Inspiratorką tego wpisu jest Anna Dobrzyńska
Współautor(k)ami są Motty Steinmetz, Henryk Grynberg, Ewa Maria Slaska i Mareike Winnemuth

Anna napisała:
Ewo, przesyłam Ci rysunek, który narysowałam, zainspirowana utworem Mottiego Steinmetza:
Anna daje mi ten rysunek do dyspozycji. Mogę go umieścić, kiedy chcę. Wybieram dzisiejszy dzień. Dziś wigilia żydowskiego święta Wybaczenia, ale jako antopolożka kultury wiem: to starożytne święto lęku przed demonami. W końcu sam Jahwe, zanim stał się abstrakcyjnym bogiem Jedynym i Tym, Którego Imienia Się Nie Wymawia, też był takim właśnie górskim demonem. Demony mogą zrobić z nami wszystko i dlatego należy im się od nas bezwzględne posłuszeństwo, pokora, pokuta. Dlatego Jom Kippur to dzień zgrozy. Holokaust też tu przynależy. Zgroza życia.
Ponad 10 lat temu niemiecka dziennikarka, Meike Winnemuth, spędziła Yom Kippur w Tel Avivie. Myślała, że będzie to przeżycie podobne do tego, kiedy jako turysta spędzasz na przykład święto kwitnącej wiśni w Japonii – przybysz z innego świata może świętować razem z tubylcami. A tymczasem…
Ulice puste, sklepy zamknięte, restauracje nieczynne, puste plaże – to piątkowe popołudnie w przededniu najważniejszego święta żydowskiego było ciche jak cichy jest pierwszy śnieg. Jakby ktoś wyłączył cały świat i opakował go w watę. Cicho.
W dniu Jom Kippur Izrael wstrzymuje oddech. Nawet ci, którzy głoszą, że są areligini, poszczą przez 25 godzin, nawet łyka wody nie wolno wypić. Nie jeżdą pociągi i autobusy. W telewizji specjalny program, po to, żeby był jakiś program. Dzień Spokoju i Żałoby, który zaraz się zacznie, jak tylko zajdzie słońce. Same zakazy. Nie wolno uprawiać seksu, nie wolno nosić skórzanego obuwia, trzeba włożyć białe ubrania. Dzień, który wszyscy spędzą w synagodze…
Przetłumaczyłam tę piosenkę Motty’ego Steinmetza.
To było krótko po straszliwym Holokauście. Spokojnie szedł sobie ulicami Jerozolimy Maggid Shiur Reb Chaim, który właśnie dokończył Daf Chayomi. Jego serce było radosne, bo za dwa dni miał dokończy shas z pomocą jednego z nich. I nagle zobaczył go w mroku, taki był smutny, mężczyzna ze sklepiku na ulicy Hillela Mówił z trudem. Rebe, nazywam się Jankiel Broch, czy mogę Ci zadać pytanie. Rebe spojrzał na niego i zobaczył ból w jego oczach. Czy przyszedłeś stamtąd? Tak, Rebe, przyszedłem stamtąd. Chcę Ci zadać krótkie pytanie. Ale najpierw powiem Ci, dlaczego pytam. Nazwano mnie Jankiel Hakones. Pamiętam dawne wspomnienia. I mnie pamiętają ci, co przeszli przez Buchenwald. Urodziłem się w roku 1930. Byłem synem rabiego Szlomi i jego żony, Gitel z Szadiku. Niech Pan pozwoli pomścić ich krew. Codziennie chodziłem do chederu. Smutny i przygnębiony, bo niestety serce było zatrzaśnięte i nie rozumiałem ani słowa Rabi nas uczył, ale dla mnie nauka to był jeden wstyd. Tata i mama płakali ze wstydu. Pewnego dnia siedziałem w milczeniu gdy tata powiedział, głuptasie, lecz powiem ci, że przyjdzie dzień a zrozumiesz. Odwiązał czerwony sznurek z sakiewki i pokazał mi złotą monetę. Dostaniesz je, gdy nauczysz się gemary na pamięć. Od tego dnia uczyłem się każdego wieczora po powrocie z chedaru. Mama i tata już świątecznie ubrani na przywitanie szabasu czekali aż nauczę się słów na ten wieczór. A ja codziennie uczyłem się na pamięć dwóch linijek. Marząc o sakiewce pełnej złotych monet. Aż pewnego wieczora, nigdy tego nie zapomnę, wszedłem do taty, wiedząc, że wiem. Zamknąłem oczy i wyrecytowałem wszystko, a głos miałem donośny i czysty. A gdy otworzyłem oczy, tata i mama płakali jak jeszcze nigdy w życiu. I wtedy, nagle, straszliwie, niebo pociemniało i całe nasze miasteczko, Szadik, zostało wygnane, tego jednego dnia gniewu. Tato, mamo, och, wciąż płaczę, byłem chłopcem, i zastało mi tylko to słowo. Pociągi wiozły nas po szynach śmierci przez cały kraj. Kiedy czasem myślałem, że może się nie udać, szeptałem do siebie te linijki. Które wtedy im powiedziałem z zamkniętymi oczami. A cały Buchenwald mówił o mnie Jankiel Hakones. Przyjechałem do Jerozolimy, siadywałem w pokoiku za sklepem i myślałem, że może nauczę się jeszcze czegoś. Ale byłem sam, nie było mamy i taty. Więc kto miał mieć dla mnie czas i wsparcie? Dla mnie, słabego na umyśle? Miałem tylko tę kartkę, kartkę z dzieciństwa. Każdego wieczora, po dniu ciężkiej pracy, zamykam oczy i, tak jakbym znowu był w naszym miasteczki jakbym był w domu powtarzam z pamięci słowo po słowie. Powiedz mi teraz, Reb Chaim, Czy mogę, tylko przez dwa dni, być z wami w gronie tych, którzy... Bo powtarzałem to już dwa tysiące siedem razy choć może nie tak jak trzeba Och, tak, Jankielu, tak Jankielu, jaka piękna jest twa mowa i twa historia, Umówmy się, ja wezmę to, co ty mówisz. Ty powiedz to, co ja mam powiedzieć. Bo piękna jest twa historia. Teraz już na pewno dokończę nowej sza. A ty już zawsze będziesz znał gemarę. Chodź Jankielu, chodźmy do szkoły. To jest tak, jakbyś był w Szadiku, a z tobą mama i tata, ci, których wrzucono do ognia. Zmówimy za nich kadisz. Zabijałeś się każdego dnia więc poczuj się, jakbyś już tam był, tam gdzie są Mosze, i Chaim, i Awram, i Chana I teraz będziemy razem śpiewać.
Przy okazji układania tego wpisu znalazłam chyba podobny wiersz Henryka Grynberga, zatytułowany
Między życiem a śmiercią (Holokaust) Dziadka w pobożnej jarmułce z babką w czepku cnotliwym rozebrałeś do naga przed chamem a gdy o pomoc wołali cyklon B im do gardła wsypałeś a drugiemu dziadkowi entuzjazm wiary miłości nadziei odpłaciłeś zhańbieniem najlepszej z chasydzkich córek a gdy biegł jej na pomoc zastrzeliłeś go ręką chama a drugiej babce jak Chamie kazałeś patrzeć na śmierć wszystkich dzieci i świata całego jaki miała zanim jej pozwoliłeś by sama się położyła do grobu a ojca mi zarąbałeś chamską siekierą w tył głowy żeby się nie mógł obronić a brata półtorarocznego znalazłeś bo miał znak Twojego Przymierza (zgodnie z Twym Przykazaniem) nie oszczędziłeś nawet ojczyma który (wbrew Twojej woli) z ognia getta cyklonu treblinki między oczodołami przeszedł aż do kalifornijskiego sklepiku gdzie bandyta strzelał a Tyś kule nosił tylko matce przysłałeś legalnie wyrok swój przez lekarza żeby rok w celi śmierci bez odwołania czekała i żebym mógł się napatrzeć na swoją własną bezradność piękna Twoja muzyka wieniawskiego i perelmana i wspaniałe Twoje kolory każdego kwietnia i maja wszędzie gdzie zarzyna się dusze ale nie dziw się że mi wszystko jedno jakim zarżniesz mnie nożem i kiedy bo choćbym żył wiecznie nie zdążę opowiedzieć [Henryk Grynberg, Rodowód, z tomu „Wśród nieobecnych”, Londyn 1983]
Sławomir Żurek* pisze o tym wierszu, że Choć Żydzi nadal pozostają w opozycji do
otaczającego świata, to pozbawieni zostają przychylności Boga. (…) poeta postępuje dalej – Bóg jest nie tylko zaangażowany emocjonalnie po stronie oprawców, ale także jest uczestnikiem wszystkich zbrodni.
* Obyczaje – Magazyn Międzynarodowy 2002, nr 9-10, s. 8-11.

















































