Übersetzer Workshop 3

Vor einer Woche und gestern berichteten wir (ich und Plamena Maleva) über Übersetzer Workshop, der im Rahmen der Osteuropa-Tage organisiert wurde.

Heute präsentieren wir polnische Autorin und Aktivistin der neusten Frauen- und Kampfbewegung in Polen

Monika Tichy

Die Autorin des polnischen Textes Monika Tichy hat sich am zweiten Workshop-Tag eingewählt und sich mit der polnischen Gruppe über ihren Text und über die aktuelle Lage in Polen unterhalten. Ihr machen die aktuellen Umstände in Polen rund um das Abtreibungsverbot Sorgen.

Monika Tichy (l) & Katarzyna Hajduk

Ein Video von unserem Zoom-Gespräch findest du HIER / TU
Text Original  / Tekst po polsku: TU / HIER

Der Ausschnitt aus der entstandenen Übersetzung (grün auf Polnisch / zielony po polsku)

Ich war mal eine ins Gebet vertiefte, Bibel lesende und drei Mal pro Woche im Gottesdienst dienende junge Frau. Sakramentale Ehefrau. Glaubend an den Schwindel des Patriarchats, verpackt in ein lyrisches Sacrum, an das mein Vater glaubt.
Vater weiß nicht, dass ich nicht mehr glaube. Ich spreche mit ihm über nichts Wichtiges, obwohl wir hin und wieder aufeinander treffen, denn meine Mutter passt manchmal auf meinen Sohn auf. In diesem Moment, so wie immer mittwochnachmittags, ist der Kleine bei der Oma, aber ich bin nicht auf Arbeit, so wie üblich. Ich streike.
Vater weiß nicht, dass mein Mann, der im Ausland arbeitet, schon jemand anderen hat und ich ebenfalls. Vater weiß nicht, welche Ethnie, welches Geschlecht, welches Alter unsere neuen Partner haben. Warum soll ich es ihm sagen, wenn ich weiß, dass er „solche“ nicht akzeptiert?
Vater weiß nicht, dass ich bei jedem lokalen und zentralen Antiregierungsprotest war, seitdem die Partei an die Macht kam. Seine Partei.
Vater ist ein Mitglied der Partei.
Also was macht er hier?

Kiedyś byłam młodą, rozmodloną panną czytającą Biblię i trzy razy w tygodniu służącą do mszy. Sakramentalną małżonką. Wierzącą w te ściemy patriarchatu, opakowane w liryczne sacrum, w które wierzy mój ojciec.
Ojciec nie wie, że ja już nie wierzę. Nie rozmawiam z nim o niczym ważnym, mimo że widuję go, bo moja mama czasem zajmuje się moim synem. W tej chwili, jak zawsze w środy po południu, mały też jest u babci, ale ja nie jestem w pracy, jak zazwyczaj. Jestem na strajku.
Ojciec nie wie, że mój mąż pracujący za granicą ma już kogoś innego, i że ja mam również. Ojciec nie wie, jakiej rasy, płci i wieku są nasi nowi partnerzy. Po co mam mu mówić, skoro wiem, że on „takich” nie akceptuje?
Ojciec nie wie, że byłam na każdym antyrządowym proteście lokalnym i centralnym od czasu, gdy do władzy doszła Partia. Jego Partia.
Ojciec jest członkiem Partii.
Więc co on tu robi?
2.
Sie sind wie die Pharisäer, über die Jesus sprach: „Sie bürden den Menschen unerträgliche Lasten auf, doch sie selbst rühren keinen Finger, um diese Lasten zu tragen”. Liege in fruchtbaren Nächten neben der Ehefrau, aber fasse sie nicht mal an! Gebäre sechs! Und ziehe sie groß! Lass ihn dich schlagen, wenn er betrunken zurückkommt! Gebäre ein krankes Kind, kümmere dich um es bis Ende des Lebens und sterbe ohne Sicherheit, was mit ihm weiter sein wird! Welcher von ihnen, die da bequem im Pfarrhaus oder der Bischofsresidenz leben, roch zumindest einmal im Leben eine Windel?

Oni są jak faryzeusze, o których Jezus mówił: „Wiążą ciężary wielkie nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, a palcem ich tknąć nie chcą”. Leż obok żony w noce płodne, ale jej nawet nie dotknij! Urodź sześcioro! I wychowaj! Pozwól, by cię bił, kiedy wraca pijany! Urodź chore dziecko, zajmij się nim do końca życia i umrzyj bez pewności, co z nim będzie dalej! Który z nich, żyjących wygodnie na plebanii czy w biskupiej rezydencji, chociaż raz w życiu powąchał pieluchę?
3.
Die letzte Kraft, in der ich sie noch sehe, sind Frauen. Die Regierung weicht vor Nichts und Niemandem zurück. Demonstrationen von mehreren tausend Menschen zur Verteidigung der Verfassung oder der Medien zerschlugen sich an ihrem Hochmut wie eine Welle an einem Betonmast. Die Meinungen der EU-Organe oder der internationalen Institutionen gehen komplett an ihnen vorbei. Den einzigen Schritt rückwärts, den sie machten, war unter Druck von Frauen.
Ostatnia siła, w jakiej jeszcze ją widzę, to kobiety. Rząd nie cofnął się przed nikim i niczym. Wielotysięczne manifestacje w obronie konstytucji czy mediów rozbiły się o ich butę jak fala o betonowy słup. Opinie instytucji unijnych czy międzynarodowych mają gdzieś. Jedyny krok wstecz, jaki zrobili, to pod naciskiem kobiet.

Übersetzer Workshop 2

Plamena Maleva

Zitate von mir als Koordinatorin:
– Der Workshop war ein großer Erfolg und das Team der Osteuropa-Tage ist sehr froh, dass wir es trotz der aktuellen Umstände geschafft haben, einen digitalen Raum für Austausch und Zusammenarbeit zwischen Übersetzer*innen zu schaffen.

– Dieses Jahr lag der Fokus des Workshops auf publizistischen Texten und wir hatten vier sehr unterschiedliche, jeweils sehr spannende Texte dabei, die vor allem für die Bevölkerung der jeweiligen Länder geschrieben sind. Die vier Gruppen, die jeweils aus dem Polnischen, Bulgarischen, Tschechischen und Russischen übersetzt haben, standen also vor der Herausforderung, gewisse kulturelle Kontexte, sowie landerspezifisches Hintergrundwissen, welches für das Verständnis der Texte notwendig ist, möglichst verständlich ins Deutsche zu übertragen, ohne dass dabei zu viele Fußnoten entstehen. Wenn man sich die entstandenen Übersetzungen anschaut, sieht man, dass alle Gruppen diese Herausforderung erfolgreich gemeistert haben.

Atmosphäre und Austausch:
Am Ende des Workshops haben sich alle Gruppen zusammengetan und sich über den Übersetzungsprozess ausgetauscht. Dabei konnte z.B. die bulgarische Gruppe, in der es keine deutschen Muttersprachler*innen gab, bei der Suche nach einem passenden Begriff wertvolle Tipps bekommen. Die Teilnehmenden konnten einen Teil von jeder Übersetzung hören und einen Eindruck von den jeweiligen spachrlichen Besonderheiten in jedem Text bekommen.

Ein besonderer Dank geht an die Referent*innen: Katarzyna Hajduk (PL), Evdokia Stoyanova-Kostova (BG), Anastasia Myasina (RU) und Ruben Höppner (CZ) für die tolle Arbeit an den Rohübersetzungen und beim Moderieren der Gruppenarbeit. Sie haben von den Workshop-Teilnehmer*innen auch viel Lob bekommen und es freut uns, als Veranstalter des Events, dass die Betreuung der Gruppen in sicheren Händen war.

Z wolnej stopy 18

Zbigniew Milewicz (opracowanie)
Kto rządzi światem…

Dzisiaj solenizant kończy 65 lat i mam ochotę o nim coś napisać, niekoniecznie laurkę, ale przynajmniej kilka obiektywnych zdań. Od miesięcy na temat współzałożyciela Microsoftu, Billa Gatesa krążą bowiem w świecie złe opinie, w związku z Covid – 19. Jedni zarzucają Gatesowi „tylko” zarabianie na wirusie, inni – wykorzystywanie pandemii do wprowadzenia rządów nad całym światem, a najradykalniejsi, że jest ojcem pandemii, który wirusa z premedytacją stworzył. Teorii tych nie snuje się jedynie wśród miłośników fantastyki, czy na forach dla spiskowców. Są wszędzie – na Facebooku, Twitterze, w mediach. Z ciekawością przeczytałem więc publikację Matyldy Grodeckiej, zamieszczoną w Spider`s Web 12 maja b.r., która zmierza się z owymi oskarżeniami. Artykuł nosi tytuł „Związki Billa Gatesa z pandemią, czyli scenariusz, który miał w głowie od lat“ i przytaczam go tutaj z pewnymi skrótami, bo jest obszerny, ale warto się z nim zapoznać, zanim ktoś nam przyśle smartfonem kolejnego hejta:

Niektórzy miliarderzy inwestują w pasażerskie loty kosmiczne. Bill Gates, po tym jak zbił majątek na Microsofcie, zajął się zbawianiem świata od epidemii. (…) Z majątkiem przekraczającym 100 mld dolarów, z legendą założyciela jednej z najważniejszych firm technologicznych, z ogromnymi dokonaniami jako filantrop, Bill Gates mógł udać się na zasłużoną emeryturę. Niespodziewanie jednak zastąpił Georga Sorosa na pozycji najbardziej znienawidzonego bogacza świata. Człowieka oskarżanego o to, że po cichu pociąga za sznurki tak, by przejąć kontrolę nad całą ludzkością.

A zaczęło się dosyć niewinnie – od nagranego w 2015 roku na konferencji Ted Talk krótkiego przemówienia. Gates na scenę wszedł, pchając wózek z metalowymi beczkami. Pokazał je publiczności i zaczął opowiadać, że kiedy był dzieckiem, ludzkość najbardziej obawiała się wojny atomowej. Dlatego amerykańskie rodziny miały takie metalowe beczki, w których trzymały zapasy jedzenia. Na wypadek ataku miały schować się w piwnicach i żywić się tym, co kryły beczki. Publiczność zaśmiała się. Ale przestała się śmiać, gdy ubrany w różowy sweterek symbol tego, jaką potęgą są dziś firmy technologiczne, zaczął opowiadać o tym, czego powinniśmy się teraz bać. Globalnych epidemii.
– Jeśli coś zabije ponad 10 milionów ludzi w ciągu najbliższych dekad, najprawdopodobniej będzie to wysoce zakaźny wirus a nie wojna. Nie pociski, ale mikroby (…). Pojawi się wirus, który pomimo zakażenia, pozwala czuć się na tyle dobrze, by wsiąść do samolotu albo przejść się na rynek. Źródłem wirusa może być natura – przestrzegał, pasjonująco opowiadając Bill Gates.

Dziś, pięć lat później, w środku globalnej pandemii, jego słowa jeszcze mniej śmieszą. Brzmią proroczo, niepokojąco, dla niektórych wręcz podejrzanie. Jakim cudem ten informatyk bez medycznego czy nawet biologicznego wykształcenia już wtedy widział zagrożenie, które zaskoczyło rządy na całym świecie? I czy możemy z czystym sumieniem mu zaufać, gdy mówi, że wie, jak je zażegnać.

Przestroga wygłoszona w 2015 r. nie była jedyną. Gates opublikował na temat zbliżającego się zagrożenia artykuł w New England Journal of Medicine, a na wykładzie w Bostonie przekonywał o konieczności przygotowania się na nieuchronną pandemię, prezentując symulację rozprzestrzeniania się z Chin na cały świat wirusa grypy. Ojciec założyciel Microsoftu był pewien, że jeśli nic nie zrobimy, nie unikniemy katastrofy.

Przez kolejne lata ostrzegał, że podczas gdy wydajemy krocie na obronność, nasza służba zdrowia pozostaje niedofinansowana. Zwracał uwagę na to, że pomoc krajom uboższym w organizowaniu sprawnie działającego systemu ochrony zdrowia jest nie tylko szlachetna, ale też opłacalna. We współczesnym świecie, po którym podróżujemy z prędkością Boeinga, wirusy mogą rozprzestrzeniać się szybciej niż do tej pory. Dobry stan służby zdrowia na całym świecie, może uratować cały ten świat.

Świat na te przestrogi pozostawał głuchy. A nie powinien.

Bill Gates to nie nerd, który w ciągu jednej nocy z gracza Plague Inc. wyewoluował w eksperta ds. wirusów i epidemii. Stawał się nim przez ostatnie 20 lat. Założona w 2000 r. Fundacja Billa i Melindy Gates od początku skupiała się na walce z chorobami zakaźnymi nękającymi kraje rozwijające się. Analizowała dane medyczne z uboższych państw. Tworzyła nowe systemy zbierania informacji. Negocjowała z firmami farmaceutycznymi. Opracowywała programy szczepień i sposoby, w jakie można leki i szczepionki dostarczyć do krajów nękanych chorobami, o których śmiertelnym zagrożeniu my, bogaci szczęśliwcy, mogliśmy już zapomnieć. Z roku na rok Gates coraz więcej czasu poświęcał Fundacji i coraz mniej swojemu pierworodnemu dziecku, czyli firmie Microsoft. W marcu tego roku zrezygnował nawet z funkcji członka zarządu firmy.

W tym wszystkim Gates nie był tylko chodzącą skarbonką, która organizowałaby charytatywne imprezy i z pięknym uśmiechem wyciągała czeki od innych bogaczy. Gates angażował się merytorycznie – czytał artykuły naukowe, rozmawiał z badaczami, przekonywał polityków, że muszą inwestować w ochronę zdrowia. Razem z Wellcome Trust założył w 2017 r. Coalition or Epidemic Preparedness Innovations, która prowadzi badania nad szczepionkami, dofinansowywał GAVI Alliance, której misją jest zwiększenie dostępu do szczepionek w uboższych krajach, przelewał pieniądze na WHO.

– Kiedy wydaję na coś miliardy dolarów, mam zwyczaj dużo o tym czytać – mówi i wciąż się dokształca.

Gdy więc tylko COVID-19 pojawił się w Chinach, Gates zaczął czytać na ten temat i rozmawiać z ekspertami zajmującymi się badaniem wirusów. Katastrofa, którą od lat przewidywał, zaczynała się materializować. Nawet jeśli cały świat nie był na nią dość dobrze przygotowany, on będzie wiedział tyle, ile da się wiedzieć na tym etapie.

Według Gatesa w walce z pandemią kluczowe są trzy sprawy: utrzymanie kwarantanny, monitorowanie rozprzestrzeniania się wirusa i wynalezienie, a potem dystrybuowanie szczepionki.

Pierwsze ma ochronić populację, w szczególności osoby będące w grupie ryzyka, przed śmiercią i może być osiągnięte dzięki mądrym decyzjom polityków. Drugie ma umożliwić wprowadzenie adekwatnych ograniczeń i programów dostosowanych do realnej sytuacji. Wreszcie szczepienia, bo jeśli nie robi się dostatecznie dużej liczby testów, informacje o tym, jak rozprzestrzenia się wirus i ile osób jest nim zarażonych, są nieprecyzyjne. Sama liczba testów, jak podkreśla Gates, to jednak nie wszystko. Póki nie można przebadać wszystkich, póty trzeba wybierać testowanych rozsądnie według klucza – w pierwszej kolejności poddani badaniom powinni być pracownicy służby zdrowia, w drugiej osoby, które wykazują wiele symptomów choroby, w trzeciej ci, którzy na działanie wirusa byli narażeni.

Ale to trzeci punkt daje nadzieję na powrót do normalności – wynalezienie leku i przede wszystkim szczepionki. A to nie jest ani proste, ani szybkie. W zwykłych warunkach praca nad nią zajęłaby około pięciu lat, z długą fazą kilkustopniowych badań nad jej bezpieczeństwem i skutecznością. Obecne warunki nie są jednak normalne, a każdy kolejny miesiąc, tydzień i dzień bez szczepionki generuje ogromne koszta – dla ludzkiego życia, dla zdrowia i dla gospodarki. Wynalezienie szczepionki będzie wielkim przełomem, ale nie końcem problemów. Potem trzeba będzie wyprodukować jej około 7 mld dawek. Dlatego reszta zadań, którymi zajmowała się do tej pory fundacja Gatesów, zeszła na dalszy plan. Dziś na walkę z COVID-19 idzie niemal 90 proc. mocy fundacji.
– Musimy wydać miliardy, by zaoszczędzić biliony. Każdy dodatkowy miesiąc, który zajmuje stworzenie szczepionki, jest miesiącem, w którym nasza ekonomia nie może wrócić do normalnego funkcjonowania – tłumaczy Gates naswoim blogu.
Fundacja Billa i Melindy Gatesów nie musi się jednak martwić o nagły kryzys finansowania. Gates, posiadający około 105 mld dol, jest drugim najbogatszym człowiekiem świata (palmę pierwszeństwa dzierży CEO Amazonu, Jeff Bezos). Duża część zgromadzonych przez niego funduszy ląduje na kontach fundacji, dzięki czemu stała się ona jedną z najbogatszych i najbardziej wpływowych tegotypu organizacji na Ziemi. To budzi szacunek. I lęk.

Jednak zamiast zachwytów nad przenikliwością informatyka, który jest przecież także jednym z twórców potęgi Doliny Krzemowej, niespodziewanie Gates zaczął budzić ogólnoświatową niechęć. Ba, stał się wręcz symbolem tajnych sił, które miały wywołać epidemię Covid-19. Wywołująca niepokój dokładność przewidywań Gatesa umieściła  go w centrum wielu teorii spiskowych (…). Jednym z obciążających Gatesa dowodów ma być przywołany na początku tego tekstu wykład z Ted Talk. No bo jakże to tak, wszyscy byli wybuchem epidemii zaskoczeni, a 60-letni informatyk wiedział o nim od 5 lat. Oliwy do ognia dolewa AMA (Ask Me Anything, swoisty wywiad, w którym użytkownicy Reddita mogą zadać gościowi dowolne pytanie) z 18 marca tego roku. Miliarder pytany o to, co się zmieni w efekcie pandemii, odpowiedział:
– W końcu będziemy mieć jakiegoś rodzaju cyfrowe certyfikaty, które pokażą, kto już wyzdrowiał albo był niedawno testowany.
Takie rozwiązanie, jak twierdzi, będzie potrzebne, żebyśmy mogli przemieszczać się między krajami. Nie wszystkie państwa poradzą sobie z koronawirusem, a w części świata epidemia będzie trwała dłużej. Żeby stamtąd dostać się do kraju, w którym sytuacja została już opanowana, będą musieli w jakiś sposób udowodnić, że wraz z nimi nie dostaje się tam zaraźliwy wirus. Certyfikat miałby być właśnie takim dowodem.

Wizja cyfrowych certyfikatów zadziałała jednak na wyobraźnie internautów w zupełnie niespodziewany sposób. I szybko zaczęła żyć własnym życiem. Ktoś dopowiedział, że taki certyfikat z pewnością będzie zapisywany na mikrochipach wszczepianych w ciało obywatela. Ktoś połączył tę teorię ze współfinansowanymi z pieniędzy fundacji badaniami nad niewidocznymi tatuażami, z których dane można by odczytać smartfonem.

Protesty antyszczepionkowców w Montanie, w kwietniu 2020 r.

Karmiona strachem wyobraźnia podsuwa wizje totalnej inwigilacji opartej na biotechnologii. Laura Ingraham, prezenterka Fox News, napisała na Twitterze:
– Cyfrowe śledzenie każdego kroku obywateli Ameryki było marzeniem globalistów od lat. Ten kryzys jest dla nich doskonałym narzędziem, żeby je wreszcie zrealizować.

Roger Stone, były doradca Donalda Trumpa, powiedział w wywiadzie radiowym, że to  czy Gates odgrywał jakąś rolę w stworzeniu lub rozprzestrzenianiu wirusa, jest kwestią poddawaną żywej dyskusji. Niby po drugiej stronie globu, ale w tym samym tonie na instagramowym koncie Gatesa wypowiedział się deputowany rosyjskiego parlamentu Dmitrij Ionin.
– Ludzie są zaniepokojeni planem zmniejszenia populacji, boją się chipowania – napisał polityk.
A stąd tylko krok do teorii, że to miliarder stworzył pandemię, by sprzedać potem światu szczepionki i wprowadzić mikrochipy, dzięki którym będzie w stanie kontrolować ludzkość. Jeszcze jeden mały kroczek i słychać, że Gates to Antychryst, a jego niewidzialne tatuaże to szatańskie znamiona.
W takim właśnie tonie od dobrych kilku miesięcy o założycielu Microsoftu coraz mocniej opowiada Alex Jones, skrajnie prawicowy publicysta amerykański, niesławny twórca Infowars. Łączy projekty Gatesa z pandemią i mówi o niewidzialnych tatuażach do śledzenia zaszczepionych dzieci, które mają być refundowane przez fundację Billa i Melindy. Potem dokłada teorię o tym, że kononawirus „został wyprodukowany”, by pozbawić nas płodności, tak jak „chciałby tego Bill”. I by wreszcie wykrzyczeć, że Gates „morduje mnie i moja rodzinę i myśli, że to jest zabawne”, a co najważniejsze, „rządzi całym światem”.
Ten krzyk słychać także u nas.

Plac Szembeka na warszawskim Grochowie, na słupach wiszą zdjęcia uśmiechniętego Gatesa.

„MYŚL. Ta sama osoba, która głosi opinie, że nasza planeta jest przeludniona nagle chce chronić twoje życie SZCZEPIONKAMI”. Gates z miłego pana filantropa, który fundował komputery polskim szkołom, momentalnie wyrósł na uosobienie zła na świecie.

W felietonie opublikowanym kilkanaście dni temu w tygodniku „Sieci Prawdy” Maciej Pawlicki, znany raczej jako producent filmowy (m.in takich dzieł jak historyczne „Legiony”), bierze się za wyjaśnienie, co się dzieje w dzisiejszym świecie i wylicza kilka intrygujących według niego wątków, które – jak zaznacza – absolutnie nie są teoriami spiskowymi. Aż trzy z nich dotyczą Billa Gatesa.
W pierwszej Pawlicki oświadcza, że życiową misją Gatesa (i obecnego szefa WHO Tedrosa Adhanoma) jest depopulacja, do czego miliarder przyznawał się już wielokrotnie i publicznie. W drugim przytacza zorganizowany przez fundację Gatesów Event 201, który odbył się tuż przed wybuchem epidemii w Chinach. Wydarzenie miało na celu przygotowanie się do pandemii także w zakresie kontroli mediów oraz „metod uciszania sceptyków za pomocą technologii”. W trzecim odwołuje się do sprawy szatańskiego patentu Gatesa. 26 marca Światowa Organizacja Własności Intelektualnej opublikowała wniosek patentowy złożony przez Microsoft niemal rok temu. System kryptowalutowy, wykorzystujący dane aktywności ciała (taką bowiem chwytliwą nazwę nosi patent) ma monitorować ludzki organizm (fale mózgowe, tętno, aktywność mięśni, etc.), by identyfikować ludzi i umożliwić im płacenie.
– Za szczególne poczucie humoru Billa Gatesa należy uznać fakt, że zadbał o to, by ten właśnie patent miał właśnie taki numer – WO/2020060606. Widać czytał Apokalipsę według świętego Jana. A czy my czytaliśmy? – kończy dramatycznie Pawlicki felieton zatytułowany „Co nam szykuje Bill 666 Gates”.
Jeszcze dalej idzie Grzegorz Braun, też filmowiec, a także jeden z liderów partii Konfederacja Wolność i Niepodległość, który właśnie na antenie NCzasTV ogłosił, że najwyższy czas na list gończy za Gatesem (…).

To co tak oburza Pawlickiego, Brauna czy Jonesa jest jednak znacznie mniej konspiracyjne, niż by się im wydawało. Bill Gates do swoich „depopulizacyjnych” zapędów owszem przyznaje się często i – co gorsza – nie owijając w bawełnę. Tyle że mówi to, co wiedzą wszyscy epidemiolodzy i lekarze specjalizujący się w chorobach zakaźnych: najlepszym narzędziem do walki z tymi zagrożeniami są szczepionki i … promowanie łatwiejszego dostępu do antykoncepcji.
– Kiedy matka może wybrać, ile dzieci ma mieć, jej dzieci są zdrowsze, lepiej odżywione, mają większe zdolności umysłowe – a rodzice mają więcej czasu i pieniędzy na dbanie o zdrowie i edukację każdego dziecka. W ten sposób rodziny i kraje wychodzą z ubóstwa. Ten związek między ratowaniem życia, niższym wskaźnikiem urodzeń i likwidacją ubóstwa był najważniejszą lekcją, którą Melinda i ja otrzymaliśmy na początku na temat globalnego zdrowia – tłumaczy Gates.

Miliarder nie nawołuje więc do trucia szczepionkami i masowej aborcji. Wręcz przeciwnie – za jedne z najlepszych sposobów na obniżenie przyrostu liczby ludności na świecie (a w szczególności w krajach uboższych) uznaje obniżenie śmiertelności wśród dzieci. I ma na to dane – w krajach, w których śmiertelność wśród dzieci jest niska, spada też liczba porodów.
– Zaskakującym, ale kluczowym faktem, który odkryliśmy, było to, że zmniejszenie liczby zgonów rzeczywiście zmniejsza wzrost populacji… Wbrew maltuzjanizmowi, który głosi, że populacja będzie rosła do granicy tego, jak wiele dzieci da się wykarmić. Rodzice decydują się mieć tyle dzieci, by mieć jaknajwiększą szansę, że kilkoro z nich przeżyje, aby wspomóc ich na starość – pisali Gatesowie w 2009 r. w liście opisującym pracę w fundacji.

Event 201, który tak oburzył Pawlickiego, rzeczywiście się odbył i rzeczywiście dotyczył przygotowania do wybuchu ewentualnej pandemii. Wydarzenie było symulacją rozprzestrzenianie się pandemii koronawirusa. Tyle, że symulacja miała miejsce w Brazylii, a nie Chinach. Ćwiczenie zaś miało na celu uświadomienie uczestnikom konieczności wprowadzenia w czasie pandemii współpracy między państwami i organizacjami prywatnymi. Podobne wydarzenia odbywały się zresztą kilkukrotnie, w 2018, 2005 i 2001 roku. Prawdą jest za to, że w podsumowaniu wydarzenia pojawiło się zalecenie, by w razie wybuchu pandemii kontrolować media. Ale nie o wolność słowa chodziło, tylko o walkę z dezinformacją i kierowanie do wiarygodnych źródeł danych(…)

Może i spiskowe teorie wokół Gatesa powinny budzić co najwyżej wzruszenie ramion. Ale nad potęgą tego miliardera nie da się przejść bez zastanowienia. I takie obawy u coraz większej grupy naukowców i polityków narastały już przed pandemią.
Jeszcze w ubiegłym wieku, w 1998 roku, szef i twórca Microsoftu został oskarżony o stosowanie praktyk monopolistycznych. Politycy i najważniejsze państwowe organy Stanów Zjednoczonych były wtedy przeciw niemu. Do tego stopnia, że firma została uznana za winną zarzucanych jej czynów, a sąd w pierwszej instancji zapowiedział jej podział. Losu AT&T, czyli legendarnego giganta telekomunikacji, który pod taki topór trafił, Microsoftowi udało się uniknąć tylko dzięki apelacji.
Ale i tak Gates był już zmęczony kierowaniem firmą i dwa lata później ustąpił ze stanowiska szefa Microsoftu. Wtedy właśnie zaangażował się w granie nowej roli – filantropa na pełen etat. Szybko Fundacja Gatesów urosła do poziomu potęgi. Wydaje tak ogromne kwoty na działalność w zakresie globalnej ochrony zdrowia, że jej głosu słucha każdy – od międzynarodowych organizacji, przez przedstawicieli biznesu, po rządy poszczególnych krajów, w których działa. Wolący pozostać anonimowym przedstawiciel jednej z genewskich organizacji pozarządowych już w 2017 roku w rozmowie z Politico nazwał Gatesa jednym najbardziej wpływowych ludzi świata i dodał:
– Jest traktowany jak głowa państwa nie tylko w WHO, ale także w G20.

Spotkanie kanclerz Angeli Merkel i niemieckiego rządu z Billem Gatesem w 2008 r.

Głosy, że taka potęga w rękach jednego człowieka i jednej organizacji grozi zachwianiem, o ile nie wręcz wypaczeniem, całego misternego systemu światowej pomocy, to nie spiskowe nawołania Jonesa. To wskazywanie na bardzo realne i potencjalnie groźne zjawisko. Zamiast wyliczać jak wzmocnić własnymi siłami systemy służby zdrowia, kolejne rządy zaczynają w swoich kalkulacjach coraz częściej uwzględniać przede wszystkim wysokość grantów, które miliarder może im dać na badania. Mnożą się więc projekty, które są w stanie relatywnie szybko przynieść wymierne i łatwe do raportowania efekty. A brakuje takich, które zajęłyby się reformą niewydolnych systemów(…)

Jedną z najbardziej znanych krytyk wpływu fundacji Gatesa na plany globalnej ochrony zdrowia była notatka, która wyciekła z WHO w 2008 r. Jej autor, Arata Kochi, który był szefem zespołu do walki z malarią, przestrzegał, że granty Gatesów mogą nie tylko ograniczać różnorodność podejść do rozwiązania problemów, którymi zajmuje się organizacja i promować te forsowane przez fundację i związanych z nią naukowców, ale przede wszystkim drastycznie ograniczają rolę WHO w tworzeniu w demokratyczny sposób standardów i programów w dziedzinie ochrony zdrowia.

Samo WHO jednak o współpracy z Fundacją Gatesów wypowiada się w superlatywach. Trudno się zresztą dziwić – po Stanach Zjednoczonych to właśnie Gates jest największym darczyńcą Światowej Organizacji Zdrowia. A w czasach, gdy prezydent Donald Trump oburzony na WHO, że niewystarczająco skutecznie walczyła z epidemią nowego koronawirusa, zdecydował się wstrzymać jej finansowanie, to informatyk-filatrop okazał się być rycerzem na białym koniu, ratującym sytuację.

Sam Gates oficjalnie oczywiście ani słowem nie skrytykował Trumpa. Jedynie dosyć delikatnie zatweetował: “Wstrzymanie finansowanie dla Światowej Organizacji Zdrowia w trakcie światowego kryzysu zdrowia jest dokładnie tak niebezpieczne, jak to się wydaje. .Jej starania spowalniają rozprzestrzenianie się COVID-19 i jeśli te starania się skończą, żadna inna organizacja nie może jej zastąpić. Świat potrzebuje WHO teraz bardziej niż kiedykolwiek.”
W domyśle, świat potrzebuje też Billa. Tym razem może ktoś mu uwierzy.

Wczoraj w Szczecinie

Ewa Maria Slaska

Jadę do Ojczyzny, ostrzeżona przez kilka osób, że w Polsce surowy lockdown, taki jak był wiosną, ale ostrzejszy, a główna różnica polega na tym, że ludziom po 70 nie wolno wychodzić z domu.
A ja muszę wjechać do Polski i przejechać polskimi kolejami państwowymi przez pół kraju, ze Szczecina do Gdańska.

Dojeżdżam do Szczecina w masce. Na granicy wkładam jeszcze okulary i czapkę, żeby nie było od razu i z daleka widać, że jestem stara. Oczywiście, jak ktoś mnie wylegitymuje, to żadna maskarada mi nie pomoże.
W kasie pierwsze zaskoczenie. Nie ma biletów na pociąg bezpośredni. W czasach poza pandemią to nie problem, wsiada się do Warsu… Ale Warsu nie ma, wsiąść (podobno) nie można. Po dwóch godzinach podejdę do kasy jeszcze raz i, nie wiem dlaczego, ale kupię bez problemu bilet pierwszej klasy. Na razie jednak tego nie wiem i kupuję tanie bilety na pociągi osobowe z trzema przesiadkami. Na nie też muszę czekać trzy godziny.

Trzeba zatem do miasta, a po drodze się maskować. Czy pomogło? Chyba tak, jakieś patrole przechodziły, nie kontrolowały mnie. Nie kontrolowały również innych osób, ale chyba nikt na ulicy nie miał tyle lat co ja. Czyli sytuacja podobna do wczorajszej demonstracji w Berlinie przeciwko czwartkowemu wyrokowi Trybunału. Jestem najstarszą kobietą. Dawniej tylko w kinie i na koncertach punkowych byłam najstarszą uczestniczką, potem na demonstracjach, zwłaszcza tych antyaborcyjnych i w obronie LGBT, ale żeby na ulicy!
Co zatem robić?

Mam trzy godziny czekania. Pogoda ładna, słoneczna, ale jesienna, chłodna. Maszerować przez trzy godziny można, pod warunkiem, że ma się cel, np Santiago, albo np Aleppo, ale tak się przez trzy godziny wałęsać chyba nie dam rady. Nawet czerwony liść  na szarym bruku nie zajmie mnie przez trzy godziny.

Przepis stanowi, że wolno by mi było iść do pracy, ale nie pracuję w Szczecinie. Zresztą niedziela. Do sklepu też mi wolno, i nawet coś kupić, ale “pan jest moim pasterzem, niczego mi nie brak”, no a poza tym niedziela. Knajpy zamknięte, biblioteka zamknięta, postanawiam pójść do kościoła i zobaczyć, czy jakieś o pół wieku młodsze koleżanki robią jakąś zadymę pod hasłem wypierdalać. Uwaga – fota z Berlina, z sobotniej demonstracji.

Koleżanek już nie ma, ale w koszach znajduję ślady ich obecności. Wyciągam poskładane transparenty i ustawiam przy wejściu. Niech sobie wierni, którzy przyjdą na następną mszę też poczytają, a co?

 

To kościòł świętego Jakuba. Stąd ruszały kiedyś i ruszają znowu pielgrzymki do Santiago wśród Gwiezdnych Pól.

Nie dziwią więc tablice o drodze, czyli Camino. Ale kamień przypominający, że przez 400 lat mieszkali tu Kaszubi, jednak zaskakuje. Kaszubi mieszkają na Kaszubach. Tyle wiem. A tu jest Pomorze i to Zachodnie!
***
Myliłam się jednak, twierdząc, że w Szczecinie nie ma starych kobiet. Nie wiem, ile lat mają te dwie, które spotkałam po przyjeździe w głównej hali dworca. Może nie są tak stare jak ja, ale piękne i młode też już dawno nie są. Są ubrane w białe kitle i początkowo myślałam, że to jakiś patrol sanitarny i będą nam mierzyć temperaturę, sprawdzać, skąd jesteśmy i odsyłać na kwarantannę. Wysiedliśmy przecież z pociągu, który przyjechał z wrażego kraju, w którym “Granada” i “zaraza”. “Broni się jeszcze z wież Alpuhary Almanzor z garstką rycerzy”, ale nic mu nie pomoże, kobiety pędzą Araba jak psa, krzycząc głosem wielkim, że nie tu, nie TU, tu tylko dla kobiet, a toaleta dla mężczyzn jest TAM!
Gdy po trzech godzinach wracam na dworzec, idę TU, kobiety o czymś radzą po cichu, wychodzę, myję ręce i wyciągam z plastikowej beczułki “jak wąż kręty” cienki i lekko śliski kawałek papierowego ręcznika. Nie daje się nim nawet z grubsza osuszyć rąk, sięgam więc po drugi kawałek, ale gdzie tam! WARA, znowu wielki głos, tym razem do mnie, WARA, ile ma pani zamiar jeszcze rwać tego papieru, ciągnie i ciągnie, patrzcie państwo…

 

 

 

 

Frauenblick: Europa in der Coronazeit

Monika Wrzosek-Müller

Wissen wir, was wir mit unserer EU in der Zukunft vorhaben?

Die Coronavirus Pandemie zwingt uns über viele Sachen nachzudenken, über Solidarität, Toleranz, Freiheit, Individuum, Rechte, Pflichten natürlich auch über finanzielle Risiken und Bürden, usw., die sie mit sich bringt. Es herrscht Unsicherheit und ja, doch auch etwas Angst, wie die Zukunft sein wird, danach. Wäre es nicht angebracht, über unsere Vorstellungen, quasi einen neuen Anfang für EU nachzudenken und vielleicht eine Umfrage starten in allen EU Ländern und bei allen Bürgern, mit einem breiten Fragenkatalog, sich vergewissern, was wir eigentlich von diesem doch künstlichen Gebilde wollen, wie wir es weiter entwickeln, lenken sollen.

Als in Polen die oppositionelle Bewegung entstand und daraus dann später auch Solidarność, als unabhängige Gewerkschaft wurde, wusste sie ganz genau, auf welcher Seite sie stand. Es war wie ein Imperativ, mobilisierte alle ihre Kräfte und Gedanken. Sie kämpfte dafür ohne Wenn und Aber, ohne viel zu überlegen, was passiert, wenn…

Die Entwicklung zeigte, dass das auch richtig war; es war der richtige Kampf, der richtige Weg. Natürlich mit vielen Mäandern, doch die Richtung stimmte. Es hat vieles verändert, auf einen guten Weg gebracht.

Lange blieb sie danach unpolitisch, es ging auch eigentlich nicht anders, sie zog nach Deutschland um und bis sie politisch hätte tätig werden können, vergingen Jahre. Die deutsche Staatsangehörigkeit nahm sie erst 2009 an. Eigentlich begleitete sie nur ein politischer Gedanke, dass wir Europäer zusammen kommen sollen, unabhängig von allen regionalen Unterschieden, sich zusammentun und eine bessere Welt vorleben. Vielleicht war das auch die andere Seite ihres Lebens, die Umzüge und Änderungen des Standortes haben sie offen und positiv neugierig für das andere gemacht, aber zugleich auch gezeigt, wie viel man gewinnt, wenn sich die Länder unterstützen und einige Herausforderungen gemeinsam meistern.

Die Gründung der EU am 1. November 1993 empfand sie mehr als richtig, sie war begeistert. Doch schnell kamen die Krisen, die Unterschiede machten sich allzu sehr bemerkbar. Trotzdem wuchs die EU, zu den sechs Gründungsländern kamen weitere hinzu. Immerhin schaffte es die Union, eine einheitliche Währung zu etablieren; der Bewegungsfreiheit innerhalb Europas waren kaum mehr Grenzen gesetzt. 1999 waren elf Staaten in der europäischen Währungsunion verbunden, bis 2015 traten weitere acht Staaten bei. Die Europäische Zentralbank wacht über die Preisstabilität und, mal und mehr mal weniger erfolgreich, über die Haushaltsdisziplin der einzelnen Mitglieder. Die Finanzkrise von 2008 überstand Europa weitgehend unbeschadet, doch es wurde schnell deutlich, dass es sogenannte „bessere und schlechtere“ Länder in Europa gab, und diese Aufteilung wurde eigentlich nicht mehr aufgehoben.

Dann kam 2015 die Flüchtlingskrise und die Spaltung oder das Auseinanderdriften der Staaten war nicht mehr zu übersehen. Europa konnte sich auf keine gemeinsame Vorgehensweise einigen, viele Staaten respektierten die europäischen Institutionen nicht. Die Risse zeigten sich natürlicherweise während der Krisen deutlicher; so ging es mit gemeinsamen Aktionen nach der Flüchtlingskrise immer mehr bergab. Einige der Länder spielten ihre eigene Musik ganz für sich und wurden arrogant und beleidigt, wenn man sie zurechtzuweisen versuchte. Manche Kritik an der Art und Weise, wie die EU funktionierte, war vielleicht auch angebracht, und so trieb die Uneinigkeit in der EU ihr Unwesen.

Das Referendum in Großbritannien von 2016 fiel knapp zugunsten des Austritts aus der EU aus; für den Verbleib hatten immerhin 48,11% der Bürger gestimmt. Trotzdem war es wie eine Ohrfeige für die EU, England entschied sich für den Brexit und der Austritt erfolgte im Januar 2020. Da war aber ganz Europa schon mit einem neuen Problem beschäftigt, mit dem es bis heute kämpft und das es auf seine größte Probe stellt. In März befiel ganz Europa, die ganze Welt die Virus-Pandemie, die sich bis heute weiter ausbreitet und in vielen Ländern riesige Problemen schafft.

Sie hat diese Zeit nicht in Berlin verbracht; während der dunklen winterlichen Monate war sie in der wunderschönen Stadt an der Moldau, in Prag. Sie erlebte dort den totalen lock-down und eine leere Stadt mit geschlossenen Geschäften, Restaurants, Cafés, Bars, Museen, Konzerthäusern, Theatern, Kinos. Praktisch das ganze Leben stand still in dieser sonst so von Touristen überlaufenen Stadt. Sie war angetan, wie diszipliniert und verantwortungsvoll die Tschechen mit den Maßnahmen umgingen und sich ihnen fügten.

Doch eines stach in dieser Zeit für sie ganz deutlich ins Auge: es gab praktisch keine gemeinsame Aktionen seitens der EU. Jeder Staat versuchte schleunigst, für sich eine Strategie zu entwickeln, kapselte sich mehr oder weniger ab; manche schlossen die Grenzen, andere ließen ihren Bürgern mehr Freiheit und wollten die sogenannte Herdenimmunität durch höheres Infektionsaufkommen herstellen, wieder andere waren einfach hilflos gegenüber der sich ausbreitenden Krankheit. Sie wartete vergeblich auf Signale aus Brüssel, einen Weg, einen Vorschlag seitens der europäischen Kommission. Es wäre doch möglich gewesen, einen Rat für die Erarbeitung eines Maßnahmenkatalogs zu bilden und, wenn nicht praktisch, dann doch wenigstens symbolisch, Geschlossenheit zu zeigen. Es war wie ein Schlag, nach dem die Schleier fielen, sah man ganz deutlich: die Länder lebten ihre nationalen Gefühle und Gebärden, ihren Stolz wieder aus; es kam zur Konkurrenz, wer es warum und wie besser machte. Das war ihr unverständlich und schmerzhaft, doch die Meldungen übermittelten eindeutig dieses Bild: jeder Staat agierte für sich allein. Irgendwann erst taten sich die Staatschefs zusammen und finanzielle Hilfe für ganz Europa wurde vereinbart. Das war ein gutes und richtiges Signal.

Doch für sie war der Traum ausgeträumt, die ersten Impulse hatten gezeigt, dass sich spontan alles wieder klar in Richtung Nationalstaat; dieser Reflex steckt weiterhin ganz tief in den Köpfen.

So denke sie, dass die EU nach der Corona-Krise einen neuen Anfang machen muss, etwas mehr Gewicht auf moralische, ethische Probleme legen, sich von bloß finanziellem Kalkül weg bewegen. Vielleicht würde, wiederhole ich noch einmal, eine allgemeine Umfrage helfen, in der Bürger aller EU-Staaten aufgerufen wären, sich über die Zukunft der EU, deren Aufgaben, Ziele, Pflichten auszusprechen. Dann könnte man sie (die Bürger und die Staaten) beim Wort nehmen und mit neuen Schwung die Einigung, den Fortschritt weiter vorantreiben, auch in den Bereichen, wo die Stimme der EU gefehlt hat, und bei allen Unterschieden und Interessengegensätzen zwischen den Länder.

Rozmowy z Konradem: kraina czarów

Ewa Maria Slaska

Co Alicja zobaczyła po drugiej stronie ekranu?

Czatujemy.
Ciekawe, że już się wreszcie przyzwyczaiłam do tego słowa, bo jeszcze niedawno wzdragałam się przed używaniem go, gdyż czatowanie oznaczało przecież siedzenie w kryjówce i czekanie na zwierzynę lub wroga, a nie rozmowę. Podbnie jest zresztą ze słowem tuszowanie, które oznaczało ukrywanie wad, a nie malowanie oczu tuszem. A gumkowania nie było w ogóle
.
Slightly Smiling Face on WhatsApp 2.19.352

Z reguły dobrze nam się podczas tych czatów dochodzi do jakichś wspólnych ustaleń, a czasem nawet  żartów. To sztuka, bo czatowanie wcale nie jest łatwe, a z żartami to już w ogóle nie ma żartów. Piszę więc na czacie do Konrada, że to nawet nieco dziwne, bo jeśli chodzi o żarty, sarkazm i ironię, to są ludzie, z którymi rozumiemy się tylko, jeśli rozmawiamy osobiście, natomiast telefon, maile, smsy i czaty to jedna wielka katastrofa.

Porada mądrego młodego człowieka brzmi:

– Dlatego raczej należy unikać takich rzeczy przy czatowaniu… Lub garściami używać emoji.
Slightly Smiling Face on WhatsApp 2.19.352

Babcia Konrada choruje i czasem, jak czatujemy, stan zdrowia babci pojawia się w postaci krótkiego pytanka.

– Jak się czuje babcia?

– Lepiej!!! Ale jeszcze jest chora.

Pleading Face on Google Android 11.0
Pojawia się ładna emojka, nie znam jej jeszcze, pytam, co znaczy i dowiaduję się, że:

na pewno ma wiele znaczeń, jak większość… Można jej używać jako “ale słodkie!” Albo jako “mogę? proooszę, zgódź się!”
To taka mina, jaką robimy, widząc słodkiego kotka. Bardzo młode osoby często robią taką minę, jak o coś proszą. Wszystko się zgadza.

Odpowiadam, że to dobrze, że babcia czuje się lepiej i wysyłam taki obrazek:

Sweat Droplets on WhatsApp 2.19.352

– A czemu woda?

– Żeby babcia cały czas dużo jej piła i żeby jej wieszać w pokoju mokre ręczniki. Próbuję zastosować się do Twojej porady, że w czatach trzeba stosować dużo emojek.

Ale głupio się zastosowałam do tej porady, bo oto…

– Aha. Wodnych emojek najczęściej używa się chyba z seksualnym podtekstem. Myślę, że częściej niż do określenia samej wody.

Omg.

– To ciekawe, jak one potrafią przybierać znaczenie, którego autorzy by się nie spodziewali. Tak widzę po internetach.

– Że zacytuję słynnego polskiego filozofa: tak źle i tak niedobrze, wszystko niedobrze (Miałam na myśli Kołakowskiego i jego Klucz niebieski)

Droplet on WhatsApp 2.19.352– Ta emodża oznacza kroplę wody i jest jak najbardziej neutralna wg mnie.

Natomiast ta Sweat Droplets on WhatsApp 2.19.352 często służy do przedstawienia potu lub innych płynów ustrojowych. Myślę że jej użycie nie będzie dziwne, jeśli kontekst będzie jasny. Np. “och, jaki cudny deszcz pada w Bydgoszczy”.
Ale tak bez słów, to ta emodża sama w sobie kojarzy się z seksem, przynajmniej młodemu pokoleniu.

W internecie odpowiedź jest jeszcze wyrazistsza. Te trzy krople potu oznaczają orgazm.

– Oczywiście. Po to wymyślono pismo. Bo obrazki można było różnie interpretować. Ale z drugiej strony… ja już chyba wyrosłam z wieku, w którym kobiety używają seksualnych aluzji i przecież to wiesz. Kobiety, bo pewien rodzaj facetów nigdy z tego wieku nie wyrasta.

– No tak, ale ja po prostu widząc wodę, nie potrafiłem zobaczyć wody. Tak bardzo znaczenie tej emodży jest przez nas młodych wypaczone. Przez ludzi poniżej czterdziestki albo trzydziestki, tak myślę.

– Cały czas nie mogę się otrząsnąć z wrażenia, że krople wody to podteksty seksualne. Już nawet pomijam fakt, że były to moje emojki w sprawie twojej babci, czyli no way. Ale te krople są śliczne i ja ich czasem używałam, no i… co teraz? Więcej nie będę, jasne, ale po pierwsze żal, a po drugie, ciekawe, komu to wysłałam i czy ten ktoś to odczytał tak czy owak?

Slightly Frowning Face on WhatsApp 2.19.352– O nie, ale narobiłem. Przepraszam. Nie, nie sądzę żeby ktoś to źle odebrał. Jeśli kontekst jest jasny, to nie ma problemu. Nadal używa sie tej emoji do normalnych zastosowań. Sprawdziłem w sieci, jak używają jej ludzie (na Twitterze) i faktycznie chyba większość miała podtekst, ale niemało też było właśnie np. o deszczu.

– No, miejmy nadzieję

– Nie martw się, Ewo. Slightly Frowning Face on WhatsApp 2.19.352

Dobrze, przeleciałam ostatnie kontakty na WhatsAppie. Niedawno użyłam tej ikonki w czacie z koleżanką nt rachunku za wodę. Uffg

Bardzo często rozmawiając z Konradem, który jest młodszy ode mnie o 51 lat, czuję się jak Alicja w Krainie Czarów. W świecie, w którym mieszka on, jego koleżanki i jego koledzy, aż się roi od dziwnych zjawisk. Pisałam tu już kiedyś o haulu (to informacje o dokonanych zakupach), o włosingu (pielęgnacja włosów), o stylingu i szafiarkach; to chyba był jedyny termin, który znaliśmy oboje, on i ja – znałam go, bo kiedyś Kasia Tusk udzielała porad, jak stylizować swoje outfity, miała miliony tzw. followersów, a interesowała nas, bo była córką Tuska, oczywiście.

Reszta tego młodego internetowego świata jest dla nas niepojęta. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że istnieją emoji (emodże, emotki, a ja sama najbardziej lubię wymyślone przeze mnie słowo – emojki), używamy dość swobodnie 🙂 i :-(, niektórzy z nas potrafią jeszcze wyprodukować ;-), „ale to by było na tyle”.

Slightly Smiling Face on WhatsApp 2.19.352Slightly Frowning Face on WhatsApp 2.19.352Winking Face on Facebook 4.0

To był kiedyś, wieki temu, podstawowy repertuar emojek. Kiedy się one tak nagle rozmnożyły? Czy mój ulubiony pingwinek, którego nawet sama umiem zbudować, to już emojka, czy jeszcze stary poczciwy gif w jakiejś nowej odmianie? Uwaga, pingwinek świetnie buduje się na facebooku, natomiast w WhatsAppie nie. <(”)
Penguin on Samsung One UI 2.5

Zasugerowawszy się, że nieostrożne używanie emojek może przekazać whatsappowemu bądź facebookowemu rozmówcy wcale niechciane przez nas emocje, ba, niedwuznaczne propozycje, postanowiłam się jednak trochę douczyć na własną rękę. Weszłam na stronę pt. Czy wiesz co znaczą te emojki? Chodziło o bezpośredni bądź zawoalowany podtekst seksualny. Poległam na wszystkich pytaniach, tak jest, na wszystkich :-). Dopiero na ostatnie pytanie pytanie udało mi się udzielić prawidłowej odpowiedzi („tak, zróbmy to doggy style”), ale nie dlatego, że coś wiem, tylko, że już zrozumiałam, jakie intencje miała osoba układająca quiz i wiedziałam, którą z proponowanych odpowiedzi wybrać.
Dog Face on WhatsApp 2.19.352Smiling Face with Sunglasses on Google Android 11.0

A więc seks w Alicji w Krainie Czarów. Nie kłóci się. To książka pełna seksu. Ta szalona królowa i kichająca kucharka, posypującą pieprzem dziecko-prosiaka. W pojęciu wielu pokoleń ta scena pełna była seksualnych aluzji (wywołanych świadomie przez autora) i skojarzeń (czyli nie zaplanowanych przez autora). Zresztą cała ta książka, choć niewątpliwie mnóstwo z zaludniających ją istot przeniosło się na stałe do naszej zbiorowej wyobraźni, wywołuje jedno wielkie nieprzyjemne skojarzenie seksualne, przypominając, że faceci bardzo lubili w przeszłości, i lubiliby teraz i w przyszłości legalnie żenić się z dwunastolatkami.

Bo to przecież jeszcze całkiem niedawno było jak najbardziej legalne, a parę setek kilometrów od Europy nadal jest legalne.

Przepisy prawa kanonicznego w średniowieczu określały wiek zawierania małżeństw na 12 lat dla dziewczynek i 14 lat dla chłopców. Prawna zgoda na taki związek małżeński utrzymała się we Francji do rewolucji (1789 rok), kiedy te granice zmieniono na 13 i 15, by za czasów Napoleona podnieść wiek zdolności małżeńskiej na 15 lat dla dziewcząt i 18 dla chłopców. Od połowy XIX wieku wiek dziewczyny został jeszcze podniesiony o rok i taka norma (16 / 18) utrzymała się aż do XX wieku. W okresie napoleońskim przepisy francuskie zaczęły powoli obowiązywać w całej Europie i na świecie, jeśli podlegał on wpływom europejskim. Czyli 200 lat temu małżeństwo z dwunastolatką było absolutnie normalne, nawet jeśli, co wykazują statystyki, dość rzadkie.

Rodzina Kapulettich wydaje Julię za mąż, gdy ta kończy lat 14. Kandydat na męża, piękny hrabia Parys, ma pewnie lat 30, a więc dla Julii to dwa razy starszy od niej starzec.

Gdy pracowałam jako opiekunka uchodźców zetknęłam się kiedyś z 15-letnią dziewczyną, która miała już troje dzieci – starszą, trzyletnią dziewczynkę i dwóch chłopców bliźniaków, którzy mieli roczek.

A Księżna Marta Bibesco (ur. w 1890 r.), autorka książki Na balu z Proustem, żona rumuńskiego dyplomaty, która spędziła wiele lat w Paryżu, pisała po francusku i wydała kilka książek, przeważnie opartych na wspomnieniach ze swego życia (była sławną rumuńsko-francuską pisarką, ikoną mody i polityczką), urodziła córkę w roku 1903, czyli mając lat 13 i, jak sama napisała, we Francji było to zdrożnością. “Nawet chłopki we Francji rodziły dzieci później, niż ja urodziłam moją córkę”.

Cat on Samsung One UI 2.5Smiling Cat with Heart-Eyes on Facebook 4.0Grinning Cat on Samsung One UI 2.5Penguin on Samsung One UI 2.5Owl on Facebook 4.0
Od czasu przygody z kroplami potu wróciłam do dawnego przyzwyczajenia, żeby bardzo powściągliwie używać emodżi. Do trzech klasycznych buziek i pingwinka, dodałam jeszcze sowę na dobranoc, kota, uśmiechnięty pyszczek kotka i kotka z oczami w kształcie serca, ale jak ognia wystrzegałam się wszelkich aluzji do wody. Zdziwiło mnie więc, jak nagle Konrad użył ikonki roześmianej gęby z kroplą potu na czole.

Grinning Face with Sweat on WhatsApp 2.19.352 – Czy domyślasz się, co to znaczy?, zapytał.

Nie odpowiedziałam, bo i co mogłam odpowiedzieć, że może ta emojka znaczy, iż śmiejemy się tak, bo seks był dobry i się spociliśmy? A tu tymczasem…

– My używamy tego w znaczeniu: zakłopotanie lub lekkie zawstydzenie. W żartobliwym sensie często. Ta kropla oznacza pot na czole.

– Jesteście w pocie czoła zawstydzeni? Biją na Was siódme poty z zażenowania? Czy to przesada, która tak naprawdę pozwala wcale a wcale się nie wstydzić?

– Och. Fajnie to napisałaś. To przesada, która dzięki przesadzie pozwala się nie wstydzić. Tak to odbieram. Ale wydaje mi się, że to pochodzi z anime. Anime ma specyficzne sposoby zaznaczania emocji bohaterów. Jedną z nich jest właśnie kropla na czole. Ale ta kropla nie spływa, tylko tak wisi jak w tej emotce. Jako znak kropli, nie sama kropla. To ciekawe. Ktoś o tym pisał. Najpierw jest rzecz, potem symbol, który ją oznacza. A potem symbol odnosi się do koncepcji, ale już nie symbolu. Nie umiem tego opisać właściwie.

– Czy emojki są pochodną anime?

– Emoji powstały w Japonii. Więc bardzo możliwe, że inspirowały się anime. Czy mangą.

– I nadal są japońskie, czy już się uniezależniły?

– O mam, książka “Simulacra and Simulation” delineates the sign-order into four stages:

The first stage is a faithful image/copy, where we believe, and it may even be correct, that a sign is a “reflection of a profound reality” (pg 6), this is a good appearance, in what Baudrillard called “the sacramental order”.

The second stage is perversion of reality, this is where we come to believe the sign to be an unfaithful copy, which “masks and denatures” reality as an “evil appearance—it is of the order of maleficence”. Here, signs and images do not faithfully reveal reality to us, but can hint at the existence of an obscure reality which the sign itself is incapable of encapsulating.


The third stage masks the absence of a profound reality, where the sign pretends to be a faithful copy, but it is a copy with no original. Signs and images claim to represent something real, but no representation is taking place and arbitrary images are merely suggested as things which they have no relationship to. Baudrillard calls this the “order of sorcery”, a regime of semantic algebra where all human meaning is conjured artificially to appear as a reference to the (increasingly) hermetic truth.


The fourth stage is pure simulacrum, in which the simulacrum has no relationship to any reality whatsoever. Here, signs merely reflect other signs and any claim to reality on the part of images or signs is only of the order of other such claims. This is a regime of total equivalency, where cultural products need no longer even pretend to be real in a naïve sense, because the experiences of consumers’ lives are so predominantly artificial that even claims to reality are expected to be phrased in artificial, “hyperreal” terms. Any naïve pretension to reality as such is perceived as bereft of critical self-awareness, and thus as oversentimental.

Kiedyś emoji należały do jednej firmy, pewnego operatora komórek w Japonii. Wtedy powstała nazwa “emoji”. Ale te emoji, których my używamy, są ustalane przez Unicode, czyli tę samą organizację, która odpowiada za standaryzację innych znaków używanych na komputerze i sprawia, że między różnymi urządzeniami znak “=” jest rozumiany jako “=”. Ten znak ma numer przypisany przez Unicode i dzięki temu można go przesłać z Windowsa na Maca. Tak więc te nasze emoji to nie są oryginalne japońskie ikonki. Musieliśmy je stworzyć na nowo. Bo tamte należały do prywatnej firmy. Ale ona pierwsza (lub jako jedna z pierwszych) wymyśliła, że emotki mogą być kolorowymi grafikami, a nie tylko czymś takim : ).

PS 1.

Wszystkie wpisy w tym tygodniu pozostają pod znakiem coronawirusa, sprawdzam więc, czy są emojki o koronie. Oczywiście są: masa.

Spread of the Coronavirus Emoji

PS 2. Gdy już napisałam ten wpis, Konrad przysłał informację:

– Uwielbiam emojki na Skypie. Są po prostu najcudowniejsze. Słodkie, fajne, animowane.

Nie używam, nie będę więc o nich pisać, ale rzeczywiście są słodkie, fajne, animowane. Zobaczcie. Ale nie otwierajcie jakichś animowanych emojek na FB, bo to podobno jakieś zaraźliwe badziewie. Noście maski, wietrzcie mieszkania, bądźcie zdrowi.

Rozmowy z Konradem: kobiety

Wieczny dylemat, czyli mówić czy wyglądać?

Ewa Maria Slaska

Dla moich koleżanek i dla mnie, czyli tych kobiet, które zdały maturę w okolicy marca 1968 roku (to ważna cezura, jeszcze będę do niej wracać), bycie kobietą emancypowaną, było sprawą jak najbardziej naturalną. Miałyśmy nowoczesne matki, a niekiedy również babki, nasze nauczycielki były pełnokrwistymi indywidualnościami, a na dodatek nasze młode ciotki były dla nas jeszcze wzorem urody, powodzenia, ubierania się i czesania. Nie wiem, czy któraś z nas poświęciła w ciągu lat nauki choćby jedną myśl pytaniu, co to znaczy być kobietą emancypowaną, albo czy chcemy być emancypowane? To w ogóle nie było pytanie – było oczywiste, że już jesteśmy emancypowane i nie przychodzi nam do głowy żadna inna wersja losu kobiety. Miałyśmy studiować, a potem pracować, miałyśmy być piękne, dobrze ubrane i uczesane, chciałyśmy gotować fajne potrawy z oryginalnymi jarzynami i przyprawami (nie darmo Kalkowski od lat promował w Przekroju taki styl gotowania) i mieszkać w ładnych domach lub mieszkaniach z przystojnymi mężami podobnymi do Beatlesów i grzecznymi, inteligentnymi dziećmi.

Ten świetny model wielu z nas zatruł(by) życie, uczesane włosy były(by) w dwa dni po wizycie u fryzjera znowu potargane, na kolorowych podłogach zbierał(by) się kurz, mężczyźni podobni do Johna Lennona okazali(by) się zazdrosnymi nudziarzami, a szpinaku i tak nie było ani w sklepie, ani w polu, ani w zagrodzie.

Na szczęście w międzyczasie pojawili się hippisi i nie chodzi mi o te niewielkie grupki tzw. “prawdziwych hippisów PRL-u”, tylko o ideę, modę, muzykę, taniec, pacyfizm, tolerancję, luz, lekceważenie konwenansów, wegetarianizm, kwiaty we włosach, trawkę, wolny seks, pigułkę antykoncepcyjną i radio Luxemburg, czyli wszystko, co się zgromadziło wokół słowa “hippisi”. To osłabiło szczelny perelowski model emancypowanej kobiety i, choć w mniejszym stopniu, peerlowski model “prawdziwego mężczyzny”. Oba mocno się porysowały, a w drugiej połowie lat 60 zyskały nową treść – nasyciły się polityką. Dotychczas byliśmy, tak naprawdę, istotami apolitycznymi, urodziliśmy się po wojnie, stalinizmu świadomie nie pamiętaliśmy, nasi rodzice przezornie milczeli, partia i ZMS nie miały do nas dostępu, a kościół traktował nas łagodnie, kiedyś zostaliśmy ochrzczeni, potem poszliśmy do komunii, niektórzy z nas do bierzmowania, ale na pewno nie wszyscy. Partia przymykała oczy na sprawy społeczeństwa z kościołem, kościół nie żądał od społeczeństwa, by przestrzegało przykazań i zbyt surowo odcinało się od partii – wszyscy się jakoś “zaaranżowali”. Każdy próbował na swoją modłę urządzić sobie życie, no cóż – jak najprzyjemniej.

W drugiej połowie lat 60 polityka jednak gwałtownie wtargnęła w nasze życie. Zaczęło się od tego, że Willy Brandt podpisał umowy z Polską i z PRL zaczęli oficjalnie wyjeżdżać Niemcy. Okazało się wtedy, że w Polsce są jacyś Niemcy. Jeszcze nie otrząsnęliśmy się z faktu, że są Niemcy, gdy w roku 1968 pojawili się Żydzi. Pawłowi Jasienicy wytknięto jakiegoś ukraińskiego Łupaszkę, a to przypomniało, że byli kiedyś Łemkowie i Bojkowie, Ukraińcy. Rzeczpospolita przestała być jednolita “jak postaw czerwonego sukna” i mocno wystrzępiła się na brzegach. W roku 1970, właśnie próbowaliśmy być (mimo Marca 1968 roku) szczęśliwymi studentami, z całą mocą spadła na nas polityka, której już nie dało się pominąć. To nie były “obrzeża i skraje”, to nie byli Niemcy (nie byliśmy Niemcami), to nie byli Żydzi (nie byliśmy Żydami), to nie byli Ukraińcy. To był sam środek naszego życia. Polityka stała się jego główną treścią i, mimo iż stale przegrywaliśmy, a od czasu do czasu partia, rząd i milicja zabijały nas i biły, czuliśmy się silni, bo byliśmy razem. To była gra MY kontra ONI, i oni mogli mieć w garści wszystko, a my i tak byliśmy lepsi. Czyli było strasznie, ale wciąż było przyjemnie, pewnie dlatego że nie mieliśmy dylematów, czyli znaliśmy odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mogło zaserwować nam życie.

I tak było do roku 1980, czyli do strajków sierpniowych i powstania Solidarności, kiedy to cały ten pięknie funkcjonujący gmach, zbudowany przez nas w procesie wzajemnego aranżowania się Partii, Kościoła, Opozycji i Społeczeństwa, runął do śmietnika historii, a z każdego kąta zaczęły wyłazić upiory. Im więcej zdobywaliśmy wolności, tym było gorzej, tym więcej upiorów wsysało się nam w szyję i wypijało krew. Rozpadło się nasze “razem”, wszędzie czaili się wrogowie, często my nimi byliśmy dla innych. To czego nie dokonała Komuna, tego dokonała Wolność. Niestety, zaczęło się od razu po podpisaniu porozumień. Jeszcze nie wiadomo było, jak ruch się będzie nazywał, a już zaczęły się pojawiać zwiastuny tego, co nas zniszczy. Ruch w Obronie Dziecka Poczętego. Albo żołnierzy wyklętych. Skąd mogliśmy wiedzieć, że trzeba je zdusić w zarodku..

Przez ostatnie 40 lat podzieliśmy się, może na zawsze, a w każdym razie na długo. Nie  będę się tu zajmować “prawdziwymi Polakami”, nacjonalizmem, Obrońcami Jezusa, strefami wolnymi od uciekinierów, Żydów, gejów i gender, nie piszę rozprawy o Polsce PiSu, pozostanę zatem przy tym, co mnie dotyczy(ło) jak najbardziej bezpośrednio, czyli sprawie kobiet.

Pierwszy raz dowiedziałam się, że istnieje sprawa kobiet za czasów Solidarności. Przyjechały z Anglii dwie feministki i miałam im opowiedzieć o sprawie kobiet w Polsce. I w ogóle nie zrozumiałam, o co im chodzi. Przez cały czas mówiłam o polityce, o niesprawiedliwości społecznej, o potrzebie wolności, o skorumpowanej władzy i biedzie robotników i chłopów. A one pytały o sprawę kobiet. No to odpowiadałam, że nie ma podpasek, albo że są z ligniny twardej jak deska, że nie ma pieluch jednorazowych, ani proszku do prania pieluch z tetry. A one nadal pytały o sprawę kobiet, i nie interesowały ich nawet dziesięcioletnie kolejki po klucze do własnego mieszkania.
Wreszcie machnęły na mnie ręką.

Następne feministki spotkałam już w Niemczech. Był rok 1985. Zapytały mnie o sprawę kobiet, ale tym razem już wszystko wiedziałam. Poprosiły, żebym napisała o tym artykuł na światową konferencję kobiet w Nairobi. Czekałam na azyl polityczny w Niemczech i nie mogłam wyjechać, pojechał tylko mój referat. Nazywał się “The rights we don’t have”. Myślę, że był to taki tekst, może jedyny w moim życiu, który przeczytały miliony ludzi. Zapewne głównie kobiet. Był cytowany tak długo, że postradał i tytuł, i autorkę, a potem i sens, bo po roku 1989 wszystko się zmieniło. W referacie do Nairobi pisałam o tym, co się dzieje z prawami kobiet w kraju komunistycznym, jeśli kobieta nie należy (jak ja należałam) do uprzywilejowanej wyższej klasy średniej, nie ma emancypowanych rodziców, w miarę zamożnego życia i nie mieszka w wielkim mieście. O tym, że o obrazie świata decydowałyśmy my, inteligentne studentki z Warszawy, Gdańska, Krakowa i Poznania, a Polska wygląda zupełnie inaczej. Już Rzeszów albo Białystok są w stosunku do nich opóźnione o co najmniej 20 lat, miasta powiatowe są jeszcze bardziej zacofane, kobieta mieszkająca na wsi opóźniona była w stosunku do najbliższego miasta o kolejne 20 lat. O tym, co to jest potrójne obciążenie kobiety, czyli praca, dom i rodzina oraz, jako trzeci rodzaj zajęcia kobiety – zapewnianie zaopatrzenia, głównie stanie w kolejkach i dźwiganie siat. O źle płatnych sfeminizowanych zawodach, gdzie jednak zawsze nad całą gromadką pracownic stał kierownik lub dyrektor. O strajku głodowym pracownic fabryk włókienniczych. O wioskach, w których najbliższy ginekolog oddalony jest o 70 kilometrów, a autobus jeździ dwa razy dziennie. O szklanym suficie, czyli o tym, że dziewczęta lepiej się uczą, jest ich więcej w liceach i na studiach, a przecież ilość kobiet spada w miarę wspinania się po szczeblach kariery naukowej i że kadra profesorska to głównie mężczyźni. I że opozycja wcale nie jest lepsza, bo choć jest dużo niepokornych politycznie pisarek, to od roku 1962 do roku 1985 nagrodę Kościelskich dostało 85 osób piszących, a tylko 11 z nich to były kobiety, bo to nagroda dla polskich opozycjonistów, czyli dla mężczyzn. I że wszędzie (zresztą do dziś) przedstawia się Solidarność jako ruch brodatych mężczyzn koło 30, choć to kobiety wykonywały większość prac usługowych w Solidarności i niemal wszystkie, również przywódcze, w czasie stanu wojennego. I że w encyklopedii Solidarności nie było haseł kobieta, matka, prawa kobiet, aborcja, nierówne płace…

Był rok 1985, nie mogłam więc jeszcze napisać, że jak już w roku 1989 doszło do rozmów Okrągłego Stołu, to brała w nich udział tylko jedna kobieta, Grażyna Staniszewska.

I wtedy się okazało, że gdy odeszła Komuna, to sprawa kobiet przecież nie odeszła, ale wraz z Wolnością przyszła sprawa kobiet numer 2. Zaczęła się od odesłania kobiet do domu i publicznego głoszenia tezy, że miejscem kobiety jest rodzina. Pierwszy raz przeczytałam taką wypowiedź tuż po czerwcu 1989 roku. Właśnie tworzyliśmy zręby wolnej Polski. Powiedziała to w wywiadzie wnuczka Józefa Piłsudskiego, żona opozycjonisty i ważnego polityka nowej Polski, pierwszego cywilnego ministra obrony narodowej – Janusza Onyszkiewicza.
W roku 1993, za czasów, gdy Hanna Suchocka była premierką, wprowadzono niemal całkowity zakaz aborcji, obowiązujący do dziś i nazywany, nie wiadomo czemu – kompromisem aborcyjnym.

Poszliśmy do przodu, żebyśmy musiały się cofnąć, żeby się okazało, że tkwią w nas nauki nie tyle i nie tylko matek i babek, ale pewnie i praprababek. Gdzie one się podziewały, gdy byłam uczennicą i studentką? Skąd wychynęły?
Mężczyzna pracuje, kobieta przebywa w domu z dziećmi.
Kobieta nie odmawia seksu mężowi, nawet jeśli jest chora lub zmęczona.
Przetrwaj, przeczekaj.
Mąż może bić, poniżać i gwałcić. Wykorzystywać seksualnie dzieci.
Trzeba nieść swój krzyż.

Ale nie sięgajmy nawet do rejonów, które za moich młodych lat albo w ogóle nie istniały, albo uważałyśmy je za jakieś przeraźliwe patologie.
Bo nasze zniewolenie jest również znacznie subtelniejsze.
Mamy być powabne, ale przecież również chcemy być powabne. Zobaczcie, co robimy, jeśli do pokoju wchodzi mężczyzna. Porozwalałyśmy się z koleżankami na kanapach i fotelach, siedzimy wygodnie, naokoło nas bałagan, szklanki, gazety, ciastka. Gdy wchodzi mąż gospodyni, nagle wszystkie siadamy prosto, szybciutko uprzątamy bałagan, układamy nogi, by łydka zgrabnie się prezentowała, wciągamy brzuch…

Ale jest i na odwrót, mężczyzn w pokoju jest kilku, my dwie, a może nawet tylko jedna… Toczy się dyskusja na temat edukacji. Jedna z nas jest pedagożką i matką, miałaby coś do powiedzenia, ale póki co rezonują mężczyźni, nie ma jak dojść do głosu, wiedzą lepiej. No wreszcie, udało się, próbujemy coś powiedzieć, ale zanim to zrobimy, już się nas popędza. Właściwie może lepiej zamilknąć. Czy to znowu takie ważne, to co mamy do powiedzenia? OK, jednak udało się wygłosić jakieś zdanie, ale już ten Iksiński mi przerywa i… powtarza to, co ja właśnie powiedziałam jako swoją tezę. Tylko, że ja stosowałam wszystkie znane od tysiącleci sposoby mówienia niewolników, mówienia tak, by nie zirytować pana i jego przedstawicieli. Bo, gdy mówimy, irytujemy ich lub rozśmieszamy. Wiem, wszystkie wiemy, jak możemy próbować tego uniknąć. Mówiłam przepraszająco, ciszej, łagodniej, używałam słów chyba, może, wydaje mi się, a on po prostu zasuwa propagandową mowę z mównicy. Ale o co chodzi, przecież i tak było nienajgorzej, bo przecież mogłam usłyszeć, że nudzę i się wymądrzam, za dużo gadam, nie umiem się skracać, gdyby to było publiczne wystąpienie, można by mi było na przykład nie dać mikrofonu do ręki, tylko podetkać go pod nos lub głośnym szeptem pouczać, co mi wolno, a czego nie. To naprawdę nic trudnego publicznie mnie poniżyć i obrazić. Tak, żeby wszyscy słyszeli. A jeśli grzeczność będzie jednak wymagała przeprosin, zostanę przeproszona po cichu i prywatnie. Przez telefon albo smsem.
Ale nie mam czasu, żeby go przeczytać. Panowie stworzenia poszli na taras na papierosa. To ja tu tymczasem szybciutko trochę posprzątam… Bo przecież lubię, żeby naokoło było ładnie i powabnie.

Zasadniczo stale to robimy, automatycznie polepszamy nasz wygląd i wygląd naszego otoczenia, a pomniejszamy naszą inteligencję. Taki mechanizm obronny. Dzień w dzień próbujemy rozwiązać dylemat: mówić inteligentnie, czy ładnie wyglądać, czyli jak się nie narażać? I, moje młode, młodsze i najmłodsze, koleżanki. Nawet jeśli świadomie potraficie się temu przeciwstawić, w środku w Was tkwi wciąż ta istota, która pod atrakcyjnym wyglądem ukrywa fakt, że jest mądra. Nawet jeśli prowokujecie i mówicie jak zwyciężczynie. Przyjrzyjcie się sobie uważnie.

***

Nie mam racji? To proszę, posłuchajcie wystąpienia pastorki Pauli Stone Williams, która przeszła zmianę płci, a zatem dobrze wie jak to jest być mężczyzną, a jak kobietą. Jej całe wystąpienie jest właśnie o tym, nie o przemocy, gwałtach i niesprawiedliwości, nie, jej wystąpienie dotyczy tych subtelnych różnic:

Wystąpienie jest świetne, ale najlepsze jest zdanie: WHY DO I HAVE TO APOLOGISE FOR BEING RIGHT?

thatorfor

Przepraszam…

Rozmowy polskie jesienią 2020 roku

Ela Kargol i Ewa Maria Slaska

Rozmowa facebookowa 24 sierpnia po wycieczce do Szczecina. Urywany charakter rozmowy, powtarzanie się zdań i nieprzystawalność argumentów w dyskusji, bo w międzyczasie pojawiają się inne uwagi, należą do symptomów aktualnego stanu komunikacji międzyludzkiej, więc nie próbowałam tego zmienić tak, by nasza debata z Elą była jasna i czytelna. Proszę Czytelników o wyrozumiałość i podążanie za meandrowym sposobem komunikacji.

Ela: Byłyśmy z siostrą na placu Solidarności, obejrzałyśmy mural wykonany na 40 lecie sierpnia.

Ela: Byłyśmy też przy przygotowaniach do ponownego odsłonięcia muralu Iwaszkiewicza. Odsłonięty w czerwcu, po kilku dniach zamalowany czerwoną farbą, miał być odsłonięty dzisiaj i był (tylko w innej formie), bo w przeddzień został znowu potraktowany, tym razem czarną, farbą.
Ela: Mural z cytatem Iwaszkiewicza w Szczecinie zniszczony
Ela: https://images.app.goo.gl/fbVetjEsCeQrob5y8

Ela: To był ten oryginalny:

Ela: Inna sztuka pod trasą zamkową trzyma się dobrze.

Ewa: Gejowski list miłosny… oburzające akty wandalizmu i agresji anty wiadomo co. Ale z drugiej strony jest też pytanie o szacunek dla intymnych spraw innych ludzi. Ciekawe, czy Iwaszkiewicz by chciał, żeby ten list (i inne) w ogóle został opublikowany, a co dopiero z nazwiskiem jego i jego kochanka znalazł się na muralu…?
Ewa: On był dyskretny, ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. Jak Tomasz Mann. Obaj mieli żony, dzieci, pozory normalnego życia.

Ela: O tym samym myślałam w czerwcu, ale potem było mi bardziej przykro, że go zniszczyli. Teraz to będzie już taka przepychanka.
Ela: Każda z nas pisała (chyba) listy miłosne.

Podwórko koło Café Berlin w Szczecinie

Ewa: No, ale nie wiem, czy bym chciała obejrzeć cytaty z moich listów na muralu.
Ewa: Z naszymi nazwiskami i zdjęciami i informacją, że mój kochanek był o kilkanaście lat młodszym gejem.
Ewa: Oboje się tego do dziś nie wstydzimy, ale czy to ma iść na mural?

Ela: No i trochę masz rację, że to prywatne sprawy, ale one były już publikowane.
Ela: Te sprawy nie wyszły na jaw na tym muralu.
Ewa: Dla naukowców nie, ale dla zwykłych ludzi na pewno.
Ewa: Rozumiem, że to jest element walki o tolerancję, ale czuję się z tą sprawą niedobrze.

Ela: Ale to wyznanie miłosne jest piękne, mnie się w sumie pomysł podobał.
Ela: Cytujemy cały czas, że ich tak nazwę, “wipów”

Ewa: Każde prawdziwe wyznanie miłosne jest piękne, ale jako mural wydaje mi się nadużyciem.
Ewa: Trzeba było zapytać np. “Michaśkę” Witkowskiego i jego kochanka, czy by dali wyznanie, nazwiska i zdjęcia na mural!?
Ewa: Albo Dehnela i jego męża

Ela: Do moich chłopaków (dużo ich nie było) pisałam: “a gdy będę zakochana, wyślę panu list i klucz”, może teraz cytowałabym Iwaszkiewicza.

Ewa: Dla naukowców nie było to nic nowego, ale dla zwykłych ludzi na pewno.
Ela: Zwykli ludzie nie będą szukać malunków pod trasą zamkową, choć teraz po tych kolejnych zamalowywaniach media nagłośniły sprawę.

Ewa: On był dyskretny, ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. Jak Tomasz Mann, jak Marcel Proust, jak Federico Garcia Lorca.
Ela: Masz racje, tę dyskretność należałoby uszanować. Z tym szanowaniem pewnych zasad młodzi mają problem. Jest przyzwolenie na przekraczanie pewnych zasad, ale w tym przypadku nie widzę niczego złego. W dzisiejszych czasach on nie musiałby się ukrywać.

Ewa: Ale mógłby chcieć. Mam kilku znajomych, którzy to robią… Nawet w Berlinie.
Ewa: Oni nie mogą w tej sprawie sami o sobie zadecydować
Ewa: A my naruszamy ich intymność.
Ewa: Poza tym w Polsce jednak ludzie nadal się ukrywają.

Ela: Tak.

Ewa: Czy mogę zrobić wpis z tej naszej dyskusji o Iwaszkiewiczu?
Ela: Pewnie, że tak, podeślę Ci zdjęcia
Ewa: Super. Mogę napisać, że ty to ty?
Ela: Napisz, że ja to ja i że jestem za. Teraz przez to wszystko, co się stało i stanie, i jakie wipy mają w tym udział, cała rzecz się inaczej potoczy. Pomysł z chatem na komórce jest super. I tak jak chyba pisałam: sztuka, czyli te inne malunki pod trasą zamkową mają się dobrze. A jest ich dużo.

Ela: Otwarcie było w czerwcu i ja w ten dzień byłam w Szczecinie, ale o tym nie wiedziałam, no więc jak przeczytałam, że jest drugie otwarcie, chciałam zobaczyć. Do otwarcia nie dotrwałyśmy, bo siostra już nie chciała.
Ela: Jak o tym piszesz, że to zbyt osobiste… To wyobrażam sobie, że to ręka z zaświatów, albo ręce zamalowują chat, no bo inaczej nie mogą usunąć.
Ela: Ale spójrz na fb czy innego instagrama, ile tam jest treści osobistych, nie tylko naszych, wstawiamy zdjęcia dziadków, którzy nie żyją. Ja opowiadam o miłostkach moich rodziców, o tym, że za Niemca ojcu było lepiej, że dziadek budował Oświęcim… Nie wiemy, jak by Iwaszkiewicz postąpił w naszych czasach. Ten odstęp tylu lat pozwala nam inaczej na wszystko spojrzeć.
Ela: Teraz doczytałam, że wnuczka Iwaszkiewicza była też potem w Trafo (galeria, która zainicjowała namalowanie muralu o Iwaszkiewiczu – przyp. EMS). Z małej chmury duży deszcz. Teraz to już cały świat się dowiedział.

Ewa: Ale przecież o to chodziło!
Ela: Tak, tak, ale nie wiem, czy od początku o to chodziło, rozmawiałam krótko z Moniką Tichy (aktywistką LGBT w Szczecinie – przyp. EMS), pytając, co dalej. Jakoś tak krótko odpowiedziała, że sama nie wie, że wszystko potoczy się samo dalej i że to na pewno nie koniec całej akcji.

Zdjęcia: Ela Kargol

Frankfurt Słubice Pride Parade 2

Ewa Maria Slaska

Zdarzyło się, co się nigdy nie zdarza. Autor wpisu na dziś wpisu nie przysłał (to zdarza się czasami), a ja, zmęczona po paradzie, nie wpisałam nic innego, ba, w ogóle o tym nie pomyślałam, tylko poszłam spać o godzinie 19 i wstałam dziś o 7 rano. Prawdę mówiąc, żeby Wasza Adminka spała 12 godzin, to też się nie zdarza. Skoro jednak już tak się zdarzyło, to obudziwszy się, spieszę, by wstawić Wam tu relację z wczorajszej fantastycznej Parady Dumy w Słubicach i Frankfurcie nad Odrą.

Info auf Deutsch

Ela Kargol

Pierwszy polsko-niemiecki marsz równości, z Placu Bohaterów do Holzmarktu Miłość bez granic przeszedł ulicami połączonego i podzielonego miasta Słubfurtu / Słubic i Frankfurtu, a most, kiedyś przyjaźni, stał się mostem miłości. Nad Odrą załopotała tęczowa flaga.

Foto Ela Kargol
EMS
I szalik 🙂
W paradzie wzięło udział 800 a może nawet 1000 osób i było fantastycznie. A wcale się nie zapowiadało. W pociągu do Frankfurtu było wprawdzie sporo osób z tęczowymi emblematami, ale nie przesadnie wiele i nie wykazywali potrzeb bratania się i siostrzania. To samo podczas spaceru z jednego miasta do drugiego. Pusto i raczej niezbyt solidarnie. Tymczasem paradzie miało przyświecać hasło “Solidarność naszą bronią”.  Porządne hasło – to dla niego starsze panie, jak Ela czy ja, przjechały tu dzisiaj.

Po mieście, jak się dowiaduję od pewnego clocharda, już od tygodnia jeżdżą ciężarówki Ordo Iuris, których nikt tu przedtem nie widział – przed paradą sfotografowałam trzy takie pojazdy, duży, średni i mały, wszystkie z głośnikami i krótkim tekstem, o tym, że homoseksualiści pedofile deprawują i wykorzystują seksualnie nasze dzieci. W tekście nikt wyraźnie nie mówi, że wszyscy homoseksualiści to pedofile, ale wniosek jest jednoznaczny.

Na placu Bohaterów niewielkie grupki kolorowo ubranych ludzi z flagami i parasolkami, w bocznych ulicach widzę szeregi policji w czarnym rynsztunku bojowym i gdzie niegdzie grupy młodych mężczyzn z polskimi flagami. W Dwumieście ma być dziś w sumie pięć parad – trzy kolorowe i i dwie czarne. Czarna ciężarówka w bocznej ulicy. Fotografuję akcję dwojga młodych ludzi z tęczową flagą, przyklejają naklejkę “Stop bzdurom”, dziewczyna woła: “Nawet nie dotknęłam Waszej ciężarówki!”, co jest oczywiście przypomnieniem sprawy Margot. Stojący obok dziennikarze półgłosem komentują, że sytuacja prawna w Polsce jest taka, że nikt nie może ani zakazać parad równości, ani karać ich uczestników. Można tylko, jak za Komuny, karać ich za zniszczenie mienia prywatnego lub społecznego (dlatego później organizatorzy wciąż będą przypominać – nie depczcie trawników!) No i można wypuścić na demonstrantów “oburzonych obywateli”.

Na placu coraz więcej ludzi, pośrodku kolorowi, po bokach czarni. Organizatorzy formują nas (prawa strona placu, lewa strona placu) i informują. Maski, odstęp, odstęp maski. Jest nas już dwieście kilkadziesiąt osób, musimy zostać podzielenie na dwa pochody, bo zgłoszona została parada z udziałem 150 ludzi. Króciutkie przemówienie, rusza samochód z aparaturą nagłaśniającą i hasłem “Solidarność naszą bronią”. Nagle robi się nas bardzo dużo. Widzę, że w mojej grupie (prawa strona placu z punktu widzenia formującej nas organizatorki) robi się nas coraz więcej i więcej, w drugiej grupie na pewno też tak jest.

Godzina 14. Pierwsze i jedyne przemówienie. Kacper z Zielonej Góry informuje nas, że w jego mieście podjęto pierwszą w Polsce deklarację. Są “Miastem wolnym od nienawiści”. Kacper woła, że chcemy w całej Polsce takich stref, które byłyby odpowiedzią na “Strefy wolne od LGBT”.

Ruszamy.


Foto Aleksandra vel Ola: Wyruszyliśmy.

O 15 dojdziemy do placu za mostem, gdzie, już po stronie niemieckiej, odbywają się publiczne wystąpienia. Nie ma władz miasta Słubice, ale, jak podkreślają organizatorzy, Słubice to nie tylko miasto ale i powiat, czyli samorządowcy, a w ich imieniu wita nas wicestarosta Robert Włodek. Mówi, to co powinien powiedzieć każdy samorządowiec, w każdym miejscu świata: władze są po to, żeby chronić swoich obywateli. Dodaje też, że Parada Dumy, a jest nas już po prostu morze, jest zapewne największą demonstracją, jaka się kiedykolwiek z jakiegokolwiek powodu odbyła w Słubicach.

Autorką zdjęć w galerii jest Ela Kargol

Pogoda dopisała, frekwencja dopisała, oprócz pokojowej konfrontacji kolorowego pochodu z modlącymi się na głos obywatelami Słubic, nie było żadnych incydentów, na własne oczy widziałam, jak na obrzeżach parady policja przeganiała jakichś krewkich patriotów z flagą polską.

Foto Helena Kargol

Wzięliśmy udział w pięknym święcie obywatelskim i chwała organizacji Frankfurt Pride, że je zorganizowała.

Frankfurt Słubice PRIDE

5 września / 5. September 2020: Odbędzie się pierwszy Słubice-Frankfurt-PRIDE // Erster Frankfurt-Słubice-PRIDE zieht durch die Doppelstadt

W sobotę, 5 września, pod hasłem „Miłość bez granic” rozpocznie się pierwszy słubicko-frankfurcki marsz równości. Pierwszym celem wiecu jest zwrócenie uwagi na brak widoczności i infrastruktury osób nieheteronormatywnych w obu częściach dwumiasta. Drugim celem jest okazanie solidarności ze społecznością LGBTIQ* w Polsce, która doświadcza obecnie silnej dyskryminacji i wyparcia wskutek ustanowienia tak zwanych „stref wolnych od LGBT” w niektórych gminach oraz wskutek nagonek, prowadzonych m.in. przez partię rządzącą PiS w czasie niedawnej kampanii prezydenckiej.
Unter dem Motto „Liebe ohne Grenzen“ findet am Samstag, dem 5. September 2020, ab 14.00 Uhr in der Doppelstadt der erste Frankfurt-Słubice-PRIDE statt. Die Demonstration will einerseits auf die kaum bis gar nicht vorhandene Sichtbarkeit und Infrastruktur für queere Menschen in beiden Teilen der Doppelstadt aufmerksam machen. Zweiter Schwerpunkt ist die Solidarisierung mit der LGBTIQ*-Community in Polen, die durch sogenannte „LGBT-freie Zonen“ in einigen Kommunen sowie durch hetzerische Kampagnen, u. a. durch die Regierungspartei PiS im jüngsten Präsidentschaftswahlkampf, heftig diskriminiert und bedrängt werden.

Dwumiasto ma być miejscem bezpiecznym dla wszystkich ludzi. Dlatego organizatorzy marszu zapraszają do udziału w nim także burmistrza Słubic Mariusza Olejniczaka oraz nadburmistrza Frankfurtu René Wilke. Podczas wydarzenia przedstawią swoje historie, działania, postulaty i cele osoby nieheteronormatywne, działacze i działaczki, organizacje ze Słubic i Frankfurtu, województwa lubuskiego i Brandenburgii, Polski i Niemiec.
Die Doppelstadt soll ein sicherer Ort für alle Menschen sein. Darum lädt das Organisations-Team auch herzlich Oberbürgermeister René Wilke und Bürgermeister Mariusz Olejniczak zu dem Umzug ein. Unterwegs werden queere Personen, Aktivist*innen, Organisationen aus Frankfurt und Słubice, Brandenburg und Lubuskie, Deutschland und Polen ihre Geschichten, Arbeit, Forderungen und Ziele vorstellen.

To wydarzenie na rzecz różnorodności seksualnej i płci społeczno-kulturowej, wolności i bezpieczeństwa osób nieheteronormatywnych organizuje niezależna grupa składająca się z 20 osób pochodzących ze Słubic, Frankfurtu i okolic.
Hinter der Veranstaltung für Vielfalt der sexuellen Orientierungen und Identitäten sowie Freiheit und Sicherheit für queere Menschen steht eine unabhängige Organisationsgruppe mit rund 20 Engagierten aus Frankfurt, Słubice und der näheren Umgebung.

LGBTIQ* to termin, który odnosi się do osób identyfikujących się jako lesbijki, geje, osoby biseksualne, transpłciowe, interpłciowe, queer oraz takie, które nie są pewne swojej tożsamości seksualnej.
LGBTIQ* steht für lesbische, schwule, bi-, trans- und intersexuelle sowie sämtliche queere und Trans-Personen.

*** *** *** *** *** *** *** ***

Start/rozpoczęcie: 05.09.2020, 14:00 Uhr, Plac Bohaterów, Słubice
Treff für Zugreisende: 13.00 Uhr Bahnhof Frankfurt (Oder) // Zbiórka osób przyjeżdżających pociągiem: godz. 13.00, dworzec kolejowy we Frankfurcie nad Odrą<

Trasa będzie prowadziła od Słubic przez most graniczny na Odrze i centrum Frankfurtu, a zakończy się na Holzmarkt, gdzie zaplanowano zakończenie wiecu o godzinie 16.30. //
Die Route führt durch Słubice über die Oderbrücke und durch das Frankfurter Zentrum zum Holzmarkt, wo die Abschlusskundgebung gegen 16.30 Uhr geplant ist.

Corona-Regeln//Zasady bezpieczeństwa sanitarnego z uwagi na pandemię COVID-19:
Es besteht die Pflicht zur Mund-und-Nasen-Bedeckung sowie Mindestabstand von 2 Meter in Polen bzw. 1,50 Meter in Deutschland, in Słubice sind gegenwärtig max. 150 Teilnehmende zugelassen. //
Obwiązuje zakrywanie nosa i ust oraz zachowanie odstępu 2 metrów w Polsce, a 1,5 metra w Niemczech. Dopuszczalna liczba uczestników marszu w Słubicach to obecnie 150 osób.