Wielkanoc Jana Sebastiana

Wielki Piątek

Wielkanoc Jana Sebastiana (i Konstantego Ildefonsa, i … moja)


Konstanty Ildefons Gałczyński

Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha

Rodzina wyjechała do Hagen.
Sam zostałem w tym ogromnym domu.
Po galeriach krokami dudnię.

Bardzo śmieszą mnie te złocenia
i te pelikany rzeźbione jak od niechcenia,
i te chmury mknące na południe.

Ja bardzo lubię chmury. I światło pochmurne.
Jak fortece. Jak moje fugi poczwórne.

Cóź to za rozkosz błądzić przez pokoje
z Panią Muzyką we dwoje!
Jak las jesienny świece w lichtarzach czerwone.

A dzisiaj jest Wielkanoc. Dzwon rozmawia z dzwonem.
O, wesołe jest serce moje!

W starych szufladach są stare listy,
a w książkach zasuszone kwiaty,
jak to miło plądrować wśród starych papierów…
O, świąteczne godziny pełne złotych szmerów!
o, natchnienia jak kolumny złote! 0, kantaty!

Ubrany w zielony aksamit
brodzę, błądzę tymi pokojami,
i po galeriach, i po schodach;

o, jeszcze tyle, tyle do wieczora godzin,
żeby mruczeć, żeby nucić, żeby chodzić,
żeby płynąć jak zaczarowana woda!

Ciemne jak noc portrety witają mnie w salach,
jeszcze bardziej ciemniejąc, kiedy się oddalam.

To śmieszne, że niektórzy nazwali mnie mistrzem,
mówią, że w mych kantatach zamknąłem niebiosa.
Szkoda, że tu nie wszyscy znacie mego kosa,
ach, jakże ten kos śpiewa, jakże ten ptak gwiżdże,
jemu wiele zawdzięczam. No i wielkim chmurom.
I wielkim rzekom. I piersiom twoim, Naturo.

Spójrzcie na te niebieskie hiacynty,
na te krzesła z czarnego drzewa,
na te wszystkie złocone sprzęty,
na tę klatkę z papugami, która śpiewa,
na te obłoki jak srebrne okręty,
które wiatr południowy podwiewa.
Tak. Spójrzcie. To jest moje mieszkanie.
Też wspomnienie po Janie Sebastianie.

Mówią, że jestem stary. Jak rzeka.
Że czas coraz bardziej z rąk mi ucieka.
To prawda, że mi wiele godzin przepadło.
Ale to nic. Do diabła! Ja gram na mocnych strunach
i są jeszcze kantaty moje, do pioruna!
Nie czas mnie, ale ja go wziałem na kowadło.

Zaraz przyjdzie rodzina i zacznie się uczta.
Córy moje, nim siadą, przejrzą się do lustra.
I chmara gości ściągnie. I nastąpi taniec.
Podjedzą sobie setnie i podpiją dobrze.
I pasterz z gobelinu też huknie na kobzie.
A potem wieczór przyjdzie. I zniknę w altanie.

Bo lepsza od mych skrzypiec, gdym grywał w Weimarze,
niźli perły, o których dla mej żony marzę,

niż sonaty mych synów, niż wszystkie marzenia,
taka chwila wielkiego, wielkiego wytchnienia,

właśnie teraz, gdy widzę przez altany szparę
rzecz niezwykłą, zawrotną, szaloną nadmiarem:
WIOSENNE GWIAŹDZISTE NIEBO.

Konstanty Ildefons Gałczyński
1950


Tu maleńki fragment, pierwszy fragment wielkiego dzieła: Chodźcie, córki, pomóc mi opłakiwać… Fragment na Wielki Piótek. Cała Pasja wg świętego Mateusza TU.

Premiera Pasji miała miejsce w Lipsku w Wielki Piątek 11 kwietnia 1729 roku. Potem utwór popadł w zapomnienie. Odkrył Pasję i przedstawił publiczności Feliks Mendelssohn 11 marca 1829 roku w berlińskiej Singakademie.

Spotkania ze sobą

Teresa Rudolf

Kiedy sobie siedzę na takiej ławeczce, nad rzeką płynącą spokojnie, wtedy my obie wiemy, że bywa też inaczej; może się nagle wszystko zmienić; ona może wyjść z brzegów, lub odwrotnie może też całkiem zniknąć, wysuszona na kamień.

A człowiek?
Podobnie, też ma swoje brzegi, lub okresy suszy…
Musi się bronić, lub poddać walkowerem.
I tak oto obie sobie płyniemy…

Piękny kwiat potrafi udekorować 
nawet najbardziej surowe podłoże;
stare mury, stare domy, skały, brzegi rzek, kamienie, piasek…
Rzadko przebije się  jednak przez betony miast… Smutne.

Natura wie instynktownie wszystko
o pięknie koloru, formy, zapachu…
Wie i chętnie dzieli się…
Jest absolutnie bezkonkurencyjnie
“wielowymiarowa” i wielkoduszna.

Cienie na niektórych zdjęciach,
to jakby sytuacyjnie towarzyszące “duszki”,
pozostawiające po sobie 
zniekształcone, ale piękne  odciski.

Każdy przypadkowo “napotkany” dom
otoczony ogrodami, drzewami, sezonową przyrodą,
może być dla kogoś równie przypadkowego inspiracją
do napisania bajki, powieści (romansu, lub kryminału), wiersza
lub do namalowania obrazu. 

Obcość tego objektu może być
fascynującą tajemnicą, zachwytem, czasem wzruszeniem, różnie… 
Połączenie dzieła jednego człowieka, z fantazją innego.

Ach, tymi schodkami prosto przez góry, do nieba!
A kiedyś dawno temu, przypomina mi się,
że  pojechał ktoś “windą do nieba”…

Wiersze z brodą i bez 17


Kurt Marti

Historia, Wielkanoc

1.

Gdyby Bóg kierował tym
co potocznie
nazywa się historią,
to byłby On tym,
którego potocznie
nazywa się sadystą,
brodzącym przez potoki krwi
od zbrodni
do zbrodni.

2.

A dzisiaj?
Oświecenie poniosło porażkę.
Socjalizm bezradny.
Kościoły skorumpowane.
Czyżby człowiek stał się rakiem Ziemi?
Historia połyka naturę.
Głód postępuje.
Rozwój zbrojeń darowuje nam high-tech.
I nawet krew nie musi płynąć w tej wojnie:
Promienie laserowe karbonizują z szybkością światła
krajobrazy, miasta, ludzi,
spalają bez płomieni,
w ułamku sekundy
wszystko czarne
wszystko zwęglone.

3.

Obojętnie jaki Bóg,
obojętnie jaka by to była historia,
przenigdy nie spełnia się Jego wola
w wyścigu z całkowitym zniszczeniem.
Stwierdzam to, ach tak,
bez dowodu,
stary człowiek z pustymi rękami,
raz wściekły
to znów pełen nadziei,
ciągle pytając:
Wielkanoc,
czy to nie była Wielkanoc?

4.

Jednak nie Dżingis Chan,
nie Napoleon,
ani Gulbenkian, czy Krupp
wstali z martwych.
Pewnemu galilejskiemu prowincjuszowi jednakże
(jak krąży niezmordowana plotka)
miało to się zdarzyć,
jednemu,
który był tak ślepy historycznie,
a może owładnięty świętym szałem,
że kochającym i bezbronnym,
przyrzekł ziemię,
która
– od kryzysu do kryzysu
od wojny do wojny –
wydaje się trwać
w pewnych rękach
władców i bankierów,
wraz z ich spekulantami zbrojeniowymi
i pięciogwiazdkowymi biurwami.

5.

Tak idę,
jak idę?
Myśląc, pytając:
czy nie było tam Marii z Magdali,
ostatniej pod krzyżem,
pierwszej o świtaniu,
apostoli apostolorum,
podżegaczki wiary,
serca pierwszej wspólnoty?
I idę,
krok za krokiem,
mrucząc, prosząc:
zaraź nas
twoją wytrwałością,
o ty,
wieloimienna Mario,
uczyń pewniejszymi
nasze codzienne kroki
przez prawdę,
której doświadczyłaś:
CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ.

Spolszczył T.J.

Tibor Jagielski, Nussbaumblätter an der Kiefer

Mikrolas

Olimpia Klara Schneider

Ostatnie dwa tygodnie moją głowę wypełniały: tajemnicze znakowania, studnie, chaszcze, gleba, kompost, słoma, zrębki, sadzonki – dziesiątki sadzonek – wykopki, maile/dużo maili, telefony i dziesiątki rozmów oraz wiadomości wymienianych w jednym temacie: miejski mikrolas! Powiedzieć, że w mojej pracy mam szczęście do przygód to za mało. Teraz mocno trzymam kciuki, aby sadzonki się przyjęły i zazieleniły na wiosnę 🌳🌱🌳

Nasz mikrolas jest szósty w Polsce. W trakcie przygotowań tego naszego byłam w Poznaniu zobaczyć jak wyglądają tamtejsze. W Poznaniu są trzy, jeden w Krakowie i jeden gdzieś w Zachodniopomorskiem. Natomiast z tego co wiem to ten nasz jest pierwszy w Polsce robiony DOKŁADNIE w metodologii Miyawakiego (badania gleby, wymiana podłoża – korytkowanie na 1 m w głąb – mieszanie gleby z kompostem i słomą), sadzenie wszystkich przedstawicieli pięter lasu łącznie z podszytem. Prawda jest taka, że 80% pracy to odpowiednie przygotowanie gleby. Wszystkie gatunki są rodzime i charakterystyczne dla siedlisk leśnych z obrębu Gdańska. Na 200 m kwadratowych posadziliśmy ok 650 roślin z ok 30 gatunków. Sadzone były po 3 sadzonki na 1 m kwadratowy. Potem ściółkowania zrębami i słomą. A teraz trzymamy kciuki żeby sadzonki się przyjęły! Jak będzie zielono zapraszam na wizytę w naszym mikrolesie 🌳🌳🌳🌳

Więcej…

I jeszcze więcej…

Mehr… czyli nanowald w Berlinie

More… o idei mikrolasu, czyli tiny forest

Znaleziony Don Kichot

Tym razem Don Kichot znaleziony w książce. Książkę ktoś u mnie w Berlinie wyciągnął z półki, przejrzał pewnie parę stron, w czasie, kiedy robiłam herbatą i odłożył, a ja ją znalazłam. Zdziwiłam się, bo miałam poczucie, że nigdy przedtem jej nie widziałam, a jak już wzięłam ją do ręki, to przeczytałam.

Don Kichot tam był, czekał na mnie od 1974 roku.

Wasza Adminka

Rozdział Biblioteka Uniwersytecka (s. 72n)

Można przeżyć życie nie kochając jak Romeo, nie rozmyślając nad sensem świata jak Hamlet, a nawet nie przyrzekając nikomu Niderlandów jak tego chciał sienkiewiczowski bohater. Można nie walczyć z wiatrakami jak Don Kichot, nie leżeć na opustoszałym polu bitwy, pod ciężkim ogromnym niebem, jak Bołkoński, a nawet nie zastanawiając się nad tym, jak trzeba żyć, jak to czynił Raskolnikow czy doktor Faust. Jednak wszystko, co się dzieje z postaciami wymyślonymi przez wielkich pisarzy, dzieje się i z nami, i w nas. Inaczej bowiem ani jedna z tych książek nie byłaby napisana i ani jedna z tych postaci nie stałaby się nam tak bliska i tak niezbędna, nie dająca się od nas odłączyć, jak odbicie w lustrze lub cień nasz, wykwitający zawsze wtedy, gdy pada na nas promień słońca. Do książek więc zwracamy się w owej ważnej chwili naszego życia, kiedy nie wystarcza nam już codzienne, zwykłe doświadczenie, pouczające o zewnętrznych właściwościach świata. Zwracamy się do książek po doświadczenie głębsze i ważniejsze, po to, by być zarazem Zagłobą i Romeem, Faustem i Don Kichotem, Olbromskim i Julianem Sorelem. Wszystko bowiem, co składa się na owych wymyślonych przez pisarza ludzi, tkwi w każdym z nas, żarzy się jak nikły promień i lada podmuch wystarczy, by wzniecić w nas wielkie pożary.

Paweł Hertz to pisarz nieco zapomniany. Więcej o nim TU.

Slaska, instrukcja obsługi 2

Ewa Maria Slaska

Był kiedyś, 9 lat temu wpis numer 1 na ten temat. TU. Przeczytajcie go sobie, bo niemal nic się w nim nie zmieniło. No może oprócz odpowietrzania kaloryferów. Proszę bardzo, jeśli tylko umiecie, odpowietrzajcie do woli! Natomiast pojawił się nowy problem i on mi się teraz najbardziej chyba daje we znaki.

O różnicy pokoleń (w obronie Baratarii, Don Kichota i wszystkich innych mieszkańców mojej wyobraźni)

W tamtym wpisie miałam lat 64, czyli łatwo obliczyć, że teraz mam ich 73.

Od wielu lat, a nawet od wielu pokoleń przyjaźnię się z ludźmi młodszymi ode mnie. Owszem, mam też gromadkę przyjaciół różnej maści, ale raczej żeńskiej, w moim wieku i bez nich czułabym się goło i łyso, ale “moją specjalnością” są przyjaciółki i przyjaciele młodsi ode mnie.

Przez lata niektórzy z nich otrzymali tytuł zastępczej córki lub przyszywanego syna, a trzech z nich zostało partnerami na odcinek życia. Nie były to długie odcinki, trwały z reguły rok. Przybrani synowie i córki mają dłuższy żywot. Niektóre z tych niejako rodzinnych przyjaźni trwają już 20, 30 a nawet 40 lat. Teraz wiek tych nowych przysposobianych dzieci coraz bardziej się obniża, pojawiają się ci koło 30, a nawet 20. Już jednak nie przyznaję tym nowym osobom (ewentualnie) tytułu córki lub syna, lecz raczej wnuczki-wnuka. Zarysowują się już nawet szanse na prawnuki. To jednak na razie przyszłość. Zajmijmy się “wnukami”.

“Wnuków” jest znacznie mniej niż “dzieci”, wciąż jeszcze jest to grupa na tyle liczna, żeby postronni pytali, co mnie z nimi łączy. Z ich strony – nie wiem, być może potrzeba opieki, bezpieczeństwa, oparcia, zrozumienia, tolerancji, wyrozumiałości, wsparcia… Potrzeba pogadania i wygadania się. Myślę jednak, że przede wszystkim jest to ciekawość tego, co mogą mieć do (o)powiedzenia osoby, które wyrastały w zupełnie innym świecie i nie zapomniały tego, jak to było, gdy się było młodym.

I to właśnie łączy mnie z nimi – ciekawość, nieprzeparta ciekawość świata. Chcę wiedzieć, co się dzieje. Nadal chcę wiedzieć, co się dzieje.

Ale ciekawość to cecha pragmatyczna, zimna, może nawet wyrachowana. Bez dodatku innych cech zapewnia zaledwie interesujący wywiad. Nawet nie rozmowę.

Uzupełnianie się odmiennych ciekawości robi się też z wiekiem coraz trudniejsze. O ile w pokoleniu rówieśniczym, co oznacza plus-minus 10 lat w stosunku do własnego wieku, rozumiemy się świetnie, bo uczyliśmy się tego samego, oglądaliśmy te same filmy, słuchaliśmy tej samej muzyki, walczyliśmy o to samo i to samo odrzucaliśmy, o tyle na poziomie rozumienia się z “dziećmi” możemy raczej mówić o uzupełnianiu się niż o pełni zrozumienia. Z wnukami to już przede wszystkim wymiana informacji.

A im dalej jesteśmy od siebie, tym ważniejsza wydaje się wzajemna tolerancja dla tego, co ten drugi człowiek mówi, rozumie i reprezentuje. Gdy się jednak nad tym zastanowię, to dochodzę do wniosku, że tolerancja musi mieć bardzo szerokie wymiary – musi obejmować przynajmniej w zalążku przyjaźń, serdeczność, wzajemną pomoc, zrozumienie i dopiero na samym końcu – ciekawość.

I w takich warunkach powinny się spotkać dwie pełne, skomplikowane osoby, które przyjmują siebie nawzajem “z dobrodziejstwem inwentarza”.

Ale to utopia. “Dobrodziejstwo inwentarza” jest we wzajemnych relacjach międzypokoleniowych bardzo względne. Tak naprawdę nie mamy być osobami z innego świata, lecz ekranami, na które projektują się ich potrzeby. Odbieram te projekcje jako coraz bardziej surowe. To, co do nich nie pasuje, nie powinno istnieć. Wycinają się więc ze mnie jako osoby najprzeróżniejsze figury.

* Ewa inteligentna (ale sprawdzamy jej inteligencję na każdym kroku, porównując jej wiedzę z tym, co jest w sieci)
* Ewa wyrozumiała (wyrozumiała dla naszych wad i potrzeb, ona tych wad i potrzeb nie ma mieć)
* Ewa, która dobrze gotuje (co ma uwzględniać wszystkie niuanse naszych indiosynkrazji kulinarnych – ma gotować koszer albo halal, bez mięsa, bez glutenu, bez laktozy, bez nabiału, bez jajek, bez cukru, soli, mąki, bez chemii, ale żeby smakowało rewelacyjnie i wyglądało jak z obrazka)
* Ewa, która potrafi sobie i innym poradzić ze wszystkim, z raną, bólem, zapaleniem, złamanym sercem, urzędem finansowym i pierwotnym lękiem

Ale tych figur nie ma. Jest za to wspomniane już “dobrodziejstwo inwentarza” – masa cech, które do nich nie pasują. I irytują. I złoszczą. I podlegają naganie, natomiast nie podlegają dyskusji.

Patrzy na mnie surowe superego młodszego pokolenia (dziękuję Przemku za nazwanie tego).

Do niedawna myślałam, że jestem z pokolenia, które wywalczyło wolność Europy Wschodniej i wolność osobistą nas wszystkich, kobiet, gejów, lesbijek, wegetarian i pacyfistów. Które wierzyło w utopię solidarności i demokracji, które stworzyło nową wspaniałą muzykę i wolność ubierania się, jak chcemy. Byliśmy pewni, że wolność osobista jest najwyższą wartością, że nie musimy się dorabiać i że jesteśmy wolni. To my zaczęliśmy wychodzić z szafy i przestaliśmy jeść mięso. Przestaliśmy ukrywać to, jacy jesteśmy. Stworzyliśmy wolną miłość, a gdy pojawił się internet, uwierzyliśmy w wolny dostęp do sztuki i nauki, która miała być dziełem wszystkich dla dobra wszystkich.

Tymczasem życie zdominował restrykcyjny system zabraniania wszystkiego wszystkim i udowodniania swoich praw własności do najmniejszego przejawu naszego ja. A za wszystko, co na świecie przestało dobrze funkcjonować, odpowiedzialni jesteśmy my. Czyli ja.

Jestem z pokolenia boomersów i zaludniłam świat. To przeze mnie dwa miliardy ludzi, które żyły na świecie, gdy byłam młodą panną, rozmnożyły się do swej czterokrotnej wartości. To ja w latach 70 wprowadziłam do żywności gluten, a do życia plastik, którym dławią się wieloryby. To ja zatrułam oceany. To przeze mnie umierają pszczoły i znikają kwiaty. To moi współbracia wykorzystują ludzi koloru, kobiety i dzieci. To przeze mnie topnieją pokrywy lodowcowe.

Do tego wstrętnego świata, który stworzyliśmy, młodzi ludzie przyłożyli zasady infantylnego maksymalizmu etycznego (określenie zaczerpnęłam od Waldemara Kuczyńskiego – dziękuję). Nie wiedzą jeszcze, czy naprawdę są i będą tacy, jak mówią, że są, ale już wiedzą, że to, co się mówi o sobie i co się surowo wyznaje, jest ważniejsze od tego, jakim się jest. Byłam istotą niefrasobliwą i ignorującą niepotrzebne restrykcje. Wolałam dobroć od sprawiedliwości. Nie przywiązywałam wagi do własności. Wolałam coś wspólnie zrobić niż rozpatrywać zasługi własnego ja. Ale, przyznaję, również cudzego.

Czasy się zmieniły. To clash pokoleń. Tak nie wolno. Nawet uznaję rację tego “nie wolno”, jeśli ktoś chce docenienia własnego ja, to powinien je dostać również ode mnie, ale przez 60 lat działałam na innych zasadach. Byłam jaka byłam, żyłam jak żyłam. Poruszam się w tym nowym wspaniałym świecie coraz bardziej po omacku i nie wiem, skąd i za co spadnie na mnie surowa krytyka. Wciąż się potykam o infantylny maksymalizm etyczny. I rozbijam sobie nos.

Zielonowłosa istota z mojego pokolenia patrzy na współczesny świat i pyta PO CO?

Pokolenie Solidarności 25

Ewa Maria Slaska

Nowy Jork. Sen amerykański (1984)

Wylądował na lotnisku La Guardia 1 czerwca 1984 roku rano. Z okien samolotu przy bezchmurnym niebie widział Statuę Wolności, ruch statków po rzece Hudson, panoramę metropolii. Widział też Rikers Island, a niewykluczone, że nawet Hart Island, ale jeśli nawet, to obie mu zaledwie mignęły. I w końcu nic o nich nie wiedział i nie miał wiedzieć.

Miał za sobą długi lot, z przesiadkami we Frankfurcie nad Menem i w Amsterdamie. Całą noc nie spał, czuł się brudny i wymięty, choć stewardessy w ostatnim obchodzie po pokładzie zamiast oferować przekąski, jedzenie lub drinki, rozdawały mokre, gorące chusty, które wyciągały drewnianymi szczypcami z metalowych pojemników. Wydaje się, że wszyscy pasażerowie wiedzieli, do czego służą te parujące szmaty. Tylko Stefan nie wiedział i włożył narożnik chusty do ust, myśląc, że to może inny sposób podawania napojów. Na szczęście dyskretny rzut oka na boki pouczył go, co to jest – ręczniki do wycierania twarzy, karku i rąk, po to by wyjść na lotnisko nieco odświeżonym.

Tym niemniej był zmęczony, szary na twarzy i wymięty, zewnętrznie i wewnętrznie. Miał na sobie jedyny garnitur, jaki posiadał – brązowy, sztruksowy, używany, kupiony w Berlinie w sklepie z ciuchami z drugiej ręki. Włożył go, bo garnitur nie mieścił się w walizce i Stefan nie wymyślił dla tych dwóch sztuk odzieży, marynarki i spodni, innego sposobu transportu. Już o 10 rano na lotnisku było gorąco i Stefan pocił się niemiłosiernie w bawełnianej beżowej koszulce polo i ciemnym grubym garniturze. Przechodząc przez halę lotniska zobaczył swoje odbicie w szybie sklepu z elegancką damską bielizną. Na tle białych manekinów w koronkowych majtkach i stanikach wydawał się sobie ciężki, zwalisty, ciemny i ponury.

Continue reading “Pokolenie Solidarności 25”

Wiersze z brodą i bez 16

pussy riots

kto jest bohaterem naszych czasów?
dziewczynki z zapałkami,
które wyciąga się za uszy z bajki demokracji

lato 2011

whats up

(piosenka a’la gangstarap;
co zdanie padają słowa niecenzuralne
więc ich tutaj nie zamieszczam)

miliardy puszeczek pandory
o nazwie smartfon 24/7
włożonych do kolebki nowemu pokoleniu;
little sister is watching u
und facebook&twitter
sind unsere hirten
a europa
to ziemia obiecana
gdzie radykalna feministka i proboszcz 
(albo pastor, rabin, imam etc)
spotykają się na ukwieconym skwerze
i dyskutują, elegancja francja,
o metodach zapładniania jak i przerywania ciąży,
a na koniec kiwają do siebie przyjaźnie
i rozchodzą się do swoich owieczek;
a na linii elektronicznego frontu harcują 
hakerzy, spamerzy, hejterzy i ich przeciwnicy;
alleluja i utopia!
to nie traktory a ajfony
zdobywają
niepewne jutro

 lato 2015


ciężarówka w drodze do europy

czterdzieści osiem
metrów sześciennych przestrzeni
siedemdziesiąt jeden
martwych ciał

lato 2015

lastwagen auf der reise nach euroa

achtundvierzig
kubikmeter raum
einundsiebzig
leblose koerper

sommer 2015

Chodzenie po mieście: Don Kichot

Postanowiłam, że Don Kichot pojawiać się będzie nadal, ale tylko ten znaleziony, przeze mnie lub moich przyjaciół, niezależnie od tego czy na ławce, jak poprzednio, czy tak jak dziś, na zdjęciach Eli Kargol wykonanych w Poznaniu. Rzeźba Don Kichota koło biblioteki na osiedlu Pod Lipami, w dzielnicy Winogrady. Ela odkryła ją tego samego dnia, gdy ja się tu na blogu żegnałam z Rycerzem Smętnego Oblicza. Uparty jest, nie chce się dać wyrzucić. No więc jednak nie wyślę go na całkowitą banicję. Jeśli przyjdzie, to pozwolę mu być.

Autor: ………………….. | Tytuł pracy: Don Kichot | Data powstania: ………….. | Zdjęcia: Ela Kargol

Przeszukałyśmy obie sieć i nie znalazłyśmy informacji, kto jest autorem tej rzeźby. Napisałam też do Stowarzyszenia Rzeźbiarzy Poznańskich, ale póki co z odpowiedzi wynika, że nie wiedzą. Nawet chyba nie wiedzieli, że rzeźba istnieje, bo poprosili o zdjęcie. Oczywiście wysłałam, a teraz czekamy.

Ela już kilka lat temu pisała o innym poznańskim Don Kichocie, tamten jednak jest betonowy i stoi na Cytadeli.

Autor: Tadeusz Dobosz | Tytuł pracy: Don Kichot | Data powstania: 1970 | Zdjęcia: Ela Kargol

Tadeusz Dobosz (ur. 1937 r.) – rzeźbiarz, specjalizujący się w rzeźbie pomnikowej, małych formach rzeźbiarskich i medalierstwie. W latach 1957–1963 studiował na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie otrzymał dyplom w 1963 roku w pracowni prof. Jerzego Bandury.

Brał udział w licznych wystawach w Zielonej Górze, Orońsku, Poznaniu i Wrocławiu. Jest autorem wielu znanych pomników i rzeźb, m.in. pomnika Władysława Jagiełły w Skwierzynie (1970), rzeźb Baby i Rodzina oraz pomnika Janusza Korczaka w Zielonej Górze (1976); obelisku w postaci płonącej świecy na terenie obozu jenieckiego w Goerlitz (1976).

***

Tu też jest, słuchajcie uważnie. Piosenkę podsunęła mi Kinga. Piosenka jest (wątpliwą) pochwałą nauki 😉

Rada Jewropy

Zbigniew Milewicz

Po pięcioletniej, wojennej gehennie świat był tak umęczony, że za dobrą monetę przyjął pomysł byłego brytyjskiego premiera, Winstona Churchilla, aby stworzyć coś na kształt Stanów Zjednoczonych Europy, które wspólnie stanęłyby na straży praw człowieka i demokracji oraz współpracowały w dziedzinie ochrony ich dóbr kultury. To były wiodące wartości dla państw założycielskich Rady Europy, która powstała w Strasburgu 5 maja 1949 roku. Stanowiły je: Belgia, Dania, Francja, Holandia, Irlandia, Luksemburg, Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania i Włochy. Dzisiaj ta międzynarodowa organizacja rządowa liczy już 46 członków; do dziesięciu pierwszych stopniowo dołączyły inne, zachodnie państwa, a kiedy w 1989 roku rozpoczął się upadek systemu komunistycznego w Europie Środkowej i Wschodniej, pojawiły się nowe kandydatury, nowi członkowie.

Continue reading “Rada Jewropy”