Rasputica (z ros. распу́тица, ukr. бездоріжжя ’bezdroża’) – okres w roku, podczas którego drogi gruntowe w Rosji, na Białorusi i na Ukrainie stają się nieprzejezdne lub bardzo trudno przejezdne.
Rasputica jest spowodowana intensywnymi opadami deszczu lub wiosennymi roztopami. Wyróżnia się jej dwa rodzaje: jesienną i wiosenną. „Rasputica jesienna spowodowana jest intensywnymi opadami deszczu i kończy się z pierwszymi mrozami, kiedy wilgotna ziemia zamarza do głębokości jednego metra. Podczas roztopów następuje rasputica wiosenna, groźniejsza z powodu wody uwięzionej w glebie w postaci lodu”. Jesienią rozpoczyna się ona zazwyczaj w połowie października i trwa do końca pierwszej połowy listopada.
Rasputica od wieków znacząco wpływa na szybkość poruszania się oddziałów wojskowych. Odegrała ona kluczową rolę w pokonaniu inwazji mongolskiej, zatrzymała wyprawę Napoleona Bonaparte na Moskwę – szczególnie jesienna, która w znacznym stopniu spowolniła odwrót Wielkiej Armii, wpłynęła na postępy Niemiec podczas II wojny światowej – zahamowała posuwanie się Wehrmachtu i zablokowała niemieckie szlaki logistyczne.
Wehrmacht nie był przygotowany na takie warunki pogodowe, niemieckie czołgi i ciężarówki grzęzły w błocie, podczas gdy pojazdy sowieckie były dostosowane świetnie dostosowane – czołgi posiadały szerokie gąsienice.
Wozy konne Wehrmachtu
***
Putin, Rasputin, rasputica – wszystkie trzy wyrazy mają ten sam rdzeń: put’ – droga. Nigdy o tym przedtem nie pomyślałam, że Putin i Rasputin w jednym stoją domu. Albo raczej – jedną idą drogą.
O ile rasputica nie pojawia się w googlu razem z oboma samozwańczymi okrutnymi carami Rosji, o tyle tych dwóch, bez zwracania jednak uwagi na podobieństwo nazwisk, dziennikarze czasemłączą ze sobą. Podobno zresztą Rasputin to nie tyle rasputnik, człowiek na bezdrożu, ile rozpustnik, być może w znaczeniu “ten, który zszedł z (dobrej) drogi”.
Amerykanin, Douglas Smith, autor książki o Rasputinie, twierdzi, że Rasputin, Stalin i Putin reprezentują tę samą linię w historii Rosjii – samotnego, nawiedzonego dyktatora.
Autor sugeruje nawet, że kult, jaki młodzi ludzie w Rosji mają dla Nawalnego, jest niebezpieczny, bo ustawia przywódcę w długim szeregu samotnych charyzmatycznych zbawców narodu. Tych, którzy obiecują przywrócić Rosji dumę, godność i wielkość. Poprowadzić ją na dobrą drogę.
Hollywood, czyli ciąg dalszy wpisu o Animalsach, Tuwimie i komunikacji międzypokoleniowej
Kiedyś znalazłam w parku gałązkę ostrokrzewu z jagodami.
Dałam ją człowiekowi z pokolenia Z i powiedziałam, to ostrokrzew, czyli holly, magiczny krzew bożonarodzeniowy. W Anglii zdobi się nim domy w okresie adwentu i świąt. Rośnie na wzgórzach wokół Los Angeles i dlatego…
…dlatego Hollywood nazwa się Holly-Wood, czyli gaj ostrokrzewów. Kilka dni później zobaczyliśmy w królewskim parku żywopłot z ostrokrzewów, już taki odświętny, z czerwonymi jagodami.
“Sprawdzam”, powiedział pan Z, który nigdy przedtem nie widział ostrokrzewu i nie słyszał o jego magicznej mocy. Krzak mu się spodobał, ale, wiadomo, sprawdzać trzeba zawsze i wszystko, nawet gdybyśmy całą mocą byli przekonani, że wiemy dobrze i że to na pewno Słowacki napisał Pana Tadeusza (a napisał! przynajmniej kawałek).
Sprawdzaliśmy oboje i sprawdzanie dało następujące wyniki:
Tę odpowiedź ja znalazłam jako pierwszą i pokrywa się ona z tym, co wiedziałam “od zawsze”.
2/ Zetowiec znajduje jednak natychmiast inne wyjaśnienie: TU.
A w nim taką oto historię:
It is thought that masses of this native shrub growing on the hills above Hollywood gave the community its name.This idea of floral origins for Hollywood is romantic. It’s also not true. Hollywood got its name for a much more mundane reason: someone wealthy liked the sound of it.
In 1886, Harvey Henderson Wilcox, a rich prohibitionist from Kansas, and his wife, Daeida, purchased 120 acres of apricot and fig groves near the Cahuenga Pass at $150 an acre. Harvey, an inveterate businessman, realized he could make a lot of money by subdividing the land and selling the lots for $1,000 a pop. And so the Wilcox subdivision, as Hollywood was then known, was born.
A year later, on a train journey back to Ohio, Daeida Wilcox befriended a fellow wealthy traveler who just happened to own a fine estate in Illinois. Its name was Hollywood. Daeida was so taken with the name that upon her return to California, she encouraged Harvey to apply the name to their property. On February 1, 1887, the name was immortalized when Harvey filed a subdivision map to the Los Angeles County recorder’s office, with the name “Hollywood.”
Czyli 1:1.
3/ Ale jest jeszcze historia, która łączy obie wersje: TU
Legend has it that early residents of SoCal were so inspired by a lovely holly-like bush that they were inspired to call their new digs Hollywood. The shrub that captured their imagination was the toyon, which is amazing to see this time of year.
In fact, the name Hollywood was coined by H. J. Whitley, the “Father of Hollywood.” Whitely bought 500 acres from E. C. Hurd; Hurd’s wife’s friend (stay with me here), Daeida Wilcox, co-opted the name “Hollywood” from her neighbor, Ivar Weid, who lived in what was then called Holly Canyon.
Did Ivar come up with the name Hollywood because of the toyon? Perhaps. But who wouldn’t be inspired by the beauty of the toyon?
Heteromeles arbutifolia – or, as it is commonly known, Christmas Berry or California Holly – grows in the Santa Monica Mountains and is very easy to cultivate, needing full sun and only occasional water. The plant can grow 6 to 18 feet tall. White flowers in summer yield to red berries in fall and winter. Clipped branches are great to include in floral centerpieces.
In the 1920s, collecting toyon branches for Christmas became so popular in Los Angeles that the State of California passed a law forbidding collecting on public land or on any land not owned by the person picking the plant without the landowner’s written permission (CA Penal Code § 384a).
Whether Hollywood was named in honor of this “California Holly” or not, the well-adapted toyon makes a wonderful addition to any garden.
Powiedziałabym nawet, że Willcox, Whitley i pani Daeida, przejęli nazwę od pana, który nazwał swoją posiadłość na cześć krzaka o białych kwiatach wiosną i czerwonych jagodach jesienią. Czyli jednak nazwa jest od rośliny.
Czyli 1,5 : 1,5. Tak plus minus.
I jak już obliczam procenty wygranej, które należą mi się jako optantce nazwy miejscowości od krzewu, Sieć sama z siebie podsuwa jeszcze jedno wyjaśnienie:
4/ TU – nazwa pochodzi od irlandzkiego klasztoru z XII wieku. To tam rósł ostrokrzew. Nazwa od rośliny.
Według pamiętnika H.J. Whitleya, znanego później jako „ojciec Hollywoodu”, prawdopodobnie podczas jego podróży poślubnej w 1886 roku stanął na szczycie wzgórza z widokiem na dolinę. Wtedy nadjechał Chińczyk wozem do przewozu drewna. Mężczyzna wysiadł z wozu i ukłonił się. Whitley zapytał Chińczyka co robi, na co tamten odpowiedział: ‘I holly-wood’, czyli ‘I am hauling wood’ (wiozę drewno). H.J. Whitley postanowił nadać swojemu miastu nazwę Hollywood. Pierwszy człon nazwy, Holly, miał nawiązywać do Anglii zaś drugi człon nazwy, wood (drewno), odnosił się do szkockiego pochodzenia Whitleya.
A więc nazwa od zwożenia drewna, a żona i krzak znikają z opowiastki.
Czyli
1,5 : 1,5-1-1 (1,5 : 3,5)
Widzicie, moi drodzy? Sieć po prostu staje na głowie, byle tylko udowodnić, że Osoba Starej Daty nie ma racji, a pokolenie Z wygrywa potrójnie. Nieważne, która historia jest prawdziwa. Mogą sobie przeczyć lub być bzdurne. Ważne jest tylko to, żeby zostało udowodnione, że to, co MY wiedzieliśmy, jest nieaktualne, nieważne i do chrzanu.
Chciałabym móc powiedzieć, że więcej nie będę próbować. Tak by było najlepiej.
Problem polega jednak na tym, że ja wciąż mam odruch, że jak coś widzę, to dzielę się z otoczeniem tym, co wiem o tym, co widzę. Cały ten blog jest takim dzieleniem się. Automatyzm tego odruchu prowadzi mnie automatycznie w kolejne klincze z pokoleniem Z.
Nie wystarczy przyrzec sobie, że więcej nie będę. Trzeba iść na odwyk.
Oko trę czyli ciąg dalszy wpisu o Animalsach (i komunikacji międzypokoleniowej)
Ewa Maria Slaska
W poprzednim wpisie udowodniłam, że przedstawiciele pokolenia Z mają rację, gdy sprawdzają wszystko, co do nich mówimy. Bo my, nawet jak myślimy, że wiemy lepiej, bo przy tym byliśmy, a oni się mieli urodzić dopiero za pół wieku, to jednak okazuje się, że sprawdzając nas w Sieci, Zetowcy wiedzą lepiej, jak było. My mamy dziury w pamięci, pamiętamy niedokładnie, o wielu rzeczach zapomnieliśmy, wiele dokleiliśmy, część została przez nas zracjonalizowana, czasem bo chcemy coś ukryć, eksponując coś innego, ale czasem po to, by chaotycznym fragmentom życia nadać pozór ładu. I wtedy rajstopy, które mi przywiózł z zagranicy ojciec, mini spódniczki, które dostałam od ciotki w Londynie i koncert Animalsów, choć dzieli je kilka lat, sklejają się, tworząc spójny obraz młodej dziewczyny, nadążającej za epoką. A ja nie nadążałam za epoką i miałam z tego powodu mnóstwo kompleksów.
(Nota bene, teraz też nie nadążam.)
Jednocześnie jednak we wpisie o Animalsach udowodniłam coś dokładnie przeciwnego. Przedstawiciele pokolenia Z nie mają racji, gdy myślą, że skoro sprawdzają wszystko, co do nich mówimy, to wiedzą lepiej. Bo jednak nie wiedzą. Bo jednak to my byliśmy na koncercie Animalsów w Hali Stoczni Gdańskiej a nie oni. Hali Stoczni już nie ma, Stoczni też już nie ma. O tym, jak było, piszą w Sieci ludzie młodsi od nas. Piszą to, co im się wydaje, ale sprzedają to jak to, jak było. Np, że znaliśmy angielski. Nie znaliśmy. Albo, że byliśmy super ubrani – nie byliśmy.
Mimo to przegrywamy. Czasem słusznie, czasem niesłusznie, ale zawsze. Jesteś z innego pokolenia, więc nie wiesz.
Rozmowy z osobami z pokolenia Z przypominają mi grę w pokera. Ja coś mówię, a Słuchacz mówi “Sprawdzam”.
Jedną z najgorszych porażek, jakich doświadczyłam w tym pokerze, była sprawa wierszyka, który na swój użytek nazywam oko trę.
Wierszyk ten pojawia się od czasu do czasu w sieci, po czym znika, aż ktoś sobie o nim znowu przypomni. Gdy kiedyś chciałam go pokazać Zetowcowi, nie mogłam go znaleźć, po czym zapomnieliśmy o sprawie na wiele miesięcy. Ostatnio ktoś go znowu przypomniał na Facebooku, niewiele myśląc, skopiowałam go, wysłałam do rozmówcy i napisałam króciutkie wyjaśnienie, że szukałam, że dawno, że znalazłam, że śmieszne.
My, ludzie starej daty, jesteśmy beznadziejni, brak nam jakiegokolwiek poczucia, że WSZYSTKO PODLEGA KONTROLI! WSZYSTKO I OD RAZU! Wobec tego nawet nie przyszło mi do głowy, żeby wysyłając taki żarcik, sprawdzić go i filologicznie, i w zakresie autorstwa.
Gdybym sama stwierdziła, że żarcik jest nieprawdziwy, NIE powinna bym była była go wysyłać.
Nie skontrolowałam prawdziwości tego żartu, wysłałam bezmyślnie i jeszcze próbowałam się stawiać, że wiem, że zawsze, że pamiętam… Zgodnie z zasadą Never Give Up długo się opierałam, posługując się jako główną bronią pytaniem, dlaczego to, co Zetowcy znajdują w sieci jest bardziej miarodajne, niż to, co znajdzie tamże osoba Starej Daty? I jak myślicie dlaczego? Bo oni mają rację!
No i stało się, usłyszałam słowo: “Sprawdzam”.
Co gorsza, jak zostałam sprawdzona, to przegrałam. Wierszyka nie napisał Tuwim tylko niejaki Jaworski, a Tuwim to tylko zacytował w książce o żartach językowych – Pegaz dęba na stronie 300. To porażka numer jeden. Porażka numer dwa – a tak, bo jest jeszcze porażka numer dwa: wiersz w wersji francuskiej nic nie znaczy, a napisany jest tylko po części po francusku, a po części za pomocą różnych francuskopodobnych neologizmów.
Mea culpa.
Przypomniałam sobie początki pobytu w Niemczech. Byłam wówczas dość często zapraszana do różnych instytucji niemieckich, gdzie wygłaszałam wykłady na temat sytuacji Polek. Mur jeszcze stał w najlepsze, opowiadałam historie zza Muru, co do których można było może podejrzewać, że są zmyślone. Pewnie świadomie nikt tego nie zakładał, ale podświadomość nieodmiennie skłaniała dyskutantów (Niemki i Niemców) do wygłoszenia w dyskusji po wykładzie pewnego statementu. Brzmiał on: “pani Slaska ma rację”. Zawsze oddychałam wtedy z ulgą, no bo cóż ja bym, biedactwo, zrobiła, gdyby zgłosił się jakiś dyskutant i powiedział: “pani Slaska nie ma racji”. Niemiec z Niemiec potwierdzał swoim autorytetem, że Polka z Polski opowiedziała prawdę o tym, jak się żyje Polkom w Polsce.
Niestety te piękne czasy się skończyły. Z reguły nie ma koło mnie nikogo, kto potwierdzi, że ja, Osoba Starej Daty, wiem, co mówię o Czasach Starej Daty. A autorytet Internetu zawsze staje po stronie Oponenta.
No cóż. Amicus Plato sed magis amica Veritas. A co to znaczy, możecie sprawdzić TU. Musiałam przyznać, że Sieć mnie pobiła.
W sprawie Animalsów mnie pobiła (nie znałam nawet daty koncertów) i w sprawie Tuwima (bo to naprawdę nie on).
Była jeszcze trzecia próba, a opowiem o niej za tydzień.
(Powiedzmy, że ja, ale to chyba głos pokolenia) Ewa Maria Slaska
Na początek przypomnę, że naukowcy, którzy patrzą na nas jak na szczury w labiryncie, podzielili nas na pokolenia. Już o tym pisałam. Chcę tu opowiedzieć o moich rozmowach. Jestem osobą z pokolenia Wyżu Demograficznego (Baby Boomers), a rozmawiam z przedstawicielem Pokolenia Z. Zetowcy są już dorośli, studiują, pracują, w Polsce pozakładali już rodziny.
Ale są wciąż jeszcze młodzi, a niektórzy, zwłaszcza ci, którym wiek odliczają lata nowego tysiąclecia, są wręcz obłędnie młodzi. Gdy millenialsi już ćwierć stulecia temu mówili do nas, “nie mam z tobą o czym rozmawiać, jestem z epoki komputerów, a ty w dzieciństwie pluskałeś się w wannie z gumową kaczuszką”, myśleliśmy sobie, że guys dodają sobie wagi i nadymają się ponad normę. Pokolenie Z wcale tego nie mówi, bo już nie ma o czym mówić. Choćbyśmy się nie wiem jak starali, my, którzy spaliśmy z misiem i kąpaliśmy się z kaczuszką, nie mamy im nic do powiedzenia.
Z założenia zadecydowali, że zanegują nasze znawstwo i zasób zebranej przez nas wiedzy. (Chciałam całe to zdanie napisać ze słów “na zet”, ale poległam.) Wszystko, co mówimy, nawet, jeśli jest to ciekawe, podlega natychmniastowej kontroli. To nie brak zaufania do nas, a w każdym razie nie tylko. Wiedza pochodzi z sieci. To jest FAKT.
Do niedawna myślałam że naszym atutem w rozmowie pokoleń jest nasza własna pamięć, nasze osobiste wspomnienie o tym, jak było. Jak na przykład było w PRL-u, jak wyglądała gra w kapsle, a jak koncert Animalsów w Stoczni Gdańskiej. Ale jeśli nie mamy zdjęcia tego, jak było na koncercie Animalsów, to jak możemy udowodnić, że tam byliśmy? A dalej to już w ogóle kompletna porażka. O której był koncert? Czy tramwaj dojeżdżał pod samą halę? Jaki był numer tramwaju? Ile osób było na widowni? Co grali Animalsi?
I jaka jest moja odpowiedź? Było super, było głośno, byłam młoda. NIE MAM NIC PONAD TO DO POWIEDZENIA. Miałam 16 lat, 2 miesiące, 10 dni. I ten dziesiąty dzień zaważył na moim życiu.
Więc proszę, co zatem Zetowiec znajdzie w sieci. Koncert odbył się 12 listopada 1965 roku. Piątek. To była setlist:
Patrzę i oczom nie wierzę. Grali pięć piosenek, w tym dwa covery! Pięć?! Nic nie pamiętam.
Dziury w pamięci, dziury w faktach.
Nagle olśniewa mnie, że nie, że żadna setlist z sieci nie udowodni mi, że było tak, a nie inaczej. Animalsi grali Dom Wschodzącego Słońca. Grali na pewno. Pamiętam, mimo że miałam wtedy 16 lat, a teraz mam, ile mam.
Niektóre źródła w sieci twierdzą, że koncert odbył się 14 listopada. Ale sieć i tak przypomina przede wszystkim koncert Animalsów w Trójmieście 7 lipca 2002 roku, który zdaniem fanów był oszukany, bo z całego dawnego zespołu do Gdańska przyjechał tylko preksusista John Steel. A to już jest problem z cyklu tytułowego, nazwanego przeze mnie Muchą Kierkegaarda. Czy jeśli w zespole gra jeszcze jeden (ale tylko jeden) z dawnych muzyków, to jest to wciąż tamten kultowy zespół?
Uważam, że nie i wiem, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia przeżyłam w Berlinie mnóstwo koncertów zespołów, które na to miano wcale nie zasługiwały. Polskich i nie polskich. Lombard bez Małgorzaty Ostrowskiej, Czerwone Gitary bez Seweryna Krajewskiego i Krzysztofa Klenczona. Z nie polskich przypomnę choćby berliński koncert Madre Deus bez Teresy Salgueiro.
Sieć opowiada to, co opowiada. Koncert Animalsów w Gdańsku odbył się 12 listopada, w Krakowie – 14, w Warszawie 16. Animalsi nie pojechali potem do Pragi, jak to wynika z filmu o Nico, tylko wrócili do Ameryki.
Nie byliśmy ubrani jak odjechane nastolaty, mieliśmy na sobie to, co mogliśmy mieć. Dziewczyny spódniczkę i bluzeczkę, chłopaki – spodnie, koszulę, marynarkę. Dlatego mogli w trakcie koncertu kręcić tymi marynarkami nad głową.
No i najważniejsze: jako słuchacze nie byliśmi porażeni i zgorszeni tekstami Animalsów, a zwłaszcza Domem Wschodzącego Słońca, bo po pierwsze akustyka była koszmarna, a myśmy się darli, więc niczego nie można było zrozumieć. A po drugie nie znaliśmy angielskiego i dopiero PO koncercie Animalsów, a zwłaszcza potem Rolling Stonsów, zaczęliśmy się tego angielskiego uczyć. Zresztą jeśli to nie jest recital solo osoby, która ma piękną dykcję, jak Ewa Demarczyk, do dziś niewiele albo nic nie rozumiemy z tego, co się śpiewa na scenie.
Ale jedno trzeba przyznać – dzięki Sieci, jeśli dziś chcemy na widowni śpiewać z artystami, którzy są na scenie, to możemy. I wtedy cała sala śpiewa z nami.
I to jest w Sieci piękne.
Konkluzja: No ale jednak przegrałam z Siecią. Nie pamiętałam przecież ani dnia, ani godziny, ani nawet roku.
Zdjęcie przysłał Mietek Węglewicz z okazji Dnia Kota.
Ja wiem, Wy myślicie, że Dzień Kota jest kiedy indziej, bo tak Wam media społecznościowe namąciły w głowach, ale zaprawdę, zaprawdę powiadamy Wam, Mietek i ja, że jedyny słuszny Dzień Kota jest 17 lutego. I jeśli mi nie wierzycie, to uwierzcie Wikipedii:
Światowy (Międzynarodowy) Dzień Kota (World Cat Day, National Cat-Day, International Cat Day, Giornata mondiale del gatto) – święto obchodzone corocznie 17 lutego we Włoszech (od 1990) i w Polsce (od 2006), mające podkreślić znaczenie kotów w życiu człowieka, niesienie pomocy wolno żyjącym i bezdomnym zwierzętom, które miały kiedyś dom, ale go straciły, a także uwrażliwienie ludzi na trudny koci los.
W Polsce Światowy Dzień Kota obchodziliśmy po raz pierwszy 19 lutego 2006 roku z inicjatywy Miesięczników Kot i Cat Club Łódź.
Wojciech Albert Kurkowski, pomysłodawca obchodów tego święta, propaguje akcje pomocy bezdomnym kotom pod hasłem „Rasowce – dachowcom”, podczas której kluby felinologiczne zrzeszone w Felis Polonia zbierają dary na rzecz pomocy bezdomnym zwierzętom.
Cecilia Beaux, Portret mężczyzny z kotkiem (Henry Sturgis Trinker), 1898Konrad Krzyżanowski, Portret żony Michaliny z kotem, 1911
W 2010 roku Fundacja Viva! oraz program Mój Pies i inne zwierzęta w TVP Warszawa przyjęły patronat nad Światowym Dniem Kota. W Centrum Targowo-Kongresowym MT Polska Stowarzyszenie Miłośników Kotów Rasowych Jedynka zorganizowano wystawę kotów rasowych. Towarzyszyła jej akcja pomocy dla kotów bezdomnych i wolno żyjących, dla których zima jest trudnym okresem do przetrwania. Do obchodów Dnia Kota włączyło się wydawnictwo MULTICO.
W akcji biorą również udział schroniska dla bezdomnych zwierząt oraz organizacje pro zwierzęce.
Na świecie
Japonia – 22 lutego
Rosja – 1 marca
Stany Zjednoczone – 29 października
Wielka Brytania – 8 sierpnia
Włochy – Dzień Czarnego Kota (od 2007) – 17 listopada
Krzysztof Iwin, Babcia i kot, Andrew Weyth, Christina’s bedroom & Cat on the window, Ryszard Chmiel (który właśnie umarł – R.i.P.)
W sieci jest dużo zbiórek na bezdomne koty, ja udostępniam zbiórkę organizacji kotłownia.pl, bo podoba mi się nazwa Kot(łownia): pomagam.pl/fundacjasilesia, podobnie jak lubię wyraz łos-kot, no wiecie ten z pioseneczki z Zemsty: Kot, kot, pani matko, kot, kot, narobił mi w pokoiku łoskot!
Jest jeszcze stukot, pokot, bełkot, blekot, hurkot a także Szkot i Don Kichot 🙂
Dziś jedno z jej kilkudziesięciu świąt, jakie się obchodzi – wspomnienie Matki Boskiej, która objawiła się małej Bernadetcie w grocie w Lourdes na południu Francji, w pobliżu granicy z Hiszpanią. Uczyniła to kilkanaście razy pomiędzy 11 lutego a 16 lipca 1858 roku.
Bernadetta była pasterką. Miała wtedy 14 lat. To delikatny wiek. Różności się marzą. Piękna dama w białej sukni, przepasana niebieską szarfą.
Tak naprawdę Matka Boska jest ok, jest w końcu jedną z niewielu kobiet w boskim panteonie starych brodatych facetów. Jest znacznie ważniejsza niż “zwykła” święta. Urodziła Boga. Mogłaby być naszą, kobiecą orędowniczką i patronką. Nie jest. Szkoda. W przeciwieństwie do Ewy, która się sprzeciwiła i Bogu, i mężowi, Maria potulnie się na wszystko zgadzała. Otom ja, służebnica Pańska.
Berthold Furthmeyr (1478-1489), Psałterz z Salzburga
Szkoda też, że polityka tak nią sobie wyciera pyski i łapy. To nie jej wina, ale przez to stała się współcześnie, jak wszyscy i wszystko, materiałem na mema. I nie jest to nawet szarganie świętości, raczej tylko pobłażliwe jej prześmiewanie.
O memach była tu już mowa. Konrad o nich napisał (koniecznie przeczytajcie, są tam bardzo ważne informacje), a ja przez kilka odcinków pokazywałam tu różne ciekawskie memy, Monę Lisę, van Gogha, śniadanie na trawie. Teraz przyszła kolej na nią, Matkę Boską Królową Polski.
Ta była chyba najważniejsza. Matka Boska Tęczochowska, skomponowana przez Elżbietę Podleśną.
Podleśna (ur. 1968) – polska psycholożka, psychoterapeutka, działaczka społeczna oraz aktywistka na rzecz praw człowieka; autorka przeróbki obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w tęczowej aureoli, za co została zatrzymana przez policję i oskarżona o obrazę uczuć religijnych. Matka Boska w Tęczowej Aureoli została umieszczona w kwietniu 2019 roku w Płocku – był to protest przeciwko kościelnej wystawie z okazji Wielkanocy, w której LGBT i gender przedstawione zostały jako grzechy.
Wikipedia pisze, że 13 stycznia 2021 odbyła się w Płocku rozprawa Elżbiety Podleśnej i dwóch innych aktywistek. 2 marca 2021 roku wszystkie trzy zostały uniewinnione. Sąd uznał, że kobiety nie miały zamiaru nikogo obrazić, a jedynie zwracały uwagę na dyskryminację osób LGBT. Ich protest mieści się, zdaniem sądu, w granicach wolności słowa. Sąd podkreślił, że osoby nieheteronormatywne mają swoje miejsce w Kościele. Sędzia przywołała też listy katolików, którzy pisali, że nie czują się obrażeni przez połączenie wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej i tęczy.
Potem Marta Frey dodała jej do towarzystwa Matkę Boską od Czarnej Parasolki.
Jest Królową Polski i można powiedzieć, że ma pełne ręce roboty. Ciągle jej ktoś coś zawierza. Najdziwaczniejsze było zawierzenie jej w listopadzie 2021 roku zatruwającej środowisko kopalni Turów na granicy polsko-czeskiej. Z kolei 3 lutego 2022 roku marszałka Sejmu RP, Elżbieta Witek podczas pielgrzymki do Częstochowy zawierzyła opiece NMP sejm polski.
Na pociechę powiem, że nadal ostały się przyjemne wizerunki Maryi Królowej Polski. Przed Bożym Narodzeniem dość często przypomina się, że Matka Boska z Dzieciątkiem jest chrześcijańską wersją wizerunku Izydy piastującej Horusa.
Domena publiczna
2 lutego, w święto Matki Boskiej Gromnicznej facebookowicze przypomnieli, że jest to Matka Boska z Wilkami, czyli starożytna bogini, Pani Zwierząt; też o tym TU pisałam kilka lat temu.
A ostatnio znalazłam na Facebooku Matkę Boską, słynną pisarkę 🙂
PS, wiemy oczywiście, że tu chodzi o Boska, a Polską rządzi jego matka.
Tydzień temu zaprezentowałam Wam, kochanx Czytelnix, żarcik Konrada na temat berlińskiej zapowiedzi, że na stację wjechało metro i można wsiadać. Słychać wtedy cichy głos z głośnika, który mówi Einsteigen,bitte, proszę wsiadać. Ponieważ głos nie jest zbyt donośny, a na pewno, jak to w Berlinie, dykcja osoby mówiącej pozostawia co nieco do życzenia, cudzoziemcy i dzieci często słyszą tę zapowiedź jako “Einstein bitte”.
Oczywiście, “Einstein jaki jest, każdy wie”, ale pomyślałam, że może jednak napiszę tu o nim parę słów.
Gdy wpisuję słowa do wyszukiwarki – Einstein, Berlin – znajduję dziesiątki wpisów o kawiarniach z sieci Einstein. Trzeba dodać imię Albert, żeby Google przypomniał sobie, że był kiedyś taki człowiek, który mieszkał tu przez 19 lat, od 1914 do 1933 roku. Trochę to dziwne, bo jednak jest w Berlinie Nabrzeże Einsteina, są Podwórka Einsteina, jest jego dom z tablicą pamiątkową i, ale to już poza Berlinem, w miejscowości zwanej Caputh, letni dom.
Einsteinhöfe (Podwórka Einsteina) w Berlinie na Einsteinufer (Nabrzeżu Einsteina)
Einstein! Był ulubioną postacią w przedwojennym Berlinie, gdzie cieszył się zarówno sławą geniusza, jak i profesora dziwaka. Chodził potargany, grał chętnie ale fatalnie na skrzypcach, witał gości na bosaka. Tak właśnie zwykły człowiek wyobraża sobie szalonego profesora.
Albert Einstein w biurze na Uniwersytecie w Berlinie. Public domain image.
Urodził się w Niemczech 14 marca 1879 roku, umarł 18 kwietnia 1955 roku w USA. Studiował w Zurychu. W roku 1905 opublikował pierwszą wersję Teorię względności. Do Berlina przyjechał w 1914 roku na zaproszenie Maxa Plancka. Pracował w Akademii Nauk i na Uniwersytecie Berlińskim, był kierownikiem Instytutu Fizyki. Dzięki obserwacjom, jakich dokonał podczas całkowitego zaćmienia słońca w roku 1919, uzupełnił i rozszerzył Teorię względności. Był już w tym momencie największą światową sławą, nie tylko w zakresie nauk ścisłych. Był sławą jako on sam, Albert Einstein. W roku 1921 otrzymał nagrodę Nobla.
Był słynnym kobieciarzem, jego obie żony bardzo cierpiały z tego powodu. Z pierwszą żoną, Milewą miał troje dzieci, dwóch synów i córkę, która albo umarła, albo została oddana do adopcji, w każdym razie jej ślad zaginął. Wkrótce po przyjeździe do Berlina zaczął romans ze swoją kuzynką, Elsą Löwenstahl. Milewa zabrała dzieci i wróciła do Szwajcarii. Po rozwodzie Einstein ożenił się z Elsą i zamieszkał u jej rodziców na Schönebergu.
Gdy w latach 30. NSDAP coraz stawała się coraz groźniejsza, Einstein coraz częściej wyjeżdżał z wykładami do USA. W roku 1933, po przejęciu władzy przez Hitlera, nie wrócił do Europy. Pracował w Institute for Advanced Study w Princetonie, w stanie New Jersey, gdzie mieszkał z rodziną aż do śmierci.
W Berlinie upamiętniony został nader skromnie – na Haberlandstraße 5 umieszczono porcelanową tablicę pamiątkową (to taka berlińska specjalność te białe tablice), jest też nazwany jego imieniem mały park na Prenzlauerbergu.
O Pomniku przedstawiającym starego młodego Einsteina, rzeźbiarka, Anna Franziska Schwarzbach napisała wiersz:
Albert & Einstein auf einem Sockel?
Am Anfang war ein Stein, eine Straße und ein Wunsch Einstein aus einem Stein
nein: hieße: Einstein ›Steißbein‹ was dann?
I. Idee: Einstein zwischen zwei Steinen (relativ einfältiger Einfall)
II. Idee: Einstein mit Einstein: aber wie? (relativ guter Einfall)
III. Idee: Albert & Einstein (guter Einfall von Butzmann) Wie aber steht Albert zu Einstein? steht er neben ihm steht er hinter ihm
Wiersz gra ze słowem Einstein, które po niemiecku znaczy kamień, jeden kamień. Może Tibor go przetłumaczy. Ja nawet nie próbuję.
*** W Caputh nad jeziorem Templińskim, 6 kilometrów na południe od Poczdamu, nie na Waldstraße 7 można obejrzeć dom letni Einsteina. W zamyśle miał to być dar miasta Berlina dla wielkiego naukowca, ale proces obdarowywania był tak skomplikowany i ciągnął się tak długo, że Einstein po prostu sam sobie kupił działkę i zatrudnił architekta (Konrad Wachsmann), który mu wybudował dom. Po wyjeździe Einsteinów do USA dom zmieniał właścicieli, służył jako szkoła żydowska, był siedzibą Wehrmachtu i przez wiele lat budynkiem mieszkalnym. Od roku 2006 dom można zwiedzać, trzeba jednak ostrzec potencjalnych zwiedzających, że już za życia Einsteina dom był urządzony w prawdziwie spartańskim stylu, a i dziś wydaje się dość skromny.
***
W Poczdamie znajduje się Albert Einstein Science Park z ekspresjonistyczną wieżą – Einsteinturm – w której mieści się obserwatorium astrofizyczne, zaprojektowane przez wybitnego architekta, Ericha Mendelsohna. Wieża została wzniesiona dla Einsteina – uczony7 prowadził tutaj badania spektrum światła słonecznego, których celem było potwierdzenie teorii względności. Park Naukowy, dziś nazwany imieniem Alberta Einsteina,jest jednak starszy i został utworzony w połowie XIX wieku na tzw. Wzgórzu Telegraficznym (Telegrafenberg). Wg planów architekta Paula Emanuela Spiekera urządzono tu park angielski i wzniesiono obserwatoria astronomiczne, meteorologiczne i geodezyjne, stanowiące część Instytutu Astrofizyki. Dziś w budynkach w parku mieszczą się siedziby Niemieckiego Centrum Badań Geodezyjnych, Instytut Badań Polarnych i Morskich oraz Instytut Badań Następstw Klimatycznych. Najsłynniejszym budynkiem w parku jest tzw. Großer Refraktor z roku 1899, wyposażony w podwójny teleskop. Od roku 2006 refraktor jest znowu w użyciu.
Kilkakrotnie pisałam tu już o tym, że jakoś się nam ludziom wydaje, że gdy umrzemy, pójdziemy się przechadzać po łąkach, albo będziemy na nich siedzieć i słuchać tego, co nam wyszumią wierzby, albo opowiedzą mędrcy. Pola Elizejskie i Asfodelowe Łąki to obrazy zaświatów w mitologii greckiej. Z asfodelami będzie trudniej i poświęcimy im za chwilę więcej czasu, natomiast Pola Elizejskie są tak znane, że właściwie wcale nie pamiętamy, że to jest nie tylko luksusowa ulica w Paryżu, ale pewne wyobrażenie starożytnych Greków o tym, co nas czeka po śmierci.
Zacznijmy może jednak od ulicy, Avenue des Champs-Élysées, alei ciągnącej się od Placu Zgody do Placu (ongiś) Gwiazdy, który dziś nazywa się placem Charlesa De Gaulle’a, gdzie stoi słynny Łuk Tryumfalny. Jest to, jak twierdzą niektórzy, najpiękniejsza ulica na świecie, a stanie się niedługo po prostu niesamowita, gdyż burmistrzyni Paryża, Anne Hidalgo ogłosiła kilka dni temu, że ulica do roku 2030 zmieni się w „niezwykły ogród”. Inwestycja będzie kosztowała ok. 250 milionów euro, a zrealizuje ją architekt Philippe Chiambaretta.
To już zresztą zdarzyło się 12 lat temu, podczas festynu zorganizowanego na Polach Elizejskich z okazji Zielonych Świątek, choć trwało to wtedy tylko dwa dni. Na Polach Elizejskich posadzono 150 000 krzewów i 650 drzew, wśród których pasły się krowy, owce i kozy. Festyn został zorganizowany przez francuski Związek Młodych Rolników (Jeunes Agriculteurs), którzy chcieli w ten sposób zwrócić uwagę rodaków na głęboki kryzys, jaki przeżywa gospodarka rolna. (Ciekawe: gdy taki sam cel przyświeca rolnikom niemieckim, w Berlinie pojawiają się setki dudniących traktorów, a niekiedy przywożą one do miasta tony gnoju.)
Pola Elizejskie zostały założone w roku 1616 przez królową Marię Medycejską, która kazała tu poprowadzić wiodącą do Luwru drogę wysadzaną drzewami. W roku 1640 drogę przedłużono do Ogrodu Tuileries, a w roku 1724 do Placu Gwiazdy.
W XVIII wieku aleja stała się modnym deptakiem spacerowym i miejscem spotkań arystokracji. Maria Antonina chodziła tu na przechadzki z przyjaciółmi i brała lekcje muzyki w Hotelu Crillon. Pola Elizejskie zostały wchłonięte przez aglomerację Paryską dopiero w roku 1828. Aleja pozyskała wówczas chodniki, latarnie gazowe i fontanny.
Po tej miejskiej wycieczce wróćmy jednak na nasze łąki w zaświatach.
Starożytni Grecy wyobrażali sobie życie po śmierci jako mniej ciekawe niż na Ziemi. Dusza zmarłego po przepłynięciu rzeki Styks w łodzi starca Charona, stawała przed trzema sędziami. Kierowali oni zmarłych do jednego z trzech miejsc – Tartaru (piekła), Erebu (czyśćca czyli zwyczajnych zaświatów dla zwyczajnych ludzi) lub Elizjum (raju).
W Tartarze odbywali wieczną karę Syzyf, Tantal, Iksjon, Danaidy, Uranos.
Na Pola Elizejskie szli tylko Sprawiedliwi. Przekraczali rzekę zapomnienia – Lete i gdy napili się z niej wody, zapominali o ziemskim życiu. Czekał na nich kraj wiecznego spokoju i pośmiertnej szczęśliwości, a ich dusze, wyzbyte wszelkich cierpień i pragnień, przechadzały się po bladych łąkach, przysłuchując się muzyce niewidzialnych lir.
Na tych “bladych łąkach” rosnąć miały topole i asfodele.
O ile topola nie budzi w nas specjalnego zaciekawienia, o tyle asfodele owszem. Są to piękne białe kwiaty, zwane złotogłowiem lub, po francusku, berłem królewskim (le bâton royal).
Złotogłów wprawdzie symbolizuje śmierć, świat zmarłych, żal, smutek, melancholię, sentymentalizm, pokorę, wieczność, ale na grządkach prezentuje się bardzo pięknie i wspaniale pachnie. Na wyspach greckich wciąż są miejsca, gdzie rosną te kwiaty, czyli Asfodelowe Łąki (ἀσφόδελος λειμών asphódelos leimṓn). W starożytnej Grecji asfodele sadzono na cmentarzach jako pokarm dla dusz zmarłych.
Dodam tu, że uczeni indoeuropeiści widzą związek etymologiczny pomiędzy greckimi (W)ēlýsion pedíon, staronordyckim val-höll (Walhalla), ze słowiańskim Welesem, tocharskim(A)walu – „śmierć” i hetyckim wēllu – oznaczającym łąki w zaświatach.
Leon Bakst (1866-1924), Elizjum. zielone łąki w cieniu ciemnych drzew.
Jeszcze nie kwitną asfodele, Wiosna jest szaroprzezroczysta. Na razie jeszcze wrą tu fale, Wiatr w chroboczącym piasku śwista. Lecz już wstępuje moja dusza W taneczny krąg, jak Persefona, A kto w królestwie zmarłych widział Ręce po łokcie opalone?
A czemu łódce powierzamy Urnę, gdzie ciężki proch wsypano I święto czarnych róż święcimy Nad ametystów ciekłych pianą? Tam dusza moja lecieć chce, Za Meganomu mgliste skały, A w dniu pogrzebu wróci stamtąd Żagiel żałobnie poczerniały.
Jak szybko chmur łańcuchy płyną Przez ciemniejące nieboskłony I czarne róże lecą w strzępach Pod księżyc wiatrem opleciony. A ponad rufą cyprysową, Jak gołąb szlochu, ptak nagrobny, Ostatnich wspomnień wielka flaga Wstęgą rozwłóczy się żałobną.
I otwierają się szeleszcząc Smutne minionych lat wachlarze, Tam, gdzie amulet dygoczący Niegdyś się zarył w piasek plaży. Tam dusza moja lecieć chce, Za Meganomu mgliste skały, A w dniu pogrzebu wróci stamtąd Żagiel żałobnie poczerniały.
1917
Przełożył Jarosław Marek Rymkiewicz
Wiersz ten Mandelsztam napisał w sierpniu 1917 roku podczas pobytu w Ałuszcie. Miał wtedy dwadzieścia sześć lat i rozmyślał (jak świadczy Meganom) o śmierci. Żeby dobrze zrozumieć ten wiersz, trzeba wiedzieć, co następuje. Meganom to przylądek czy raczej górzysty cypel przylądka na południowym wybrzeżu Krymu, między Sudakiem i Koktebelem. Jak świadczą opowieści, wspomnienia i wiersze dziewiętnastowiecznych turystów (wśród nich – Adama Mickiewicza), wybrzeże to jest – lub raczej było – jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Słodkie krajobrazy południowego wybrzeża porównywano wielokrotnie do krajobrazów raju (lub raj – wyobrażano sobie na podobieństwo tego skrawka Półwyspu Krymskiego). Asfodele, wedle mitologii Greków, były kwiatami, które rosły w podziemnej krainie umarłych, na tamtejszych łąkach nad Styksem. Są to kwitnące biało byliny, o wąskich liściach i gęstych kwiatostanach, rzadkie w głębi kontynentu europejskiego, często zaś spotykane na wybrzeżach Morza Śródziemnego. Również cyprysowa rufa (cyprys to w kulturze śródziemnomorskiej drzewo śmierci) wskazuje, że okręt, o którym mowa w wierszu, płynie do krainy zmarłych – albo z tej krainy. Czarny żagiel pochodzi prawdopodobnie z mitologii greckiej – pod takim właśnie żaglem płynął statek, na którym, po zabiciu na Krecie potwornego Minotaura i porzuceniu kreteńskiej księżniczki Ariadny na wybrzeżu wyspy Naxos, powracał do Aten książę Tezeusz. Miał on po zamordowaniu Minotaura, ale tylko w tym wypadku (tak się umówił ze swoim ojcem, królem Ajgeusem), wciągnąć na maszty swego statku biały żagiel, ale zapomniał o tym i Ajgeus, zobaczywszy zbliżający się do brzegu statek pod czarnym żaglem, popełnił samobójstwo – rzucił się ze skały w fale Morza Egejskiego. Warto tu może jeszcze wspomnieć, w związku z Tezeuszem i Ariadną, że Mandelsztam był miłośnikiem muzyki Richarda Straussa, autora modernistycznej (a może nawet już postmodernistycznej – choć ukończonej w latach pierwszej wojny światowej) opery Ariadna na Naxos. Jak się zdaje, Mandelsztamowi bardziej niż wyrafinowana Ariadna na Naxos podobała się jednak wcześniejsza opera Straussa – napisana w roku 1905 posępna Salome. Jakieś fragmenty z Salome (na pewno był wśród nich słynny Tanz der sieben Schleier) poeta usłyszał po raz pierwszy w czasie swojego pobytu w Paryżu w roku 1908 – w wykonaniu orkiestry pod dyrekcją samego Richarda Straussa.
Ewa Maria Slaska; pomysł opowiadania we wpisie – Konrad
Bardzo lubię znajdować na ulicy kartki książek i z kilku stron, albo zdań odgadywać, co to jest za publikacja. Najchętniej korzystając z własnych domysłów, ale, jak się nie da inaczej, wpisując jakieś słowa do wyszukiwarki.
Wielokrotnie bawiłam się tak sama ze sobą i z czytelnikami, wielokrotnie w konsekwencji takiej zabawy wypożyczałam zidentyfikowaną książkę z biblioteki lub ją kupowałam.
Zainteresowani mogą poszukać sobie na blogu takich moich zabaw. Jedna z nich jest TU. Tym razem jednak nie udało mi się odtworzyć, kto jest autorem tych kilku stroniczek. Znalazłam je na stacji metra. W przeciwieństwie do kartek znajdowanych na ulicy, te były czyściutkie, wręcz wyglądały tak, jakby nikt ich nigdy nie czytał, a tylko położył tu kilka kartek z książki. Podrzucił. A może nie podrzucił, lecz zrobił wizualizację bądź inscenizację. Może miała w ten sposób powstać fotografia na okładkę książki, która dopiero zostanie wydana. To by tłumaczyło, dlaczego nie ma jej jeszcze w sieci.
Albert Einstein na berlińskiej stacji metra – ilustracja wykonana przez sztuczną inteligencję, zachęconą do podjęcia takiego tematu przez Konrada
To krótkie opowiadanie, dzieje się w Berlinie w roku 2022. Nie wiadomo zatem, ani kim jest autor, ani kim jest narrator i dlaczego może zrobić to, co może.
Wylądowałem na szczycie Kolumny Zwycięstwa. Zostałem uprzedzony, że tak właśnie będzie, bo moi poprzednicy też tu zaczynali. Stałem na górze i patrzyłem na szary park, rozciągający się wokół skrzyżowania. Gdyby była pogoda, mógłbym zobaczyć wielbłądy i małpy w berlińskim Zoo, ale było mgliście i niewiele było widać.
Na szczęście nie marznę. W ogóle nie jestem typem pogodowca. Nie przeszkadza mi upał, ani mróz. Jednak czasem mam na sobie ciężki zimowy płaszcza, a czasem lekką marynarkę płócienną. Nie dlatego, żeby płaszcz był mi do czegokolwiek potrzebny, ale nie mam się rzucać w oczy. Poza tym moi poprzednicy też mieli na sobie takie płaszcze. Oczywiście wiecie, o co chodzi, o ten film Wima Wendersa, zatytułowany Niebo nad Berlinem. Kiedyś kultowy obraz, ale teraz to określenie się raczej zdewaluowało.
W zeszłym roku do ONZ nadszedł list, w którym zapowiedziano moje przybycie na ziemię. W zwięzłych słowach Ziemianie zostali poinformowani, że postanowiono przywrócić do życia jedną osobę, taką, co do której cała ludzkość nie będzie miała wątpliwości, że tak, to właśnie jego albo ją należy ożywić. W liście podano tryb składania propozycji oraz sposób ich weryfikacji.
Propozycje musiały być złożone do 31 grudnia 2021 roku.
Ogłoszenie werdyktu nastąpi 22.02.2022.
Okazało się, że wybór daty nie był szczególnie fortunny, bo ludzie widząc ten ciekawy palindrom, stawali się nieufni i zaczynali węszyć oszustwo. Ale nikogo to nie obchodziło. Nieufni nie musieli składać propozycji, nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Była tylko wyraźna prośba, żeby nie proponować osób prywatnych, ukochanej babci albo słynnego pradziadka. Oczywiście liczyliśmy się z tym, że mnóstwo ludzi tego nie posłucha. Był to nieunikniony koszt.
Propozycje lokalne wrzucało się do lokalnych skrzynek na listy lub oddawało bezpośrednio listonoszowi czy w urzędzie pocztowym. Listy musiały mieć wyraźny napis na kopercie: 1 osoba, 1 person, 1 Mensch, 1人, 1 човек, 1 člověk, 1 persoon, 1 inimene, 1 henkilö, 1 personne, 1 άτομο, 1 személy, 1名, 1 asmuo, 1 pessoa, 1 persoană, 1 человек i tak dalej.
Administracje lokalne wyznaczały miejsce gromadzenia tych listów i kierowały pracowników do ich sortowania. To na nich spoczywał ciężar usunięcia listów żartobliwych, anonimów, listów z pogróżkami i wymysłami, próśb o dofinansowanie, oraz propozycji prywatnych. Prace przy sortowaniu były najtrudniejszą częścią projektu, ale tak, jak się spodziewaliśmy, okazało się, że w każdym kraju znalazły się setki i tysiące wolontariuszy, którzy z przyjemnością poświęcili czas na to zadanie.
W punktach zbiorczych szybko okazywało się, jakie są lokalne, a potem na kolejnych szczeblach regionalne i krajowe preferencje. Niekiedy z góry wiedzieliśmy, że w takiej na przykład Polsce obywatele będą masowo wybierali Jana Pawła II, a we Francji Charlesa de Gaulle’a. Ale niekiedy spotykało nas zaskoczenie. Otóż Szwedzi typowali wprawdzie Olofa Palme, ale większość opowiedziała się za… Gretą Garbo i Królową Krystyną. Oczywiście chodziło o jedną i tą samą osobę, wiedzieliśmy zatem, że gdy dojdzie do podejmowania ostatecznych decyzji, to statystyki zadecydują, która z tych kobiet miałaby zdaniem Szwedów zostać tą jedną przywróconą do życia osobą.
Ponieważ sortowanie listów przypominało procedury głosowania listownego, w krajach, które umożliwiały taką formę wyborów, znacznie szybciej doszło do wytypowania jednego kandydata krajowego.
Następny krok był jednak znacznie trudniejszy, bo przestały nas interesować liczby osób głosujących. Każdy kraj musiał w jakiś specjalny sposób zaznaczyć, jak ważne jest, by wybór światowy padł na lokalnego kandydata. Nigdzie nie wolno też było podać nazwiska ani sposobu reklamy swojego kandydata. Ja jako Wielki Juror musiałem się domyślić, o kogo chodzi i jak się go reklamuje.
W USA, gdzie wybrano Michela Jacksona, w drugiej turze wyborów wszędzie od świtu do nocy puszczano piosenkę I am bad.
W Polsce na każdym domu wisiały portrety papieża i biało-żółte flagi.
W Szwecji wyświetlano Królową Krystynę na wystawach sklepowych, nad Rosją unosiły się flotylle latawców, jak komety ciągnące za sobą napisy Ленин все еще жив.
Włosi wybrali w końcu Zofię Loren i we wszystkich restauracjach podawano fettucine, zeppole, frittata i inne smakołyki z jej słynnej książki kucharskiej, W kuchni z miłością.
W Hiszpanii gołębie na miejskich placach przypominać miały Krzysztofa Kolumba, w Chinach – bardzo nowocześnie – wyhodowano nowy rodzaj herbaty, niebieskiej, którą nazwano herbatą Mao Tse Tunga i którą rozdawano za darmo w całym kraju, zwłaszcza tam, dokąd przybywali turyści, zakładając, że ja też przybędę tą drogą.
I tu właśnie kryła się tajemnica tego, jak dokonany zostanie ostateczny wybór. Nikt nie wiedział, kto jest osobą oceniającą i decydującą, nikt nie wiedział skąd przybędzie główny Juror i na czym oprze swój werdykt.
Sposób zachęcania do wyboru musiał mu się spodobać, musiał być oryginalny i musiał udowadniać, że nawet zwykłych ludzi interesuje to, by ich kandydat został wybrany. W ten sposób 5000 mieszkańców wyspy Kiribati miało takie same szanse na wytypowanie “tej jednej osoby”, co miliard Chińczyków i miliard dwieście tysięcy Hindusów, którzy wybrali oczywiście Buddę.
Bardzo mi się podobała myśl, żeby rzeczywiście wybrać propozycję mieszkańców wyspy Kiribati. Wyspa jest pierwszym miejscem na świecie, które obchodzi nowy dzień i Nowy Rok i leży też na równiku – jest więc ulokowana na skrzyżowaniu dwóch najważniejszych nieistniejących linii na kuli ziemskiej. Jest to też największy atol i największa wyspa koralowa na świecie. Na wyspie nie ma żadnych miast, są tylko cztery wsie, główna z nich nazywa się Poland, ku czci Polaka, inżyniera Stanisława Pełczyńskiego, który okazał się zbawicielem wyspiarzy. Rozwiązał bowiem problem nawodnienia plantacji drzew palmowych w czasie suszy i ugruntował tym samym dostatek całego kraju. Karibatyjczycy wybrali go jako “tego jednego człowieka”, co zaświadczyli przyczepiając do każdego drzewa palmowego na wyspie historię o tym, jak Pełczyński uratował ich od głodu i nędzy. Była właśnie pora sucha, palmy nawodniano metodą Pełczyńskiego, a wieczorami przy ogniskach tańczyli Karibatyjczycy, śpiewając piosenkę o santapeczynskim.
I być może rzeczywiście zdecydowałbym się na Pełczyńskiego, gdyby nie Berlin, a właściwie jedno dziecko, pewna mała podobna do elfa dziewczynka w zielonej czapeczce i zielonym płaszczyku.
Gdy zszedłem na dół z Kolumny Zwycięstwa, poszedłem na piechotę przed siebie. Nigdzie nie widziałem żadnej reklamy. Po kilku godzinach wciąż jeszcze nie wiedziałem, na kogo Niemcy się w końcu zdecydowali. Wiedziałem tylko, że rozważali kandydaturę Marcina Lutra, Alberta Einsteina i Angeli Merkel, choć ta wciąż jeszcze żyła; ale rozumieliśmy intencje tych, którzy ją typowali. Gdyby umarła, to mielibyśmy ją ożywić. Po długim spacerze wsiadłem wreszcie do metra i usłyszałem z głośnika na stacji cichy głos, który mówił “Einstein, bitte”. Uznałem, że to bardzo ciekawa metoda zachwalania kandydata. Rzeczywiście, ilekroć wsiadało się do metra, zawsze i wszędzie jakiś głos mówił “Einstein, bitte”.
Bardzo przekonujące. Jeździłem metrem przez wiele godzin, przesiadałem się z jednej linii na drugą i wszędzie słyszałem ten głos, zachęcający mnie: “Einstein, bitte”. Było to ciekawe, ale wciąż jeszcze sercem byłem w Karibati. Pod wieczór, niemal już zatem zdecydowany, by jednak wybrać Pełczyńskiego, zobaczyłem nagle tę dziewczynkę w zielonej czapeczce i zielonym płaszczyku. Wsiadła z rodzicami i biegała pomiędzy nimi, wołając z przejęciem: “Einstein, bitte, Einstein, bitte, bitte, bitte” – proszę, proszę, wybierzcie Einsteina.
I tak to, proszę Państwa, dzięki tej małej tak przejętej dziewczynce, 22.02.2022 roku przywrócimy do życia Alberta Einsteina, autora Teorii Względności.
Wszyscy już zapewne wiedzą, że irysy to moje ulubione kwiaty, ale chyba nikt intensywniej o tym nie pamięta niż Danusia, pomysłodawczyni tego wpisu.
Dwa zdjęcia po prawej to secesyjne wazony, obraz po lewej, który wygląda jak fotografia, fotografią nie jest – to praca artystki brytyjskiej, która nazywa się Mia Tarney (ur. 1973) – obraz “Irysy, różowa magia” został namalowany w roku 2019; znajduje się w zbiorach prywatnych; reprodukcja za: #ArtPassionGallery. Wazon środkowy został zaprojektowany przez Emila Galle, który wymyślił taki sposób dekorowania szkła.
Ale fakt, że coś jest piękne, powoduje, że będzie naśladowane w nieskończoność, deprecjonując swoje piękno. Irysy też to spotkało. Bo czy obraz po lewej jest piękny, czy tylko z fotograficzną dokładnością naśladuje prawdziwe kwiaty? A szklane irysy poniżej – jeszcze są piękne, czy już są jarmarcznym kiczem?
Tego irysa po prawej (mem, irys na szkle) możecie sobie wziąć i użyć na TikToku albo na Instagramie, albo gdzie Wam się żywnie podoba. Artysta, który go udostępnił nazywa się Kytlruaa. Poniżej inne irysy, które się pojawiły, gdy napisałam w google “mem iris”I tak dalej
A zatem jest to jeszcze sztuka, czy już kicz?
Wikipedia tak określa kicz:
Jako pierwsi słowem „kicz”zaczęli posługiwać się krytycy sztuki z Monachium w latach 70. XIX wieku w odniesieniu do tandetnych pejzaży nieznanego autorstwa, sprzedawanych w wielkich złoconych ramach albo jako kolorowe obrazki, kupowane przez szybko bogacących się niemieckich fabrykantów, chcących zamanifestować swoją zamożność. Ta ówczesna burżuazja (ale także wszystkie następne nowobogackie klasy społeczne, np. amerykańska klasa średnia lat 50. XX w.), nie znając się na sztuce, wybierała zawsze sztukę „bezpieczną”, czyli taką, która nie urazi i nie będzie szokować gości; eksponowała w swoich salonach zwłaszcza przedmioty drogie i bezużyteczne.
To pojęcie na pewno nie określa tego zalewu kotków, sówek i irysów, które funkcjonują na portalach społecznościowych. Ale współczesna definicja określa to całkowicie odmienny:
Zjawisko kiczu to jednak coś więcej, niż tylko sztuka zdegradowana do roli towaru w społeczeństwie kapitalistycznym. Według Abrahama Moles’a kicz to społeczne przyzwolenie na przyjemność płynącą z cichego porozumienia i uczestnictwa w umiarkowanym i uspokajającym „złym guście”, ale przede wszystkim jest to „sztuka szczęścia” (jak ją nazywa autor), czyli „raj dla mało wymagających”. To obraz zagubienia, rozpadu wartości, braku czegoś, za czym się tęskni, i akceptacji namiastki.
Jest zimna, mokra, szara zima. Pokazałam Wam tu zatem kilkanaście kwiatów, które na pewno, czy tego chcemy czy nie, gdzieś w głębi ducha uważamy za piękne, i nawet jeśli jako świadomi nowocześni ludzie wolimy Francisa Bacona, to czekając na wiosnę możemy się na chwilę zanurzyć w „sztuce szczęścia”. Wy tym bardziej bezpiecznie, bo to ja, pokazuję Wam tu ten kicz.
Ale wiecie, że irys i iris – źrenica, to to samo słowo, a pochodzi stąd, że i kwiat, i tęczówka oka irydują, czyli mienią się jak skrzydła greckiej bogini Iris, Irydy – uosobienia tęczy i boskiej posłanki. Na zakończenie tych wywodów pokażę Wam tu jeszcze – oho, dzieło Francisa Giacobettiego (Francuz, urodzony w r. 1939) – Iris Francis Bacon (fotografia) – źrenica oka Francisa Bacona.
Ponieważ bardzo lubię myśl o tym, że możemy sobie kupić sztukę, o której tu rozprawiamy, powiem, że to zdjęcie, czyli “Bacon’s iris” ze zdjęciem samego Bacona obok, uzyskało na aukcji cenę 23 tysięcy dolarów.