Orient powszedni VII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Słońce powoli zaczyna chylić się ku zachodowi. Natomiast Wędrowcy ruszają na wschód, żegnając Drohiczyn. Jeszcze chwilę towarzyszyć im będzie Bug.

Następne miały być Siemiatycze. I byłyby, gdyby Viator, chwilę przed zakrętem wiodącym ku temu miastu, nie zauważył skromnej tabliczki, wskazującej inny cel. Czy to możliwe, że Wędrowiec, przygotowując trasę wyprawy, pominął to miejsce? Gdzie się podział jego sławetny profesjonalizm?! Jak to się mogło stać?!! Nie szkodzi. Nic straconego. Tylko, niestety, zaplanowaną wizytę trzeba będzie odłożyć na kolejny pobyt w tych stronach, bo na wszystko czasu z pewnością by zabrakło. Wybaczcie, Siemiatycze! Tym razem nie zakręcamy, jedziemy prosto.

Wjeżdżamy na tereny zamieszkałe w dużym stopniu, miejscami w większości, przez prawosławnych Białorusinów. Tutaj nawet zwykłe krzyże przydrożne wyglądają inaczej.

Mijając wiele takich krzyży, Wędrowcy zbliżają się ku Świętej Górze. Ach, te święte góry! Olimp, Parnas, Synaj, Nebo, Syjon, Tabor, Garizim i Ebal, Mount Graham, Ayers Rock, Ślęża, Łysica, Athos, Subiaco, Coropuna… Góry miały i mają w sobie coś mistycznego – stwierdzenie to banalne, ale prawdziwe. Ludzie zawsze uważali, że wzniesienia są wyśmienitym miejscem na spotkanie z Najwyższym. Góra się wyróżnia. Góra przyciąga wzrok i myśli. Góra wyrasta z równiny, jak sacrum górujące nad profanum, jak święto przerywające ciąg nudnych, powszednich dni. Góra daje poczucie czegoś wzniosłego, szansę na wyrwanie się z miałkiej szarzyzny. Daje nadzieję na… nadzieję.

Nawet, jeśli to w rzeczywistości zaledwie pagórek, wzgórze. Choćby Jasna Góra: górą nie jest, ale mimo to stała się świętą górą. Tak mają katolicy, tak też sprawa się przedstawia u ortodoksów: Święta Góra Grabarka (bo, ku niej, rzecz jasna, zdążają właśnie Wędrowcy) to właściwie niezbyt wysokie wzgórze. Ale świętą górą jest bez żadnej wątpliwości. Taką ją bowiem uczyniła nadzieja wiernych, którzy pielgrzymują tutaj od kilkuset lat. Od ilu dokładnie, trudno orzec. Niektórzy mówią, że już od XIII wieku, inni, że od XVIII. Nieważne. Z pewnością pielgrzymują od dawna i z gorącą wiarą.

Najliczniej przybywają w Święto Przemienienia Pańskiego. Przywołującego tajemnicze wydarzenie z góry Tabor:

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!”

Grabarka to Podlaski Tabor. Orient powszedni…

W cerkwi Przemienienia Pańskiego, tej która, podpalona, spłonęła była dwadzieścia osiem lat temu i którą starannie odbudowano, trwa wieczorne nabożeństwo. Święty Starzec wiedziałby, jako ono się nazywa. Viator nie wie. Ale chodzi zapewne o coś w rodzaju prawosławnych nieszporów. Płoną setki świec. Świętą Liturgię odprawia się na Grabarce z wielką pieczołowitością: dbają o to mniszki, które zamieszkały tutaj, zakładając monaster, wkrótce po zakończeniu Wielkiej Wojny i po zmianie granic.

Wchodzić do wnętrza i przeszkadzać Wędrowiec nie chce. Zdjęć robić i tak nie byłoby tam wolno. Ale widok z zewnątrz też chyba nie rozczaruje Czytelników.

Tutaj, jako się rzekło, przybywają pątnicy z gorącą wiarą. Jej znakiem są krzyże wotywne, które od lat przynoszą ze sobą i ustawiają wokół cerkwi. I to jest chyba największa różnica między Grabarką a Jasną Górą. Kaplica Czarnej Madonny też jest gęsto obwieszona wotami. Ale dziękczynnymi, za wysłuchane modlitwy. Tutaj stoi las krzyży błagalnych. Las… Opisać jego atmosfery Viator się nie podejmie, nie ten warsztat. Fotografie powiedzą więcej.

Każdy krzyż to czyjś dramat, troska, krzywda, choroba, zdrada i diabli… przepraszam! anieli wiedzą, co jeszcze. Tysiące małych i dużych strapień. Przeto tuż obok zbudowano drugą, pomocniczą cerkiew, pod wezwaniem Ikony Matki Bożej “Wszystkich Strapionych Radość”. Viator wie, że na jego strapienia nie ma lekarstwa, będzie je dźwigał do samego końca. Przeto wzdycha jedynie i ruszają Wędrowcy dalej, tym bardziej, że noc nadchodzi wielkimi krokami. Noc astronomiczna, nie mistyczna. Na szczęście!

Mijają Podróżnicy pędem wsie i miasteczka. Takie, gdzie Polaków nie ma prawie w ogóle, lub są w mniejszości. Bywa, że stoi w nich tylko cerkiew, czasem świątynie obu obrządków. Na przykład w Kleszczelach. Tutejsza cerkiew jest tak niezwykła, że, mimo pośpiechu, Pielgrzym musiał się zatrzymać i ją uwiecznić. Błękitna Brama Niebios…

Rozum każe się zatroszczyć o nocleg. Ale serce nie pozwala. Viator przygotował coś specjalnie dla Viatorki i musi Ją tam zawieźć, po prostu – musi. Tam, czyli do Bielska Podlaskiego. Są w tym mieście warte uwagi kościoły, są też piękne cerkwie.

Jednak nie dla nich już niemal o zmroku zatrzymuje Wędrowiec auto na bialskim rynku. Nie dla nich!

Viatorka

Uparł się Viator, mimo późnej pory, aby zamiast szukać noclegu, koniecznie jechać do Bielska Podlaskiego, choć nie zdradził, dlaczego. Powiedział tylko, że warto, a jak nie dziś, to innej okazji może nie być. No to pojechaliśmy. Zobaczyliśmy cerkiew, podjechaliśmy na rynek… No tak, znajome to miejsce, choć Viatorka jest tutaj po raz pierwszy w życiu! Tą właśnie – tyle, że niegdyś wyłożoną kocimi łbami, pełną dziur i kałuż – uliczką, niezwykle przystojny hrabia Leszek Czyński podjeżdżał motocyklem do sklepu z pasmanterią, w którym igły, nici i tytoń sprzedawała skromna i uboga, ale o wielkiej urodzie sierota, niejaka Marysia Wilczurówna.

Tak, Czytelnicy na pewno też już poznają: to plenery Znachora, wyreżyserowanego w 1981 przez Jerzego Hoffmana na podstawie powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Kolejne pokolenia mają okazję oglądać ten kultowy już melodramat w każde święta, zarówno religijne, jak i państwowe, na różnych kanałach telewizji publicznej, na zmianę z Trędowatą tego samego reżysera.

Któraż z kobiet nie chciała być na miejscu Marysi, wtulać się w ramiona przystojnego hrabiego – granego przez Tomasza Stockingera – szaleńczo zakochanego, gotowego popełnić mezalians, a nawet odebrać sobie życie, gdy myślał, iż utracił swą miłość na zawsze! Który z mężczyzn nie wpatrywał się w piękne, wielkie oczy Marysi, której twarzy użyczyła Anna Dymna! Któż nie wzruszał się losami doświadczonego życiem, dobrego doktora Wilczura, który spotkał swą córkę, choć tak długo jej nie poznawał!

Nie, to stanowczo nie jest jakieś tam byle romansidło dla pensjonarek. To dobrze nakręcony i świetnie zagrany film, mimo że jego fabuła niezbyt jest skomplikowana. I choć Viatorka oglądała go niezliczoną ilość razy, zawsze z sentymentem do niego wraca.

Z uroczej uliczki, jaką widzimy w filmie, niestety mało się zachowało. Wyłożono ja szarą, smutną kostką brukową. Stoją już tylko dwa stare domy, między innymi ten, gdzie mieścił się sklep Marysi, o czym przypomina szyld Znachor. Niewiele zostało. Ale i tak warto było tu zajechać. Viator miał rację!

Nocleg zaplanowało Viatorostwo w Dubiczach Cerkiewnych – wiosce będącej stolicą gminy z najmniejszym w całym kraju odsetkiem ludności polskiej. Ponad osiemdziesiąt procent Białorusinów! Kiedy wjeżdżaliśmy, było już ciemno, ale i tak do tego stopnia zaintrygował nas mijany cmentarz prawosławny z XIX wieku, że rankiem następnego dnia wróciliśmy aby obejrzeć go w świetle słońca. Tak „barwnej” – na swój sposób, rzecz jasna – nekropoli jeszcze nie widzieliśmy.

Orient powszedni V

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Pogoda piękna, słońce od rana świeci mocno, ale nie przenikliwie. Viatorostwo wyspane i głodne nowych wrażeń. Zapowiada się kolejny intensywny dzień.

Pratulin. Mała wioska naznaczona wielką historią, roztrząsaną w poprzednim odcinku. Gdy rosyjski zaborca zabrał się, korzystając z pretekstu, jakim było niebłagonadiożne Powstanie Styczniowe, do likwidacji ostatniej – chełmskiej – diecezji Cerkwii Unickiej. Jesteś obrządku wschodniego? To wracasz do prawosławia i nie ma gadania!

Łatwo powiedzieć. Unia miała kilkusetletnią już tradycję, wierni, mimo podobieństwa liturgii, nie czuli szczególnych związków z prawosławiem, zwłaszcza rosyjskim. W kilku miejscach stawili opór duchownym ortodoksyjnym, którzy wkraczali, zazwyczaj w asyście wojska, by przejąć ich świątynie. Polała się krew. W Pratulinie zginęło 13 unitów. Najmłodszy miał 19 lat, najstarszy – 50. Sami mężczyźni, każdy, z wyjątkiem najmłodszego, osierocił żonę i dzieci.

Na nic było ich poświęcenie. Unię zlikwidowano, kilkaset tysięcy wiernych stało się przymusowymi prawosławnymi. Aż do roku 1905. Wtedy, po rewolucji, która spowodowała falę krótkotrwałej odwilży, pozwolono im powrócić do katolicyzmu. Ale wyłącznie w obrządku łacińskim – ot, taki szczegół. A próba odnowy Unii, o której pisał Viator w zeszłym tygodniu w Kostomłotach, też nieszczególnie się powiodła.

Ciężko jest pogodzić się z faktem, że ofiara życia idzie na marne. Różnie sobie ludzie z tym radzą. Można na przykład wynieść męczenników na ołtarze, ogłosić, iż w wymiarze eschatologicznym odnieśli zwycięstwo. Tak uczyniono i tutaj: Jan Paweł II ogłosił trzynastkę unitów błogosławionymi w 1996 roku. Kościół w Pratulinie nosi miano Sanktuarium Błogosławionych Męczenników Podlaskich. Choć, po prawdzie, to już inny kościół: cerkiew, której bronili zamordowani, została rozebrana przez Rosjan w roku 1886 (tak na wszelki wypadek, żeby nie było okazji do kultywowania pamięci zbrodni). Kilka lat temu na jej miejscu postawiono stary, drewniany kościółek, przeniesiony ze Stanina. Tyż pikny, ale to już nie to…

Kościółek, Martyrium, jest otoczony wieńcem trzynastu kapliczek: po jednej dla każdego z męczenników. Ta na przykład poświęcona jest Wincentemu Lewoniukowi. temu, który padł pierwszy od salwy kozackiej.

Oj, Wincenty, Wincenty! Czy warto było? Ledwo dwadzieścia pięć lat, żona, dzieci zapewne też. Czy warto było kłaść to wszystko na ołtarzu wierności?

W ogóle – pyta sam siebie Wędrowiec – czy warto? Dla jakiej wiary czy idei warto? Niestety, ofiara z życia nie świadczy o prawdzie czy nawet wartości którejkolwiek z nich. Przykra to konstatacja i boleśnie ją wypowiadać, ale ludzie umierali ochoczo, z poświęceniem, za tak różne ideały, czasem wręcz zbrodnicze, że męczeństwo niestety nie przesądza o niczym. Na pewno nie o tym, czy bliżej do Boga ma łacinnik, ortodoks albo unita. Chrześcijanin, żyd czy zgoła ateusz. Za każdą z tych idei ludzi szli na śmierć ze śpiewem na ustach.

Ale jedno jest oczywiste, już zresztą na Majdanku Viator dał wyraz temu przekonaniu: moment, gdy ktoś uznaje, że ma prawo decydować za bliźniego, w co ten ma wierzyć, jakim bogom i w jakich szatach liturgicznych powinien się kłaniać, gdy przyznaje sobie prawo do decydowaniu o życiu innych – ten moment to czarne jądro i źródło wszelkiego zła. Chciałoby się rzec do tych ludzi: odpierdolcie się i dajcie nam żyć w spokoju! Niestety. Doświadczenie uczy, że się nie odpierdolą. Żeby pozostać sobą, żeby zachować szacunek dla samego siebie, trzeba im się przeciwstawić.

Umierać za idee? Nie warto. Ale czasem trzeba.

Czy o tym myśli dusza Wincentego, w gołębia wcielona, gdy na gontach dzwonnicy wraz z towarzyszem przysiadłszy, smętnie grucha?

Nie lepiej żyć w zgodzie? Wygląd krzyża ma decydować o tym, kogo nienawidzę? No bzdura, absurd, dewiacja! Niech stoją sobie oba. Komu tu przeszkadza? Ano – są tacy, którym przeszkadza. I zawsze będą.

Nie da się tak trwać zbyt długo w bolesnych rozważaniach, w zawieszeniu między doczesnością a wiecznością. To wbrew zasadom higieny psychicznej. Zajmijmy myśli czymś lżejszym.

Janów Podlaski. Niegdyś miasto, siedziba biskupstwa. Dziś senna wioska na równinach nadbużańskich. Wielka historia ostatnio omija ją raczej. Może dlatego na rynku zachowały się jakimś cudem jedne z najstarszych w Polsce dystrybutory paliwa? Stacja benzynowa z 1928 roku!

Ale jeśli ktoś się uprze, by o tej wielkiej historii podumać, to proszę bardzo. Kolegiata św. Trójcy, dawna katedra diecezji janowskiej. Ślad po minionej chwale

We wnętrzu świątyni grobowiec oraz pomnik Adama Naruszewicza. Chcieliście wielkiej historii, to macie: życiorys rozdarty między Konstytucją 3 Maja a Targowicą. Patriotyczną publicystyką a pobieraniem jurgieltu. Pisarstwem oświeceniowym a podlizywaniem się carycy Katarzynie. Potępieniem zwyrodniałej cywilizacji a zamieszkiwaniem w luksusach janowskiego pałacu biskupiego. Ciekawe czasy, ciekawi ludzie, których trudno jednoznacznie oceniać.

Jest jeszcze wcześnie, poranne słońce jasno oświetla statuę Biskupa. Jest jeszcze wcześnie, ale Pielgrzym ma już dość zmagania się z przyciężkawymi dylematami. Musi, koniecznie musi, odetchnąć choć na chwilę.

Tutaj uda się to najłatwiej. Mężnie zwalcza Viator pokusę rozważań historiozoficznych o dziejach janowskiej stadniny. Stwierdza po prostu, iż klasycystyczna Stajnia Zegarowa jest piękna.

Jeszcze bardziej po bohatersku nie zagłębia się Wędrowiec w dywagacje na temat tego, co się tutaj, w myśl zasady Co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu jeszcze? ostatniemi laty z woli władz działo.

Nie i jeszcze raz nie! Dłuższą chwilę spędza Viator z Viatorką na kontemplacji piękna koni. Ich wolności i szczęścia. Li i jedynie.

Chciałoby się zostać z janowskimi arabami znacznie dłużej. Ale nie można. Bug wzywa! Spotkamy się z nim w Serpelicach.

Viatorka

Viatorka urzeczona była pięknem Janowskich arabów, ich niesamowicie długimi szyjami i nogami. Tym luzem i poczuciem wolności. Kilkadziesiąt koni na zielonym wybiegu to sobie kłusowało, to się pasło, to znów zażywało piaskowych kąpieli. Kolejno podchodziły do niewielkiegomiejsca wśród trawy, wysypanego suchym, rozgrzanym od słońca żwirkiem. Najpierw zginały długie, przednie nogi, siadały, przewracały się na bok, potem na grzbiet i radośnie tarzały się wymachując wszystkimi kończynami, zupełnie jak Viatorostwa ukochane psiaki. Uroczy widok. Viatorostwo zatrzymało się przy tej scenie najdłużej, robiąc zdjęcia i nagrywając filmik na smartfona. Dla jednego z ogierów chyba coś musiało być podejrzane, bo leżąc zaczął nas bacznie obserwować. Mimo że odległość między nami była dość duża, mieliśmy z tym zwierzęciem autentyczny, długotrwały kontakt wzrokowy. Niesamowite uczucie. Szczęśliwe konie! Czują się wolno i swobodnie, choć tak naprawdę są dla ludzi jedynie lokatą kapitału, ekskluzywną, żywą zabawką, a nawet tematem debaty i walki politycznej.

Czas jechać dalej – nad BUG. Strasznie cieszyła się już od kilku dni Viatorka na perspektywę spływu kajakiem po tej romantycznej rzece. I w ogóle na to, że po półtorarocznej przerwie spowodowanej różnymi przykrymi wydarzeniami, znowu, jeśli tylko pogoda dopisze, wsiądzie do kajaka.

Od kilku lat to Viatorostwa ulubiona forma rekreacji. Ulubiona, bo niesamowitych wrażeń dostarczyła każda rzeka, zalew, jezioro, jakie przepłynęliśmy. Ale ulubiona również dlatego, że jest to jedna z nielicznych aktywności dających tak bliski kontakt z przyrodą, która jest dla Viatorki, osoby mocno już niepełnosprawnej, dostępna. Kiedyś, ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze w czasach narzeczeństwa, chodziło Viatorostwo po górach. Omijaliśmy tylko te zatłoczone, gdzie przed wejściem na szczyt czekać było trzeba w kolejce. Straszny był to już wtedy dla Viatorki wysiłek, ale ta przestrzeń, te widoki, rekompensowały wszystko.

Dziś o chodzeniu po górach mowy nie ma, choć nie tak dawno podejmowało Viatorostwo udane, jakkolwiek karkołomne, próby dotarcia tylko we dwójkę, Viatorka na wózku inwalidzkim rzecz jasna, w różne ciekawe miejsca – chociażby do zamku Bolczów w Rudawach Janowickich.

Z kajakiem aż takich problemów nie ma – trzeba tylko znaleźć trasę bez przenosek, dogodne, płaskie dojście i wyjście z rzeki, pomóc Viatorce wsiąść i wysiąść, a właściwie wsadzić i wyciągnąć ją z kajaka. A w trakcie spływu oddaje się Viatorka po prostu z pełnym zaufaniem w ręce Viatora, który świetnie posługuje się wiosłem, no i umie, w przeciwieństwie do Viatorki, pływać. I nigdy jeszcze Viator tego zaufania nie zawiódł. Potem można przez kilka godzin chłonąć przyrodę, świeże powietrze, widoki, ciszę i napawać się poczuciem wolności.

To dopiero 29 kwietnia. Po raz pierwszy tak wcześnie wybrało się Viatorostwo na spływ, a Bug to jednak spora rzeka – woda pewnie jeszcze bardzo zimna. Ale nic, ruszamyw Serpelicach, jak zwykle samodzielnie, nie w grupie, bo tylko tak lubimy.Ma być tylko przyroda imy!

Niestety, jak się okazało, nie w tym przypadku. Serpelice to miejscowość wypoczynkowa. A jak najbardziej lubią odpoczywać polscy turyści? Cóż: w tłoku i hałasie. Jak jest rzeka, to po co męczyć ręce wiosłem, skoro lepiej mieć motorówkę. Przez pierwszą część spływu towarzyszył Viatorostwu huk silników, wysokie fale niebezpiecznie kołyszące kajakiem oraz widok łodzi motorowych, gdzie na dziobach opalali się rozebrani do pasa panowie z piwem w ręce (oraz z okazałym zazwyczaj mięśniem piwnym) – takie nowoczesne Galiony. Stojący na brzegu wędkarze wyglądają na przyzwyczajonych do tego, ani śladu irytacji na twarzach. A wzdłuż brzegu samochody – każdy kierowca chce stanąć jak najbliżej wody, potem rozpala małego grilla i zupełnie go nie zraża fakt, że co chwilę jego wysmażane kiełbaski pokrywa chmura kurzu spod kół przejeżdżających tuż obok kolejnych aut.

Ale właściwie po co Viatorka się czepia? W końcu każdy odpoczywa tak, jak lubi. Zresztą po godzinie z ulgą minęło Viatorostwo te krzyczące oznaki cywilizacji. Uff, nareszcie cisza i spokój.

Zmieniające się widoki, pola, lasy, zarośnięte wysepki. Im dalej, tym piękniej. Podrywające się do lotu ptaki – Viator na pewno już wymyśliłby, czyim są wcieleniem.

Rzeka coraz szersza, ma już pewnie ze 150 metrów. W końcu ostre zakole i…  widać przystań. Koniec trasy. Jak zwykle: szybciej, niżby się chciało, choć tym razem Viator coś marudzi, że może i dobrze, bo jego siedzenie odwykłe od takiego wysiłku domaga się odpoczynku. Szkoda.

Viator

A teraz czas na kolejną wizytę, którą Viator wymarzył sobie już dawno temu. Konkretnie: w liceum, gdy po raz pierwszy obejrzał film Panny z Wilka. Otwórzcie, proszę, odtwarzanie, zobaczcie, co się dzieje w 8 minucie, 40 sekundzie: Wiktor Ruben wsiada na prom, by przepłynąć rzekę. Widok brzegu, ku któremu zmierza, to jeden z najpiękniejszych plenerów polskiego kina. Daniel Olbrychski sam wskazał to miejsce Andrzejowi Wajdzie. Panorama Drohiczyna. Wędrowiec wiedział od lat, że musi tu przybyć, bo się w owej panoramie autentycznie zakochał. Teraz wreszcie się udało. Choć nie było łatwo: coraz bezwzględniejsze i dzikie bezdroża prowadzą ku wymarzonemu miejscu, Pielgrzym coraz bardziej ryzykuje uszkodzeniem zawieszenia samochodu. Czy będzie warto?

Niech Czytelnicy sami ocenią, czy było. Viator nie ma najmniejszej wątpliwości.

Aby dostać się do samego miasta, trzeba nadłożyć jeszcze sporo kilometrów, bo najbliższy most na Bugu znajduje się dopiero we Frankopolu. Wracamy przeto powoli po bezdrożach nadbużańskich łęgów, chłonąc ich spokój. I nie ma chyba potrzeby dodawać, że w te dwa żurawie wcieliły się dusze Wiktora Rubena i Tuni (a może Feli?), aby, wolne już od wszelkich trosk, na wieczność całą cieszyć się swą obecnością.

 

Reblog: Chrześcijanin kulturowy

Kolejny tekst znaleziony na Facebooku

Jacek Wesołowski
dzien-nik:fb.obrazy/teksty, 19 maja 2018

Przymiotnik „chrześcijański” może odnosić się do religii lub do kultury. „Religia chrześcijańska” i „kultura chrześcijańska” nie są określeniami synonimicznymi. Pierwsze oznacza doktrynę określonego wyznania, określonego Kościoła któregoś z licznych odłamów zinstytucjonalizowanego chrześcijaństwa, drugie odnosi się do zespołu tradycji, obyczajów, wartości i norm postępowania, mających owszem swą genezę i umocowanie w religii, ale już od niej bezpośrednio niezależnych, niejako wyodrębnionych, wyalienowanych – w tym sensie ktoś określający się jako chrześcijanin może być nim tylko w rozumieniu kulturowym, a niekoniecznie religijnym. Przyznaje się do korzeni chrześcijańskich, wyznaje wartości chrześcijańskie, lecz może być ateistą czy agnostykiem, i jeśli chodzi niekiedy do kościoła, to nie z wiary, lecz z tradycji, z wychowania, z poczucia więzi kulturowej – z chrześcijaństwem. Jestem chrześcijaninem, a nawet katolikiem – kulturowym. W tym sensie większość chyba chrześcijan dzisiejszej Europy, a w szczególności zachodniej i północnej, to są chrześcijanie kulturowi. Niekoniecznie wierzą w Boga, a już zwłaszcza w takie szczegóły nauki Kościołów jak Piekło, Niebo i Czyściec oraz Sąd Ostateczny – zresztą poszczególne wyznania chrześcijaństwa co do tych szczegółów różnią się między sobą: np. w protestantyzmie nie ma kultu swiętych – stąd w krajach wyznań wyłonionych z Reformacji nie obchodzi się imienin, a tylko urodziny. Premier Morawiecki nie tak dawno powiedział, że widzi przed Polską misję chrystianizacji Europy. Przez ostatnich 35 lat nabyłem spore doświadczenie bezpośrednie, gdy chodzi o Europę zachodnią i stwierdzam, że jej kraje są chrześcijańskie dość – gdy chodzi o kulturę chrześcijańską: o chrześcijańskie wartości i ludzkie zachowania etyczne. Np. Niemcy dzisiejsi pod tym względem wydają mi się przewyższać Polaków. Natomiast z pewnością Niemcy nie są tak chrześcijańskie, jak Polska w sensie uprawiania kultu religijnego i bardzo im w tym polskiemu sąsiadowi daleko. Kościoły w Niemczech (a zwłaszcza wschodnich) – tak ewangelickie jak i katolickie – są pustawe, niektóre od dawna już pełnią funkcje kulturalne, nie religijne. Ja myślę, że polski premier, mówiąc o chrystianizacji Europy miał na myśli nie tyle chrystianizację, ile klerykalizację. Z zamiaru, woli i ambicji naszego pobożnego, bogobojnego narodu, a ścisle polskiego rządu narodowego ramię w ramię z polskim (katolickim) Kościołem, który jest nie tylko instytucją religijną, lecz także w wysokim stopniu polityczną, tak więc kulturową – pod płaszczem religii. Etyka w polityce występuje fasadowo.


Boutique sacré de Jacek Wesolowski, instalacja zbiorcza, fragment (ściana centralna: Ołtarz), Hradczanska Galeria, Praha, 1995

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 4

Andrzej Stasiuk jedzie przez Polskę. Na Wschód. W Wielką Środę wyjechał od matki i po drodze wciąż jeszcze z nią rozmawia.

Z powieści Wschód, Czarne 2014, strona 69-75

Wielka Sobota

Tomaszów. Opłotki. Wielka Sobota. Czerwone wozy straży parkują pod kościołem. Odnajduję osiemset pięćdziesiątkę i ruszam w stronę Hrubieszowa. Kiedy zaczynają mówić księża redaktorzy, wyłączam. Mówią ślisko i martwo. Zupełnie inaczej niż ci wszyscy, którzy z tych domów, z tych gminnych poczt wysyłają wdowie grosze. To tak, jakby płacili za to, że czasami mogą mówić łamiącym się głosem z głębi nocy, z otchłani swojego Wielkiego Piątku, swojej Soboty. Wypełniają czerwone przekazy i płacą za to, że ktoś ich wysłucha. Jadwiga z Lubaszowa. Stefan z Oleszyc. Znikąd. Niemi, odłożeni, odwieszeni na haczyk nicości. Płacą i mogą przemawiać z głębi swojej samotności, z głębi swojego lęku. No więc jadę i czuję w powietrzu wokół ich głosy. Gdyby nie to radio, nigdy bym ich nie usłyszał, nie usłyszałby ich nikt. De profundis. Krajobraz faluje. Łagodne grzbiety wzgórz toczą się na wschód ku granicy. Jasnozielone i brunatne na przemian, podzielone geometrią miedz. Spłachetki. To zniknie, gdy ostatni starzy umrą, a młodzi odejdą. Czasami widuję ich razem w tych sklepach z blachy wypełnionych trupim światłem. Dziadkowie i wnuki. Młodzi podnieceni, z gorączka w oczach. Starzy czujni, ostrożni, w ubraniach z dawnych czasów. Podążają niepewnie w ślad za młodymi, którzy poruszają się jak w hipnozie. Wnętrza są bez okien. Jak grobowce, jak prosektoria. To się pewnie tak skończy. Wszyscy tam przyjdą i dadzą się zamknąć. Potem zgaśnie nawet trupie światło i będą chodzić, będą pełzać, świecąc sobie telefonami, aż skończą się baterie. Takie myśli miałem, jadąc osiemset pięćdziesiątką na Hrubieszów. Mijałem kobiety na rowerach wiozące święconkę. Duże wiejskie kosze przykryte białymi serwetkami. Była Wielka Sobota. Przydrożne krzyże ktoś przybrał kolorowymi wstążkami. Pod jednym palił się czerwony nagrobny znicz. Ale na przekór otchłani, która otwierała się u fundamentów świata, dzień był ogromny i świetlisty. Od Wyżyny Wołyńskiej blask ciągnął jak wiatr.

Kiermasz wielkanocny w Hrubieszowie  2014. Organizatorami kiermaszu były: Hrubieszowski Dom Kultury i Gminny Ośrodek Kultury w Wołajowicach. Wzięło w nim udział około 50 wystawców, którzy oferowali tradycyjne i współczesne palmy, stroiki, pisanki i wiele innych świątecznych wyrobów.

W Hrubieszowie przy kościele ubrane na obcisło chłopaki stały wokół passata. Drzwi były pootwierane i dudnił bas. Wsłuchiwali się i coś podkręcali. Kościół stał na skarpie nad Huczwą. Ludzie szli z koszykami, ale obok, bo święcenie było chyba pod gołym niebem, koło dzwonnicy, więc przy Grobie Pańskim pustawo. Właściwie same stare kobiety, czyli jak w życiu. Bo przecież po wsiach przy nieboszczyku też czuwały babki i ciotki, paląc świece i szepcząc modlitwy. Tak było i tu. W chłodzie, w pólzmroku, w ciszy. Grób był prosty. Tylko zwłoki i kwiaty. Na ścianie powyżej rozpięli malowidło. Biblijna scena z pustynią, głazami i grobowcem, do którego zmierzał ciemnowłosy lud w białych szatach. Tak się to miało zacząć – w odległej ziemi, bez naszego udziału. Przyszło z dawna i z daleka. Nad Huczwę i teraz tu płaczą. Że go zabili. A sami to nic. Czekali na gotowe. Naiwni i niewinni po wieki wieków. Tylko chwilę przysiadam i zaraz dalej. Szukam siedemdziesiątki czwórki. Po drodze mijam cerkiew wśród wysokich drzew. Blaknie, rudzieje. Miasto zaraz się kończy, parteruje, tralki, balustradki, usiłowania. Wyjeżdżam, skręcam na Orlen, żeby wziąć podwójne espresso w kartonowym kubku. Piję łapczywie i prawie się parzę, bo chcę w tym najciemniejszym dniu świata mieć jasny umysł. Żeby to wszystko, co widzę i słyszę, wchodziło głębiej. Żeby przeszywało na wylot. Ponieważ nic innego nie możemy zrobić. Po prawej zaczyna się niski, zielony wygon ze stadami gęsi. Wszystko się zgadza. Husynne. Bug rozlewa się niebiesko i szkliście. Rzeka dzieciństwa jak żyła w ciele. Może pierwsza rzeka, jaką widziałem z życiu. Bo przecież jak mieszkaliśmy na Grochowie, to wcale nie musiałem widzieć Wisły. Pakowałaś mnie w becik i hajda na wschód. Tymi ciężarówkami z żelazną drabinką, którymi chłoporobotnicy wracali z pracy. I my między nimi. Ja w beciku, ty w płaszczyku z tym futerkowyrn kołnierzem i w chustce na głowie. Na wschód. Żebym jak Anteusz mógł dotknąć tamtych ziem. Samochodem Lublin, samochodem Star na drewnianej ławie. Wydaje mi się, że do dziś pamiętam zapach tamtych ciał, ubrań i spalin. Tytoń, piwo i benzyna. I teraz ilekroć widzę Bug, to cofam się w czasie. Odzyskuję siły. Myślę, że mógłbym to wszystko, co się wydarzyło, zapamiętać od nowa, jeszcze mocniej. Może byłem ślepy jak kocię i gdy otworzyłem pierwszy raz oczy, to on tam płynął. Wyglądałern z becika. Pięć minut od drewnianej chałupy. Przez piaskową górę i już zaczynała się sucha równina, gdzie kilka lat później znajdowałem skamieniałe pioruny. Ale teraz znajduję skrót do osiemset szesnastki i zaraz zaczyna się Horodło. Przed niskim domem z cementowej cegły wiszą dwa strażackie mundury. Schną na słońcu i wietrze. Piach podwórka jest niemal biały. Wokół nie ma nikogo i tylko te czarno-seledynowe, fosforyzujące uniformy łopocą niepokojące w bezludnym krajobrazie. Po prawej znowu zjawia się rzeka. On tego dnia schodzi do piekieł, ale w Horodle z jakiegoś powodu nie mogę odnaleźć kościoła, więc jadę dalej na północ i dopiero w Dubience trafiam na świątynię. Biała, skromna, barok, neobarok stoi trochę na uboczu.
W środku pachnie wilgocią i wschodnim opuszczeniem. Na chórze łuszczą się organy niczym porzucona dziecinna zabawka. Pusto. Trzy osoby. Dwóch strażaków w takich mundurach jak tamte schnące. Trzymają straż u grobu, ale jakoś tak dziwnie. Zapewne z szacunku stoją twarzamí do grobowej wnęki i tyłem do reszty świata, więc jako warta są raczej do niczego. I znowu stara kobieta z różańcem. Paciorki powoli wysypują się z jej dłoni. I cicho rzeczywiście jak po śmierci, ale z okien leje się piękna jasność. Cała trójka wyglądała jak obraz. Przycupnąłem z dala, by nie burzyć kompozycji. W końcu byłem tylko przejazdem. Brązowy papier do pakowania udawał skały, ale białe kwiaty w doniczkach wyglądały na prawdziwe. I jeszcze tylko zwłoki i nic więcej. Moze tak powinien się objawiać ze swoim życiem albo śmiercią. W ciszy, w samotności, w pustce. A nie bekliwym tłumom, które jak już się zbiorą, to w końcu zaczną wołać to swoje „Ukrzyżuj!” Obojętnie kogo. Tak jak w tym radiu. Gdy mówią ci z głębi swojej samotności, nigdy nie mówią „my”. Dzwonią z ciemności swojego losu, zza horyzontu dzwonią. Spod ziemi i z czterech ścian. Nigdy nie mówią „my”. Potem odzywa się szef ze swoją mendowatą mową, z tym kleistym językiem, który ledwo się obraca, ledwo brnie, lecz kala wszystko, czego dotknie. Są tylko „oni” i „my”. I ani żywej duszy. Jakby żaden Bóg się nie wcielił w człowieka, tylko miał zjawiać się na zawołanie, by pognębić „onych” oraz „mych” wywyższyć. Bug wyciąga swoje zielone ramię wzdłuż szarej szosy, wskroś tego parterowego kraju złaknionego pociechy, a ja wysluchuję na ukaefie diablej, nienawistnej gadki, która przemawia w imię religii, głoszącej, że „na początku było Słowo”. Ukaef to wszystko znosi jak papier i jeszcze pewnie ze swoją ukaefią obojętnością rozpyla trutkę nad Ukrainą i Białorusią. Panie, wiem, że jesteś zajęty, że nie masz Czasu, że dziś odwiedzasz piekło, ale uważam, że powinieneś rozpędzić mój naród na cztery wiatry. Powinieneś przepędzić go od siebie jak tych przekupniów ze świątyni. Na jakąś pustynię ich wygnać, żeby się tułali jak Żydzi. Żeby im się nie wydawało, że mają do Ciebie jakiś grupowy dostęp, że ich będziesz zbiorowo rozpatrywał i liczył im te wszystkie plemienne zasługi, które sobie wyobrażają, zapisują i potem w nie wierzą. Że to są zasługi przed Tobą. Panie, ja bym ich na Twoim miejscu rozgonił po całym świecie na tysiąclecia jak naród Izraela i dopiero by się okazało, ile są warci, jakby nie mieli tego swojego Mazowsza, Kieleckiego, Grunwaldu, tych wszystkich listopadów, styczniów i wrześniów dymiących spalonym mięsem, toby się okazało. Jakby nic nie mieli. Jakby nie mieli żadnego Ruska, Niemca ani Żyda na usprawiedliwienie, ani tego swojego papieża by nie mieli na pogański kult, tylko na sto kilometrów piasek, toby bylo wiadomo, czy oni wierzą, czy tylko robią narodowy interes. Piasek i wieczność. Tak bym zrobił. W kosmos. I Częstochwę na ich oczach bym im rozpirzył jak Jerycho, jak stragany jerozolimskich gołębiarzy. Żeby, gdy już popędzisz kota temu mojemu narodowi wybranemu, mogli przyjść do Ciebie niewidomi i chromi i żeby nie musieli z tych wiejskich poczt z żółtą trąbką wysyłać czerwonych przekazów z ostatnim groszem dla zbójeckich jaskiń w eterze. Tak sobie myślę już za Dubienką, gdy przecinam dwunastkęz która po tamtej stronie granicy zamienia się w M07 i ciągnie aż do Kijowa. Tak sobie myślę i wyobrażam jak włącza te swoje chińskie albo tajwańskie radyjka ze srebrnego plastiku, który udaje aluminium. Jak nasłuchuje pociechy, Szu-szu-szu od jednego do drugiego. Ale z pudełek dobiega tylko zgiełk i sączą się fałszywe świadectwa. Więc ona szu-szu-szu to tu, to tam, szukając szczelin w tym bełkocie. Pobrzękuje garnczkami, rondelkami. Opatula się, bo z głębi świata ciągnie chłód. Siedzę obok, ale jesteśmy samotni. Mówię: mamo, nie słuchaj tego wszystkiego. Ale sam nie potrafię powiedzieć jej niczego na pocieszenie. Tylko wciąż przypominam sobie te chwile przedpokoju, gdy przed wyjściem do kościoła sprawdzała, jak wyglądam. I zimny dotyk palca z kroplą tanich perfum. Lecz teraz nie potrafię po prostu powiedzieć: nie bój się, wszystko będzie dobrze. Bo jesteśmy samotni, gdy On jest w piekle. I zostawił nas na pastwę ukaefu. Ją, mnie, każdego. W ciemnościach Wielkiej Soboty na wieki.

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 3

Andrzej Stasiuk

Wielki Piątek

Tylko kościoły są otwarte. Żółte światło wychodzi przez uchylone drzwi i gaśnie za progiem. Czuwają u zwłok Żyda zabitego przez naród niewierny. Od wieków przychodzą o tej porze i obłędnie lamentują i oskarżają. Nic nie rozumieją. Ani księża, ani stare kobiety. Zamiast oskarżać, powinni dziękować, że ktoś to zrobił za nich. Że ktoś Go zabił za nich. Inaczej sami by przecież musieli, żeby „się wykonało”. Księża w sutannach, biskupi na złoto i z pastorałami, baby wiejskie, lud pobożny, który cały dzień dzisiaj na klęczkach sunął po zimnych posadzkach, by całować rany z gipsu, by rozpamiętywać, sycić żałość, karmić nienawiść, oni wszyscy w tych ciemnych sukienkach, w chustkach, z torebkami, z książeczkami, w których wszystko czarno na białym zapisano, ze zmiętymi bejsbolówkami w garściach, w dzinsach, z ciut zakrytymi pępkami, na chybotliwych obcasach, w zielonkawych garniturach, w skórach czarnych, rozścielający chusteczkę, żeby żeby przyklęknąć w naftalinie, w perfumach, w niewinności, oni wszyscy musieliby dzisiaj wołać do schrypnięcia: „Ukrzyżuj Go! Ukrzyżuj!” Ale im się udało. Żydzi zrobili za nich wszystko. Od początku do samego końca. A ci stali z rozdziawionymi gębami i nic nie mogli pojąć. Nie mogli pojąć, że ktoś ich wyręczył, bo byli zbyt tchórzliwi, zbyt obłudni, zbyt dziecinni, by zrobić sobie prawdziwego Boga. Przyszli na gotowe i potem już nigdy nie mogli im tego wybaczyć. Tak rozmyślałem, wpatrując się w czerwone światła wyprzedzających mnie aut. Każdy ma taką drogę krzyżową, na jaką zasłużył. Numer 865 na przykład. Płazów, Narol, Kadłubiska. Wielki Piątek. Powinienem skręcić do Bełżca. Gdy palono tam ciała na wolnym powietrzu, na rusztach z szyn kolejowych we wsi na szybach osiadał tłuszcz. Ale zapadła noc, więc co? Stałbym przed czarną żelazną bramą i patrzył w ciemność. Stałbym i nasłuchiwał pociągów. Wąchał powietrze. Więc jednak skręcam w lewo, na siedemnastkę. I zaraz jest Tomaszów. Na stacji Shella przed myjnią stoi sznurek aut. Chłopaki przekomarzają się z dziewczynami. Zaczyna się weekend. Jadę przez mój kraj, wypatrując kościołów, wypatrując znaków. Myślę o niej, o matce, o tym, jak szuka w radiu swojej mszy. Sama w pustym pokoju. Kręci gałką i oddziela niepotrzebne dźwięki, usuwa zgiełk i w końcu odnajduje nabożeństwo. Tak jest od lat. Dawno temu w niedzielny poranek obracała mnie przed lustrem w przedpokoju. Wystrojonego, wyprasowanego, nadąsanego. Czułem lodowaty dotyk palca z kroplą wody kwiatowej. Do kieszeni dostawałem złożoną na cztery albo osiem chusteczkę. Była sztywna i twarda od żelazka. Jak cienka deszczułka. Szło się z pół godziny. Asfaltową ulicą w cieniu starych drzew. Rodziny trzymały się razem. Potem dziciarnia odpryskiwała i zbijała się w oddzielne ruchliwe stadka. Kosciół stał na piaszczystym wzgórzu. Wchodziło się po szerokich cementowych schodach. Skromny, smukły neogotyk. Do środka mogło wejść ze sto osób. Można było poczuć, że jest się naprawdę wybranym, ale ja po prostu umierałem z nudów. A teraz chcę, by tamto powróciło, lecz wiem, że nadaremnie. Podglądam żółtawe światło pełznące z kościelnych drzwi. Wśród czarnej nocy Lubelszczyzny, czarnej nocy Wschodu z Bełżcem gdzieś na samym jej dnie, w podziemiach ciemności. Ale nie skręcam, tylko idę pomiędzy swoich, patrzeć, jak ładują do wózków, jak myją auta, jak kupują piwo w rozświetlonych pawilonach Shella, BP i Statoila. Zmieniam stacje, nasłuchując głosów ojczyzny. Całkiem jak ona w swoim pokoju. I też nastawiam Radio Maryja. Mam zaprogramowane na stałe. Wystarczy nacisnąć. Najlepiej się słucha przy bocznych drogach, tych wszystkich osiemset coś, pięćset coś, czterysta, trzysta. Jesienią i wiosną, gdy na drzewach nie ma liści. Wtedy dobrze widać domy i podwórka. Widać zakamarki. Widać to ściszone życie drugiego planu. Zaułki ludzkich dni. Schludną biedę z plastikowymi, udającymi mosiądz lampami nad wejściem. Wszystko przycięte, ułożone i wykorzystane. To tu, to tam, lalczynej wielkości. Dopilnowane resztką sił. Albo wypięte po nowemu, z tą smętną ostentacją zacierającą ślady dawnych dni. Do niczego niepodobne nowości nad nowościami. Minione pomieszane z jeszcze nienadeszłym. Druciana siatka, kury i wybetonowane grillowiska z głazów plus klinkierowy komin. Więc łapię ten Toruń i wjeżdżam głębiej w ojczyznę. Czterdzieści na godzinę i patrzę, skąd dzwonią. Stąd. Spod niskiego nieba. Zza płaskiego horyzontu dzwonią. Dzwonią z Wielkiego Piątku, gdy muszą opłakiwać Żyda z gipsu, z plastiku, a przecież powinni jakiegoś porządnego Boga, polskiego, z krwi i kości, z naszego mięsa. Z tej samotności lechickiej dzwonią. Z tego opuszczenia. Z czeluści świata. Gdy tylko zaczyna się normalny kraj, trzycyfrowe drogi, to od razu ich włączam. Słucham człowieczych głosów. Że mają wersalkę do oddania. Niezbyt używaną, w dobrym stanie. Że są elektrykami i mogą za darmo w czymś pomóc w tej dziedzinie. Gniazdko naprawić, zajrzeć, jak gdzieś iskrzy. Że jak ktoś coś potrzebuje przewieźć, to jest furgonetka do dyspozycji popołudniami, tylko za paliwo, a jak nie, to też się obejdzie. Podaję telefon. Albo że mąż umarł, dzieci dawno odeszły, została tylko najmłodsza, ale ona bez wózka to się w ogóle nie rusza. Tylko z kuchni do pokoju, do okna z widokiem przez firankę i kwiaty, ale nie dalej, bo nie ma kto pomóc, żeby wynieść przez próg i po trzech schodkach, więc słońce przez szybę, przez okno. No to ktoś, że może przyjść raz, dwa w tygodniu i pomóc, podaję telefon. Albo że któregoś dnia przychodzi Matka Boska, zjawia się całkiem naprawdę i wtedy życie się odmienia, powracają siły i opada z ramion ciężar dni. Panie, dopomóż mojemu mężowi w zmaganiach z nałogiem. A mojej żonie dopomóż, by tak nie cierpiała w chorobie. Tego słucham. Wśród zagród uprzątniętych od drogi i zagraconych „a nuż się przyda” po zakamarkach. Niektóre podwórka zarasta trawa i widać już tylko jedną ścieżkę wydeptaną do furtki. Czasami w szybie bieleje nieruchoma twarz. Koty na parapetach wyczekują porannego słońca. Tomaszów. Opłotki.

Ciąg dalszy w Wielką Sobotę

Grób Pański w Biłgoraju

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 2

Andrzej Stasiuk jedzie przez Polskę. Na Wschód. Wczoraj wyjechał od matki i po drodze wciąż jeszcze z nią rozmawia.

Wielki Czwartek

Z powieści Wschód, Czarne 2014, od strony 60

Rzeka rozlewa się spokojnie, szeroko i dziko. Srebrna i świetlista toczy się z głębi ziem, z głębi tego kraju porażonego neurozą, przeżartego histerią. Dlatego staję tu niemal zawsze, żeby popatrzeć na jej melancholijny majestat, na jej spokój, na jej przedwieczność, na jej obojętność. Wyobrażam sobie, że płynie z otchłani najdawniejszego, że przez ułamek, przez okruch czasu przetacza się tą krainą, a potem znika w oddali, w czasach, gdy już nas tutaj nie będzie. Ale nie potrafimy się od niej niczego nauczyć. Patrzymy na jej królewski spokój jak cielę na malowane wrota, jak sroka w gnat, jak szpak w pizdę i nie dociera do nas, że dostaliśmy jedynie wiórek, strużynę wieczności. Tak sobie myślę, dopóki jakiś facet nie podjedzie polonezem z przyczepką, żeby nakopać piachu, wędkarz na rowerze albo para młodych romantyków w starym golfiaku przerobionym na gaz. Wtedy ruszam dalej, w głąb kraju. Droga wciąż lgnie do rzeki. W Puławach można nowym, opustoszałym mostem przeprawić się na drugą stronę i potem przez Zwoleń i Lipsko, ale wolę trzymać się Pradoliny. Trzeba tylko minąć Kazimierz, zostawić go jak najszybciej za sobą, przejechać Opole Lubelskie i znów po prawej zjawia się rzeka. I nawet gdy jej nie widać, to i tak stojące nad nią powietrze ma inną barwę, jest cięższe i czuć mulistorybią woń sprzed tysiącleci. Szosa chwilami biegnie wypiętrzeniem i wtedy widać, jak drugi brzeg smuży się fioletowo aż po widnokrąg. Potem droga opada i wsie wciskają się między nurt a stromiznę. Niskie łąki, fasola i groch pną się po tyczkach, wielkie topole, zastoiska, butwiejące łodzie w zaroślach. jak wtedy, jak czterdzieści lat temu nad inną rzeka, we wsi na piaskach, z rybackimi kłoniami schnącymi pod okapami słomianych dachów. Ciasno plecione oczka pachniały rybą. Dotykałem ich i wydawało mi się, że lekko się kleją, ale to nie była prawda. Po prostu pamiętałem zimne, kleiste ciała płoci o czerwonych skrzelach, które leżały na kuchennym stole i czekały, aż kobiety je oskrobią i podłoga letniej kuchni pokryje się srebrzystymi płatkami lusek. Tak było. A ty mi każesz jeździć na Zachód. Jakbyś chciała mnie uwolnić od mojego własnego losu. Tak jak chcieliście się uwolnić wy wszyscy z tamtych czasów, z tamtych wiosek, z tych letnich kuchni pełnych much, łusek i rybich wnętrzności, na które cierpliwie czekały koty. Tak mówię do niej, gdy jadę przez ten kraj niewolników. Zaraz będzie Annopol i skręcę na most, żeby zobaczyć biel piaszczystych ławic, zielone brzegi i lustro wód odbijające obłoki. Tak. Wiem, że chcesz dobrze, ale ja nie mam zamiaru umykać własnemu losowi. Nie czuję pokusy, by stać się kimś innym. Wiesz, tutaj wszyscy cierpią niewolę. Wydaje im się, że są uwięzieni we własnym przeznaczeniu. Szarpią się jak zwierzyna we wnykach. Lis podobno potrafi odgryźć sobie łapę, by się uwolnić. Z nami jest tak samo. Za mostem zaraz lewo. Maruszów, Linów, Piotrowice. Wszyscy stąd umkną. Z tych wiosek, z tych miasteczek. Zostawią eternit, blachodachówkę, nietynkowaną i tynkowaną cegłę, sajding, udręczone przycinaniem krzewy i drzewa, zostawią przeszłość, pejzaż i się wymkną. Starsi w śmierć, inni do Kielc, do Warszawy, ponieważ miasto żywi się tanim mięsem. Umkną w przyszłość, która też jest mięsożerna. Jak za twojej młodości. Wędrówka ludu. Odejść ze swojej wsi, odejść ze swojego miasteczka, wyrwać się przeznaczeniu. Zostać kimś innym. Pustynia bez Mojżesza. Bez ziemi obiecanej. Widnokrąg daleki, jasny i zimny jak światło LCD. Lucyferyczny blask nad horyzontem. Zawichost. Za Winiarami długi prosty podjazd i potem widok z wysoka na wschód, na rzekę w oddali. Mógłbym tak jechać i jechać. Zmieniać płyty. Zmieniać stacje radiowe. Patrzeć, jak się rozstępuje pejzaż. Coraz głębiej w ten kraj. W jego wnętrzości. W głąb jego samotności. Teraz, gdy zaczyna się wiosna i nie ma jeszcze liści na drzewach, i to wszystko wokół jest takie nagie, takie bezbronne i takie smutne. Zanim zacznie się maj, zanim przyoblecze miłosiernie tę ziemię. Schnie błoto i czuć dym ognisk. Czuć woń gnoju ciągnącą ciepłymi powiewami znad pól. Ten dym i ten gnój wchodzą opłotkami do miast. Jak zdradziecka mgła. Na wyczyszczone, na wypolerowane, na wymyte, na wyperfumione. Jak rosa trująca się skrapla na nowym, mieniącym się niczym złota zaćma. Dlatego bydlęta będą zabite. Odprowadzone do mięsnych fabryk, skąd nie wydostaje się ani jęk, ani smród. I ugorów też nie będzie, żeby nie palić starych traw. Zamiast nich bez końca będzie rosła strzyżona i zielona. Ponieważ jesteśmy niewolnikami i żeby się uwolnić, przegryziemy własną kość niczym schwytany lis. Potem jest skrzyżowanie i zazwyczaj skręcam w lewo, droga opada, a po prawej wznosi się sandomierska skarpa z całym tym dostojeństwem i chlubą stuleci, ale teraz jadę w lewo, na wielki plac targowy, i parkuję pod płaskim barakiem z blachy. Nie mogę się oprzeć i wchodzę, ponieważ lubię patrzeć, jak moi bracia i siostry kupują. Wchodzę do tych blaszanych bud wypełnionych badziewiem i paździerzem i błądzę pośród fantomów, pośród odbić i mamień. Zaraz się gubię, bo wszystko jest podobne, nieoczywiste i pełne tego półciemnego blasku, tej oszukańczej poświaty, w której nie sposób dostrzec prawdziwych kształtów i kolorów rzeczy. Ale jestem dzielny i nie przepuszczam żadnej „galerii”, żadnemu „centrum”, jak tylko jest przy drodze, to skręcam i parkuję. Bo nie mogę oderwać od nich oczu. Od tego, jak chodzą i dotykają, jak wciągają zapach kleju, impregnatów i sztucznego kauczuku. Suną w tej światłości wiekuistej jak śnięte ryby i ja z nimi, wpatrzony, samotny i smutny. Dziecko niedoboru i reglamentacji. Syn świata antykonsumpcji. Żyliśmy jak mnisi i to było dobre. Ale teraz lubię patrzeć, jak wyklęty lud ziemi wreszcie powstaje i sięga po to, co mu się należy. Skradam się i podsłuchuję, gdy się naradzają. Mają poważne miny. Nie uśmiechają się, jakby ich to w ogóle nie cieszyło. Pchają wózki, z których się wysypuje. Zaraz będą święta. Wypada na podłogę. Zapakowane się błyszczy. Żyliśmy jak w klasztorze, pamiętasz? Święta. Zapach rumowy, zapach waniliowy. W szklanych buteleczkach przypominających fiolki z lekarstwami. Zapachy. Wypełniały dom, w którym było niewiele ponadto. Byty ledwo materialne. Ciepłe powietrze rozchodzące się z kuchni. Aura. Chłód pościeli w nieogrzanych pokojach. Światło poranka na prostych sprzętach. Tak było. Teraz też jest Wielki Tydzień i jadę przez kraj: Bircza, Przemyśl, Jarosław. Gdzieś koło Oleszyc zapada zielonkawy zmierzch. Kropi deszcz. Ciechanów. Otwieram okno, żeby poczuć ciepłe, wilgotne powietrze. Wszystko już pozamykane. I domy, i sklepy. Tylko w półcieniach, w zakamarkach, na ławkach siedzi kawalerka. Na przystankach pod daszkami po pięciu, po siedmiu w objęciach wczesnej nocy. Z piwem, z colą, z chipsami. Jak stadka ptaków, aby blisko siebie, jak wróblęta w pstrokatych trykotażach, w bejsbolówkach, w białych jak z kredy butach w tej ciemności. Królowie podkarpacko-lubelskiej nocy.

Ciąg dalszy w Wielki Piątek

Z Białorusi po białorusku 2

Natalia Miziarska / Наталля Мізярска

Гісторыя храмаў Ушаччыны ў савецкія часы (1917 – 1991 гг.)

Артыкул прысвечаны гісторыі хрысціянскіх храмаў на тэрыторыі Ўшацкага раёна ў савецкі перыяд. Упершыню разглядаюцца абрадавыя функцыі храма ў жыцці беларусаў Вушаччыны.

The article concerns the history of Christian temples at the Uschachi Territory in the Soviet Union’s period and is the first publication about the temple’s religious customs of the people’s life in Ushachi.

З прыходам да ўлады ў кастрычніку 1917 г. бальшавікоў і ўстанаўленнем савецкай улады на Беларусі, становішча ўсіх канфесій змянілася: пачалася доўгая, палітая крывёю многіх пакаленняў канфрантацыя дзяржавы і царквы. Такая палітыка была выклікана тым, што марксізм-ленінізм разглядаў барацьбу з рэлігіяй як адзін з напрамкаў класавай барацьбы пралетарыята з капіталам. Як пісаў К. Маркс: “Рэлігія ёсць опіум для народа”. Распрацоўваючы пытанні адносін бальшавікоў да рэлігіі ў рабоце “Сацыялізм і рэлігія”, Ленін падкрэсліваў неабходнасць жорсткіх адносін да рэлігійных вераванняў [13, с. 155-156].

Былы дамініканскій касцёл (пазней царква) ва Ушачах пасля
Другой Сусветнай
вайны

Па меркаванню М.І. Калініна рэлігію і яе сакрамэнтамі: хрышчэнне, вянчанне, адпяванне, павінны былі замяніць новыя абрады і традыцыі – савецкія святы, тэатры і тэатралізаваныя прадстаўленні [14, с. 6 ].

У сярэдзіне лістапада 1917 г. ва Ушачах Сход валрэўкома пастанавіў: безагаворачна прызнаць савецкую ўладу, актыўна падтрымаць усе мерапрыемствы ўрада. Было вырашана канфіскаваць маёмасць мясцовых памешчыкаў і царкоўныя землі на Ушаччыне. Адабранай зямлёй павінны былі надзяліць батракоў і малаземельных сялян Ушацкай воласці [15]. Супраць рэлігійных традыцый з’явіўся дэкрэт Савета Народных Камісараў ад 20 студзеня 1918 года “Аб аддзяленні царквы ад дзяржавы і школы ад царквы”. У студзені 1920 года дазвалялася для нованараджонага даваць любое імя, нават калі такога не было ў царкоўным календары. Па меркаванню камуністаў царква часта навязвала непрыстойныя імёны, якія нібы зневажалі чалавека: Авель, Зілота, Глікія [14, с.31].

Касцёл Святой Веранікі ў вёсцы Селішчы пасля вайны

Архіўныя дадзеныя сведчаць аб тым, што на Ушаччыне ў школах праводзілася выхаваўчая праца з антырэлігійнай накіраванасцю: “Антырэлігійныя вераванні праводзіліся з праграмным матэрыялам. Вучні ўдзельнічалі ў правадзімых мерапраемствах аб шкоднасці каляд і вялікадня. Заняткі ў школе праводзіліся ў царкоўныя дні” [ 2, ф.150, оп.1, д.25].

У 1919 – 1922 гг. у каталіцкай парафіі на Ушаччыне працаваў ксёндз Язэп Барадзюля, які быў абвінавінавачаны савецкімі ўладамі ў шпіянажы і высланы ў Сібір на 25 год. Пасля смерці Сталіна, ксёндз Я. Барадзюля ў 1954 г. быў вызвалены і атрымаў парафію ў Літве.

Царква Святой Параскевы Пятніцы ў Арэхаўна. Фундатар Мікалай Юзаф Грабніцкі.
Выгляд у сучасны час

Пік антырэлігійнасці на Ушаччыне прыпаў на 1929 – 1939 гг. Савецкая ўлада не толькі садзейнічыла распаўсюджванню атэізму сярод дарослых і моладзі, але і вынішчэнню сакральных аб’ектаў. Пасля 1930 г. была часткова разабрана праваслаўная царква (былы дамініканскі касцёл) ва Ушачах, які знаходзіўся на вуліцы Кастрычніцкай. Першы паверх царквы, аднак, ацалеў, на якім пазней пабудавалі Дом культуры, дзе збіраліся партыйныя актывісты [16, с. 470-471].

Пра лёс Кубліцкай царквы, якая некалі была ўніяцкай, успамінаў Васіль Быкаў: “ У 30-я гады з царквы садралі крыжы з царкоўных купалоў, але бурыць царкву пачалі самі. Усё царкоўнае майно сканфіскавалі або проста расьцягалі ваяўнічыя атэісты, якімі абавязаны былі быць усе піянеры, камсамольцы, бальшавікі, настаўнікі і актывісты. І мы піянеры-актывісты, цягалі з царквы і дралі старажытныя фаліянты, клеілі з царкоўных рукапісных пергамэнтаў папяровых зьмеяў, якія запускалі ў ветраныя дні. З царкоўных жа рызаў раённы быткамбінат пашыў цюбіцейкі, у якіх шмат год хадзілі нашы хлопцы” [ 1, с.19-20].

Выгляд касцёла ва Ушачах у сучасны час

У 1942-1948 гг. пад час бамбардзіроўкі немцамі Кубліч храм быў разбураны і ў такім стане заставаўся да канца вайны. У 1948 г. жыхары вёскі разабралі рэшткі касцёла на цэглу. Сёння можна ўбачыць толькі фрагменты фундамента [16, с. 490].

У гады Вялікай Айчыннай вайны нямецкія акупанты на беларускіх землях распрацавалі сваю палітыку ў адносінах да канфесій, якая прадугледжвала адраджэнне царквы ў жыцці насельніцтва. З гэтай мэтай забаранялася працаваць у нядзелю. Парушальнікі дадзенага загаду падвяргаліся штрафам і нават расстрэльваліся. Насельніцтва акупіраваных трыторый павінна было адзначаць рэлігійныя святы па старым стылі, у кожным доме мець іконы, насіць крыжы на шыі, хрысціцца перад і пасля ежы. Усе ранейшыя грамадзянскія акты (рэгістрацыя дзяцей, вянчанні, пахаванні) лічыліся несапраўднымі. З архіву Вермахта, вядома што ва Ушачах у гады Вялікай Айчыннай вайны немецкія захопнікі хавалі сваіх салдат ля сцен касцёла, які працаваў у той час [11].

Царква Стрэчання Гасподняга ў Мосары ў сучасны час (таксама два малюнка ніжэй)

Нямецкія акупанты не перашкаджалі адкрыццю храмаў, асабліва праваслаўных, якія былі зачынены ў перадваенныя гады. Абавязковай умовай рэлігійнага жыцця з’яўлялася беларуская мова. Часам фашысцкія захопнікі не толькі дазвалялі адкрываць храмы, але і спальвалі іх, як толькі даведваліся аб сувязях вернікаў прыхода з партызанамі [13, с. 216-219].

Касцёл Найсвяцейшай Марыі ў Селішчах вядомы з апісанняў Я. Фібека з 1913г.: “Касцёл узносіўся над возерам, пры ім быў збудаваны двухпавярховы кляштар. Касцёл меў 5 метраў у вышыню. Над галоўным алтаром вісеў абраз Божай Маці, які быў перавезены з Кубліч. Ён быў пакрыты срэбрам. Захрыстыя ў касцёле была вельмі багатай, бо тут было сабрана шмат рэчаў з суседніх храмаў: арнаты, упрыгожаныя срэбрам і золатам, пашытыя са слуцкіх паясоў” [17, с. 411-412]. Касцёл у Селішчах быў зруйнаваны ў перыяд з 1944 па 1989 гг. [16, с. 494].

Пасляваенныыя гады заставаліся складанымі ў жыцці канфесій. Вайна нанесла храмам вялікія матэрыяльныя страты: некаторыя храмы былі цалкам разбураны, многія моцна пашкоджаны. Зноў пачалося згортванне рэлігійнага жыцця, якое адрадзілася ва ўсіх рэгіёнах у ваенны час. Большай лаяльнасцю вызначаліся адносіны партыйна – дзяржаўных структур да праваслаўнай царквы, чаму садзейнічыла пашырэнне кантактаў І. Сталіна і яго акружэння с Патрыярхам Маскоўскім і ўсея Русі Алексіем І [13, с. 234-235].

На Ушаччыне ў паслеваенныя гады атэізм адраджаўся хуткімі тэмпамі. Асабліва вострай была барацьба супраць каталіцкага касцёла і яго ўплыву на насельніцтва. Праваслаўная царква некаторы час працавала, але таксама была знішчана: ушачане разабралі яе для сваіх патрэб у гаспадарцы [16, с. 495].

Сярэдзіна 50-х і пачатак 60-х гг. азнаменаваліся паступовым разгортваннем чарговага рэлігійнага ўціску. Калі раней, у 20-30-я гг. царква разглядалася як “Класавы вораг” і барацьба з ёй з’яўлялася чаткай барацьбы за сацыялізм, то ў 50-я гг. на змену прыйшло бачанне рэлігіі як рэакцыйнай, “ідэалагічна чужой” сацыялізму з’яве. Рэлігія разглядалася ў якасці галоўнага ворага навуковага светапогляду, а вернікі залічваліся ў разрад свядомых ці несвядомых носьбітаў чужых поглядаў і нораваў. У дзяржаве была абвешчана ідэя камуністычнага будаўніцтва, дзе не было месца для рэлігіі [13, с. 264].

Успамінае інфармант з вёскі Мосар Ушацкага раёна: “ Мой бацька летаў у адным самалёце з Берагавым, быў яго механікам, а як вернуўся с вайны, стаў прадседацелем калхоза. На то время я помню баба наша Аляксандрына перасялілась к нам з Чарсвяд, перевезла і старынныя іконы свае. Ну бацька мой как камуніст і значыт председацель, тапаром іх пабіў, пакрышыў. А что было делать, нада было прімер падаваць астальным гражданам” [8].

Тых людзей, якія ў савецкія часы руйнавалі храмы, напаткаў несшчаслівы лёс. Успамінае жыхарка з вёскі Пліна Ушацкага раёна Леановіч А.А.: “Гаварылі, з тых, хто разбураў святыні, вырывалі крыжы, палілі абразы, ніхто не памёр сваёй смерцю. Здараліся розныя страшныя выпадкі, напрыклад, старшыню калгаса, які прымаў удзел у ліквідацыі храмаў, задавіла машына. Стаяў у двары, а машына сама пакацілася, прыціснула яго да сцяны і ён памёр” [6].

Па словах інфарманткі, некаторых людзей, якія руйнавалі Ушацкі касцёл, таксама напаткала бяда: “С рассказаў старэйшых ізвестна, что адзін чалавек зрываў у нас бляшаную крышу з касцёла, бо яна была з жэсці і рабіў вёдры дома патом. З ім здарылася бяда, і ён памёр” [4].

У 1967 г. у дакладзе “50 гадоў вялікіх перамог сацыялізму” было заяўлена, што ў СССР пабудавана “развітое сацыялістычнае грамадства”, якому ўласцівы непарушная ідэйна-палітычная згуртаванасць працоўных, іх самаахвярная адднасць ідэалам партыі, вернасць прынцыпам марксізма-ленінізма, высокая ступень сталасці ўсіх грамадскіх адносін. У такім грамадстве для рэлігіі не было месца. Існаваў неабгрунтаваны тэзіс “аб крызісе рэлігіі”. Таму працягвалася палітыка закрыцця цэркваў, зняцця з рэгістрацыі праваслаўных абшчын. На ахове дзяржавы стаяла і заканадаўства, якое ўсё больш абмяжоўвала магчымасці вернікаў весці актыўнае рэлігійнае жыццё. Быў прыняты ўказ Прэзідыума Вярхоўнага Савета БССР “Аб адміністрацыйнай адказнасці за парушэнне заканадаўства аб рэлігійных культах”, прыняты 1 красавіка 1966 г. Гэты ўказ прадугледжваў за правядзенне рлігійных сходаў і іншых цырымоній штраф у памеры 50 рублёў. Для ўтаймавання найбольш актыўных вернікаў штрафныя санкцыі лічыліся недастатковымі, таму адначасова быў прыняты ўказ Прэзідыўма Вярхоўнага Савета БССР “Аб унясенні дапаўненняў у артыкул № 139 Крымінальнага кодэкса”, які прадугледжваў пакаранне пазбаўленнем волі тэрмінам да трох гадоў асоб, “якія раней судзіліся за парушэнне законаў аб аддзяленні царквы ад дзяржавы і школы ад царквы, а таксама арганізацыўную дзейнасць, накіраваную на ўчыненне гэтых дзеянняў” [13, с. 293-294].

Важным кірункам аховы насельніцтва, у першую чаргу моладзі ад рэлігійных уплываў з’яўлялася ўкараненне новай сацыялістычнай абраднасці. Была прынята пастанова “Аб рабоце савецкіх органаў па ўкараненні грамадскіх абрадаў”, згодна з якой пры гарадскіх, раённых, сельскіх і пасялковых Саветах пачалі дзейнічаць грамадскія камісіі па абрадах. Асноўную ўвагу яны ўдзялялі правядзенню ўрачыстай рэгістрацыі шлюбаў і нараджэнняў. З’явіліся камсамольскія вяселлі і хрышчэнні. У такіх мерапрыемствах прынімалі ўдзел мясцовыя савецкія органы, партыйныя, камсамольскія арганізацыі [ 13, с. 295].

Успамінае жыхарка Ушаччыны Каплеўская Марыя Сяргееўна: “ Я приехала работать сюда в 1958г., в Дольцах, Ушачах, Глыбочанах, где я работала церковь не работала. Работала в Лепеле і Полоцке церковь. Тогда за учителями назначались деревни, и они были ответственные, агитаторы. И если у тебя что случилось: перекрестил кто и ты не знаешь, могли тогда тебя с работы снять, так как ты за это всё отвечаешь. Некаторые верующие тайно крестили детей. Вот, родился у меня сын Серёжа, ну значит по традиции как тогда делали: собрали всех родственников, была крёстная мать, хотя никого не крестили. Надо было садить кого-нибудь за крёстную матку и батьку. Приходили представители партийные из сельсовета посвящали новорожденного красным налстуком пионерским. Дарили такой наборчик: портретик Ленина, галстук и звёздочка октябрятская” [12].

Некаторыя ушачане, па словах інфарматкі Каваленка А.Б., якія займалі пасады і працавалі настаўнікамі, аднак імкнуліся патаемна ахрысціць сваіх дзяцей: « Я крестила своих детей в начале 1980-х тайно. Поздней ночью я и ещё несколько моих коллег-учителей собрались и повезли в Прозороки в церковь детей крестить. Батюшку попросили в церковную книгу не записывать, а детям строго-настрого запретили рассказывать в школе о том, что с ними было. Очень рисковали и боялись, так как могли нас выгнать с работы» [ 9].

Па словах інфарманткі Клімавай І.С. вядома, што: “Моя мама рассказывала, что был такой момент, что вывешивали списки в сельсоветах и потом начинали людей гнобить. И потом если у тебя у власти знакомых нету, то могли и уволить с работы. Мама наша боялась крестить, сами покрестились, когда уже можно было” [5].

Непажадана было насельніцтву Ушаччыны таксама мець абразы ў сваёй хаце, што вядома са слоў інфарманткі Відзевіч В.П.: “Калі брат уступіў у партыю камуністычную, то ён загадаў маці зняць са сцяны лепшага пакою абраз старажытны. Мама вельмі растроілася, але ж прыхадзілі да нас братавыя калегі-настаўнікі, партыйцы. Святы царкоўныя мы святкавалі патаемна ў сваёй хаце без брата, але можа, першай прычынай аднак была не вера ў Бога, а таму што на стол ставіліся дэлекатэсы розныя. Бо кожны дзень есці дэлікатэсы ў 1970-я гады ніхто не мог сабе дазволіць з прычыны дэфіцыту” [3].

Камуністычная ідэалогія налажыла свой моцны адбітак на падрастаючае пакаленне савецкіх школьнікаў. Успамінае Каваленка Н.А. свае школьныя гады: “Когда я училась в шестом классе несколько отличников и хорошистов из нашего класса первыми посвятили в пионеры. После торжества, которое проходило в нашем музее, я пришла домой сняла пионерский галстук и значок и положила в секцию за стекло на самое почётное место. Когда бабушка это увидела, то гневу её не было предела, она Ленина идолом назвала и убийцей, рассадником зла. Я не понимала тогда её гнева, так как нам в школе по-другому говорили всё. А моя одноклассница даже повязывала галстук на ночную сорочку ” [10].

У заходняй частцы Віцебшчыны веруючыя людзі аднак насуперак партыйным уладам наведвалі храмы, аб чым вядома з успамінаў жыхаркі з вёскі Опса Браслаўскага раёна: “Касцёлы грамілі яшчэ раней, чым я нарадзілася. Мая мама казала, што калі руйнавалі Браслаўскі касцёл, то камуністы спачатку маліліся: сталі на калені, перажагналіся, прачыталі літанне і ружанец, а ўжо потым руйнавалі. На мой час касцёлы ператварылі ў склады, дзе сядзелі галубкі, паўсюдна загадзіўшыя храм. Уціск вернікаў прыйшоўся на 1980-е гады. Мае матка і бацька заўсёды выклікаліся ў школу на бацькоўскія сходы, бо я старалася наведваць касцёл. Наш класны кіраўнік пастаянна казала, што ў яе ёсць чорны сшытак, і папярэджавала нас, хто пойдзе да касцёла на Вельканац, будзе запісаны ў гэты сшытак. Але ўлічваючы, што такіх як я было з класа чалавек дванаццаць, а гэта была ўжо большасць, то напужаць нас было цяжка. Кожны раз, пасля наведвання касцёла, маіх бацькоў выклікалі у школу, ругалі і папярэджвалі. А потым у 1989 г., калі я заканчвала школу, ужо была трошкі такая адліга, але аднак усе мяне пужалі, што я не закончу школу. На сёняшні розум, я не магу зразумець, як гэта не закончыць школу? Напэўна былі іншыя ўстановы, якія патрабавалі каб вучань выпускаўся з адзнакай са школы, а рэлігійная самасвядомасць у дакуменце ж не была ўказана ў базавай, ці сярэдняй адукацыі? Мы баяліся, хваляваліся, што так будзе, але ж так былі выхаваны, што сядалі ў нядзелю ў аўтобус і ехалі ў Браслаў да касцёла” [7].

З прыходам да ўлады ў СССР М.С. Гарбачова ў 1985 г. паступова змяніліся адносіны дзяржавы да рэлігіі. Аб гэтым сведчыць вынікі работы Усесаюзнай партыйнай ХІХ канферэнцыі ў 1988 г. і святкаванне 1000-годдзя Хрышчэння Русі. У БССР, як і ў цэлым па краіне, упершыню за гады савецкай улады юбілей прайшоў без ідэалагічнага ўціску. Актывізацыяй рэлігійнага жыцця спрыялі і абвяшчэнне палітычнай і эканамічнай незалежнасці новай дзяржавы – Рэспублікі Беларусь [13, с. 315-317].

Рэлігійнае жыццё ва Ушацкім раёне пачынае адраджацца з 1989-х гадоў: будуецца праваслаўная царква святых пакутніц Мінадоры, Мітрадоры і Німфадоры; праваслаўная царква ў Арэхаўна Параскевы Пятніцы; аднаўляецца рымска-каталіцкі касцёл Святога Лаўрэна. Кожнаму грамадзяніну нашай краіны прадстаўлена права спавядаць любую рэлігію і наведваць храм.

Спіс літаратуры:

  1. Быкаў, В. Доўгая дарога дадому. Кніга ўспамінаў. – Прадмова аўтара; Мастак А. Бохан. – Мн.: ГА БТ “Кніга”, 2004. – 544 с.

  2. Занальны дзяржаўны архіў у г. Полацку. Фонд. 150. «Матэрыялы аб рабоце Мосарскай школы». Вопісь 1, справа 25.

  3. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Відзевіч Валянціны Пятроўны, 1952 г.н. у г.п. Ушачы

  4. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Ісаковіч Валянціны Эдуардаўны, 1947 г.н. у в. Усвея Ушацкага раёна.

  5. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Клімавай Інэсы Сяргеяўны, 1969 г.н. у в. Шніткі Сарочанскі с/с

  6. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Леановіч Алены Антонаўны, 1953 г.н. у в. Пліна Ушацкага р-на.

  7. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Любачка Марыі Казіміраўны, 1972 г.н. у г.п. Бешанковічы.

  8. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Каваленка Аляксандра Фѐдаравіча, 1949 г.н. у г.п. Белае Ушацкага р-на

  9. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Каваленка Алены Баляславаўны, 1950 г.н. у г.п. Ушачы

  10. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Каваленка Наталлі Аляксандраўны, 1976 г.н. у г.п. Ушачы

  11. Кавалеўская, К. “Рэха вайны пад сценамі касцёла” / К. Кавалеўская // Ушацкая раѐнная газета Патрыѐт – 2018 г. – № 9 (9726) – С.3

  12. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Каплеўскай Марыі Сяргеяўны, 1934 г.н. у г.п. Ушачы

  13. Канфесіі на Беларусі (к. XVIII – XX ст.) / В.В. Грыгор’ева, У.М. Завальнюк, У.І. Навіцкі, А.М. Філатава; Навук. Рэд. У.І. Навіцкі. – Мн.: ВП “Экаперспектыва”, 1998 г. – 340 с.

  14. Мелешко А.А. Современные гражданские обряды и традиции. – Мн.: Полымя, 1985. – 143 с.

  15. Міхайлаў, А. Наш родны кут. Да 50-годдзя савецкай улады / М. Міхайлаў // Ушацкая раѐнная газета ―Патрыѐт‖. – 1967г. – № 16 – С.

  16. Fibek, J. Dzieje parafii i klasztorów katolickich na Białorusi. Tom 1 Wschodnia część Diecezji Witebskiej. Łomża : Zakon Braci Mniejszych Kapucynów, Prowincja Warszawska, 2016 r– 692 s.

17. Zyskar, J. Nasze koscoly/ T.1 Archidjecezja Mohylowska – Warszawa. Petersburg 1913 r. – 443 s.

Poezja po Kochanowskim

Jackson Jabłoński

Na Jabłoń

Podejdź tu, ja cię proszę!
Od trosk wyjdź i odpocznij sobie,
Aby leżał cień na tobie.
Od tej burzy, która okrążając w szale,
W osłonie mej obiecuję, że ocalę.
Czerwonymi darami obsypuję,
Jeśli pod mymi liśćmi cię zatrzymuję.

Zostań tu ze mną, proszę!
Kiedy wokoło nas życie kwitnie,
A słońce promienieje wybitnie.
Kiedy zamyka się chmurami niebo,
A pobrzask mroźny jest ze słońca niskiego.
Zawsze dbałość moją hojnie ci daję,
O ile twoja obecność zostaje.
Doświadczyć życia pragnę,
Obok ciebie, aż padnę.

Olśnienie

W każdym zdroju swą odpowiedź odszukuję
W czerni wydrążonej prosząco namacam
Jednak skądś abym upadł on odszeptuje
Na kolana cierpliwe.
Do niebios więc pewnością się ufnie zwracam
Przez życzenia żarliwe.

Moje pragnienia bezkresne ja opisuję,
Z serca szczerego pytania me zadaję,
Miłości, pokoju, radości oczekuję.
Od zmartwień, od trosk, ukojenie
Od stwórcy świadomego cicho mi nadaje
Odpowiedzią, wiedzą, promienie.

Ma 19 lat, pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Do Polski przyjechał na rok. Poznaliśmy się w Szczecinie, ale teraz przeniósł się do Lublina. W Szczecinie on i jego kolega, Niemiec pracowali m.in. jako wolontariusze przy projekcie Parkrun, organizowanym przez naszą szczecińską koleżankę. Wraz z wierszami, zdjęciem i zgodą na opublikowanie ich na blogu Jackson przysłał mi krótki tekst. Podobnie jak wierszy, tak i tego tekstu nie poprawiam.  Użyty w podpisie “Starszy” to funkcja w hierarchii kościoła mormońskiego.

Jestem Jackson Jabłoński, lecz obecnie nazywam się Starszy Jackson Jabłoński ponieważ obecnie jestem Wolontariuszem Z Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, może bardziej znane jako ,,Mormoni”. Pomimo polskiego nazwiska, urodziłem się w Michigan, lecz dorastałem w Arizona. Jestem na dwuletnią misję z mego kościoła i z tego powodu znajduję się w Polsce. Będąc na tej misji uczę się Polskiego i dwa miesiące temu zaczynałem pisać wierszy po Polsku aby pogłębiać moją naukę. Mam je pisać w takich granicach, że tylko uczę się polskiego od 14 miesięcy nie będąc rodowitym speakerem. To spowoduje taką niezwykłą kreatywność z powodu tego procesu, w którym mam krok po kroku pisać poprawiając gramatykę i odszukując odpowiedni słowa aby sobie wyrazić

zainspirowawszy z Jana Kochanowskiego zaczynałem od jednego, które wyraźnie wygląda takie jak jego wiersz, ‘Na lipę’

i tak, to może być tekst tam, wielki dzięki 🙂
-Starszy Jabłoński

 

Na Ponidziu – ciąg dalszy

Temat arian poruszony wczoraj przez Tadeusza Rogalę okazał się pasjonujący. Zainteresowało się nim wiele osób i na blogu, i na Facebooku, i mailowo.

Tomasz Fetzki (Viator)

To zdjęcie to pokłosie wizyty ostatniej wiosny w Szczebrzeszynie – znaczącym ośrodku ariańskim. Kapliczka pochodzi z 1655 roku i została wybudowana w podzięce bożej opatrzności za opuszczenia miasta przez ostatniego arianina. Czyli, jak widać, różne były oblicza tej staropolskiej tolerancji, niestety. Dodajmy, że zdjęcie zostało wykonane z samochodu zatrzymanego, w pogardzie dla ewentualnego mandatu, na środku ulicy Zamojskiej.


Ten wiosenny dzień był skądinąd dla Viatora bardzo intensywny. Zaczęło się od Szczebrzeszyna, a skończyło na podkrakowskim Miechowie. Zaś po drodze? Ojjj, dużo byłoby opowiadać, nie czas i nie miejsce… Jednym z etapów był, wspomniany we wczorajszym tekście pana Rogali, Pińczów. A tam, rzecz jasna, Dom Ariański, czyli tak zwana Ariańska Drukarnia, która w rzeczywistości drukarnią nigdy nie była. Na portalu do dziś widać łacińską sentencję: BENEDIC DOMINE DOMUM ISTAM ET OMNES HABITANTES IN EA, czyli Błogosław Panie ten dom i wszystkich, którzy w nim mieszkają.

Żeby było śmieszniej, ten wiosenny ariański szlak to dzieło przypadku, Viator go bynajmniej nie planował.

Widać tak to już jest, że podróżni trafiają do (na?) arian bez przygotowania, bo tak z kolei pisze o Rakowie Zuzanna Grabska na stronie Krajoznawcy.

Zuzanna Grabska (Reblog)


Raków

Zatrzymuję się na rakowskim rynku. Zupełnie bez przygotowania. Wiem tylko, że miasteczko, dziś wieś gminna, było lat temu czterysta kwitnącym ośrodkiem braci polskich, zwanych arianami.

Dziś centrum miejscowości stanowi rozległy rynek, otoczony niewysokimi, przeważnie parterowymi domkami. Układ urbanistyczny i zespół zabudowy małomiasteczkowej z reliktami architektury sakralnej i mieszczańskiej  braci polskich w Rakowie figurują w rejestrze zabytków. Tak samo jak barokowy kościół parafialny p.w. Świętej Trójcy z dzwonnicą i dawną plebanią. Wzniesiono go w latach 1640-50 z fundacji biskupa krakowskiego Jakuba Zadzika. Postawiono na miejscu zburzonego zboru ariańskiego, po wygnaniu braci polskich z Rzeczypospolitej. Charakterystyczne jest wezwanie świątyni – arianie nie uznawali dogmatu Trójcy Świętej.

Z rakiem w herbie

W centralnym punkcie ładnie odnowionego rynku fontanna z trzema rakami wspinającymi się na kamienna kulę. Jeden czerwony rak na białym polu jest herbem miasta. Jak udało mi się wyczytać na stronie gminy, Jan Sienieński herbu Dębno w 1567 roku na bezludnych dotychczas terenach założył trzy miasteczka: Dębno, Rembów i Raków. Istnieją one, jako wsie, do dziś. To ostatnie nazwał na cześć swojej małżonki, Jadwigi z Gnojeńskich, która pieczętowała się herbem Rak (inaczej Warnia).

Kilka dobrych lat

Raków szybko stał się ośrodkiem reformacji w Polsce, wkrótce przybyli tu licznie arianie. Sprzyjali temu właściciele. Jan był kalwinem, Jadwiga – arianką. Tolerancja i swoboda religijna owych czasów sprawiły, że miasto kwitło. Gminę ariańską zorganizował Szymon Ronemberg – aptekarz krakowski, a zreformował ją Faust Socyn ze Sieny. Postać ważna dla tego ruchu religijnego, od jego nazwiska arian nazywano też socynianami. W Rakowie odbyło się ponad 30 synodów ariańskich, powołano też Akademię Rakowską, nowatorską na owe czasy szkołę zorganizowaną przez braci polskich, ale przyjmującą też uczniów wszelkich wyznań. Stworzono nowoczesne programy i podręczniki, oprócz tradycyjnych przedmiotów wykładano także nauki przyrodnicze i matematyczne. Akademia skupiła wielu teologów i filozofów, miała bogatą bibliotekę. W mieście działała też ceniona drukarnia.

Zwycięstwo kościoła

Niestety, kontrreformacja wzięła odwet na rakowskiej społeczności. Pod pretekstem zniszczenia krzyża przez młodzież ariańską w 1638 roku sąd królewski zakazał działalności zboru, zamknięto szkołę i drukarnię, wygnano nauczycieli. W mieście zbudowano wspomniany kościół parafialny, osadzono też reformatów, by nawracali arian i ich zwolenników. Pamiątką po ich działalności jest filialny dziś kościół św. Anny. Podobnie działo się już w całej Rzeczpospolitej. Wreszcie na mocy ustawy sejmowej z 1658 r. arianie, za sprzyjanie Szwedom w czasie potopu, zostali zmuszeni do przejścia na katolicyzm lub do opuszczenia kraju.

I tyle o rakowskich arianach…

Jest niedzielne popołudnie, ludzie wychodzą z kościoła. Sennie, pusto, pochmurno. Podobno są domy, co pamiętają dawnych gospodarzy. Ale które?

Zdjęcia autorzy


I jeszcze uwaga adminki: Przyznaję, że we wpisie Tadusza Rogali o arianach najbardziej poruszyła mnie informacja, że chcieli oni znieść pańszczyznę. Wydaje mi się, że w naszej historii pańszczyzna to jeden z najbardziej bolesnych tematów, jedna z win naszych, które mszczą się na nas po dziś dzień. Bo o ile w średniowieczu pańszczyzna była czymś zupełnie zwyczajnym, to jednak od renesansu rezygnowano z niej po kolei we wszystkich unowocześniających się krajach Europy, a tymczasem w Polsce nie tylko, że wciąż trwała, to z roku na rok stawała się coraz straszniejsza. I straszne wydaje mi się to, że zlikwidowali ją u nas dopiero zaborcy, oczywiście nie dlatego że byli tacy dobrzy, tylko po to by poróżnić chłopstwo i szlachtę, ale fakt pozostaje faktem.

Również dlatego szkoda, że arian przegoniono ze tej naszej “zawsze tolerancyjnej” Polski.

Na Ponidziu

Tadeusz Rogala

Historia Braci Polskich. Zbór ariański w Cieszkowach.

Z okazji 500-lecia Reformacji w Niemczech warto wspomnieć o ruchach reformatorskich w Polsce. Do dziś istnieją jeszcze w Polsce miejsca przypominające o tej odległej historii. Jedno z nicht to dawny zbór Braci Polskich w Cieszkowach na Ponidziu.

Takimi miejscami nikt się już nie interesuje, od czasu do czasu wspominają o nich tylko związani z Ponidziem historycy lub poeci.

W wydanym w roku 2007 tomiku poezji „Nidy Skamander” kielecki piewca Ponidzia Zdzisław Antolski w wierszu Puste zbory przypomniał dawną historię:

Puste zbory

Nie ma już
Braci Polskich
odszedł Jan Łaski
i Stankar

Zostały zbory
W Cieszkowach
Kolosach
Węchadłowie
niedługo się pewnie
zawalą

W Czarnocinie
stoi kopiec
może Arian
może Wiślan

Starożytny
porosły grzywą
drzew

Porosły legendami
tajemnicą
po wieków wiek

W XVI wieku Polska należała do najbardziej tolerancyjnych krajów Europy, a więc warunki do rozwoju nowych ruchów religijnych były tu bardzo korzystne.

Początki ruchu Braci Polskich sięgają czasów króla Zygmunta Starego. Na Wawelu rządziła królowa Bona, Włoszka. Jej lekarz, Blandrata, należał potajemnie do ruchu antytrynitarskiego i to on sprowadził do Polski wielu swych prześladowanych we Włoszech przyjaciół. Pozyskał dla swoich poglądów pierwszego pastora zboru ewangielickiego w Krakowie, ks. Grzegorza Pawła z Brzezin i ten stał się założycielem ruchu Braci Polskich, przezwanych „Arianami”, od Ariusa, duchownego, działającego w IV wieku, który podważał dogmat Trójcy Świętej. Jednakże nauka Braci Polskich w niejednym odbiegała od nauki Ariusa, potępionej w Nicei w roku 325.

Kiedy w kalwińskim zborze krakowskim dochodzi do rozłamu, ks. Grzegorz Paweł przewodzi nowemu kierunkowi i sprawia, że rozszerza się w całej Polsce. Przystaje doń wiele światłej szlachty, mieszczaństwa, a niekiedy i prosty lud. Głównymi centrami ruchu po Krakowie są: Pińczów, Lublin, Nowy Sącz, Lusławice koło Zakliczyna i Raków w sandomierskim. Raków, początkowo niewielka osada, rozwinął się za czasów Arian w kwitnące miasto. Założono tu sławną na całą Europę Akademię Rakowską, dokąd zjeżdzało mnóstwo polskiej i zagranicznej młodzieży i urządzono znakomitą drukarnię, zaopatrującą w druki propagandowe i naukowe całą Europę.

Na powstanie ruchu Braci Polskich złożyły się przede wszystkim dwa główne czynniki, Reformacja, od której Bracia Polscy przyjęli Biblię jako podstawę nauki i życia, oraz Humanizm, od którego przyjęli zasadę rozumowego podchodzenia do zagadnień religijnych, a więc i do Biblii, co Braci różniło od Reformacji, która brała Biblię raczej dogmatycznie, jako nieomylne żródło nauki, niż rozumowo.

Największy rozkwit ruchu Braci Polskich przypada na lata 1600-1660. Do wysoko pod względem etycznym i naukowym stojących Braci przystępuje cały szereg wybitnych postaci z kraju i zagranicy.

Do najwybitniejszch krajowych postaci Braci Polskich należeli między innymi Andrzej Frycz Modrzewski, Heronim Moskorzowski, Samuel Przypkowski, Wacław Potocki.

Do pierwszych cudzoziemców działających w ruchu Braci Polskich należy zaliczyć Piotra Statoriusa, który w Pińczowie zorganizował znakomite gimnazjum. Był to Francuz, tak całkowicie spolonizowany, że przyjął nazwisko Stojeński. W roku 1569 wydał pierwszą polską gramatykę. Należy też tu wymienić Walentego Szmalca, współredaktora katechizmu rakowskiego. Literatura podaje, iż ariański Katechizm Rakowski w kwestiach neutralności światopoglądowej państwa oraz rozdziału państwa od Kościoła był inspiracją twórców Konstytucji USA, m.in. Tomasza Jeffersona.

Bracia Polscy uznawali zasadę braterstwa wszystkich ludzi. Początkowo wywodzili z niej bezwarunkowy pacyfizm – nosili symboliczne drewniane miecze, nie przyjmowali urzędów związanych z przemocą – państwowych i wojskowych. Odrzucali ideę podziału społeczeństwa na stany jak i feudalne poddaństwo chłopów oraz obowiązek świadczenia dziesięcin i pańszczyzny. Sprzeciwiali się karom chłosty i śmierci. Dopuszczali jedynie walkę obronną, optowali też za własnością wspólną, w czym przypominali socjalistów utopijnych.

Ich wyznanie odrzucało boskość Jezusa, przedmioty kultu jak obrazy i relikwie oraz ceremonie i obrzędy. Odrzucali przymusowy chrzest, uznając, że tylko świadomy wybór wyznania przez dorosłą osobę może być odpowiedzialny. Negowali możliwość zmartwychwstania ciała na Sądzie Ostatecznym, ale uznawali za możliwe zmartwychwstanie duchowe ludzi postępujących dobrze.

Bracia polscy na mocy ustawy sejmowej z 1658 zostali skazani na wygnanie z kraju. Podaje się, że powodem wygnania była współpraca ze Szwedami w czasie Potopu, brak na to potwierdzenia w konstytucji sejmowej “O Arianach”, która za to wyraźnie wymienia religijne powody banicji.

Po wygnaniu Bracia Polscy osiedlili się w Holandii, Prusach Książęcych, Siedmiogrodzie , Śląsku (głównie w Kluczborku) i północnych Niemczech.
Część pozostałych w Rzeczypospolitej arian przeszła do podziemia.
Ostatni kryptoarianie chrzczeni byli w Pińczowie i okolicach jeszcze do roku 1684.

Jednym z istniejących jeszcze zabytków po Braciach Polskich jest dawmy zbór ariański w Cieszkowach, gmina Czarnocin na Ziemi Skalbmierskiej. Zbór wybudowano przy posiadłości szlacheckiej na początku XVII wieku przez rodzinę Wylamów. Po nich patronami zboru była rodzina Żeleńskich. Zbór funkcjonował około stu lat, potem dobudowano piętro i służył jako magazyn. Obecnie stoi nieużytkowany.

Ostanią rodziną zamieszkującą dwór szlachecki w Cieszkowach i będącą wyznania ewangelickiego była rodzina Fryczów, której rodowód wywodzi się z Saksonii. W roku 1837 Karol Fritsch kupił majątek Cieszkowy od krewnych rodziny Żeleńskich. Pod koniec XIX wieku Cieszkowy administracyjnie należały do gminy Czarnocin w powiecie pińczowskim. Syn Karola Józef, któremu w spadku przypadł majątek Cieszkowy, poślubił w roku 1835 Felicję Kalinowską, córkę Józefa Kalinowskiego, w Królewstwie Warszawskim kapitana pułku grenadierów, kawalera Orderu Virtutti Militari. Felicja z Kalinowskich była już wyznania rzymsko-katolickiego. Rodzina Fryczów była ostatnią rodziną wyznania ewangelickiego zamieszkującą w Cieszkowach. Dwór, stojący w sąsiedztwie zboru ariańskiego i pięknych alei lipowowych, Józef Frycz (nazwisko już spolszczone) rozbudował dla potrzeb rodziny przy pomocy architekta Stanisława Postawki – sąsiada i towarzysza z powstania listopadowego.

Piękny dwór modrzewiowy po wojnie władza ludowa doprowadziła do ruiny. Na jego miejscu, w pobliżu zboru Braci Polskich wybudowano szkołę, gdzie obecnie mieści się gimnazjum.

Z okazji 500-lecia reformacji nauczyciel historii w gimnazjum, Krzysztof Nurkowski, zorganizował 8 listopada, przy wsparciu dyrektora Roberta Lalewicza, spotkanie uczniów z przedstawicielami kościoła protestanciego. Kilkugodzinne spotkanie obejmowało genezę religii luterańskiej, zasady i źródła wiary, tradycję kościołów protestanckich i polskie aspekty kulturowo-historyczne, tej konfesji. Krzysztof Nurkowski, historyk i wychowaca, robi starania, aby młodzież szkolną zapoznać z historią okolicy i przybliżyć jej nurty humanistyczne, stworzone przez myślicieli kiedyś tu działających.

Warto wspomnieć o słynnych osobach urodzonych w tym urokliwym miejscu. Jednym z nich był Karol Frycz. Urodził się 23 marca 1877 roku w Cieszkowach, był malarzem, scenografem i reżyserem teatralnym, współtwórcą „Zielonego Balonika”. Był uczniem wybitnych artystów polskiego modernizmu Stanisława Wyspiańskiego, Józefa Mehoffera i Leona Wyczółkowskiego. Był dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Karol Frycz zmarł w Krakowie 30 sierpnia 1963 roku. W uroczystości pogrzebowej uczestniczył biskup Karol Wojtyła.

W cieszkowskim dworze 2 stycznia 1916 roku urodził się też Ryszard Bukowski, kompozytor, pedagog i publicysta. Zmarł 19 maja 1987 roku we Wrocławiu.


Ponidzie region położony w województwie świętokrzyskim na terenie Niecki Nidziańskiej, nad środkową i dolną Nidą, od Chęcin po Nowy Korczyn.

Była też piosenka Wolnej Grupy Bukowina, Nuta z Ponidzia, o której donosił TU ongiś Viator czyli Tomasz Fetzki.