malarza, który wprowadził na stałe do kanonu malarstwa renesansowego, motyw kobiety z książką, co ciekawe również w ołtarzach umieszczał kobiety, które czytają.

Czytająca Maria Magdalena jest, przyznaję, że nie wiem dlaczego, dość częstym motywem w malarstwie późnośredniowiecznym i renesansowym. Z tych trzech poniżej środkową namalował Rogier van der Weyden, tę po prawej Ambrosius Benson – autor pierwszej jest nieznany.

Jeśli się zastanowić, dlaczego tak jest, trzeba odpowiedzieć, że nie wiadomo. Była towarzyszką Jezusa i apostołów, być może pochodziła z zamożnej rodziny i wspierała gromadkę finansowo. Od dawna podejrzewano, że była piękna i że mogła mieć romans z Jezusem, a nawet – że być może była jego żoną. Od VII wieku przyjęło się uważać, że była nawróconą prostytutką, a poza tym od dawna myli się ją z pustelnicą Marią Egipską, która miała ciało porośnięte włosami. Jednak żadna z przypisywanych Marii Magdalenie ról nie predestynowała jej do czytania książek. O Matce Boskiej przynajmniej (podobno) wiadomo, że chodziła do szkoły i umiała czytaś i pisać, a o Marii Magdalenie nawet tego nie wiemy.

Sporej ilości czytających Madonn dostarcza renesans włoski. Oto Rafael Santi:

Pinturicchio:

Carpaccio:

Wydaje mi się zastanawiające, że obrazy przedstawiające kobiety z książkami na dobre pojawiły się w malarstwie dopiero w renesansie, bo tak naprawdę czytające kobiety wielką rolę odegrały w średniowieczu. W rodzinach szlacheckich chłopców zatrzymywano w domu, gdzie pod okiem ojca i jego rycerzy, dworzan i wykwalifikowanych specjalistów, kształcili się w sztuce walki, polowania, wojny i, ewentualnie, ale rzadko – zarządzania majątkiem. Na rachunki, pisanie i czytanie nie było czasu. Natomiast dziewczynki często oddawano do klasztorów, gdzie uczyły się prac domowych, ale też czytać i pisać. Taka dziewczyna po szkole klasztornej była wysoko ceniona jako żona. W powszechnym wyobrażeniu widzimy średniowiecze jako epokę, w której pisać i czytać umieją tylko mnisi i księża. Tymczasem to przede wszystkim kobiety na dworach i w zamkach zajmowały się pisaniem (a zatem i czytaniem). Tym niemniej na średniowiecznych obrazach kobiety z książką, zakonnice lub święte, trzymają się z reguły na uboczu. Z jednym wyjątkiem, o którym za chwilę.

Wyjątkiem od reguły, że kobieta z książką trzyma się na uboczu, jest Matka Boska jeszcze jako panna. Przybywa do niej Archanioł Gabriel, żeby ją powiadomić o czekającym ją szczęściu i zastaje ją czytającą samotnie w komnacie. Między Maryśką a Archaniołem stoi zazwyczaj dzban z liliami, symbol dziewictwa. Dodajmy, że scena zwiastowania przedstawia sytuację niemal nie spotykaną, ani w starożyttnej Palestynie, ani w średniowieczu, ani w rensesansie. Po pierwsze rzadko kto miewał własny pokój, w którym mógł przebywać samotnie – poza tym nawet dziewczętom z arystokratycznych rodów nie wolno było się lenić. Jeśli próbujemy się domyślać, że Maria czyta, bo jest jeszcze bardzo młoda i ciągle jeszcze się uczy, to jest to domniemanie błędne, bo nikt nie uczył się sam. A jeśli Maria się nie uczyła, to mogłaby ewentualnie coś pisać, czy zapisywać np. historię rodziny albo metody leczenia, ale czytać, ot, tak sobie, raczej nie mogła. A już na pewno nie miałaby na własność żadnej książki. Ale widocznie odbiorca czy nabywca chętnie patrzył na obraz, na którym była młoda, piękna, samotna kobieta, a od czasu książki i filmu Dziewczyna z perłą wiemy, że tak było i że patrzącemu się to “kojarzyło” (lub mogło “kojarzyć”).

Od lewej: Cosimo Tura, autor nieznany, Robert Campin, Fra Angelico

Jednak nic nie może się równać z pysznym średniowiecznym obrazem, na którym Matka Boska właśnie skończyła karmić dziecko, jeszcze nie sięgnęła z powrotem po książkę, po prostu odpoczywa, a może marzy.


Robert Campin, 1440

Ciekawe, co ona czyta? Pewnie Biblię, ale kto wie. Może dzieje pięknej Meluzyny?

Starość

Ewa Maria Slaska

Miłość, erotyka, seks

O starości pisałam wprawdzie bardzo dużo, ze dwadzieścia lat temu prowadziłam nawet jakiś czas bloga na ten temat, ale nigdy nie rozmawiałam, nie pisałam, nawet chyba nie myślałam o seksie, miłości czy erotyce starych ludzi. Teraz jednak ten temat wydał mi się ważny, a dlaczego – okaże się na końcu tego wpisu. Poczułam, że muszę go napisać, bo się rozzłościłam. Tym niemniej zabierałam się do pisania jak pies do jeża. Pocieszało mnie tylko, że z plotek, filmów i literatury pamiętałam jakieś wzmianki i napomknienia na ten temat.

Były więc oczywiście Golden girls, słynny serial amerykański o flirtach i erotycznych znajomościach trzech starszych kobiet, mieszkających wspólnie z kobietą jeszcze starszą, matką jednej z nich, która pełni rolę mentorki i komentatorki. Było to zabawne, ale nie miało nic wspólnego z prawdziwym życiem. Wszyscy wiedzieli, że producenci ubrań, kosmetyków i gadżetów odkryli właśnie starych ludzi, głównie zresztą kobiety, jako nowy target, a serial miał na stałe zapewniać grupę docelową, że warto się starać, bo za każdym zakrętem czeka kolejny wielbiciel.

We wspaniałej powieści Edgara Hilsenratha Fryzjer i nazista jest epizod, jak uciekający z obozu główny bohater znajduje schronienie u starej kobiety, która oczekuje w zamian życia seksualnego.
– Ale ja nie sypiam z kobietami po siedemdziesiątce – mówi mężczyzna.
– Aby na pewno? – pyta kobieta. I oczywiście, ponieważ to ona jemu ratuje życie, on z nią jednak sypia.

Na pewno widziałam kiedyś jakiś film o życiu starych ludzi w domu opieki. Odwiedzające starą matkę dzieci z zaskoczeniem odkrywają przed jej łóżkiem dwie pary pantofli, jej własne oraz przydeptane męskie laczki.

Ale gdy to piszę, jak błyskawice przelatują mi przez myśl dwie historie prawdziwe.

Mam spotkanie autorskie w domu seniora i przy okazji poznaję pewną bardzo starą autorkę (jej samej nie znam, czytałam kiedyś jej książkę) – siedzi przy stoliku tuż obok bardzo starego pana, który ją serdecznie przytula. “To Franz”, mówi mi pani po spotkaniu, “poznaliśmy się tu i tu będziemy ze sobą aż nas śmierć nie rozłączy.”

Bardzo wiekowa ciotka (chyba nawet cioteczna babka) wyszła za mąż za bardzo wiekowego pana. Cała rodzina uważa, że to rozsądne. Mają dwie emerytury, a będą płacić za jedno mieszkanie, wynajmować jedną sprzątaczkę, no i będą mieli towarzystwo. Córka tej pani, nocując kiedyś u mamy i ojczyma, weszła rano do sypialni starszych państwa, bo chciała coś wyjąć z szafy. Weszła bez pukania i wycofała się z okrzykiem zażenowanego zdumienia, bo starsi państwo (w interesujący sposób) uprawiali seks. Mama tłumaczyła potem córce, popijając kawę, że “ona wprawdzie nie musi, ale on jest taki, no wiesz…”

I nagle przypomina mi się cała masa książek, w których pojawiają się starzy ludzie, uprawiający seks. I nie są to “stare, dobre małżeństwa”, tylko historie o nowych znajomościach, zawartych w podeszłym wieku.

Myślenie życzeniowe, można by pomyśleć. Starsi ludzie chcieliby, żeby tak było, bo wciąż marzą o romantycznej miłości, a młodsi chcieliby, żeby tak było, bo dobrze jest pomyśleć, że stary rodzic jest na stare lata szczęśliwy.

Zresztą może to być też myślenie pragmatyczne, nie tylko z uwagi na podwójną emeryturę i mniejsze wydatki mieszkaniowe. Stary mężczyzna chętnie by się znowu ożenił, bo zapewni sobie tym samym opiekunkę, kucharkę, pomoc domową, damę do towarzystwa i jeszcze na dodatek, jeśli się będzie miało ochotę, towarzystwo do łóżka.

Jest też oczywiście “klasyka”, czyli historie o starych bogatych ludziach, znacznie częściej mężczyznach niż kobietach, którzy “kupują sobie” młodą (a w każdym razie młodszą) osobę jako żonę czy męża, ale “klasyka” mnie nie obchodzi. Tak jak nie interesuje mnie tu płatny seks i w ogóle żadne mniej lub bardziej ukryte intencje. Interesuje mnie MiSEr – Miłość, Seks, Erotyka starych ludzi – w odbiorze społecznym.

Ponieważ jestem Polką i mieszkam w Niemczech, widzę dwa odmienne podejścia: w Niemczech ocenia się, że potrzeby ludzi w starszym wieku istnieją i są być może nawet bardziej szalone u tych, którzy pokończyli już 50, 60 czy 70+ lat, niż u trzydziestolatków, bo ci się “muszą” dorabiać i ustawiać w życiu. Ale też dlatego, że tak po prostu jest: je toller, desto oller, mówi niemieckie przysłowie, im człowiek starszy, tym bardziej hula. W Polsce generalnie się zakłada, że starzy ludzie nie mają libida, czyli są z racji wieku aseksualni. A to z kolei z góry ma wykluczać i erotykę, i miłość.

Ryszard Przybylski w eseju o starości pisze o poetach. Michał Anioł (już go tu cytowałam), Iwaszkiewicz i Różewicz gdy piszą o starości, są starzy, Thomas Stearns Eliot, czwarty poeta Przybylskiego, jest jednak młody, ma 32 lata. Nie pisze więc o tym, co przeżywa, lecz o tym, co sobie wyobraża na temat starości. Gerontion, Stary Człowiek, pisze Przybylski, tracąc na starość wrażliwość zmysłów, traci jednocześnie chęć kochania.
Straciłem wzrok i dotyk, słuch, smak, powonienie.
Jakże więc mam ich użyć do zbliżenia z tobą.
Zanim Stary Człowiek umrze zdrętwienie zmysłów odbirze mu możność kochanoa: pozbawi go dobra, które odsłania ludziom piękno świata, radość istnienia, sens bytowania. Eliot był przekonany, że istnieją trzy stopnie wtajemniczenia w poznanie własnego losu: seksualność, która rozpoczyna ten niełatwy proces; Eros, który rozświetla drogę zbawienia i Boska Miłość, zespolenie z którą stanowi cel wszystkiego, ponieważ to ona stworzyła świat i ciągle nim rządzi jako Dantejska Miłość, “co wprawia w ruch słońce i gwiazdy”.

Tak właśnie myślą młodzi ludzie. Gdy jesteśmy starzy nie kochamy, nie marzymy, nie pożądamy. Starzy ludzie też zresztą nie będą się do tych marzeń przyznawać, a jeżeli to nie publicznie, żartem, mimochodem. “Zakochałabym się”, mówi moja rówieśnica, a ja odruchowo pytam: “Ale po co?”

Pewnego dnia kilka lat temu brałam udział jako tłumaczka w spotkaniu grupy rencistek niemieckich i polskich. Niemki mówiły o podróżach, odkrytym zainteresowaniu uprawianiem sztuki (niech żyje malarstwo na jedwabiu!) i zaangażowaniu społecznym. Polki – o wnukach, chorobach i ogródkach. O miłości nie mówiły ani Polki, ani Niemki. To jednak wciąż tabu, mimo że nawet w Polsce coś się powoli zmienia. Podobno był w polskiej telewizji jakiś program o seniorach, który poruszał takie tematy. Zresztą seks i erotyka to nie wszystko, nawet zaangażowanie polityczne starych kobiet było przez młode kobiety krytycznie oceniane. Jeszcze kilka lat temu obecność starej kobiety na demonstracji antypisowskiej była odczytywana albo jako wsparcie dla wnuczek, albo jako mieszanie się w nieswoje sprawy (np. TU – mój własny wpis sprzed czterech lat). Dziś na demonstracjach pojawiły się Polskie Babcie i nikogo to już nie dziwi, a raczej wszyscy są dumni.

Drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, jeśli doczytaliście aż dotąd, to znaczy, że temat Was też interesuje. Być może pomyśleliście sobie w międzyczasie, że ta Slaska to ma dobrze, bo starość jej nie przeszkadza. Może macie rację, ale miałam pecha i postanowiłam przypomnieć sobie, co o tym naszym wieku napisała moja ulubiona autorka, Simone de Beauvoir w klasycznym dziele o kobietach, czyli Drugiej płci. A ponieważ w Czarnej Owcy ukazało się właśnie II wydanie, zakupiłam je byłam czym prędzej i… zdębiałam. Ale po kolei. We Francji książka ukazała się w roku 1949, a autorka (1908-1986) pisząc ją miała 40-41 lat. Wikipedia przypomina, że jest to jedno z jej najsłynniejszych i najbardziej kontrowersyjnych dzieł, które zdobyło jej miano “duchowej matki” drugiej fali feminizmu. Książka zyskała nieprawdopodobną wręcz popularność. W ciągu pierwszego tygodnia po wydaniu sprzedano ponad 20 tysięcy egzemplarzy.
Najsłynniejszy cytat brzmi: Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi.

Druga płeć została zaliczona do stu najsłynniejszych książek XX wieku wg czasopisma Le Monde.

Przeczytałam tę książkę po niemiecku, nawet nie pamiętam kiedy, pewnie w czasach, kiedy czytałam wszystko na temat feminizmu, czyli w latach 80 i 90. Książka ukazała się w Niemczech w dwa lata po wydaniu francuskim, czyli umówmy się – była tu zawsze.  Pierwsze wydanie po polsku przegapiłam, wzięłam do ręki dopiero drugie, no i właśnie… zdębiałam.

Bo może było tak, że wtedy byłam za młoda, żeby uważnie przeczytać to, co teraz interesuje mnie najbardziej. Byłam w wieku autorki, wtedy, gdy to pisała, i automatycznie przyjmowałam jej punkt widzenia. A może w ogóle to, co teraz interesuje mnie najbardziej, wtedy nie interesowało mnie w ogóle. Może w ogóle tego nie przeczytałam. A może po niemiecku czytałam to jednak inaczej niż po polsku. Nie wiem, ale teraz prawie się popłakałam ze złości. Na nią, panią o wcale niepięknym spojrzeniu, a może na siebie tamtą, młodą i obojętną, a może na to, że dożyłam wieku, kiedy mnie to złości.

Zaczęłam lekturę od rozdziału o starości (tom II, część II, rozdz. 9) i chyba na razie na nim zakończę. Uwaga, to co poniżej, to cytaty, ale ponieważ je mocno poskarcałam, oszczędzę Wam i sobie ciągłego używania znaku skrótu: (…).

Wszystkie etapy życia kobiet są równe i monotonne, ale przejście z jednego do drugiego cechuje groźna brutalność; z każdym związany jest przełom: pokwitanie, wtajemniczenie seksualne, klimakterium. Mężczyzna starzeje się stopniowo, kobieta zostaje nagle odarta z kobiecości; w młodym stosunkowo wieku traci urok erotyczny i płodność. A przecież ma wtedy jeszcze przed sobą, bez żadnych widoków na przyszłość, mniej więcej połowę dorosłego życia. Klimakterium przecina życie kobiety na pół. Na długo przed zniedołężnieniem kobietę zaczyna prześladować strach przed starością. Przypatruje się bezsilnie upadkowi cielesnego obiektu, z którym stanowi jedność. Zaczyna walczyć, lecz farbowanie włosów i zabiegi kosmetyczne mogą tylko przedłużyć konającą młodość. Może szachrować z lustrem, może kokietować i udawać, że wciąż jest jeszcze młoda, ale czuje, że musnęło ją skrzydło śmierci.

Staje bezbronna twarzą w twarz ze sobą. Przypomina sobie, czym mogło i czym miało być jej życie, ale nie było. Wie, że nie jest już obiektem erotycznym, nie tylko dlatego że utraciła powaby, lecz również dlatego że dzięki doświadczeniu stała się indywidualnością, a to odstrasza mężczyzn. Szuka kochanków, chce jeszcze urodzić dziecko, uczy się tańców, czy podróżuje. Zaczyna znów uprawiać onanizm, zaniechany od czasów dzieciństwa, dopuszcza tendencje homoseksualne. Szuka przygód. Kocha się potajemnie we wszystkich mężczyznach, ma obsesje kazirodcze, marzy o gwałcie i prostytucji, staje się erotomanką. Doznaje schizofrenicznego rozszczepienia na tę, która wciąż jest młoda i tę, która jeszcze nigdy nie była taka stara.

Gdy nie może zrealizować seksu, erotyki i miłości, zaczyna ją pociągać dewocyjna pobożność. Spowiednik zyska nad nią potężną władzę, ale może też popaść w sekciarstwo, ezoteryzm, poszukiwanie prawdy ostatecznej. Krzewią się objawienia, posłannictwa i znaki.

Przekracza granice rzeczywistości, zatraca krytycyzm i kontakt ze światem, umiera i zmartwychwstaje, ale ziemia się nie zmieniła, szczyty są nadal niezdobyte, posłannictwo nie daje się odcyfrować, przed lustrem pozostaje kobieta postarzała od wczoraj o jeden dzień. Niepokój chwyta za gardło, życie się skończyło, a do śmierci daleko. Odarta z uroku przez przyzwyczajenie i czas, nie ma już szans na obudzenie mężowskich zapałów… Poluje na mężczyzn, przytłacza ich, w najgorszym wypadku – płaci im. Ale nawet, gdy nie robi tego bezpośrednio, lecz utrzymuje pozory tajemniczej hojności, jest narażona na okrutną klęskę.

Wreszcie poddaje się, przestaje walczyć. Uznaje, że jest stara. Klimakterium się skończyło. Kiedy zrezygnowała z walki z fatalnością czasu, zaczyna walczyć o miejsce na ziemi. Uwolniona od fryzjerek, krawcowych, gorseciarek, folgując łakomstwu, staje się wolna, ale nie ma gdzie tej wolności zrealizować…

I tak dalej.

Autorka z zimnym turpistycznym okrucieństwem analizuje kolejne pięcioletnie etapy starzenia się. Nigdy jednak nie spojrzy na opisywane przez siebie obiekty chociażby obiektywnie, nie mówiąc już o okazaniu im choćby cienia sympatii, chociaż odrobiny współczucia, a przynajmniej przeczucia wspólnego losu. Odziera z godności każdy postępek i każdą decyzję, już sam dobór słów przekreśla wszelkie nadzieje, że można być na starość kobietą mądrą, albo miłą, serdeczną, czy lubianą, pomocną lub szlachetną, że ktoś może do nas żywić sympatię. Każdy gest i każdy krok są tylko oznaką fałszu, nic nie jest prawdziwe, niczemu nie pozostał nawet cień wartości. Po analizie filozoficznej, dokonanej w końcu przez kobietę, pozostajemy jak stare puste łachmany na jałowym pobojowisku.

Myślę, że nawet mężczyźni nigdy okrutniej nas nie opisali, niż zrobiła to ta czterdziestoletnia kobieta, którą czciłyśmy jak bóstwo. Dobrze, że czasy się zmieniły.

Do widzenia piękna, zimna pani. Może kiedyś jeszcze do ciebie wrócę, ale na pewno nie teraz.

Mity nasze powszednie (2): Syzyf

Albert Camus

Z wyroku bogów Syzyf musiał nieustannie toczyć pod górę głaz, który znalazłszy się na szczycie, spadał siłą własnego ciężaru. Bogowie nie bez racji doszli do wniosku, że nie ma straszniejszej kary niż praca bezużyteczna i bez nadziei. Jeśli wierzyć Homerowi, Syzyf był najmądrzejszym i najbardziej przezornym ze śmiertelnych. Wedle innej tradycji jednak miał skłonności zbójeckie. Nie widzę w tym sprzeczności. Opinie wyjaśniające, dlaczego został bezużytecznym pracownikiem piekieł, są rozmaite. Zarzuca się Syzyfowi przede wszystkim, że traktował bogów z niejaką lekkością. Zdradzał ich tajemnice. Egina, córka Asoposa, została porwana przez Jowisza. Ojciec, zaskoczony tym zniknięciem, poskarżył się Syzyfowi. Ten wiedząc, w czym rzecz, przyrzekł Asoposowi wyjaśnienie, pod warunkiem jednak, że Korynt otrzyma od niego wodę. Wolał błogosławieństwo wody od piorunów niebieskich, za co został ukarany w piekle. Homer opowiada również, że Syzyf uwięził śmierć. Pluton nie mógł ścierpieć widoku swego pustego i niemego królestwa. Pchnął boga wojny, który wyzwolił śmierć z rąk jej zwycięzcy. Podobno też Syzyf, gdy był bliski śmierci, chciał nieprzezornie wypróbować miłość swojej żony. Nakazał jej, aby nie grzebała jego ciała, ale rzuciła je na plac publiczny. I trafił do piekieł. Rozdrażniony postępkiem żony tak sprzecznym z ludzką miłością, wyjednał sobie u Plutona powrót na ziemię, aby ją ukarać. Ale gdy znów zobaczył świat i zakosztował smaku wody i słońca, ciepłych kamieni i morza, nie chciał powrócić do cieni piekielnych. Nie pomogły wezwania, gniewy i ostrzeżenia. Żył jeszcze długie lata, mając przed oczami łuk zatoki, olśniewające morze i uśmiechy ziemi. Trzeba było aż wyroku bogów. Zjawił się Merkury, by pochwycić zuchwalca; i pozbawiając Syzyfa jego radości, siłą zaciągnął go do piekieł, gdzie czekał już przygotowany kamień. Nietrudno zrozumieć, że Syzyf jest bohaterem absurdalnym tak przez swoje pasje, jak i udręki. Za pogardę dla bogów, nienawiść śmierci i umiłowanie życia zapłacił niewypowiedzianą męką: całe istnienie skupione w wysiłku, którego nic nie skończy. Oto cena, jaką trzeba zapłacić za miłość tej ziemi. Nie wiemy nic o Syzyfie w piekle. Po to są mity, by ożywiała je wyobraźnia. Tu widać ciało napięte, aby dźwignąć ogromny kamień i pchnąć go w górę po stoku, setki już razy przebytym; widać ściągniętą twarz, policzek przy kamieniu, pomocne ramię, o które wspiera się oblepiona gliną masa, stopę odnajdującą równowagę, palce sprawdzające pozycję głazu i dwie pełne ziemi niezawodne ludzkie dłonie. U końca tego długiego wysiłku, mierzonego przestrzenią bez nieba i czasem bez głębi, cel jest osiągnięty. Syzyf patrzy wówczas, jak kamień w kilka chwil spada w dół, skąd trzeba będzie go znów wynieść na górę. Schodzi na równinę. Interesuje mnie Syzyf podczas tego powrotu podczas tej pauzy. Twarz, która cierpi tak blisko kamieni, sama jest już kamieniem. Widzę, jak ten człowiek schodzi ciężkim, ale równym krokiem ku udręce, której końca nie zazna. Ten czas, który jest jak oddech i powraca równie niezawodnie jak przeznaczone mu cierpienie, jest czasem świadomości Syzyfa. W każdej z owych chwil, kiedy ze szczytu idzie ku kryjówkom bogów, jest ponad swoim losem. Jest silniejszy niż jego kamień. Jeśli ten mit jest tragiczny, to dlatego, że bohater jest świadomy. Bo też na czym polegałaby jego kara, jeśli przy każdym kroku podtrzymywałaby go nadzieja zwycięstwa? Współczesny robotnik poświęca wszystkie dni życia jednemu zadaniu i ten los nie mniej jest absurdalny. Ale nie jest tragiczny prócz tych rzadkich chwil, kiedy robotnik osiąga świadomość swego losu. Bezsilny i zbuntowany Syzyf, proletariusz bogów, zna własny w całej pełni: o nim myśli, kiedy schodzi. Jasność widzenia, która powinna mu być udręką, to jednocześnie jego zwycięstwo. Nie ma takiego losu, którego nie przezwycięży pogarda. Jeśli zatem to zejście w pewne dni jest cierpieniem, w inne może być radością. W określeniu nie ma przesady. Wyobrażam sobie także Syzyfa powracającego do kamienia w dniach pierwszej udręki. Kiedy obrazy ziemi zbyt mocno trzymają się pamięci, a głos przyzywający szczęście nazbyt nagli, smutek wzbiera w sercu człowieka: to zwycięstwo kamienia, to sam kamień. Bezgraniczną rozpacz trudno udźwignąć; przychodzą nasze noce w Getsemani. Ale druzgocąca prawda ginie, gdy zostaje rozpoznana. I tak Edyp wpierw posłuszny jest przeznaczeniu, którego nie zna. Tragedia zaczyna się, kiedy Edyp wie. Ślepy, bez żadnej nadziei, stwierdza jednak, że jest coś, co łączy go ze światem: świeża dłoń młodej dziewczyny. I wówczas padają wielkie słowa: “Choć tak bardzo zostałem doświadczony, wiek mój podeszły i dusza moja znająca wielkość mówią mi, że wszystko jest dobre”. Edyp Sofoklesa, podobnie jak Kiryłow Dostojewskiego, daje więc formułę zwycięstwa absurdalnego. Antyczna mądrość łączy się z bohaterstwem nowoczesnym. Nie odkrywa się absurdu bez pokusy ułożenia kilku reguł szczęścia. “Jakże to, idąc ścieżką tak wąską…?” Ale świat jest tylko jeden, a szczęście i absurd są dziećmi tej samej ziemi. Są nierozłączne. Błędem byłoby powiedzieć, że szczęście siłą rzeczy rodzi się z odkrycia absurdalnego. Zdarza się również, że poczucie absurdu rodzi się ze szczęścia. “Mówię, że wszystko jest dobre”, oświadcza Edyp i te słowa są święte. Rozbrzmiewają w okrutnym i ograniczonym świecie człowieka. Uczą, że wszystko nie jest i nie zostało wyczerpane. Bóg, który znalazł się w tym świecie wraz z niezadowoleniem i upodobaniem do niepotrzebnych cierpień, zostaje wygnany. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi. Stąd płynie milcząca radość Syzyfa. Los jest jego własnością, kamień jest jego kamieniem. Podobnie człowiek absurdalny: gdy zgłębi swoją udrękę, zamilkną bogowie. Cisza zostaje nagle przywrócona światu i słychać tysiące głosów ziemi. Wołania nieświadome i tajemne idą od wszystkich ziemskich twarzy: to jest ta druga strona i nagroda za zwycięstwo. Nie ma słońca bez cienia i nie można nie znać mocy. Od chwili gdy człowiek absurdalny mówi: tak, jego wysiłkom nie będzie końca. Lecz jeśli istnieje los, to nie został dany z wysokości, dane jest tylko rozwiązanie nieuchronne; człowiek absurdalny stwierdza, że jest ono nieuchronne i godne pogardy. Lecz wszystko inne do niego należy. Powraca do życia, Syzyf do swego głazu. Syzyf rozważa działania następujące po sobie i pozbawione związku, które stają się jego losem — stworzonym przez niego, spojonym jego pamięcią; przypieczętuje je śmierć. Przeświadczony o ludzkim początku wszystkiego, co ludzkie, ślepiec, który chce widzieć, a wie, że nie ma końca ciemnościom, nie ustaje nigdy. Kamień toczy się znowu. Zostawiam Syzyfa u stóp góry. Człowiek zawsze odnajduje swój ciężar. Syzyf uczy go wierności wyższej, tej, która neguje bogów i podnosi kamienie. On także mówi, że wszystko jest dobre. Świat bez władcy nie wydaje mu się ani jałowy, ani przemijający. Każda z cząsteczek kamienia, każdy poblask minerału w tej górze pełnej nocy same w sobie tworzą świat. Aby wypełnić ludzkie serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom. Trzeba wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym.

Ewa Maria Slaska

Cóż za paskudny tekst. Syzyf. Jak w ogóle można wpaść na pomysł, że jest szczęśliwy?! Dziwne i zastanawiające. Dlaczego Syzyf miał być szczęśliwy? Bo miał pewność, że zawsze będzie wiedział, co robić, bo zawsze będzie toczyć kamień i choć ta czynność nie służy żadnemu celowi – to jednak był w jego życiu jakiś pewnik, którego my nie mamy, jeśli oczywiście pominąć fakt, że umrzemy. Tym niemnej od posiadania w życiu jakiejś pewności, nawet tej najgorszej, do stwierdzenia, że to powód, żeby być szczęśliwym, jest jeszcze bardzo daleka droga. Przyznaję, nie wiem, po co Camus ją w ogóle przeszedł, bo jego myśl jest zwyczajnie nieludzka. Jeśli dla Camusa Syzyf jest metaforą ludzkiego życia, to po raz kolejny stwierdzam, że Boecjusz wprawdzie uważał, iż filozofia może przynieść pocieszenie, ale na pewno nie otrzymamy go od filozofów egzystencjalnych. Jeśli wszystko, co robimy sprowadza się do bezsensownego pchania kamienia pod górę i nasze całe życie jest bez sensu, to co nam pozostaje?

Ale żaden kierunek filozoficzny nie jest wyrocznią. To, że egzystencjalizm mnie przekonuje, że moje życie nie ma sensu, nie musi naprawdę tego oznaczać, bo może po prostu oznaczać, że muszę poszukać na swój użytek innego systemu filozoficznego. I to naprawdę nie oznacza, że chowam głowę w piasek, albo że unikam myślenia o tym, że świat jest podły i nie ma nam nic dobrego do zaoferowania. Ale zawsze mam jeszcze osobiście kilka powodów, żeby oceniać swoje życie trochę lepiej niż jako wieczne pchanie kamienia pod górę.

A zatem ja, Ewa Maria Slaska, nie zgadzam się na los Syzyfa według Camusa. Nie zgadzam się osobiście, dla mnie samej, ale nie zgadzam się też z jego wnioskami społecznymi. Wydaje mi się, że są pełne pogardy i zgody na niesprawiedliwość społeczną, że filozof patrzy z góry na życie tych, których los skazał na niewolnictwo, prawdziwe czy społeczne, bo go to nic nie obchodzi i bo sam żyje lepiej.

Współczesny robotnik, pisze Camus, poświęca wszystkie dni życia jednemu zadaniu i ten los nie mniej jest absurdalny. Ale nie jest tragiczny, prócz tych rzadkich chwil, kiedy robotnik osiąga świadomość swego losu.

Bardzo to arbitralne, niesprawiedliwe i bez sensu, bo dlaczego robotnik nie miałby mieć świadomości własnego losu.

Oczywiście Syzyf to jest archetyp człowieka, którego praca nie przynosi żadnych efektów. Ale nie tylko, Syzyf jak Don Kichot pojawia się ciągle w kulturze, ale nie w swej całej złożoności, tylko obaj sprowadzeni do jednej cechy – Syzyf do syzyfowych prac (które jednak są raczej ciężkie i wymagają czasu niż beznadziejne i bez końca), a Don Kichot do donkichoterii.

Polski raper Tomek Karenka (ur. 1980) po ciężkich doświadczeniach osobistych zmienił imię na Hiob, zaczął grywać i nagrywać na chrześcijańskim graniu, nagrał na płycie Stwardnienie rozsiane (2019) piosenkę zatytułowaną Syzyf, w której rozlicza się… z babcią, za to, że go w dzieciństwie krępowała i więziła wiecznymi zakazami i obiecuje jej wkrótce… pojednanie. Gdzie tu Syzyf? Co artysta miał na myśli, wybierając taki tytuł piosenki? Dźwigał te zakazy, marzył o ucieczce, gdy miał lat 20 uciekł, przeżył swoje i teraz wraca. Piękne, chrześcijańskie, wcale nie syzyfowe…

Fragmenty baratarystyczne

Ewa Maria Slaska

O dwóch poetach

Szczeciński poeta Marek Maj jako Don Kichot pojawia się na tym blogu nie po raz pierwszy (zob. TU i TU). Po raz pierwszy jednak w historii baratarystyki Rosynant jest jednocześnie Pegazem. Co też poeta potrafi zrobić z prozą, nawet tą światową!

Marek wydał właśnie tomik wierszy, a zrobił to chyba dzień lub dwa po tym, jak ostatni raz byłam w Szczecinie, a teraz nie wiadomo, kiedy znowu pojadę i czy, jak dojadę, tomik będzie jeszcze do “miecia”, czyli “mania” (Był kiedyś taki felieton, bodaj czy nie Jerzego Waldorffa, opublikowany w słynnym swgo czasu tygodniku Świat, o tym jaką formę przybiera słowo mieć w formie odrzeczownikowej; w rachubę wchodziło jeszcze “mienie”, a chodziło o “miecie w dupie”).

Ale wracajmy do poezji, czyli do zdania “Marek Maj wydał właśnie tomik wierszy”,  zatytułowany Teorie naiwne.

Leszek Żuliński w recenzji opublikowanej na portalu Latarnia morska pisze, że to wiersze intelektualne, ciekawe i mądre. A na dowód przytacza te trzy (przytaczam te same, bo co mam zrobić, skoro tomiku w ręku nie mam i sama przytoczyć ani utoczyć nic nie mogę):

Kobietyka poety

Do ciebie zmierzam, do twych ramion,
wśród wersów oddech mi się plącze,
ślady litotą sprzeczną mamią
potykam się o szlak ramiączek

Odwijam z ciebie interlinie,
treść wciąż pomijam, chociaż badam
po niespełnieniach czule płynę,
akbym w nieznane się zapadał.

Wikłam się w dreszcze nad konturem,
w niegramatyczność, nagłą miękkość,
smakiem odliczam warstwy, które
skazują mnie na łatwe piękno.

Wychylam język niedomówień,
w stan nieskupienia wnikam bystro
i na powierzchni wątek gubię,
po czym się staczam w rzeczywistość.

Co wiadome

Co wiadome – istnieje, niewiadome – w kolejce,
by napocząć swe dzieje
i odnaleźć swe miejsce. Mają nazwy te byty –
łosek ciąg z pełnych gardeł –
w nich kod sensów ukryty,
i motywy niezdarne

To, co nie jest – pogodnie
tkwiąc w niebytu domyśle –
szczerze może się odnieść,
nie mieć nic – niezawiśle.
Nie istnieje z przyczyny
nie dość pewnej i jasnej –
nie istnieje – widzimy –
nie ma zastępstw dla następstw.

Voila

Pejzaż bez nazwy, bez miejsca i czasu –
kolory puste, zmyślają się same
w ten niedorzeczny porządek i zasób
czerni wsączonej w zawistny atrament.

Cienie bez mitów, wyrazy bez cieni,
wątpliwość w rzeczy przecieka z orzeczeń,
równoważników niewczasów i ziemi
wciąż nieodkrytych w poświacie i w świecie.

Bezradna cisza, donośnie odkryta –
bez makijażu, leksyki swych sukien –
czule kołysze w nielichych przybytkach
zdań wielokrążki – cyfrowe i drukiem.

Michał Anioł Buonarotti

Od dawna już noszę się z myślą, że w ramach pisania na blogu o rozmowach z Konradem, napiszę o starości i  miłości (jednak nie, nie ma co owijać w bawełnę, ma być o miłości, seksie i erotyce, czyli o trójcy, którą nazwałam MiSEr – res sacra miser, o zaprawdę), ciągle jednak odwlekam ten moment, przekonując sama siebie, że muszę jeszcze “doczytać”, zaczęłam więc czytać Ryszarda Przybylskiego Baśń zimowa. Esej o starości (wyd. Sic! 1998), a tam w pierwszym rozdziale (W gospodzie śmierci) na pierwszej stronie od razu cytat z Cervantesa: “Droga jest zawsze lepsza niż gospoda”. Nawet najgorsza droga. Bo droga to bezdroże, las, przenikliwy deszcz i zacinający wiatr. Ciemność. Bóg, który zachowuje się “bezróżnie”. A gospoda jest cuchnąca, obrzydliwa i ponura, mroczna i obskurna.  Tak zaczyna się opowieść o starości Michała Anioła. Poprzedziły ją już we wstępie starość Sokratesa i Kanta, opowiedziane jednak przez innych. Tu jednak Przybylski przywołuje tzw. Capitolo, wiersz, w którym poeta sam pisze o własnej starości, a ma lat co najmniej 70. Może trochę więcej, bo datowanie nie do końca jest pewne (1546? 1550?). A przypomnijmy, co artysta przekazał nam we freskach z Kaplicy Sykstyńskiej: człowiek sam, porywając się na zamkniętą w rajskim jabłku wiedzę o tym, co Złe i co Dobre, zawinił własnej starości. No ale nie my osobiście, dlaczego można nas ukarać za winę Adama (bo u Michała Anioła to Adam, a nie Ewa zrywa jabłko)?

Jako rdzeń drzewa w korze swej zamknięty,
Żyję samotny tutaj i ubogi,
Jak duch w naczyniu czarami zaklęty.
 
Na lot w mym ciemnym grobie mało drogi,
Jeno pająki pracują w zawody,
Jak gdyby tkackich czółenek tłum mnogi.
 
U drzwi mych piętrzą się odchody.
Czy winogrona zjadł, czy medycynę,
Tutaj załatwia swe wygody.
 
Kto koty, ścierwo, nocniki, grat stary
Wyrzuca, niech się na mój kąt domowy
Ze mną się nie mienia, bo znajdzie te dary.
 
W ciele jestem taki słaby i niezdrowy,
Że gdy ulżenia wiatrom chęć mnie ima,
Bym chleb zatrzymał lub ser, nie ma mowy.
 
Kaszel i katar przy życiu mnie trzyma;
Jeżeli wzdęcie nie odejdzie dołem,
Zaledwo oddać mogę dech ustyma.
 
Chromy, złamany i zbity mozołem
Żywota jestem; śmierć moja gospoda,
Gdzie żyję i gdzie stołuję się społem.
 
Smutek to moja jedyna pogoda,
Spoczynkiem moim niedola wśród bóli;
Kto cierpień szuka niech mu Bóg ich doda.
 
Śmiałbyś się widząc mnie w święto Trzech Króli
I tych pałaców rząd, który się puszy,
Wobec ubóstwa dachu, co mnie tuli.
 
Popiołów serca miłość już nie ruszy;
Jeżeli większy ból mniejszy uśmierza,
Dobrze podcięte są skrzydła mej duszy.
 
Głos mój jak szerszeń w naczyniu uderza,
Kości i żyły mam w skórzanym worze,
Smoły pigułki trzy w wnętrzu pęcherza.
 
Oczy zmętniały i spełzły w kolorze,
Zęby w klawisze instrumentu mienię,
Bo głos z ich ruchem dopiero wyjść może.
 
Musi oblicze me siać przerażenie;
Sama ma szata chociaż dłoń oszczędza
Kija, z suchego siewu kruki żenie.
 
W jednym mym uchu pająk sieć rozprzędza,
W drugim mi śpiewa świerszcza nocna zwrotka;
Charczę z kataru, który sen odpędza.
 
Amorze! Muzo! Groto kwiatów słodka!
Bazgroty, trąbki do pieprzu, do licha!
Precz, do rynsztoka z wami, do wychodka!
 
Po cóż lepiłem lalki, gdy kres czyha
Na mnie, jakiego doznał człek, co w sile
Przebywszy morze, potem w bagnie zdycha.
 
Sztuka wielbiona, w której miałem tyle
Sławy, do tego przywiodła mnie przecie:
W obcej się służbie, starzec biedny, chylę.
 
Jestem zniszczony, gdy mnie śmierć nie zmiecie.
 
Tłumaczył Leopold Staff
 

Podobno to wiersz w stylu florenckim. Dowcipny, ironiczny. Wzdragam się na myśl o ostrości, z jaką artysta widzi własną starość. I znikąd pociechy.

I tak było, żył jeszcze prawie 20 lat. Zmarł w wieku lat 89.

Tate Modern po raz drugi

Ewa Maria Slaska

Tak sobie tydzień temu napisałam trochę o Tate Modern i… poczułam niedosyt. Bo o Tate Modern można oczywiście w nieskończoność, a ja chciałam “tylko” o oknach, korytarzach, schodach i Themersonach, ale już i te chcenia wystarczyły, by znowu napisać o Tate Modern.

Okna i schody są moim ulubionym tematem w muzeach i w innych budynkach publicznych. Ale możliwe, że w muzeach przede wszystkim, bo są wytchnieniem dla oka i ducha, pozornie zajętych wchłanianiem sztuki wielkimi kęsami, a tak naprawdę coraz bardziej znużonych. Widok za oknem, pusta przestrzeń westybulu, funkcjonalność schodów przynosi ogromną ulgę. W Tate Modern świetnie to wiedzą. Naprzeciwko wielkich okien z widokiem na panoramę Londynu z Tamizą, katedrą św. Pawła i wieżowcem The Shard stoją długie ławki. Na każdej siedziała jedna osoba. Skutek pandemii czy postępującej atomizacji społecznej?

A o Themersonach muszę też koniecznie napisać, bo wydaje mi się, że ze “starej” polskiej sztuki tylko oni zostali pokazani w Tate. Z nowej wciąż się ktoś pojawia, ale ze starej nie ma nikogo, choć przecież co najmniej Witkacy świetnie by tu pasował. Albo “papież awangardy”, Tadeusz Peiper.

Themersonów znałam od dzieciństwa, bo moi rodzice i ich przyjaciele byli miłośnikami Przygód Pędrka Wyrzutka, książeczki dla dzieci, napisanej przez Stefana Themersona, a zilustrowanej przez jego żonę – Franciszkę.  Pędrek Wyrzutek był w zależności od tego, z kim rozmawiał, człowiekiem, rybą, psem i słowikiem. Ludzie widzieli w nim psa, według psów był słowikiem, a według słowików – rybą. Książeczka to seria odrębnych opowiastek o wędrówkach Pędrka i istotach które spotkał. Były to profesor-wielbłąd, karabinier, małpa, król Pingwin, kapitan Metaferejn, Subiekt sprzedający kapelusze, wilk i Mały Zafrasowany Człowieczek. Z tych historyjek najlepiej zapamiętałam świat, gdzie wszystko było udawane, ale ponieważ wszyscy się na to godzili, można było… udawać, że jest to świat prawdziwy.

Autor, z wykształcenia filozof, w tej błahej historyjce zadaje poważne filozoficzne pytania, o sens życia, o zgodę na normy, zasady i konwenanse, o to kim jesteśmy?

A skoro już jesteśmy przy pytaniu, kim jest Pędrek Wyrzutek, nie mogę nie zacytować tu wiersza Wisławy Szymborskiej Zdumienie:

Czemu w zanadto jednej osobie?
Tej a nie innej? I co tu robię?
W dzień co jest wtorkiem? W domu nie gnieździe?
W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?
Dlaczego tylko raz osobiście?
Właśnie na ziemi? Przy małej gwieździe?
Po tylu erach nieobecnosci?
Za wszystkie czasy i wszystkie glony?
Za jamochłony i nieboskłony?
Akurat teraz? Do krwi i kości?
Sama u siebie z sobą? Czemu
nie obok ani sto mil stąd,
nie wczoraj ani sto lat temu
siedzę i patrzę w ciemny kąt
– tak jak z wzniesionym nagle łbem
patrzy warczące zwane psem?

Stefan Themerson, urodził się w roku 1910 w Płocku, zmarł w roku 1988 w Londynie. Był nie tylko filozofem, ale awangardowym artystą, pisarzem, poetą, eseistą, filmowcem i kompozytorem; stworzył koncepcję poezji semantycznej i maszynę do filmowania poklatkowego. Pisał po polsku, francusku i angielsku. Jedna z recenzentek Pędrka (Marta_25) pisze: Stefan Themerson stworzył powieść uniwersalną, która do dziś nie traci na wartości. To książka trudna, wymagająca od czytelnika sporego zaangażowania i pewnej zdolności „zacierania granic” między fikcją, a rzeczywistością.

Themerson na tle obrazu swojej żony, Franciszki.

Równie niezwykłym powieściowym bohaterem Themersona co Pędrek jest też profesor Mmaa, czyli termit-antropolog, prowadzący badania nad ludźmi. Termity są bardzo dociekliwymi naukowcami, a zdobywają wiedzę pożerając książki. Wykład profesora Mmaa to kolejna opowieść utopijna o całym życiu i całym świecie, pełna odniesień do filozofii, religii i psychoanalizy.

Franciszka Themerson z domu Weinles (ur. 1907 w Warszawie, zm. 1988 w Londynie) – polska malarka żydowskiego pochodzenia, rysowniczka, ilustratorka, scenografka; wydawczyni; żona Stefana Themersona.

W Tate znaleźli się oboje głównie dzięki awangardowym filmom. Wikipedia wymienia ich siedem, ale cztery zaginęły. Dwa powstały w Londynie na zlecenie Rządu RP na Uchodźstwie. W Tate można obejrzeć film The Eye & The Ear, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – rekonstrukcję  Apteki.

W historii Themersonów wzrusza mnie też ich wzajemne przywiązanie do siebie. Byli kuzynami, poznali się, gdy Stefan miał lat 19, a Franciszka 22, pobrali się dwa lata później. Przeżyli ze sobą ponad 50 lat i jak twierdzą wszyscy, którzy ich znali, przez cały czas byli bardzo dobrym, zaprzyjaźnionym ze sobą małżeństwem. Umarli w tym samym roku, w odstępie trzech miesięcy.

Czekając na śnieg

Ewa Maria Slaska

Dwa zdjęcia znalezione w sieci przypomniały mi, że bywały zimy, kiedy padał śnieg.

POLAND. Silesia region. Kalwaria Zebrzydowska village. 1981.
Religious pilgrimage during the Holy Week. Foto Bruno Barbey.

 

Jacek Szymański
na portalu Gdańsk historyczny:
Rok 1904, Jaśkowa Dolina, restauracja Forsthaus… i ten klimat 

Lubię śnieg i lubię zimę. Może dlatego lubię też białe malarstwo. Gdy jesienią tego roku byłam w Tate Modern w Londynie zachwyciłam się salą poświęconą białemu malarstwu. Są też sale o innych kolorach.

Te dwa zdjęcia zrobiłam ja, resztę biorę ze strony Tate Modern (uwaga, póki co Tate Modern jest zamknięta do odwołania, oczywiście z uwagi na koronę. Jak ja byłam, korona też była, było też przez nią mnóstwo ograniczeń, nie było szatni ani kawiarni, trzeba się było rejestrować zawczasu, ale jeszcze można było wejść; dziś, dwa miesiące później, już nie można wejść).

Achrome 1958 Piero Manzoni 1933-1963 Purchased 1974 http://www.tate.org.uk/art/work/T01871

 

Monochrome White Painting 1963 Li Yuan-chia 1929-1994 Purchased 2004 http://www.tate.org.uk/art/work/T11871

 

White Painting 1969 Michael Buthe 1944-1994 Purchased with funds provided by the Edward and Agnes Lee Acquisition Fund 2016 http://www.tate.org.uk/art/work/T14782

Oczywiście w Tate Modern nie ma Białego kwadratu (kompozycji suprematycznej) Kazimira Malewicza, bo jest w MOMA w Nowym Jorku, ale nie mogę się oprzeć, żeby go tu nie przypomnieć. Oczywiście biały kwadrat nie jest tak słynny jak czarny. Ale to tylko kwestia marketingu.

Artist Kazimir Malevich
Year 1918
Medium Oil on canvas
Dimensions 79.4 cm × 79.4 cm (31¼ in × 31¼ in)
Location Museum of Modern Art, New York City[

Jeszcze jeden biały obraz – został rok temu sprzedany za 20 milionów dolarów: Robert Ryman (b. 1930), Bridge

Ciekawy, prawda?

No i wreszcie mój ulubiony – Jacek Mydlarski (1950-2020), gdański malarz bieli, przyjaciel. Kupiłam kiedyś, dawno temu dwa jego obrazy. Przyznaję, że nie za 20 milionów dolarów. Ale ponieważ nie miałam wtedy w ogóle pieniędzy, to może symbolicznie te zakupy są sobie równe.

Te dwa jego białe obrazy towarzyszyły najpierw mi, a potem mojemu siostrzeńcowi w wędrówkach po kilkunastu naszych mieszkaniach (jesteśmy nomadami). Artysta umarł niedawno, jego niezwykłe białe prace można obejrzeć online.

Obrazy bieli

Mity nasze powszednie (1) Ajtra

Obiecałam Konradowi, że napiszę mu co jakiś czas coś o jakimś micie greckim. Aby nie uznał, że pisząc będę wybierała coś, co dobrze znam, zaproponowałam, żeby podał mi losowy numer strony, szpaltę i lokalizację hasła w mojej ukochanej ongiś książce, czyli Małej Encyklopedii Kultury Antycznej (rok wydania 1968, właśnie zaczynałam studiować archeologię i przeczytałam ten leksykon dosłownie od deski do deski). Wybrał stronę 28, lewą szpaltę u góry. Wylosował Ajtrę, właściwie nawet dwie, obie interesujące, ale musiałam się zdecydować na jedną. Wybrałam pierwszą.

Ewa Maria Slaska

Była córką króla Trojzenu i matką Tezeusza, tyle wiemy na pewno.

Mit chce, by Tezeusz był, jak tylu innych bohaterów (i bohaterek) greckich opowieści, synem (córką) ziemianki i boga. Był więc herosem, podobnie jak Herakles, Jazon, Orfeusz, Orion, Perseusz. Herosi byli ludźmi i umierali tak jak ludzie, bogowie żyli wiecznie. Uważani byli jednak za lepszych ludzi i pośredników między światem bogów i ludzi. Herosi byli piękni, silni, dzielni, wędrowali po świecie, walcząc z bestiami, karząc zbrodniarzy i ratując dziewice z rąk czarnoksiężników i sprzed smoczych pysków. Dziewczęta urodzone w takich związkach były nadzwyczajnie wręcz piękne, co nie zawsze przynosiło im szczęście. Helena trojańska, najpiękniejsza kobieta na świecie, pierwszy raz została porwana, gdy miała lat 12, a porywaczem był… Tezeusz; jej bracia odbili ją z rąk Tezeusza, Helena wyszła za mąż za Menelaosa, króla Sparty, po czym porwał ją Parys i zabrał do Troi, a dalej już każdy wie, Grecy postanowili ją odebrać, rozpętała się wojna, nazwana potem trojańską, która trwała 10 lat, Grecy zwyciężyli, a Helena z mężem wróciła do Sparty, wciąż jeszcze młoda i nadzwyczajnie piękna.

Jeśli niemal nikt nie pamięta Ajtry, matki Tezeusza, sam bohater jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych bohaterów mitów greckich, a jego przygody powtarzają się do dziś niemal niezmienione w legendach o królu Arturze, bajkach o tym jak rycerz pokonuje smoka, wielu opowieściach SF i Fantasy. Klasycznym herosem jest więc sam Tezeusz, podobnie jak Lancelot, rywal i przyjaciel króla Artura, jak Wiedźmin, jak Aragon z opowieści o Władcy Pierścieni, liczni bohaterowie Gry o tron, oczywiście, Don Kichot, a nawet Benia Krzyk, menel i bohater, król odeskich bandziorów u Babla. Praktycznie rzecz biorąc każda wartka opowieść o kolejnych nie związanych ze sobą przygodach walecznych wojowników jest powtórzeniem greckiego mitu heroicznego.

Tezeusz wychowywał się z mamą i dziadkami w Argolidzie. Obaj domniemani ojcowie przespali się z Ajtrą (czyli Eteryczną, a zatem Jasną) tej samej nocy, dlatego nie-jasne jest, który z nich faktycznie spłodził Tezeusza. O świcie Posejdon obiecał Ajgeusowi wyłączne ojcostwo spodziewanego potomka, po czym udał się do swych boskich zadań (co często oznaczało wylegiwanie się na kanapach i popijanie nektaru z ambrozją), a Ajgeus podążył dalej ku swem właściwemu celowi, czyli Attyki, którą zjednoczył i ustanowił jej stolicą Ateny. Zanim jednak odpłynął, pozostawił synowi miecz i sandały. Ukrył je w świątyni i przycisnął głazem. Jeśli urodzi się syn, powiedział Egeusz do Ajtry, powiedz mu, że tu ukryłem dla niego insygnia władzy. Gdy dorośnie i będzie w stanie poruszyć ten głaz, znajdzie tu przedmioty, które ma zabrać i przypłynąć do Aten. Zostanie moim następcą, królem Attyki.

Miecz w kamieniu, Excalibur, to jeden ze starych symboli prawa do władzy, pierworodny syn nie zostaje władcą za nic, musi udowodnić, że ma dość mocy, by po tę władzę sięgnąć.

Interesujące jest to, że w mitologii greckiej w wyniku podwójnego stosunku, a zatem niepewnego ojcostwa, kobieta zazwyczaj rodziła bliźnięta, które mimo iż identyczne, miały jednak odmienną naturę – jeden dzieciak był bogiem, drugi – człowiekiem. Najsłynniejszą taką parą (a właściwie czwórką) są Kastor i Polideukes (Pollux), bracia dziewcząt bliźniaczek Heleny (trojańskiej) i Klitajmestry. Ich ojcami byli Zeus w postaci łabędzia i Tyndareos, mąż Ledy. Polideukes i Helena byli bogami, Kastor i Klitajmestra – śmiertelnikami. Polideukes tak kochał brata, że ubłagał ojca o zapewnienie mu nieśmiertelności. Zeus zgodził się, ale jak to zawsze się dzieje, gdy bogowie coś obiecują – była to zgoda dziwaczna i perfidna. Obaj mieli co dzień zmieniać przeznaczenie. Jednego dnia żyli jako ludzie na Ziemi, następnego przebywali jako bogowie w konstelacji Bliźniąt.

Heros miał do wykonania liczne zadania, które przyjęło się nazywać “prace”. Do prac Tezeusza należało zabicie Minotaura, które uczyniło go sławnym, ale wykonał też wiele innych prac: rozprawił się zwycięsko z ogromną świnią, straszliwym bykiem i trzema zbójami: Perifetesem, Skejronem i Prokrustem, zabił olbrzyma Sinisa i pokonał w zapasach siłacza Mickuna oraz stoczył zwycięską walkę z Centaurami.

Jako archeolożka dodam, że herosi wędrowali po świecie starożytnym na historycznej granicy między kulturą minojską a mykeńską, czyli mniej więcej w XIV wieku przed naszą erą. Tezeusz był przedstawicielem najeźdźców i reprezentował kulturę achajską (mykeńską), a jego słynna wyprawa na Kretę jest opisem zwycięstwa dzielnych i surowych Achajów nad zniewieściałymi mieszkańcami greckich wysp. Jeszcze niedawno Grecy byli poddanymi króla Minosa i co rok musieli mu wysyłać daninę w postaci siedmiu dziewcząt i siedmiu chłopaków, których rzucano na pożarcie Minotaurowi. Młodych ludzi losowano i zazwyczaj siłą wydzierano rodzinom. Tezeusz zgłosił się dobrowolnie z zamiarem pokonania potwora i uwolnienia Attyki od okrutnej daniny.

Minotaur (byk minojski) był pół bykiem i pół człowiekiem. Byki są nieodłącznym elementem składowym kultury minojskiej. Matką króla Minosa była fenicka księżniczka, Europa, którą Zeus pod postacią białego byka porwał, przepłynął z nią z Azji Mniejszej przez morze na Kretę, gdzie spłodził z nią trzech synów. Minos zatem, sam zrodzony z śmiertelniczki i boga w postaci byka, musiał pogodzić się z szaleństwem swej żony, Pazyfae, bez pamięci zakochanej w byku i cierpieć na stałe obecność jej zwyrodniałego potomka, który miał ludzką postać i głowę byka, a obdarzony był nadludzką siłą. Byk ojciec, byk mąż, byk syn.

Można by wzruszyć ramionami i powiedzieć, cóż za bzdura, nawet jeśli zdarza się, że zwierzęta i ludzie uprawiają seks, nigdy nie doczekają się żadnych potomków. Oczywiście na poziomie racjonalnym sceptycy mają rację. Przez wiele stuleci tłumaczyło się te wcale nierzadkie greckie mity o seksie bogów, ludzi, zwierząt, a nawet roślin, zwłaszcza drzew albo myśleniem życzeniowym (Pazyfae zapatrzyła się na byka, ale seks uprawiała z człowiekiem), albo metaforycznym (a więc Pazyfae zakochała się nie w byku, lecz w umięśnionym, silnym i pełnym wigoru mężczyźnie), albo symbolicznym (wyrafinowana kultura ulega zwierzęcej sile barbarzyńców). Ale (pisałam o tym TU) jest też inna możliwość: nie jesteśmy pierwszą wysoko rozwiniętą cywilizacją na Ziemi. Przed nami była jeszcze co najmniej jedna (albo wiele) i ich eksperymenty doprowadziły do upadku ich cywilizacji, pozostawiając nam w dziedzictwie wyprodukowane przez siebie potwory. My właśnie doszliśmy po raz drugi (albo kolejny) do etapu produkcji potworów. Zaczęło się od sklonowanej owieczki Dolly, ale poszło dalej. W środę, 02 kwietnia 2008 roku w prasie znalazła się następująca wzmianka: “Forscher schaffen Hybrid-Embryo aus Mensch und Kuh. Britische Wissenschaftler haben zum ersten Mal Embryonen aus menschlichem Erbgut und Eizellen von Tieren geschaffen. So wollen sie embryonale Stammzellen herstellen – ohne ethische Bedenken.” Napisałam o tym na blogu, a mój komentarz brzmiał: właśnie wyprodukowaliśmy Minotaura!

Tezeusz z pomocą córki Minosa, Ariadny, pokonał Minotaura, co historycznie oznaczało, że Grecja achajska strząsnęła jarzmo minojskie, choć z upływem lat coraz bardziej się upodabniała do swej poprzedniczki. Ale, jak mawiał Kipling, to już zupełnie inna historia.

Gdy Tezeusz wracając z Krety zapomniał zmienić żagle z czarnych na białe, Ajgeus przekonany, że misja syna się nie powiodła, zabił się, skacząc w odmęty morza, które odtąd zwane jest jego imieniem: Morze Egejskie. Co ciekawe Ajgeus – Egeusz dał też drugą nazwę kulturze greckich wysp, nazywa się ją bowiem nie tylko minojską od króla Minosa, ale również egejską, co oznacza po prostu kulturę wysp na Morzu Egejskim. Tym niemniej zabawne jest pomyśleć, że obaj ojcowie niedobranej pary kochanków, jakimi zostali Tezeusz i Ariadna, dali imię kulturze, którą Minos doprowadził do rozkwitu, a syn Egeusza zniszczył.

Na zakończenie luźnych skojarzeń, jakie wywołało we mnie imię Ajtra, muszę jeszcze napisać o sprawach Tezeusza z kobietami. Zaczęło się od tego, że możliwość zabicia Minotaura, którego ojciec trzymał w  Labiryncie i wydostania się z matni nasz heros zawdzięczał Ariadnie, córce Minosa. Dziewczyna zakochała się w obcym pięknym jak bóg chłopaku i zdradziła mu tajemnicę Labiryntu. Dedal, budowniczy więzienia, przed ucieczką z Krety (uciekał na skrzydłach) powiedział jej, że ktoś, kto wchodzi do labiryntu ma przywiązać jeden koniec kłębka nici do progu drzwi i rzucić kłębek przed siebie, a ten potoczy się do miejsca gdzie mieszka Minotaur. Uciekając z Krety Tezeusz zabrał Ariadnę ze sobą, porzucił ją jednak, samotną, na wyspie Naksos. Po powrocie do Aten i śmierci ojca Tezeusz został królem. Prowadził rozliczne wojny w tym z Amazonkami. Poślubił królową Amazonek, Antiope. Ich syn – Hippolytos (Hipolit) stał się jako młody chłopak obiektem namiętności kolejnej żony Tezeusza – Fedry. Odtrącona Fedra popełniła samobójstwo, oskarżając Hipolita o molestowanie. Tezeusz wygnał syna i dopiero po jego śmierci poznał prawdę. Wreszcie jako dość wiekowy mężczyzna porwał słynną już wtedy z urody dwunastoletnią Helenę, córkę Ledy i Zeusa, której jednak ze względu na jej wiek nie poślubił. Zachodzi więc pytanie, po co ją zatem porywał.
Wszystkie te historie są dość wątpliwe moralnie.

Zakończenie. Ten wpis mógłby być znacznie dłuższy, mógłby stać się rozdziałem książki, książką, albo księgą. Każde napisane tu zdanie można by było rozwinąć i poprowadzić opowieść w inną stronę, do Racine’a, Prousta, Einsteina, Bachusa, iluminatów, argonautów, wojny trojańskiej, Odyseusza, zabicia Ifigenii, patriarchatu, feminizmu, Freuda, Erynii, Klitajmestry, sztuki pamięci, Ericha von Dänikena, labiryntu, Borgesa… Gdzieś jednak trzeba się było zatrzymać.
Jeśli ktoś ma ochotę też coś napisać o mitologii, serdecznie zapraszam.